Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Księga grzechu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
4399 pkt
punktów Virtualo

Księga grzechu - ebook

Podczas remontu wieży starego kościoła na obrzeżach Szczecina zostaje odnaleziona kapsuła czasu. Okazuje się, że w środku znajduje się manuskrypt zapisany łaciną. Wojewódzki Konserwator Zabytków zwraca się o pomoc do światowej sławy autorytetu w dziedzinie archeologii sakralnej, Nikity Wajdy.

Podczas analizy dokumentu profesor odkrywa, że tekst przypomina jeden z rozdziałów zakazanej przez kościół katolicki „Księgi Grzechu”. Legendarny apokryf miał zostać napisany przez wyznawców ekskomunikowanego przez Watykan księdza działającego na obecnych terenach Polski i Niemiec w drugiej połowie XIX wieku.
Wkrótce po tym do Wajdy zgłasza się wnuk założyciela bractwa, który proponuje milion euro za odnalezienie pozostałych rozdziałów Księgi. Szybko okazuje się, że znalezisko wzbudziło zainteresowanie nie tylko bibliofilów na całym świecie, ale również Watykanu i tajemniczego Kolekcjonera, dla którego Księga ma wartość większą niż ludzkie życie.

Nikita, zgadzając się na misję, nie wie, że wkracza na ścieżkę prowadzącą ciemną doliną. Nawet nie podejrzewa, że on i członkowie jego zespołu staną się celem świętej krucjaty. Prawda, którą odkrywają, może bowiem zatrząść filarami najpotężniejszej organizacji na świecie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-184-1

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Altdamm, Stettin¹, późny listopadowy wieczór 1860 roku

W powietrzu unosił się zapach świeżo ciosanego drewna, kurzu i mokrego tynku. Z wieży owiniętej rusztowaniem z wilgotnego jeszcze drewna sosnowego dobiegało sporadyczne skrzypienie, pogłos dziennej pracy cieśli. Remont trwał już trzeci miesiąc. Wieża, nadkruszona czasem i burzami, miała znów przypominać tę z ryciny sprzed stu lat, ale tej nocy nikogo to nie interesowało. Nikt nie patrzył w górę.

Wnętrze kościoła tonęło w półmroku. Świece dymiły w żelaznych lichtarzach ustawionych na pobielanym ołtarzu i wokół prezbiterium. Nawę główną otulał zapach zimnych kamiennych ścian, stopionego wosku. Niemal słychać było stare modlitwy. W powietrzu, jak przed burzą, wyczuwało się napięcie.

Johannes Ronge stał wyprostowany pośrodku prezbiterium, oświetlony nieregularnym światłem. Na jego bladą twarz padały cienie. Miał na sobie długi, czarny płaszcz przypominający sutannę, pozbawiony jakichkolwiek symboli. Zamiast koloratki wokół jego długiej szyi wił się bordowy jedwabny szalik. W ręku trzymał zapisane drobnym maczkiem arkusze. Dokumenty były owinięte płótnem i przewiązane cienkim sznurkiem konopnym. Głos kapłana był spokojny, ale głęboki, niósł się po łukach gotyckiego sklepienia.

– Przyszłość należy do ludzi sumienia, nie do hierarchów – powiedział cicho, lecz z siłą, która sprawiła, że kilku mężczyzn w ławach poruszyło się niespokojnie.

Siedzący po obu stronach głównej nawy ubrani byli podobnie jak ksiądz. Mieli na sobie ciemne, długie płaszcze, niektórzy skrywali pod nimi niemieckie surduty z wysokim kołnierzem, inni – proste płócienne marynarki. Kilku trzymało w dłoniach cylinderki lub kaszkiety. Byli wśród nich rzemieślnicy, nauczyciele, młodzi pastorzy, a także kobieta – w ciemnej sukni z wełnianego materiału, z włosami schowanymi pod prostym czepkiem.

W ławie najbliżej ołtarza siedział Friedrich Salinger, nauczyciel z Althüttendorfu, rodzimej miejscowości Rongego, który pomagał mu tłumaczyć starokościelne pisma. Gdy go ekskomunikowano, ruszył z nim w podróż po Europie. Obok niego stał lekko przygarbiony, starszy mężczyzna z siwymi bokobrodami. Franz, wikary z kościoła w Prenzlau, laskę opierał o ławę. Uwierzył mu podobnie jak inni tu zgromadzeni.

Na ścianach kościoła wisiały obrazy, niektóre zasłonięte chroniącym przed pyłem płótnem. Nad nimi z nisz, jakby z ukrycia, spoglądały na nich figury świętych. Tylko ręka częściowo przykrytego rusztowaniem posągu Świętego Jana wskazywała niebo, przypominając zebranym, że wielkie oko patrzy.

– Zebraliśmy się tu nie po to, by stworzyć nowy Kościół – kontynuował Ronge – lecz by odzyskać ducha, którego Kościół utracił. Nie przyszliśmy rzucać kamieniami, ale zdjąć kamienne maski z twarzy tych, którzy mienią się pasterzami, a są tylko rządcami skarbca.

Za jego plecami, w ciemności, majaczył fragment surowej ceglanej ściany. Znajdującą się w tym miejscu wcześniej barokową dekorację zastąpiono pustką.

– Nie mam dziś przed sobą Ewangelii oprawionej w złoto. Nie potrzebuję srebrnego relikwiarza, by mówić o Chrystusie. Mówię wprost: bez kadzidła, bez sutanny i bez błogosławieństwa człowieka, który każe całować złoty pierścień. Watykan stał się rynkiem próżności. Handluje świętością tak jak ci, których Chrystus wypędził ze świątyni biczem – mówił coraz donośniej Johannes, a w jego głosie słychać było coraz silniejsze podniecenie. – W Trewirze pokazano ludowi rzekomą tunikę Zbawiciela. Tłumy przybyły, by ujrzeć kawałek szmaty. – Zaśmiał się. – A Kościół? Przeliczył głowy na monety. Zamiast głosić słowo żywe, wydrukował cennik odpustów. Zamiast dawać światło, sprzedawał cienie. Pytam was: czy to jest wiara, czy to już tylko teatr?! Czy łaska Boża przychodzi przez modlitwę, czy przez bilety sprzedawane u furty?

Ciemna masa stojąca przed nim zafalowała. Niektórzy unieśli dłonie z zaciśniętymi pięściami. Inni krzyczeli:

– Prawda! Dobrze prawi!

Ronge pokiwał głową.

– Kościół, który miał nieść krzyż, obecnie dzierży berło. A na jego tronie nie siedzi sługa sług Bożych, lecz monarcha, który domaga się nie pokory, lecz posłuszeństwa. Nie uznaję prymatu żadnego człowieka nad sumieniem drugiego. Papież może nosić tiarę i ogłaszać bulle, ale nie ma prawa stanąć między mną a Bogiem. Żaden człowiek, choćby w purpurze i złocie, nie może zastąpić Ducha! – Przebiegł wzrokiem po coraz bardziej rozemocjonowanej garstce wyznawców. – Odrzucam kult świętych, który uczynił z Ewangelii pogański panteon. Odrzucam relikwie, które zamieniły wiarę w fetyszyzm. Odrzucam celibat, który zrodził obłudę, i odpusty, które sprzedały zbawienie. Nie chcemy Kościoła, który bogaci się na cudach i rządzi strachem. Chcemy wspólnoty ludzi wolnych, którzy stoją przed Bogiem nie z pochyloną głową, lecz z otwartym sercem. Nie potrzebujemy Rzymu, potrzebujemy prawdy. Nie potrzebujemy kapłanów, lecz świadków. Nie potrzebujemy relikwii, lecz odwagi!

Głos, odbijając się od surowych murów, przetaczał się nad głowami zebranych i niósł po rusztowaniu aż po samą wieżę.

– Bracia! – Jego ręce powędrowały ku górze. – Jesteśmy lwami, nie owcami. Przyszliśmy tu nie po to, by się kłaniać, ale by wstać. Lew nie klęka. Niech ten dzień będzie początkiem. Nie nowej religii, lecz przebudzonego sumienia. Czas opowiedzieć światu o złu, które ukrywa się za purpurą sutanny.

Teraz już wszyscy zgromadzeni, zbici dotychczas w jedną masę, zaczęli wznosić okrzyki. Johannes gestem poprosił o ciszę.

– A teraz słuchajcie mnie uważnie. Czas, w którym żyjemy, nie jest czasem otwartości. Głosimy wolność ducha i dlatego będziemy ścigani przez tych, którzy żyją z jego zniewolenia. Nazywają nas bluźniercami, buntownikami, apostatami. Chcą nas dorwać. Ale to nie my zdradziliśmy Chrystusa. To oni! – Wskazał palcem główne wejście świątyni. – Nasze imiona nie mogą być znane. Nasze słowa nie mogą być głośne. Ale nasza prawda musi przetrwać. Dziś tworzymy księgę. Nie objawioną, lecz świadczącą. Każdy jej rozdział będzie głosił prawdę, którą Kościół chce pogrzebać: o złocie odpustów, zakłamaniu celibatu, przemilczanych zbrodniach, relikwiach, które służą tylko napełnianiu kas. Nie zostanie ona spisana na jednym pergaminie, nie będzie przechowywana w jednym miejscu. Rozdzielimy ją i ukryjemy, tak jak nas nie będzie jej widać. Każdy fragment zostanie powierzony miejscom, które wciąż pozostają święte, nie przez konsekrację, lecz przez obecność naszych braci. Nie pytajcie mnie o nie. Szukajcie wzoru na niebie. Zaufajcie nauce. To, co widzialne, łatwo zniszczyć. To, co ukryte, przetrwa wieki.

Ronge zamilkł. Jego pierś falowała w uniesieniu. Przełknął ślinę i spojrzał na swojego współpracownika. Salinger podszedł do niego. W dłoni trzymał krzyż wykonany z repusowanej blachy miedzianej.

– Ten krzyż, bracia, wykonany przez kowala z miejscowości moich narodzin, będzie swoistą kapsułą czasu. – Podniósł z ołtarza przewiązane sznurkiem papiery, złożył je i umieścił w niewielkiej skrzynce. – Ten tekst w niej zaczeka, aż księga będzie dokończona i przyjdzie czas ukazania jej światu – oświadczył, po czym zwrócił się do Friedricha: – Zamocuj krzyż znów na wieży. Niech góruje nad miastem. Niech będzie jak głos, którego na razie nikt nie słyszy. – Skierował się do wyznawców. – Nadejdzie dzień, gdy nas już nie będzie, w którym księga przemówi. I wtedy żadna tiara, żaden tron, żaden mur nie zatrzymają prawdy. Niech Bóg, nie Rzym, będzie naszym światłem. Niech Lew, nie Baranek, prowadzi nas przez noc. Amen.

– Amen – odpowiedziało mu echem wiele głosów.

1 Obecnie dzielnica Szczecina Dąbie.Rozdział 1. Znalezisko

Szczecin, Dąbie, dziś

Porywisty wiatr tłukł w poszycie rusztowania jak w żagle starego szkunera. Dwóch mężczyzn w uprzężach zatrzymało się tuż pod iglicą neogotyckiego hełmu, gdzie ekipa z pierwszej zmiany właśnie zakończyła demontaż zniszczonego krzyża. Nikt go nie ruszał. Wszyscy czekali, aż pojawi się kierownik prac wysokościowych. To był jego konik. Michał Palacz był jedynym w tej części kraju specjalistą od zabytkowych konstrukcji wieżowych. To on kilkanaście lat wcześniej nadzorował montaż rusztowań wokół hełmu wieży Bazyliki Archikatedralnej Świętego Jakuba w Szczecinie. Przeglądał konstrukcję krzyża na wysokości stu dziesięciu metrów oraz koordynował instalację czujników przeciwwstrząsowych. Nie było łatwo. Nie ze względu na wysokość, lecz głównie z powodu najbardziej upierdliwego, upartego i wymagającego inwestora, z jakim kiedykolwiek przyszło mu pracować. Do dziś na wspomnienie Jana Kazieczki, proboszcza i kustosza bazyliki, przechodzą go zimne dreszcze.

Remont Kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Dąbiu trwał od ponad roku. Już nie tylko wierni naciskali na wykonawcę, by przyśpieszył prace, coraz częściej o czas ich zakończenia pytało także miasto. Restauracja krzyża wieńczącego wieżę miała być symbolicznym zamknięciem robót.

– Piękna sztuka – mruknął Sławek, sięgając po ciężki krzyż. – Nie był ruszany od stu sześćdziesięciu lat – powiedział jakby do siebie i pociągnął.

Zardzewiały uchwyt puścił z jękiem. Miedziany krzyż zsunął się ostrożnie w jego dłonie. Przez chwilę obaj mężczyźni przyglądali mu się z zaciekawieniem. Młodszy ściągnął kask i poprawił jasną grzywę. Przedmiot był osmalony, jakby to wczoraj, a nie przed osiemdziesięciu laty u jego podnóża zakończyła się potężna bitwa między wojskami radzieckimi a niemiecko-holendersko-belgijską zbieraniną broniącą prawobrzeża Szczecina. Po obróceniu zdjętego z wieży elementu uwagę pracownika przykuł nietypowy kształt spodu.

– Szefie, patrz tu. – Machnął głową, wskazując coś wystającego z krzyża. – To nie spaw, to wygląda jak… klapka?

– Pokaż. – Michał położył dłoń na przedmiocie. Zaczął delikatnie usuwać kurz i resztki starego lutowia. Pod cienką warstwą utlenionej miedzi ukazała się niewielka skrzynka z wąskim wiekiem. – Sławek, podaj.

Nie spuszczając wzroku z krzyża, wskazał skrzynkę z narzędziami i pstryknął palcami. Wiedział, że nie powinien tego robić, ale ciekawość zwyciężyła. Chłopak ponownie poprawił grzywę i z pojemnika wyjął śrubokręt. Michał ostrożnie wsunął czubek narzędzia w zardzewiały fragment lutowania. Wieko oderwało się z cichym trzaskiem, a ze skrzyneczki wypadł rulon, który następnie potoczył się po rusztowaniach w dół. Sławek skoczył za zawiniątkiem. Gdy kolejny podmuch wiatru poderwał je do góry i pchnął nad metalową konstrukcję, młody rzucił się za nim, szorując klatką piersiową po rusztowaniu. W ostatniej chwili wyciągnął dłoń nad przepaścią i chwycił znalezisko. Uśmiechnął się szeroko, widząc przerażoną twarz szefa. Palacz podszedł do chłopaka, podał mu rękę i go podciągnął.

– Było blisko – wyszeptał i poklepał go po plecach.

Usiedli oparci o wieżę kościoła. Sławek podał kierownikowi przedmiot. Ten przez chwilę przebiegał wzrokiem po horyzoncie. Roztaczał się stąd spektakularny widok na jezioro Dąbie, Puszczę Bukową i najwyższe budynki Szczecina. Palacz nabrał powietrza głęboko w płuca i zaczął rozwijać pakunek. Papier był zaskakująco sztywny, kruchy na brzegach, miejscami niemal przeźroczysty. W świetle zachodzącego słońca litery zapisane ciemnym, obecnie już wyblakłym atramentem zdawały się płonąć. Michał zmarszczył brwi i pochylił się nad wyraźnym, kaligraficznym pismem.

– _Ecclesia eius ruet. Scriptum in caelo est_² – przesylabizował z trudem. – To pewnie po łacinie. A to co? – Wskazał na drobne rysunki między słowami: stylizowanego lwa, liczbę VII, coś jakby zegar słoneczny i gwiazdy.

– Jakieś symbole? – ekscytował się młodszy. – Pewnie szyfr.

Palacz spojrzał na niego i odchrząknął.

– Dobra, pakujemy to tam, gdzie było, i zapominamy o wszystkim. – Zaczął nerwowo zwijać dokument.

– Racja, szefie, ale wcześniej może na wszelki wypadek pstryknijmy kilka fotek.

Nie czekając na zgodę, wyjął telefon i sięgnął do skrzyneczki. Rozłożył zapisane kartki na deskach i zaczął robić zdjęcia. Palacz rozejrzał się nerwowo dookoła. Czuł, że to, co robią, jest w jakiś sposób niewłaściwe. Podniósł kask i przetarł pot z czoła. Nagle coś zastukało na wieży. Obaj podnieśli wzrok. W miejscu krzyża siedział teraz wielki, czarny jak smoła kruk. Gdy po powrocie do domu Michał opowiadał o tym żonie, przysięgał na wszystkie świętości, że ptak wbił w niego swoje ciemne oczka i zakrakał tak przeraźliwie, jakby wzywał samego Lucyfera.

2 Kościół jego runie. Zapisane jest w niebie.Rozdział 2. Zlecenie

Hanza Tower, Szczecin

Jeszcze dwa baseny i będzie kilometr. Spojrzał na wyświetlacz Garmina. Nawet niezły czas, pomyślał. Wypuścił powietrze z płuc i odchylił głowę do tyłu. Przez przeszklony dach wlewała się oślepiająca fala porannych promieni. Słońce nie było jeszcze wysoko, ale świetlne refleksy już odbijały się od szklanej elewacji Hanza Tower, tworząc na wodzie połyskującą mozaikę.

Nikita Wajda ponownie nabrał powietrza do płuc, odwrócił się i zanurkował. Ostatni odcinek był najtrudniejszy. Kilkadziesiąt metrów pod wodą. Szło mu coraz gorzej, ale się nie poddawał. Każdego dnia powtarzał dokładnie ten sam schemat, choć ostatnie trzy metry wymagały od niego sporego wysiłku i samozaparcia. Wiedział, że zbliża się do granicy.

Gdy się wynurzył, złapał oddech i chwycił się mocno drabinki. Przez chwilę wszystko wokół było jak za mgłą. Z tej chmury wyłoniły się… skórzane buty. Oksfordki. Przetarł twarz i jeszcze raz spojrzał w tym kierunku. Na progu basenu stała niewysoka kobieta, na pierwszy rzut oka trzydziestoparoletnia. Kucnęła przy wyjściu z basenu. Miała spięte w kok kruczoczarne, kędzierzawe włosy. Pełne, wyraziste usta podkreśliła delikatną szminką. Oliwkowa cera, gęste brwi i delikatnie zakrzywiony nos nadawały jej urodzie coś egzotycznego. Była ubrana w wygodne, ale stylowe ciemne spodnie i elegancką, dopasowaną koszulę w stonowanym kolorze i marynarkę. Wyciągnęła dłoń w kierunku Nikity.

– Ewa Mikuła, zastępca Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Szczecinie – przedstawiła się.

Mężczyzna nie odwzajemnił gestu.

– Dzień dobry – odpowiedział i zatrzymał stoper.

Podciągnął się na drabince i wyszedł z wody. Kobieta wyprostowała się i podała mu ręcznik, taksując go od góry do dołu. Wyglądał naprawdę dobrze. Szeroka klatka piersiowa i umięśnione ramiona potwierdzały, że nieprzypadkowo spotykają się na basenie. Musiał bywać tu częściej niż raz w tygodniu. Przewyższał ją o głowę.

Nikita poprawił marchewkową grzywkę, która opadła mu na czoło, podszedł do leżaka i sięgnął po butelkę wody mineralnej. Przez chwilę pił, wbijając wzrok w wystającą z kieszeni marynarki urzędniczki gazetę. Uśmiechnęła się. Pierwszy punkt dla niej. Wajda przekręcił głowę. _Jaką tajemnicę kryje znaleziona tam w czasie remontu skrzyneczka?_³ – przeczytał. Odłożył butelkę z połową płynu i zaczął się wycierać.

– Profesorze, przejdę od razu do rzeczy. – Mikuła wyciągnęła z plecaka zafoliowany dokument. – To jest manuskrypt odnaleziony niedawno w jednym ze szczecińskich kościołów. Tekst stanowi prawdopodobnie jeden z rozdziałów czegoś większego. Potrafimy to odczytać, ale potrzebujemy biegłego, który zrobi pełną analizę.

Widziała, jak jego zielone tęczówki zaczynają płonąć żywym ogniem. Nie spuszczając oczu z rękopisu, zdjął kąpielówki. Nie myślał teraz o niczym innym. Starał się połączyć pierwsze zdanie łacińskiego tekstu, które zdołał odczytać z wysuniętego ku niemu papieru, z nagłówkiem „Gazety Wyborczej” oraz stworzoną naprędce w głowie listą remontowanych obecnie na Pomorzu Zachodnim kościołów. Przez chwilę stał nagi, zastanawiając się, dlaczego właśnie jego wybrała.

Mikuła wciągnęła powietrze w płuca i robiła wszystko, aby nie zauważył, jak mu się przygląda. Nikita wsunął bokserki i sięgnął po biały podkoszulek.

– Nie ukrywam, że zależy nam na czasie. – Kobieta wreszcie odetchnęła. – Wiemy, że dla profesora transkrypcja tekstu, tłumaczenie, datacja paleograficzna, identyfikacja symboli i ornamentów, przeprowadzenie oceny materiałowej i postawienie hipotezy kontekstowej to bułka z masłem. – Zaśmiała się nerwowo. – Dla nas to operacja niczym lądowanie Amerykanów w Normandii.

Wajda bez słowa założył bojówki i adidasy.

– W jakiej części kościoła to znaleziono? – zapytał, nie podnosząc wzroku znad sznurowanych butów. – Skoro przychodzicie z tym właśnie teraz, to dokument pochodzi z elewacji albo wieży Kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Dąbiu – mówił już jakby do siebie. – Pewnie kapsuła czasu. Obstawiam wieżę. – Podniósł wzrok, który zawiesił gdzieś w okolicach szyi kobiety. – Krzyż, tak? – zapytał. Wyprostował się i zerknął na niekryjącą zdumienia kobietę.

– Ale skąd… – zaczęła, jednak zdecydowała się nie drążyć. Zdobyła już to, co było dla niej najważniejsze. Jego zainteresowanie. – Jeżeli chodzi o wynagrodzenie…

Przerwał jej ruchem dłoni.

– Co was szczególnie interesuje? – zapytał, nie spuszczając wzroku z wyciągniętej w jego kierunku dłoni ze znaleziskiem.

Ewa się uśmiechnęła.

– Potrzebujemy wstępnego tłumaczenia, wersji roboczej z przypisami i adnotacją, czy to łacina średniowieczna, czy hybryda z językiem niemieckim lub staropolszczyzną. Na podstawie stylu pisma, użytego alfabetu i formuł proszę też określić możliwy przedział czasowy powstania tekstu. Jeśli natknie się profesor na znak wodny, inicjał, pieczęć albo sygnet, proszę sprawdzić, czy odpowiada znanym symbolom klasztornym, miejskim, herbowym albo zakonnym. Potrzebujemy też oceny materiałowej. Czy to pergamin, czy papier czerpany? Jaki rodzaj atramentu? Oryginał czy raczej późniejsza kopia lub fałszerstwo? No i na koniec odpowiedź na pytanie, co to jest. Fragment księgi liturgicznej? List, testament, apokryf?

Nikita pokiwał głową i sięgnął po rękopis.

– Kiedy mogę się do profesora odezwać? – zapytała.

Wajda przerzucił ręcznik przez ramię i nie żegnając się, powiedział:

– Zapraszam za czterdzieści osiem godzin.

3 Andrzej Kraśnicki jr, _Z wysokiej wieży kościoła w Dąbiu są piękne widoki. Jaką tajemnicę kryje znaleziona tam w czasie remontu skrzyneczka?_, „Gazeta Wyborcza Szczecin”, 25.07.2024, https://szczecin.wyborcza.pl/szczecin/7,34939,31171301,szczecin-dabie-jaka-tajemnice-kryje-skrzyneczka-ze-szczytu.html.Rozdział 3. Półmechaniczna ćma

Wyspa Ko Lanta, Tajlandia

Pokryty tatuażami na całym ciele Taj pochylił się nad leżącą na łóżku zabiegowym dziewczyną. W pomieszczeniu panował zaduch. Pomimo że trzy wiatraki nieustannie mieliły powietrze, wciąż unosił się zapach płynów odkażających, wazeliny i potu. Mężczyzna sięgnął po metalowe ramię, na którego końcu była umieszczona lupa. Włączył okalający lupę pierścień, który rozbłysnął białym światłem LED i przez chwilę przyglądał się swojemu dziełu. Najwyraźniej zadowoliło go to, co zobaczył, bo na jego śniadej twarzy zagościł grymas przypominający uśmiech. Zanurzył czubek igły w kubeczku z tuszem i uzupełnił kartridż czerwonym płynem. Zbliżył maszynkę do smukłej szyi i ponownie ją włączył. Dziewczyna zacisnęła szczęki i cicho syknęła. Leżała w tej pozycji już prawie piątą godzinę. Skóra była tak podrażniona, że każdy kontakt igły ze skórą powodował dotkliwy ból. To była ostatnia sesja. Musiała wytrzymać. I wtedy nastała cisza. Maszynka do robienia tatuażu przestała turkotać i ból odszedł. Słychać było tylko szelest wiatraków.

– Zrobione, _madame_ – powiedział mężczyzna po angielsku z silnym azjatyckim akcentem.

Agne Vitkus odetchnęła z ulgą i z trudem się podniosła. Nie zasłaniała piersi. Po prostu usiadła i sięgnęła po lustro. W odbiciu pojawiła się zarumieniona twarz ładnej dwudziestoparolatki o smutnych oczach. Dziewczyna przejechała dłonią po mokrej od potu, ostrzyżonej na zapałkę głowie. Poprawiła mocowanie kolczyka w nosie i sięgnęła po szklankę z drinkiem. Uwielbiała pomidory, dlatego od czasu przyjazdu na Ko Lantę nie piła niczego innego niż Krwawa Mary. Wiedziała, że nie powinna tego robić ani przed sesją, ani tym bardziej podczas niej, jednak potrzeba trwania w stanie ciągłego upojenia alkoholowego była większa niż koszty związane z rozrzedzoną krwią. Wytatuowany od góry do dołu mężczyzna podszedł do zlewu, odkręcił kran i zaczął myć dłonie.

– Kod jest precyzyjny? – zapytała.

Spojrzał na twarz dziewczyny w lustrzanym odbiciu.

– Tak, sprawdziłem. Działa.

Agne potaknęła i podniosła wyżej lustro, by przyjrzeć się ukończonemu dziełu. Za jej plecami na pomalowanej na różowo ścianie, w wielkim, pamiętającym jeszcze czasy kolonialne zwierciadle odbijał się wyjątkowy wzór – ogromna ćma, w połowie jak żywa, częściowo mechaniczna. Łuski na skrzydłach zastąpiły drobne elementy i części starych zegarków, drutów i pendrive’ów. W cyfrową sieć wpisano subtelną literę „K”.

– Powiesz mi, jakie to ma znaczenie? – zapytał Taj, wycierając dłonie w ręcznik.

Dziewczyna odłożyła lustro, założyła bawełnianą koszulkę na ramiączkach i ponownie sięgnęła po szklankę. Wypiła do końca i spojrzała na mężczyznę. Uśmiechnęła się, prezentując rząd białych, zdrowych zębów.

– Wiesz, co symbolizuje ćma?

Mężczyzna powoli podszedł do dziewczyny, podciągnął jej koszulkę i nakleił przygotowany wcześniej opatrunek na plecy.

– Ślepe pożądanie? – Podniósł głowę i zamknął oczy w zamyśleniu. – Dążenie do samounicestwienia?

Agne wzdęła usta i wypuściła powietrze.

– W kulturze meksykańskiej jest zwiastunem śmierci, istotą przejściową między dwoma światami.

Mężczyzna przykleił ostatni plaster na opatrunek na plecach. Obszedł łóżko dookoła i kucnął przed Vitkus.

– A ta litera? – Wskazał ją w lustrze za plecami dziewczyny.

Agne przez chwilę wpatrywała się w jego ciemne oczy, po czym spuściła wzrok.

– To jest…

Nie zdążyła dokończyć, bo na stoliku zawibrował telefon. Spojrzała na wyświetlacz. Kierunkowy z Polski. Parsknęła wymuszonym śmiechem. Już miała odrzucić połączenie, ale zatrzymała się w połowie drogi. Jeżeli przeszłość ma jej coś do powiedzenia, to może wybrała najwłaściwszy moment, pomyślała. Przeciągnęła palcem zieloną ikonkę. Czekała, aż dzwoniący wypowie pierwsze słowa. W słuchawce odezwał się męski głos.

– Dzień dobry. Nazywam się Frank Ronge i wiem, że nie spodziewała się pani tego telefonu – mówił z trudem po polsku, z silnym niemieckim akcentem. – Mam dla pani zlecenie…

– Nie przyjmuję zleceń. – Już miała przerwać rozmowę i zablokować numer, z którego dzwonił mężczyzna, gdy ten wyszeptał jedno słowo, które ją zmroziło:

– Karolina… – Na chwilę zawiesił głos. – Tak, wiem o niej i wiem, kto to zrobił. – Zaniósł się kaszlem. – Nie zostało mi dużo czasu. Chciałbym, aby pomogła mi pani w odszukaniu pewnej rzeczy. W zamian przekażę pani informację, gdzie obecnie się znajduje człowiek, który odebrał życie pani ukochanej. – Rozmówca przełknął ślinę i nabrał powietrza głęboko w płuca. – Przez najbliższe kilka dni będę w Hotelu Dana w Szczecinie. Proszę się pośpieszyć.Rozdział 4. Pycha

Szczecin

Nikita stał przed wielkim oknem z założonymi do tyłu rękoma i wpatrywał się w spływającą po ramionach dźwigów portowych karmazynową kulę słońca. Gęste, rozgrzane powietrze kleiło się do wież Urzędu Wojewódzkiego, zamieniając czerwoną dachówkę w rozdygotaną masę. Szept klimatyzatora był jedynym dźwiękiem, który rozchodził się po apartamencie. Delikatny podmuch chłodnego powietrza objął ramiona mężczyzny.

Wajda się odwrócił, podszedł do biblioteczki i poprawił ramkę wiszącą w podświetlonej wnęce. Usiadł na kanapie i włączył lampkę nocną. Spojrzał na stolik, na którym leżał manuskrypt. Wiedział, czego może się spodziewać. Gdy tylko odczytał pierwsze zdanie i połączył je z miejscem, w którym dokument został odnaleziony, w odległych zakamarkach umysłu zaczął szukać śladów, które doprowadziłyby go do odpowiedzi. Nie zmieniał planu dnia. Pojechał na uczelnię i starał się nie myśleć o pożółkłych stronicach. Nic z tego, jego umysł owładnęła nowa zagadka. Dlatego dzisiejsze zajęcia dla trzeciego roku poświęcone światu Wikingów __ były porażką. Widział to w oczach studentów – zaskoczenie i rozczarowanie. Opowiadał bez pasji, polotu, emocji, jak na autopilocie. Szkoda, bo był to ostatni wykład z tego przedmiotu w semestrze letnim. Będzie musiał im to jakoś wynagrodzić. Sięgnął po nawilżaną chusteczkę i po raz kolejny w ciągu godziny wytarł nią dłonie. Celebrował tę chwilę. Podniósł zafoliowany dokument i zbliżył do światła. Przebiegł wzrokiem po tekście.

_Liber Primus – Superbia Ecclesiae_⁴

_(spisana Roku Pańskiego 1860)_

_I_

_Pierwszy spośród siedmiu grzechów Kościoła to pycha, matka wszelkiego zła._

_Z niej rodzi się potrzeba panowania, z niej wyrasta żądza czci, z niej powstaje fałszywy dogmat, który postawi człowieka na miejscu Boga._

_II_

_Oto nadchodzi czas, gdy jeden człowiek założy potrójną koronę i ogłosi, że jego słowo nie zna błędu._

_Powie: „Głos mój jest głosem Boga” i uwierzy, że tak jest naprawdę._

_Zasiądzie na tronie Piotra, lecz nie będzie sługą, a sędzią, królem i bożkiem._

_I lud mu uwierzy, bo pycha lubi być karmiona strachem._

_III_

_Zanim jednak wzniesie się ów dogmat, Kościół w tajemnicy już go karmi._

_Gromadzi wokół siebie świętych, których sam wynosi, i relikwie, które sam uznaje._

_Oto chrzest martwych kości, kult popiołu, pokłon przed rzeczami, które są martwe._

_Czym innym jest czcić kości, jeśli nie bałwochwalstwem uczynionym ze wspomnień?_

_IV_

_Wróci czas, gdy odpust stanie się walutą, a pielgrzymka obowiązkiem._

_W zamian za srebro otrzymają rozgrzeszenie; w zamian za hołd – list uwolnienia._

_Ale nie z grzechu, lecz z odpowiedzialności._

_I nazwą to łaską._

_V_

_Wśród murów Rzymu zapanuje cisza, w której nie będzie już miejsca na pytanie._

_Sumienie zostanie podporządkowane urzędowi, Duch Święty zastąpiony zostanie formułą._

_A nad wszystkim unosić się będzie zapach kadzidła, który nie ukryje smrodu zgniłej władzy._

_VI_

_A oto widzenie, jakie objawiło się temu, który pisze:_

_Lew spojrzał na mnie okiem ognia._

_Zwierz o złotym języku śpi w cieniu siedmiu wież._

_Na jego czole wypisane: „7”._

_Pod jego łapą zegar, który nie wskazuje godziny._

_Nad nim gwiazdy – ale nie z nieba, lecz z pierścieni palców._

_A na jego ogonie napisano: „Ecclesia eius ruet. Scriptum in caelo est”._

_VII_

_Prorok nie jest mile widziany w świątyni, bo przypomina o prawdzie._

_Mówią: „Kto ty jesteś, by sądzić Kościół?”,_

_lecz odpowiadam:_ _„Nie ja sądzę – ja tylko odczytuję wyrok”._

_VIII_

_Kościół mówi: „Celibat to czystość”._

_A ja mówię: „Celibat to klątwa narzucona przeciw naturze”._

_Kościół mówi: „Tylko papież ma klucze”._

_A ja mówię: „Klucze nie otwierają, lecz więżą”._

_IX_

_Będą mówić: „To herezja”._

_Ale kto pierwszy zdradził Chrystusa?_

_Czyż nie ci, którzy nosili Jego imię, a sprzedali Jego słowo za wpływ i tron?_

_X_

_Dlatego mówię:_

_Przyjdzie dzień, gdy Kościół ogłosi się nieomylnym._

_Przyjdzie dzień, gdy ogłosi, że kto jemu nie wierzy, ten Bogu bluźni._

_I to będzie dzień pierwszego ognia._

_XI_

_Kto ma uszy, niech słucha. Kto ma oczy, niech widzi._

_Bo grzech pychy poprzedza upadek._

_A gdzie nie ma pokory, tam nie ma zbawienia._

Nikita przełknął ślinę i drżącymi dłońmi odłożył manuskrypt na stolik. Poprawił opadającą na czoło marchewkową grzywkę, uniósł głowę i spojrzał w kierunku podświetlonej wnęki. Nic się nie zmieniło. Skrawek dokumentu wydartymi krawędziami i wypaloną pośrodku dziurą wciąż tkwił w szarej, aluminiowej ramie. Tylko pieczęć Polskiej Komisji Ewakuacyjnej zdawała się pulsować coraz żywszym ogniem.

Opuścił wzrok na manuskrypt. Jeżeli to jest to, o czym myśli, gdzieś w otchłani starych wież kościelnych, cuchnących wilgocią katakumb, pod pamiętającymi setki lat posadzkami lub w kryptach zapomnianych świątyń, powinno gnić jeszcze sześć takich manuskryptów. I jeżeli to jest to, o czym myśli, to za chwilę rozpęta się piekło.

4 Księga pierwsza – Pycha Kościoła.Rozdział 5. _Monsignore_ Girolamo

Pałac Świętego Oficjum, Watykan

W gabinecie przylegającym do sali Consilium w Sekretariacie Dykasterii Nauki Wiary panował półmrok. Gdyby nie szum wiatraka, można byłoby usłyszeć odległe krzyki pilotów wycieczek wzywających turystów na zbiórkę przed bramą Kaplicy Sykstyńskiej. Przez kolorowy witraż wpadały jasne refleksy promieni słonecznych, malując na marmurze posadzki nieregularne wzory. Przy masywnym dębowym biurku siedział człowiek w purpurowym ornacie. Tuż za nim stał mężczyzna ubrany w kremowy garnitur. Obaj wbijali wzrok w egzemplarz szczecińskiego dodatku do „Gazety Wyborczej”.

Trzeci z mężczyzn, w prostej sutannie, stał przy oknie, wpatrując się w parę kosów szybujących nad watykańskimi ogrodami. Ptaki robiły kolejne już podejście do owoców granatu pozostawionych na ławce przez jednego z księży.

– Wieści docierają szybciej, niż byśmy chcieli – zaczął ten stojący przy oknie. – W końcu odnalazła się zguba. – Sięgnął po paczkę papierosów i zapalił jednego.

Postać w jasnym garniturze skinęła powoli głową i nie spuszczając wzroku z wydruku, powiedziała:

– Jeżeli to jest to, o czym myślimy, publikacja całego rękopisu zagraża nie tylko reputacji Kościoła, lecz także całej idei, którą chronimy od wieków. – Przetarł dłonią skórzane obicie fotela. – I samemu Ojcu Świętemu…

Mężczyzna w purpuracie podniósł dłoń, dając znak, że jeszcze nie skończył. Dopiero po chwili wyprostował się, odsunął od siebie artykuł i ściągnął okulary. Położył dłonie na obu skroniach i przez kilka sekund powoli je masował.

– Jesteście pewni, że to fragment tej księgi? – Miał głęboki, donośny głos. Podniósł wzrok i spojrzał na stojącego przy oknie.

Ten odwrócił się i zaciągnął się papierosem.

– Miejsce się zgadza – odpowiedział. W jego głosie wyraźnie wybrzmiały słowiańskie nuty. – Jak to zrobimy?

Purpurat odsunął fotel i wstał. Dopiero wtedy można było zauważyć, jak wysokim i masywnym jest mężczyzną. Mógł mieć pod sześćdziesiątkę. Miał wyraźną nadwagę i szerokie zakola. Głębokie zmarszczki pod oczami i zmęczona, blada cera świadczyły o tym, że nie prowadzi zbyt zdrowego trybu życia. Jednak stalowoszare oczy, osadzone głęboko pod ciężkimi powiekami wciąż bacznie obserwowały otoczenie.

– Być może to jest znak od Najwyższego. – Podszedł do stolika kawowego i nalał sobie wina z karafki.

– Znak? – wyrzucił z siebie mężczyzna w kremowym garniturze. – Chyba przekleństwo – wycedził.

Kardynał przełknął napój i wytarł palcem spierzchnięte usta.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij