Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Kryształowi. Łatwy hajs. Część 2 - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 czerwca 2026
2999 pkt
punktów Virtualo

Kryształowi. Łatwy hajs. Część 2 - ebook

Policyjna odznaka dla jednych jest powodem do chluby, dla innych narzędziem, które pozwala przekuć strach w wymierny zysk

Łysy to wzorowy funkcjonariusz policji – skuteczny, medialny, nietykalny. Oficjalnie kontroluje nocne lokale, nieoficjalnie ma ściągać regularne haracze od ich właścicieli. Kto nie płaci, idzie siedzieć – twierdzi świadek. Po śmierci młodej kobiety na trop Łysego trafia Paweł „Driver” Dobrogowski, nieprzejednany wróg skorumpowanych gliniarzy z Biura Spraw Wewnętrznych Policji. Musi ustalić, czy oskarżenia wobec policjanta są prawdziwe, czy może stanowią tylko element cudzej gry. Coraz głębiej wchodzi w świat, w którym prawo jest tylko narzędziem, a sprawiedliwość — towarem luksusowym.

Kryształowi. Łatwy hajs to policyjny thriller o korupcji, kontroli i systemie, który lepiej chroni winnych niż niewinnych.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8449-309-0
Rozmiar pliku: 5,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WYSTĘPUJĄ

ADRIAN PIASECKI – fusz z ogniwa kryminalnego. Właśnie dostał do rozpracowania pierwszą sprawę zabójstwa i czuje się jak główny bohater CSI_: Kryminalne_ _zagadki Tarnowa Podgórnego_. To wrażenie potęguje fakt, że Roman Izdebski, jego partner, dał mu całkowitą swobodę działania, bo sam ma poważne problemy zdrowotne.

KOŁODZIEJCZYKOWIE – Monika i Maciej, małżonkowie. Ona nigdy nie była czyścioszkiem, a on dostaje napadów szału, gdy widzi najmniejszy ślad kurzu na meblach, zwłaszcza w ich prywatnym raju w Suchym Lesie.

KAROL ŚLEDŹ – zastępca naczelnika BSWP, w genach odziedziczył miłość do rybek i ostrych kobiet. Ta pierwsza, w przeciwieństwie do drugiej, jest długotrwała.

ZOFIA MAZUR – od trzech lat funkcjonariusz Biura Spraw Wewnętrznych Policji, samotna matka, która potrafi nieźle dopierdolić, jeśli ktoś powie „motor” zamiast „motocykl”. Skazana na wysłuchiwanie opowieści kolegi Tomasza Kardasza, z którym dzieli pokój na komendzie.

TOMASZ KARDASZ – jego śmiech słychać w całym BSWP. Żartami zabija nudę. Sensem jego życia jest czyszczenie struktur policyjnych z czarnych owiec. Nałogowo ogląda głupie filmiki w internecie.

PAWEŁ „DRIVER” DOBROGOWSKI – modowy abnegat, który musiał zrezygnować z noszenia sportowej bluzy po tym, jak przyjęto go do BSWP. Uzależniony od bólu. Lubi szybkie samochody i przyjemności bez zobowiązań. Rozwiedziony z Elką, która zachowała jego nazwisko, ojciec Wiktora.

ELKA DOBROGOWSKA – kiedyś wielka miłość Drivera. Dziś już tylko była żona, skupiona na tym, by utrudnić mu kontakty z ich synem. Po latach przerwy odnawia kontakty z tancerką Izą i zaprzyjaźnia się z Magdaleną „Królową” Król, której motto życiowe brzmi: „Nie ten chuj, to inny! Ważne, żeby miał gruby… portfel”.

PAULINA „PAULA” STOPAREK – trzydziestotrzyletnia księgowa na co dzień skupiona na liczbach, a od święta friend with benefits Drivera.

HUBERT „HUBI” TOBISZOWSKI – w Narkotykach robi od zawsze, czyli od 1 lutego 2011 roku. Wierny jak pies swojej kochance o imieniu Depresja i przyjacielowi Mikołajowi „Mikiemu” Sobczakowi.

IGOR „NOWY” KRAJEWSKI – wielki nieobecny, numer jeden na rynku narkotykowym, wysługujący się między innymi Czarnym i Cyganem. Pierwszy odpowiada za kontakt z ćpunami, drugi – z psami.

ROGAL – uchol Hubiego, ćpun. Kiedyś miał melinę na Smochowicach, a teraz próbuje szczęścia w handlu. Wygląda jak najbliższy kuzyn kostuchy. Być może ma jakieś nazwisko, ale Hubi ma to gdzieś.

ROBERT DUDEK – znany judoka. Świetnie radzi sobie nie tylko w parterze, ale i w biznesie, dokładniej to seksbiznesie.

PIOTR „ŁYSY” ŚWIĄTEK – najjaśniej świecąca gwiazda w Zespole do Walki z Przestępczością Przeciwko Życiu i Zdrowiu oraz niesforny małżonek Marty, która – jak na idealną matkę przystało – w małym palcu ma wiedzę z książki _Instrukcja obsługi młodych_ _Świątków_.

WIKTOR „LEMUR” LEMAŃSKI – tłusty cwaniaczek o dużych potrzebach seksualnych. Mimo że nie ma aureoli, to większość czasu spędza w Niebie.Widelec napotkał opór. Przycisnęła go jeszcze mocniej. Najpierw usłyszała trzask pękającej polewy czekoladowej, a później odgłos otwieranych drzwi.

Zdziwiło ją to – o tej godzinie Ptasie Radio powinno być puste. Starannie wybrała miejsce spotkania. Zadbała o każdy szczegół: kawiarnia z dala od centrum, wygodne krzesła, niezbyt duże stoliki, no i dobra kawa oraz smaczne desery.

Jej rozmówca chciał się spotkać na neutralnym gruncie i właśnie taki mu zapewniła. Wymagał dystansu między nimi, a ona nie zamierzała go zmniejszać. Wiedziała, że musi wszystko zaplanować tak, aby dać mu złudne wrażenie, iż to on kontroluje sytuację. Tylko w ten sposób mogła osiągnąć swój cel.

Przez telefon wyczuła, że wykorzysta każde jej potknięcie, by się wycofać, ale mimo to przyszedł. Uścisnął jej dłoń, usiadł, przestudiował menu, zamówił kawę i ciasto, a później zaczął się rozglądać. Po omówieniu kilku neutralnych tematów i otrzymaniu zamówienia ochoczo złapała za widelec i wbiła go w brownie. Kątem oka zauważyła, że w otwartych drzwiach pojawił się mężczyzna. Nie wszedł jednak do środka i szybko się wycofał.

– Cieszę się, że zgodziłeś się na spotkanie.

– Spotkanie?

– Na wywiad – poprawiła się. – Dziękuję.

– Podziękujesz, jak skończę – burknął, ale na jego twarzy pojawił się ledwo zauważalny uśmiech.

Poruszała się po omacku. Dopiero uczyła się go odczytywać. Był inny niż dotychczasowi rozmówcy. Mroził spojrzeniem, a twarz miał pozbawioną mimiki.

– Jabłecznik to twoje ulubione ciasto? – Wskazała na zamówiony przez niego dodatek do kawy.

– Tracisz czas, a to najcenniejsza rzecz w życiu człowieka. Myślałem, że to wiecie.

– Wiemy?

– Wy, ludzie mediów.

Skoro nie potrzebował gry wstępnej, przeszła do konkretów. Zerknęła kontrolnie na listę tematów, które chciała poruszyć, i włączyła dyktafon.

– Jak to się stało, że…

Drzwi znowu się otworzyły. Do środka wszedł mężczyzna. Czapka z daszkiem zasłaniała większość jego twarzy, ale ze zdecydowanych ruchów wywnioskowała, że musiał być stałym bywalcem. Zamknął drzwi i zamiast rozejrzeć się w poszukiwaniu odpowiadającego mu miejsca, ruszył przed siebie.

Celowo usiadła tak, by móc obserwować cały lokal. Wiedziała, że rozmówca usiądzie naprzeciwko niej. Chciała, żeby skupił się na rozmowie, a nie kontrolowaniu tego, co działo się w pomieszczeniu.

Był jednak czujny. Od razu zauważył, że coś przykuło jej spojrzenie. Odwrócił głowę w kierunku drzwi.

Wróciła do pytania:

– Jak to się stało, że trafiłeś do Biura Spraw Wewnętrznych Policji?

Powinien ze skupieniem wyczekiwać na pytania i dawać cięte riposty, a nie rozglądać się na boki. Widziała jego profil i mogłaby przysiąc, że już zaczął się obracać w jej stronę, ale wtedy to usłyszała.

Głuchy i niski dźwięk. Jakby coś pękło. Pękło i leciało przed siebie, rozcinając powietrze.

Zidentyfikowała odgłos błyskawicznie. Strzał. To był strzał.

Poczuła coś ciepłego na twarzy. Rzuciła się pod stół. Nie było to najbezpieczniejsze schronienie, ale dobrze wiedziała, że w takich sytuacjach liczy się czas reakcji.

Nasłuchiwała. Nieznośnie długą chwilę później trzasnęły drzwi. Wzięła trzy głębokie wdechy i otworzyła oczy. Jej rozmówca leżał na podłodze.

– Hej? – Szarpnęła go za nogę. Gdy nie zareagował, doczołgała się do jego głowy. – Paweł? Paweł! Paweł, kurwa mać, odezwij się! Mów do mnie!

Starała się nie zauważać płynącej krwi. Wyjęła komórkę, wybrała numer, włączyła tryb głośnomówiący i odłożyła urządzenie na bok. Nie mogła biernie czekać. Musiała przypomnieć sobie wszystko, co wiedziała na temat pierwszej pomocy.

– Halo, Państwowe Ratownictwo Medyczne, dyspozytor…

– Kinga Pomorska, potrzebna karetka, postrzał. Mężczyzna, nieprzytomny. Kawiarnia Ptasie Radio!ROZDZIAŁ 1

Dawno go tu nie było. Zdecydowanie wolał naturystyczną agroturystykę w Bielsku-Białej, ale chodzenie nago po dworze wymagało odpowiednich warunków atmosferycznych. Zima w tym roku nie chciała odpuścić, a on czuł, że brak bodźców go dołuje. Musiał się wspomóc, zdrowo się podniecić, podnieść poziom endorfin w organizmie.

Rajmund Piskorski należał do klubu Paradise, ale bywał tu sporadycznie. Klimat tego miejsca nie do końca mu odpowiadał. W powietrzu oprócz ciężkiego dymu z kadzideł wisiało coś jeszcze – woń zakazanego owocu. W porównaniu z nim Bielsko-Biała była żłobkiem. Tam normalni ludzie po prostu wykonywali normalne czynności – tyle że nago. Opalali się, robili grilla, siedzieli, rozmawiali, pili.

W Paradise nie spotykali się normalni ludzie. To była elita elity; ci, którzy chcieli realizować swoje chore fantazje i szukać naprawdę mocnych doznań. Robili to właśnie tutaj.

Chodzili nago, ale to nie była naturalna, nieskrępowana nagość, lecz golizna wystawiana z premedytacją na ocenę jej atrakcyjności. Mężczyźni z ozdobnymi bransoletkami na workach mosznowych, kobiety w szpilkach, wytatuowani, najeżeni kolczykami. Każdy chciał zwrócić na siebie uwagę.

– Zabawimy się? – Ponętna kobieta położyła palce na ramieniu Rajmunda, napierając na niego kształtnymi piersiami.

Jej partner trzymał ją za drugą dłoń i uśmiechał się zachęcająco.

– Może później? – spytał Rajmund, ale jego członek i tak zareagował na bliskość jej ciała.

Bodźce dotykowe dotarły do mózgu, bombardowanego od kilkunastu minut z każdej strony jękami, stękaniem i orgastycznymi krzykami. Gdyby był ubrany, mógłby udać brak zainteresowania, ale bez gaci i z kobiecą ręką, która wędrowała po jego ciele, było to niemożliwe.

– Jesteś pewien? – Roześmiała się.

– Kolega chyba jeszcze się zastanawia – dodał jej partner. – Może w takim razie byśmy się czegoś najpierw napili? Razem.

– Nie, dzięki, przed chwilą piłem. A ty? – Spojrzał na mężczyznę, który najwyraźniej nie miał nic przeciwko temu, że już obie ręce jego partnerki zajmowały się ciałem Rajmunda.

– Co ja? Czy potrzebuję drinka?

– Nie. Czy ty też się z nami bawisz, czy tylko patrzysz?

***

Monika Kołodziejczyk wyłączyła odkurzacz. Musiała go przepiąć do innego, bliższego gniazdka.

Schyliła się i coś strzyknęło jej w plecach. W takich chwilach żałowała, że podczas budowy domu nie zdecydowali się na zamontowanie odkurzacza centralnego – ale dysponowali ograniczonym budżetem. Wtedy myślała, że zatrudni jakąś Ukrainkę do sprzątania, ale jak zwykle teoria teorią, a praktyka praktyką.

Rozmasowała bolące miejsce, zacisnęła usta i się wyprostowała. Musiała przyspieszyć – nie była jeszcze nawet w połowie. Pchnęła odkurzacz, wcisnęła wtyczkę do następnego gniazdka i wróciła do sprzątania korytarza.

Pięć minut później dotarła do przestrzeni, którą najchętniej by zignorowała. A tak właściwie to ją ignorowała, choć nie zawsze. Odkurzała ją tylko wtedy, gdy jej mąż w tym samym czasie szorował jacuzzi i istniało prawdopodobieństwo, że zauważy zaniedbanie porządków.

Monika nigdy nie była czyścioszkiem. Maciej – wręcz przeciwnie, najwyraźniej urodził się ze ścierką w dłoni. Jak każda astrologiczna Panna dostawał napadu szału, gdy widział na meblach czy podłodze choć drobinkę kurzu. W pokoju, którego Monika dziś nie mogła ominąć, zawsze panowały egipskie ciemności. Uważała, że w takiej scenerii nikt nie zauważy brudu, nawet jeśli na podłodze walałyby się koty z kurzu, ale do Macieja te argumenty nie trafiały.

Westchnęła ciężko, założyła na głowę latarkę czołówkę i weszła do środka. Gdy zrozumiała, co widzi, zdała sobie sprawę, że to był jej ostatni raz.

***

Aspirant Adrian Piasecki wysiadł z radiowozu i pomyślał o tym, że praca w policji wiąże się z naprawdę wieloma przywilejami. Sam miałby problem z dotarciem pod wskazany adres. Pół roku temu sprzedał samochód, autobusów nie uznawał, a tramwaje nie docierały do Suchego Lasu. Na szczęście mógł przyjechać służbową bryką i głośno trzasnąć drzwiami, informując otoczenie, że oto pojawił się on: funkcjonariusz ogniwa kryminalnego z Tarnowa Podgórnego.

Tyle że otoczenie nie zareagowało w oczekiwany sposób.

– Wydział Kryminalny – zaanonsował się stojącemu przy furtce funkcjonariuszowi prewencji. Trochę się zagalopował. Bajeczkę o wydziale puszczał cywilom, bo oni nie widzieli różnicy pomiędzy ogniwem kryminalnym a wydziałem. Wydział brzmiał dumniej, ale komisariat w Tarnowie Podgórnym był zbyt mały na wydziały. – Co mamy?

– Gomora.

– Gomorra? – Ucieszyła go myśl, że jego pierwszą samodzielną sprawą będą mafijne porachunki.

Jak się bawić, to bez gaci. Jak skakać, to tylko na główkę. Jak zaszpanować kolegom, to tylko rozwiązując głośną i dużą sprawę.

Oczywiście, że oglądał serial _Gomorra_ i oczami wyobraźni wielokrotnie rozprawiał się z potężną mafią, której macki lata temu oplotły Neapol. Teraz miał okazję przełożyć myśli na czyny.

– Nie – burknął policjant. – Raczej Sodoma i Gomora.

– Że co, kurwa?

– Kobieta. Wiek na oko… rozrodczy. Szczyt formy i… A zresztą, co ja jestem, informacja? Sam zobaczysz.

Piasecki przewrócił oczami i pomaszerował w stronę drzwi wejściowych. W okolicy znajdowały się same domy jednorodzinne, a budynek z numerem osiemnaście stał na końcu ulicy, skryty za wysokim płotem.

– Wydział Kryminalny – powtórzył, gdy wszedł do środka.

Nie spodziewał się delegacji z kwiatami, ale oburzyło go, że nie czekał na niego nikt, kto mógłby go wprowadzić na miejsce zbrodni z należnymi honorami. Musiał radzić sobie sam. Z dalszych pomieszczeń dobiegały odgłosy rozmowy. Ruszył w ich kierunku, rozglądając się.

Coś mu nie pasowało. Z zewnątrz budynek wyglądał jak zwyczajny, ale bardzo duży dom, spodziewał się więc wiszących w przedpokoju kurtek, dochodzących z kuchni zapachów i bałaganu w salonie. Zamiast tego minął bar, hokery, a potem wszedł do głównego pomieszczenia, w którym znajdowało się kilka łóżek. Małe i prostokątne stały pod ścianami, a okrągłe i ogromne na samym środku pokoju.

– Pan z kryminalnego? – usłyszał za sobą męski głos.

Odwrócił się i skinął głową.

– Pan pójdzie ze mną. Robi… wrażenie. – Umundurowany funkcjonariusz uśmiechał się znacząco.

Zeszli po schodach do piwnicy. Korytarz został pomalowany na bordowo, a oświetlenie nie znajdowało się na suficie, lecz na ścianach, mniej więcej trzydzieści centymetrów nad podłogą. Zapewniało intymny klimat, ale z całą pewnością nie miało oświetlać wnętrza.

– Tutaj. – Funkcjonariusz się zatrzymał i wskazał pomieszczenie na końcu korytarza. – Nie ma pan lampy?

– A co? Żarówka się przepaliła?

– Nie, tam po prostu nie ma światła. Jest jak w czarnej dupie.

– Technicy są w drodze, przywiozą swój sprzęt. – Piasecki wyjął komórkę i włączył latarkę.

Omiatał puste ściany nikłym strumieniem światła, aż dotarł do łóżka. Nie było ono tak ogromne jak to, które widział na parterze, ale i tak robiło wrażenie. Stało na środku pomieszczenia, a na jego krawędzi leżała kobieta.

Piasecki przypomniał sobie uwagę pierwszego napotkanego policjanta. Kobieta rzeczywiście wyglądała bardzo dobrze, oczywiście pomijając fakt, że nie żyła. Leżała na plecach, z rozłożonymi na boki nogami i zaciśniętymi pięściami. Na stopach miała absurdalnie wysokie czerwone szpilki.

– Kto ją znalazł?

– Właścicielka domu. Rozmawiałem z nią i z jej mężem. Byli tu wczoraj goście, chyba jakaś gruba imprezka. Rano przyszła sprzątać i zobaczyła trupa.

– Kim jest ofiara?

– Nie wiemy.

– No jak to? Przecież ją zaprosili…? – Adrian zmarszczył brwi.

***

– Dzień dobry, jestem Maciej Kołodziejczyk, a to moja żona, Monika.

Piasecki zignorował wyciągniętą rękę mężczyzny. Unikał uścisków dłoni, zwłaszcza z cywilami.

Skinął głową i zlustrował parę od góry do dołu. Oboje byli w dresach ze znanym logo. Kobieta miała sztuczne długie rzęsy i paznokcie, a mężczyzna złoty łańcuch na szyi.

_Nowobogaccy chcący pokazać, jak_ _bardzo są bogaci_ – podsumował w myślach.

– To pani znalazła ofiarę? – spytał, patrząc podejrzliwie na gospodynię.

– Tak, miałam właśnie odkurzać. Weszłam tam. To… To było okropne!

– Kim jest ta kobieta?

– Nie wiemy – odpowiedziała para niemal jednocześnie, wbijając spojrzenia w podłogę.

Ciało denatki nie miało otwartych ran, a w pokoju nie znaleziono narzędzia zbrodni. Teraz trudno było powiedzieć, jak zginęła, ale Piasecki i tak wstępnie obstawiał, jakie stosunki łączyły zabitą z gospodarzami.

– Nie rozumiem.

– Nie znamy jej – powtórzył Maciej.

– Nie sądzi pan, że to takie banalne: mówić o swojej kochance, że jej się nie znało? – zaatakował Adrian.

– Nie była moją kochanką! – zaprotestował gospodarz.

– Ani moją – dodała Monika.

Zdziwiony Piasecki uniósł brwi. Odkąd wysiadł z radiowozu, wszystko było nie tak, jak się spodziewał. Zdecydowana i pozbawiona emocji deklaracja mężczyzny popsuła Adrianowi wizję przebiegu zdarzeń: Kołodziejczyk weszła do piwnicy i zastała męża posuwającego kochankę. Zabiła ją i zostawiła, a kiedy uzgodniła z małżonkiem wspólną wersję zeznań, zadzwoniła po policję.

– Jak znalazła się w państwa domu?

– Musiała z kimś przyjść. Mieliśmy wczoraj… taką małą okazję do świętowania. Zaprosiliśmy paru znajomych – relacjonował Maciej.

– Z kim przyszła?

– Nie wiemy.

– Paru znajomych… Czyli ilu?

Kołodziejczykowie znowu odpowiedzieli równocześnie, ale tym razem spojrzeli na siebie:

– Ze trzydziestu?

– Pięćdziesięciu? – podsunęła Monika.

– To w końcu ilu?!

– Nie liczyliśmy. Impreza miała być na trzydzieści osób, ale trochę się rozrosła. Nie panowaliśmy nad tym – powiedział Maciej.

– Tak, tak. Było dużo ludzi. Nie mogłam zapamiętać imion, a ja mam naprawdę bardzo dobrą pamięć do imion. Mąż potwierdzi.

Mężczyzna ochoczo pokiwał głową, ale Piaseckiego nie interesowały wady i zalety Kołodziejczykowej. Zaszczycał ich rozmową tylko dlatego, że chciał dowiedzieć się czegoś istotnego na temat denatki.

– Zaprosiliście kilka osób, a przyszło pięćdziesiąt? Niby znajomi, ale imion pani nawet nie zapamiętała? O co tu chodzi i dlaczego ofiara jest naga?

– Proszę nie napastować mojej żony głupimi pytaniami!

– Państwo tu nie mieszkacie, prawda? – naciskał policjant.

– Mieszkamy.

– Ach, mieszkacie! A gdzie jest kuchnia?

Monika zacisnęła usta, zanim powoli odpowiedziała:

– Dopiero się… organizujemy. Nie lubię gotować. Jemy na mieście.

– Ale lubicie państwo pić. – Adrian wskazał na bar.

– A pan nie? – odpyskowała kobieta.

Piasecki zignorował pytanie. Ta rozmowa była absurdalna. Musiał zebrać informacje w innych miejscach i wezwać małżonków do siebie, na komendę. Pojedynczo.

– Oryginalny wystrój salonu. – Spojrzał na stojące wszędzie łóżka.

– Wystroju jeszcze też nie ma – burknął Maciej.

– Ale za to są łóżka. Nie za dużo?

– Niech się pan nie obawia, nie prowadzimy nielegalnej noclegowni. Mąż kupił je za grosze. Obiecał, że szybko je sprzeda w internecie, a ja będę mogła urządzić salon.

– Dlaczego w pokoju, w którym znaleziono ofiarę, jest tak ciemno?

– To piwnica. Maciej uznał, że doprowadzanie tam prądu nie ma sensu.

– Ale do korytarza doprowadził. Jak na piwnicę jest dość… ciekawy. Zadbany. Wręcz klimatyczny.

– Podoba się panu? – Uśmiechnięta Monika spojrzała na niego w taki sposób, że Adrian przełknął ślinę.

Miarka powoli się przebierała. Bodźce, które do tej pory starał się ignorować, kumulowały się i sprawiały, że myśli uciekały w jedną stronę.

Łóżka, klimatyczne oświetlenie, nagie ciało denatki w pozie rodem z porno, a do tego wszystkiego spojrzenie pani domu – kolejne elementy układanki wskakiwały na swoje miejsca.

***

– Zofia?

– W ostatnim czasie każda akcja wymierzona w gang pseudokibiców została spieprzona. Wniosek jest prosty: ktoś wynosi info. Sprawdzam wszystkich z wydziału. Czterech już skreśliłam z listy. Obecnie przyglądam się dwóm kolejnym. Jeden z nich… No cóż, chodzi na mecze, więc wygląda na kreta.

– No to dowaliłaś! – Kardasz się zaśmiał. – Serio, kurwa?! Ja też chodzę, i co z tego? Jeśli kierujesz się tym kryterium, to musisz wsadzić dobrą połowę firmy.

– Przestań się, kurwa, kielczyć! – warknęła. – Mam przeciek na styku Wydziału Patrolowo-Interwencyjnego i pseudokibiców. Tak się nieszczęśliwie, kuźwa, składa, że pseudokibice są związani z piłką nożną.

– Nie uważacie, że to dyskryminacja? – Rozbawiony Driver zaczął filozofować. – Dlaczego na meczach siatki czy kosza nie pojawiają się kibole?

– Właśnie, dlaczego nie ma zamieszek na turniejach badmintona? Wyobrażacie to sobie? Laseczki w krótkich spódniczkach odbijają lotkę, a na trybunach odpalane są race. To by…

Zofia spojrzała na Kardasza w taki sposób, że ten natychmiast zamilkł.

– Ja pierdolę, z kim ja muszę pracować?! – Wzięła głęboki wdech i posłała przełożonemu spojrzenie pełne pretensji.

Poranne odprawy zawsze wyglądały tak samo. Karol Śledź, zastępca naczelnika Biura Spraw Wewnętrznych Policji, siedział za biurkiem i wpatrywał się w akwarium, w którym pływały egzotyczne rybki. Robił to z taką intensywnością, jakby stęsknił się za nimi przez noc. Z kolei przed biurkiem, na niewygodnych krzesłach, tkwili członkowie jego elitarnego zespołu: psy na psy, kryształowi. Ludzie o czystych rękach, przejrzystych myślach i specyficznych umiejętnościach. Mistrzowie pozoracji i wytwarzania zasłon dymnych, które pozwalają ryć pod łamiącym przepisy funkcjonariuszem tak, by ten się nie domyślił, że wpadł jak śliwka w kompot.

Zofia oczywiście była kryształowa, a poza tym twarda, piękna, czysta i ostra. Miała jednak wątpliwości co do swoich kolegów, szczególnie gdy prowadzili bezsensowne dyskusje – tak jak teraz.

Driver zazwyczaj miał brudne ręce, ale na szczęście nie metaforycznie. Nie wiedziała, co robił z długopisami, ale zawsze pod koniec dnia na jego dłoniach znajdowały się kropki i kreski niebieskiego tuszu. Kardasz nie miewał przejrzystych myśli, w głowie były mu wyłącznie cycki, dupy i morze alkoholu, wszystko w smolistym kolorze. A Śledź, ich przełożony, umiał tylko gapić się na rybki w akwarium.

– Ale wracając do sedna… Sprawa w toku, myślę, że to jeszcze kwestia tygodnia, góra dwóch. Ci z patrolowo-interwencyjnego nigdy nie grzeszyli bystrością ani inteligencją, więc nie spodziewam się wysublimowanych podchodów czy dokładnie ukrytych kontaktów.

***

– Chciałem porozmawiać. Mogę wejść?

Adrian Piasecki stał przed wejściem do domu jednorodzinnego sąsiadującego z tym, w którym odnaleziono denatkę. Mężczyzna, który otworzył mu drzwi, miał na czubku głowy coś, co przypominało niedbały kok. Wyglądało to absurdalnie w połączeniu z zarośniętą brodą i bardzo luźnym podkoszulkiem na ramiączkach, który odsłaniał większość torsu.

Policjant aż się otrząsnął, bo zrobiło mu się jeszcze zimniej niż przed chwilą. W połowie marca ludzie raczej nie chodzili roznegliżowani, nawet w swoich domach.

– I tak niczego nie kupię – odpowiedział mężczyzna.

Piasecki tylko na to czekał. Rozchylił mocniej kurtkę i pokazał policyjną legitymację.

– O czym chce pan gadać? – Twarz rozmówcy stężała.

– O sąsiadach.

– Nie interesuję się otoczeniem. Nie mam czasu. Pracuję. – Mężczyzna machnął ręką.

– Mimo wszystko wejdę. – Adrian minął gospodarza, wszedł do mikroskopijnego przedpokoju i ruszył w głąb domu, poszukując lepszego miejsca do rozmowy, takiego, w którym domownik poczuje się swobodniej.

Z psychologicznego punktu widzenia rozmowa w drzwiach była najgorszym możliwym wariantem postępowania. Stojąc na progu, policjant zawsze musiał walczyć z łatką intruza, a jego rozmówca czuł siłę sprawczą, bo wiedział, że w każdej chwili może kazać mu pocałować klamkę.

Piasecki rozejrzał się po salonie i spytał:

– Usiądziemy?

Mężczyzna wskazał kanapę. Adrian zajął miejsce, udając, że nie zauważa niechęci gospodarza, i poczekał, aż rozmówca zrobi to samo. Na początek nie spytał jednak o Kołodziejczyków, lecz o otoczenie.

– Przepiękna okolica! Na pewno dobrze się tu panu żyje, tak spokojnie, bez niepotrzebnego hałasu.

– Hałas wybija mnie z rytmu, podobnie jak niezapowiedziane wizyty. Przepraszam, po prostu goni mnie deadline – gospodarz rozłożył dłonie na boki – a wtedy jestem nieprzyjemny dla ludzi.

– Jest pan artystą, panie…? – Adrian zawiesił spojrzenie na kolorowych plamach na koszulce mężczyzny.

– Tak jakby. Nazywam się Przemysław Molendowski. Robię strony internetowe, kompleksowo. – Opuścił skrzyżowane wcześniej ręce, oparł łokcie o kolana i pochylił się do przodu, jakby nagle zainteresował go powód wizyty policjanta.

– U pana sąsiadów była wczoraj impreza – bardziej stwierdził, niż spytał Piasecki.

– Tak? – Gospodarz wzruszył ramionami.

– Nie zaprosili pana?

– Nawet gdyby zaprosili, nie miałem czasu. Ani ochoty.

– Dlaczego?

– Deadline. Klient czeka na gotowy produkt.

– Pracuje pan tutaj? – Piasecki wskazał na biurko zawalone sprzętem komputerowym i monitorami. – Zazdroszczę. Też chciałbym pracować w domu.

– U pana w branży to jednak trochę inaczej. – Obaj mężczyźni się roześmiali, a po chwili Przemysław kontynuował żart: – Trudno internetowo wpaść na interwencję i pouczyć na temat ciszy nocnej. Ale mógłby pan wysłać maila dyscyplinującego z żądaniem potwierdzenia odbioru, żeby wiedzieć, kiedy został odebrany i czy po odczytaniu nadawca zastosował się do instrukcji.

Adrian już nie miał wątpliwości: mężczyzna nie zdawał sobie sprawy z powodu wizyty. Postanowił trzymać się żartobliwej konwencji i obserwować jego reakcję.

– Jeszcze trudniej mailowo przyjechać na trupa – bąknął niby od niechcenia.

– Trupa?

– Interwencjami porządkowymi zajmują się inne wydziały. Ja jestem z kryminalnego. Pan widuje sąsiadów, tych z lewej strony? Mieszkają tu?

Mężczyzna się wyprostował i przestał śmiać.

– Widuję, i to regularnie. Piątek, sobota, niedziela. Ktoś z nich umarł?

– A wczoraj? – Adrian zignorował pytanie. – Robili jakąś imprezę? Nie przeszkadzały panu głośna muzyka, krzyki?

– Nie wiem, pracuję ze słuchawkami na uszach. A co, zamordowali kogoś? – Spojrzał podejrzliwie na funkcjonariusza.

– Próbuję zebrać informacje, które pozwolą mi ustalić, co się stało. A pan nie chce pomóc.

– Jak to nie?! Przecież…

– Co to za ludzie? Nie zauważył pan nic dziwnego?

– Dziwnego? Dla mnie te wszystkie towarzyskie aktywności są dziwne. Przecież to tylko strata czasu. Po co się spotykać i gadać? Co mogą powiedzieć nam inni ludzie, czego nie wiemy? W sieci znajdzie pan odpowiedzi na wszystkie pytania.

– Sugeruje pan, że jeśli wpiszę w wyszukiwarkę „kto zabił kobietę w Suchym Lesie”, to wyskoczy mi prawidłowy wynik? – Adrian westchnął i zanim rozmówca odpowiedział, spytał: – Sąsiedzi byli towarzyscy?

– Do porzygu. Mnie to drażniły już te wszystkie taksówki zajeżdżające przed ich dom. A jak sobie pomyślałem, ilu ludzi z nich wychodzi…

– Tak było wczoraj?

– I wczoraj, i w sobotę, i w piątek. I w poprzednim tygodniu. I jeszcze w poprzednim.

– Czyli słyszał pan gwar, rozmowy, krzyki, muzykę?

– Nie wiem, co robili. W sensie co robili z tymi ludźmi – poprawił się. – Książki grupowo czytali czy co? Pracuję przy otwartym oknie i czasem zdejmuję słuchawki. I słyszę… to znaczy od nich akurat nic nie słyszę, tylko ciszę. Sąsiedzi z drugiej strony mają dzieciaki, to tam większy harmider. Tak sobie teraz pomyślałem, że może w coś grali, ale chyba nie. W gry, pan rozumie, gra się w swobodnych ciuchach, na przykład w dresie, ale nie w szpilkach! A ci ich goście byli jacyś tacy… odpierdoleni. To znaczy ci, których akurat zauważyłem.

***

Szli korytarzem w stronę kącika kawowego. Kardasz – jak zwykle w czarnym golfie i równie czarnych materiałowych spodniach – wyglądał niczym asystent Jamesa Bonda. Driver niechętnie zrezygnował z ukochanej bluzy z kapturem. Próbował zaprzyjaźnić się z regulaminowymi koszulami, ale utrzymanie tej relacji było ponad jego siły. Koszule szybko się brudziły, gniotły podczas prania i nie chciały się same prasować. Driver rzucił je po pierwszym miesiącu i zdecydował się na kompromis: białe i czarne koszulki polo. W końcu Kardasz też nie nosił koszul, a polówki Drivera miały kołnierzyki, więc imitowały koszule. Większość z nich wystarczyło dobrze rozwiesić po praniu, by żelazko nie było im potrzebne.

– I jak, Driver?

– Pytasz o…?

– O to, jak się czujesz. Po powrocie do BSWP.

– Jest lepiej. I dłużej niż za pierwszym razem. – Skrzywił się na wspomnienie tamtych czasów. – Siedzę tu już od czterech miesięcy i nigdzie się nie wybieram.

– Minęło jak z bicza strzelił. _À propos_, widziałeś ten ostatni filmik, który ci podesłałem? Facet strzela z bicza, a laska…

– Widziałem. Dobre. – Driver zarechotał.

Zofia stała przy ekspresie do kawy i wrzeszczała na trzech mężczyzn:

– Jak to nie? Jak to nie?! Przecież tu stało! Ha! – Pochyliła się nad koszem i wyciągnęła z niego opakowanie po mleku. – I jest! Kto to wyrzucił?!

– Zocha, na mnie nie patrz. Przecież wiesz, że piję czarną. – Krzysiek, dochodzeniowiec, wystawił przed siebie kubek. – Jak smoła, widzisz?

– Kto ma z mlekiem? Pokazywać mi tu! – grzmiała.

– Uwielbiam cię taką rozjuszoną, ale niestety też piję bez mleka! – Grzesiek śmiał się tak intensywnie, że z trudem łapał oddech.

– Czyli to ty! – Zofia osaczyła trzeciego dochodzeniowca, w chwili gdy Driver i Kardasz dołączyli do zbiorowiska.

– Co jest, panowie? – zagadnął ten drugi.

– A jak zwykle: Zocha poszukuje złodzieja mleka, wytypowała podejrzanego i zaraz zrobi sprawie okładeczki.

Pewne rzeczy się nie zmieniały: Zofia nadal awanturowała się w temacie mleka dokładnie tak samo jak wtedy, gdy Driver dołączył do BSWP po raz pierwszy. Ale on się zmienił. Potrzebował drugiej szansy, by zrozumieć, że w Komendzie Głównej Policji wszyscy mają spokój, a coś takiego jak ciśnienie na robotę nie istnieje. Teraz tak wsiąkł w klimat BSWP, że już nawet nie zauważał spacerowego tempa, w jakim oddalili się pozostali funkcjonariusze.

– Driver? – Kardasz podał mu kubek z kawą i podstawił swoje naczynie pod dysze ekspresu. – Wracając do naszej rozmowy… Koledzy uciekli?

– Jacy koledzy?

Spojrzeli na siebie i wybuchnęli śmiechem.

– To było pytanie testowe. Gdybyś pytał, dlaczego mieliby uciekać, świadczyłoby o tym, że jesteś świeżak, ale skoro już wszyscy cię olali, to… witaj w klubie kryształowych.

– Szczerze przyznam, że tego akurat nie rozważałem. Liczyłem się z tym, że ktoś tam coś tam, ale nie na taką skalę. Gdy widzą mnie ci umoczeni, uciekają na drugą stronę ulicy, jakby się bali, że sobie o nich przypomnę. Reszta udaje, że mnie nie zna, bo po chuj gadać z kryształowym.

– Ta! Bo jeśli ktoś zobaczy, że z tobą gadają, to pomyśli, że ich podpierdala. Pole kumpli oczyszczone do zera to standard. Kurwa, chociaż nie, nie do zera! – Kardasz teatralnie uderzył się w czoło. – Zostaje niewielka garstka dupowłazów, którzy chętnie podkablują komendanta lub kumpla, oczywiście nie za darmo. Każdy chce awansu do BSWP.

Driver pokiwał głową. Ostatnie cztery miesiące pozwoliły mu poczuć, że bycie w elicie oznacza samotność. Kumple z poddziału antyterrorystycznego mieli powód, by się od niego odwrócić. Okazał się kretem i udupił jednego z nich, więc pogarda, którą mu okazywali przy okazji przypadkowych spotkań, była całkowicie zrozumiała.

Lecz reszta dawnych znajomych go zawiodła. Telefon nagle przestał dzwonić. Nie miał już z kim pić. Nie miał z kim się resetować, wygłupiać, zwiedzać lokali i robić sobie jaj. Unikali go, jakby przestał być jednym z nich.

A przecież został w firmie.

– Ale wiesz, co mnie zdziwiło? Wróć, co właściwie nadal mnie dziwi – sprostował Driver. – Spotkałem się kiedyś z tekstem, chyba w jakiejś gazecie, że fusze z BSWP są jak zakon: zgrani jak żadna inna grupa w policji. Ale szczerze, jakoś tego nie widzę. Zocha zawsze taka jest?

– Co Zocha, co Zocha?! – warknęła wspomniana, stając za plecami kolegi.

– To rozmowa na kiedy indziej – Kardasz mrugnął porozumiewawczo – i nie przy kawie, a przy piwie. – Odwrócił się do blondynki. – Zocha jest najatrakcyjniejszym fuszem w naszym biurze i właśnie o tym mówiłem Driverowi.

– Kolega Driver chyba nie przepada za kobietami! – wypaliła. – No co się tak na mnie gapisz?! Myślisz, że zapomnę, że chciałeś mnie wygryźć ze sprawy?!

***

Adrian usiadł za biurkiem i spojrzał na zegarek. Miał przed sobą jeszcze godzinę służby.

– Piasecki, jak wasza sprawa? – Przechodzący korytarzem przełożony zatrzymał się przy drzwiach.

– W toku.

– A Romek gdzie?

Roman Izdebski był bardzo doświadczonym fuszem, który został przydzielony do pary z Adrianem. I służył, ale już na początku współpracy uzgodnili, że nie będą wszędzie łazić razem. Piasecki marzył o samodzielności, a Romek miał problemy ze zdrowiem i często wyrywał się z firmy, by odwiedzać kolejnych lekarzy.

– W kiblu – skłamał.

– Pół dnia?

– Coś nieświeżego zeżarł.

– Gdybyś sobie nie radził, masz do dyspozycji doświadczonych kolegów – przypomniał przełożony. – Pytaj!

– Ma się rozumieć! – krzyknął Adrian na odczepne.

Siedzący w pokoju dochodzeniowcy się ożywili. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia i Piasecki już wiedział, że nadciąga kolejna pora niewybrednych żartów. Nic dziwnego: był nowy w wydziale i musiał swoje wycierpieć.

– No pytaj, Adrianek, pytaj! – zarechotał napakowany Maciej.

– Albo mnie spytaj, mnie! Chętnie poprowadzę cię za rękę, bo o niczym innym nie marzyłem! – Bolo odłożył kanapkę.

– Spierdalajcie.

– Słyszałeś, Maciej?! – obruszył się Bolo. – Kolega chce się z nami pokłócić czy jak?

– Po chuj mnie zaczepiasz?! – warknął Adrian.

– Po chuj jesteś taki nieuprzejmy?

– Panowie! – Maciej spojrzał karcąco najpierw na Bola, potem na Piaseckiego. – Spokój, koniec czułości. Adrianek, jak ten twój trup?

– Laska. Atrakcyjna, młoda, naga. Brak widocznych śladów.

– Kurwa, co za niesprawiedliwość! Mnie dali rozkładające się zwłoki, a Adriankowi piękną nagą dupę.

– Naga? W łóżku? – drążył Maciej.

– Skąd wiesz, że w łóżku?

– Ja zwykle nagie widuję w łóżku lub pod prysznicem. Chociaż moje są żywe. I aktywne.

– Ta była naga i bierna.

– Pokaż fotę.

Piasecki sięgnął po telefon. W takich chwilach nie wyobrażał sobie tej pracy lata temu, kiedy nie było telefonów komórkowych z aparatami, a nawet telefonów komórkowych w ogóle, i na zdjęcia z miejsca zbrodni trzeba było długo czekać.

– Kurwa mać, czemu tam jest tak ciemno? – Maciej wziął komórkę do ręki i zaczął ruszać nią na prawo i lewo, jakby sprawdzał, gdzie na ekran nie będzie padało zbyt wiele światła.

– Piwnica, zero okien – wyjaśnił Adrian.

– Piwnica z łóżkiem?! Takim wielkim?! Kurwa, przecież to jakiś sexroom jest! No co się patrzysz, Adrianek? Ja kumam, że ty młody i grzeczny, więc zaliczasz po bożemu, pod kołderką i z wyłączonym światłem, ale zobacz. Piwnica, łóżko i takie szpile?

Piasecki zabrał koledze swój telefon i kolejny raz rzucił okiem na zdjęcie. Rzeczywiście – ujęcie nie było zbyt profesjonalnie wykadrowane, ale to, co przedstawiało, po podkręceniu w programie graficznym mogłoby trafić na stronę porno.

Powiększył dół zdjęcia i przyjrzał się szpilkom. Nie znał się na damskim obuwiu, ale rzeczywiście to nie były jakieś tam szpilki. Bardzo wysoki obcas, koturn, ozdoby.

– Seksowne – podsumował i nagle go oświeciło. Od kiedy wszedł do domu, czuł, że coś tam się nie zgadza. Oczekiwał czegoś zupełnie innego, ale wtedy nie wiedział czego. Godnego przyjęcia, rodzinnego ciepła? Zamiast nich otaczał go chłód. Nie była to tymczasowość, jak deklarowali gospodarze, ale coś, co kojarzyło mu się z napięciem seksualnym.

Ten dom pachniał seksem.

Usiadł do komputera i wpisał w wyszukiwarkę adres domu. Na jednej z pierwszych pozycji wyskoczyło hasło „Paradise Club”. Kliknął w link. Napis na stronie głównej przykuł jego uwagę: „Paradise Club jest klubem tylko dla członków i zaproszonych gości. Jeśli chcesz otrzymać zaproszenie, zacznij od bardzo uważnego przeczytania regulaminu”.

Adrian odnalazł regulamin i szybko go przejrzał. Zatrzymał się na punkcie mówiącym o tym, że po klubie chodzi się wyłącznie nago, w erotycznej bieliźnie lub seksownych strojach czy przebraniach, „cywilne ubrania” zostają zaś w szatni.

Uderzył się w czoło otwartą dłonią – że też wcześniej na to nie wpadł. Zanim naga kobieta pojawiła się w piwnicy, musiała mieć ze sobą ubranie i torebkę, a w niej być może dowód tożsamości. Znalezienie go oznaczałoby imponujące tempo ruszenia z rozwiązaniem jego pierwszej sprawy zabójstwa.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij