-
nowość
Krwawy napar - ebook
Krwawy napar - ebook
Po imponującym debiucie Herbacianego Sztormu Hafsah Faizal powraca z soczyście pokręconym i kuszącym sequelem, który zapiera dech w piersi aż do ostatniej strony.
ARTHIE WYPIŁA JUŻ HERBATĘ. TERAZ PRAGNIE KRWI.
Po przesiąkniętej śmiercią nocy w White Roaring zapanował chaos. Reporterzy nie żyją, ludzie domagają się sprawiedliwości, wampiry są w niebezpieczeństwie, a pośrodku całego tego zamieszania Ram świętuje.
Wciąż dochodząc do siebie po rozlewie krwi, Arthie Casimir nie ma czasu, by opłakiwać śmierć kogokolwiek – a już na pewno nie własną. Nie ma też miejsca na miłość, choć to ona ocaliła jej życie. Arthie mierzy się z nowymi emocjami i nowymi sojuszami, a do tego ponownie musi zebrać swoją rozbitą ekipę i odnaleźć w nich resztki woli walki na jeszcze jeden raz. By tego dokonać, będzie zmuszona stawić czoła duchom przeszłości.
W Ceylanie.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8418-876-7 |
| Rozmiar pliku: | 4,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kolory używane przez Matteo w obrazach często odzwierciedlały jego emocje. Już od lat stawały się coraz ciemniejsze, bardziej przygnębiające, ponieważ utożsamiał barwę z pięknem, a trudno dostrzec piękno w świecie tak przepełnionym destrukcją.
Destrukcją, której był świadkiem, której doświadczył. I której sam dokonał.
Widzicie, Matteo nienawidził pistoletów. Nienawidził broni. Nienawidził w ogóle brutalności, ale minęło wiele lat, nim tak się stało. By mógł delikatnym ruchem przejechać pędzlem po płótnie. By mógł utrzymać pędzel i nie widzieć w nim broni, a co za tym idzie – nie postrzegać się jako nikczemnego.
A jednak uległ dziś pokusie rzezi. Wnętrze sali konferencyjnej Athereum wyglądało, jakby ktoś zaliczył małą wpadkę i przewrócił kilka puszek z farbą na porządnie wypolerowaną podłogę, rozbryzgując płyn na adamaszkowych ścianach, na ciałach ubranych w najlepsze stroje.
Najgłębszą, najciemniejszą czerwień. Była jedwabista, lśniąca, przepyszna.
Można by się zastanawiać, czy słowa rzeź oraz przepyszna powinny pochodzić od kogoś, kto brzydzi się brutalnością, ale nie da się tego inaczej opisać. Matteo żył na krawędzi dzikości. Z radością chwyciłby za pędzel i brał udział w monotonii wysokich sfer, ale pojedyncze wydarzenie, jak to dzisiejsze, mogło wszystko zniszczyć i z łatwością otworzyć klatkę, gdzie jego wewnętrzny wampir czekał z zapartym tchem.
A jego wewnętrzny wampir wydawał się wyjątkowo uradowany tym wieczorem.
Kiedy ludzie Ram rzucili się na reporterów, na bezinteresownych, odważnych mężczyzn i kobiety pragnących głosić prawdę, Penn powstrzymywał tak wielu, jak się dało, swoją dziwną i nikczemną mocą, którą został obdarowany.
Aż nie upadł.
A później upadł też Jin. Flick krzyczała.
W tamtej chwili niewielu ludzi jeszcze żyło, niewielu zdolnych dostrzec wysuwające się kły Matteo, krew cieknącą mu po brodzie, paznokcie zamieniające się na jego palcach w szpony. I wkrótce zabrakło kogokolwiek, kto mógłby powiedzieć światu, kim naprawdę był Matteo Andoni.
Nigdy nie dbał o to, czy ktokolwiek wiedział, że był wampirem. Ale żył tak długo z dala od prawdziwych relacji, że jego nieumarła natura stała się nieuniknionym sekretem. Nawet gdyby się to wydało, nikt nie znał całej prawdy.
Ponieważ pilnował innej jej części.
Jakieś dwadzieścia lat temu – nie lubił tego liczyć – jego świat wywrócił się do góry nogami, kiedy Wolf z White Roaring grasował o późnych godzinach nocnych, lekceważąco siejąc na ulicach panikę oraz kończyny. Wolf pozostawał zachłanny i nie chodziło o jedzenie. Był pusty, cierpiący, nienasycony i bardzo chciał wypełnić tę pustkę, ale znał tylko chaos. Dzikość stała się jedynym językiem, jakim się posługiwał. Nie pił z rozszarpywanych, został uwięziony we wspomnieniach, w okrutnych wizjach skrywanych w sobie od dzieciństwa. Twarz jego matki wykrzywiona w bólu. Bicz ojca uderzający o jego plecy.
Kły wbiły się w skórę jego gardła bez zgody. Osuszając go. Pożywiając – zatruwając. Przekształcając Matteo Andoniego w bestię, którą się stał.
W Wolfa z White Roaring.
W końcu, okrwawiony i wyczerpany, stanął przed domem na Imperial Square na trawniku tak pieczołowicie przystrzyżonym, że aż zaśmiał się z tej prozaiczności. Chwilę później usłyszał swoje imię, wypowiedziane z wielką niepewnością.
– Matteo?
Zamrugał i wrócił do teraźniejszości. To Penn wtedy go zawołał, dekady temu, ale już go nie było. Teraz zrobiła to dziewczyna w jego ramionach, drżąca i ledwo przytomna. Krwawiła z rany po postrzale, ziejącej pod jej piersią. Matteo nie był lekarzem, ale ona wydawała się tak drobna i lekka, a rana tak ogromna. Jego ubranie z przodu tak przemokło od krwi, że trudno przyszło mu uwierzyć, iż cała wypłynęła tylko z niej.
Otworzył gwałtownie drzwi swojego domu i dostrzegł przerażoną twarz Ivora. Lokaj przeskoczył wzrokiem z okrwawionego śladu dłoni na drzwiach na mężczyznę stojącego w progu.
– Panie? Co-co się stało? – wykrztusił Ivor, już śledząc wzrokiem szkarłat kapiący na podłogę. – Czy to ta Casimir?
– Tak. Nie teraz, stary druhu. – Przeszedł obok niego do pustego pokoju, niemal rozrywając koniec jej sari, gdy kopniakiem zamknął drzwi.
Delikatnie położył ją na łóżku.
Znów szepnęła jego imię.
– Jestem tu, Arthie – zapewnił. Na zawsze.
Mówił poważnie, nawet jeśli nie na głos. Prowokowałby ją i się z nią droczył. Zniósłby herbatę o smaku popiołu i zabiłby dla niej tysiące ludzi, pomimo swojej nienawiści do przemocy. Miał tylko nadzieję, że jego czyny mówiły wystarczająco dużo.
– Przyszedłeś po mnie – wykrztusiła.
– Aua, kochanie. Nie bądź aż tak zaskoczona. – Założył kosmyk jej włosów za ucho i przejechał kciukiem po miękkiej brodzie.
Nie liczyło się to, że szyba w oknie miała barwę ciemną jak niebo, ona pozostawała jasna. Była kolorem, którego nie widział od lat – od szarego fioletu jej włosów, złocisto-brązowej skóry, aż do czerwieni sari i głębszego szkarłatu krwi.
– Jak? – zapytała i kaszlnęła mokro. – Gdzie jesteśmy?
Umierała. Zanikała wraz z nocą.
– Przytrzymaj to – rozkazał, chwycił jakiś materiał w pobliżu i docisnął go do jej rany, by bezsilnie zatamować krwawienie.
Gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości co do różnicy między wampirem a półwampirem, musiałby tylko na nią spojrzeć – każdy centymetr ciała walczył, by nie umarła. Trzymał się pozostałości tego, co czyniło z niej człowieka.
– Jesteśmy w moim domu. Po tym, jak Penn… – Matteo przerwał, gdy zacisnęło mu się gardło.
Istniało wiele nici łączących Arthie i Matteo, a Penn pozostawał najmocniejszą, owijając ich wokół i wokół, aż więź była nie do obalenia, nawet jeśli Arthie nigdy o tym nie wiedziała.
To Penn przyjął do siebie Matteo, gdy ten chwiejnym krokiem dotarł na ganek jego domu przy Imperial Square. Penn był tym, który go uspokoił, wyczyścił krew spod jego paznokci i nauczył, jak chować kły.
Został ojcem dla Matteo w taki sposób, jak jego własny nigdy nie zdołał.
– Doszło do strzelaniny – kontynuował – i przemieniłaś Jina, a kiedy dostrzegłem, że wzięłaś rewolwer Penna i ruszyłaś za Laithem, nie mogłem cię zostawić.
– Postrzelił mnie – wyszeptała.
On. Laith. Gdy tylko przeszedł przez jego drzwi frontowe, Matteo się zdziwił, że Arawiyańczyk stał się kapitanem wysokiej rangi w Rogatej Straży, i to go niepokoiło.
Ale Arthie, błyskotliwa i inteligentna, brzmiała, jakby się tego nie spodziewała. Szok pobrzmiewał w każdym jej słowie. Krwawiła, umierała. Widziała, jak Laith z zimną krwią zabił Penna, a wciąż nie mogła w to uwierzyć. Tak jakby sami również stworzyli swego rodzaju więź, gdy napiła się jego krwi. Albo może dużo wcześniej.
– Tak – rzucił Matteo, wciskając swój ból w każdą głoskę. – I zabił Penna.
– Wiem. – Przymknęła oczy i po chwili je rozchyliła. Przez ułamek sekundy wyglądała, jakby obarczała się za to winą.
– Czy on nie żyje? – zapytała.
Nie chodziło jej o Penna. Czy Matteo wyobraził sobie emocje w jej głosie? Nadzieję, że żył, strach, że mogła go zabić?
Niewiele pamiętał od momentu, gdy Ram wkroczyła do sali konferencyjnej Athereum, aż do teraz. Trochę jakby wypita krew przysłoniła mu wzrok, zawężając go i pokrywając wszystko mglistą, okropną czerwienią.
Ale pamiętał Laitha.
Chłopak siedział skulony pod ścianą, szkarłat rozkwitał na jego białej szacie, podobny do kwiatów, które ciągle dawał Arthie. Nie ruszał się. W jego piersi ziała wyraźna dziura, ale Matteo nie wiedział, czy śmiertelna. Prawdę mówiąc, tylko ona by wiedziała, czy umarł, długo przed tym, gdy strzeliła z rewolweru.
– Chciałabyś, by nie żył? – zaciekawił się.
Ponieważ gdyby chciała, Laith tak właśnie by skończył.
– Czy to ma znaczenie? – rzuciła, unikając odpowiedzi.
Miało, ale nie mógł tego powiedzieć i nie zabrzmieć samolubnie. Przyglądał się jej reakcji, próbując rozszyfrować, czy dostrzegany ból pozostaje fizyczny, emocjonalny, czy może okazał się połączeniem obu. Żuchwa jej zadrżała. Pierś zastygła, a dziewczyna wydała z siebie delikatny odgłos świadczący o bólu.
– Twoja rana jest śmiertelna – zauważył.
Nie miało znaczenia, czy Laith próbował ją zabić, czy nie – była zbyt drobna, by kula nie trafiła w nic ważnego.
Zaśmiała się gorzko.
– Co ty nie powiesz.
Arthie Casimir może i umierała, ale jej humor okazał się jak najbardziej żywy.
Zamarł, gdy spojrzała w jego oczy i odezwała się pełnym przekonania głosem:
– Nie mogę umrzeć.
Matteo wiedział, o co go prosiła. To coś, co chciał zrobić. Desperacko. Po co by się tak starał, by uciec wraz z nią? W jakim innym celu chwycił ją w ramiona i tu przyprowadził?
Nic by go nie kosztowało, gdyby w pełni zmienił Arthie w wampira, ale to ona by poniosła straty. Spojrzał na białą jak duch bladość swojej skóry. Zacisnął pięść, po latach wciąż nieprzyzwyczajony do siły własnych martwych kości. Wypuścił oddech, mając pełną świadomość, że nawet samo oddychanie pozostawało czymś, czego samolubnie się trzymał tylko dlatego, by pamiętać, że kiedyś musiał to robić.
Rozmawiał z Arthie o zaakceptowaniu samej siebie, ale zdarzały się dni, gdy się zastanawiał, czy sam to zrobił.
Była półwampirem, tak. Wciąż musiała pić krew jak zwykły wampir, wciąż miała pewne ograniczenia nieżywych. Ale pozostawała w połowie człowiekiem. Przemiana w wampira oznaczała życie trwające wieczność, natomiast człowieczeństwo łączyło się z cieszeniem się z przemijalności. Dostrzegał w tym swego rodzaju wartość, pewna słodko-gorzka tęsknota, która naciskała z każdym mijającym dniem.
Fale krótkich włosów Arthie wydały mu się delikatne jak świsty uciekające z jej ust. Opadały na czarną, jedwabną poduszkę pod głową dziewczyny. Poprawił ją, wygładził materiał sari, owinął ją szczelnie narzutą, dobrze wiedząc, że każda mijająca sekunda to dla niej sekunda okropnego bólu. Nie mógł przeciągać.
– Jeśli to zrobię, nie będzie już powrotu – stwierdził, bo potrzebował, by zrozumiała wagę tego, o co go prosiła.
– Myślisz, że tego nie wiem? – zapytała z tak uwielbianą przez niego zgryźliwością. – Nie zaszłam tak daleko tylko po to, by skończyć w grobie.
Nie mógł ukryć zaskoczenia.
– Jak większość ludzkości. Czy to nie zwyczajna kolej życia?
– Jestem dla ciebie zwyczajna, Matteo?
Nie, Arthie pozostawała tak samo zwyczajna, jak każdy inny fenomen.
Mężczyzna obszedł łóżko i wszedł na nie po drugiej stronie. Znalazł się w łóżku z Arthie Casimir. Musiała dostrzec coś na jego twarzy, bo uniosła w jego stronę brew, po czym jęknęła z bólu. Klęknął na przesiąkniętej krwią pierzynie, zaraz obok jej delikatnego ramienia. Wyglądała na mniejszą bez wielu warstw zwyczajowego, dopasowanego garnituru, bez kaszkietu utrzymującego włosy.
– Zrób to – wychrypiała, wyczuwając jego wahanie. – Ram nie może wygrać.
Tylko ona mogłaby spojrzeć na całą tę sytuację i stwierdzić, że Ram jeszcze nie wygrała. Tylko Arthie mogłaby ją podważyć, mogłaby myśleć, że jest w stanie pokonać kogoś tak odległego i potężnego jak zamaskowana monarchini Ettenii.
Zaśmiał się cicho, odsuwając włosy klejące się do jej mokrej skóry.
– Moja praecantrix.
Odwróciła głowę, poduszka otuliła krągłość jej policzka, a ból chwilowo ją opuścił. W spojrzeniu ciemnych, bursztynowych oczu Casimir dało się dostrzec ostrą pogardę, ponieważ przez ten krótki czas, kiedy się znali, odkrył, że nie lubiła czegoś nie wiedzieć.
I chociaż bardzo uwielbiał ten niemal zapomniany język i nie podobało mu się, że przez przetłumaczenie go na etteński poczuje się, jakby go nie szanował, to jednak denerwowanie jej to ostatnie, co chciał zrobić.
– Czarodziejko – wyjaśnił i ostrożnie sięgnął, by się nad nią oprzeć. Jego włosy spadły z ramienia, muskając nagą skórę dziewczyny.
Wstrzymała oddech. Natychmiast się skrzywiła i przycisnęła dłoń do swojego boku, unosząc głowę, by spojrzeć mu w oczy. Dostrzegł w nich udrękę, nieśmiałość. Wiedział, że uznawała ją za irytującą, ale to wszystko przyćmiewała potrzeba. Minęło wiele czasu, odkąd Matteo czuł się potrzebny. Chciany? Zawsze. Potrzebny? Rzadko.
Nie miał prawa być samolubnym, ale och, jak bardzo chciałby. Pochylił się nad nią, wciągając jej zapach: herbaty i światła księżyca. Krwi. Jak wciśnięty przycisk, jak pędzel krwawiący na płótnie, jego kły żarliwie wysunęły się na wierzch.
Powstrzymał falę smutku.
To powinna być okazja do świętowania: Arthie Casimir będzie żyć wiecznie. To nie tak, że wampiry nie mogły zostać zabite – Penn stanowił tego przykład – i Matteo to wiedział. Ale to coś innego, gdy się żyje, czekając, aż w końcu starość przyjdzie odebrać ci duszę, a co innego egzystować z wiedzą, że tylko ekstremalna przemoc może doprowadzić do twojego końca.
