-
nowość
-
promocja
Kryształowi. Polowanie. Część III - ebook
Kryształowi. Polowanie. Część III - ebook
Strzał z policyjnej broni rozpoczyna polowanie na winnego. Podejrzani są wszyscy, również ci, którzy dotąd uchodzili za kryształowych.
Paweł „Driver” Dobrogowski prowadzi sprawę policjantów, którzy śmiertelnie postrzelili podejrzanego podczas akcji. Zeznania funkcjonariuszy są spójne, raport czysty, procedury zachowane. Tylko że kolejni świadkowie znikają w tajemniczych okolicznościach.
W Biurze Spraw Wewnętrznych Policji trwa tymczasem walka o władzę. Zofia po niedawnym awansie gra tylko na siebie – przeciw przełożonym i przeciw Driverowi. Kardasz tropi kreta w wydziale narkotyków, a Hubi, coraz mocniej uwikłany w kontakty z mafią, próbuje odzyskać resztki kontroli. Wszystkie poszlaki prowadzą do jednej osoby, a zdesperowany Driver jest gotów rozmawiać z mediami. Czy zdąży?
Kryształowi. Polowanie to policyjny thriller o świecie, w którym policjanci stają się zwierzyną łowną. Gdy zaczynasz grać o własne życie, prawda schodzi na dalszy plan.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-310-6 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
WYSTĘPUJĄ
ANDRZEJ „ENDRIU” ŚMIECHOWSKI – dobry mąż, przyjaciel i człowiek, funkcjonariusz wydziału kryminalnego.
HONORATA „HONIA” MARCHWIŃSKA – samotna matka i przede wszystkim policjantka wydziału kryminalnego, zwykle pomocna i optymistyczna, czasem miewająca problemy z alkoholem.
MICHAŁ IWAŃSKI I MACIEJ BARCZAK – młodzi policjanci z nowego, gorszego pokolenia. Mają ten sam kolor włosów, to samo miejsce służby w wydziale kryminalnym i ten sam problem po spotkaniu w lesie z Honoratą i Endriu.
PAWEŁ „DRIVER” DOBROGOWSKI – funkcjonariusz Biura Spraw Wewnętrznych Policji. Uzależniony od bólu i szybkiej jazdy. Posiadacz sporej listy kobiet chętnych na seks, ojciec Wiktora i były mąż Elki.
PAULINA „PAULA” STOPAREK – kiedyś fuck friend Drivera, dziś przyjaciółka dziennikarki Kingi Pomorskiej.
ZOFIA MAZUR – właściwa kobieta na właściwym miejscu, a przynajmniej tak lubi o sobie myśleć. Jako zastępca naczelnika Biura Spraw Wewnętrznych Policji trzęsie nie tylko biurem, ale właściwie całą poznańską psiarnią. Nie potrafi gotować, dlatego przyjaźni się z dziennikarzem lokalnej gazety, Dawidem Sarnowskim. A może nie tylko dlatego?
KAROL ŚLEDŹ – w genach odziedziczył miłość do rybek. Nie ma szczęścia do kobiet, ale dzięki temu całą pierwotną energię może skupić na obronie swojego fotela naczelnika BSWP.
TOMASZ KARDASZ – sensem jego życia jest czyszczenie struktur policyjnych z czarnych owiec. Nałogowo ogląda głupie filmiki, także na służbie. Ma przyjrzeć się sprawie Podolskiego i Mańczaka, którzy mogli przyczynić się do śmierci zatrzymanego na komisariacie.
HUBERT „HUBI” TOBISZOWSKI – w Narkotykach robi od zawsze, czyli zbyt długo. Właśnie próbuje się wypisać z firmy. Wierny jak pies swojej kochance o imieniu Depresja i przyjacielowi Mikołajowi „Mikiemu” Sobczakowi.
GRZEGORZ KRUK – przedsiębiorca o wyglądzie cherubinka. Zdystansowany i umiarkowanie zrozpaczony po zniknięciu swojej ciężarnej żony Barbary. Wyznawca teorii, że im głośniej mówisz o swojej nowej miłości, tym będzie ona prawdziwsza.
IGOR „NOWY” KRAJEWSKI – wielki nieobecny, numer jeden na rynku narkotykowym, wysługujący się między innymi Czarnym i Cyganem. Pierwszy odpowiada za kontakt z ćpunami, drugi – z psami.Widelec napotkał opór. Przycisnęła go jeszcze mocniej. Najpierw usłyszała trzask pękającej polewy czekoladowej, a później odgłos otwieranych drzwi.
Zdziwiło ją to, ponieważ o tej godzinie Ptasie Radio powinno być puste.
Starannie wybrała miejsce spotkania. Zadbała o każdy szczegół. Kawiarnia z dala od centrum. Wygodne krzesła. Niezbyt duże stoliki. Dobra kawa i smaczne desery.
Jej rozmówca chciał się spotkać na neutralnym gruncie. Zapewniła mu taki. Chciał, żeby pozostał między nimi dystans? Nie zamierzała go zmniejszać. Wiedziała, że osiągnie swój cel tylko wtedy, gdy wszystko zaplanuje w taki sposób, żeby dać mu złudne wrażenie, że to on kontroluje sytuację.
Przez telefon wyczuła, że wykorzysta każde jej potknięcie, by się wycofać, ale przyszedł, uścisnął jej dłoń, usiadł, przestudiował menu, zamówił kawę i ciasto, a później zaczął się rozglądać.
Po omówieniu kilku neutralnych tematów i otrzymaniu zamówienia ochoczo złapała za widelec i wbiła go w brownie. Kątem oka zauważyła, że w otwartych drzwiach pojawił się mężczyzna. Nie wszedł jednak do środka. Wycofał się.
Pierwszy kawałek ciasta został oderwany. Podobnie jak jej rozmówca, na co dzień stanowiący sprawnie działające ogniwo pewnego łańcucha.
– Cieszę się, że zgodziłeś się na spotkanie.
– Spotkanie?
– Na wywiad – poprawiła się. – Dziękuję.
– Podziękujesz, jak skończę – burknął, ale na jego twarzy pojawił się ledwo zauważalny uśmiech.
Poruszała się po omacku. Dopiero uczyła się go odczytywać. Był inny niż wszyscy jej dotychczasowi rozmówcy. Mroził spojrzeniem, a twarz miał pozbawioną mimiki.
– Jabłecznik to twoje ulubione ciasto? – Wskazała na zamówiony przez niego dodatek do kawy.
– Nie trać czasu. To najcenniejsza wartość w życiu człowieka. Myślałem, że to wiecie.
– Wiemy?
– Wy, ludzie mediów.
Skoro nie potrzebował gry wstępnej, przeszła do konkretów. Zerknęła kontrolnie na listę tematów, które chciała poruszyć, i włączyła dyktafon.
– Jak to się stało, że…
Drzwi znowu się otworzyły. Tym razem mężczyzna wszedł. Czapka z daszkiem zasłaniała mu większość twarzy, ze zdecydowanych ruchów wywnioskowała, że musiał tu być stałym bywalcem. Zamknął drzwi i zamiast rozejrzeć się w poszukiwaniu miejsca, ruszył przed siebie.
Celowo usiadła tak, by móc obserwować cały lokal. Wiedziała, że rozmówca usiądzie naprzeciwko niej. Chciała, żeby skupił się na rozmowie, a nie kontrolowaniu tego, co działo się w pomieszczeniu.
Był jednak czujny. Od razu zauważył, że coś przykuło jej spojrzenie. Odwrócił głowę w kierunku drzwi.
– Jak to się stało, że trafiłeś do Biura Spraw Wewnętrznych Policji? – wróciła do pytania.
Powinien ze skupieniem wyczekiwać na pytania i dawać cięte riposty, a nie rozglądać się na boki. Widziała jego profil i mogłaby przysiąc, że już zaczął się obracać w jej stronę, ale wtedy to usłyszała.
Głuchy i niski dźwięk. Jakby coś pękło. Pękło i leciało przed siebie, rozcinając powietrze.
Zidentyfikowała odgłos błyskawicznie. Strzał. To był strzał.
Poczuła coś ciepłego na twarzy. Rzuciła się pod stół. Nie było to najbezpieczniejsze schronienie, ale dobrze wiedziała, że w takich sytuacjach liczy się czas reakcji.
Nasłuchiwała.
Trzasnęły drzwi. Wzięła trzy głębokie wdechy i otworzyła oczy. Jej rozmówca leżał na podłodze.
– Hej? – Szarpnęła go za nogę.
Nie zareagował. Doczołgała się do jego głowy.
– Paweł!!! Paweł, kurwa mać, odezwij się! Odezwij się do mnie!!!
Starała się nie zauważać płynącej krwi. Wyjęła komórkę, wybrała numer, włączyła tryb głośnomówiący i odłożyła ją na bok. Nie mogła biernie czekać. Musiała przypomnieć sobie wszystko, co wiedziała na temat pierwszej pomocy.
– Halo, Państwowe Ratownictwo Medyczne, dyspozytor…
– Kinga Pomorska, potrzebna karetka, postrzał. Mężczyzna. Nieprzytomny. Kawiarnia Ptasie Radio!ROZDZIAŁ 1
Skręcali ze Starołęckiej w lewo. Endriu zredukował bieg. Gdzieś po prawej stronie miał znajdować się cel ich podróży. Z radioodbiornika płynęła radosna muzyka, a Honorata podśpiewywała pod nosem.
Nowy dzień, nowe zatrzymanie, nowe wyzwania zawodowe – tak do tego podchodziła. Dopiero ostatnio zostawiła za sobą smutek, który zwykle jej towarzyszył. Zupełnie jakby odnajdywała nadzieję i radość w nadchodzącej wielkimi krokami jesieni.
– Nie wiem, co bierzesz, Honia, ale też chcę – zażartował Endriu.
Odpowiedziała mu perlistym śmiechem, a on zwolnił. Znajdowali się już na wysokości nieruchomości numer osiem. Szukali dwunastki i miejsca do parkowania, ale ich uwagę przykuł niebieski Seat. Powoli wyłonił się z posesji, ostrożnie włączył do ruchu i w ślimaczym tempie minął radiowóz.
Endriu zdążył spojrzeć kierowcy w oczy i był niemal pewny, że zauważył w nich niepokój. Sekundę później silnik Seata zawył, jakby mężczyźnie nagle zaczęło się spieszyć.
– Widziałeś? – niemal krzyknęła Honorata. – To on!
Endriu błyskawicznie złapał za dźwignię zmiany biegów, wrzucił wsteczny i wcisnął pedał gazu w podłogę. Podskoczyli, gdy opony uderzyły w wysoki krawężnik. Zahamował, przełączył bieg, maksymalnie skręcił kierownicę i ruszył za uciekającym Seatem.
– W lewo! Szybciej, bo go stracimy! – Honorata wskazywała ręką kierunek. – Wyprzedź ich!
– Kurwa, z choinki się wszyscy urwali?!
Endriu otworzył okno i postawił na dachu policyjnego koguta. Hałas jak zwykle okazał się skuteczny. Samochody zaczęły rozjeżdżać się na boki, ustępując miejsca radiowozowi.
– Tu zero zero dwa, potrzebne wsparcie. Prowadzimy pościg za niebieskim Seatem Toledo. Za kierownicą podejrzany. Lecimy za nim Starołęcką. Niech Kórnik zajedzie od strony Czapur.
Uzupełniali się. Honorata prosiła dyżurnego o pomoc, a Endriu skupiał się na zmniejszaniu dystansu dzielącego ich od uciekającego samochodu. Droga była zbyt wąska i uczęszczana, by ciągle jechać środkiem. Przyspieszał więc i gwałtownie hamował, lawirując między autami.
Seat zniknął z pola widzenia. Dopiero gdy udało im się wyprzedzić ciężarówkę, zobaczyli go znowu. Był już daleko na rondzie.
– Minął zjazd na Czapury! Kieruje się na Głuszynę!!! – informowała Honorata. – Szybciej, kurwa, bo go stracimy!
Endriu jeszcze przyspieszył, a gdy znalazł się na rondzie, z całej siły wcisnął hamulec i ostro skręcił w lewo. Nie zamierzał tracić cennych sekund na objeżdżanie skrzyżowania. Ta krótka chwila jazdy pod prąd mogła zdecydować o sukcesie pościgu.
I wtedy na horyzoncie pojawiło się BMW, które jechało przepisowo. Prosto na nich.
– Kurwa! – Honorata odruchowo odsunęła się od drzwi.
Endriu docisnął pedał gazu, odbijając w lewo. Koła radiowozu otarły się o krawężnik. Rozległo się trąbienie. Ogromna siła pchnęła tył pojazdu. Skontrował kierownicą i spojrzał w lusterko. BMW właśnie ich minęło. Nie słyszał charakterystycznego zgrzytu metalu o metal. To był dobry znak.
– Jebaniec! – warknął.
Strzałka licznika dosięgnęła liczby sto dwadzieścia, a silnik wył na trzecim biegu. Seat pokazał się na chwilę, po czym zniknął za zakrętem.
– Debil, całe życie przemknęło mi przed oczami! – Honorata roześmiała się nerwowo. – Pomyślałam o rachunku sumienia, ale na wszystkie grzechy było za mało czasu…
– Na szczęście prowadzę lepiej niż Kubica i Hołowczyc razem wzięci!
Wyjeżdżali z miasta. Na prawo od Głuszyny gęsty las zastąpił domy. Kilka chwil później po lewej pojawił się płot.
– Zaraz będziemy go mieli!
Znowu docisnął gaz. Przed sobą miał długi i prosty odcinek drogi. Nieustannie zbliżali się do Seata.
– Ale mieliśmy fuksa, że podjechaliśmy pod jego dom. Kilka minut później i byśmy się minęli. – Honorata dotknęła rękojeści broni.
Byli już naprawdę blisko. Wystarczyło już tylko wyprzedzić podejrzanego, zajechać mu drogę, wyskoczyć i wyciągnąć go z auta.
– Kurwa mać!
Seat wjechał na lewy pas, wyprzedził ciężarówkę i zniknął im z pola widzenia. Endriu spróbował zrobić to samo, ale z naprzeciwka jechały dwa samochody. Musiał zaczekać.
– Ja pierdolę! – Wszystko się w nim gotowało. – Ucieknie nam! Dałaś znać dyżurnemu, żeby Kórnik jednak podjechał od strony Głuszyny?
Honorata nie odpowiedziała. Ciężarówka, od której dzieliło ich nie więcej niż kilkaset metrów, rozpoczęła hamowanie i włączyła światła awaryjne.
Endriu wjechał na lewy pas.
– Kurwa! Na lewym też coś stoi na awaryjnych! Wypadek?
– Zatrzymaj się!
– Ale…
– Stój!
Wrócił na prawy pas i z całej siły nadepnął hamulec. Radiowóz zatrzymał się zaraz za ciężarówką.
– Ucieka! Kurwa, ucieka!
– Honia, poczekaj!
Endriu nawet nie zdążył na nią spojrzeć. Zostawiła otwarte drzwi i pobiegła przed siebie.
– Czekaj! – wrzasnął, ale nie zareagowała. – Tu zero zero dwa. Podejrzany ucieka w las. Powtarzam, ucieka w las, pieszo. Opuszczamy radiowóz. Głuszyna, na wysokości bazy lotnictwa. Biegniemy za nim. Możemy być bez łączności. Mamy swoje komórki.
***
Wiedziała, że nie może dopuścić, by mężczyzna w bladoszarej dresowej bluzie zwiększył dystans, który ich dzielił. Lawirował między drzewami z taką zwinnością, jakby od miesięcy uczestniczył w morderczych treningach. Honorata musiała dotrzymać mu kroku.
Nie było łatwo, ale adrenalina robiła swoje. Skupiała się przede wszystkim na biegu, oddychaniu i tym, żeby nie zgubić uciekającego z oczu. Seat rozbił się na drzewie, a kierowca zwiał do lasu. Nie widziała jego twarzy, nie wiedziała, czy jest ranny. Liczyła na to, że szybko osłabnie.
Coraz trudniej było jej złapać oddech.
– Stój! Policja! – krzyknęła w nadziei na cud.
Ten się nie zdarzył, a mężczyzna wręcz przyspieszył. Honorata czuła, że nogi zaraz odmówią jej posłuszeństwa. Walczyła ze swoim mózgiem i mięśniami. Całe życie z czymś walczyła. Dopiero kilka tygodni temu poczuła, że dotarła do bezpiecznej przystani.
No dobrze, jeszcze nie dotarła. Docierała. Wiedziała, że to ostatnia prosta. Jeszcze tydzień, może dwa, wtedy odpocznie.
– Policja! Stó… Stój!
Nie miała siły krzyczeć. Ale chyba ją usłyszał. Najpierw zwolnił, a potem się zatrzymał i pochylił, opierając ręce o kolana. Dobiegła do niego, ale trzymała się w bezpiecznej odległości. Oboje ciężko dyszeli.
Przeładowała broń i wycelowała w głowę ściganego. Ten się odwrócił i spojrzał jej w oczy.
– Wstań! – Honorata wydobyła z siebie głęboko skrywane pokłady agresji. – Wyprostuj się!
– Spokojnie. – Mężczyzna uniósł ręce.
– Myślałeś, że cię nie dopadnę?! Że uciekniesz sprawiedliwości?!
– Proszę, odłóż broń. Ja… Przecież ja nic nie…
– Jasne, jesteś niewinny i wcale nie uciekałeś, tylko akurat biegłeś w tę stronę?!
– Przestraszyłem się radiowozu.
– Masz broń?
Skinął głową.
– Jeden niepotrzebny ruch i strzelę! – Honorata czuła, że dłonie drżą jej coraz mocniej. – Wyjmij ją i odrzuć na bok! Powoli!
– Spokojnie, to tylko atrapa. Straszak… – Sięgnął za pasek, wyjął pistolet i złapał za kabłąk dwoma palcami, pozwalając broni zawisnąć lufą do dołu.
Honorata spojrzała mu w oczy, a potem bez wahania pociągnęła za spust.
***
Muzyka zagnieździła się w prawej półkuli mózgu Drivera tak mocno, że nie usunął jej nawet wiatr towarzyszący mu podczas spaceru od auta do budynku Komendy Wojewódzkiej Policji.
Gdy jechał windą, cały czas poruszał głową. Wyglądał jak samochodowa zabawka, pies kiwający łbem. I wyglądał, i był psem – na dodatek kryształowym. A brakowało tak niewiele, żeby to wszystko stracił. Anonim, który przyszedł wiosną, spowodował niezłe zamieszanie. Karol Śledź, zastępca naczelnika BSWP, zareagował ostro i natychmiastowo. Posprawdzał to, co mógł posprawdzać, wezwał Drivera na rozmowę, a na koniec dał mu do wypełnienia jakieś dodatkowe oświadczenie dotyczące posiadanego majątku. Driver wpisał w odpowiedniej rubryce Evo i postawił kropkę. Nie miał mieszkania, obligacji ani oszczędności, a inne cenne dla niego rzeczy – czyli praca i syn – nie mieściły się w definicji majątku. Śledź przestudiował uważnie wszystkie rubryki i odetchnął z ulgą, jakby liczba posiadanych przez policjanta aut miała być wprost proporcjonalna do stopnia zaangażowania w działalność przestępczą.
Domyślał się, kto strzelał na oślep oskarżeniami, ale zachował to dla siebie. Na razie wszystko rozeszło się po kościach. Odzyskał zaufanie przełożonych i mógł wrócić do służby. W końcu zemsta najlepiej smakuje na zimno.
– Gdzie jest, kurwa, moje mleko?!
Głos wkurzonej Zofii uświadomił Driverowi, że właśnie wkroczył do Biura Spraw Wewnętrznych Policji. Odruchowo spojrzał w stronę, z której dobiegł krzyk – i to był jego błąd. Przy otwartej lodówce stała najostrzejsza kobieta, jaką znał. Nie zaglądała jednak do środka, tylko rozglądała się w poszukiwaniu ofiary.
– Driver! To na pewno ty! – wycedziła przez zaciśnięte zęby i oskarżycielsko wycelowała w niego palec.
– Żałuję, ale muszę cię rozczarować. Od tygodnia jestem na detoksie.
– W dupie mam twój detoks! Odkupujesz mi mleko, ty obślizgła formo życia!
– Nie pijam kawy. Ale jak podpatrzę, kto to robi, to bezzwłocznie cię zawiadomię. Albo napiszę anonim – dodał złośliwie, po czym, nie czekając na reakcję Zofii, ruszył do swojego pokoju.
Podczas wiosennej akcji zrozumiał, że podstawowym narzędziem pracy każdego kryształowego były, są i będą anonimy; nie tylko jako forma wprowadzania w obieg informacji niejawnych, ale również jako broń przeciwko innym kryształowym. Wcześniej myślał, że elita walczy tylko ze skorumpowanymi gliniarzami, ale w końcu odkrył, że walczyła również sama ze sobą.
***
Wezwanie wsparcia i zaparkowanie nie zajęło mu wiele czasu, ale kiedy ruszył w las, nie miał pewności, czy biegnie w dobrą stronę, bo nie widział już ani poszukiwanego, ani Honoraty. Zatrzymał się i nasłuchiwał. Dopiero gdy padł strzał, ustalił odpowiedni kierunek.
Po kilku minutach biegu dostrzegł partnerkę w oddali. Siedziała skulona na ziemi. Wzmógł czujność i ruszył w jej kierunku. Powinien robić to bezszelestnie, by nie zdradzić swojej obecności, ale trzaski nadepniętych gałęzi to uniemożliwiały. Zatrzymał się na chwilę i wytężył słuch. Jeśli uciekinier gdzieś się czaił, to musiał stać nieruchomo. Musnął palcem język spustowy Glocka.
Od Honoraty dzieliło go coraz mniej drzew. Widział już jej profil. Zakrywała twarz dłońmi i głośno dyszała.
– Gdzie jest? – spytał ściszonym głosem.
Nawet nie podniosła głowy, tylko wyciągnęła rękę, wskazując kierunek. Kilka metrów dalej leżał mężczyzna. Nie ruszał się. Endriu podszedł i sprawdził puls oraz oddech, ale nic nie wyczuł. Spojrzał na klatkę piersiową.
– Kula weszła w okolicach serca. Trup – oświadczył, ale na wszelki wypadek kopnął broń, która znajdowała się zbyt blisko ręki mężczyzny. – Honia, nic ci nie jest?
Westchnęła głośno. Endriu przykucnął przy niej i złapał ją za dłonie. Drżały. Nigdy wcześniej nie widział jej takiej przerażonej, a przecież niejedno przeżyli przez te wszystkie lata.
– Honia! Mów do mnie! Mów!
Spojrzała na niego załzawionymi oczami.
– Goniłam go. Zatrzymał się, a ja dobiegłam. Nie chciał się położyć na glebę i nie współpracował. Zrobiłam krok w jego stronę, żeby go obezwładnić, a wtedy się na mnie rzucił.
Endriu dopiero teraz zauważył, że miała na twarzy czerwone ślady po zadrapaniach.
– Walczyliśmy. Był silny. Cholera, Endriu!
Na usta cisnęło mu się pytanie: „Po chuj rzuciłaś się za nim sama?”, ale to nie był dobry moment na takie ustalenia.
– Walczyliście. I co dalej?
– Udało mi się go odepchnąć… Upadł. Sięgałam po broń, którą mi wcześniej wytrącił… Wycelował we mnie. Miał swoją. Nie było wyjścia. Musiałam strzelić… Musiałam się bronić! Przecież nie jestem sama, mam Magdę! Nie mogłam ryzykować!
Rozległ się trzask łamanych gałęzi. Ktoś biegł w ich stronę.
– Przestań. – Puścił jej dłonie. – Weź się w garść. Nic takiego się nie stało. Tak wygląda nasza służba. Czasem robimy to, co trzeba, nie to, co chcemy. – Poklepał ją po ramieniu.
– Endriu… – Spojrzała na niego błagalnie. – Wyjebią mnie z firmy!
– Wytłumaczysz się, a ja wszystko potwierdzę.
– Nie o to chodzi.
– A o co?
– Wczoraj piłam, i to długo. Właściwie do rana. Godzinę temu miałam jeszcze promil. Zaraz przyjedzie wydział kontroli, prokurator. Każą mi dmuchać. Wylecę na zbity pysk. Zostaniemy z Magdą na lodzie. Cholera, mogłam dać się zastrzelić, przynajmniej miałaby po mnie emeryturę!
***
Wszyscy zaczęli się zbierać na korytarzu. Zbliżała się ósma. Zofia wychyliła się ze swojego pokoju i postanowiła wykorzystać okazję. Podeszła do lodówki, mijając dwóch dochodzeniowców, zajrzała do niej, po czym głośno trzasnęła drzwiami i zaczęła wyrzucać z siebie poranną złość:
– Złodziejstwo się szerzy, kurwa! Nie kielcz się, Bolo! To mało śmieszne jest! Złodziejstwo dotarło do struktur tak elitarnych jak nasze biuro i na dodatek zbiera coraz większe żniwo! Na serio żal wam tych pięciu zyli na własny kartonik mleka?! Musicie korzystać z mojego?! Ktoś kradnie już nie tylko mleko, ale i jedzenie! Włożyłam tu wczoraj kawałek ciasta! To jest, kurwa, nie do pomyślenia! Zamontuję kamery i złapię chuja za rękę, a potem mu ją urżnę!
– Raczej odgryziesz…
Nie wiedziała, z czyich ust padł złośliwy komentarz, udała więc, że go nie słyszała.
– Kto zjadł ciasto?! – Po kolei mierzyła ich wzrokiem.
– Jakie ciasto?
– Co?
– Na mnie nie patrz.
Sytuacja jej nie sprzyjała. Stanęła sama przeciwko grupie. Jedna kobieta kontra dziesięciu facetów. Mieli z niej ubaw. Na korytarzu nadal była dla nich tylko blondynką, kumpelą z firmy. Zapominali o należnym jej szacunku. Musiała im o tym przypomnieć, dlatego błyskawicznie zmieniła plan. Zamiast wykładu postanowiła dać im nauczkę.
– Kto zjadł pleśniak, który był wczoraj lodówce? – spytała ponownie.
– Zośka, spleśniałych rzeczy nie chowamy do lodówki, tylko wywalamy do kosza – rzucił ktoś, a reszta zarechotała.
– Cieszę się, że jest wam do śmiechu! Ciasto, które również zginęło, było niespodzianką dla złodzieja. Mam nadzieję, że mu smakowało. Specjalny przepis z polewą ze spermy. – Spojrzała na twarze kolegów, którym zrzedły miny.
– Skąd ty miałaś spermę? Z banku? – Kardasz wciąż uśmiechał się głupkowato.
Spojrzała na zegarek. Ósma trzy.
– Zbierać dupy, zaczynamy odprawę – oznajmiła władczo i ruszyła, głośno stukając obcasami.
Driver wychylił się z pokoju, który do niedawna był także jej. Posłała mu złowieszcze spojrzenie i pomaszerowała do siebie.
– Pani Sabino! – wrzasnęła na sekretarkę Śledzia. Uznała, że jeśli naczelnika nie ma dziś w biurze, Sabinka musi się nudzić. A skoro się nudzi, to z radością spełni jej zachcianki. – Pani skoczy do piekarni, tej na Dąbrowskiego. Mam ochotę na torcik węgierski. Pani kupi, migusiem!
Rozkoszowała się swoją pozycją. Kilka miesięcy temu, kiedy wchodziła do gabinetu zastępcy naczelnika, była zmuszona patrzeć na te jego beznadziejne rybki. Teraz wchodziła do siebie. Zamiast obleśnego akwarium z bezmyślnymi stworami miała ogromny plakat z wymarzonym modelem Harleya. Zamiast smrodu spoconego wieprza czuła subtelny zapach swoich kobiecych perfum. Zamiast czekać na pozwolenie, to ona decydowała, kto i kiedy może mówić.
Była z siebie dumna. Dokonała niemożliwego: zajęła fotel zastępcy naczelnika Biura Spraw Wewnętrznych Policji. Ona, skromna __ Zofia Mazur z małego miasteczka pod Poznaniem, najmłodsza z czwórki rodzeństwa. Trzęsła teraz nie tylko całym BSWP, ale właściwie całą poznańską psiarnią.
Zazgrzytała zębami na myśl, że jej jurysdykcja najwyraźniej nie obejmowała lodówki.
***
– A wy, kurwa, co? Piknik sobie zrobiliście w środku lasu?
Zza drzew wyłonili się Michał Iwański i Maciej Barczak, dwaj fusze z wydziału Endriu i Honoraty. Obaj mieli na sobie cywilne ubrania i jak zwykle uśmiechali się głupkowato. Kiedy pojawili się w wydziale dwa lata wcześniej, Honorata wzięła ich pod swoje skrzydła. Zawsze matkowała nowym. Mówiła, co i jak robić, żeby było im łatwiej, z kim nie zadzierać, a dla kogo mieć serce na dłoni.
– No cześć. – Endriu machnął do nich ręką. – Piknik, kurwa. Jednemu się nudziło, więc wyciągnął nogi. Ale macie wyczucie, przyjechaliście już po imprezie.
– Kórnik był zajęty, a my akurat byliśmy w okolicy. – Maciej zauważył zwłoki. – Co się stało?
– Jechaliśmy pogadać z podejrzanym, ale spierdolił, gdy tylko __ zobaczył radiowóz. Na pełnej kurwie przeleciał przez Starołęcką, wleciał w Głuszynę i rozpierdolił się na drzewie, ale widać nie do końca, bo przeżył. Zwiał w las. My za nim. W pewnej chwili ten chuj jebany się zatrzymał i rzucił na Honię. Musiałem zareagować, bo zaczął machać pukawką.
– Zgłosiłeś już? – spytał Michał.
– Właśnie zgłaszam. – Endriu próbował wyciągnąć komórkę z kieszeni.
Sceneria była groteskowa. Nad nim sielanka: bezchmurne niebo, wierzchołki drzew i trele ptaków. Przed nim gęby kumpli, które znał na pamięć. Oglądał je w bardzo różnych okolicznościach przyrody: w pijackich melinach, policyjnych pokojach, zaułkach blokowisk i otwartych przestrzeniach przy Warcie. W lesie jeszcze razem nie byli.
Spojrzał na ziemię. Teraz do sielanki i codzienności mógł dołożyć scenę rodem z _Kołysanki_, czarnej komedii Machulskiego. Trzy pary nóg, ich właściciele dyskutujący o głupotach i zwłoki leżące na leśnym runie.
Tylko trzy pary, bo Honorata trzymała się z boku. Endriu wiedział, że jego partnerka potrzebuje kilku chwil, by wziąć się w garść.
– Impreza bez, kurwa, pawulomenów? – Michał splunął.
– Po chuj zmarłemu ratownicy? – Endriu spojrzał zdziwiony. – Miał gościu niefart, co nie? Był w ruchu, przyjął kulkę nie tam, gdzie trzeba. A krzyczeliśmy z Honią, żeby stał. Zatrzymałby się, to co najwyżej miałby dziurę w ramieniu.
Michał wyszczerzył zęby i pokiwał głową. Maciej wyglądał na szczerze zmartwionego. Marszczył czoło i wykrzywiał usta.
– No to cię przetrzepią! – sapnął w końcu. – Miałem tak samo na rok przed przyjściem do was. Kurwa, stary! Karetkę wezwij i udawaj reanimację. Ostrzegawczy był?
– Gdyby chuj rzucił się do twarzy twojego partnera, zacząłbyś od gry wstępnej? – Endriu zaczynała denerwować ta sztuczna wesołkowatość.
Nie wiedział, co było, a czego nie było. Wziął to na siebie, żeby zaoszczędzić przyjaciółce problemów. Ona też pomogła mu wiele razy. Skoro powiedział „A”, musiał teraz bez wahania recytować kolejne litery alfabetu.
– Na mnie by się nie rzucił. Zbyt groźnie wyglądam – żartował dalej Michał. – Bez urazy, Honoratka. Ja od zawsze mówię, że w policji kobiety powinny za biurkiem siedzieć i co najwyżej telefony odbierać.
Honorata się ocknęła. Spojrzała na Michała tak, że najpierw opadły mu kąciki ust. Radosne iskierki z oczu zniknęły, gdy ruszyła w jego stronę.
– Żartowałem przecież! – próbował się bronić.
Zatrzymała się na wyciągnięcie ramion od Michała i warknęła:
– Pokaż mi swoją broń.
– Honorata, ale…
– POKAŻ!
Michał posłusznie sięgnął do kabury, a wtedy Honorata złapała jego prawą dłoń, w której znalazł się Glock, odbezpieczyła go, wycelowała w ziemię i jego palcami nacisnęła spust.
– Był. Ostrzegawczy był. Oddałeś go od razu, gdy tu dobiegłeś. Siedzimy w tym razem. – Spojrzała najpierw na Michała, potem na Macieja, a ostatnie spojrzenie posłała Endriu.
ANDRZEJ „ENDRIU” ŚMIECHOWSKI – dobry mąż, przyjaciel i człowiek, funkcjonariusz wydziału kryminalnego.
HONORATA „HONIA” MARCHWIŃSKA – samotna matka i przede wszystkim policjantka wydziału kryminalnego, zwykle pomocna i optymistyczna, czasem miewająca problemy z alkoholem.
MICHAŁ IWAŃSKI I MACIEJ BARCZAK – młodzi policjanci z nowego, gorszego pokolenia. Mają ten sam kolor włosów, to samo miejsce służby w wydziale kryminalnym i ten sam problem po spotkaniu w lesie z Honoratą i Endriu.
PAWEŁ „DRIVER” DOBROGOWSKI – funkcjonariusz Biura Spraw Wewnętrznych Policji. Uzależniony od bólu i szybkiej jazdy. Posiadacz sporej listy kobiet chętnych na seks, ojciec Wiktora i były mąż Elki.
PAULINA „PAULA” STOPAREK – kiedyś fuck friend Drivera, dziś przyjaciółka dziennikarki Kingi Pomorskiej.
ZOFIA MAZUR – właściwa kobieta na właściwym miejscu, a przynajmniej tak lubi o sobie myśleć. Jako zastępca naczelnika Biura Spraw Wewnętrznych Policji trzęsie nie tylko biurem, ale właściwie całą poznańską psiarnią. Nie potrafi gotować, dlatego przyjaźni się z dziennikarzem lokalnej gazety, Dawidem Sarnowskim. A może nie tylko dlatego?
KAROL ŚLEDŹ – w genach odziedziczył miłość do rybek. Nie ma szczęścia do kobiet, ale dzięki temu całą pierwotną energię może skupić na obronie swojego fotela naczelnika BSWP.
TOMASZ KARDASZ – sensem jego życia jest czyszczenie struktur policyjnych z czarnych owiec. Nałogowo ogląda głupie filmiki, także na służbie. Ma przyjrzeć się sprawie Podolskiego i Mańczaka, którzy mogli przyczynić się do śmierci zatrzymanego na komisariacie.
HUBERT „HUBI” TOBISZOWSKI – w Narkotykach robi od zawsze, czyli zbyt długo. Właśnie próbuje się wypisać z firmy. Wierny jak pies swojej kochance o imieniu Depresja i przyjacielowi Mikołajowi „Mikiemu” Sobczakowi.
GRZEGORZ KRUK – przedsiębiorca o wyglądzie cherubinka. Zdystansowany i umiarkowanie zrozpaczony po zniknięciu swojej ciężarnej żony Barbary. Wyznawca teorii, że im głośniej mówisz o swojej nowej miłości, tym będzie ona prawdziwsza.
IGOR „NOWY” KRAJEWSKI – wielki nieobecny, numer jeden na rynku narkotykowym, wysługujący się między innymi Czarnym i Cyganem. Pierwszy odpowiada za kontakt z ćpunami, drugi – z psami.Widelec napotkał opór. Przycisnęła go jeszcze mocniej. Najpierw usłyszała trzask pękającej polewy czekoladowej, a później odgłos otwieranych drzwi.
Zdziwiło ją to, ponieważ o tej godzinie Ptasie Radio powinno być puste.
Starannie wybrała miejsce spotkania. Zadbała o każdy szczegół. Kawiarnia z dala od centrum. Wygodne krzesła. Niezbyt duże stoliki. Dobra kawa i smaczne desery.
Jej rozmówca chciał się spotkać na neutralnym gruncie. Zapewniła mu taki. Chciał, żeby pozostał między nimi dystans? Nie zamierzała go zmniejszać. Wiedziała, że osiągnie swój cel tylko wtedy, gdy wszystko zaplanuje w taki sposób, żeby dać mu złudne wrażenie, że to on kontroluje sytuację.
Przez telefon wyczuła, że wykorzysta każde jej potknięcie, by się wycofać, ale przyszedł, uścisnął jej dłoń, usiadł, przestudiował menu, zamówił kawę i ciasto, a później zaczął się rozglądać.
Po omówieniu kilku neutralnych tematów i otrzymaniu zamówienia ochoczo złapała za widelec i wbiła go w brownie. Kątem oka zauważyła, że w otwartych drzwiach pojawił się mężczyzna. Nie wszedł jednak do środka. Wycofał się.
Pierwszy kawałek ciasta został oderwany. Podobnie jak jej rozmówca, na co dzień stanowiący sprawnie działające ogniwo pewnego łańcucha.
– Cieszę się, że zgodziłeś się na spotkanie.
– Spotkanie?
– Na wywiad – poprawiła się. – Dziękuję.
– Podziękujesz, jak skończę – burknął, ale na jego twarzy pojawił się ledwo zauważalny uśmiech.
Poruszała się po omacku. Dopiero uczyła się go odczytywać. Był inny niż wszyscy jej dotychczasowi rozmówcy. Mroził spojrzeniem, a twarz miał pozbawioną mimiki.
– Jabłecznik to twoje ulubione ciasto? – Wskazała na zamówiony przez niego dodatek do kawy.
– Nie trać czasu. To najcenniejsza wartość w życiu człowieka. Myślałem, że to wiecie.
– Wiemy?
– Wy, ludzie mediów.
Skoro nie potrzebował gry wstępnej, przeszła do konkretów. Zerknęła kontrolnie na listę tematów, które chciała poruszyć, i włączyła dyktafon.
– Jak to się stało, że…
Drzwi znowu się otworzyły. Tym razem mężczyzna wszedł. Czapka z daszkiem zasłaniała mu większość twarzy, ze zdecydowanych ruchów wywnioskowała, że musiał tu być stałym bywalcem. Zamknął drzwi i zamiast rozejrzeć się w poszukiwaniu miejsca, ruszył przed siebie.
Celowo usiadła tak, by móc obserwować cały lokal. Wiedziała, że rozmówca usiądzie naprzeciwko niej. Chciała, żeby skupił się na rozmowie, a nie kontrolowaniu tego, co działo się w pomieszczeniu.
Był jednak czujny. Od razu zauważył, że coś przykuło jej spojrzenie. Odwrócił głowę w kierunku drzwi.
– Jak to się stało, że trafiłeś do Biura Spraw Wewnętrznych Policji? – wróciła do pytania.
Powinien ze skupieniem wyczekiwać na pytania i dawać cięte riposty, a nie rozglądać się na boki. Widziała jego profil i mogłaby przysiąc, że już zaczął się obracać w jej stronę, ale wtedy to usłyszała.
Głuchy i niski dźwięk. Jakby coś pękło. Pękło i leciało przed siebie, rozcinając powietrze.
Zidentyfikowała odgłos błyskawicznie. Strzał. To był strzał.
Poczuła coś ciepłego na twarzy. Rzuciła się pod stół. Nie było to najbezpieczniejsze schronienie, ale dobrze wiedziała, że w takich sytuacjach liczy się czas reakcji.
Nasłuchiwała.
Trzasnęły drzwi. Wzięła trzy głębokie wdechy i otworzyła oczy. Jej rozmówca leżał na podłodze.
– Hej? – Szarpnęła go za nogę.
Nie zareagował. Doczołgała się do jego głowy.
– Paweł!!! Paweł, kurwa mać, odezwij się! Odezwij się do mnie!!!
Starała się nie zauważać płynącej krwi. Wyjęła komórkę, wybrała numer, włączyła tryb głośnomówiący i odłożyła ją na bok. Nie mogła biernie czekać. Musiała przypomnieć sobie wszystko, co wiedziała na temat pierwszej pomocy.
– Halo, Państwowe Ratownictwo Medyczne, dyspozytor…
– Kinga Pomorska, potrzebna karetka, postrzał. Mężczyzna. Nieprzytomny. Kawiarnia Ptasie Radio!ROZDZIAŁ 1
Skręcali ze Starołęckiej w lewo. Endriu zredukował bieg. Gdzieś po prawej stronie miał znajdować się cel ich podróży. Z radioodbiornika płynęła radosna muzyka, a Honorata podśpiewywała pod nosem.
Nowy dzień, nowe zatrzymanie, nowe wyzwania zawodowe – tak do tego podchodziła. Dopiero ostatnio zostawiła za sobą smutek, który zwykle jej towarzyszył. Zupełnie jakby odnajdywała nadzieję i radość w nadchodzącej wielkimi krokami jesieni.
– Nie wiem, co bierzesz, Honia, ale też chcę – zażartował Endriu.
Odpowiedziała mu perlistym śmiechem, a on zwolnił. Znajdowali się już na wysokości nieruchomości numer osiem. Szukali dwunastki i miejsca do parkowania, ale ich uwagę przykuł niebieski Seat. Powoli wyłonił się z posesji, ostrożnie włączył do ruchu i w ślimaczym tempie minął radiowóz.
Endriu zdążył spojrzeć kierowcy w oczy i był niemal pewny, że zauważył w nich niepokój. Sekundę później silnik Seata zawył, jakby mężczyźnie nagle zaczęło się spieszyć.
– Widziałeś? – niemal krzyknęła Honorata. – To on!
Endriu błyskawicznie złapał za dźwignię zmiany biegów, wrzucił wsteczny i wcisnął pedał gazu w podłogę. Podskoczyli, gdy opony uderzyły w wysoki krawężnik. Zahamował, przełączył bieg, maksymalnie skręcił kierownicę i ruszył za uciekającym Seatem.
– W lewo! Szybciej, bo go stracimy! – Honorata wskazywała ręką kierunek. – Wyprzedź ich!
– Kurwa, z choinki się wszyscy urwali?!
Endriu otworzył okno i postawił na dachu policyjnego koguta. Hałas jak zwykle okazał się skuteczny. Samochody zaczęły rozjeżdżać się na boki, ustępując miejsca radiowozowi.
– Tu zero zero dwa, potrzebne wsparcie. Prowadzimy pościg za niebieskim Seatem Toledo. Za kierownicą podejrzany. Lecimy za nim Starołęcką. Niech Kórnik zajedzie od strony Czapur.
Uzupełniali się. Honorata prosiła dyżurnego o pomoc, a Endriu skupiał się na zmniejszaniu dystansu dzielącego ich od uciekającego samochodu. Droga była zbyt wąska i uczęszczana, by ciągle jechać środkiem. Przyspieszał więc i gwałtownie hamował, lawirując między autami.
Seat zniknął z pola widzenia. Dopiero gdy udało im się wyprzedzić ciężarówkę, zobaczyli go znowu. Był już daleko na rondzie.
– Minął zjazd na Czapury! Kieruje się na Głuszynę!!! – informowała Honorata. – Szybciej, kurwa, bo go stracimy!
Endriu jeszcze przyspieszył, a gdy znalazł się na rondzie, z całej siły wcisnął hamulec i ostro skręcił w lewo. Nie zamierzał tracić cennych sekund na objeżdżanie skrzyżowania. Ta krótka chwila jazdy pod prąd mogła zdecydować o sukcesie pościgu.
I wtedy na horyzoncie pojawiło się BMW, które jechało przepisowo. Prosto na nich.
– Kurwa! – Honorata odruchowo odsunęła się od drzwi.
Endriu docisnął pedał gazu, odbijając w lewo. Koła radiowozu otarły się o krawężnik. Rozległo się trąbienie. Ogromna siła pchnęła tył pojazdu. Skontrował kierownicą i spojrzał w lusterko. BMW właśnie ich minęło. Nie słyszał charakterystycznego zgrzytu metalu o metal. To był dobry znak.
– Jebaniec! – warknął.
Strzałka licznika dosięgnęła liczby sto dwadzieścia, a silnik wył na trzecim biegu. Seat pokazał się na chwilę, po czym zniknął za zakrętem.
– Debil, całe życie przemknęło mi przed oczami! – Honorata roześmiała się nerwowo. – Pomyślałam o rachunku sumienia, ale na wszystkie grzechy było za mało czasu…
– Na szczęście prowadzę lepiej niż Kubica i Hołowczyc razem wzięci!
Wyjeżdżali z miasta. Na prawo od Głuszyny gęsty las zastąpił domy. Kilka chwil później po lewej pojawił się płot.
– Zaraz będziemy go mieli!
Znowu docisnął gaz. Przed sobą miał długi i prosty odcinek drogi. Nieustannie zbliżali się do Seata.
– Ale mieliśmy fuksa, że podjechaliśmy pod jego dom. Kilka minut później i byśmy się minęli. – Honorata dotknęła rękojeści broni.
Byli już naprawdę blisko. Wystarczyło już tylko wyprzedzić podejrzanego, zajechać mu drogę, wyskoczyć i wyciągnąć go z auta.
– Kurwa mać!
Seat wjechał na lewy pas, wyprzedził ciężarówkę i zniknął im z pola widzenia. Endriu spróbował zrobić to samo, ale z naprzeciwka jechały dwa samochody. Musiał zaczekać.
– Ja pierdolę! – Wszystko się w nim gotowało. – Ucieknie nam! Dałaś znać dyżurnemu, żeby Kórnik jednak podjechał od strony Głuszyny?
Honorata nie odpowiedziała. Ciężarówka, od której dzieliło ich nie więcej niż kilkaset metrów, rozpoczęła hamowanie i włączyła światła awaryjne.
Endriu wjechał na lewy pas.
– Kurwa! Na lewym też coś stoi na awaryjnych! Wypadek?
– Zatrzymaj się!
– Ale…
– Stój!
Wrócił na prawy pas i z całej siły nadepnął hamulec. Radiowóz zatrzymał się zaraz za ciężarówką.
– Ucieka! Kurwa, ucieka!
– Honia, poczekaj!
Endriu nawet nie zdążył na nią spojrzeć. Zostawiła otwarte drzwi i pobiegła przed siebie.
– Czekaj! – wrzasnął, ale nie zareagowała. – Tu zero zero dwa. Podejrzany ucieka w las. Powtarzam, ucieka w las, pieszo. Opuszczamy radiowóz. Głuszyna, na wysokości bazy lotnictwa. Biegniemy za nim. Możemy być bez łączności. Mamy swoje komórki.
***
Wiedziała, że nie może dopuścić, by mężczyzna w bladoszarej dresowej bluzie zwiększył dystans, który ich dzielił. Lawirował między drzewami z taką zwinnością, jakby od miesięcy uczestniczył w morderczych treningach. Honorata musiała dotrzymać mu kroku.
Nie było łatwo, ale adrenalina robiła swoje. Skupiała się przede wszystkim na biegu, oddychaniu i tym, żeby nie zgubić uciekającego z oczu. Seat rozbił się na drzewie, a kierowca zwiał do lasu. Nie widziała jego twarzy, nie wiedziała, czy jest ranny. Liczyła na to, że szybko osłabnie.
Coraz trudniej było jej złapać oddech.
– Stój! Policja! – krzyknęła w nadziei na cud.
Ten się nie zdarzył, a mężczyzna wręcz przyspieszył. Honorata czuła, że nogi zaraz odmówią jej posłuszeństwa. Walczyła ze swoim mózgiem i mięśniami. Całe życie z czymś walczyła. Dopiero kilka tygodni temu poczuła, że dotarła do bezpiecznej przystani.
No dobrze, jeszcze nie dotarła. Docierała. Wiedziała, że to ostatnia prosta. Jeszcze tydzień, może dwa, wtedy odpocznie.
– Policja! Stó… Stój!
Nie miała siły krzyczeć. Ale chyba ją usłyszał. Najpierw zwolnił, a potem się zatrzymał i pochylił, opierając ręce o kolana. Dobiegła do niego, ale trzymała się w bezpiecznej odległości. Oboje ciężko dyszeli.
Przeładowała broń i wycelowała w głowę ściganego. Ten się odwrócił i spojrzał jej w oczy.
– Wstań! – Honorata wydobyła z siebie głęboko skrywane pokłady agresji. – Wyprostuj się!
– Spokojnie. – Mężczyzna uniósł ręce.
– Myślałeś, że cię nie dopadnę?! Że uciekniesz sprawiedliwości?!
– Proszę, odłóż broń. Ja… Przecież ja nic nie…
– Jasne, jesteś niewinny i wcale nie uciekałeś, tylko akurat biegłeś w tę stronę?!
– Przestraszyłem się radiowozu.
– Masz broń?
Skinął głową.
– Jeden niepotrzebny ruch i strzelę! – Honorata czuła, że dłonie drżą jej coraz mocniej. – Wyjmij ją i odrzuć na bok! Powoli!
– Spokojnie, to tylko atrapa. Straszak… – Sięgnął za pasek, wyjął pistolet i złapał za kabłąk dwoma palcami, pozwalając broni zawisnąć lufą do dołu.
Honorata spojrzała mu w oczy, a potem bez wahania pociągnęła za spust.
***
Muzyka zagnieździła się w prawej półkuli mózgu Drivera tak mocno, że nie usunął jej nawet wiatr towarzyszący mu podczas spaceru od auta do budynku Komendy Wojewódzkiej Policji.
Gdy jechał windą, cały czas poruszał głową. Wyglądał jak samochodowa zabawka, pies kiwający łbem. I wyglądał, i był psem – na dodatek kryształowym. A brakowało tak niewiele, żeby to wszystko stracił. Anonim, który przyszedł wiosną, spowodował niezłe zamieszanie. Karol Śledź, zastępca naczelnika BSWP, zareagował ostro i natychmiastowo. Posprawdzał to, co mógł posprawdzać, wezwał Drivera na rozmowę, a na koniec dał mu do wypełnienia jakieś dodatkowe oświadczenie dotyczące posiadanego majątku. Driver wpisał w odpowiedniej rubryce Evo i postawił kropkę. Nie miał mieszkania, obligacji ani oszczędności, a inne cenne dla niego rzeczy – czyli praca i syn – nie mieściły się w definicji majątku. Śledź przestudiował uważnie wszystkie rubryki i odetchnął z ulgą, jakby liczba posiadanych przez policjanta aut miała być wprost proporcjonalna do stopnia zaangażowania w działalność przestępczą.
Domyślał się, kto strzelał na oślep oskarżeniami, ale zachował to dla siebie. Na razie wszystko rozeszło się po kościach. Odzyskał zaufanie przełożonych i mógł wrócić do służby. W końcu zemsta najlepiej smakuje na zimno.
– Gdzie jest, kurwa, moje mleko?!
Głos wkurzonej Zofii uświadomił Driverowi, że właśnie wkroczył do Biura Spraw Wewnętrznych Policji. Odruchowo spojrzał w stronę, z której dobiegł krzyk – i to był jego błąd. Przy otwartej lodówce stała najostrzejsza kobieta, jaką znał. Nie zaglądała jednak do środka, tylko rozglądała się w poszukiwaniu ofiary.
– Driver! To na pewno ty! – wycedziła przez zaciśnięte zęby i oskarżycielsko wycelowała w niego palec.
– Żałuję, ale muszę cię rozczarować. Od tygodnia jestem na detoksie.
– W dupie mam twój detoks! Odkupujesz mi mleko, ty obślizgła formo życia!
– Nie pijam kawy. Ale jak podpatrzę, kto to robi, to bezzwłocznie cię zawiadomię. Albo napiszę anonim – dodał złośliwie, po czym, nie czekając na reakcję Zofii, ruszył do swojego pokoju.
Podczas wiosennej akcji zrozumiał, że podstawowym narzędziem pracy każdego kryształowego były, są i będą anonimy; nie tylko jako forma wprowadzania w obieg informacji niejawnych, ale również jako broń przeciwko innym kryształowym. Wcześniej myślał, że elita walczy tylko ze skorumpowanymi gliniarzami, ale w końcu odkrył, że walczyła również sama ze sobą.
***
Wezwanie wsparcia i zaparkowanie nie zajęło mu wiele czasu, ale kiedy ruszył w las, nie miał pewności, czy biegnie w dobrą stronę, bo nie widział już ani poszukiwanego, ani Honoraty. Zatrzymał się i nasłuchiwał. Dopiero gdy padł strzał, ustalił odpowiedni kierunek.
Po kilku minutach biegu dostrzegł partnerkę w oddali. Siedziała skulona na ziemi. Wzmógł czujność i ruszył w jej kierunku. Powinien robić to bezszelestnie, by nie zdradzić swojej obecności, ale trzaski nadepniętych gałęzi to uniemożliwiały. Zatrzymał się na chwilę i wytężył słuch. Jeśli uciekinier gdzieś się czaił, to musiał stać nieruchomo. Musnął palcem język spustowy Glocka.
Od Honoraty dzieliło go coraz mniej drzew. Widział już jej profil. Zakrywała twarz dłońmi i głośno dyszała.
– Gdzie jest? – spytał ściszonym głosem.
Nawet nie podniosła głowy, tylko wyciągnęła rękę, wskazując kierunek. Kilka metrów dalej leżał mężczyzna. Nie ruszał się. Endriu podszedł i sprawdził puls oraz oddech, ale nic nie wyczuł. Spojrzał na klatkę piersiową.
– Kula weszła w okolicach serca. Trup – oświadczył, ale na wszelki wypadek kopnął broń, która znajdowała się zbyt blisko ręki mężczyzny. – Honia, nic ci nie jest?
Westchnęła głośno. Endriu przykucnął przy niej i złapał ją za dłonie. Drżały. Nigdy wcześniej nie widział jej takiej przerażonej, a przecież niejedno przeżyli przez te wszystkie lata.
– Honia! Mów do mnie! Mów!
Spojrzała na niego załzawionymi oczami.
– Goniłam go. Zatrzymał się, a ja dobiegłam. Nie chciał się położyć na glebę i nie współpracował. Zrobiłam krok w jego stronę, żeby go obezwładnić, a wtedy się na mnie rzucił.
Endriu dopiero teraz zauważył, że miała na twarzy czerwone ślady po zadrapaniach.
– Walczyliśmy. Był silny. Cholera, Endriu!
Na usta cisnęło mu się pytanie: „Po chuj rzuciłaś się za nim sama?”, ale to nie był dobry moment na takie ustalenia.
– Walczyliście. I co dalej?
– Udało mi się go odepchnąć… Upadł. Sięgałam po broń, którą mi wcześniej wytrącił… Wycelował we mnie. Miał swoją. Nie było wyjścia. Musiałam strzelić… Musiałam się bronić! Przecież nie jestem sama, mam Magdę! Nie mogłam ryzykować!
Rozległ się trzask łamanych gałęzi. Ktoś biegł w ich stronę.
– Przestań. – Puścił jej dłonie. – Weź się w garść. Nic takiego się nie stało. Tak wygląda nasza służba. Czasem robimy to, co trzeba, nie to, co chcemy. – Poklepał ją po ramieniu.
– Endriu… – Spojrzała na niego błagalnie. – Wyjebią mnie z firmy!
– Wytłumaczysz się, a ja wszystko potwierdzę.
– Nie o to chodzi.
– A o co?
– Wczoraj piłam, i to długo. Właściwie do rana. Godzinę temu miałam jeszcze promil. Zaraz przyjedzie wydział kontroli, prokurator. Każą mi dmuchać. Wylecę na zbity pysk. Zostaniemy z Magdą na lodzie. Cholera, mogłam dać się zastrzelić, przynajmniej miałaby po mnie emeryturę!
***
Wszyscy zaczęli się zbierać na korytarzu. Zbliżała się ósma. Zofia wychyliła się ze swojego pokoju i postanowiła wykorzystać okazję. Podeszła do lodówki, mijając dwóch dochodzeniowców, zajrzała do niej, po czym głośno trzasnęła drzwiami i zaczęła wyrzucać z siebie poranną złość:
– Złodziejstwo się szerzy, kurwa! Nie kielcz się, Bolo! To mało śmieszne jest! Złodziejstwo dotarło do struktur tak elitarnych jak nasze biuro i na dodatek zbiera coraz większe żniwo! Na serio żal wam tych pięciu zyli na własny kartonik mleka?! Musicie korzystać z mojego?! Ktoś kradnie już nie tylko mleko, ale i jedzenie! Włożyłam tu wczoraj kawałek ciasta! To jest, kurwa, nie do pomyślenia! Zamontuję kamery i złapię chuja za rękę, a potem mu ją urżnę!
– Raczej odgryziesz…
Nie wiedziała, z czyich ust padł złośliwy komentarz, udała więc, że go nie słyszała.
– Kto zjadł ciasto?! – Po kolei mierzyła ich wzrokiem.
– Jakie ciasto?
– Co?
– Na mnie nie patrz.
Sytuacja jej nie sprzyjała. Stanęła sama przeciwko grupie. Jedna kobieta kontra dziesięciu facetów. Mieli z niej ubaw. Na korytarzu nadal była dla nich tylko blondynką, kumpelą z firmy. Zapominali o należnym jej szacunku. Musiała im o tym przypomnieć, dlatego błyskawicznie zmieniła plan. Zamiast wykładu postanowiła dać im nauczkę.
– Kto zjadł pleśniak, który był wczoraj lodówce? – spytała ponownie.
– Zośka, spleśniałych rzeczy nie chowamy do lodówki, tylko wywalamy do kosza – rzucił ktoś, a reszta zarechotała.
– Cieszę się, że jest wam do śmiechu! Ciasto, które również zginęło, było niespodzianką dla złodzieja. Mam nadzieję, że mu smakowało. Specjalny przepis z polewą ze spermy. – Spojrzała na twarze kolegów, którym zrzedły miny.
– Skąd ty miałaś spermę? Z banku? – Kardasz wciąż uśmiechał się głupkowato.
Spojrzała na zegarek. Ósma trzy.
– Zbierać dupy, zaczynamy odprawę – oznajmiła władczo i ruszyła, głośno stukając obcasami.
Driver wychylił się z pokoju, który do niedawna był także jej. Posłała mu złowieszcze spojrzenie i pomaszerowała do siebie.
– Pani Sabino! – wrzasnęła na sekretarkę Śledzia. Uznała, że jeśli naczelnika nie ma dziś w biurze, Sabinka musi się nudzić. A skoro się nudzi, to z radością spełni jej zachcianki. – Pani skoczy do piekarni, tej na Dąbrowskiego. Mam ochotę na torcik węgierski. Pani kupi, migusiem!
Rozkoszowała się swoją pozycją. Kilka miesięcy temu, kiedy wchodziła do gabinetu zastępcy naczelnika, była zmuszona patrzeć na te jego beznadziejne rybki. Teraz wchodziła do siebie. Zamiast obleśnego akwarium z bezmyślnymi stworami miała ogromny plakat z wymarzonym modelem Harleya. Zamiast smrodu spoconego wieprza czuła subtelny zapach swoich kobiecych perfum. Zamiast czekać na pozwolenie, to ona decydowała, kto i kiedy może mówić.
Była z siebie dumna. Dokonała niemożliwego: zajęła fotel zastępcy naczelnika Biura Spraw Wewnętrznych Policji. Ona, skromna __ Zofia Mazur z małego miasteczka pod Poznaniem, najmłodsza z czwórki rodzeństwa. Trzęsła teraz nie tylko całym BSWP, ale właściwie całą poznańską psiarnią.
Zazgrzytała zębami na myśl, że jej jurysdykcja najwyraźniej nie obejmowała lodówki.
***
– A wy, kurwa, co? Piknik sobie zrobiliście w środku lasu?
Zza drzew wyłonili się Michał Iwański i Maciej Barczak, dwaj fusze z wydziału Endriu i Honoraty. Obaj mieli na sobie cywilne ubrania i jak zwykle uśmiechali się głupkowato. Kiedy pojawili się w wydziale dwa lata wcześniej, Honorata wzięła ich pod swoje skrzydła. Zawsze matkowała nowym. Mówiła, co i jak robić, żeby było im łatwiej, z kim nie zadzierać, a dla kogo mieć serce na dłoni.
– No cześć. – Endriu machnął do nich ręką. – Piknik, kurwa. Jednemu się nudziło, więc wyciągnął nogi. Ale macie wyczucie, przyjechaliście już po imprezie.
– Kórnik był zajęty, a my akurat byliśmy w okolicy. – Maciej zauważył zwłoki. – Co się stało?
– Jechaliśmy pogadać z podejrzanym, ale spierdolił, gdy tylko __ zobaczył radiowóz. Na pełnej kurwie przeleciał przez Starołęcką, wleciał w Głuszynę i rozpierdolił się na drzewie, ale widać nie do końca, bo przeżył. Zwiał w las. My za nim. W pewnej chwili ten chuj jebany się zatrzymał i rzucił na Honię. Musiałem zareagować, bo zaczął machać pukawką.
– Zgłosiłeś już? – spytał Michał.
– Właśnie zgłaszam. – Endriu próbował wyciągnąć komórkę z kieszeni.
Sceneria była groteskowa. Nad nim sielanka: bezchmurne niebo, wierzchołki drzew i trele ptaków. Przed nim gęby kumpli, które znał na pamięć. Oglądał je w bardzo różnych okolicznościach przyrody: w pijackich melinach, policyjnych pokojach, zaułkach blokowisk i otwartych przestrzeniach przy Warcie. W lesie jeszcze razem nie byli.
Spojrzał na ziemię. Teraz do sielanki i codzienności mógł dołożyć scenę rodem z _Kołysanki_, czarnej komedii Machulskiego. Trzy pary nóg, ich właściciele dyskutujący o głupotach i zwłoki leżące na leśnym runie.
Tylko trzy pary, bo Honorata trzymała się z boku. Endriu wiedział, że jego partnerka potrzebuje kilku chwil, by wziąć się w garść.
– Impreza bez, kurwa, pawulomenów? – Michał splunął.
– Po chuj zmarłemu ratownicy? – Endriu spojrzał zdziwiony. – Miał gościu niefart, co nie? Był w ruchu, przyjął kulkę nie tam, gdzie trzeba. A krzyczeliśmy z Honią, żeby stał. Zatrzymałby się, to co najwyżej miałby dziurę w ramieniu.
Michał wyszczerzył zęby i pokiwał głową. Maciej wyglądał na szczerze zmartwionego. Marszczył czoło i wykrzywiał usta.
– No to cię przetrzepią! – sapnął w końcu. – Miałem tak samo na rok przed przyjściem do was. Kurwa, stary! Karetkę wezwij i udawaj reanimację. Ostrzegawczy był?
– Gdyby chuj rzucił się do twarzy twojego partnera, zacząłbyś od gry wstępnej? – Endriu zaczynała denerwować ta sztuczna wesołkowatość.
Nie wiedział, co było, a czego nie było. Wziął to na siebie, żeby zaoszczędzić przyjaciółce problemów. Ona też pomogła mu wiele razy. Skoro powiedział „A”, musiał teraz bez wahania recytować kolejne litery alfabetu.
– Na mnie by się nie rzucił. Zbyt groźnie wyglądam – żartował dalej Michał. – Bez urazy, Honoratka. Ja od zawsze mówię, że w policji kobiety powinny za biurkiem siedzieć i co najwyżej telefony odbierać.
Honorata się ocknęła. Spojrzała na Michała tak, że najpierw opadły mu kąciki ust. Radosne iskierki z oczu zniknęły, gdy ruszyła w jego stronę.
– Żartowałem przecież! – próbował się bronić.
Zatrzymała się na wyciągnięcie ramion od Michała i warknęła:
– Pokaż mi swoją broń.
– Honorata, ale…
– POKAŻ!
Michał posłusznie sięgnął do kabury, a wtedy Honorata złapała jego prawą dłoń, w której znalazł się Glock, odbezpieczyła go, wycelowała w ziemię i jego palcami nacisnęła spust.
– Był. Ostrzegawczy był. Oddałeś go od razu, gdy tu dobiegłeś. Siedzimy w tym razem. – Spojrzała najpierw na Michała, potem na Macieja, a ostatnie spojrzenie posłała Endriu.
więcej..