Krwią i Miedzią - ebook
Ulicami niegdyś dumnego miasta Kyraleth spłynęła krew. Inkwizytor Thorne van Lokke znalazł się w samym centrum chaosu i powierzono mu zadanie uporania się z tym problemem. Rozpoczyna się wyścig z czasem. Grymuar milczy, choć w Unii ma praktycznie monopol na magię, i pilnuje własnych tajemnic, a jednocześnie po cichu szuka tego, co zniknęło wraz z wybuchem. Unia chce spokoju i szybkich odpowiedzi, zanim miasto zacznie się sypać. Thorne ma dostarczyć wynik za wszelką cenę, a w jego fachu prawda nie zawsze jest najważniejsza. W tę pogoń wpada Erin, złodziejka i przypadkowy świadek z niezwykłym talentem do pakowania się w kłopoty. Kyraleth nie wie jeszcze, że to dopiero początek.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398125901 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kyraleth, Lakon, rok 1703, 23 dzień szóstego Księżyca
Praca w Inkwizycji Jego Cesarskiej mości sprawia, że człowiek przyzwyczaja się do pewnych widoków. Widoków, których większość ludzi wolałaby nigdy nie ujrzeć. Ten zaś, a co gorsza, jego zapach, skłaniał nawet tak zaprawionego człowieka jak Thorne van Lokke do przemyślenia wyboru kariery.
C_holera, mogłem zostać cieślą. Budziłbym się do zapachu drewna, a nie spalonych ciał. Ale cóż, życie innych zawsze smakuje słodziej._
Odór spalonego mięsa wciąż unosił się nad placem, będąc mrocznym echem tętniącego niegdyś życiem rynku. Dym rozmywał kontury, malując wszystko w odcieniach szarości i żałoby.
— Kapitanie — warknął Thorne. Jego głos przeciął wszelkie szepty. — Niech straż zbierze wszystkich z okolicy. Mamy do nich pytania.
Te z tych nieprzyjemnych.
— Tak, Inkwizytorze! — młody kapitan niepewnie odpowiedział, twarz blada, oczy martwe, jakby zajrzały do Otchłani. — Panie, czy to jest na pewno konieczne, Ci ludzie wyglądają …
Thorne uciszył go lodowatym spojrzeniem.
— Naprawdę chcesz, żebym tłumaczył, dlaczego to jest konieczne? — Nie wierzył, że ocalali wiedzą cokolwiek. Szanse były nikłe, ale procedury i pozory miały swoje korzyści.
— Nie, Inkwizytorze. —wyjąkał kapitan, cofając się o krok. — Zrobię jak mówisz. — Odwrócił się, by odejść, ale zawahał się. — Jest jeszcze… jedna rzecz, Inkwizytorze.
— Tak? — Thorne zmrużył oczy.
— Nie byliśmy pierwsi…
— Kto? — Przerwał mu Thorne.
— Grymuar.
Te pieprzone czarodziejskie dranie.
— Byli tu, zanim pojawili się moi strażnicy — powiedział kapitan, ściszając głos. — Nie zabawili długo. Odeszli tuż przed pańskim przybyciem.
— Odeszli? — Głos Thorne’a przeszył powietrze ostrym tonem. — I ty po prostu pozwoliłeś im odejść?!
Kapitan przełknął ślinę, a jego twarz jeszcze bardziej pobladła.
— To nie było coś, o czym można było dyskutować. Niewiele mówili — tylko obejrzeli miejsce, zostawili jakiś znak i zniknęli.
Thorne zaklął pod nosem. Z Grymuarem nigdy nie wiązało się nic dobrego. Ich obecność tutaj była nie tylko niewygodna, niosła ze sobą realne zagrożenie. Byli równie wielką zagadką, co sama eksplozja. Thorne miał z nimi do czynienia tylko raz i wystarczyło mu na całe życie. Zanim jeszcze otrzymał sygnet Inkwizycji, towarzyszył Inkwizytorowi Reiknigowi podczas przeszukania domu na obrzeżach Kyraleth. Jeden zły krok i nagle z jego przełożonego została tylko plama na ścianie. Od tych wspomnień Thornowi mogłoby się nawet zrobić smutno, gdyby nie to, że z Reikniga był kawał drania.
— Pokaż mi — zażądał Thorne.
Kapitan poprowadził go do epicentrum zniszczeń. Na zwęglonym bruku majaczył delikatny znak, runa, słabo pulsujący resztkami energii. Jej misternie splecione linie nie przypominały niczego, co Thorne widział wcześniej.
— Bronn, wezwij czarodzieja z Wieży — powiedział Thorne, skupiając się na runie.
Asystent Thorne’a, Bronn tylko skinął głową i się oddalił. Patrząc na Bronna, większość ludzi zakładałaby, że nie nadaje się na idealnego asystenta. A jednak przez lata wspólnej pracy Thorne odkrył, że Bronn był zaskakująco kompetentny — i, co ważniejsze, niezachwianie lojalny. No i fakt, że był chodzącą górą mięśni, zdecydowanie nie przeszkadzał.
— To nie zostało tu po wybuchu — mruknął Thorne, kucając, by się przyjrzeć.
— Nie, panie. To… to Grymuar. To oni to zrobili. Ich Arcano sam to nakreślił — wyjaśnił kapitan nerwowo.
Oczy Thorne’a natychmiast przeszyły kapitana.
— Powiedzieli coś o tym?
— Ani słowa. Nazwali to tylko „koniecznym”. Nie chcieli niczego wyjaśnić.
Żołądek Thorne’a ścisnął się nieprzyjemnie. Milczenie Grymuaru mówiło więcej niż jakiekolwiek słowa. Coś ukrywali — i to coś dużego.
— Coś jeszcze?
Kapitan zawahał się, rzucając spojrzenie w stronę swoich ludzi.
— Zabrali coś z ruin. Nie zdążyłem się dobrze przyjrzeć. Jakiś fragment, tak mi się wydaje. Cokolwiek to było… świeciło.
— Świeciło? Jak?
— Jak ten symbol… ale jaśniej.
Thorne podniósł się, strzepując popiół z płaszcza.
— I nie przyszło ci do głowy, żeby ich powstrzymać?
— Z całym szacunkiem, Inkwizytorze… Grymuaru się nie powstrzymuje.
Thorne nie zaprzeczył. Grymuar działał ponad prawem śmiertelników. Żaden urzędnik nie śmiał im się sprzeciwić, a żaden żołnierz nie miał na to odwagi. Może i sam Thorne by spróbował, ale tylko głupiec wierzyłby, że cokolwiek by to zmieniło.
— Zabezpieczyć teren. Nikt nie wchodzi, ani nie wychodzi bez mojej wiedzy — rozkazał Thorne ostrym tonem. Odwrócił się w stronę runy, a jego myśli zaczęły gorączkowo pracować.
Jeśli działania Grymuaru miały być jakąkolwiek wskazówką, to nie był przypadkowy akt terroru. Za tą destrukcją krył się cel, wzór, którego Thorne jeszcze nie potrafił dostrzec.
A ten symbol?
Jaki był jego cel?
Jaki był cel Grymuaru w tym wszystkim?
I najważniejsze pytanie, dlaczego to właśnie Thorne musiał dostać to w przydziale?
*
Świadkowie zaciągnięci do lochów w głębi Wieży, zgodnie z przewidywaniami, nie wiedzieli niczego. Thorne przez lata kariery nauczył się, że w jego zawodzie pozory liczyły się równie mocno, co wyniki. Trzeba było wyglądać, jakby się coś robiło, a przyciągnięcie grupy biednych drani sprawiało dokładnie takie wrażenie.
Szkoda tylko, że nie przynosiło to absolutnie żadnego efektu. Chyba, że obszczane podłogi liczyć za postęp.
Wilgotne, kamienne ściany Wieży były równie przytłaczające, co praca, jaka się tu odbywała. Powietrze cuchnęło pleśnią, potem i rozpaczą. Jedna migocząca lampa oliwna na korytarzu rzucała długie, chwiejne cienie, które zdawały się poruszać same z siebie.
Thorne oparł się o framugę drzwi jednej z sal, z założonymi rękami obserwując, jak szczupły młodzieniec z policzkami umazanymi sadzą bełkocze bez ładu do kamiennego przesłuchującego.
— Przysięgam! Ja nic nie wiem! To po prostu… to się stało! Ogień, ten hałas… uciekłem, przysięgam!
— Uciekłeś gdzie?! — warknął przesłuchujący, krępy strażnik z blizną przecinającą szczękę. — Do kogo?!
— Nigdzie! Do nikogo! Proszę!
Strażnik pochylił się niżej, przytłaczając drżącego chłopaka swoją posturą. Wtedy Thorne celowo chrząknął, odciągając jego uwagę.
— Wystarczy — powiedział Thorne. Jego ton był spokojny, niemal obojętny, ale niósł w sobie ciężar autorytetu. — On nic nie wie. Puśćcie go.
Strażnik zawahał się, po czym cofnął o krok z lekkim skinieniem.
— Tak jest, Inkwizytorze.
Thorne już odwracał się, by odejść, a echo jego butów odbiło się od kamiennej posadzki, gdy głos chłopaka go zatrzymał.
— Czekajcie! — krzyknął młodzieniec. — Było coś… coś jednak było.
Thorne znieruchomiał. Nie odwracając się, zapytał:
— Co takiego?
— Nie wiem, czy to ważne, ale… wczoraj coś widziałem. Pracuję na targu…, sprzedaję kapustę. I był tam taki facet… bardzo podejrzany. Śmierdział jak mokry kot.
— Czyli widziałeś pijaka — burknął strażnik, unosząc pięść w frustracji. — Nie zawracaj Inkwizytorowi głowy.
— Zostaw nas — rozkazał Thorne, unosząc dłoń, by go powstrzymać. Jego przenikliwe spojrzenie wbiło się w chłopaka.
— Skup się. Czy ten mężczyzna nosił niebiesko-złote barwy?
Barwy Grymuaru.
— Ubrania miał porwane i brudne, ale… wydaje mi się, że pod tym całym syfem było coś niebieskiego — wyjąkał chłopak, głos mu drżał.
Oczy Thorne’a zwęziły się, umysł natychmiast się wyostrzył. Niebieski pod brudem. Niewiele, ale lepsze to niż nic. Pochylił się lekko, a intensywność jego spojrzenia niemal przygwoździła chłopaka do miejsca.
— Coś jeszcze? — zapytał spokojnie, z premedytacją dobierając ton.
Chłopak zawahał się, wyraźnie próbując poskładać strzępy wspomnień.
— Miał… torbę. Dużą, przerzuconą przez ramię. Wyglądała na ciężką. Ja… nie przywiązałem do tego wagi…
Gdy Thorne przepytywał chłopaka, kątem oka dostrzegł sylwetkę — wysokiego mężczyznę ubranego w nieskazitelnie biały uniform asystenta Sędziego Najwyższego.
Cholera. Tego mi jeszcze brakowało.
— Jego Ekscelencja oczekuje pana.
Thorne westchnął, rzucił chłopakowi krótkie skinienie i rzucił mu złotą monetę. Bez słowa odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia.
*
Można by pomyśleć, że kiedy Jego Oczekująca Ekscelencja cię wzywa, nie każą ci czekać… a jednak, oto jesteś.
Siedzenie na niewygodnej sofie stawało się jeszcze przyjemniejsze dzięki co jakiś czas rzucanym, zirytowanym spojrzeniom sekretarki zza biurka, wyraźnie poirytowanej samym faktem istnienia Thorna.
_Przy tych wszystkich pieniądzach mógłby chociaż zainwestować w coś wygodnego do siedzenia._
W końcu otworzyły się wielkie, podwójne drzwi, ukazując kolejną białą sylwetkę.
— Jego Ekscelencja pana przyjmie.
Thorne wszedł do aż nazbyt znajomego pomieszczenia, rozświetlonego przez wielkie, okrągłe okno na końcu sali. Wszystko było tu skrupulatnie uporządkowane, ani pyłku kurzu w zasięgu wzroku. Wysokie sklepienie górowało nad wszystkim, zaprojektowane tak, by każdy odwiedzający czuł się nieznaczący, dokładnie tak, jak Jego Ekscelencja postrzega ludzi.
Wnętrze zdominowane było przez szerokie dębowe biurko, za którym siedział sam Jego Łysiejąca Ekscelencja — Sędzia Najwyższy Unii, Rotrand van Kassel, jeszcze bielszy niż jego asystenci. Złota pieczęć na jego piersi lekko błyszczała, gdy pochylał się nad listem, wpatrzony w pergamin tak, jakby Thorne w ogóle nie istniał.
— Wasza Ekscelencjo — powiedział Thorne z szybkim skinięciem głowy.
— Wiesz, czemu tu jesteś. Jakie postępy? — zapytał Kassel cicho i w końcu zaszczycił Thorna spojrzeniem.
Wielkie nic, jeśli mnie zapytać. Ale tego powiedzieć nie wypada.
— Świadkowie są właśnie zabawiani — wyjaśnił Thorne. — Na miejsce wybuchu dotarliśmy po Grymuarze.
Zatrzymał się na chwilę, czekając na reakcję, która jednak nie nadeszła.
— Wysłałem mojego asystenta, by razem z czarodziejem zbadał runę, którą zostawili. Obawiam się, że Grymuar jest w to jakoś zamieszany.
— Nie jest.
— Ale…
— Jeśli czarodzieje dowiedzą się, że mieszamy się w ich wewnętrzne sprawy, może stać się… nieprzyjemnie — przerwał mu Kassel, obdarzając go zimnym spojrzeniem. — Prowadź swoje śledztwo, podążaj za tropami. Ale trzymaj się z dala od Grymuaru.
— Rozumiemy się? — jego wzrok wrócił do listu. — Nie chciałbym być zmuszony do znalezienia kogoś na twoje miejsce.
Thorne wziął głęboki oddech, odzyskując równowagę, i napotkał lodowate spojrzenie Kassela.
— Zrozumiano, Wasza Ekscelencjo.
Rotrand van Kassel odchylił się w fotelu, a jego chude palce zaczęły wystukiwać rytm na wypolerowanym dębowym blacie.
— Liczę, że wkrótce będziesz miał coś… bardziej produktywnego do zgłoszenia, Inkwizytorze. Nasz Cesarz ceni sobie przede wszystkim skuteczność. Chyba nie chcesz go rozczarować.
_Masz na myśli: nie chcesz, żebym rozczarował ciebie._Thorne ograniczył się do sztywnego skinięcia, zamiast wypowiadać tę myśl na głos.
— Możesz odejść — rzucił Kassel oschle, wracając do lektury, jakby Thorne przestał istnieć.
Inkwizytor odwrócił się gwałtownie na pięcie i opuścił pomieszczenie bez słowa. Napięcie w jego barkach było jak sprężyna gotowa do wystrzału. Podwójne drzwi zamknęły się za nim z głuchym łoskotem, a pierwszym, co zobaczył, było pełne dezaprobaty spojrzenie sekretarki.
Zignorował je, mijając ją szybkim krokiem i kierując się w dół marmurowego korytarza. Echo jego butów odbijało się ostro od posadzki. Ściany wydawały się bliższe niż wcześniej, nieskazitelna biel dusiła.
Słowa Sędziego Najwyższego wciąż brzmiały mu w głowie.
Nie patrz na Grymuar. Nie zadawaj pytań o Grymuar. Polityczna smycz zacisnęła się mocniej i paliła.Konrad
Kyraleth, Lakon, rok 1703, 24 dzień szóstego Księżyca
Konrad Darlh podrapał się w kryształ osadzony z tyłu czaszki, jednocześnie majstrując przy maszynie na biurku. Zawsze wierzył, że trzy ręce są lepsze niż dwie, więc naturalnie zdecydował się na pięć.
Praca w tych warunkach daleka była od ideału, zwłaszcza w porównaniu z czasami, gdy miał do dyspozycji pełne zasoby Grymuaru. Ale porażki były jedynie lekcjami. Jego ostatni eksperyment ujawnił kluczową wadę konstrukcji, a teraz był bardziej zdeterminowany niż kiedykolwiek, by ukończyć swoje arcydzieło.
Purpurowe opary przylegały do niskiego sklepienia wilgotnej piwnicy, kłębiąc się leniwie, jakby żyły, karmiąc się szaleństwem, które nasycało powietrze. W jednym z zacienionych kątów dawny Arcano pracował bez wytchnienia. Zagracona piwnica pełna była zwojów, świecących kryształów i słojów zawierających substancje, które zdawały się przeczyć klasyfikacji, wszystko rozrzucone chaotycznie, a mimo to zawsze w zasięgu ręki Konrada.
Cichy pomruk maszyny narastał, gdy Konrad regulował kolejne pokrętła, poruszając palcami z precyzją koncertowego pianisty. Iskry tańczyły po poszarpanych krawędziach mechanizmu, rzucając przelotne błyski fioletowego światła na zagraconą piwnicę.
Pod nosem mamrotał obliczenia, a urwane frazy formuł arkanicznych i technicznego żargonu zlewały się w niemal nieczytelną mantrę. Jego pięć ramion poruszało się w doskonałej synchronii, każde wykonując osobne zadanie: jedno dokręcało śruby, drugie kreśliło runy, trzecie ostrożnie sączyło z naczynia lepką substancję, świecącą, a jednocześnie czarną jak Otchłań.
— Niedługo będzie gotowe, taaak… — wymamrotał do siebie, a na jego twarzy pojawił się cienki uśmiech. Pierwszy raz od lat. Całe jego ciało zadrżało z podniecenia. Cokolwiek miało nadejść, zemsta, uznanie, czy zguba, stawi temu czoła na własnych warunkach.
Nie zabiorą MOJEGO dzieła. Nie, nie, to moje. Jeszcze pokażę tym pieprzonym ignorantom, kogo odrzucili. Kogo wygnali. Kto naprawdę jest geniuszem.
Znów podrapał się w kryształ.Erin
Kyraleth, Lakon, rok 1703, 24 dzień szóstego Księżyca
— Złodziejka! Łapać ją! Straż! — wrzeszczał tłusty kupiec, aż brakowało mu tchu.
Erin przemykała przez zatłoczony targ niczym cień, wijąc się między tłumem ludzi. Ślizgnęła się obok wozu wyładowanego melonami, przecisnęła pod ramieniem jakiegoś nadgorliwca, który próbował zabawić się w bohatera, a nawet minęła ociężałą krowę bez choćby spowolnienia kroku — jej ruchy były płynne jak u kota.
Dorastanie na ulicy nauczyło Erin jednego: jak przetrwać. Czy chodziło o kradzież bochenka chleba, by zabić głód, czy o przyłożenie noża do gardła komuś, komu za bardzo świerzbiło między nogami — przetrwanie zawsze było na pierwszym miejscu.
Jej stopy ledwie muskały bruk, gdy przecinała labirynt wąskich uliczek. Przeskoczyła przez stos beczek, przewracając jedną i rozsypując jabłka na kocie łby, co przysporzyło jej kilka soczystych przekleństw od najbliższego handlarza. Krzyki strażników narastały za jej plecami, dodając jej sił.
Wskoczyła w boczną alejkę i kopniakiem przewróciła skrzynię pełną kwiczących kur, których skrzydlate szaleństwo dało jej kilka cennych sekund przewagi.
Ostry skręt i jej twarz spotkała coś twardego i zimnego. Stal. Uderzenie niemal zwaliło ją z nóg, ale instynkt przejął kontrolę. Zanim jej umysł zdążył zarejestrować, co się dzieje, nóż był już w ruchu. Srebrny błysk przeciął powietrze i skórę.
Z gardła strażnika wyrwał się ohydny bulgot, a fontanna krwi opryskała jej twarz i pierś ciepłymi, karmazynowymi smugami. Jego szeroko otwarte, niedowierzające oczy wbiły się w jej spojrzenie, gdy zatoczył się do tyłu, bezradnie chwytając się za szyję, próbując zatamować wyciekające z niego życie.
Osunął się na kolana, dławiąc się własną krwią, a światło w jego oczach powoli gasło, podczas gdy chaos targowiska trwał dalej, jak gdyby nigdy nic.
Erin zastygła na moment, ciężar tego, co właśnie się stało, osiadł jej w piersi jak kamień. Ale odległe okrzyki pogoni wyrwały ją z zamroczenia. Nie było czasu na żal. Tylko na przetrwanie.
Kurwa, kurwa, kurwa…
*
Po wyczerpującym biegu przez plątaninę ulic i zaułków. Udało jej się w końcu zgubić pościg. Kradzież chleba to jedno, zabicie strażnika to coś zupełnie innego. Erin doskonale rozumiała ciężar tego, co zrobiła. Jeśli teraz wpadnie w ich ręce, nie będzie litości. Czeka ją szybki proces, o ile w ogóle, i brutalna egzekucja.
Słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając długie, poszarpane cienie przez miasto. Jego niknące światło sączyło się przez popękane okna opuszczonej fabryki, którą wybrała jako kryjówkę. Miejsce było zimne i ciche, jego ściany pokryte bliznami czasu i zaniedbania. Rdzawe maszyny majaczyły w półmroku niczym zapomniane bestie, a w powietrzu unosił się zapach kurzu i zgnilizny.
Erin osunęła się pod jedną ze ścian, dysząc ciężko, próbując uspokoić oddech. Jej dłonie drżały, a nóż — wciąż lepki od krwi — tkwił zaciśnięty w palcach. Na moment ogrom tego, co się wydarzyło, przygniótł ją jak ołowiana zasłona, ale zmusiła się, by to stłumić.
Ostre burknięcie w brzuchu wyrwało ją z otępienia, brutalnie przypominając od czego to wszystko się zaczęło. Sięgnęła do zakrwawionej torby przewieszonej przez ramię i wyciągnęła bochenek chleba, cały we krwi…
— Aaagh! — wrzasnęła w frustracji, rzucając zniszczonym bochenkiem w rdzewiejącą maszynę. Chleb uderzył o nią z głuchym łoskotem, zostawiając na metalu rozmazane ślady zakrzepłej krwi.
— Chciałam tylko pieprzony bochenek chleba! — wypluła z siebie, głos drżał jej z gniewu i zmęczenia. — Czy to aż tak dużo? Kurwa…
Jej głowa opadła na ścianę. Przez chwilę zamknęła oczy, pozwalając rozpaczy wlać się do środka. Głód rozdzierał jej wnętrzności, ale sama myśl o jedzeniu tego upapranego chleba wywoływała mdłości.
Dźwięk wyrwał ją z otępienia jak kubeł lodowatej wody.
Kroki.
Erin zamarła, każdy mięsień napięty jak cięciwa. Wytężyła wzrok w ciemności. Fabryka pozostawała cicha, poza delikatnym echem metalicznych kroków, które stawały się coraz głośniejsze. Ktoś poruszał się w cieniu, powoli i ciężko, jakby przytłoczony ciężarem, który niósł.
Serce Erin waliło jak oszalałe, gdy w słabym świetle dostrzegła zarys sylwetki — humanoidalnej, z czymś bezwładnym zarzuconym przez ramię. Mocniej Ścisnęła nóż. Drżenie rąk zniknęło, ustępując fali adrenaliny.
Kimkolwiek był ten ktoś i cokolwiek robił, nie miała zamiaru dać się zaskoczyć.
Postać zniknęła za drzwiami na drugim końcu hali, zostawiając po sobie jedynie słabnące echo kroków.
Serce Erin waliło jak młot, szybciej i mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Strach ścisnął ją jak imadło, lodowata dłoń zaciskała się na jej klatce piersiowej, odbierając oddech. Ale z każdą kolejną chwilą coś innego zaczęło się w niej budzić — uczucie, które powoli wypierało przerażenie.
Ciekawość. Drapała ją od środka, uporczywa i niezrozumiała. Nie miała żadnego powodu, by się tym przejmować, żadnej logicznej przyczyny, by iść za tą postacią. A jednak... potrzeba odkrycia, co się dzieje, gdzie zniknęła ta sylwetka i co niosła, była nie do odparcia.
Wzięła głęboki wdech i zacisnęła palce mocniej na śliskim od krwi nożu. Jej stopy ruszyły same z siebie, cicho, ostrożnie, przemykając przez mrok jak cień. Coś w niej przyciągało ją do tajemnicy, jak ćmę do ognia.
Z każdym krokiem w głąb fabryki smród stawał się coraz bardziej nieznośny. Była to odrażająca mieszanka zgnilizny, rdzy i moczu, która paliła w nozdrzach.
Miejsca takie jak to od zawsze były schronieniem dla ćpunów, tych, którzy szukali ciemnego kąta, by zatopić się w truciznie. Ale teraz panowała tu cisza. Żadnego mamrotania, żadnych bełkotliwych jęków, tylko złowroga, obca martwota, od której cierpła skóra.
_Porzucona po raz drugi…_ A jednak… coś tu było. Żołądek Erin ścisnął się niespokojnie, ale ciekawość wciąż pchała ją naprzód, krok po kroku, ostrożnie, niemal wbrew woli.
Wzdrygnęła się, gdy jej stopa natrafiła na coś miękkiego i wilgotnego. Zdechły szczur. Wstrzymała oddech, wpatrując się w martwe ciało zwierzęcia…
Szczury!
To miejsce powinno się od nich roić — a jednak nie było żadnego. I właśnie ta nieobecność była najbardziej niepokojąca. _Coś tu jest nie tak. Głęboko, cholernie nie tak._
Idąc ciemnymi, wąskimi korytarzami pod fabryką, Erin czuła, jak ściany zdają się zamykać wokół niej, a powietrze gęstnieje od zgnilizny i wilgoci. Każdy jej krok był ostrożny, nóż wciąż zaciśnięty w drżącej dłoni.
W końcu dotarła do schodów z zardzewiałego metalu. Ciche skrzypnięcia jej stóp odbijały się echem od ścian, potęgując ciszę. Z dołu sączył się miękki, purpurowy blask, pulsujący delikatnie, jakby był biciem serca czegoś żywego.
Światło pełzało po ścianach, rzucając niespokojne cienie. Ciekawość, silniejsza niż kiedykolwiek, znów wgryzła się w nią z niezrównaną mocą. Wzięła głęboki oddech i zaczęła schodzić w dół. Tajemniczy blask przyciągał ją jak latarnia ćmę.
Obok schodów znajdowały się lekko uchylone drzwi. Przez szparę sączyło się to samo nienaturalne światło. Erin zawahała się, serce przyspieszyło, gdy zerknęła do środka.
W samym centrum pomieszczenia stał mężczyzna, jego sylwetka oświetlona eterycznym blaskiem. Miał za dużo rąk — więcej, niż powinna mieć jakakolwiek istota. Wyrastały z niego pod dziwnymi kątami, jakby stawy znajdowały się tam, gdzie ich być nie powinno. Na ten widok żołądek Erin się skręcił.
Przed nim, skąpana w pulsującym fiolecie, stała konstrukcja, której nie dało się opisać. Chaos przewodów i kryształów, obcy, pokręcony, wydający z siebie niski pomruk, który drgał w jej klatce piersiowej. Obok urządzenia klęczał człowiek.
— Proszę… błagam… — wychrypiał ktoś, głosem drżącym od rozpaczy.
— Cisza! — ryknął mężczyzna w centrum, a jego głos przesiąknięty był chłodnym autorytetem. — Twoje marne życie wreszcie ma sens. Staniesz się częścią czegoś znacznie większego.
Jedną z dłoni położył na urządzeniu, drugą — na klęczącym. Przez moment nic się nie działo.
A potem…
Coś, czego Erin nie potrafiła pojąć, rozegrało się tuż przed jej oczami.
Przebił ją krzyk, tak przejmujący, że poczuła go w samych kościach, jakby ból tamtego człowieka należał także do niej. Czerwony płomień, zimny jak lód, objął jego ciało. Energia była nierealna, drgająca, zmienna, nieposłuszna logice. Nie była ciepła. Pustka, która pożerała wszystko.
Erin wstrzymała oddech, wpatrując się z przerażeniem. W ciągu kilku sekund ciało mężczyzny zaczęło się wyginać, deformować… aż w końcu zniknęło, pochłonięte przez lodowaty, krwisty ogień.
Zniknął.
Jej ciało wiedziało co robić.
Biegła..Konrad
Kyraleth, Lakon, rok 1703, 24 dzień szóstego Księżyca
Konrad drgnął. Całe jego ciało znieruchomiało, gdy zza pleców dobiegł go ledwie słyszalny dźwięk. Czy ktoś go obserwował?
Myśl zakłuła go jak ostry cierń, niepokój rozlał się po kręgosłupie. Kto ośmieliłby się go śledzić? I dlaczego właśnie teraz?
Nie. Nie mógł pozwolić sobie na rozproszenie. Odepchnął paranoję na bok z siłą woli. Energia przed nim nadal była niebezpiecznie niestabilna, pulsowała chaotycznie, gotowa wymknąć się spod kontroli przy najmniejszym błędzie. Musiał się skoncentrować. Utrata kontroli w tym momencie oznaczałaby katastrofę.
Nawet w obecnym trybie, z mocą zredukowaną do minimum, prototyp promieniował niepokojącą zmiennością. Konrad nie zostawiał niczego przypadkowi: ograniczył moc do poziomu, który powinien być bezpieczny. A jednak nawet to „minimum” przypominało próbę powstrzymania burzy gołymi rękami.
Cichy pomruk maszyny narastał, drgał nierówno, a rdzeń urządzenia pulsował nienaturalnym rytmem, który wprawiał zęby w zgrzyt. Jeden fałszywy ruch, jedna zbłąkana myśl i wszystko mogło runąć. Ale Konrad był mistrzem w swoim fachu. To on był mózgiem całego projektu w Grymuarze. Jedynym, który naprawdę rozumiał jego złożoność.
Oczywiście to nie powstrzymało Mervicka od wtargnięcia do jego pracowni, nieznośnie krótkowzroczny jak zawsze.
— Twoje parametry emocjonalne są niestabilne — oznajmił monotonnie, jakby odczytywał z raportu. — Nie możemy pozwolić ci dalej pracować nad tak delikatnym projektem. Twoje talenty zostaną przekierowane.
Palce Konrada drgnęły. Zaciśnięte na krawędzi pulpitu kostki pobielały. Obłuda słów Mervicka drażniła go jak papier ścierny przesuwany po gołej skórze.
— Moje emocje? — warknął, głos drżał od tłumionej furii. — Ten projekt istnieje dzięki mnie. Trwa tylko dlatego, że JA go podtrzymuję. Odsuwając MNIE, tracicie wszystko.
Energia wewnątrz kryształu stabilizowała się, o ile można było mówić o stabilności w przypadku czegoś takiego. Świetlne impulsy w jego wnętrzu zwolniły, przybierając rytm przypominający napiętą sprężynę. Konrad wiedział, że nie może jeszcze odetchnąć z ulgą. „Stabilne” nie znaczyło „bezpieczne” — tylko „chwilowo pod kontrolą”.
Wypuścił powietrze powoli, nie odrywając wzroku od pulsującego rdzenia. Każda sekunda, w której urządzenie się nie rozpadło, była dowodem na jego precyzję. Na jego geniusz.
Ale mimo, że cały czas nadzorował delikatną równowagę, w jego głowie wciąż brzmiały słowa Mervicka, jak drzazga wbita pod paznokieć.
Sama myśl o użyciu urządzenia sprawiła, że na twarzy Konrada pojawił się uśmiech. Szeroki, niepowstrzymany… Który stopniowo wypaczył się w coś mroczniejszego. A potem zaczął się śmiać.
Początkowo cicho, cichy rechot, który wyrwał się z głębi jego klatki piersiowej. Ale rósł, pęczniał, stawał się niekontrolowany, aż wypełnił całą pracownię niczym szalona symfonia. W tym śmiechu było wszystko: napięcie, triumf… i coś jeszcze. Coś, co balansowało na granicy szaleństwa.
Kurczowo ściskał pulpit, a jego śmiech niósł się echem po laboratorium, gdy umysł Konrada rozsadzały kolejne wizje możliwości. To nie była zwykła maszyna. To była moc. Surowa, nieujarzmiona — i uległa jego woli. Po raz pierwszy od lat Konrad czuł się naprawdę żywy. Wszystko było gotowe do ostatecznej próby.
Wiedział dokładnie, gdzie ją przeprowadzić.Thorne
Kyraleth, Lakon, rok 1703, 24 dzień szóstego Księżyca
Thorne nigdy nie był zwolennikiem magii, już od wczesnego dzieciństwa. Jego ojciec, Leopold van Lokke, kapitan Unijnej Armi miał nieszczęście bliższego spotkania z Wyższą Sztuką. Spalenie żywcem na polu bitwy nie jest dobrą śmiercią. Thorne wolałby uniknąć takiego końca.
Thorne nigdy nie był zwolennikiem magii. Ale nawet on wiedział, że czarodzieje mają swoje zastosowania. Szczególnie, gdy próbujesz jednego złapać.
Mag na usługach Inkwizycji — Thorne nigdy nie był w stanie zapamiętać jego imienia lub nie zależało mu wystarczająco — pochodził z jakiejś szkoły daleko na wschód, Draco, Draconis, Dracon… Jeden pies, coś smoczego. Aroganckie dranie. Większość dworów w Uni korzysta z usług Grymuaru, którzy mają wręcz monopol na magię w Unii, lecz Inkwizycja jako jedna z niewielu organizacji zawsze preferowała magów z zewnątrz, niepowiązanych z Unią.
Thorne nigdy nie był zwolennikiem magii. Nawet w gabinecie… Alfreka — dyplom na ścianie pomógł Thorne’owi z pamięcią — było coś co nie rezonowało z Thornem. Za dużo ksiąg, za dużo półek z przesadną ilością kryształów, za dużo wszystkiego co krzyczało “Jestem czarodziejem”. A już szczególnie za dużo słojów z pływającymi głowami. Jeden to już zdecydowanie za dużo…
Za absurdalnie wielkim, białym biurkiem siedział _on_. Ubrany w absurdalne, jedwabne, fioletowe szaty. Pod absurdalnie zakręconym wąsem, chował się szyderczy uśmieszek. Arogancki drań.
— Inkwizytorze — Alfrek wstał i skłonił się lekko. — Może herbatki?
Drań.
— Jestem tu w sprawach czysto służbowych —Thorne przeszył go wzrokiem. — Czas nagli.
— Ufam, że moja skromna osoba została zaszczycona wizytą w związku z incydentem na rynku?
Thorne skinął głową.
— Zapewne nie zdziwi Cię, że źródło jednej magii prowadzi prosto do Ambasady Grymuaru — Alfrek sięgnął do skrzynki i wyciągnął fragment czegoś. — Lecz udało mi się znaleźć fragment czegoś, co uważam, było bombą odpowiedzialną za wybuch. Przesiąknięty potężną magią.
— Jesteś w stanie coś z tym zrobić?
— Oczywiście.
Alfrek przeszedł obok Thorne’a, drań pachniał kwiatami, na drugi koniec pokoju. Sięgnął na półkę po jakieś ustrojstwo. Plątanina miedzi i kryształów. Alfrek obwiązał fragment wystającymi kablami. Pogrzebał chwilę w kieszeni i wyciągnął kilka złotych.
— Tyle powinno wystarczyć — powiedział pod nosem.
Trzymając w lewej ręce pieniądze położył prawą na urządzeniu. Wszystkie kryształy się zaświeciły, a Alfrek uśmiechnął się pod nosem.
Thorne nigdy nie był zwolennikiem magii.
— Mam trop. Rozważnym by było, żebym udał się tam z razem tobą, Inkwizytorze. — wyszczerzył się, pokazując swoje białe zęby.
Thorne nigdy nie był zwolennikiem magii. Ale tym razem się przydała.Konrad
Kyraleth, Lakon, rok 1703, 24 dzień szóstego Księżyca
Urządzenie stało przed Konradem, gotowe, stabilne, emanujące potężną energią. Jego teoria się potwierdziła. Jego geniusz zatriumfował.
Od czasu pierwszej prezentacji pomysłu przed Mervickiem spotykał się z niedowierzaniem i pogardliwymi uśmieszkami. Mówili, że to szaleństwo, że się nie uda. A mimo to... dali mu środki. Nie z zaufania, z chciwości. Wierzyli w zysk, nie w niego.
Przed nim stała moc w czystej postaci. Moc zniszczenia. Dzieło Konrada.
Z czasem nawet oni musieli to dostrzec. Nawet ślepcy z Grymuaru zaczęli mówić o „potencjale” jego konstrukcji. A Mervick, chciwy, oportunistyczny drań, szybko próbował zawłaszczyć sobie zasługi. To on, Mervick, chciał zaprezentować _JEGO_ wynalazek w Piramidzie. Przed Radą. Przed Wyrocznią. W blasku, nie jako cud Konrada, lecz jako osiągnięcie instytucji.
„Twoje parametry emocjonalne są niestabilne” — jego głos wciąż nawiedzał Konrada, jak cierń w myślach.
„Nie możemy pozwolić ci dalej pracować nad tak delikatnym projektem. Twoje talenty zostaną przekierowane.” To nie była troska. To był zamach. Chcieli go usunąć, odsunąć, zamienić w bezwolną powłokę, z której wysączą resztki geniuszu, a potem wyrzucą jak zużytą glinianą skorupę. Ale Konrad ich przejrzał. Zanim zdążyli działać, zbiegł. Ukrył się. Zniknął.
Nie po to, by się ukrywać, lecz by pracować w spokoju. Bez oczu śledzących każdy jego ruch. Bez podsłuchów, bez raportów, bez ograniczeń.
Oczywiście, projekt był zbyt ważny. Dla Grymuaru, dla Mervicka, dla całej pieprzonej Unii. A teraz to Mervick będzie się tłumaczył. Będzie stawał przed Radą. Przed Wyrocznią. Z pustymi rękoma.
I z hańbą. Konrad nie mógł oderwać wzroku od swojego dzieła. Było doskonałe.
Każda magia ma swój koszt, głodna suka, zawsze żądna daniny. W rękach maga źródłem energii mogło być niemal wszystko: ogień, złoto, drzewo... Ale w granicach Uni jeden rodzaj był zakazany. Najstarszy, najprostszy i najbardziej brutalny.
Magia krwi. Sztuka karmiąca się ludzkim ciałem i duszą.
Oczywiście, dla Grymuaru takie drobnostki jak prawo nie miały znaczenia. Prawo było dla innych. Dla poddanych. Dla obserwowanych, nie dla obserwujących.
Jego dzieło było doskonałością tej idei. Magia idealna. Samopodtrzymująca. Bez potrzeby ingerencji, bez potrzeby kontroli.
Po aktywacji urządzenie pochłonie wszystko w zasięgu: ziemię, przedmioty, zwierzęta, ludzi.
Wszystko.
A potem cała ta zgromadzona energia znajdzie ujście w jednym, ostatecznym akcie: eksplozji. Nie było już odwrotu. I w tym właśnie tkwiło piękno.
Ze skupienia wyrwał go odgłos stuknięcia dobiegający z korytarza. Kroki. Szybkie, ciężkie, metaliczne.
I coś jeszcze. Magia. Czuł ją, zbliżała się jak nadciągająca burza. Jak mógł to przeoczyć?
Nie miał czasu na panikę. Skupił się na jednym z kryształów. W zbiorniku wszczepionym w jego plecy poziom oleju lekko spadł — cena za aktywację magii. Wokół bomby wyrosła metalowa kopuła, zamykając ją jak powiekę wokół oka. Jedno zbłąkane zaklęcie i wszystko mogłoby się skończyć katastrofą.
W progu stanęło to, czego się spodziewał, Grymatorii. Żołnierz Grymuaru, przesiąknięty magią i metalem, ciałem pełnym wszczepów i ulepszeń.
A skoro pojawił się jeden, musieli być inni. Grymatorii nigdy nie działali w pojedynkę. Musiał być z nimi Arcano — dowódca, operator, umysł.
Kryształ wszczepiony z tyłu czaszki Arcano pozwalał mu korzystać ze specjalności Grymuaru: magii umysłu. Grymatorii również posiadali kryształy, ale ich rola była inna, były odbiornikami. Dzięki nim każdy rozkaz Arcano trafiał prosto do ich świadomości.
Bez wątpliwości.
Bez oporu.
Bez litości.
Konrad skupił się ponownie na tym samym krysztale. W jednej, brutalnej myśli, wyrwał Grymatorii kończyny, metalowe ramiona eksplodowały w chmurze iskier i krwi. Ale nie było czasu na oddech.
Kolejni już wpadali przez drzwi, a wśród nich Arcano. Rozpoznał go natychmiast. Aura umysłu. Kryształ lśniący chłodno w tylnej części czaszki.
Jedna z jego licznych rąk Konrada, ta uzbrojona w spalacz, warknęła i wyrzuciła w powietrze ognistą wiązkę. Trzech Grymatorii zajęło się płomieniami, ich płaszcze i zbroje stanęły w ogniu, ale szli dalej. Bezwzględni. Niewzruszeni.
Dwaj rzucili się na niego z mieczami, trzeci uniósł muszkiet.