Ciemne włosy, brązowa skóra, czerwona krew. Matteo się zmusił, by zostać w teraźniejszości, by skupić się na tym, co najważniejsze. Na niej. Często to robił: wymieniał kolory wokół, przypominając sobie, że świat nie jest biało-czarny, zauważał kąty i cienie oraz sposób, w jaki nikt nie docenia światła.
To pomagało mu nie stracić kontroli.
Sprawdził ranę, puls Casimir. Traciła krew, ale musiała jeszcze trochę pocierpieć, nim się przemieni. Co oznaczało, że powinien wypić jej krew.
– Matteo – szepnęła Arthie.
– Ciii – wymamrotał i odsunął nosem włosy leżące z boku jej szyi. Puls przyspieszył dziewczynie na ten gest, klatka piersiowa się uniosła. On sam miał serce w gardle i bardzo chciał cieszyć się tą chwilą, rozkoszować się tym, że przez niego Arthie Casimir zaparło dech w piersi.
Delikatnie przejechał językiem po skórze, przygotowując ją na kły. Ślina wampirów jest dziwna. Niemal paraliżująca, niemal upajająca. Całkowicie niebezpieczna.
Matteo znów polizał skórę Arthie, na co ona wciągnęła powietrze, chwytając go za ramię obiema rękami. Odsunął się, poszukując ostatecznego potwierdzenia, i spróbował się uśmiechnąć, mając nadzieję, że mówi: Wszystko będzie w najlepszym porządku. Nabrał pewności, że wygląda, jakby się krzywił.
Ale ona się też uśmiechnęła, niemal nieśmiało, sięgając drżącym palcem, by śledzić dołeczek w jego twarzy.
– Zawdzięczam ci życie – wyznała, a każde słowo przepełniały takie emocje, że niemal zaszlochał.
Ale to nieprawda. Arthie bardzo się pilnuje, aby nigdy nie być nikomu nic dłużna.
– Cicho – rzucił i chrząknął. – Nie mów czegoś, czego tak naprawdę nie uważasz i czego nie zapamiętasz.
Tak po prostu wyglądała przemiana: nowo powstałe wampiry pamiętają niewiele z czasu transformacji, niewiele z całego procesu. Może to klątwa, może w jednej chwili ich ciało przechodziło tyle zmian, że samo pozbawiło się tych wspomnień.
– Och, ja zawsze mówię to, co uważam, i nigdy nie zapominam – odparła z pewnością, po czym wplotła palce w jego włosy i przysunęła go do swojej szyi.
Matteo nie mógł się powstrzymać – ta jej śmiałość, zapach krwi, to, jak go do niej przyciągało… Wbił kły w skórę dziewczyny, prosto w ciało. Arthie westchnęła, zsunęła dłoń na jego kark i wbiła weń paznokcie.
Zmusił się do zignorowania uczuć wywołanych przez jej dotyk, że gdy wypuściła z gardła cichy jęk, zapragnął zamknąć oczy i oddać się temu wewnętrznemu, palącemu pragnieniu. Wciągnął krew do ust, smakowała tak, jak pachniała: jak ziemista herbata i przydymione noce oraz zagadka, którą Arthie była.
Wypił więcej, prowokowany jej jękami, paznokciami wbijającymi się w jego szyję i przytrzymującymi go w miejscu. Wplótł palce we włosy dziewczyny i odchylił głowę, podziwiając, jak cienie zalewały napiętą szyję.
Słodkie gwiazdy, smakowała bosko, przepysznie.
Wycofał kły i przejechał językiem po dwóch bliźniaczych wypustkach, po czym wziął jeszcze więcej, zdając sobie sprawę, że każda kolejna chwila może być dla niej nie do zniesienia.
Jakby na znak ciałem dziewczyny szarpnęło bezdźwięczne westchnienie, wiła się i rzucała, a gdy oczy Arthie się rozszerzyły, zasłonił dłonią jej usta, by nie zaczęła krzyczeć. Dziś już słyszał krzyki jednego przemieniającego się Casimira. Wbiła mu zęby w dłoń, a on wsunął nogę pomiędzy jej, by ją uwięzić.
Tego właśnie pragnął każdy wampir, czyż nie? Oczarowanego niewolnika. Nieskończonego źródła krwi. Tego gwałtownego, zadyszanego, upajającego powietrza.
Chciał przerwać.
Pił dalej.
A później, w końcu, w końcu to się stało.
Matteo zabrał dłoń z jej ust i się odsunął, jakby nie chciał rozbudzić kogoś, kto mocno spał. Arthie nie wydała żadnego dźwięku, nawet nie drgnęła. Oczy miała zamknięte, rzęsy mokre. Jej szyja ozdobiona była parą rubinów kolorem pasującym do sari.
Nawet w minucie śmierci stanowiła widok zapierający dech w piersi.
I wtedy, w tej ponurej, spokojnej ciszy pokoju, usłyszał jej puls. Delikatny, zanikający, jakby z każdym uderzeniem zadawał pytanie. Odpowiedziałby na nie tysiąckrotnie. Uniósł nadgarstek do ust i przegryzł skórę, upuszczając trochę krwi, nim przycisnął go do warg Arthie. Wtedy zatkał dziewczynie nos, zmuszając, by wzięła płytki wdech przez usta.
Rozpoznał chwilę, kiedy jej skosztowała: chorą i wynaturzoną szansę na drugie życie. Czuł, jak krew wypływa z niego, gdy ona piła więcej i więcej. Nagle się od niego oderwała.
Zaczerpnęła tchu i otworzyła oczy. Zamrugała kilka razy, patrząc na jego nadgarstek, na posokę pokrywającą jej ciało i ubrania, wsiąkającą w łóżko. Dotknęła zasklepiających się już ran na szyi i spojrzała mu w oczy tak, jakby już nigdy nie zamierzała przestać się na nim pożywiać.
Dostrzegł w niej wahanie, niepewność. W tej samej chwili wyglądała, jakby wypełniła swoją obietnicę i pamiętała wszystko, odkąd przyniósł ją do tego pokoju.
Matteo nie wiedział, co powiedzieć ani o co zapytać, więc zrobił to, co umiał najlepiej: zmienił temat.
– Witaj z powrotem, czarodziejko – rzucił i mrugnął, a Arthie straciła przytomność.ROZDZIAŁ 2
JIN
Cukiernia Sweet Poppy była zamknięta trzeci dzień z rzędu, co nie wpływało dobrze na i tak zepsuty humor Jina. Chciał przejść przez jej drzwi i podejść do witrynki wypełnionej warstwowymi, maślanymi smakołykami z dżemem, posypanymi cukrem pudrem i oblanymi czekoladą. Wiedział, że nie poczuje już ich smaku, ale ucztować można nie tylko ustami. Albo przynajmniej tak sobie powtarzał, ponieważ czuł głód, a nie skosztował ani łyka krwi, odkąd został przemieniony.
Tak samo jak jego życie zmieniło się też White Roaring. Kiedyś niebezpieczeństwo chowało się tu w cieniu i rozwijało pod przykrywką nocy, teraz stało się widoczne i głośne, pochodzące z rąk złych i przestraszonych. Tak wiele pracowników prasy zginęło tamtej nocy, a do tego zaczęli też znikać ludzie. Zaginął, zniknął, został zabity, krzyczał tłum. Nikt niczego nie wiedział na pewno, poza tym, że za wszystkim stoją wampiry.
Jin mógł zgadnąć, czy to prawda.
Wszędzie natykał się na Rogatą Straż, ale Ram pozwalała, by to wszystko się działo, pozwalała złości się zaostrzać. Jakby pragnęła ich rozproszyć, jakby miała już gdzieś, co dzieje się w Ettenii.
Miejsca takie jak cukiernia zamknięto, okna powybijano, gdy ludzie albo się ukrywali, albo maszerowali, wymachując pięściami, żądając odpowiedzi, uzbrojeni w kołki lub jakiekolwiek zrobione własnoręcznie bronie.
To wszystko wydawało się niedorzeczne.
Strach Etteńczyków przed wampirami wzrósł przez kłamstwo: siły Ram odebrały życie reporterom w Athereum, a nie wampiry. To Ram wmaszerowała przez drzwi Athereum, spojrzała na Flick, niemalże mówiąc: „Och, mam jeszcze jedną niespodziankę: jestem twoją matką!”, a chwilę po tym posłała kulę w stronę Jina. I to wcale nie koniec tego wszystkiego. Arthie okazała się wampirem i go w jednego przemieniła.
Prychnął. To brzmiało jak fabuła jakiejś powieści, naprawdę.
Z jednym wyjątkiem. Pomimo pokręconych, zaskakujących, zabójczych zwrotów akcji w tej historii najbardziej przygnębiającą jej częścią pozostawało to, że Arthie kłamała mu prosto w twarz przez poprzednie dziesięć lat.
A on nie mógł przestać się na nią o to złościć.
Jin poruszył głową, by strzyknęły mu stawy w karku, po czym odwrócił krzesło. Szuranie czterech nóg wybrzmiało delikatnie w ciszy pustej sali, a kurz zabarwił się na złoto przez stojącą na biurku lampkę. Rana po postrzale rwała go tępo, zarówno z bólu, jak i przez wspomnienia. Usiadł z powrotem i poprawił nogi. Oparł ramiona na krześle.
Nie spieszył się.
Naprzeciwko niego stało drugie krzesło, a na nim siedział pozbawiony gracji mężczyzna w średnim wieku, ubrany w mundur i pokryty więcej niż jedną warstwą ziemi. Jin zaciągnął go tutaj dzięki rozmowie przemienioną w drobne groźby – lśniące słowa niemal naturalne dla niego, ale zdawały się wyjątkowo trudne do przywołania teraz, gdy w jego żyłach płynęła złość.
Im dłużej Jin czekał, tym głośniejsze stawały się oddechy mężczyzny i tym mocniej napierał na krępujące go liny. A Jin, będąc wampirem, mógł usłyszeć wszystko z irytującą klarownością. W wampiryzmie odnajdywał wiele rzeczy, których się nie spodziewał. Wiadomo, że krwiopijcy mają wzmocnione zmysły, ale nikt nie mówił o tym, jak przytłaczająco szybko się takie stawały.
Więzień zapłakał. Zabrzmiało to tak, jakby szczeniak łkał podczas burzy.
Jin uśmiechnął się jak najradośniej, jak najmilej. Na dworze wczesnozimowy wiatr uderzał w ściany, a jeszcze dalej rozbrzmiewał chaos White Roaring.
Spojrzał w dół na niemal nieczytelną notatkę od poprzedniego spotkanego człowieka. Wprawdzie swoim urokiem wyciągnął od niego informacje, ale jego cierpliwość się kończyła – tak, jakby od tamtej nocy w sali konferencyjnej Athereum minęły już miesiące i lata, a nie kilka dni.
Ściślej mówiąc, Jin naprawdę szukał rodziców od miesięcy i lat, ale to coś innego.
– Coll, prawda? – zapytał.
Coll nie odpowiedział. Czego należało się spodziewać. Jin miał czas. Zaśmiał się gorzko. Miał czas aż do końca świata – dosłownie.
– Powiedziano mi, że jako jeden z niewielu utrzymywałeś kontakt z panem i panią Siwang, kilka miesięcy temu. Pamiętasz?
Coll nadal nie zdecydował się niczego powiedzieć. I w tej pustej ciszy Jin usłyszał płynącą w żyłach mężczyzny krew, fontannę słodkiego nektaru czekającą na jego kły.
Zacisnął mocno zęby i poprawił mankiety. Jeszcze raz spojrzał na pojmanego.
Może powinieneś zabrać mu linę spomiędzy zębów, bracie, zasugerowała Arthie w jego myślach. Może wtedy dostaniesz od niego jakąś odpowiedź.
Nie mógł pozbyć się jej głosu, nieważne, jak bardzo by nie próbował. Minione siedem dni okazało się wystarczająco okrutne, ale to, że musiał słuchać jej kpiącego tonu w każdej chwili, tylko pogarszało sprawę.
– Co ja bym bez ciebie zrobił, siostro – wysyczał. Czuł się sfrustrowany. Zdradzony.
A mimo to poszedł za nią tamtej nocy, gdy upadł Penn, a ona pobiegła za Laithem. Wciąż ledwo stał na nogach, w ustach miał za dużo zębów, jego ciało domagało się krwi, a pragnienie to stało się tak duże, jak nigdy w jego życiu. Patrzył, jak umierała z ręki Laitha, przyglądał się, jak Matteo ją uniósł i zabrał. Nie wiedział, że była półwampirem i mogła zostać przemieniona. Nie wiedział, że w ogóle jest w jakimś procencie wampirem.
Kłamała przed nim, raz za razem – lub omijała prawdę czy jakkolwiek inaczej próbowałaby to wyjaśnić. Nie miało znaczenia, co by mu na ten temat powiedziała, ponieważ koniec końców prawda pozostawała jednoznaczna: nie zaufała mu.
Wyrzucił ją z głowy. Miał inne zadania do wykonania: jak chociażby znalezienie swoich rodziców. Penn powiedział, że są zasobem Ram, co oznaczało, że istnieje szansa, że żyją, a Jin cały poprzedni tydzień spędził na szukaniu wskazówek. Znajdzie ich, uwolni od władczyni i skończy z tym.
Ram zabrała mu rodziców, Spindrift, jego życie, ale dostał drugą szansę i nie zamierzał pozwolić jej nadal w nim mieszać. Jej. Wciąż nie dotarło do niego w pełni, że nie była jakimś potworem bez twarzy, tylko matką Flick. A Flick to córka kobiety, która gardziła wampirami, co oznaczało… Jin nie mógł za długo o tym myśleć.
Wyciągnął rękę i pozbył się liny z ust Colla. Sznur zwisał teraz luźno na jego szyi.
– Nic nie wiem, okej? – wybełkotał, a ślina ciekła mu na wszystkie strony.
Latarenka zamigotała, posyłając iskry. Kiedyś Jin mógł zamknąć oczy i widzieć pomarańcz ognia – teraz dostrzegał czerwień. Karmazyn, wylany i skradziony, a on go łaknął. I pomyśleć, że kiedyś z taką samą żądzą pragnął słodkości, łakoci, które wciąż mógł przeżuwać i połykać, nawet jeśli smakowały jak popiół.
Jin się wzdrygnął i potarł wierzchem ręki o udo.
– Musisz mówić trochę bardziej konkretnie.
– Nie wiem, gdzie są Siwangowie! – wykrzyczał. – Nie wiem nawet, kim są.
– Mówienie głośniej nie sprawi, że twoje słowa staną się prawdziwsze – wytknął Jin spokojnie.
Gdy Coll zaczął krzyczeć coś jeszcze, uniósł dłoń.
– Proszę, przestań przyczyniać się do mojej utraty słuchu.
Więzień osunął się na tyle, na ile pozwalały mu sznury.
– Spróbujmy jeszcze raz – zaczął Jin. Zazwyczaj wabił ludzi obranych na cel, kpił z nich albo wyciągał upragnioną odpowiedź. Nie mógł teraz wskrzesić w sobie tamtego siebie, ale zamierzał spróbować. – Jesteś kurierem, prawda?
Coll skinął.
– I dostarczasz towary?
Znów potwierdził.
– W porządku. Więc gdzie, szanowny panie, dostarczyłeś dziesięciokilogramową przesyłkę płynnego srebra?
Jego rodzice byli naukowcami, pomysłowymi i znanymi w całej Ettenii. Wystarczająco, by Ram spaliła ich dom, pozostawiając go na pewną śmierć. Przeżył minione dziesięć lat w niepewności, czy żyli, aż Penn nie powiedział, że stworzyli szczepionkę ze srebrem zamieniającą wampiry w broń.
Co oznaczało, że taka ilość płynnego srebra mogła pójść tylko w jedno miejsce: do ich laboratorium. Gdziekolwiek ono się znajdowało.
Pojmany znów zapłakał i próbował wydostać się ze sznurów. Widocznie chciał stąd zniknąć.
Jin wyciągnął pistolet z kabury i się nim zamachnął. Nigdy nie lubił broni palnej. Teraz gardził nią jeszcze bardziej, ponieważ postrzelenie kogoś mogło skończyć się dla niego wybuchem szału spowodowanym głodem i krwią.
Mimo to pozostawała dobrą groźbą, szczególnie gdy brakowało elokwencji.
– Przy-przysięgam – wyryczał Coll.
Pomieszczenie zaczęło śmierdzieć moczem, co jeszcze bardziej zdołowało Jina. Mężczyzna był tak przydatny jak czekoladowy imbryk, a grożenie mu nie szło najlepiej.
Wsunął pistolet z powrotem do kabury przesadnym ruchem. Więzień to zauważył i nieco ucichł.
– Przepraszam, Coll – rzucił, wzdychając i pochylając się, jakby chciał zdradzić sekret.
Facet dostał czkawki, a na twarzy wymalowało mu się zdziwienie na nagłą zmianę w Jinie.
– Żaden z nas nie chce tu być, prawda? Wolałbym siedzieć teraz w domu, popijając dobrą herbatę czy… – Przerwał, spoglądając oczekująco na jeńca.
– Kakao – dodał tamten. – Mama robi dobre kakao.
Zaśmiałby się na obraz starszego mężczyzny, biegnącego do mamy do domu, ale Jin nawet nie miał domu. Wciąż mówił o Spindrift, jakby dalej stało, jakby nie zamieniło się w kupę gruzu na ulicy.
– Kakao mamy – kontynuował i skinął. – Ale nie mogę odejść, dopóki nie powiesz mi tego, czego potrzebuję, a ty nie możesz odejść, dopóki nie powiesz mi, czego potrzebuję. Zdaje się, że utknęliśmy razem w tej sytuacji. Pomóż koledze, no dalej.
Coll rozmyślał nad tymi słowami, doszukując się kłamstwa, nim kiwnął głową.
– Ja… Powiedziano mi, że mam przekazać paczkę kobiecie na White Roaring Square. Nigdy się nie pojawiła.
Jin czekał.
– Nie wiem nic więcej, przysięgam – dodał i uśmiechnął się niemrawo. – Czy… Czy idziemy się więc ogrzać?
Istniała dalsza część historii. Jin słyszał to jednakże w jego głosie, słyszał sposób, w jaki nadużywał dobroci, więc jego cierpliwość znów się skurczyła i zmroziła.
Westchnął i wstał, spoglądając przez ramię, gdy usłyszał dźwięk przy drzwiach do klasy. Instynktownie się zmartwił, że Arthie go znalazła. Ale ona miała swoje sposoby, a Jin znał je wszystkie. Jeszcze raz spojrzał przez ramię.
Cóż, większość z nich.
Strach wrócił na twarz kuriera, co wydało się niczym w porównaniu z brzydotą targającą Jinem od wewnątrz. Plątaniną wściekłości i bólu, zdrady i potrzeby zrobienia czegoś. Podniósł parasolkę i nią zakręcił. Czekał. Jedno uderzenie serca, dwa. Coll dalej milczał.
Wbił parasolkę w stopę mężczyzny.
Rozległ się obrzydliwy chrzęst, po czym dostawca krzyknął.
Chłopak odniósł wrażenie, że słyszy oburzenie Flick. To było bardzo diaboliczne!, powiedziałaby, gdyby mu towarzyszyła, ale zabrakło jej, by uspokoić Jina. A Coll pracował dla WKJ, konglomeratu dostawczego, działającego ramię w ramię z imperium, kradnąc ziemię, zasoby i artefakty, nie dbając o ruinę, jaką po sobie zostawia.
Trudno przyszło mu przywołać jakieś współczucie.
Jin się pochylił, by spojrzeć więźniowi w oczy.
– Słyszałem, że tą samą stopą kopałeś swoją córkę, gdy zrobiła coś, co ci się nie podobało. Och, nie mów, że cię to zaskakuje. Jestem Casimirem, Coll. Nie oczekuj, że się nie dowiem. Czy to dlatego wróciłeś do mamusi? Ponieważ twoja żona miała dość? – Przesunął parasolkę na drugą stopę mężczyzny i oparł ją na sznurówkach. – Jeszcze raz to samo?
To pytanie zadawał stałym klientom Spindrift, gdy trzymał imbryk w dłoni.
– Nie! Proszę, nie, panie Casimir! – wykrzyczał. – Po tym, jak kobieta się nie pojawiła, sam zaniosłem paczkę pod wskazany adres, ale nic tam nie było, okej? Jedna, wielka pustka. Duży, opuszczony magazyn. Pomyślałem, hmmm, to dziwne. Wyglądało, jakby ludzie wyszli z niego w pośpiechu. Wszędzie bałagan. Ale chciałem otrzymać zapłatę, więc się rozejrzałem i właśnie chciałem się poddać, gdy dostrzegłem kawałek papieru na podłodze z innym adresem.
Opróżnienie całego magazynu i przeniesienie się do nowej lokalizacji pozostawało dziwne, chyba że bali się schwytania, chyba że… Księga rachunkowa, prywatny organizer samej Ram, gdzie notowała każdy ruch, od imion po transakcje. Zniknął znacznie wcześniej, nim przejęli go Jin i inni. Oczywiście, że postarała się zmienić lokalizacje i odwrócić uwagę wszystkich od tego, co mogą ujawnić jej własne notatki.
Chłopak miał tylko nadzieję, że to nie odnosiło się do jego rodziców.
– I? – ciągnął Jin.
– To adres nowego miejsca. Oni… oni coś tam robili. Coś złego.
Wampir zamilkł na chwilę.
– Gdzie?
– Słyszałem płacz. Nie, nie. Jak się to nazywa… lament? Słyszałem lament – kontynuował, biorąc szybkie wdechy. – Jakby ludzie w środku cierpieli. Stąd wiedziałem, że nie powinno mnie tam być.
Zaginione wampiry? Jin nie wiedział, więc spojrzał w swoje prawo, nim dotarło do niego, co zrobił. Szukał Arthie. By wymienić spojrzenie pozostające dla nich całą, bezsłowną rozmową.
Zignorował ból w piersi.
– Czy to laboratorium? – dopytał.
Coll spazmatycznie pokręcił głową.
– To… magazyn wysyłkowy WKJ.
Nadzieja Jina na nowo odżyła. Zmusił się do myślenia, by w niej nie utonąć.
Magazyny wysyłkowe nie przechowywały, one wysyłały. Brakowało miejsca na przetrzymywanie, gdy porty White Roaring tak prężnie działały, a ładunki przypływały lub odpływały w ciągu kilku dni, czasem godzin.
Jeśli Coll dostarczył płynne srebro do magazynu wysyłkowego, to oznaczało… to oznaczało, że wysyłano je poza White Roaring.
– Jesteś pewien, że to magazyn wysyłkowy? – dopytał.
Coll skinął.
– Widziałem, jak ładowali kontener i wracali z pustymi wózkami. Z pewnością był wysyłkowy.
Wampir przygryzł wnętrze policzka. Nic dziwnego, że nie odnalazł swoich rodziców. Ich nawet tu nie było. Ettenia może nie jest wielka, ale na palcach jednej ręki mógł zliczyć, ile razy opuścił White Roaring.
– Dokąd wywożone są dobra? Do jakiego miasta? – dopytywał dalej.
Kurier bujał się w przód i tył, a łzy płynęły po jego piegowatej twarzy. Kiedyś taki widok sprawiłby, że chłopak czułby współczucie i żal. Stałoby się tak, zanim całe Spindrift spłonęło, zanim ujrzał, jak śmierć zbierała żniwo w wielkim pomieszczeniu, nim obudził się w kałuży własnej krwi, a ulice wypełniły się rozzłoszczonymi ludźmi.
Jin jeszcze raz dotknął parasolką stopy mężczyzny.
– Nie wiem! Moja robota kończyła się na dostarczeniu srebra, okej?
Teraz już wiedział, że nie wyciągnie z kuriera nic więcej.
– Dobry panie. – Okrążył więźnia, po czym rozciął sznur wokół jego nadgarstków. – Jestem zobowiązany.
Chłopak zebrał swoje rzeczy z pokrytego kurzem stołu, który przysunął na teren przesłuchiwań. Coll nie został przywiązany do tego krzesła jako pierwszy w trakcie poszukiwań rodziców Jina. A on nie znał granic, jeśli chodziło o ich odnalezienie. Kiedy umierał i Matteo przyszedł, by zapytać, czy chce zostać przemieniony, a Arthie przybyła chwilę później, by to zrobić, zgodził się ze względu na swoich rodziców.
I Arthie. Ponieważ mnie potrzebuje, rozległ się głos. Zakopał go głęboko w sobie.
Coll na niego spojrzał.
– Co z moją stopą?
– A co ma z nią być? – rzucił. – Masz drugą, czyż nie? A teraz robię się głodny, więc sugerowałbym, byś już odszedł.
Kurier stanął na drżących nogach, tłumiąc krzyk. Zrobił jeden chwiejny krok i odwrócił się do Jina.
– Ja…
Wampir odsłonił kły.
To zachęta, jakiej Coll potrzebował. Wybiegł z wigorem mężczyzny młodszego o połowę i z dwoma zdrowymi nogami. Zatrzasnął za sobą drzwi, nie zerkając ponownie w tył.
I później Jin został sam.
– I co dalej, siostro? – rzucił pytanie w ciszę.
Arthie nie odpowiedziała.
Westchnął. Właśnie w tamtej chwili niemal miał nadzieję, że go przechytrzyła jak zawsze i wejdzie przez te drzwi z tym szatańskim błyskiem w oku. Przejechał językiem po długich kłach i myśl, której unikał, przebiła się przez hałas w jego głowie raz jeszcze: co pomyśli o nim Flick? Została wychowana w wielkiej nienawiści do wampirów. Jest córką kobiety zamieniającej je w broń.
Nie. To niesprawiedliwe względem Flick. To dlatego wybrała własne imię. By stać się inną wersją siebie, by stworzyć coś na kształt podziału między nią a matką. Jin nie uważał, że w pełni rozumiała dlaczego. Jeśli jej matka jest zarówno założycielką WKJ, jak i władczynią kolonizującego potwora, zwanego inaczej domem, zrobiłby pewnie to samo.
Flick! To było to. To jej potrzebował. To ona dostała tamtej nocy zadanie, by chronić księgę Ram. Jeśli istniał jakiś sposób na odkrycie, do którego miasta zostało wysłane srebro i gdzie przetrzymywani są jego rodzice, tam znajdzie tę informację. Zawsze miał szansę, że Ram ich przeniosła, ale jeśli Coll mógł poszpiegować i dowiedzieć się tego, czego potrzebował, on mógł zrobić to samo. Może nie wiedział, co uważała o nim Flick, ale znał sposób, by się dowiedzieć.
Wsunął na nos ciemne okulary i podniósł kołnierz. Otworzył parasolkę i wyszedł na dwór prosto w wieczorną mgłę. Głowę miał schyloną i ignorował tłum.
– Do Athereum! – krzyczeli ludzie.
– Dołącz do nas, chłopaku. – Ktoś za nim zawołał.
Jin udawał, że nie słyszał. Ktoś, kto nigdy nie powinien trzymać maczety, zamachnął się nią i wampir ledwo uniknął rozcięcia rękawa. Kobieta za nim uniosła w powietrze drewniany kołek. Chłopak nie otwierał ust i ukrywał kły, zaskoczony nagłym wybuchem strachu w żyłach.
Mógł zginąć zupełnie nie ze swojej winy. Mógł zginąć przez opis tego, czym był. Mógł umrzeć przez czyjąś źle nakierowaną złość, ponieważ ludzie wierzyli w kłamstwo. To prawdziwie mrożąca krew w żyłach myśl.