Kryształowi. Świeża krew. Część I - ebook
Jedno z najtrudniejszych pytań, jakie można zadać policjantowi, brzmi: „Stoisz po stronie prawa czy po stronie kolegów z jednostki?”
Podtapiająca Poznań fala przemocy lat dwutysięcznych nie zdążyła jeszcze na dobre opaść, gdy policjant Paweł „Driver” Dobrogowski dostaje niełatwe zadanie – musi zdobyć pełne zaufanie kolegów z oddziału antyterrorystów, wejść w świat nielegalnych interesów i przemocy. Szybko odkrywa, że jego nowi towarzysze broni wykorzystują policyjne odznaki do ochrony transportu narkotyków. Jak na wiecznego outsidera przystało, działa sam i nikomu nie ufa. Wygląda jednak na to, że będzie musiał zweryfikować tę strategię. Gdy zwani kryształowymi funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych Policji zaczynają łączyć fakty, staje się jasne, że trafił w sam środek wojny gangów.
Kryształowi. Świeża krew to policyjny thriller o cenie lojalności i świecie, w którym nie ma prostych podziałów na dobrych i złych gliniarzy, a system psuje się od środka.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-092-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Marcin „Momoa” Letki – antyterrorysta, od trzynastu lat w pododdziale, skutecznie mydli oczy ciężarnej żonie Beacie, jednocześnie posuwając gorącą Nadię.
Łukasz Wajchert – antyterrorysta, przyjaciel Letkiego, singiel, w wolnym czasie wyciska z siebie poty na crossficie.
Paweł „Driver” Dobrogowski – nowy w pododdziale antyterrorystycznym, rozwiedziony z Elką, która zachowała jego nazwisko, ojciec Wiktora.
Paula Stoparek – trzydziestotrzyletnia księgowa na co dzień skupiona na liczbach, a od święta _friend with benefits_ Drivera.
Mirosław „Miras” Kowalczyk – poznański Pablo Escobar, o jego bezpieczeństwo dbają dwa mięśniaki: Jacol i Czarny. Żonaty z Anastazją, szczęśliwie skupioną nie na nim, ale na urządzaniu wnętrz i wychowywaniu ich syna, Brajana.
Hubert „Hubi” Tobiszowski – w Narkotykach robi od zawsze, czyli od 1 lutego 2011 roku. Wierny jak pies swojej kochance imieniem Depresja i przyjacielowi Mikołajowi „Mikiemu” Sobczakowi.
Rogal – ćpun prowadzący melinę na Smochowicach, wygląda jak najbliższy kuzyn kostuchy, być może ma jakieś nazwisko, ale Hubi o to nie dba.
Zofia Mazur – od trzech lat funkcjonariusz Biura Spraw Wewnętrznych Policji, samotna matka, która potrafi nieźle dopierdolić, jeśli ktoś powie „motor” zamiast „motocykl”. Skazana na wysłuchiwanie opowieści funkcjonariusza Tomasza Kardasza, z którym dzieli pokój na komendzie.
Karol Śledź – zastępca naczelnika BSWP, w genach odziedziczył miłość do rybek i ostrych kobiet. Ta pierwsza, w przeciwieństwie do drugiej, jest długotrwała.
Widelec napotkał opór. Przycisnęła go jeszcze mocniej. Najpierw usłyszała trzask pękającej polewy czekoladowej, a później odgłos otwieranych drzwi.
Zdziwiło ją to – o tej godzinie Ptasie Radio powinno być puste. Starannie wybrała miejsce spotkania. Zadbała o każdy szczegół: kawiarnia z dala od centrum, wygodne krzesła, niezbyt duże stoliki, no i dobra kawa oraz smaczne desery.
Jej rozmówca chciał się spotkać na neutralnym gruncie i właśnie taki mu zapewniła. Wymagał dystansu między nimi, a ona nie zamierzała go zmniejszać. Wiedziała, że musi wszystko zaplanować tak, aby dać mu złudne wrażenie, iż to on kontroluje sytuację. Tylko w ten sposób mogła osiągnąć swój cel.
Przez telefon wyczuła, że wykorzysta każde jej potknięcie, by się wycofać, ale mimo to przyszedł. Uścisnął jej dłoń, usiadł, przestudiował menu, zamówił kawę i ciasto, a później zaczął się rozglądać. Po omówieniu kilku neutralnych tematów i otrzymaniu zamówienia złapała ochoczo za widelec i wbiła go w brownie. Kątem oka zauważyła, że w otwartych drzwiach pojawił się mężczyzna. Nie wszedł jednak do środka i szybko się wycofał.
– Cieszę się, że zgodziłeś się na spotkanie.
– Spotkanie?
– Na wywiad – poprawiła się. – Dziękuję.
– Podziękujesz, jak skończę – burknął, ale na jego twarzy pojawił się ledwo zauważalny uśmiech.
Poruszała się po omacku. Dopiero uczyła się go odczytywać. Był inny niż dotychczasowi rozmówcy. Mroził spojrzeniem, a twarz miał pozbawioną mimiki.
– Jabłecznik to twoje ulubione ciasto? – Wskazała na zamówiony przez niego dodatek do kawy.
– Tracisz czas, a to najcenniejsza rzecz w życiu człowieka. Myślałem, że to wiecie.
– Wiemy?
– Wy, ludzie mediów.
Skoro nie potrzebował gry wstępnej, przeszła do konkretów. Zerknęła kontrolnie na listę tematów, które chciała poruszyć, i włączyła dyktafon.
– Jak to się stało, że…
Drzwi znowu się otworzyły, a do środka ponownie wszedł mężczyzna, którego widziała chwilę wcześniej. Czapka z daszkiem zasłaniała większość jego twarzy, ale ze zdecydowanych ruchów wywnioskowała, że musiał być stałym bywalcem. Zamknął drzwi i zamiast się rozejrzeć w poszukiwaniu odpowiadającego mu miejsca, ruszył przed siebie.
Celowo wybrała miejsce tak, by móc obserwować cały lokal. Wiedziała, że rozmówca usiądzie naprzeciwko niej. Chciała, żeby skupił się na rozmowie, a nie kontrolowaniu tego, co działo się w pomieszczeniu.
Był jednak czujny. Od razu zauważył, że coś przyciągnęło jej spojrzenie. Odwrócił głowę w kierunku drzwi.
Przynajmniej tak to zapamiętała – najpierw obrót głowy, a następnie huk i ciepła krew, która ozdobiła brownie, stolik i jej twarz.ROZDZIAŁ 1
Ciemność w pokoju rozjaśniało jedynie światło padające z telewizora. Marcin nie patrzył na ekran, chociaż twarz miał skierowaną w stronę odbiornika. Bardziej interesował go jakiś punkt w mroku.
– Nooo! Powiedz, że ją kochasz! – Beata wydawała się naprawdę zaangażowana. – Nooo dalej! Ile można?!
Tak zwykle wyglądały ich wspólne wieczory: były statyczne i pełne emocji. Statyczne dla niego, pełne emocji dla niej.
– Ty byś nie czekał, prawda? – spytała.
Uśmiechnął się, ale nie odpowiedział. Leżał na kanapie obok zadowolonej żony gładzącej swój zaokrąglony brzuch. Od zawsze marzył o normalnej, kochającej się rodzinie i kobiecie, która zadba o domowe ognisko i urodzi mu piękne, zdrowe dzieci.
Zbudował sobie bezpieczną oazę. Potrzebował miejsca, w którym będzie mógł się schronić przed światem. Miejsca, w którym będzie mógł wyglądać jak zwykły Kowalski.
– Nie czekałbyś. Znam cię! – krzyknęła z satysfakcją. – Powiedziałbyś mi, co czujesz.
– Ale może on jej nie kocha?
– Kocha. Przecież od pięciu odcinków zbiera się w sobie, żeby w końcu jej to wyznać!
– Od pięciu? – zdziwił się. Po raz kolejny odniósł wrażenie, że w serialach Beaty zawsze chodzi o to samo. Ją i jego miało połączyć uczucie, wszyscy wiedzieli o tym od pierwszego odcinka. Reszta zależała od inwencji scenarzystów, którzy gimnastykowali się, by produkować drętwe dialogi i kiepskie zbiegi okoliczności.
– Nie czekałbyś, prawda? Nie pozwoliłbyś, żebyśmy się tak mijali… – Spojrzała na niego z nadzieją.
– Skoro nie pozwoliłem raz, to nie pozwoliłbym kolejny. – Złapał jej twarz, przyciągnął do swojej i pocałował.
Na tyle pozwoliła, ale kiedy rozochocony położył ręce na jej piersiach, odsunęła się nieznacznie, by dać do zrozumienia, że nie w głowie jej amory. Telewizja była ważniejsza.
Skrzywił się w duchu. Zerknął na komórkę, na telewizor, na brzuch żony i znowu na komórkę. Ta ostatnia rozbłysnęła, a na ekranie pojawił się numer, który znał na pamięć. Nie odebrał. Odsunął telefon od siebie, tak jakby walczył z pokusą. Komórka rozdzwoniła się na dobre, a chwilę później dołączył do niej piskliwy głos Beaty:
– Marcin, no! Oglądam!
Nie chciał denerwować ciężarnej żony. Cmoknął ją w policzek, wziął telefon i wyszedł.
– Halo – burknął, gdy był już za drzwiami.
– Potrzebuję cię.
– Rozumiem. – Złość przykrył obojętnością. Dotarł do kuchni i stanął przed oknem. Pomyślał, że powinien je umyć, zanim Beata złapie za szmatę i stanie na taborecie. Zawiesił wzrok na przybrudzonej szybie. Wiedział, że za nią jest świat, który go woła, ale nie chciał go słyszeć. Nie teraz.
– Marcin… Wiem, że nie powinnam dzwonić. Do ciebie. Wieczorem – z trudem cedziła słowa. – Jesteś w domu. Z nią. Z żoną. – Oddychała ciężko. – Ale muszę się z tobą zobaczyć.
– Rozumiem.
– Prze-przepraszam – wydusiła z siebie, po czym się rozpłakała. – Przepraszam! Wszystko się posypało i nie mam nikogo, kto mógłby mi pomóc.
Przed blok podjechała taksówka, a z klatki schodowej wybiegło rozbawione towarzystwo. Trzy osoby wpychały się na tylne siedzenie, jakby wszystkie wolały się tłoczyć, zamiast wytypować szczęśliwca, który rozsiądzie się wygodnie obok kierowcy.
– Rozumiem, przyjąłem. Wyślij mi pinezkę. – Rozłączył się bez czekania na odpowiedź i wrócił do żony. – Oglądaj uważnie do końca. Potem mi opowiesz. – Znów cmoknął ją w czoło.
Oderwała się od ekranu i posłała mu pytające spojrzenie.
– Praca?
– Niestety. Odprawa za pół godziny. Muszę lecieć.
– Uważaj na siebie. Kocham cię. – Ostatnie słowa wypowiedziała już ze wzrokiem ponownie utkwionym w telewizorze.
***
Przed Czekoladą jak zwykle było tłoczno. Zbliżała się dwudziesta trzecia, a kolejka imprezowiczów spragnionych głośnej muzyki serwowanej przez najlepszych didżejów nie malała. Z boku stali ci, którym w środku było za gorąco. Wygłupiali się i śmiali, nie martwiąc się o spokój okolicznych mieszkańców. Żyli chwilą, a ta – oczywiście doprawiona alkoholem – smakowała wybornie.
Marcin znowu zerknął na ekran komórki. Na mapie centrum Poznania wisiała pinezka oznaczająca lokalizację Nadii.
Wjechał na Wrocławską i zaparkował kilka metrów od klubu, oczywiście na zakazie. Przeszedł obok rozbawionych ludzi, stanął naprzeciwko wejścia i kontrolnie zerknął na ekran. Mapa pokazywała, że on oraz idealna sylwetka Nadii, będąca jednocześnie jej awatarem w komunikatorze, znajdują się w tym samym miejscu.
Rozejrzał się, ale nie widział jej bioder, nóg ani twarzy. Zajrzał do komórki, odszukał listę ostatnich połączeń przychodzących i wybrał jej numer. Zawsze była dla niego numerem, nigdy nie wpisał jej do książki telefonicznej.
– Gdzie jesteś? – spytał z pretensją, kiedy odebrała.
Rozłączyła się bez słowa. Musiał czekać.
Minutę później zauważył, że idzie po schodach. Obserwował, jak spogląda pod swoje długie nogi, jak poprawia krótką spódniczkę, jak oblizuje usta. Zauważyła go i podeszła na tyle blisko, że poczuł jej mdląco słodki zapach.
– Miałaś do mnie nie wydzwaniać! – wypalił.
– I nie wydzwaniałam. Dziś zadzwoniłam pierwszy raz od kilkunastu miesięcy. – Oczy Nadii zdradzały, że nie była w najlepszej formie. Łzy już zniknęły, ale rozmazany tusz do rzęs i zaczerwienione powieki mówiły same za siebie.
– Prosiłem, żebyś nie dzwoniła.
– Nie! Powiedziałeś, że telefon to ostateczność.
Miała rację, ale dla Marcina ostatecznością były trzęsienie ziemi lub najazd kosmitów.
Przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem. Kiedy odwróciła głowę, uznał, że wygrał. Nie zdążył jednak podsumować wyniku starcia, bo Nadia podeszła do najbliższej ściany, oparła się o nią, ugięła nogę w kolanie, a potem posłała mu spojrzenie, które znał aż za dobrze. Gdy je widział, za późno uświadamiał sobie, że właśnie przepada z kretesem w otchłani dzikiego pożądania.
– Co robisz?! – Próbował się bronić, ale i tak podszedł bliżej.
Uśmiechnęła się, jakby chciała powiedzieć, że wie, jak go podejść.
– Nie na to się umawialiśmy. – Oparł ręce o ścianę.
– Tak? A na co? – Przesunęła językiem po górnej wardze.
– Na pewno nie na rżnięcie na środku ulicy! – warknął, przesuwając dłonie na biodra kobiety.
– To na co? – powtórzyła. Pożądanie zniknęło z jej oczu.
– Dobrze wiesz.
– Nie, nie wiem. Powiedz mi. – Schyliła się i wymknęła z jego objęć. – Przypomnij mi, że to mnie przypadła w udziale rola tej drugiej. Mam siedzieć w cieniu i grzecznie czekać, aż sobie o mnie przypomnisz.
– Serio, kurwa?! Ściągnęłaś mnie tu w środku nocy, żeby robić scenę zazdrości?! Nigdy nie miałaś nic przeciwko takiemu układowi! Od początku wiedziałaś, że jestem żonaty!
– W dupie mam twoją żonę! W dupie mam ciebie! – wrzasnęła i się rozpłakała.
Szarpnęła się, by odejść, ale w ostatniej chwili Marcin złapał ją mocno za nadgarstek, po czym przyciągnął do siebie i pocałował.
Broniła się. Wykręcała rękę tak mocno, że w końcu się oswobodziła. Zacisnęła pięści i zaczęła uderzać w kochanka. Raz, drugi, trzeci. Znowu go zaskoczyła – nie zrobiła tego nigdy wcześniej.
Stali w ciemnym miejscu, ale i tak się rozejrzał. Ulica była pełna młodych, zajętych sobą ludzi. Nikt nie zwracał na nich uwagi, Marcin wiedział jednak, że to tylko kwestia czasu. Kiedy zauważył bramę, decyzję podjął w ułamku sekundy.
– Zachowujesz się jak smarkula! – Zablokował następny cios Nadii, złapał ją za nadgarstek i pociągnął w głąb bramy.
Pchnął ją na ścianę. Uderzyła w nią plecami i jęknęła. Nie skuliła się jednak, nie uciekła – po prostu stała i czekała na ciąg dalszy. Marcina podniecało takie krnąbrne zachowanie. Podszedł bliżej, znalazł jej obie dłonie, złapał i uniósł. Nie mogła go już ani bić, ani odpychać.
Wrócił do całowania. Ugryzła go, więc zrezygnował z zabawy ustami i zaczął kąsać jej szyję. Jednocześnie napierał biodrami na ciało Nadii. Kiedy poczuł, że jej biodra zaczęły kręcić niewielkie kółka, uznał, że zapomniała o obronie. Puścił jej ręce. Gdy te opadły, poczuł je na swoich pośladkach. Kobieta przyciągnęła go do siebie. Wsunęła dłonie pod jego koszulkę i z pełną premedytacją przesunęła paznokciami po plecach, by zadać mu ból.
Nie pozostawał dłużny. Złapał ją za ramię, mocno ścisnął i szarpnął, jednocześnie robiąc wykrok w tył. Nadia straciła równowagę i dała się poprowadzić. Jej ciało wychyliło się w stronę kochanka. Ten brutalnym ruchem odwrócił je tyłem do siebie, po czym przycisnął do ściany. Twarz Nadii otarła się o brudne cegły.
– Mówiłaś coś o mnie i dupie? – syknął wprost do jej ucha.
– Tak! – powtórzyła hardo. – Że mam cię w dupie!
– O nie! – Złapał ją za włosy, po czym docisnął twarz do ściany. – Mała korekta. – Drugą ręką uniósł jej spódnicę i zerwał majtki, a następnie rozpiął swój rozporek. – Dopiero za chwilę mnie poczujesz. Najpierw w swojej zajebiście wilgotnej cipce, a potem w dupie.
***
Paweł Dobrogowski stał w niewielkim rozkroku. Prawa stopa dotykała wanny, a lewą od muszli klozetowej dzieliły milimetry. Dłonie opierał na obrzydliwej umywalce. Wiele razy traktował ją środkiem czyszczącym, ale brud nie znikał. Brudnoszara otoczka odpływu komponowała się z zakamienionym kranem i kratką wentylacyjną znajdującą się pod sufitem. Na tej ostatniej znajdowała się czarna nieregularna powłoka świadcząca o braku cyrkulacji powietrza i zawilgoceniu.
Nie wiedział, kto wynajmował to mieszkanie przed nim. Nie chciał wiedzieć. Czasami wyobrażał sobie obrzydliwego grubasa, który do tej mikroskopijnej łazienki wchodził tyłem, od razu z opuszczonymi gaciami. Dosuwał się do muszli i siadał na niej, a tłuste ramię napierało na umywalkę.
Za każdym razem, kiedy Paweł stawał w tym klaustrofobicznym pomieszczeniu, z odrazą przypominał sobie o tym, że nie miał pieniędzy na wynajem czegoś lepszego. Ledwo co zamienił dwupokojowe przestronne mieszkanie na kawalerkę z aneksem kuchennym i półtorametrową łazienką.
Oderwał ręce od umywalki i zerknął w lustro, ale szybko uciekł wzrokiem. Wolał się skupić na tym, że z kaloryfera odpadała farba, a przy kratce wentylacyjnej wychodził grzyb.
„Nie szukaj problemów na zewnątrz, ale w sobie” – przypomniały mu się słowa świętej pamięci matki i uśmiechnął się. Michalina Dobrogowska potrafiła go zdiagnozować tak dogłębnie, że gdyby chciał się pozbyć wszystkich problemów, musiałby zamieszkać w gabinecie psychoanalityka.
Kiedy w końcu odważył się spojrzeć sobie w oczy, zobaczył w nich smutek.
– No, facet! Z takim lookiem to ty żadnej dupy nie wyrwiesz.
Niektórzy mężczyźni udawali smutek, by przyciągać do siebie kobiety, a on miał go tyle, że mógłby założyć harem. Pokręcił głową, by przyjrzeć się swojemu odbiciu z każdej strony: pociągła twarz, blond włosy z krótką grzywką opadającą na czoło i nieposkromiony kilkudniowy zarost.
Jasnoszara bluza z kapturem i czarne bojówki były niczego sobie, ale w połączeniu z taką twarzą sprawiały, że wyglądał jak godny pożałowania chłoptaś, nie materiał na przygodny seks.
Sięgnął do szafki ukrytej za lustrem i wyjął z niej maszynkę do golenia. Rozsmarował na twarzy piankę – przez chwilę się zastanawiał, czy miałby powodzenie jako święty mikołaj z długą, białą brodą – a potem pozbył się i wąsa, i brody.
Zmienił spodnie, zrzucił z siebie bluzę i T-shirt, z dumą spojrzał na swój brzuch. Sześciopak, umięśnione ramiona, plecy i nogi były efektem regularnych ćwiczeń.
Ponownie stanął przed lustrem, rozsmarował na dłoniach żel do włosów i z jego pomocą zmienił położenie grzywki. Postawił ją i delikatnie zaczesał do tyłu.
Uśmiechnął się do siebie, a następnie zmrużył oczy. Już nie wydawały się tak bardzo smutne jak jeszcze kilka minut wcześniej. Z gładką twarzą, uśmiechem i tatuażami wyglądał na samca ociekającego testosteronem. Teraz powinien wyjść z domu i poderwać najlepszą laskę w lokalu. Albo zostać, walnąć sobie kilka setek i pójść spać.
Rozważania przerwała mu dzwoniąca komórka.
Sięgnął do spodni. Wystarczyło jedno spojrzenie na ekran, by podjąć decyzję, że dziś na pewno wyjdzie na miasto.
– No?
– Możesz jutro odebrać Wiktora od moich rodziców i zawieźć go do szkoły? – Elka siliła się na oficjalny urzędowy ton.
– Co?
– Czy możesz… – Kobieta wyraźnie tłumiła śmiech. – Możesz odebrać… Odebrać… No kurczę, uspokójcie się, próbuję rozmawiać! – skarciła kogoś, a odpowiedziało jej kilka kobiecych chichotów. – Czy możesz jutro rano podrzucić swojego syna do szkoły?
Paweł zazgrzytał zębami, zanim odpowiedział:
– Dlaczego ja?
– Bo jesteś jego ojcem? Chwilowo jedynym, którego ma.
– A ty jesteś matką. I to z tobą ma mieszkać zgodnie z dzisiejszym wyrokiem sądu. Z tobą, nie z twoimi rodzicami.
– Gdybyś był jego ojcem, tobyś go podrzucił…
– Żebyś ty mogła imprezować i pić?
Minęło kilka sekund, nim odpowiedziała:
– Wiesz co? Pierdol się, skoro to dla ciebie taki wielki problem! – Nagle z rozbawionej i nawalonej idiotki przeistoczyła się we wściekłą bestię. – Pierdol się, tatuśku od siedmiu boleści! – wrzasnęła i rozłączyła się.
Szybko poszło: i rozmowa, i sprawa rozwodowa. Dziś zapadł wyrok, oboje stali się wolnymi ludźmi. Elka zapewne oblewała swój powrót na rynek singli, a on użalał się nad sobą w domu. A powinien się bawić. I świętować. Przecież właśnie zakończył największą pomyłkę swojego życia!
***
Ostatnie trzy pchnięcia przyniosły Marcinowi falę przyjemności rozlewającą się po ciele.
– Jesteś zajebista.
– Wieeem – wymruczała.
Pewność siebie Nadii budziła w nim sprzeczne odczucia: odpychała i intrygowała; wkurzała i budziła podziw.
Nie zdążył jeszcze uspokoić oddechu, gdy w bramie pojawili się ludzie – nie mógł dłużej tkwić przyklejony do pleców kochanki. Wyszedł z niej, w pośpiechu zapiął rozporek i cofnął się kilka kroków. Kobieta opuściła spódniczkę i podniosła z ziemi rozerwane stringi.
– Odkupujesz – mruknęła, upychając materiał w torebce.
– To może na następne spotkanie przyjdź bez gaci?
– Mam ci przypomnieć, że nie planowaliśmy dziś spotkania?
Imprezowicze rozsiedli się na schodach prowadzących do kamienicy. Popijali piwo i głośno się śmiali.
Marcin pokazał Nadii głową, że powinni wyjść na ulicę. Posłusznie ruszyła w stronę wyjścia. Szedł za nią, patrząc, jak jej biodra delikatnie się kołyszą. Kiedy stanęli przy jego samochodzie, spojrzała mu bezczelnie w oczy.
– Masz coś jeszcze do powiedzenia na temat rżnięcia się na ulicy?
Światło pobliskiej latarni padło na jej twarz. Dopiero w tym momencie Momoa uświadomił sobie, że przesadził. Na policzku Nadii – tym przylegającym kilka chwil wcześniej do ściany kamienicy – były zadrapania.
– Sprowokowałaś mnie.
– Ja?
– Wiesz dobrze, co na mnie działa. – Marcin zacisnął usta.
– Wiem też, jakie są zasady. I chciałam zauważyć, że to nie ja je łamię.
– No tak, aniołek z ciebie! Nie ty je łamiesz, ale to właśnie ty dajesz z siebie wszystko, żeby sprowokować mnie do przekroczenia granic, których przekraczać nie powinniśmy!
– Powinniśmy, nie powinniśmy. Gadasz jak pierdolony ksiądz. – Nadia przewróciła oczami.
– Taki już jestem. Po co dzwoniłaś?
– Nieważne.
– Wyciągasz mnie z domu w środku nocy po to, żeby powiedzieć „nieważne”? Serio, kurwa?!
– Powiedz teraz, jak bardzo żałujesz, że opuściłeś ciepłe gniazdko – skrzywiła się – z zapłodnioną i zupełnie niezainteresowaną seksem żoną. – Zachichotała, a potem zerknęła na swój telefon.
Marcin boleśnie odczuł, że powiedział jej o sobie stanowczo zbyt wiele. Teraz coraz częściej wykorzystywała to podczas kłótni.
– Miałaś, kurwa, nie dzwonić!
– A ty miałeś nie być takim kutasem!
– Ale może ja jestem kutasem? – Zarechotał.
Uderzyła go w policzek. Jej twarz znajdowała się nie dalej niż dwadzieścia centymetrów od niego, a w nim znowu buzował ten sam ogień, który napędzał go w bramie. Chciał jej tu i teraz, chciał zerwać z niej ubrania, złapać za kark i rzucić na karoserię. Przycisnąć tak, by jej piersi rozpłaszczyły się na zimnej stali, a tyłek stał się jedynym i widocznym celem – jak tarcza strzelecka z niewielką i pożądaną dziesiątką.
Jeszcze raz rzucił okiem na wypełnioną ludźmi ulicę i ściany kamienic, na których mogły się znajdować kamery. Znudzeni pracownicy monitoringu miejskiego mieliby ubaw, gdyby zaserwował im porno na żywo. Pewnie przysłaliby jakiś patrol, który przyjechałby z prędkością światła, by móc zająć miejsca w pierwszym rzędzie w oczekiwaniu na wielki finał.
Nie chciał, by ktoś ich podglądał. Nie znaczyło to jednak, że musiał zrezygnować ze swojej fantazji. Wyjazd za miasto zająłby im nie więcej niż dwadzieścia minut.
– Wkurwiasz mnie, wiesz? – Zanim dodał coś jeszcze, jego komórka zawibrowała w kieszeni. – Halo? – Odszedł kilka metrów dalej, żeby Nadia nie słyszała rozmowy.
– Zbieraj się, Momoa. Macie realizację. Odprawa za czterdzieści pięć minut.
Marcin zerknął na zegarek. Słowa dyżurnego zniszczyły wizję pośladków Nadii trzęsących się na masce samochodu. Czterdzieści pięć minut to za mało na zaliczenie porządnego rypanka, odstawienie dziewczyny i dotarcie na odprawę.
Wziął trzy głębokie oddechy i się odwrócił.
– Nadia… Przecież wiesz, że jesteś… – Urwał. Najchętniej powiedziałby, że „niezbędna” i że chciałby odwieźć ją do domu, i w ramach podziękowań przyjąć szybkiego lodzika, oczywiście w samochodzie zaparkowanym gdzieś na poboczu, ale wiedział, że taka propozycja jej się nie spodoba.
– No? Jaka? – Popatrzyła wyczekująco.
– Ważna.
– Jak bardzo?
– Nadia, nie kłóćmy się. Uwielbiam ciebie, twoje ciało, twój temperament. Kiedyś przez ciebie oszaleję. Bez przerwy o tobie myślę.
– Serio? – Przestała marszczyć czoło, podeszła do niego i przytuliła się.
Nagle na chodniku pojawiło się dwóch dresiarzy. Szli w ich stronę. Poczuł jej dłonie na swoich pośladkach. Miał świadomość, że czas ucieka. Jeśli chciał zrealizować swój plan, musiał działać.
– Kocham cię, wariatko.
– Ale ją kochasz bardziej, co?! – syknęła nerwowo, zbyt nerwowo.
Emocje dziewczyny udzieliły się i jemu. Właśnie mijali ich dresiarze, a jeden z nich trącił Marcina ramieniem.
– Uważaj, kurwa, jak chodzisz! – warknął mimowolnie Momoa.
– A w ryj, cwelu, chcesz?! – ryknął dresiarz.
Najwyraźniej od początku szukali zaczepki, bo w jednej chwili stanęli przed nim, prężąc mięśnie jak nabuzowane testosteronem koguty.
Marcin uległ presji. Postawił się im, a oni posyłali mu to groźne spojrzenia, to wiązanki przekleństw. Żaden nie wyprowadził jednak ciosu, najwyraźniej nie przywykli do tego, że potencjalna ofiara nie ucieka na sam ich widok.
– Uważaj, jak stoisz! – burknął w końcu jeden z nich i dał koledze znak do odwrotu.
Marcin odczekał, aż odejdą na tyle daleko, że będzie mógł się odwrócić do nich plecami. Chciał kontynuować rozmowę z Nadią, ale kobiety już przy nim nie było. Rozejrzał się i zauważył, że siedzi w jego aucie. Obmacał kieszenie i od razu otrzymał odpowiedź na pytanie, jak dostała się do środka.
_Dziwka zajebała mi kluczyki!_
Ruszył szybkim krokiem. Chciał kazać jej się przesiąść, a następnie odwieźć ją do domu, ale auto ruszyło gwałtownie.
– KURWA! – ryknął Marcin. Nikt nie miał prawa w taki sposób obchodzić się z jego samochodem.
Zaczął biec. Chciał wyszarpać Nadię zza kierownicy, ale pojazd skręcił w lewo i wjechał za kamienicę. Marcin stracił go z oczu.
***
Paweł Dobrogowski maszerował ulicą Reymonta. Zwykle pokonywał tę trasę samochodem, ale kiedy odebrał telefon od dyżurnego, stał już na przystanku tramwajowym z zamiarem dotarcia do centrum, wypicia morza alkoholu i powrotu do domu w towarzystwie jakiejś apetycznej blondynki czy brunetki. Kolor włosów nie miał znaczenia. Nic nie miało znaczenia, po prostu musiał odreagować.
– Driver? – usłyszał głos kolegi z pododdziału.
– No siema!
Łukasz Wajchert był etatowym jajcarzem. Niezależnie od sytuacji i wymaganego stopnia koncentracji zgrywał się, żartował i podkładał nowym nogi, żeby zobaczyć, jak się przewracają. Później opowiadał o tym tygodniami i za każdym razem dodawał do historii jakiś nowy szczegół, mniej lub bardziej fantazyjny.
– Kurwa, Driver, tak mi przykro… – Wajchert zatrzymał się na środku chodnika i spojrzał na Pawła z prawdziwym żalem.
– Ale że co?
– Twoja twarz… – Mężczyzna pokręcił głową.
– O co ci znowu chodzi?
– Jak to o co? Co się stało z twoim obrzydliwym ryjem?!
Driver naprawdę nie rozumiał. Ruszył przed siebie, ale Wajchert nie odpuszczał. Szedł obok, intensywnie wpatrując się w twarz Pawła. Był dobrym aktorem: wyglądał na naprawdę zmartwionego.
– Masz na twarzy dupę niemowlęcia. Ktoś ci zajebał wąsa i brodę.
Driver wzruszył ramionami. Nie był w nastroju do żartów. Znajdował się na granicy. Fizycznie i psychicznie. Psychicznie – bo balansował pomiędzy totalną obojętnością na świat a złością na zepsute plany i na zapewne świetnie bawiącą się w tej chwili byłą żonę. Fizycznie – bo szedł chodnikiem odgradzającym gęsty szpaler drzew z zarośniętych ogródków działkowych od ruchliwej dwupasmowej ulicy. Kiedy patrzył w prawo, czuł się jak w parku, wypełniał go spokój. Kiedy patrzył w lewo i widział pędzące samochody, irytował się.
– A ty co tak szybko? – spytał ponownie Wajchert, kiedy skręcili w Taborową. – I bez auta?
– Czekałem na przystanku. Wsiadłem tylko w inny tramwaj, niż zamierzałem.
– A chyba dużo zamierzałeś! – Wajchert zarechotał rubasznie. – Grzyweczka na żel, ryj gładki, że nie pogodosz. No i spodnie jak na pizdusia. Na dupy jechałeś?
– Chuj cię to obchodzi, kurwa! Zazdrościsz?
– Po prostu znam życie. Pracuję tu wystarczająco długo, by wiedzieć, że zawsze, gdy się odpierdolę i wylezę na miasto, to zanim coś wydupczę, dzwonią, że jest realizacja. Ale spoko, ty tu jesteś nowy. Nauczysz się, że albo decydujesz się na szybkie i spontaniczne ruchanko, albo obchodzisz się smakiem. Ja już mam taką nerwicę, że nawet nie podbijam do zbyt ładnych dup. Bo wiesz, zanim ściągną gacie, musisz poświęcić im więcej czasu. A jak mam je urabiać pół wieczoru i zostawiać mokre innym frajerom do obrobienia, to szkoda mojej fatygi. Nie jestem, kurwa, dobrym samarytaninem.
Driver spojrzał na zegarek. Do odprawy zostało jeszcze ponad pół godziny. Od szlabanu dzieliło ich już tylko kilka kroków. Na zielonkawej elewacji biura przepustek widniał czerwony szyld: „Komenda Wojewódzka Policji”.
Wajchert nie musiał przypominać Driverowi, że ten jest tu nowy. On to czuł i nadal nie mógł się przyzwyczaić, że pracuje właśnie tutaj.
***
Marcin biegł za samochodem i gdy był już prawie pewny, że nie ma szans w wyścigu z wkurzoną Nadią, katującą silnik ibizy, stał się cud. Auto wpadło w poślizg, a chwilę potem się zatrzymało.
Przyspieszył. Zaczął myśleć, że Nadia przestała się wygłupiać i być może nie ruszy z piskiem opon. Znał ją jednak zbyt dobrze; wiedział, że powinien się przygotować na niespodziankę.
Jego czerwony seat stał ukosem, częściowo na ulicy, częściowo na chodniku. Marcin nie patrzył jednak na chodnik, od razu skierował się do fotela kierowcy. Głowa Nadii leżąca na kierownicy sugerowała, że kobieta nie zatrzymała się z własnej, nieprzymuszonej woli. Coś musiało się stać.
– Nadia?! – Szarpnął drzwi. – Nadia, nic ci nie jest?!
Uniosła się powoli, głośno przełykając ślinę. Miała rozbiegane oczy, a jej dłonie trzęsły się tak mocno, że kobieta niemalże policzkowała samą siebie, kiedy próbowała zasłonić usta.
– Marcin… przepraszam! – wydukała przerażona.
– Jesteś cała? Nic cię nie boli?
Obmacał jej ramiona, klatkę piersiową, ręce. Dziewczyna była w szoku, ale najwyraźniej w jednym kawałku.
– Nie, ale… Nie widziałam… Nie widziałam… Co się stało…? – Wskazała na prawą stronę.
– To tylko auto, nie martw się. – Pogłaskał ją po policzku. Pytania w stylu „Po chuj zabrałaś mi samochód?” zatrzymał dla siebie. Uznał, że na nie jeszcze przyjdzie pora. Teraz musiał uspokoić Nadię, przesadzić na miejsce pasażera i odwieźć do domu.
Wyprowadził ją na zewnątrz, oparł o auto i kazał czekać, a sam zaczął szacować uszkodzenia. Pęknięta przednia szyba, zgięty błotnik i lusterko leżące na chodniku – wszystko to mógł rano naprawić zaprzyjaźniony mechanik, choć pewnie słono sobie policzy.
Momoa nagle poczuł, że zaschło mu w ustach.
Na poboczu ktoś leżał. Nie ruszał się, a z jego ust leciała krew. Uszkodzenia samochodu sugerowały, że odbił się od boku auta, uderzył głową w szybę, a upadając, urwał lusterko. Momoa podszedł do potrąconego. Nie zauważył ruchu klatki piersiowej. Złapał mężczyznę za ramiona i potrząsnął.
– Halo?
Brak reakcji i rozchodzący się po ulicy głośny płacz Nadii zmusiły Marcina do działania. Nie wyczuł u ofiary pulsu. Podniósł się z klęczek i rozejrzał. Na szczęście byli sami. Tylko Nadia, on i jakiś palant, który zniszczył mu samochód.
– Czy on… – Kobieta z trudem łapała oddech. – Czy on nie żyje?
Marcin nie odpowiedział. Odepchnął ją i ustawił tak, żeby nie patrzyła na ciało.
– Co się stało? – spytał, nie odrywając spojrzenia od ofiary.
– Nie… Nie wiem.
– Nadia, skup się, do kurwy nędzy! Co się stało?
– Jecha… Jechałam…
Widział, że mówienie przychodzi jej z trudem, ale nie mógł dłużej czekać. W każdej chwili ktoś mógł się pojawić.
– Jechałaś i co?
– I wyskoczył… – odpowiedziała drżącym głosem, wymachując ręką. – Nie wiem… Naprawdę nie wiem skąd!
– Hamowałaś.
– Nie.
– Hamowałaś! Wjechałaś w chodnik i… – Marcin analizował sytuację: ustawienie auta, uszkodzenia, ułożenie ciała. Kimkolwiek był spacerowicz, miał pecha. Znalazł się w złym miejscu o złej porze.
– Co ja zrobiłam? Marcin?! Co zrobiłam?! On nie żyje! Kurwa, Marcin, on nie żyje! Zabiłam człowieka! Pójdę siedzieć!
– Zamknij się! Słyszysz?! Zamknij się! – Złapał Nadię za przedramię i ścisnął tak mocno, że syknęła z bólu.
Miał dwa wyjścia: szybką ucieczkę lub telefon na policję. Pierwsze wyjście od razu odrzucił. Gdyby gliniarze znaleźli świadka, jakąś cierpiącą na bezsenność kociarę siedzącą przy oknie, nie wyłgałby się. Czerwona ibiza rzucała się w oczy, a ślad po rozmowie z Nadią został na najbliższym maszcie telefonii komórkowej.
Wyjście numer dwa oznaczało, że będzie musiał wytłumaczyć Beacie, dlaczego w czasie, kiedy powinien być na realizacji, szlajał się po mieście, a także dlaczego jego auto prowadziła obca kobieta.
Nadia wyglądała na tak roztrzęsioną, że już w czasie pierwszego przesłuchania powiedziałaby o wszystkim: o potrąceniu, ich kłótni, seksie w bramie i ciągnącym się od ponad roku romansie.
– Nie patrz na niego! – Potrząsnął kochanką. – Na mnie patrz, kurwa! Na mnie! W oczy! I skup się! Przestań ryczeć! Słyszysz, co do ciebie mówię?!
Przełknęła łzy, otarła twarz i skinęła głową.
– Teraz wrócisz do klubu. Wypijesz coś przy barze. Dasz się zapamiętać barmanowi. Masz wyglądać na rozbawioną.
– Ale…
– Nie dyskutuj, kurwa! Cały wieczór byłaś w klubie. Nie dotknęłaś tego auta, rozumiesz? Idź już, kurwa! Po prostu idź! – Odepchnął ją, wsiadł do samochodu, sprawdził położenie siedzenia kierowcy i wyciągnął z kieszeni telefon. – Marcin Letki, właśnie potrąciłem mężczyznę. Jest nieprzytomny, wyraźne obrażenia głowy. Czekam na Podgórnej, proszę o pilny przyjazd.
***
Posterunkowy Pluciński dotarł na miejsce zdarzenia i przystąpił do wykonywania czynności służbowych bez oglądania się na partnera. Ratownicy, którzy pojawili się wcześniej, najwyraźniej właśnie skończyli swoją pracę.
– Cześć, co tak szybko? – spytał lekarza.
– Zgon, nawet nie ma co rozkładać sprzętu.
– Wiemy, kto to?
Medyk pokręcił głową. Pluciński założył rękawiczki i sprawdził kieszenie ofiary, ale nie znalazł w nich odpowiedzi na swoje pytanie.
– Śmiertelne potrącenie – burknął i spojrzał w stronę sprawcy.
Nie lubił takich typów. Kruczoczarne, lekko kręcone włosy sięgały szyi, a wypielęgnowane broda i wąsy dodawały męskości ich posiadaczowi. Masywne ciało i złowrogie spojrzenie informowały innych samców o wysokim poziomie testosteronu oraz pewności siebie. Pluciński wyglądał przy sprawcy jak pizda w mundurze.
– I co tu się stało, panie kierowco? – spytał pozornie swobodnym tonem. Wiedział, że to on ma tutaj wyjątkową moc: był gliną i mógł sprawcę wypadku zgnębić, upokorzyć, a nawet rzucić na ziemię i skuć. Z przyjemnością zobaczyłby tę pewną siebie i znudzoną gębę na płytach chodnikowych.
– Z premedytacją wyskoczył mi pod koła.
– Z premedytacją? – zdziwił się policjant. – Proszę przygotować dokumenty i prawo jazdy.
Mężczyzna ani drgnął.
– Dokumenty!
– Sierżant sztabowy Marcin Letki, jestem z firmy.
– Z firmy?! – zjeżył się Pluciński.
Pracował w drogówce od dwóch lat i przeprowadził setki podobnych rozmów. Większość zatrzymanych przeszukiwała zasoby swojej pamięci, by odnaleźć w niej nazwisko jakiegoś funkcjonariusza. „Zna pan Michalskiego? Tego policjanta z Zadupia Dolnego?” – pytali z nadzieją, że wspólny znajomy skasuje ich przewinienia drogowe.
– Samodzielny Pododdział Antyterrorystyczny Policji. – Mężczyzna podsunął mu pod nos legitymację. – Jechałem nie więcej niż pięćdziesiąt, facet szedł chodnikiem. Zatrzymał się, a chwilę później był już na mojej masce. Zahamowałem. Wybiegłem. Nie oddychał. Zawiadomiłem pogotowie.
To wszystko zabrzmiało jak policyjny raport: beznamiętne odtworzenie zdarzeń prowadzących do zabicia przypadkowego człowieka. Na antyterroryście spowodowanie wypadku, w którym zginął człowiek, nie robiło żadnego wrażenia. Na Plucińskim – wręcz przeciwnie.
I nie chodziło o trupa, okoliczności zdarzenia czy ewentualne konsekwencje. Przez chwilę Plucińskiemu wydawało się, że chociaż jest niższy, chudszy, brzydszy i znacznie mniej pewny siebie niż przystojniaczek, to on wygrywał w tym starciu. Wygrywał, bo był policjantem.
Teraz okazało się, że jest jedynie policjantem. Szaraczkiem w mundurze, nikim. Od zawsze marzył o tym, by dostać się do brygady antyterrorystycznej, ale warunki fizyczne mu na to nie pozwalały.
– Nie tak szybko, panie Letki! – zareagował, gdy mężczyzna odwrócił się z widocznym zamiarem powrotu do samochodu. – Musimy spisać uszkodzenia auta, podpisać protokoły, sprawdzić trzeźwość, poczekać, aż przyjadą prokurator, technik…
– Kurwa, facet! – Momoa przewrócił oczami. – Chyba czegoś nie kminisz. Jeśli chcesz, to ci dmuchnę, a później spadam. Tu masz mój numer. – Podał mu kartkę z dziewięcioma cyframi. – Zadzwoń, a ja przyjadę i podpiszę papiery.
– Nie tak szybko! – powtórzył Pluciński, zagradzając mu drogę do samochodu. – Na miejscu musi się stawić pana przełożony.
– Przełożony? – Antyterrorysta parsknął śmiechem. – Jaja sobie, kurwa, robisz?! Właśnie jadę na realizację. – Spojrzał na zegarek. – Mam jeszcze kwadrans do odprawy. Wiesz, co się stanie, jeśli się na niej nie pojawię?
– Ty masz swoją robotę, ja swoją, nie utrudniaj. Jest trup, procedur nie zmienisz.
– Czy ja ci utrudniam? Pokazuję szmatę, daję numer telefonu. Wszystko podpiszę, nie uciekam od odpowiedzialności. Wiesz, czym się różnimy?
Różnica była oczywista, dokładnie taka jak pomiędzy zwykłą kobietą a gwiazdą filmową. Każdy policjant marzył o tym, by dostać się do elitarnej grupy antyterrorystów. Pluciński nie zamierzał jednak odpowiadać na to pytanie. Musiał się skupić na wykonywaniu swoich obowiązków.
– Ty masz martwego frajera, który wlazł mnie, czyli niewinnemu gościowi, pod koła – kontynuował Letki. – My zatrzymujemy prawdziwych przestępców, wchodzimy jako pierwsi, żeby zapewnić bezpieczeństwo NASZYM. NASZYM, kminisz? Nie mogę spierdolić roboty, od której zależy życie wielu policjantów, tylko dlatego, że jakiś chuj zdecydował się wjebać pod koła mojej bryki!
– Twój samochód zostaje zabezpieczony. Lepiej wezwij taksówkę.
***
Driver siedział za kierownicą transportera i jechał na przodzie kolumny. Na odprawie otrzymali informacje o konieczności zatrzymania handlarza bronią. Zlecający spodziewali się, że w mieszkaniu zastaną spory arsenał, dlatego poprosili o wsparcie.
Paweł bardzo dobrze czuł się za kierownicą. Sam często jeździł nocą, by rozkoszować się prędkością i poczuciem panowania nad światem. Przyjemne uczucie zyskało na sile, kiedy po dwóch miesiącach pracy w SPAP-ie pozwolono mu jeździć na akcje z chłopakami. Świadomość tego, że w aucie miał sześciu uzbrojonych po zęby antyterrorystów, dodawała skrzydeł. Mógł jechać tak, jak lubił: szybko i agresywnie.
Pękał z dumy, bo był pierwszym rekrutem, który dostąpił zaszczytu uczestniczenia w realizacjach. Antyterroryści ostrożnie oceniali nowych członków zespołu. Tylko co piąty przyjęty na próbę zostawał na stałe.
Codzienna współpraca – a raczej wspólne życie – z antyterrorystami była ostatnim i najtrudniejszym etapem rekrutacji. Złożenie dokumentów, pochwalenie się sukcesami, determinacją oraz predyspozycjami – to stanowiło tylko wstęp. Na testach psychologicznych i sprawnościowych wykładali się nawet najlepsi. Jednostka antyterrorystyczna z założenia miała się składać z ludzi cholernie odpornych na stres, ból i wysiłek. Wielu wydawało się, że spełniają kryteria… dopóki nie postanowili się sprawdzić.
Prawdziwy test następował później, o czym nowo przyjęty do SPAP-u nie zdawał sobie sprawy. Świętował awans z policji do elitarnej jednostki, pijąc ze znajomymi na umór i zgrywając twardziela. A później wchodził do świata prawdziwych twardzieli. Tutaj musiał zasłużyć na ich zaufanie i szacunek.
Antyterroryści byli jak jeden organizm. Każdy z nich miał imię, nazwisko i stopień służbowy, ale podczas realizacji naciągali kominiarki i niemalże synchronizowali oddechy. Posługiwali się ksywkami, by w pełni odciąć się od swoich prawdziwych tożsamości.
Driver milczał. Na realizacje zawsze jeździli w skupieniu i wymieniali wyłącznie niezbędne informacje. Nawet zgrywus Wajchert powściągał wesołkowatość, ale dziś zainteresował się pododdziałowym przystojniakiem.
– Co jest, Momoa? Momoa? – Wajchert klepnął przyjaciela w plecy. – OK?
– Wszystko gra.
– Jesteś z nami?
– Jak zawsze.
Momoa dotarł na odprawę w ostatniej minucie. Do samochodu też wszedł ostatni, a gdy tylko usiadł, od razu włożył do ust porcję makli. „Żucie tytoniu pomagało mu zapanować nad nerwami.
– Jesteśmy – zakomunikował Driver, kiedy dojeżdżali na miejsce. Zerknął z zazdrością w lusterko. Czarni byli gotowi do realizacji. Najchętniej poszedłby z nimi i poczuł na własnej skórze różnicę pomiędzy ćwiczeniami a prawdziwą akcją. Na razie jednak jego rola ograniczała się do bycia kierowcą.
Samochód się zatrzymał, a dowodzący grupą odwrócił się do chłopaków i warknął:
– Pamiętajcie, że w środku mogą być dzieci.