-
nowość
-
promocja
Kryształowa wieża - ebook
Kryształowa wieża - ebook
Czasem, by odnaleźć sens życia, trzeba przekroczyć próg śmierci
W wigilijną noc Tomasz Fonda stoi na moście, przekonany, że jego historia dobiegła końca. Stracił wszystko, co kochał, a w jego sercu pozostała jedynie pustka. Przed oczami niczym kadry z filmu przewijają mu się wspomnienia o ukochanych osobach, które w okrutny sposób odebrał mu los. Właśnie wtedy decyduje się skoczyć.
Tyle że zamiast utonąć w lodowatej wodzie, nabiera powietrza w miejscu, które nie powinno istnieć. Tom rozpoczyna wędrówkę po Mer-Avelli, poznaje historię tej spustoszonej wojną krainy i wspina się na kolejne poziomy wznoszącej się w jej sercu Kryształowej Wieży, by przejść przez szereg prób.
Od tego, co podczas nich zrobi, zależy, czy zbliży się do światła… czy pozwoli się całkowicie pochłonąć ciemności.
„Kryształowa Wieża” to poruszająca i pełna metafor opowieść o upadku i odrodzeniu, o bólu rozrywającym serce, oraz o odwadze zrodzonej w beznadziei.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-536-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Życie to ból.
To jedna z natarczywych myśli, które kotłowały się w głowie Tomasza, co rusz spychając jego serce w mroczne obszary depresji, poczucia winy i nieprzeżytej do końca żałoby po wielu dotkliwych stratach. Nikomu nie życzę doświadczeń, które w jakikolwiek sposób – choćby najbardziej znikomy – przypominałyby to, co przeżył ten biedny człowiek. Szereg nieszczęść, które, jak powszechnie wiadomo, lubią chodzić parami, doprowadził Tomka na prawdziwy skraj ludzkiej wytrzymałości. Nie mówię tutaj tylko o jakimś złym samopoczuciu, lecz o tej chwili, kiedy człowiek znajduje się nad prawdziwą przepaścią. Nie tylko wie o niebezpiecznym urwisku i mu się przygląda, ale stoi nad przepaścią i jest gotowy skoczyć, równocześnie zostawiając za sobą wiele niezamkniętych spraw. Chciałbym, aby mój opis był jedynie przykuwającą uwagę obrazową metaforą tego, co działo się we wnętrzu tego czterdziestoletniego mężczyzny, ale fakty mówiły same za siebie…
Tomasz stał oparty o barierki na największym moście w mieście i ostatnie chwile dzieliły go od rzucenia się w ciemne odmęty rwącej rzeki. Była Wigilia, więc tego wieczoru prawie wszyscy okoliczni mieszkańcy byli pochłonięci świętowaniem przy wspólnym stole, składaniem sobie życzeń i śpiewaniem radosnych kolęd. Ulice były opustoszałe, więc nikt nie mógł go powstrzymać – pozostał tylko Tomasz i jego niespokojne myśli oraz decyzja, aby zakończyć ten ciąg niefortunnych zdarzeń zwany życiem. Na moście stał człowiek, w którym dogasał ostatni, ledwo tlący się płomień nadziei. Obraz nędzy i rozpaczy.
Jednak nie zawsze tak było. Tom – jak zwykła nazywać go w dzieciństwie matka – był pogodnym dzieciakiem dorastającym na przedmieściach. Pierwsze kilkanaście lat jego życia było wypełnione miłością i czystą, niczym niezmąconą dziecięcą beztroską. Ktoś, spoglądając na tego chłopca, nie mógł przypuszczać, że niecałe trzy dekady później po wielkiej i urodzajnej chłopięcej krainie marzeń nie pozostanie nic, oprócz bezkresnych połaci spękanej i jałowej ziemi.
Pierwszą rysą na nieskazitelnym szkle dzieciństwa była wiadomość, która spadła jak grom z jasnego nieba na nieprzygotowanego na to chłopca. Gdy Tom miał trzynaście lat, nadeszła diagnoza lekarska, która brzmiała jak wyrok śmierci wydany na jego matkę. _Glioblastoma multiforme_, czyli glejak wielopostaciowy. Jak się wkrótce okazało, średni czas przeżycia od momentu postawienia diagnozy tego wyjątkowo złośliwego nowotworu to zaledwie kilkanaście miesięcy. Ta informacja była niczym zamknięcie niezwykle ważnego życiowego rozdziału, zatytułowanego „Chłopięctwo”. To zupełnie tak, jakby ktoś chciał zamalować piękny i kolorowy obrazek dzieciństwa szarymi i posępnymi barwami dorosłości. Matka była dla Toma kimś wyjątkowym, kto kochał nawet wtedy, gdy inni nie potrafili, i kto w niego wierzył, zwłaszcza w chwilach, kiedy okrutny los rzucał kłody pod nogi. Uśmiech jego mamy był jak pierwszy promień słońca przebijający się po skończonej burzy i jak rosa, która osiadła na spieczonej ziemi. Tomek kochał ten uśmiech oraz towarzyszący mu błysk w oku, które mówiły: „jesteś dla mnie ważny”.
Moment postawienia diagnozy wszystko zmienił. Sprawy nabrały zawrotnego tempa, a stan zdrowia matki pogarszał się z dnia na dzień. Tom po raz pierwszy w życiu poczuł się osamotniony, gdy niespodziewanie jego mama trafiła do szpitala, a ojciec – pochłonięty domem i podwójnym etatem w pracy – stał się nieobecny. Nastolatek nie zdawał sobie sprawy, że zachowanie ojca było jedynie jakąś nieporadną próbą zagłuszenia jego ogromnego cierpienia. To nawet trudne do wyobrażenia, kiedy ktoś obserwuje, jak obiekt jego młodzieńczej fascynacji – jego pierwsza i jedyna miłość – nagle mizernieje i umiera w wielkim cierpieniu, każdego dnia po trochę.
W tym trudnym czasie chłopakiem opiekowała się babcia, która była dla niego jedynym wsparciem. Prawie każdego dnia po szkole Tomek przychodził do szpitala, aby móc pobyć przynajmniej przez krótką chwilę przy łóżku swojej mamy i potrzymać ją za rękę. Ten wrażliwy chłopiec zawsze miał ze sobą plecak, w którym przynosił kilka książek z pięknymi opowieściami – tymi, które dawniej czytała mu jego mama przed snem. Te zachwycające historie opowiedziane przez utalentowanych dwudziestowiecznych pisarzy oraz dawne legendy o mężnych wojownikach zakorzeniały się w duszy malca i poszerzały jego serce, aby kochało bardziej i czuło więcej. Matka Tomasza była mądrą kobietą, gdyż wiedziała, że wyjątkowy okres dzieciństwa bywa niezwykle plastyczny i niczym gąbka wchłania każde najdrobniejsze słowo oraz tworzy z nich podwaliny pod monumentalną budowlę o nazwie „Dorosłość”. Zawsze istnieje cień szansy, iż przyjaźń z pięknymi słowami zaowocuje w przyszłości równie pięknym życiem. Nastolatek, siedząc przy łóżku swojej chorej matki, czytał na głos fragmenty ich ulubionych opowieści. Kobieta co jakiś czas odzyskiwała świadomość i ściskała dłoń swojego synka. Zdarzały się chwile, kiedy mogli ze sobą porozmawiać. W pamięci Tomasza pozostała jedna z ostatnich rozmów…
– Tom, kochanie… – wyszeptała kobieta słabym głosem.
– Mamo! Mamo, obudziłaś się! – zawołał chłopiec, a do oczu napłynęły mu łzy, gdy odwzajemnił uścisk dłoni swojej mamy.
– Dziękuję, że jesteś przy mnie i czytasz nasze historie… – odpowiedziała kobieta z wielkim wysiłkiem.
– Mamo, tak bardzo za tobą tęsknię! Chciałbym, żebyś wróciła do domu, żeby było jak dawniej! – powiedział pełen emocji chłopiec.
– Tom, cokolwiek się wydarzy, zawsze będę przy tobie. Kocham cię najbardziej na świecie, a wiesz, że miłość otwiera wiele zamkniętych drzwi. – Wraz ze słowami pojawił się lekki uśmiech na twarzy kobiety. Uśmiech, który tak bardzo kochał Tomek.
– Mamo, nie poradzę sobie bez ciebie… Nie zostawiaj mnie… – powiedział chłopiec przez łzy, czując, jak ogarnia go rozpacz.
– Tom. Nie nam decydować, kiedy odchodzimy z tego świata. Nauczyłam cię wszystkiego, co jest ci potrzebne, aby być dobrym człowiekiem. Nie zapominaj naszych historii… – Po tych słowach kobieta straciła przytomność.
Tomek wiernie trwał przy łóżku swojej mamy, jednak w końcu nadszedł dzień, który w gruncie rzeczy był nieunikniony i którego nie dało się już dłużej odwlekać. Od jakiegoś czasu stan był na tyle poważny, że rodzina pełniła dyżury przy łóżku chorej. Tego pamiętnego dnia, podskórnie przeczuwając, co ma wkrótce nastąpić, w sali szpitalnej cierpiącej pacjentki zgromadziła się cała jej rodzina, w tym mąż i syn. Wybiła godzina piętnasta i Tom poczuł mocny uścisk ręki. To była jego mama – żegnała się. Nadeszła śmierć, a odeszła jedna z najważniejszych osób w życiu Tomka. Od tego momentu w młodym, chłopięcym sercu pojawiła się głęboka wyrwa, której nic nie było w stanie wypełnić.
Życie to ból.
Śmierć bliskiej osoby zmienia wszystko, dlatego w domu Toma wiele spraw także nabrało innego kolorytu. Ojciec stał się jeszcze bardziej nieobecny niż wcześniej, a temat umierania i zmarłych stał się tabu. Mężczyzna twierdził, że do żałoby należy podejść po męsku, to znaczy być twardym, nie okazywać uczuć i żyć dalej, jakby nigdy nic. Jednak czy otwarta rana przestanie krwawić tylko dlatego, że będziemy udawać, iż jej nie ma? Albo czy wystarczy tylko nałożyć opatrunek i czekać, aż rana sama się zasklepi? Otóż niektóre rany bywają na tyle głębokie, że bez oczyszczenia ich i założenia szwów się nie obędzie. A co, jeśli rany dotyczą ludzkiego ducha? Te blizny, choć często niewidoczne, zostawiają ślad na całe życie.
Ojciec Tomka – wbrew temu, co było dostrzegalne na zewnątrz – był człowiekiem wyjątkowo wrażliwym. Gdy sam był jeszcze młodzieńcem, odkrył w sobie nietuzinkową zdolność opowiadania z pasją wspaniałych historii przy pomocy płótna, pędzla i farb. Był niesłychanie uzdolnionym malarzem. To wielki dar i zarazem misja każdego artysty – niestrudzenie przypominać światu o pięknie, dobru i prawdzie. Niestety, szara codzienność i doświadczenie straty ukochanej sprawiły, że zamknął się w sobie i porzucił swój talent. Wielość obowiązków, utrzymanie domu wraz ze wszystkimi opłatami oraz opieka nad dorastającym synem, który nie radził sobie po śmierci matki, doprowadziły do wyzwolenia w nim niebezpiecznych demonów. Przybrały one formę szybkich ucieczek od rzeczywistości i wlewania w siebie sporych ilości mocnych trunków. Tylko w chwilach odurzenia alkoholowego ojciec Toma pozwalał sobie na uwolnienie głęboko skrywanych emocji. Pojawiały się łzy, poczucie straty oraz ból, które mieszały się ze wściekłością na wszystko i wszystkich. Głównie jednak na siebie samego. Zaczęło się niewinnie, ale jak to bywa w przypadku igrania z demonami, człowiek w końcu zatraca się we własnym mroku. Z biegiem lat napięcia między synem i ojcem narastały, a na jakąkolwiek formę rozmowy nie było już szans. Dwoje spokrewnionych ludzi mieszkało pod jednym dachem, ale byli dla siebie jak obcy współlokatorzy. Tomek żył swoim licealnym życiem i próbował na swój sposób zagłuszyć cierpienie wśród grupy rówieśników. Oczywiście nie obyło się bez młodzieńczych problemów i dokonywania nie do końca dojrzałych i trafnych wyborów. Czy jednak w życiu tego młodego człowieka był ktoś, kto mógłby go poprowadzić? Raczej trzeba z przykrością stwierdzić, że był samotną łajbą na wzburzonym oceanie młodości. Niestety, również jego troskliwa babcia – jedyne oparcie, jakie miał – zmarła krótko po odejściu matki, co niewątpliwie przyczyniło się do stopniowego rozbratu z tym, co niegdyś nazywał domem.
Czara goryczy ostatecznie przelała się kilka lat później. A dokładnie dwunastego października, w osiemnaste urodziny Toma. Podczas przyjęcia niespodzianki przygotowanego w domu solenizanta przez jego przyjaciół. Radosną atmosferę wspólnego świętowania przerwał powrót pijanego ojca, który po pracy zatrzymał się jeszcze na kilka godzin w barze. Mężczyzna był zaskoczony grupą młodzieży w domu, a wstyd wynikający z przyłapania go na słabości nieoczekiwanie stał się katalizatorem, który wywołał eksplozję emocji tłumionych przez lata. To jak tkanina napięta do granic możliwości, która w końcu zaczęła się rwać. Doszło do awantury, która eskalowała i przeobraziła się w bójkę między Tomkiem a jego ojcem. Grupka gości była zmuszona wkroczyć pomiędzy dwóch kłócących się domowników, próbując odciągnąć ich od siebie i obezwładnić. W jednej chwili radosna impreza przerodziła się w okrutną burdę z fatalnym finałem. Tego dnia ojciec stracił syna, a syn ojca. Tom na dobre wyprowadził się z domu.
Przez kolejne miesiące po tym smutnym incydencie Tomek tułał się po domach swoich przyjaciół. Chciał tylko dobrnąć do egzaminów końcowych i wyjechać do większego miasta na studia. Tamten okres pod wieloma względami był czasem wewnętrznego rozbicia i podejmowania niezbyt trafnych decyzji. Tom chciał porzucić wszystko, co znał, i zacząć nowy etap w swoim życiu. Nowe miasto, nowi ludzie, nowa, studencka rzeczywistość i jakaś dorywcza praca miały przynieść zmianę. Szkopuł jednak tkwił w tym, że nie wiedział, czy będzie to zmiana na lepsze.
Życie to ból.
Z minuty na minutę, gdy Tomasz stał na moście i wertował w pamięci poszczególne karty z historii swojego życia, mrok, w którym trwał, zdawał się coraz ciemniejszy i głębszy. Tym razem, jak kadry z filmu, wróciły do niego wspomnienia o żonie i ich małym synku. Myślałem, że tego typu historie miłosne zdarzają się tylko w komediach romantycznych, jednak relacja między Tomkiem a Matyldą była rzeczywiście czymś wyjątkowym. Pierwsza miłość – jak to ma w zwyczaju – uderza nagle, intensywnie i zagnieżdża się w głębokich pokładach ludzkiego serca, a młodość to jej uprzywilejowany czas.
Wśród życiowej zawieruchy, jaką przyniosły mieszkanie w wielkim mieście i próba połączenia studiów z pracą zarobkową, wyłonił się jeden ważny moment. Wlał on ponownie nadzieję na lepsze jutro w serce Toma. Było to poznanie Matyldy. Takie niespodziewane i zwyczajne, a zarazem jedna z tych chwil, które wywracają życie do góry nogami i nadają inny bieg naszym losom.
Pewnego popołudnia Tomek, przechodząc przez duży park znajdujący się nieopodal uniwersytetu, zobaczył samotnie siedzącą na ławce dziewczynę. Miała zamknięte oczy i lekko zarysowany uśmiech na ustach. Wydawało się, że czerpie przyjemność z ostatnich przebłysków cieplejszych dni i promieni słońca, które padały na jej twarz. To była Matylda. Była śliczną dziewczyną o kasztanowych włosach, dużych brązowych oczach i śniadej cerze. Tomasz przystanął na chwilę, nie mogąc oderwać od niej oczu. Coś takiego wydarzyło się pierwszy raz w jego młodym życiu. Poczuł uderzenie ciepła, jego serce zaczęło bić mocniej, a wszystko dookoła jakby zwolniło. Zrozumiał, że otwiera się przed nim nowy, jeszcze niepoznany świat. Musiał głupio wyglądać, kiedy stał bez słowa wpatrzony w dziewczynę na ławce. W końcu ta spostrzegła, że ktoś się jej przygląda, i delikatnie się uśmiechnęła. Nie poprawiło to sytuacji Toma, wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej go speszyło. Po krótkiej wymianie spojrzeń i chwili ciszy Matylda przejęła inicjatywę.
– Cześć! – rzuciła i uśmiechając się, dodała: – Jestem Matylda, a ty?
– Ja… – rozpoczął nieporadnie zauroczony młodzieniec. – Ja jestem Tomek… ale przyjaciele mówią mi Tom.
– Tom… Podoba mi się, brzmi tak zagranicznie – zażartowała dziewczyna, po czym, widząc dziwne zachowanie chłopaka, zapytała: – W porządku, Tom?
– Eee… tak, wszystko w porządku. Po prostu się zamyśliłem – próbował niezręcznie wytłumaczyć się młodzieniec. – Ty też gdzieś tutaj studiujesz?
– Tak, dostałam się na pierwszy rok szkoły aktorskiej – odpowiedziała dziewczyna w nieco teatralny sposób, ujawniając przy tym swoje wyjątkowe poczucie humoru.
– Teatr to wspaniałe miejsce. Można powiedzieć, że ma w sobie coś magicznego. Kiedyś dużo częściej zdarzało mi się chodzić do teatru… – odpowiedział młodzieniec, na którego twarzy przez ułamek sekundy był widoczny jakiś bliżej nieokreślony rodzaj smutku lub nostalgii.
– Widzę, że się dogadamy – odparła Matylda spontanicznie i po chwili dodała: – Dopiero co się przeprowadziłam i poznaję okolicę, ale muszę przyznać, że jest tu bardzo ładnie.
– Ten park jest wyjątkowo urokliwy podczas jesieni – wyznał chłopak.
– Masz rację, zrobiło się tutaj tak kolorowo! Dobrze jest czasami oderwać się od obowiązków i chociaż przez moment poczuć się jak w innym świecie. – Westchnęła dziewczyna, po czym zapytała: – A ty co studiujesz?
– Studiuję równolegle literaturoznawstwo i językoznawstwo. To również jest mój pierwszy semestr nauki, więc… chyba można powiedzieć, że jedziemy na jednym wózku. Początki nigdy nie są łatwe – zasugerował młodzieniec, nabierając śmiałości.
– To prawda, to pierwsza taka poważna zmiana w życiu. Rozpoczęcie nowego rozdziału – wyznała dziewczyna.
Matylda, gdy wypowiadała te słowa, nie wiedziała, że czeka ją jeszcze wiele wyjątkowych chwil w życiu, a każdy kolejny rozdział tej historii okaże się ciekawszy od poprzedniego. Niektóre kluczowe wątki owej fabuły miały się spleść na stałe z wątkami dotyczącymi Toma. Po burzliwym okresie swego życia mężczyzna potrzebował dobrej i empatycznej osoby, która go zrozumie i nie odrzuci. Zdawało się, jakby Matylda spadła z nieba w idealnym dla niego momencie. Od tego niespodziewanego spotkania i pierwszych mocniejszych uderzeń serca narodziła się przyjaźń – jedno z najpiękniejszych doświadczeń między dwiema osobami. Przyjaźń to ten rodzaj miłości, który sprawia, że jeden człowiek potrafi trwać przy drugim, harmonizując uderzenia swojego serca z biciem serca przyjaciela. Po pewnym czasie przyjaźń, jak to często bywa między kobietą i mężczyzną, przerodziła się w inny rodzaj relacji, zwany miłością romantyczną. Tomasz wkroczył w nową krainę, która była dla niego niczym _terra incognita_ – świat zależności i wolności, miłości i samotności, smutku i radości, odpowiedzialności i bezpieczeństwa. Pierwszy raz od bardzo dawna Tomek poczuł się kochany i silny.
Chyba każdy człowiek posiada takie wspomnienia, które go pokrzepiają i unoszą w trudnych chwilach, a które są na tyle intymne, że przechowuje się je skrupulatnie gdzieś na dnie serca. Są one zarezerwowane tylko dla kogoś, kto potrafi być przy jaźni, przy tym, co najbardziej w nas istotne. Jednym z takich wspomnień Toma był bal studencki, na którym po raz pierwszy pocałował Matyldę. Gdyby ktoś z obecnych na balu próbował opisać tę dwójkę zakochanych, mógłby porównać ich do bohaterów tych wielkich miłosnych historii, które znamy z książek albo kinowego ekranu. Ludzie tworzą tego typu wzruszające obrazy, bo chyba gdzieś głęboko marzą o takiej miłości, która potrafi się poświęcić i kochać do końca.
Tomek wielokrotnie wracał myślami do balu i ich wspólnego tańca. Czuł wtedy, jakby cały świat się nie liczył, a ważne były tylko tamta chwila i te jedne oczy, które go szanowały, afirmowały i kochały takiego, jakim był. W miłosnym uścisku kołysali się do wzruszającego utworu znanego amerykańskiego piosenkarza i pianisty rozrywkowego. Była to piosenka, której słowa są ponadczasowe i streszczały całe doświadczenie tego młodego, poranionego człowieka, który wreszcie doświadczył mocy miłości. Ta dziewczyna jako jedyna znalazła drogę do jego wnętrza, a jej uśmiech i spojrzenie były dla niego lekarstwem i rzeczywistym uzdrowieniem.
Było jeszcze jedno wspomnienie, które znajdowało się w sercu Tomasza, nawet jeszcze głębiej niż to pierwsze. Kolejny miłosny uścisk, tym razem w innej scenerii i nieco odmiennych okolicznościach, bo w sali szpitalnej. Pierwsze sekundy, kiedy po raz pierwszy wziął na ręce swojego synka Franka i patrzył na jego piękną buzię. To był jego wspaniały i wyczekiwany syn. Dziecko, któremu mógł przekazać to, czego sam nie otrzymał od swojego ojca – olbrzymie pokłady miłości. Bycie ojcem to jeden z cudów, który zdarza się śmiertelnikom żyjącym na tej planecie, ale zaskakujące, jak łatwo niektórym przejść obojętnie obok drogocennego skarbu i nawet na niego nie zerknąć albo szybko zapomnieć, jak ogromną ma wartość.
W byciu tatą Tom najbardziej kochał te chwile wieczorem, kiedy czytał Frankowi na dobranoc te same opowieści, które czytała mu jego mama. Często po takim wspólnym przeżywaniu rozmaitych przygód wraz z bohaterami opowiedzianych historii, gdy Tomek zamykał książkę, zaczynał się wyjątkowy moment. Wtedy Franek zadawał ważne pytania. Noc to uprzywilejowany czas na głębokie rozmowy i otwarcie serca przed kochającą i bliską osobą. To właśnie wtedy Franek pytał o sens, o to, skąd się wzięliśmy i po co w ogóle żyjemy…
– Tato, kochasz mnie?
– Franek, no pewnie, że cię kocham. Jesteś dla mnie najważniejszą osobą na świecie.
– A mamę też kochasz?
– Oczywiście, to dlatego, że kocham mamę, ty przyszedłeś na świat. Jesteś owocem naszej miłości.
– Tato, zawsze będziesz przy mnie? Nawet jak będę już duży?
– Chcę zawsze być przy tobie i mamie. Jesteście sensem mojego życia. Cokolwiek się wydarzy, ja zawszę będę przy was.
– Tato, dlaczego ludzie umierają? Boję się śmierci.
– Franek! Nie myśl o śmierci. Przed tobą wiele lat wspaniałego życia. Teraz idź spać, bo jutro długi dzień przed nami. Jak będziemy na boisku, to nauczę cię strzelać z lewej nogi.
– Tato… lubię z tobą grać. Dobranoc.
– Ja też lubię z tobą spędzać czas, mały. Dobrej nocy i niech ci się przyśni piękna kraina z naszej książki.
Życie to ból.
Te szczęśliwe sceny z życia, które przetaczały się przez głowę Tomasza, spowodowały jeszcze większe rozdarcie i przeszywający ból. Zaraz po pięknych, rodzinnych obrazkach nadciągnęły wspomnienia, które wydawały się snem na jawie, koszmarem, z którego każdy chciałby się jak najszybciej obudzić. Retrospekcja, która dokonywała się w głowie Toma, dotyczyła wydarzenia, które miało miejsce kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia. Tomek podjął decyzję, że tamtego dnia pozostanie dłużej na uczelni, aby podgonić wszystkie swoje zaległości. Cały uniwersytet opustoszał, a mimo to pozostał jeszcze jeden samotny adiunkt, który chciał się uwinąć ze sprawdzeniem prac swoich studentów. W ten sposób chciał uwolnić czas świąt od niepotrzebnych obowiązków, aby spokojnie go przeżyć w gronie rodziny i przyjaciół. Gdy w końcu Tomasz postanowił wyjść z pracy, na zewnątrz gęsto prószył śnieg, co wprawiło go w dobre samopoczucie. Lecz ten stan miał się wkrótce drastycznie zmienić…
Głęboko w pamięci Toma zapadła droga powrotna do domu. Niestety, czasem to, co akurat chcielibyśmy zapomnieć, wdziera się z całym impetem w najdalsze rejony pamięci i niepostrzeżenie powraca, nawiedzając znękanych biedaków nawet we śnie. Mimo narastających trudności pogodowych Tomek jechał naprzód, by jak najszybciej dotrzeć do domu i w końcu odpocząć po długim dniu pracy w towarzystwie swojej rodziny. Gdy przejeżdżał przez jedno z trzech dużych skrzyżowań, które miał do pokonania na trasie praca – dom, minął stojący na poboczu zastęp strażaków, karetkę pogotowia i trzy radiowozy policji. Pomyślał, że jakiś nieszczęśnik miał ogromnego pecha i podczas kraksy musiało go z wielką siłą wyrzucić z drogi. Kiedy już prawie minął całe zbiorowisko, dostrzegł kątem oka zielony kolor karoserii samochodu znajdującego się w rowie. Nagle, niczym prąd, przeszyła go myśl, że ów charakterystyczny kolor ma również samochód Matyldy. Ogarnął go lęk. Tomasz zatrzymał się na poboczu i wrócił do miejsca, w którym stały służby ratunkowe. Teraz z bliska dostrzegł samochód i miał już pewność, że należał do jego żony. Policja, stojąca dla zapewnienia porządku, nie chciała przepuścić spanikowanego mężczyzny.
– Przepuśćcie mnie, to samochód mojej żony! – krzyczał Tomasz, nie ukrywając skrajnych emocji.
– Pan Tomasz Fonda? – zapytała policjantka, która podeszła do roztrzęsionego mężczyzny.
– Tak! To ja! Co się stało?! Co z moją żoną?!
– Panie Tomaszu, bardzo mi przykro. Pana żona miała wypadek, jechała z synem…
– Z Frankiem?! Ale dlaczego?! Przecież mieli siedzieć w domu! Co się stało?! Co z moim synem?! – wrzeszczał mężczyzna.
– Nie wiem, jak panu to powiedzieć… Pana żona prawdopodobnie chciała jeszcze dzisiejszego wieczoru zrobić zakupy w pobliskim supermarkecie. Gdy przejeżdżała przez skrzyżowanie, wjechała w nią ciężarówka. Z nieznanych jeszcze powodów kierowca tira stracił panowanie nad kierownicą i uderzył w samochód, którym jechała pana żona. To trudne, co teraz powiem, ale… – Kobieta zawahała się przez ułamek sekundy i ciągnęła dalej: – Pana syn został wyciągnięty z wraku pojazdu jako pierwszy, jednak obrażenia były na tyle poważne, że chłopiec zmarł w drodze do szpitala.
– Nie! To nie może być prawda! Tylko nie mój synek! Tylko nie mój mały synek! – Zaczął szlochać Tom, nie potrafiąc zapanować nad sobą.
– Panie Tomaszu, bardzo mi przykro… – próbowała pocieszać kobieta.
– A co z moją żoną? Co się stało z Matyldą?! – dopytywał zdruzgotany mężczyzna.
– Pana żona znajduje się jeszcze we wraku pojazdu, część karoserii niefortunnie wbiła się w jej brzuch. Nie jesteśmy w stanie jej pomóc… Ona umiera, ale jest jeszcze przytomna… Może pan tam pójść i pożegnać się z żoną… – wykrztusiła z siebie policjantka.
Tomek, jak w jakimś amoku, przeszedł koło zgromadzonych tam policjantów, strażaków i ratowników medycznych. Uklęknął i zbliżył się do okna po stronie kierowcy. Wtedy zobaczył miłość swojego życia. Jego wzrok powędrował na kawałek metalu wbity w ciało jego żony. Matylda miała otwarte oczy, ale cała dygotała. Gdy tylko Tomasz wsadził głowę przez okno, ona spojrzała na niego z przerażeniem w oczach, jakiego nie da się opisać żadnymi słowami. Wzrok, którego po prostu się nie zapomina.
– Kochanie… – wykrztusił z siebie mężczyzna.
– Tom… przepraszam, tak bardzo cię przepraszam, chciałam tylko zrobić zakupy… – wymamrotała kobieta, z ledwością łapiąc oddech.
– Matylda, kochanie, wiem… spokojnie, nie martw się… – wyjąkał Tomasz, a łzy ponownie napłynęły mu do oczu.
– Gdzie Franek?! Co z Frankiem?! – pytała nerwowo.
– Franka zabrała karetka, nie myśl o tym teraz… – wypowiedział ostatkiem sił, z ledwością utrzymując nerwy na wodzy. Stwierdził, że nie może jej w tym momencie powiedzieć całej prawdy.
– Tom, tak mi przykro… – wyznała kobieta, z trudem nabierając powietrza.
– Matylda, nie zostawiaj mnie… Tak bardzo cię kocham… – Mężczyzna, płacząc, ściskał dłoń swojej żony.
Matylda spojrzała jeszcze raz na Tomka, a w jej oczach nagle pojawił się spokój, tak jakby przestała już walczyć i pogodziła się z całą sytuacją.
– Tom… idź naprzód… wieża… wejdź do niej… – Wypowiadając ostatnie, nie do końca zrozumiałe dla jej męża słowa, Matylda oddała ostatni oddech i zmarła.
Ciemność. Cierpienie. Rozpacz. Tak można opisać stan duszy Tomasza po wypadku, w którym stracił żonę i synka. Dwie osoby, które kochał najbardziej na świecie. Tomek, izolując się od wszystkich, siedział samotnie w swoim domu i wielokrotnie wracał pamięcią do ostatnich słów Matyldy. Mimo że analizował je godzinami, nie znalazł żadnego logicznego wyjaśnienia, uznając, że przed śmiercią jego żona nie była już świadoma tego, co mówi. Te słowa nie miały większego sensu, jak zresztą całe jego obecne życie. Sens umarł wraz z Frankiem i Matyldą.
Tom stał nad mroczną taflą wody. Pomyślał jeszcze raz… Życie to ból_… nie chcę dłużej cierpieć_.
Skoczył.