Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kryptonim Mirza - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 marca 2026
9,00
900 pkt
punktów Virtualo

Kryptonim Mirza - ebook

Najlepsza operacja wywiadu to ta, w której cel nie wie, że jest celem. To PsyOp – psychological operation. Nie werbują cię. Po prostu czekają, aż sam zrobisz to, czego potrzebują. Warszawski adwokat odkrywa swoje arystokratyczne korzenie. Odzyskuje rodzinny majątek. Jest szczęśliwy. Ktoś inny też. Z innego powodu. Thriller w stylu Forsytha: żadnych przypadków, żadnego pośpiechu, tylko chłodny profesjonalizm. Warszawa 2017-2022. Nikt nie krzyczy. Wszyscy przegrywają. Oprócz tych, którzy znali zasady.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Sensacja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 377 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Spis treści

Rozdział 1 Barber 3

Rozdział 2 Mężczyzna racjonalny 7

Rozdział 3 Tatar 12

Rozdział 4 Fancy Bears 17

Zawiadomienie o naruszeniu ochrony danych osobowych 24

Oświadczenie MyAncestry 25

Rozdział 5 Książę 27

Rozdział 6 Potocki 31

Rozdział 7 Tłumacz 38

Rozdział 8 Jajecznica 44

Rozdział 9 Testament 50

Rozdział 10 SMS 59

Rozdział 11 Sojusznicy 67

Rozdział 12 Obiekt S65 76

Rozdział 13 Free Space Optics 81

Rozdział 14 Dioda 88

Rozdział 15 Andrzej 94

Rozdział 16 Termit 100

Rozdział 17 Doniczki 106

Rozdział 18 K-hole 115

Rozdział 19 Trytytka 123

Rozdział 20 Substancja 78 135

Rozdział 21 Pizza 142

Rozdział 22 Sudopłatow 150

OD AUTORA 1591 ROZDZIAŁ 1 BARBER

11 września 2017 r.

- Panie mecenasie, proszę wybaczyć, ale niech pan się trochę streszcza.

Głos zmęczony, ale uprzejmy. Wyćwiczona uprzejmość człowieka, który siedzi na sali rozpraw od 8.30.

- Mam pana stanowisko na piśmie, nie trzeba go powtarzać. Mam jeszcze pięć spraw, a jest chwila opóźnienia.

Sędzia Krawczyk - koło pięćdziesiątki, łysy, w todze rozpiętej u góry, bo klimatyzacja nie działała - pochylił się nad stołem i czekał. Sala numer 114 Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia: niecałe dwadzieścia metrów kwadratowych, jedna ławka dla publiczności - pusta. Na ścianie gipsowe godło, orzeł z koroną domalowaną innym odcieniem bieli, zapewne doczepionym po osiemdziesiątym dziewiątym. Meble z lat siedemdziesiątych. Laminowany stół, krzesła z metalowymi nogami, na blacie rysy po długopisach kilku pokoleń prawników. Protokolantka - młoda blondynka, dwadzieścia lat - siedziała po lewej za komputerem i czekała razem z sędzią, aż mecenas skończy.

Mecenas nie kończył.

Krzysztof Mirzewski-Sobolewski miał trzydzieści siedem lat, metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, brodę przystrzyżoną z chirurgiczną precyzją i wełnianą marynarkę w kolorze antracytu, która kosztowała więcej niż miesięczne wynagrodzenie protokolantki. Stał przed stołem sędziowskim i mówił. Mówił o zasadach dziedziczenia, o porządku prawnym, o interesie nieobecnego uczestnika. Mówił pełnymi zdaniami, z odpowiednią intonacją, z pauzami we właściwych miejscach.

Sprawa dotyczyła stwierdzenia nabycia spadku po dłużniku Miasta Stołecznego. Spadkodawca był winien gminie czternaście tysięcy złotych z tytułu niezapłaconego czynszu. Spadku nikt nie chciał, bo go nie było, tylko długi. Gmina złożyła wniosek, bo musiała, świetnie wiedząc, że nie ściągnie ani grosza. Krzysztof pełnił funkcję kuratora nieznanego z miejsca pobytu uczestnika - syna tego jegomościa, pijaka tak jak jego ojciec, który musiał mieć swojego reprezentanta w postępowaniu, bo tego wymagał kodeks.

A Krzysztof mówił dalej. Protokolantka patrzyła na niego z wyrazem twarzy osoby, która nie wie, czy ma się nudzić, czy podziwiać.

Skończył. Ukłonił się lekko, zebrał teczkę ze stołu i wyszedł z sali. Drzwi zamknęły się za nim z miękkim kliknięciem.

***

Sędzia Krawczyk odczekał trzy sekundy. Odchylił się na krześle. Wypuścił powietrze przez nos.

- Pani Ewo, pan mecenas myślał, że to Sąd Najwyższy jest.

Protokolantka zachichotała, zakrywając usta dłonią. Sędzia też się uśmiechnął - tak jak uśmiechają się ludzie, którzy przez trzydzieści lat pracy w sądzie widzieli już wszystko.

- Niech pani otworzy okno żeby te perfumy wywietrzyć.

Ewa wstała i otworzyła okno. Do sali wpadło rześkie wrześniowe powietrze Warszawy i śladowy zapach spalin z Marszałkowskiej. Sędzia wyciągnął spod blatu kanapkę zawiniętą w torebkę foliową i odgryzał kęsy, czytając akta następnej sprawy.

***

Korytarz w nowszej części budynku był inny niż sale rozpraw. Wyremontowany kilka lat wcześniej z funduszy norweskich. Jasna podłoga, ściany w kolorze łososiowym, drzwi szklane wyklejone lustrzaną folią.

Krzysztof stanął przed jednymi z tych drzwi i poprawił włosy.

W odbiciu - przystojny mężczyzna. Gęsta broda, włosy zaczesane do tyłu na żel, ani jeden nie odstawał. Koszula z wąskim kołnierzykiem, złote spinki do mankietów. Skórzana teczka w lewej ręce, na nadgarstku chłodny ciężar IWC Schaffhausen.

Trzydzieści siedem lat i nadal robię wrażenie. Dobrze.

Ruszył korytarzem. Minął staruszkę z plastikową teczką, która pytała ochroniarza, gdzie jest sala 203. Minął młodego chłopaka w za dużym garniturze - pewnie aplikant, sądząc po tym, jak nerwowo ściskał segregator. Minął automat z kawą, przy którym dwóch adwokatów rozmawiało półgłosem. Nikogo nie pozdrowił.

Od adwokata wymagany jest artyzm. Nawet kiedy sprawa jest o pietruszkę. Nawet kiedy sala jest pusta, a sędzia marzy o kanapce. Rzemieślnik robi swoje i idzie do domu. Artysta - nigdy. Każde wystąpienie jest występem, każdy występ musi być doskonały. Ten sędzia - jak on się nazywał, Krawczyk? - patrzył na mnie jak na wariata. Trudno. Przodkowie tego Krawczyka pewnie hodowali świniaki na wsi pod Radomiem. Nie ma ogłady, żeby pracować w Warszawie. A przynajmniej nie ma ogłady, żeby docenić tych, którzy ją mają.

Wychodząc z budynku, Krzysztof nie zauważył kartki przyklejonej do drzwi: „Z powodu awarii klimatyzacji sale 112–118 mogą być niedostatecznie wentylowane. Przepraszamy za utrudnienia."

Perfumy, które sędzia kazał wywietrzyć, to Tom Ford Oud Wood. Sto pięćdziesiąt mililitrów za tysiąc dwieście złotych.

***

Zakład nazywał się „Broda i Brzytwa" i mieścił się na Mokotowskiej, w kamienicy z końca dziewiętnastego wieku, której parter przerobiono na ciąg lokali usługowych: kwiaciarnia, piekarnia rzemieślnicza, coś co nazywało się „Studio jogi i świadomego oddechu". Barber shop był piąty od lewej. W środku: trzy fotele, ściany z czerwonej cegły, w tle muzyka jazzowa. Pachniało olejkiem sandałowym.

Krzysztof siedział w fotelu numer dwa, z głową lekko odchyloną do tyłu. Damian - jego stały barber - podcinał mu brodę maszynką, delikatnie przechylając mu głowę dłonią. Lustro naprzeciwko odbijało operację z precyzją transmisji chirurgicznej.

- Panie mecenasie - odezwał się Damian, nie odrywając wzroku od brody - słyszał pan, że jest taka strona, na której można sobie sprawdzić geny przodków?

Krzysztof uniósł lekko brew. Na tyle, na ile pozwalała pozycja głowy i brzytwa w pobliżu szczęki.

- To ciekawe. Niech pan mówi.

- Ja sobie to zrobiłem. Była promocja wakacyjna, kosztowało z pięćdziesiąt euro z wysyłką. Wystarczy takim patyczkiem ślinę potrzeć po policzku i wysłać.

- I co panu wyszło?

Damian uśmiechnął się z dumą człowieka, który właśnie zdradza doskonały wynik badania lekarskiego.

- Czterdzieści pięć procent Skandynawa.

- Faktycznie - Krzysztof przyjrzał mu się w lustrze - wygląda pan jak wiking.

Obaj się roześmieli. Był to śmiech dwóch mężczyzn w barber shopie: łatwy, niezobowiązujący, oparty na komplementach, które nic nie kosztują, a dają obu stronom poczucie, że świat jest w porządku.

- A jak ta strona się nazywa?

- MyAncestry.

Damian wrócił do brody. Maszynka bzyknęła dwa razy. Krzysztof patrzył w lustro.

MyAncestry. Pięćdziesiąt euro. Patyczek i ślina.

Nic więcej nie powiedział na ten temat. Rozmowa przeszła na mecz Legii, potem na nową restaurację przy Wilczej, potem na klienta, który przyszedł tydzień temu z wydrukowanym zdjęciem Davida Beckhama i poprosił o tę samą brodę, choć miał zarost jak piętnastolatek.

Krzysztof zapłacił - sto dwadzieścia złotych, napiwek dwa razy tyle co zwykle - i wyszedł na Mokotowską. Było ciemno. Latarnie zapaliły się chwilę temu.

Na przystanku wyjął telefon. Wpisał w Google: „MyAncestry test DNA Polska". Pierwsza strona - reklama. Druga - recenzja na jakimś blogu. Trzecia - filmik na YouTube, półtora miliona wyświetleń: „Zrób test DNA - wyniki mnie ZSZOKOWAŁY!"

Nacisnął „Kup teraz". Nie obejrzał filmiku. Nie przeczytał recenzji. Wpisał dane karty w dziesięć sekund, bo znał je na pamięć - jak każdy człowiek, który dużo kupuje w internecie i mało zastanawia się nad tym, co kupuje.

Zestaw miał dotrzeć w ciągu pięciu dni roboczych.

Autobus 222 nadjechał trzy minuty później. Krzysztof wsiadł i usiadł przy oknie. Przez szybę widział swoje odbicie na tle nocnej Warszawy - światła, ciemność, i twarz mężczyzny, który właśnie wydał 50 euro, żeby dowiedzieć się, kim jest.4 ROZDZIAŁ 4 FANCY BEARS

Sierpień 2017 roku. Komsomolski Prospekt 20, Moskwa.

Gmach dawnych carskich koszar, przebudowanych w latach trzydziestych, przebudowanych ponownie w pięćdziesiątych, i jeszcze raz na przełomie wieków - za każdym razem bez zmiany fasady, bo fasada miała wyglądać tak, jakby budynek nikogo nie interesował. Szary tynk, pęknięty w trzech miejscach, naprawiony w żadnym. Żeliwna brama - czarna, masywna, z herbem, który ktoś kiedyś zamalował, a który i tak przebijał przez farbę jak tatuaż przez skórę. Podwórze wyłożone betonowymi płytami, w szczelinach między którymi rosły chwasty - uporczywie, bezczelnie, jakby wiedziały, że nikt ich nie wyrwie, bo wyrywanie chwastów na podwórzu GRU nie figurowało w żadnym rozkazie dziennym.

Ktoś, kto przechodziłby obok, pomyślałby: ministerstwo albo archiwum. Ktoś, kto wiedziałby, co jest w środku, nie przechodziłby obok.

Gabinet na trzecim piętrze. Biurko - dębowe, ciężkie, z czasów, kiedy biurka były meblami, a nie blatami na nogach. Na biurku - trzy telefony, teczka, szklanka herbaty w koszulce. Za biurkiem - pułkownik Iwan Pietrowicz Sobolew.

Sześćdziesiąt lat. Łysa głowa - nie ogolona, łysa, z tym połyskiem, który mają czaszki mężczyzn, którzy przestali udawać, że mają włosy, i odkryli, że bez nich wyglądają groźniej. Twarz kwadratowa, z nosem, który ktoś kiedyś złamał i który zrósł się krzywo, i z oczami - małymi, szarymi, głęboko osadzonymi - które patrzyły na świat tak, jak pasterz patrzy na owce: ze spokojem, z cierpliwością i z absolutną pewnością, że to on decyduje, dokąd idą.

Sobolew nie był człowiekiem, który budził sympatię. Nie był też człowiekiem, który budził strach - przynajmniej nie ten strach, który czuje się wobec ludzi głośnych, gwałtownych, nieprzewidywalnych. Sobolew budził strach innego rodzaju: strach wobec człowieka, który myśli szybciej niż mówi, który pamięta więcej niż pokazuje i który nigdy - nigdy - nie podejmuje decyzji bez powodu.

Do gabinetu wszedł Jurij.

Kapitan Jurij Mielnikow. Trzydzieści cztery lata. Średniego wzrostu, szczupły. Twarz - trudna do opisania, trudna do zapamiętania, trudna do zidentyfikowania na fotografii. Gdyby ktoś poprosił świadka o rysopis, świadek powiedziałby: normalny, zwykły. Średni wzrost, średnia budowa, okulary, krótkie włosy. Taki sam jak tysiące mężczyzn w każdym mieście na świecie. Ale Jurij nie był taki sam jak tysiące mężczyzn - Jurij był człowiekiem, który potrafił być taki sam jak tysiące mężczyzn, co jest umiejętnością o wiele rzadszą, niż mogłoby się wydawać.

Ubrany po cywilnemu - dżinsy, marynarka, koszula bez krawata. Na nogach - buty skórzane, ale nie błyszczące, nie drogie, nie rzucające się w oczy. Buty człowieka, który dba o siebie, ale nie chce, żeby ktokolwiek to zauważył.

Usiadł na krześle naprzeciwko biurka bez zaproszenia - co oznaczało, że miał do tego prawo. W gabinecie Sobolewa były trzy krzesła dla gości. Na dwóch siadało się po zaproszeniu. Na jednym - tym bliżej okna - siadali ludzie, którzy nie potrzebowali zaproszenia. Jurij był jednym z trzech takich ludzi.

- Jurij - powiedział Sobolew. - Wymyśliłeś dojście do siedziby S65?

S65. Kryptonim, który w budynku na Komsomolskim Prospekcie 20 oznaczał polską jednostkę cybernetyczną - tę samą, o której Polacy myśleli, że nikt nie wie, gdzie jest, jak się nazywa i czym się zajmuje. Mylili się. GRU wiedziało od kilku miesięcy. Źródło - agent w polskim Ministerstwie Obrony, niskiego poziomu, nieuświadomiony, który w ramach rutynowego raportu o budżetach wojskowych podał kwotę wydaną na „modernizację infrastruktury teleinformatycznej obiektu przy ulicy Bobrowieckiej w Warszawie". Jedna kwota. Jedna ulica. Jedna nazwa. Reszta - to była kwestia pracy operacyjnej, którą GRU umiało wykonać lepiej niż ktokolwiek na świecie.

Jurij odpowiedział:

- Mam pomysł. Ale po kolei.

Sobolew czekał. Nie ponaglał - bo ponaglanie Jurija było jak ponaglanie zegara: bezcelowe i poniżej godności.

- Chłopaki z Fancy Bears mieli mi ustalić właścicieli wszystkich nieruchomości w promieniu kilkuset metrów od obiektu S65 - powiedział Jurij. - Mam te dane.

Fancy Bears - jednostka 26165, ta sama, która w dwa tysiące szesnastym włamała się do serwerów Partii Demokratycznej w Stanach Zjednoczonych, ta sama, która atakowała Bundestag, NATO i Światową Agencję Antydopingową. Chłopcy w bluzach z kapturami, z energetykami na biurkach i z umiejętnościami, które w sektorze prywatnym byłyby warte miliony, a w budynku na Komsomolskim Prospekcie były warte pensję kapitana i premię kwartalną.

Jurij się uśmiechnął. Rzadko to robił - uśmiech na twarzy Jurija był zjawiskiem, które Sobolew widział może dziesięć razy w ciągu pięciu lat wspólnej pracy.

- Oni nawet nie zauważyli włamania - powiedział Jurij. - Polacy mają system informatyczny, który nazywa się ZSIN - Zintegrowany System Informacji o Nieruchomościach. Centralny rejestr: działki ewidencyjne, numery ksiąg wieczystych, właściciele, współwłaściciele, użytkownicy wieczyści. Imiona, nazwiska, imiona rodziców, numery PESEL, informacje o śmierci, adresy zamieszkania, związki małżeńskie, własność poszczególnych działek. Wszystko. Cały kraj.

Sobolew uniósł brew. Jedną. Lewą. To był jego jedyny gest wyrażający zainteresowanie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij