Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Kryształowi. Początek. Prequel - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
3299 pkt
punktów Virtualo

Kryształowi. Początek. Prequel - ebook

Kiedy prowadzisz śledztwo przeciwko policjantom, szybko przestajesz komukolwiek ufać

Zofia nie wybrała łatwego życia - zdecydowała się na karierę w policji. W dodatku ambicja kazała jej zgłosić się do wydziału, w którym praca jest najbardziej wymagająca i niewdzięczna, czyli Biura Spraw Wewnętrznych Policji. BSWP zwalcza przestępczość wśród swoich, więc gdy Radosław Solka umiera w trakcie zatrzymania przez wrocławską policję, śledztwo trafia na biurko Zofii i Drivera, jej kolegi z jednostki. On chce odkryć prawdę, ona jak czołg zmierza do awansu. W mieście wrze, ludzie wychodzą na ulice, media szaleją, więc BSWP musi szybko ustalić, czy policjanci zabili Solkę z premedytacją.

Kryształowi. Początek to prequel ostrej serii thrillerów policyjnych obnażających mechanizmy władzy. W tej surowej i piekielnie wciągającej powieści Joanna Opiat-Bojarska ujawnia, jak powstają układy, rodzi się przemoc i kształtuje lojalność, która bywa śmiercionośna.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8425-942-9

FRAGMENT KSIĄŻKI

WYSTĘPUJĄ:

RADOSŁAW SOLKA – nie planował umierać, a już na pewno nie w taki sposób. I nie spodziewał się, że w ostatnich minutach swojego życia zostanie bohaterem filmu. Ktoś jednak uruchomił nagrywanie w telefonie, dzięki czemu cała Polska może teraz ten zgon odtwarzać, komentować i rozkładać na czynniki pierwsze jak najnowszy odcinek serialu true crime.

MARYŚKA SOLKA – szara myszka, świeżo upieczona żona Radka i jeszcze świeższa wdowa, której nagle na głowę zwalił się nie tylko świat, ale i teściowa. Mieszka we Wrocławiu, ale już niedługo.

DAMIAN ŁUKAWSKI – dobry kolega, opiekuńczy syn i marny kurier. W pracy uważają, że nie ma w sobie za grosz ambicji i motywacji. Nie wyprowadza ich z błędu, bo po co. Żeby wymagali od niego więcej?

RAFAŁ „ŚWIERSZCZ” ŚWIERCZEWSKI – sierżant sztabowy z wrocławskiego wydziału prewencji. Wszyscy mają go za obojętnego chujka, co niewiele mija się z prawdą. Nieprzyjemny dla obcych, dla znajomych również surowy i zaczepny.

DARIUSZ „DUCH” DUCHNOWSKI – aspirant z wrocławskiego wydziału prewencji, całkowite przeciwieństwo Świerszcza. Pogodny, przyjazny i pomocny. Ludzie go lubią, bo on lubi ludzi.

KAROL ŚLEDŹ – zastępca naczelnika poznańskiego BSWP, kocha rybki i wykorzystywanie swojej pozycji zawodowej. Marzy mu się fotel samego naczelnika.

PAWEŁ „DRIVER” DOBROGOWSKI – policjant, mąż Elki i ojciec Wiktora (kolejność nieprzypadkowa). W każdej z tych ról życiowych niewystarczająco dobry. Ma nadzieję, że rozwinie skrzydła w poznańskim BSWP, do którego został przyjęty.

ZOFIA MAZUR – do poznańskiego BSWP dotarła po trupach i nie zamierza zmieniać strategii działania, zwłaszcza gdy zostaje zmuszona do współpracy z Driverem. Prywatnie świadoma swoich wdzięków samotna matka, która swój motocykl kocha mocniej niż syna.

PAWEŁ PAWEŁEK – podkomisarz wrocławskiego wydziału kryminalnego. Już dawno temu przestał wypruwać sobie żyły i udawać, że zbawi świat. Woli coś zjeść, niż badać sprawę śmierci Radosława Solki. Przecież nic nie zwróci denatowi życia.ROZDZIAŁ 1

Krew na jego prawej ręce pachniała metalem. Lewą sięgnął do kieszeni, wyjął telefon i wybrał numer.

– Halo? Marysia? Nie czekaj na mnie. – Otarł dłoń o spodnie. Skóra była uszkodzona w kilku miejscach. Nie zdążył ich policzyć, bo krew zalała mu oczy. Starannie dobierał słowa i silił się na beztroski ton. Nie rozumiał, co wrzeszczy do niego kierowca siedzący w samochodzie. – Zjedz sama. Nie, nic się nie stało.

Otaczająca go przestrzeń wydawała się kurczyć i rozszerzać, a hałas policyjnych syren narastał. Na chodniku leżały kawałki szyby. Zachrzęściły intrygująco, gdy na nie nadepnął. Chciał to powtórzyć i zrobił krok w stronę stojącego przy krawężniku pojazdu, ale nadjeżdżające radiowozy wszystko zepsuły. Były już na tyle blisko, że musiał zakończyć połączenie.

– Jakiemuś debilowi się nie spodobało, że biegnę po chodniku. Złożę zeznania, upomną debila i wracam. Kocham cię.

***

Nagle uświadomił sobie, że mógłby zrobić doktorat z delektowania się samotnością.

Stał przed otwartą lodówką, patrzył na środkową półkę pełną larw i odczuwał satysfakcję. Gdyby Monika była w domu, najpierw nawrzeszczałaby, że lodówkę otwiera się tylko na kilka sekund, by coś wyciągnąć, a potem zauważyłaby larwy i wyrzuciłaby wszystko przez okno: larwy, jego i samą lodówkę. A kiedy dogorywałby na kostce brukowej, stanęłaby nad nim, by wycedzić przez zęby, że przechowywanie tego obrzydlistwa razem z jedzeniem zagraża życiu domowników.

Na szczęście Monika kilka miesięcy temu wyjechała na kontrakt do słonecznej Hiszpanii, a Karol Śledź mógł czerpać przyjemność z życia po swojemu.

Powoli wyjął z lodówki produkty na śniadanie. Kiełbasę pokroił w grube plastry, położył je na chlebie posmarowanym masłem, a wszystko przykrył tak hojną porcją majonezu, że żyły zatykały się od samego patrzenia. Gdy zaparzał herbatę, pomyślał o córce. Michalina powtarzała mu niczym zdarta płyta, że wlewanie esencji do szklanki jest niehigieniczne, pozbawione właściwości zdrowotnych i wbrew wszelkim cywilizacyjnym standardom. Ale Karol nic nie mógł poradzić na to, że właśnie taką herbatę podawała mu w dzieciństwie jego matka i tylko ten smak lubił.

Zadzwonił do córki i nagrał się na pocztę głosową:

– Cześć, córuś! Jak się dziś czujesz i co tam na studiach?

Zjadł śniadanie, schował produkty do lodówki i spojrzał na larwy. Nie czuł, żeby ich obecność mu zagrażała. Wszystkie znajdowały się w szczelnie zamkniętych woreczkach. Sięgnął po ten z czerwoną zawartością. Jego dziewczyny uwielbiały larwy muchówek, zwane też ochotką.

Zerknął na zegarek. Musiał przyspieszyć, bo nie wypadało, żeby Karol Śledź, pies nad wszystkimi psami, się spóźniał.

***

Kordelia Wagner walczyła nie tylko z kapustą przyklejającą się do dna garnka, ale też z czarnymi myślami. W końcu powinna przyznać, że przegrała starcie z gołąbkami, że zmarnowała główkę kapusty, kilogram mielonego i przecier pomidorowy. Tym razem to smak spalenizny triumfował.

– Do dupy! – jęknęła, przestępując z nogi na nogę. – A taką miałam ochotę… Myślisz, że mogę je jakoś uratować?

– Cały czas nie odbiera. – Maryśka Solka wpatrywała się w nią nieobecnym wzrokiem.

Mieszkały na tym samym piętrze i były w podobnym wieku, dzięki czemu szybko złapały wspólny język. Wpadały do siebie bez uprzedzenia i ratowały w sytuacjach kryzysowych: czy to pożyczając produkty kuchenne, czy dając psychiczne wsparcie.

– To może przestań do niego dzwonić? – Kordelia przewróciła oczami. – Siedzisz tu od godziny i ciągle gapisz się w ekran.

– Czyli to już dwie godziny… Powinien…

– Maryśka, błagam cię! Te gołąbki też powinny mi wyjść, bo robiłam tak jak w przepisie, i co? Dupa! A przecież Radek cię uprzedził, żebyś nie czekała, a ty czekasz. Wiesz, że to my, kobiety, wyrządzamy sobie największe krzywdy?

– A ty wiesz, że ciężarne w trzecim trymestrze nie powinny stać godzinami przy garach? – odgryzła się Maryśka, wbijając spojrzenie w ogromny brzuch Kordelii.

– I tu mnie masz. – Kordelia rzuciła okiem na swoje opuchnięte nogi, wyłączyła gaz i usiadła obok sąsiadki. – Jak urodzę, to nie będę miała czasu szaleć w kuchni, dlatego staram się nagotować na zapas. A tak serio, dlaczego tak cię to niepokoi?

– Bo wyszedł pobiegać, więc powinien już wrócić.

– No ale zadzwonił, czyli pomyślał o tobie. Nie chciał, żebyś się martwiła. Radek naprawdę jest spoko.

– Ale się martwię. Bo co, jeśli ode mnie uciekł?

Kordelia przewróciła oczami, złapała Maryśkę za rękę i pociągnęła w stronę lustra.

– Czy ty to widzisz? Filigranowa sylwetka, piękny biust, wcięcie w talii jak u osy, fajna fryzura, długie włosy. Faceci nie uciekają od takich kobiet. Kochacie się, niedawno się ochajtaliście, jest pięknie. Czemu wkręcasz sobie chore filmy? Ty, a może ty też w ciąży jesteś? – Kordelia spojrzała podejrzliwie na Maryśkę. – Na początku ja też robiłam jazdy o wszystko.

***

– To kogo dziś porobimy? – spytał Karol Śledź, zastępca szefa Biura Spraw Wewnętrznych Policji.

Driver przeciągnął dłonią po karku i dyskretnie się rozejrzał. Wszyscy zgromadzeni na odprawie funkcjonariusze wydawali się rozbawieni; jedni tylko uśmiechali się pod nosem, inni głośno rechotali.

Wciąż nie rozgryzł ani żartów, ani energii tej grupy. Początek w BSWP nie należał do najłatwiejszych. Driver przychodził pierwszy, wychodził ostatni, wykazywał się zaangażowaniem, zrozumieniem i ciekawością, a mimo to czuł, że ciągle zostaje z tyłu.

Postanowił pokazać się z jak najlepszej strony i przystąpić do działania:

– Mam informacje z wczoraj, że fusze z ruchu drogowego…

– Ruchacze – poprawił go siedzący najbliżej Kardasz.

– …stoją przy głównym wyjeździe z miasta i polują na łapówki. Celują w busy, biorą nie tylko kasę, ale też przewożone fanty. Mogę się tym dziś zająć, bo…

– Hola, hola! – Śledź podniósł rękę. – Nie tak szybko. Kolega jest nowy, więc należy się przypomnienie: BSWP to nie jest normalna policja, tu nie zatrzymuje się pospolitych bandytów. Tutaj rozpracujemy sprawy wewnętrzne naszej firmy. Czy to jasne?

– Jasne. Po prostu pomyślałem, że mógłbym się tym zająć.

Z tyłu dobiegł go złośliwy śmiech Zofii. Nie lubiła go i od początku traktowała jak intruza.

– Oczywiście, że mógłbyś. – Śledź podszedł bliżej i spojrzał uważnie na Drivera. – Ale nie na hura, to nie jest zatrzymanie bandyty spod Żabki. Najpierw zrobisz dokładne operacyjne sprawdzenie, potem dokładne rozpoznanie, co najmniej półroczne, następnie wszystko dokładnie opiszesz, a dopiero na końcu możesz otrzymać zgodę na dokładną realizację. Fusz nie zając, nie ucieknie, w końcu i tak go uwalimy. Ale chodzi o to, by przy okazji zgarnąć pochwały od Warszawki i kierownictwa oraz poprawić statystyki.

– Nowicjusz, ogarnij się! – Zofia przewróciła oczami. – Przedłużasz odprawę!

Wiedział, że nie zdobędzie ich szacunku od razu. Ale jeśli czegoś nauczył się na ulicy, to tego, że nawet jeśli zaczyna się od zera, to wystarczy jedno dobre uderzenie, by zmienić reguły gry.

– W pewnym wieku wszystko wydaje się dłużyć – odpowiedział z udawanym zatroskaniem. – I pojawiają się problemy z pamięcią. Ale masz moje wsparcie. Mogę zapamiętywać za ciebie imiona i nazwiska, droga Zofio. Mam na imię Paweł – uśmiechnął się złośliwie – ale możesz mi mówić Driver.

***

Najpierw rozpoznała kroki, a potem odkaszlnięcie. Zerwała się z kanapy i podbiegła do drzwi. Usłyszała stłumione dwa męskie głosy. Była tak wściekła, że nie rozpoznawała słów.

Czekała na Radka od rana. Dzwoniła milion razy, a on nie odbierał, bo pewnie spotkał kolegę i zapomniał o bożym świecie. Spodziewała się, że będzie pijany i zacznie ją przekonywać, że nie mógł nie wypić piwa z kumplem. Postanowiła, że urządzi mu teraz dziką awanturę, by zapamiętał raz na zawsze, że ona nie pozwoli sobie na takie traktowanie.

Gdy rozległo się pukanie, wzięła głęboki oddech i nacisnęła klamkę.

– Pani Maria Solka?

Na korytarzu stało dwóch umundurowanych policjantów. Zrobiła krok w ich stronę, by upewnić się, czy za nimi nie ukrywa się jej mąż.

– Tak – odpowiedziała zbita z tropu, bo funkcjonariusze byli sami. – O co chodzi?

– Dzień… Dzień dobry… – wyjąkał ten pierwszy.

– Posterunkowy Pietrucha z Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu. – Drugi przyszedł mu z pomocą. – Czy możemy wejść?

Wściekłość ustąpiła miejsce zdumieniu. Maryśka cofnęła się do przedpokoju.

– Gdzie możemy usiąść?

– Ale o co w ogóle chodzi?

Policjant, który się przedstawił, zajrzał do pokoju i pokazał jej kanapę. Drugi wpatrywał się w Maryśkę niepokojąco intensywnie.

– Proszę usiąść – rozkazał posterunkowy.

Zrobiła to tylko po to, żeby zebrać siły i za chwilę wyprosić intruzów. Spojrzała na idealnie czysty dywan i ciężkie buciory funkcjonariuszy. Poczuła, że wzbiera w niej złość.

– Jest pani żoną… – Pierwszy policjant znowu się zapowietrzył, jakby zapomniał dalszych słów formułki.

Serce Maryśki zamarło. Na szczęście po kilku sekundach niezręcznej ciszy mężczyzna sięgnął do kieszeni, wyjął notes i odczytał:

– …Remigiusza Solki?

– Nie, nie jestem. Nie znam żadnego Remigiusza. – Odetchnęła z ulgą i wstała. – A teraz bardzo proszę panów o opuszczenie mojego domu. – Ponownie spojrzała na buty intruzów. – Dziś odkurzałam.

– O przepraszam, źle rozczytałem – poprawił się policjant. – Radosława. Radosława Solki?

– Pani jest żoną pana Radosława Solki, prawda? – powtórzył posterunkowy.

Teraz wpatrywali się w nią obaj. Ostrożnie przysiadła na skraju kanapy i spojrzała pytająco.

– Pani mąż, Radosław Solka, nie żyje. Proszę przyjąć nasze kondolencje.

– Jak to nie żyje? – Zaśmiała się nerwowo. – Co to za głupi żart?! Kim w ogóle jesteście?!

– Komenda Miejska Policji. Rozumiem, że sytuacja, w której się pani znalazła, jest trudna, ale…

– Ale?! To pomyłka! – krzyknęła wściekła. – Mój mąż wyszedł pobiegać! Dzwonił i nic mu nie było! Powiedział, że wróci później. Cholera, sam może pan z nim porozmawiać! – Sięgnęła po telefon i wybrała numer Radka.

Po raz kolejny nie odebrał. Odczekała kilkadziesiąt sekund i się rozłączyła. Na liście połączeń widniała informacja, że dzwonił do niej pięć godzin temu.

– Proszę głęboko oddychać. Czy potrzebuje pani lekarza? Jest pani sama w domu? Może mamy po kogoś zadzwonić?ROZDZIAŁ 2

Atmosfera w gabinecie komendanta Przemysława Kalinowskiego była tak napięta, że aspirant Dariusz Duchnowski oddychał z trudem. Siedzący obok niego sierżant sztabowy Rafał Świerczewski miał swój standardowy wyraz twarzy. Wszyscy uważali go za obojętnego chujka, a to niewiele mijało się prawdą, nawet dziś.

Komendant to otwierał, to zamykał usta, czyli sytuacja była naprawdę poważna. I nagle ciszę rozcięły ordynarne dźwięki akordeonu, a weselny męski wokal zawył:

– Ona by tak chciała być tu ze mną, kręcić blanty¹…

Niemal równocześnie spojrzeli na leżące na blacie biurka przedmioty zabezpieczone przy zatrzymanym Radosławie Solce: klucze, e-papieros, portfel i telefon. Ten ostatni wibrował jak oszalały, a na ekranie wyświetlało się zdjęcie filigranowej blondynki.

– Ja pierdolę! Myśli zebrać nie można! – warknął komendant.

– Żonka – odczytał Duchnowski. Poderwał się energicznie, by złapać foliową torebkę, w której zamknięto telefon denata, i wyciszyć urządzenie, ale nagła fala bólu promieniująca z barku sprawiła, że opadł na krzesło z jękiem.

– Wysłaliście kogoś do niej?

– Jasne. – Duchnowski pokiwał głową i zerknął na zegarek. – Już powinni tam być.

Komendant wymruczał coś pod nosem, a potem z całej siły uderzył dłońmi w blat.

– Panowie, kurwa mać! Co tam się odjebało?!

Duchnowski nie wiedział, co powiedzieć, więc po prostu spuścił głowę i przyglądał się swoim dłoniom. Rafał Świerczewski wydał z siebie cyknięcie, które nie zwiastowało ciągu dalszego. W firmie nazywano go Świerszczem nie z powodu nazwiska, a właśnie przez ten odgłos.

– Nie wszyscy, kurwa, naraz! – ryknął przełożony.

– Nic się nie odjebało – odpowiedział hardo Świerczewski. – Po prostu klient nam odjechał.

– Jak, kurwa, odjechał?! Sam?! – Kalinowski ponownie uderzył w stół, tym razem pięścią. – Szczegóły!

– No właśnie, że sam.

Komendant spojrzał na Duchnowskiego, więc ten potwierdził słowa partnera skinieniem głowy.

– Dotykaliście go?

– Reanimowaliśmy. Regulaminowo – kontynuował bezemocjonalnie Świerczewski.

– Pytam, kurwa, czy to przez was się zatrzymał!

– Komendancie… – Duchnowski wziął głęboki wdech. – Jesteśmy tak samo zszokowani jak komendant. To była interwencja jak każda inna, nikt się nie spodziewał problemów. Mieliśmy go przesłuchać, a on nagle się zatrzymał i zwiotczał. Upadł na ziemię…

– Po co to rozgrzebywać? – Świerszcz uciszył kolegę machnięciem ręki i podał przełożonemu teczkę. – To oficjalny raport. Wystarczy przeczytać.

– Twój czy wasz? – Komendant przewiercał podwładnych spojrzeniem. – Darek?

– Oczywiście, że nasz.

– I to jedyna wersja przebiegu?

Równocześnie skinęli głowami. Świerszcz zajął się przygotowaniem dokumentu, bo Duchnowski potrzebował chwili na świeżym powietrzu, by się ogarnąć.

– Upewniam się, bo papier przyjmie wszystko, a ja tu, kurwa, nie chcę problemów!

– Prawda jest tylko jedna – westchnął Duchnowski. – Jesteśmy funkcjonariuszami policji, chronimy społeczeństwo, nie zabijamy ludzi.

Komendant przejechał dłonią po twarzy, mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem. Popatrzył za okno i po kilkunastu sekundach nakazał:

– Odmaszerować… Albo nie, chwila. Może dzień urlopu?

– Że dla nas? – zdziwił się Świerczewski.

– No raczej, kurwa, nie dla mnie! Zaraz tu wbiją kryształowi i będą węszyć!

– Nie potrzebujemy urlopu. Co nie, Duchu? – Świerszcz spojrzał wyczekująco na partnera. – To było zdarzenie jak każde inne. Z nietypowym zakończeniem, ale bez naszej winy. A o Biuro Spraw Wewnętrznych Policji może być szef spokojny, mój brachol tam służy.

***

– Gdzie jesteś?

Ton głosu Śledzia świadczył o tym, że Zofia Mazur na pewno nie znajdowała się w miejscu, w którym chciałby ją widzieć.

– Tęsknisz? – zażartowała wymuszenie. – Nawalił mi silnik, ale już parkuję pod firmą, więc zaraz będę.

– Teraz masz być! – burknął lodowato przełożony.

Szybko się rozłączyła, a na odchodne spojrzała z podziwem na swój motocykl. Kupiła go kilka tygodni temu i nadal nie nacieszyła nim oczu. Był przepiękny, ostry, surowy i szybki. Idealnie zgrywał się z jej wizerunkiem: skórzaną kurtką, mocnym makijażem i postawionymi na sztorc krótkimi blond włosami.

Mogła się założyć, że maszyna budzi zazdrość całej okolicy. Sama sobie zazdrościła: i motocykla, i pozycji zawodowej, i uczucia, które towarzyszyło jej, gdy przemierzała korytarze komendy. Wszyscy śledzili ją spojrzeniami, ale tylko nieliczni mieli na tyle odwagi, by skinąć jej głową na powitanie.

BSWP było policją w policji – rozpoznawało, zapobiegało i zwalczało przestępczość wśród swoich, co oznaczało, że Zofia mogła się dobrać do każdego mijanego funkcjonariusza.

Przyłożyła kartę do czytnika i chwilę później drzwi, które oddzielały normalnych fuszy od tych elitarnych, się otworzyły. Wbiegła rozpromieniona do gabinetu Śledzia i krzyknęła:

– Jestem!

Przełożony nie wydawał się na nią czekać. Stał przy akwarium i karmił rybki jakimś czerwonym obrzydlistwem. Na fotelu siedział nowy członek biura, który zesztywniał na jej widok.

– Siadaj – zarządził Śledź.

Wykonała polecenie, unikając patrzenia na Drivera. Ten najwyraźniej nadal nie rozumiał, że wojna z Zofią to nie jest dobry pomysł.

– Zamieniam się w słuch. – Zatrzepotała rzęsami.

Spojrzenie Śledzia było pozbawione emocji, co utwierdziło ją w przekonaniu, że wojna już się rozpoczęła. Driver przybiegł do przełożonego na skargę, a ten zamiast go zbluzgać, że nie są w przedszkolu, wezwał winowajczynię na dywanik.

Mogła – i chciała – zrobić Driverowi piekło na ziemi, ale nie teraz, nie przy świadkach. W tej chwili najważniejsze było zachowanie pozorów, by w niedalekiej przyszłości nie padł na nią nawet cień podejrzenia. A plan miała opracowany w najdrobniejszych szczegółach.

***

Damian Łukawski podszedł do miejsca, w którym odbywała się poranna odprawa, i dla otrzeźwienia poklepał się po twarzy. Nadal był nieprzytomny, chociaż z łóżka zerwał się kwadrans temu. Do hali dojechał na autopilocie. Na szczęście przez pierwsze kilkanaście minut pracy nie musiał nic robić – wystarczyło, żeby stał i miał otwarte oczy. Koordynator opowiadał o nowościach w firmie, zachęcał kurierów do rywalizacji oraz podsumowywał dostawy z poprzedniego dnia.

– Na koniec odprawy zerknijmy w tabelę. Tym razem największą liczbę paczek doręczył Pako. Gratuluję! – Koordynator podszedł do kuriera, który miał na głowie czapeczkę z wyhaftowaną ksywką, i uścisnął mu dłoń. – Z ekscytacją obserwuję twoją rywalizację z Marianem. – Mężczyzna wrócił na miejsce. – Za to najmniejszą skutecznością wykazał się… – zawiesił głos – …tu nie ma niespodzianki: Damian.

Rozległy się śmiechy i brawa, ale wywołany nie zamierzał brać tego do siebie. Nie lubił się przepracowywać. Zerknął w kierunku sortowni. Paczki wręcz wysypywały się z pojemników. Miał nadzieję, że ten jego stoi gdzieś z boku i jest przynajmniej w połowie pusty.

Koordynator skończył mówić, a kurierzy rzucili się, jakby uczestniczyli w wyścigu. Tylko Marian i Pako, którzy zwykle pierwsi opuszczali halę, stali i wpatrywali się w komórkę tego pierwszego.

– Coś ciekawego? – zagadnął przechodzący obok Damian.

– Psy zajebały niewinnego człowieka. Nie widziałeś? – Marian wyciągnął przed siebie smartfona.

Sytuacja była dynamiczna: młody mężczyzna krzyczał, wymachiwał rękami i odpychał stojącego tyłem do kamery policjanta, gdy nagle w kadrze pojawił się drugi mundurowy.

***

Zofia zwykle starała się omijać wzrokiem akwarium – bała się, że w końcu jej mina zdradzi, jak wielkie obrzydzenie budzą w niej ryby. Wiedziała, że jeśli do tego dojdzie, na zawsze wypadnie z łask przełożonego. Jednak tym razem wbiła spojrzenie w te obślizgłe i bezmózgie stworzenia, żeby nie patrzeć ani na Drivera, ani na Śledzia.

Ten ostatni zaczął mówić:

– Skoro jesteśmy w komplecie… Sprawa jest prosta: zatrzymany przez wrocławską prewencję odwalił kitę. Sprawdzicie, czy fuszom puściły nerwy.

– Przepraszam – Zofia odchrząknęła – ale najwyraźniej nie jestem w temacie. Możesz od początku? Bo nie łapię – dodała uprzejmie.

– Gdybyś się nie spóźniła, tobyś była. Której części polecenia nie rozumiesz? – Śledź nie ukrywał zniecierpliwienia.

Owszem, nie rozumiała, ale tego, dlaczego przełożony mówi o nowej sprawie, a nie udziela jej reprymendy za znęcanie się nad Driverem. Nie zamierzała jednak tego wyjaśniać, bo znalazła kilka innych punktów zaczepienia… i do przyczepienia się.

– Zatrzymał go Wrocław – analizowała głośno – więc to Wrocław powinien ich robić. Mają swoje BSWP.

– Warszawa dmucha na zimne. We wrocławskim biurze siedzi brat podejrzanego. Istnieje ryzyko…

– Noż kurwa, tego nam brakowało! – jęknęła. – No dobra, jakoś to ogarnę.

– Ogarniecie – poprawił ją Śledź.

Driver pokiwał głową, co zirytowało Zofię. Przez całe spotkanie siedział jak mysz pod miotłą i nie odezwał się ani słowem, po czym nagle zaczął zgrywać odpowiedzialnego ważniaka.

– Zrobię to sama, będzie szybciej i lepiej – powtórzyła hardo.

– Jedziecie razem i to nie podlega dyskusji! I to już, teraz! – huknął Śledź.

– Ale po co mi on?! – Spojrzała z pogardą na siedzącego obok blondyna. – Zrzucasz mi ciężar na barki! Za jakie grzechy, Karol?!

– Ja widzę obustronne… a nawet trójstronne korzyści. – Śledź zarechotał. – Ty, Zośka, przyjrzysz się stylowi pracy Drivera. Ty, Driver – wskazał na policjanta – będziesz uczył się od najlepszych. A ja – dotknął swojej klatki piersiowej – dowiem się, co i jak. To wszystko. Odmaszerować.

Driver posłusznie zerwał się z krzesła i w pośpiechu opuścił gabinet. Zofia odprowadziła go spojrzeniem, a kiedy zniknął, podeszła do drzwi i je zamknęła.

– Dlaczego mi to robisz?! – jęknęła potulnie. – Przecież wiesz, że go nie trawię!

– W dupie mam twoje problemy trawienne. To moje biuro i nie rozpierdolisz mi go od środka. Wspaniałomyślnie daję wam szansę. Ostatnią – dodał szybko. – Albo się weźmiecie za łby, albo za gołe tyłki.

***

Driver zatrzymał się dopiero na parkingu za komendą, obok swojego samochodu. Rozpierała go ekscytacja prawie tak wielka jak wtedy, gdy dowiedział się, że przeszedł testy na wariografie i może dołączyć do najbardziej elitarnej policyjnej komórki.

Zadzwonił do żony.

– Cześć, kochanie! Mam dobre wieści!

– To się dziel – zażądała znużona Elka.

– Dostałem swoją pierwszą sprawę. Nie na wyłączność, ale nareszcie znalazła się dla mnie prawdziwa robota, a nie tylko przerzucanie papierów.

– Cieszę się, Paweł. Naprawdę. Twój syn dziś jakiś taki nieusłuchany jest.

Gdy Elka chwaliła Wiktora, zawsze mówiła o nim „mój syn”, a kiedy wymieniała wady, wskazywała, że Wiktor to jego syn. Driver nie miał nic przeciwko, bo widział w chłopcu mnóstwo swoich cech.

– Nasz syn – poprawił ją rozbawiony. – Oboje się przyłożyliśmy do…

– Pamiętasz o obiedzie z moimi rodzicami? – przerwała mu. – O siedemnastej.

Nachylił się i spojrzał na swoje odbicie w lusterku. Pociągła twarz z kilkudniowym zarostem i blond włosy z krótką, opadającą na czoło grzywką. Do tego wszystkiego bluza z kapturem i bojówki zdradzające swobodne podejście do życia. Dobrze wyglądał, być może nawet uchodził za przystojniaka, ale to nie sprawiało, że był lepszym mężem.

– Pamiętam, tylko… – Zagryzł wargi, by nie powiedzieć, że służba znowu jest dla niego ważniejsza od rodziny.

– Tylko mi nie mów…

– Elka! Nie panikuj na zapas. Postaram się zdążyć. Czynności odbędą się we Wrocławiu, więc podróż trochę potrwa, ale depnę na trasie i…

– Depniesz?! Czy ja się przesłyszałam, czy w dupie masz naszą ostatnią rozmowę?! – Jej głos wszedł w nieprzyjemnie wysokie rejestry.

– Musisz się zdecydować, czy mam zdążyć, czy jeździć zgodnie z przepisami – odpowiedział cicho i się rozłączył.

Na horyzoncie pojawiła się Zofia. Błyskawicznie go zlokalizowała i ruszyła w jego kierunku ze spojrzeniem, które mogło zabić. Gdy się zbliżyła, zaczęła gderać:

– Czemu się chowasz?! Mieliśmy jechać!

– Czekam na ciebie.

– Czekasz? – Parsknęła śmiechem. – Tyle że nieoznakowane radiowozy są tam. – Machnęła ręką.

– Daruj sobie. Pojedziemy moim, będzie i wygodniej, i szybciej. – Wskazał swoje Mitsubishi Lancer Evolution 10.

Zofia przez kilkanaście sekund udawała nieprzekonaną, a kiedy z łaską usiadła na miejscu pasażera, Driver uznał, że musi wykorzystać szansę, którą otrzymał.

Na szczęście miał do tego odpowiednie narzędzia.

***

Wbiegła na komisariat z nadzieją, że jej koszmar zaraz się skończy, że policjanci wyjaśnią pomyłkę i przeproszą za zaistniałą sytuację. Minęła kilka osób i skierowała się prosto do dyżurnego.

– Szukam męża. Gdzie on jest?

– Nazwisko? – Policjant zmarszczył czoło.

– Maria Solka. Mój mąż wezwał was dziś, bo ktoś go zaatakował podczas porannego joggingu.

Dyżurny dłuższą chwilę sprawdzał coś w komputerze, a potem się odwrócił i sięgnął po telefon. Maryśki dobiegały tylko niezrozumiałe skrawki słów. Jej głowa pulsowała bólem, który chciał rozsadzić czaszkę, ręce się trzęsły, a nogi z każdą minutą stawały się coraz cięższe. Musiała przytrzymać się blatu, żeby nie upaść.

– Czy policjanci byli u pani w domu? – Dyżurny znowu na nią patrzył, ale nie wyglądał już na znudzonego jak kilka chwil temu, a raczej na zakłopotanego.

– Nie wiem.

– Jak to pani nie wie?

– Ktoś był, ale skąd mam wiedzieć, czy policjanci, czy przebierańcy?! Mój mąż, Radosław Solka – łapała powietrze z coraz większym trudem – prosił was o pomoc. Niech pan sprawdzi, jak skończyła się interwencja. Czy przywieźliście go tutaj, czy mam go szukać w szpitalu.

– To byli prawdziwi policjanci. Pani męża tu nie ma.

– A gdzie jest?

Dyżurny westchnął ciężko. Minęło kilka sekund, zanim odpowiedział:

– Proszę wrócić do domu.

– Gdzie jest mój mąż?! – wrzasnęła na cały komisariat. Oczy zaszły jej mgłą, a głowa na ułamek sekundy przestała boleć. W uszach zaczęło coś dźwięczeć.

– Pani spyta w zakładzie medycyny sądowej – mruknął niechętnie policjant.

– Ja pytam o Radka Solkę! On żyje! Z kimś go pomyliliście! – Maryśka poczuła, że po policzkach spływają jej łzy bezsilności. – Chcę rozmawiać z tymi, którzy pojechali mu pomóc. Jak się nazywają?

– Oficer prowadzący sprawę jest zajęty, proszę wrócić do domu. Skontaktujemy się z panią.

– Czy pan siebie słyszy?! Mam czekać na informację, czy mój mąż żyje czy nie?!

– Proszę pani, rozumiem, że trudno to przyswoić i że trzeba dużo czasu – dyżurny znowu westchnął – ale pani mąż nie żyje.

– Skąd pan wie, że to mój mąż?! Chcę go zobaczyć! – wrzasnęła i osunęła się na podłogę.

***

Damian rzucił okiem na etykietę, żeby się upewnić, że jest w dobrym miejscu, po czym wyszedł z auta. Okolica była przyjemna i spokojna. Gdzieś w oddali szczekał pies, ale na posesji, na którą zamierzał wejść, nie widział żadnego.

Wcisnął przycisk dzwonka, a następnie – nie czekając, aż melodia wybrzmi – wszedł za ogrodzenie. Paczkę położył na progu. Już chciał zapukać, ale jego ręka zawisła w powietrzu. Zazwyczaj nie odmawiał sobie przyjemności płynącej z rozmowy z mieszkającym tu samotnym mężczyzną. Czasem nawet miał wrażenie, że facet wysyła paczki sam do siebie, żeby móc z kimś pogawędzić.

Jednak dziś Damian chciał jak najszybciej rozwieźć przesyłki, wrócić do domu i jeszcze raz obejrzeć filmik, który pokazał mu Marian. Wsiadł do auta i wrzucił wsteczny. Był na końcu ulicy, gdy na ganku domu pojawił się starszy mężczyzna, który minął paczkę i z wyrzutem pomachał w stronę Damiana. Ten zerknął na zegarek. Błyskawiczne doręczenie trwało mniej niż trzydzieści sekund. Gdyby dostarczał wszystkie przesyłki w takim tempie, bez problemu mógłby rywalizować z Marianem i Pako.

Kolejny punkt dostawy znajdował się pięć kilometrów dalej. Mógł tam dojechać w kilka minut, ale zamiast tego zatrzymał się na poboczu i otworzył jeden z komunikatorów. W aplikacji czekała na niego wiadomość głosowa:

– Mordo, za godzinę widzimy się pod mendownią na Starym Mieście. Ma być full ludzi. Zrobimy im rozpierdol. Nie mogą czuć się, kurwa, bezkarni! Jebani mordercy muszą ponieść konsekwencje, bo inaczej nas wszystkich zajebią!

***

Driver docisnął gaz i odetchnął głęboko, gdy silnik evo zawył. Kiedy wjechał na rondo w ostatniej sekundzie żółtego światła, adrenalina zaczęła krążyć w jego żyłach, a wcześniejsza ekscytacja została zastąpiona satysfakcją. Potrafił prowadzić sprawnie i szybko, na granicy zdrowego rozsądku, ale Zofia jeszcze o tym nie wiedziała.

– Znasz w ogóle przepisy ruchu drogowego?! – warknęła, wbita w fotel pasażera. – Zwolnij, kurwa! To nie jest pieprzony tor wyścigowy!

– To nie ja ustawiłem tę robotę jak wyścig. – Driver się zaśmiał, ostro zjeżdżając z ronda. – Im szybciej dojedziemy, tym szybciej wrócimy i rozejdziemy się do swoich biurek. Chyba ci na tym zależy?

– Zależy mi na tym – Zofia spojrzała w jego stronę i kontynuowała już przez zaciśnięte zęby – żebyśmy dojechali w jednym kawałku. Skoro zostaliśmy na siebie skazani, to działajmy razem. Na miejscu ustalimy przebieg zdarzeń, zbudujemy hipotezy i je sprawdzimy. Bez twojego wariackiego kombinowania.

– Jasne, jasne, proceduralnie, grzecznie, zgodnie z regulaminem… – Driver zrobił minę niewiniątka. – Wiesz co, Zośka? Nie wyglądasz mi na osobę, która ogarnia wszystko od linijki.

Uciekła spojrzeniem, a on po raz pierwszy, odkąd dołączył do BSWP, poczuł się zwycięzcą. Wreszcie dostał możliwość działania, a w działaniu był świetny. W tej chwili udowadniał Zofii, że jest rewelacyjnym kierowcą, a niebawem pokaże też, że został stworzony do bycia kryształowym.

– Robota w BSWP proceduralnie nie różni się od roboty kryminalnej. Tyle że tu poluje się na swoich. Myślisz, że to takie łatwe?

Driver bez słowa docisnął gaz. Gdy zobaczył znak informujący o zjeździe na autostradę, uśmiechnął się szeroko. Zmienił bieg, a opony zapiszczały, gdy evo gwałtownie wjechało na pas rozbiegowy.

Trzymał kierownicę pewnie, czując, jak samochód reaguje na każdy jego ruch. Wskazówka obrotomierza podskoczyła.

– Kurwa! – Zofia złapała za uchwyt nad drzwiami, gdy gwałtownie wjechali na prawy pas.

– Nie stresuj się, ze mną jesteś bezpieczna – zapewnił rozbawiony Driver, gdy wyprzedzał ciężarówkę. – Domyślam się, że to nie takie łatwe, ale oboje mamy chyba wystarczająco dużo lat, by wiedzieć, że w życiu nie chodzi o to, by było łatwiej.

***

Damian stał w grupie, ciasno otoczony przez skandujących oskarżenia pod adresem policji. Mobilizacja okazała się bardzo skuteczna, bo w krótkim czasie przed komisariatem zebrało się ponad pięćdziesiąt osób. Powietrze wręcz kipiało od ich gniewu. Czuł pot ludzi pracujących, smród papierosów, marychy i napięcie, które rosło z każdą sekundą, także w nim. Miał ochotę przyłączyć się do tłumu i wrzeszczeć razem z nim:

– Mordercy! Życie za życie!

Przeszedł go dreszcz. Uznał, że to wina chłodnego wiatru, który wdzierał się pod kaptur bluzy. Mocniej naciągnął go na głowę i rozejrzał się, wypatrując kamer. Nie chciał, by którakolwiek zarejestrowała jego twarz.

Nienawidził policji. Nie ufał psom, nie wierzył w ich wersję zdarzeń. Widział w tłumie starych i młodych, ludzi prostych i wykształconych, mężczyzn i kobiety. Gniew nie wybierał. Niektórzy byli tu, bo przejęli się śmiercią człowieka, inni – by wykrzyczeć swój prywatny żal, a jeszcze inni tylko szukali okazji, żeby dać upust frustracji.

– Ukarać winnych!

Rozpoznał twarze kilku największych zadymiarzy. Skinął im głową, ale nie podszedł bliżej. Nie chciał być z nimi kojarzony.

Z komisariatu wyszedł policjant i wrzasnął:

– Proszę się rozejść!

– Co on wam zrobił?! Wydajcie morderców! – skandował falujący tłum.

Ktoś rzucił plastikową butelkę, która odbiła się od drzwi wejściowych. Funkcjonariusz błyskawicznie wrócił do budynku.

Zgromadzeni wrzeli, także Damian. Schował dłonie do kieszeni i zacisnął pięści. Serce biło mu coraz szybciej. Nie wiedział, czy to strach, czy budząca się w nim agresja. Ludzi przybywało z każdą minutą.

Ktoś obok niego krzyknął, a sekundę później kolejna butelka poleciała w stronę komisariatu. Tłum zawył, a potem nagle się rozsunął. Jakiś samochód próbował przedostać się bliżej budynku. Kierowca rytmicznie wciskał klakson, ale nikt nie miał zamiaru ustąpić. Kilku mężczyzn uderzyło pięściami w maskę, ktoś kopnął w drzwi.

– Chcemy sprawiedliwości!

Damian rozglądał się, żeby znaleźć drogę ucieczki. Zdawał sobie sprawę, że jeszcze chwila i sytuacja wymknie się spod kontroli. A wtedy zdecydowanie nie powinno go tutaj być.

***

Błyskawicznie podjął decyzję o odwrocie. Wrzucił wsteczny i wycofał evo do bezpiecznej strefy. Zbyt mocno kochał ten samochód, by ryzykować, że sfrustrowany tłum zostawi pamiątki na karoserii.

Gdy zaparkował, wypadł na zewnątrz i dokładnie obejrzał maskę. Na szczęście wciąż była w idealnym stanie. Odetchnął z ulgą i spojrzał na Zofię. Trzasnęła drzwiami i postawiła kołnierz skórzanej ramoneski. Fakt, że byli w cywilnych ubraniach, zwiększał ich szanse na bezproblemowe przedarcie się przez wściekły tłum.

– Mordercy! Mordercy! Mordercy!

– Idziemy. – Zofia ruszyła w stronę komisariatu, nie czekając na odpowiedź.

– Dużo ich. Skąd się tu wzięli?

– Przyjrzyj się tym mordom! – warknęła z obrzydzeniem. – A jak wyjdziemy z komisariatu, to sprawdź główne portale informacyjne i social media. Chcę wiedzieć, czy to oddolne pospolite ruszenie, czy jakieś pierdolone pismaki nakręcają histerię.

Już zamierzał odburknąć, że nie jest jej asystentem, ale nie zdążył, bo weszli między ludzi. Szybko mijali kolejne grupki, ale kilkadziesiąt metrów przed wejściem do komisariatu wtargnęli w gęsty i najbardziej agresywny tłum. Na próżno było wśród niego szukać statecznych kobiet, wykształconych dziewcząt czy zaangażowanych społecznie staruszków.

– Pierdolone psy!

– Mordercy!

Ramiona Drivera obijały się o kolejne ciała. Co kilka sekund zerkał do tyłu, na Zofię. Podążała za nim z zaciętym wyrazem twarzy. Nie zwracała uwagi na demonstrujących, tylko szła pewnym krokiem.

Przyspieszył na ostatnich metrach przed komisariatem. Kątem oka zauważył, że obok budynku zbiera się oddział prewencji. Skinął głową w ich stronę, otworzył drzwi i puścił Zofię przodem.

Przywitały ich cisza oraz czujne spojrzenia umundurowanych i uzbrojonych policjantów.

– Dobry – zagadnął pierwszego z funkcjonariuszy. – Ogień tam macie. – Wskazał na drzwi, po czym sięgnął po legitymację służbową. – Aspirant Paweł Dobro…

– BSWP Poznań. – Zofia mu przerwała. – Którędy do komendanta?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij