Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Książę Cierni - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 czerwca 2026
4246 pkt
punktów Virtualo

Książę Cierni - ebook

Miał dziewięć lat, gdy na jego oczach zamordowano mu matkę i brata. Gdy skończył trzynaście, został przywódcą bandy krwiożerczych degeneratów. Nim skończy piętnaście - zamierza zasiąść na tronie.

Nadszedł czas, by książę Honorous Jorg Ancrath powrócił do zamku, od którego się odwrócił i odebrał to, co mu się należy. Lecz w zamku ojca czeka na niego zdrada.

Od dnia, kiedy zawisł na cierniach dzikiej róży i patrzył, jak ludzie hrabiego Renara wyżynają jego rodzinę, Jorg napędzany jest wyłącznie dziką furią.

Życie i śmierć są dla niego niczym więcej niż grą, a on nie ma już nic do stracenia.

Mark Lawrence wykreował świat brutalny, ociekający przemocą i wyprany z moralności, a jednocześnie tak fascynujący, że nie sposób się od niego oderwać, dopóki nie przeczyta się ostatniego zdania.

To nie jest opowieść dla ludzi o słabych nerwach.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8375-295-2
Rozmiar pliku: 6,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Kruki! Zawsze te kruki. Obsiadły dach kościoła, zanim jeszcze ranni wyzionęli ducha, zanim Rike skończył obcinać palce i zdejmować z nich pierścienie. Oparłem się o słup szubienicy i skinąłem kilkunastu czarnym ptaszyskom o mądrych i czujnych ślepiach.

Rynek spływał czerwienią – krew w rynsztoku, krew na kamiennych płytach, krew w fontannie. Trupy leżały po trupiemu. Niektóre zabawnie wyciągały ku niebu bezpalce dłonie, inne spokojnie zwinęły się w kłębek wokół ran. Nad dogorywającymi unosiła się chmara much. Byli tam ślepcy, byli też kanciarze, a obecność każdego z nich zdradzała nieodłączna bzycząca świta.

– Wody! Wody! – Umierający zawsze proszą o wodę. Dziwne, u mnie pragnienie wywołuje żądzę zabijania.

Tyle zostało po Mabberton. Dwustu martwych chłopów pośród kos i siekier. A ostrzegałem, że jesteśmy zawodowcami. Powiedziałem to ich przywódcy, Bovidowi Torowi. Dałem im szansę, zawsze to robię. Ale nie. Chcieli krwi i rzezi. No i się doigrali.

Wojna, kochani, to piękna sprawa. Ci, którzy twierdzą inaczej, przegrywają. Gdyby chciało mi się podejść do starego Bovida opartego o fontannę, z bebechami na wierzchu, pewnie by się ze mną nie zgodził. No i patrzcie, dokąd go zaprowadziło odmienne zdanie.

– Zawszona wiejska biedota. – Rike cisnął garść palców na rozpłatany brzuch Bovida i podszedł do mnie, trzymając łup w wyciągniętej dłoni, jak gdyby to była moja wina. – Patrz! Jeden złoty pierścień. Jeden! W całej wiosce tylko jeden zafajdany złoty pierścień. Chętnie postawiłbym sukinsynów na nogi i jeszcze raz ich wypatroszył. Pieprzone wieśniaki.

Nie miałem wątpliwości, że tak by właśnie zrobił: był prawdziwym sukinsynem, do tego chciwym. Spojrzałem mu w oczy.

– Spokojnie, bracie Rike’u. W Mabberton nie brakuje złota innego sortu. – Ostrzegłem go wzrokiem. Przez te jego złorzeczenia prysł cały czar widowiska, zresztą czas najwyższy przykrócić mu cugli. Po walce zawsze go nosiło, jakby wciąż było mu mało. W moich oczach wyczytał, że mogę dać mu więcej. Więcej, niż mu trzeba. Mruknął coś pod nosem, schował zakrwawiony pierścień i wsadził nóż za pas.

Makin zaszedł nas od tyłu i przygarnął do siebie, klepiąc rękawicami w nasze napierśniki. Jeśli Makin miał jakiś talent, to była nim umiejętność łagodzenia spraw.

– Mały, brat Jorg słusznie prawi. Skarbów tu nie brak. – Miał w zwyczaju nazywać Rike’a Małym, bo o głowę przewyższał nas wszystkich i był ze dwa razy szerszy. Zawsze też opowiadał dowcipy. Opowiadałby je tym, których zabijał, gdyby dali mu na to czas. Lubił, gdy odchodzili z uśmiechem.

– Jakich skarbów? – mruknął posępnie Rike.

– A co jest skarbem wieśniaka? – Makin poruszył znacząco brwiami.

Rike podniósł przyłbicę, racząc nas swoją szpetną gębą – no, może bardziej ordynarną niż szpetną, blizny dodawały mu uroku.

– Krowy?

Makin wydął wargi. Grube i mięsiste, nie mogły się podobać, ale można mu je było wybaczyć, bo nadrabiał poczuciem humoru i zabójczą skutecznością w wywijaniu cepem.

– Chcesz, to bierz te krowy, Mały. Ja zamierzam znaleźć sobie jakąś chłopską córkę albo i trzy, zanim ktoś je wychędoży.

Odeszli razem, Rike – zanosząc się ochrypłym „har, har, har”, brzmiącym, jak gdyby nie tyle się śmiał, co dławił ością.

Patrzyłem, jak wyważają drzwi do domu Bovida naprzeciwko kościoła. Dom był ładny, z wysokim dachem krytym gontem i z kwiatowym ogródkiem od frontu. Bovid podążył za nimi wzrokiem, ale głowy obrócić już nie mógł.

Patrzyłem na kruki, na Gemta i jego głupkowatego brata Maicala, zbierających głowy, Maical z wózkiem, Gemt z siekierą. Piękna sprawa, powiadam. Przynajmniej żeby sobie popatrzeć. To prawda, wojna cuchnie. Ale zaraz podłożymy ogień i cały ten smród zamieni się w dym. Złote pierścienie? Żadnej dodatkowej zapłaty mi nie trzeba.

– Chłopcze! – zawołał głucho Bovid.

Podszedłem i oparłem się o miecz, czując nagłe zmęczenie w ramionach i nogach.

– Gadaj prędko, co tam masz do powiedzenia, chłopie. Brat Gemt już idzie ku nam z siekierą. Ciach.

Nie wyglądał na zmartwionego. Trudno zmartwić czymś człowieka, którego czeka rychłe przeistoczenie w robaczą strawę. Jednak rozdrażnił mnie brakiem szacunku i tym, że nazwał mnie chłopcem.

– Masz jakieś córki, chłopie? Może schowały się w piwnicy? Stary Rike je zwietrzy.

Bovid podniósł wzrok, w jego oczach błysnął ból.

– I…ile masz lat, chłopcze?

Znowu to „chłopcze”.

– Wystarczająco dużo, by rozpłatać ci brzuch jak napchaną kiesę – rzuciłem, czując narastającą wściekłość. Nie lubię się wściekać. Wścieka mnie to.

Ale nie załapał. Nie zdawał sobie chyba nawet sprawy, że to ja go tak rozprułem ledwo pół godziny wcześniej.

– Piętnaście wiosen, nie więcej. Na pewno nie więcej… – Słowa sączyły się powoli z sinych ust w pobladłej twarzy.

Sprostowałbym, że pomylił się o dwie, ale już mnie nie słyszał. Za mną zaskrzypiał wózek. Gemt stanął obok z siekierą ociekającą krwią.

– Odrąbcie mu głowę – mruknąłem. – Jego tłusty brzuch zostawcie krukom.

Piętnaście wiosen! Kto w tym wieku pustoszy wsie…

Kiedy przyjdzie piętnasta, będę już królem!ROZDZIAŁ 2

Mabberton płonęło, aż miło. Tak jak wszystkie inne wioski tego lata. Makin powtarzał, że to cholernie gorące lato i nie ma co liczyć na deszcz. Miał rację. Gdy wjeżdżaliśmy, zostawialiśmy za sobą kurz, gdy wyjeżdżaliśmy – dym.

– Komu by się chciało być chłopem? – Makin lubił zadawać pytania.

– Komu by się chciało być chłopską córką? – Skinąłem w kierunku Rike’a, który szczerzył się głupkowato i kołysał w siodle tak, że wydawało się, iż zaraz z niego spadnie. Przez kirys przewiesił belę jedwabiu przetykanego złotem. Skąd wytrzasnął takie coś w Mabberton?

– Brat Rike lubi oddawać się prostym przyjemnościom – powiedział Makin.

Fakt. Rike miał niezaspokojony apetyt, podobnie jak pożar pochłaniający wioskę.

Przyłożyłem pochodnię do krytej strzechą gospody, ogień zmusił nas do odwrotu. Kolejny krwawy dzień w ciągnącej się latami agonii naszego rozbitego królestwa.

Makin otarł pot z twarzy, rozsmarowując przy tej okazji sadzę. Cały Makin, zawsze się uświni.

– Ty też nie odmówiłeś sobie tych przyjemności, bracie Jorgu.

Nie zamierzałem się o to kłócić. „Ile masz lat?” – pytał ten stary chłop. Wystarczająco dużo, żeby złożyć wizytę jego córkom. Ta tłusta dziewka miała dużo do powiedzenia, podobnie jak jej ojciec. Darła się jak prosiak, mało mi uszy nie pękły. Wolałem tę starszą. Przynajmniej była cicha. Tak cicha, że trzeba było ją przycisnąć tu czy tam, żeby się upewnić, czy nie kipnęła ze strachu. Nie przypuszczam jednak, żeby któraś siedziała cicho, kiedy dosięgnął je ogień…

Gemt zrównał konia z moim i wyrwał mnie z zamyślenia.

– Ludzie barona dojrzą dym z dziesięciu mil. Źleś zrobił, podkładając ogień. – Pokręcił głupim łbem, ruda grzywa zakołysała się w tę i we w tę.

– Źleś zrobił – powtórzył jego brat idiota, wołając z grzbietu starego siwka. Pozwoliliśmy mu jechać z zaprzęgniętym wózkiem. Siwek nie zgubi drogi. Ten koń miał więcej oleju w głowie niż Maical.

Gemt zawsze musiał coś wytknąć. „Źleś zrobił, wrzucając trupy do studni, teraz będziemy jechać o suchym pysku”. „Źleś zrobił, zabijając klechę, to przyniesie nam pecha”. „Gdybyśmy lżej się z nią obeszli, dostalibyśmy za nią okup od barona Kennicka”. Miałem ochotę przyłożyć mu nóż do gardła. Tu i teraz. Wychylić się i zatopić ostrze w jego szyi. „O co chodzi, bracie Gemt? Co tam bulgoczesz? Źlem zrobił, przebijając to twoje stare, zarobaczone jabłko Adama?”

– O nie! – zawołałem w udawanym przestrachu. – Szybko, Rike, leć się odszczać na Mabberton. Trzeba zagasić ten ogień.

– Ludzie barona go zobaczą – upierał się poczerwieniały na twarzy Gemt. Kiedy ktoś go wkurzył, robił się burakowy. Swoją czerwoną gębą jeszcze bardziej kusił mnie do mordu. Powstrzymałem się jednak. Przywódca ma swoje obowiązki – jednym z nich jest nie zabijać zbyt wielu własnych ludzi. Inaczej komu będzie przewodził?

Kolumna jeźdźców zebrała się wokół nas, jak zawsze kiedy coś się działo. Pociągnąłem za wodze, Gerrod stanął z rżeniem i stukotem kopyt. Patrzyłem na Gemta i czekałem. Czekałem, aż wszystkich moich trzydziestu ośmiu braci zbierze się przy nas, a Gemt zrobił się tak czerwony, że mało mu krew nie trysnęła z uszu.

– Bracia, dokąd zmierzamy? – zapytałem cicho, stając w strzemionach, żeby przyjrzeć się ich szpetnym gębom. Nagle wszyscy umilkli. – Dokąd? – zapytałem po raz drugi. – Czyżbym tylko ja to wiedział? Czy trzymam przed wami coś w tajemnicy, moi bracia?

Rike zmarszczył brwi, wyglądał na zdezorientowanego. Gruby Burlow stanął po mojej prawej stronie, a po lewej Nubańczyk, którego zęby odcinały się śnieżną bielą na czarnej jak sadza twarzy. Cisza.

– Brat Gemt nam powie. On wie wszystko najlepiej. – Uśmiechnąłem się, chociaż ręka mnie wciąż świerzbiła, by rozpruć mu gardło. – Dokąd jedziemy, bracie Gemt?

– Do Wennith na Końskim Wybrzeżu – odparł niechętnie, nie chcąc się na nic zgadzać.

– Bardzo dobrze. A jak się tam dostaniemy? Prawie czterdziestu jeźdźców na wspaniałych, kradzionych koniach?

Gemt zacisnął zęby. Wiedział, ku czemu to zmierza.

– Jak się tam dostaniemy, skoro zależy nam na kawałku pieczeni, póki jest gorąca? – spytałem.

– Droga Liczów! – zawołał Rike zadowolony, że zna odpowiedź.

– Droga Liczów – powtórzyłem cicho i uśmiechnąłem się. – Jaką inną drogą moglibyśmy jechać? – Spojrzałem w ciemne oczy Nubańczyka. Nie potrafiłem w nich nic wyczytać, ale pozwoliłem mu czytać w moich.

– Nie ma innej drogi.

Rike jest w swoim żywiole, pomyślałem. Nie ma pojęcia, w co tu się gra, ale podoba mu się jego rola.

– Czy ludzie barona wiedzą, gdzie jedziemy? – zapytałem Grubego Burlowa.

– Psy wojny ciągną za frontem – odparł. Gruby Burlow nie jest głupi. Policzki trzęsą mu się jak galareta, kiedy gada, ale głupi nie jest.

– Zatem… – Powoli przesunąłem wzrokiem po ich twarzach. – Zatem baron wie, dokąd zmierzają oprychy takie jak my, i wie, którą drogą musimy jechać. – Pozwoliłem słowom wybrzmieć do końca. – I po to właśnie puściłem z dymem tę pieprzoną wioskę! Żeby nie przyszło mu do łba jechać za nami.

W tej chwili wbiłem nóż w gardło Gemta. Nie musiałem, ale chciałem. Potańczył trochę, pobulgotał i spadł z konia. Czerwona gęba szybko mu zbladła.

– Maicalu, odrąb mu głowę – rozkazałem.

Tak też uczynił.

Gemt wybrał po prostu niewłaściwy moment.ROZDZIAŁ 3

Dwa trupy, dwa wijaki. – Makin wyszczerzył po swojemu zęby.

Mieliśmy obozować przy szubienicy, więc Makin puścił się naprzód, by sprawdzić teren. Pomyślałem, że bracia ucieszą się na wieść o czterech klatkach, zwłaszcza że w dwóch byli jeszcze żywi skazańcy.

– Dwa – mruknął niezadowolony Rike. Był zmęczony, a dla zmęczonego Rike’a szubienica zawsze jest w połowie pusta.

– Dwa! – zawołał Nubańczyk.

Paru chłopaków wymieniało się monetami, obstawiając zakłady. Droga Liczów jest nudna jak niedzielne kazanie – prosta i równa. Tak prosta, że człowiek chętnie by kogoś zabił, byle tylko pojawił się jakiś zakręt. Tak równa, że człowiek podskoczyłby z radości na widok choćby pagórka. A tu z każdej strony tylko bagna i komary, komary i bagna. Jedyne, na co można liczyć na Drodze Liczów, to dwóch wijaków na szubienicy.

Dziwne, że nie zastanowiło mnie, dlaczego postawiono szubienicę na takim pustkowiu. Uznałem to za szczęśliwy traf. Ktoś zostawił tu na śmierć więźniów wijących się w klatkach. Dziwne miejsce wybrał, ale przynajmniej moja mała kompania rozerwie się za darmo. Bracia byli podekscytowani, więc dźgnąłem Gerroda ostrogą. Dobry z niego koń. Przemógł znużenie i pocwałował. Nie ma to jak cwałować po Drodze Liczów.

– Wijaki! – zakrzyknął Rike i wszyscy przyspieszyli.

Pozwoliłem Gerrodowi rwać naprzód. Za nic nie dałby się wyprzedzić. Nie na tej drodze, gdzie każdy metr wybrukowano, gdzie każdy kamień przylegał do drugiego tak ciasno, że najcieńsze źdźbło trawy by się nie przecisnęło. Ani jeden kamień nie był przewrócony, ani jeden ubity. I to na drodze zbudowanej na bagnie!

Oczywiście pierwszy dotarłem do wijaków. Nikt nie był w stanie dogonić Gerroda. Z pewnością nie wtedy, kiedy ja go dosiadałem; zresztą byli ode mnie o połowę ciężsi. Przy szubienicy odwróciłem się i zobaczyłem sznur jeźdźców rozciągnięty na drodze. Krzyknąłem z dzikiej radości tak głośno, że nawet wóz z głowami przyspieszył. Głowa Gemta zapewne turlała się i podskakiwała wraz z innymi.

Makin dotarł do mnie pierwszy, mimo że wcześniej pokonał już ten dystans dwukrotnie.

– Niech tylko ludzie barona się tu zjawią – powiedziałem. – Droga Liczów jest równie dobra co most. Dziesięciu ludzi może tu stawić czoła całej armii. A jeśli ktoś miałby ochotę nas otoczyć, utopi się w bagnie.

Makin skinął głową, wciąż z trudem łapiąc oddech.

– Ci, którzy zbudowali tę drogę… Gdyby postawili mi zamek… – Gdzieś na wschodzie huknął piorun i zagłuszył moje słowa.

– Gdyby budowali zamki, nigdzie byśmy nie dotarli. Ciesz się, że ich tu nie ma.

Patrzyliśmy, jak bracia nadjeżdżają jeden po drugim. Zachodzące słońce zabarwiło bagna ognistym oranżem i moje myśli pobiegły ku Mabberton.

– To był dobry dzień, bracie Makinie – zagaiłem.

– W rzeczy samej, bracie Jorgu.

Gdy już wszyscy dojechali, zaczęli się wykłócać o wijaków. Odszedłem na bok i usiadłem, opierając się o wóz z łupami, by poczytać, póki jeszcze było jasno, a deszcz daleko. Po całym dniu miałem ochotę poczytać Plutarcha. Wciśnięty między skórzane okładki należał tylko do mnie. Jakiś szlachetny mnich poświęcił tej książce całe życie. Całe życie garbił się nad nią z pędzelkiem w dłoni. Tutaj złoto, na aureolę, słońce i kartusz. Tutaj błękit jak trucizna, bardziej błękitny od nieba w południe. Maleńkie kropki z cynobru na kwiaty. Ten mnich zapewne stracił przy niej wzrok. Poświęcił tym kartom całe życie, od młodzika do siwego starca, upiększając słowa starego Plutarcha.

Burza nadciągała, wijaki wiły się i wyły wniebogłosy, a ja oddałem się lekturze słów, które były stare już wtedy, gdy budowano te drogi.

– Tchórze! Baby z mieczami i siekierami! – Jedno z dań, na których ucztowały wrony, potrafiło mówić. – Nie ma między wami ani jednego mężczyzny. Sodomici łażący za chłoptasiem – krzyczał z mersjańskim akcentem.

– Bracie Jorgu, ten tutaj chce ci coś powiedzieć! – krzyknął Makin.

Kropla deszczu uderzyła mnie w nos. Zamknąłem Plutarcha. Tyle już czekał, by opowiedzieć mi o Sparcie i Likurgu, że mógł poczekać jeszcze trochę i przy tym nie zmoknąć. Ten wijak miał sporo do powiedzenia i pozwoliłem mu się wygadać. O taką książkę trzeba dobrze dbać w podróży i zabezpieczyć przed deszczem. Owinąłem ją płótnem dziesięć razy w jedną stronę, potem dziesięć razy w drugą i schowałem pod siodłem. Dobrym siodłem, zaznaczam, ze skóry z podwójnym przeszyciem, pochodzącym z Końskiego Wybrzeża, a nie jakimś chłamem od Thurtanów.

Bracia rozsunęli się, by pozwolić mi przejść. Szubienica – prosta konstrukcja ze świeżo ściętego drewna – cuchnęła gorzej od wózka z odciętymi głowami. Wisiały na niej cztery klatki. Lokatorzy dwóch byli już martwi, i to bardzo. Siedzieli niczym bezwładne kukły, pokryci grubą warstwą rozbzyczanych much. Ich nogi, wydziobane do kości przez kruki, zwisały pomiędzy prętami. Chłopaki poszturchali jednego z wijaków i ten nie wydawał się szczególnie zadowolony. Prawdę mówiąc, wyglądał, jakby już kojfnął. Szkoda, biorąc pod uwagę, że mieliśmy przed sobą całą noc. To też oznajmiłem temu gadatliwemu.

– Oto i nadchodzi chłoptaś! Znudziło mu się szukanie lubieżnych ilustracji w skradzionej książce. – Wijak siedział w kucki na zakrwawionych nogach. Był stary, miał ze czterdzieści lat, jego czarne włosy, siwa broda i ciemne oczy błyszczały. – Wyrwij parę stron i podetrzyj się nimi, chłoptasiu – powiedział z gniewem, łapiąc nagle pręty i wprawiając klatkę w kołysanie. – Na nic więcej ci się nie przyda.

– Moglibyśmy podsmażyć go na wolnym ogniu – zaproponował Rike. Nawet on wiedział, że staruch chce nas rozwścieczyć, żebyśmy szybko z nim skończyli. – Tak jak wtedy, w Turston.

Kilku braci roześmiało się na to, ale nie Makin. Przyglądał się wijakowi, a na jego umorusanej twarzy rysował się grymas. Uniosłem rękę, by uciszyć towarzystwo.

– Byłoby to karygodne marnotrawstwo wyjątkowego dzieła, ojcze Gomście – powiedziałem.

Podobnie jak Makin rozpoznałem Gomsta pod tą brodą i włosami. Chociaż gdyby nie ten akcent, już by się piekł.

– Szczególnie rozdziału „O Likurgu”, napisanego piękną łaciną, a nie tym bełkotem, którego uczą w kościele.

– Znasz mnie? – zapytał zmienionym nagle, płaczliwym głosem.

– Oczywiście, że cię znam. – Obiema dłońmi odgarnąłem moje piękne loki, by mógł mi się dobrze przyjrzeć w mroku. Na twarzy wypisane mam pochodzenie z rodu Ancrathów. – Jesteś ojcem Gomstem, przybyłeś zabrać mnie z powrotem na lekcje.

– K…ksią… – Teraz już beczał i nie mógł wydusić z siebie słowa. Obrzydliwość. Poczułem się, jakbym ugryzł coś zgniłego.

– Książę Jorg Ancrath, do usług. – Ukłoniłem się po dworsku.

– C…co się stało z kapitanem Bortą? – Ojciec Gomst kołysał się lekko w klatce, jak ogłupiały.

– Kapitan Borta, sir! – Makin zasalutował i postąpił naprzód. Miał na sobie krew pierwszego wijaka.

Zapadła grobowa cisza. Nawet bzykot i świergot bagien przycichł. Bracia z rozdziawionymi gębami spoglądali to na mnie, to na starego księdza, to znów na mnie. Mały Rike nie mógłby wyglądać na bardziej zaskoczonego, gdyby go zapytać, ile jest dziewięć razy sześć.

I w tej właśnie chwili spadł deszcz – tak nagle, jak gdyby Wszechmogący chlusnął na nas ze swojego nocnika. Powoli zapadający mrok natychmiast zgęstniał jak melasa.

– Książę! – Ojciec Gomst musiał przekrzykiwać deszcz. – Idzie noc! Musisz uciekać! – Zaciskał białe knykcie na prętach i nie mrugając, wpatrywał się w ciemność.

W tej ciemności, w deszczu, zobaczyliśmy, jak nadchodzą od strony bagna, po którym żaden człowiek nie mógłby przejść. Zobaczyliśmy ich ogniki. Blade światełka takie jak te, które palą umarli na mokradłach, tam gdzie nikt nie powinien zaglądać. Światełka, które niosą obietnicę spełnienia najskrytszych pragnień i które każą podążać za sobą w poszukiwaniu odpowiedzi, po to tylko, by znaleźć zimne błoto, głębokie i zachłanne.

Nigdy nie lubiłem ojca Gomsta. Mówił mi, co mam robić, odkąd skończyłem sześć lat. Najczęściej argumentując wierzchem dłoni.

– Uciekaj, książę! Uciekaj! – wrzeszczał stary Gomst, a jego poświęcenie przyprawiało mnie o mdłości.

Dlatego też ani drgnąłem.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij