-
nowość
-
promocja
Książę Pychy. Tom 3 - ebook
Książę Pychy. Tom 3 - ebook
Małżeństwo z rozsądku zmusza potężnego księcia do wyboru między dumą a miłością.
W świecie londyńskich elit reputacja znaczy wszystko, a Constantine Buccleigh, książę Pryde, uchodzi za człowieka nieskazitelnego. Kiedy jednak ktoś zaczyna go szantażować i grozi ujawnieniem sekretu, który może zniszczyć jego dobre imię, Constantine staje przed jedynym możliwym rozwiązaniem – ślubem z kobietą o niższym statusie społecznym.
Modesty Fairchild bardziej od salonów i bali woli wykopaliska archeologiczne. Los sprawił jednak, że została opiekunką osieroconego dziecka, i zrobi wszystko, by zapewnić mu bezpieczeństwo. Nawet jeśli oznacza to małżeństwo z chłodnym i aroganckim księciem, który składa jej najbardziej obraźliwą propozycję, jaką kiedykolwiek usłyszała.
Zamknięta w eleganckiej rezydencji w Mayfair, Modesty nie zamierza podporządkować się zasadom narzuconym przez męża. Gardzi jego wyniosłością i obsesją na punkcie kontroli, a Constantine nie potrafi znieść jej uporu oraz niezależności. Ale kolejne lekcje tańca, etykiety i wspólnie spędzony czas sprawiają, że między nimi zaczyna rodzić się coś, czego żadne z nich nie przewidziało.
Tymczasem wróg działający z ukrycia coraz mocniej zaciska pętlę wokół Constantine’a. Szantażysta podnosi stawkę, a tajemnice przeszłości mogą kosztować księcia wszystko – tytuł, reputację i rodzinę, którą dopiero zaczął kochać.
Czy Constantine zdoła porzucić swoją dumę, by ocalić kobietę i dziecko – jedyne, co jest dla niego najważniejsze?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9789180989640 |
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
„Słowa waszej książęcej mości są piękniejszą pochwałą pani ”.
Miguel de Cervantes, Don Kichot*
„Trudno mi określić dokładną godzinę, miejsce, spojrzenie lub słowa, które leżą u jego podstaw. Minęło zbyt dużo czasu. Zanim na dobre to do mnie dotarło, byłem zakochany po uszy”.
Jane Austen, Duma i uprzedzenie**
------------------------------------------------------------------------
1.
* Miguel de Cervantes y Saavedra, Don Kichot z La Manchy, tłum. Walenty Zakrzewski, Warszawa 1899, s. 328. Tekst dostępny online w serwisie Wolne Lektury: https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/don-kichot-z-la-manchy/ .
2.
** Jane Austen, Duma i uprzedzenie, przeł. Magdalena Gawlik-Małkowska, Warszawa 2013, s. 352.Rozdział 1
Wrzesień, 1814 roku
– Gdzie on, do diabła, jest? – warknął Constantine Buccleigh, książę Pryde, krocząc nawą Kościoła Wszystkich Świętych. Niewykluczone, że nastał dzień, w którym jego sekret zrujnuje mu życie.
W powietrzu unosił się zapach kurzu i kadzidła. Słabe światło słoneczne sączyło się przez gotyckie okna, rzucając cień mężczyzny na kamienną posadzkę. Mieszkańcy Shepherdsbrook, wioski na obrzeżach Londynu, wyszli z kościoła po niedzielnym kazaniu niespełna piętnaście minut wcześniej.
Echo przekleństwa Constantine’a odbiło się od ścian pustego budynku niczym pocisk. Jego buty do jazdy konnej stukały o kamienne płyty, a on skrzyżował ramiona na piersi, idąc trochę zbyt szybko jak na księcia, który szczycił się swoim opanowaniem.
Gdy Constantine usłyszał huk za plecami, odwrócił się, instynktownie sięgając po list w wewnętrznej kieszeni płaszcza.
Ale to był tylko Octavius, książę Eccess.
Stał z tyłu, za pustymi ławkami, patrząc na niego przepraszająco. Ze znajdującego się obok regału spadły modlitewniki.
Constantine uniósł brew i wyprostował ramiona.
– Octaviusie, wolałbym, żebyś zachował swój talent do burzenia na inny dzień…
Eccess poprawił regał. Nawet pod szytym na miarę płaszczem widać było zarys bicepsów. Gdy Constantine schylił się, by podnieść książki i odłożyć je na półkę, Octavius przesadnie skłonił się w kierunku krzyża wiszącego nad ołtarzem.
– Wybacz mi. To tylko odrobina wina. Na pewno rozumiesz, woda i wino.
Wyjął z kieszeni srebrną piersiówkę z wygrawerowanym symbolem dzika. Uniósł ją najpierw w stronę Constantine’a, potem w stronę krzyża i wziął łyk. Włosy w kolorze miodowego blondu opadły mu na czoło.
Kiedy wszystkie modlitewniki wróciły na swoje miejsce, Constantine spojrzał na piersiówkę.
– Prawdę mówiąc, sam nie pogardziłbym kropelką.
– Proszę bardzo. Jesteś napięty jak cięciwa. – Octavius wyciągnął w jego kierunku piersiówkę. – Mój najlepszy koniak Fine Champagne, jak zawsze.
Dłoń Constantine’a drgnęła, ale nie sięgnął po trunek.
– Nie dziś. Potrzebuję całej trzeźwości umysłu, na jaką mnie stać.
Octavius zmrużył na chwilę oczy.
– Jak sobie życzysz. Moim zdaniem przydałoby ci się coś na rozluźnienie.
– Nie, nie teraz.
W końcu rozległ się odgłos kroków, który na kamiennej posadzce brzmiał jak kanonada. Constantine spoconą dłonią przeczesał włosy i poprawił halsztuk.
Skinął Eccessowi dłonią i ruszyli razem w stronę dźwięku, aż w końcu, pod łukiem prezbiterium, dostrzegli w ciemności jakiś ruch. Kroki ucichły.
Rozległo się kwilenie niemowlęcia.
Constantine zamarł i wstrzymał oddech.
Niemowlę?
Z cienia wyłoniły się dwie kobiety w prostych, brązowo-szarych muślinowych sukienkach i spencerach. To ich obcasy stukały wcześniej na wytartych kamiennych płytach. Ta, która trzymała dziecko, była sporo wyższa od drugiej.
Wymienili z Octaviusem zdziwione spojrzenia. Być może to tylko parafianki, które zostały po kazaniu. Te dwie nie mogły mieć przecież nic wspólnego z listem.
Po raz kolejny wrócił myślami do korespondencji, którą otrzymał trzy dni wcześniej.
Londyn, 20 września 1814 roku
Do Jego Książęcej Mości księcia Pryde
Wasza Książęca Mość,
mam nadzieję, że mój list zastał Pana w dobrym zdrowiu.
Powierzono mi ważną kwestię dotyczącą Pańskiej sytuacji, dlatego byłoby dobrze, gdyby wziął Pan udział w nabożeństwie w Kościele Wszystkich Świętych w Shepherdsbrook w tę niedzielę.
Z uniżonym szacunkiem
Osoba życzliwa
Osobą życzliwą może być co prawda i mężczyzna, i kobieta, ale nie przypuszczał, by płeć piękna mogła się posunąć do szantażu.
Kiedy obie kobiety zatrzymały się przed nim, zdał sobie sprawę, że ta z niemowlęciem jest jeszcze wyższa, niż mu się początkowo wydawało, niemal tego samego wzrostu co on.
Po co matka z dzieckiem na ręku miałaby chcieć się z nim spotkać? Nie był księciem Luhst. Nie sypiał z wieloma kobietami.
Eccess odchrząknął.
– Czy możemy w czymś pomóc?
Wyższa z kobiet skupiła całą swoją uwagę na Octaviusie.
– Wasza Książęca Mość książę Pryde?
Teraz, gdy stała w świetle, Constantine dostrzegł, że jest śliczna. Miękkie, miedziane loki wysuwały się spod prostego czarnego czepka i opadały po obu stronach twarzy. Duże zielone oczy emanowały łagodnością, a jednocześnie powagą. Usta dziewczyny były szerokie i zmysłowe, a lekko szpiczasty nos nadawał jej zawadiacki wygląd i młodzieńczy urok. Niższa dziewczyna miała około dwudziestu pięciu lat i atrakcyjną twarz okoloną pofalowanymi czarnymi włosami.
– Nie, obawiam się, że nie – odpowiedział Octavius. – Książę Eccess. Do usług.
– Ja jestem Pryde – odezwał się Constantine, starając się zachować spokój, mimo że serce waliło mu w piersi. – W czym mogę pomóc, panno…?
– Panna Modesty Fairchild – odparła. – A to panna Grace Lockhart, która towarzyszy mi jako przyzwoitka.
Constantine skinął głową zgodnie z obowiązującą etykietą. Eccess zrobił to samo.
Te skromne, godne szacunku choć biedne damy z pewnością nie były szantażystkami. Przyznał w duchu, że spodziewał się spotkać tu łotrów z kryjówek w Whitechapel, uzbrojonych w noże i pistolety.
– Pan Fairchild, pastor, który właśnie wygłosił kazanie, jest moim ojcem – dodała.
Uniósł dłoń, w której trzymał list.
– To pani go napisała?
Panna Fairchild zerknęła na kartkę, kołysząc dziecko. Na jej policzkach pojawiły się delikatne rumieńce.
– Tak, Wasza Książęca Mość. Nie byłam pewna, co powinnam napisać w takiej sytuacji. W końcu chodzi pańskie dziecko…
Jego dziecko?
Co ta kobieta mogła wiedzieć o dawno zaginionym liście jego matki potwierdzającym, że nie jest prawowitym synem swojego ojca? To od tego powinna zacząć swoją wiadomość.
Zaraz…
Chyba nie sugerowała…
Do licha! Kolejna próba szantażu z powodu rzekomego nieślubnego dziecka!
Zaledwie kilka tygodni wcześniej, na przyjęciu w jego posiadłości, jego przyjaciel, książę Luhst, otrzymał list, którego nadawca twierdził, że książę ma nieślubne dziecko. Lucien zaprzeczył tym oskarżeniom i odmówił zapłaty. Szantażysta wysłał wtedy do rezydencji Pryde’a trzyletnią córkę Luciena. Wybuchł skandal, który rozniósł się po całym Londynie. Pisały o tym wszystkie gazety towarzyskie, informacja pojawiła się we wszystkich możliwych rubrykach plotkarskich. Matrony z towarzystwa do dziś cmokały z dezaprobatą na wspomnienie upadku księcia Luhst.
Czy ten sam szantażysta próbował teraz obciążyć jego? A może ta kobieta sugerowała, że to ich wspólne dziecko?
Był przekonany, że nigdy wcześniej jej nie spotkał. Takich pięknych ust z pewnością by nie zapomniał.
Przez chwilę zdawało się, że starannie pielęgnowana fasada Constantine’a zaraz pęknie. Zmusił się do swojego wyćwiczonego uprzejmego uśmiechu.
– Czy zechce mi pani powiedzieć, o co dokładnie jestem oskarżony? – zapytał.
Kobieta zerknęła na przyjaciółkę, a ta uniosła brwi. Potem znów spojrzała na Constantine’a. Ich oczy się spotkały.
– Augustus jest pana dzieckiem, oczywiście.
Constantine poczuł, jak w jego czaszce narasta palący ucisk, jakby miała się zaraz rozpaść. Cała ta sytuacja była tak absurdalna, że aż komiczna. Powinien poczuć ulgę. Nie wspomniała o liście jego matki ani testamencie ojca, nie groziła ujawnieniem jego prawdziwego pochodzenia.
Jedyną kobietą, z którą sypiał, była prostytutka z Elizjum, elitarnego klubu dla dżentelmenów w Whitechapel. Thorne Blackmore, właściciel klubu, zapewniał Pryde’a, że jego kochanka jest bezpłodna.
– Moim dzieckiem? – Starał się zachować zimną krew, lecz w jego głosie pobrzmiewał niepokój.
Eccess, ten zdrajca, zaśmiał się i wyciągnął szyję, żeby zerknąć na zawiniątko w ramionach wysokiej kobiety.
– Czy możemy zobaczyć dziecko?
– Nie – odparł Constantine, gdy panna Fairchild się do nich zbliżyła. – Nie ma potrzeby.
Ku swemu wielkiemu niezadowoleniu zdążył zobaczyć uroczą buzię noworodka z dużymi, ciemnoniebieskimi oczami, które patrzyły prosto na niego. Usta niemowlęcia poruszały się, gdy cicho kwiliło. Miało okrągły podbródek, uroczy, guzikowaty nosek i pełne policzki oraz malutkie rączki o delikatnych palcach i przezroczystych paznokciach.
Zalała go fala ciepła i przez ułamek sekundy pragnął, by to dziecko faktycznie było jego synem. Malutkim człowiekiem, którego mógłby kochać i przytulać. Wziąłby go pod swoją opiekę i zapewnił mu byt. Wspierał go.
Wzdrygnął się, zaskoczony nieznanym mu uczuciem, dziwnie przypominającym wzruszenie.
A przecież próbowano nim manipulować. Ktoś go okłamywał i usiłował żerować na jego uczuciach. Brano go za głupca.
– Matka Augustusa opowiedziała mi o wszystkim – obstawała przy swoim panna Fairchild. – To pan jest ojcem. Przed śmiercią powierzyła mi opiekę na chłopcem…
Constantine doskonale rozumiał w tej chwili gniew, który jego przyjaciel Dorian, książę Rath, co sugerowało jego nazwisko, niewątpliwie odczuwał przez całe życie.
W przeciwieństwie do Ratha Constantine, człowiek pyszny i wyniosły, jak przystało na księcia Pryde, nie mógł sobie pozwolić na wybuch wściekłości.
– Panno Fairchild – odpowiedział. – Zapewniam panią, że to niemożliwe.
– Ależ to prawda – odparła szybko. – Trzymałam ją za rękę, gdy wydawała ostatnie tchnienie. Chciała…
W jego piersi wciąż narastał ucisk. To przez nią przez trzy dni drapał ściany i nie mógł spać w obawie, że ktoś ma dowód, który go zniszczy. Jak śmiała?
Chciała coś na nim wymusić tymi bredniami?
To, kim była zmarła kobieta i na co umarła, nie miało dla niego najmniejszego znaczenia. Podejrzewał, że tamta kobieta zmyśliła tę historię; być może po to, by kogoś szantażować po potajemnym porodzie.
Wybrała sobie niewłaściwego człowieka.
– Czytała pani o nieszczęściu księcia Luhst w gazetach, prawda? – zapytał, starając się zachować spokój. – I pomyślała, że będzie łatwo oszukać innego mężczyznę. Tyle że moja reputacja jest nieskazitelna. Spłodzenie bękarta to coś, czego zawsze skrupulatnie się wystrzegałem.
Kąciki zmysłowych ust panny Fairchild opadły na chwilę.
– Nie próbuję…
– To nie moje dziecko. Żal mi go, ale nie dam się wciągnąć w nikczemny spisek. Te zarzuty nie mają żadnych podstaw. Jeśli wciąż będzie mnie pani nękać, odpowie pani przed sądem za zniesławienie. Kary są tak wysokie, że resztę życia spędzi pani w więzieniu dla dłużników.
Od razu poczuł ulgę, zrobiło mu się lżej na piersi. Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia. Octavius pożegnał się pospiesznie i pobiegł za nim.
Constantine chciał jak najszybciej opuścić to miejsce. Panna Fairchild nie znała jego prawdziwej tajemnicy i nie miała żadnych podstaw, by czegokolwiek od niego żądać. Nie musiał się martwić o utratę tytułu.
W drodze powrotnej Constantine stawiał kroki powoli i spokojnie, trzymając się prosto.
Musiał odetchnąć. Rozluźnić pięści.
Nic mu nie groziło ani nikt go nie szantażował. Mógł wrócić do normalnego życia.
Jednak pod sztywną maską opanowania jego umysł pogrążył się w chaosie.
Udało mu się odeprzeć jedno fałszywe oskarżenie, ale jego sekret wciąż czynił go podatnym na ataki.
Jeśli nie panna Fairchild, to ktoś inny mógłby wykorzystać przeciwko niemu jego tajemnicę.
Kroczący obok niego Octavius otworzył piersiówkę.
– Ruda… Wyglądała na taką nieśmiałą, ale w łóżku musi być gorąca.
Słowa te przywołały obraz rozrzuconych na poduszce rudych włosów panny Fairchild, jej pięknych ust nabrzmiałych i rozchylonych w rozkoszy, jej spoconego ciała wyginającego się pod nim.
Nie pod Octaviusem.
– Trzymaj język za zębami – powiedział Constantine nieco ostrzej, niż zamierzał. – Nie mów o niej w ten sposób.
Octavius wziął łyk alkoholu i zakręcił butelkę.
– Daj spokój, mówię z doświadczenia.
Constantine pokręcił głową.
– Przestań.
Octavius posłał mu zdziwione spojrzenie.
– Jak sobie chcesz. Ty i twoja duma…
Nie było sensu bronić honoru obcej kobiety, skoro wiedział, że nigdy więcej jej nie zobaczy.Rozdział 2
Jakże bezduszny musi być mężczyzna, który wyrzeka się własnego dziecka?
Panna Modesty Fairchild płonęła gniewem, gdy wychodziła z dorożki, mocno przytulając małego Augustusa. Niemowlę spało spokojnie, nieświadome bezlitosnego odrzucenia przez ojca.
Pospiesznie przeszła przez ruchliwą drogę gruntową, kierując się w stronę przytułku dla kobiet, a Grace podążała tuż za nią. Chłodny wrześniowy wiatr przenikał przez jej okrycie, ale Modesty się tym nie przejmowała. Z oburzenia było jej wręcz gorąco. Obdarte dzieci ulicy przemykały między budynkami. Minęła ich jakaś kobieta w znoszonym szalu. Obok przeszedł też mężczyzna z wyniszczoną twarzą i pustym wzrokiem.
Książę uosabiał to, przed czym ostrzegał ją ojciec – arystokratyczną doskonałość, pod którą kryje się serce z lodu.
Mimo wszystko na jego widok zaparło jej dech w piersiach. Miał atletyczną sylwetkę, szerokie ramiona, szczupłą talię, wąskie biodra i długie, muskularne nogi. Pod zwichrzonymi przez wiatr ciemnobrązowymi włosami jego twarz wydawała się wyjątkowo wyrazista – o ostrych rysach, kanciastych kościach policzkowych i z niewielkim dołkiem w mocnej szczęce. Pod długimi, ciemnymi rzęsami skrywały się lekko skośne, kasztanowe oczy o głębokim, przenikliwym spojrzeniu. Najbardziej zaskakiwały jednak usta, z pełną dolną wargą i idealnym łukiem kupidyna, zupełnie jakby natura nie potrafiła do końca wybrać między surowością a zmysłowością.
Jego towarzysz, książę Eccess, okazał przynajmniej odrobinę serdeczności, sprawiając dobre wrażenie mimo wyczuwalnej woni wina w oddechu. Chciał zobaczyć Augustusa, za to Pryde pozostał niewzruszony. Uznanie dziecka niewątpliwie zszargałoby jego nieskazitelną reputację.
Grace otworzyła jej drzwi.
– Co teraz zrobisz?
Prowadzony przez Grace przytułek dla ubogich kobiet mieścił się w dużym ceglanym budynku dawnej garbarni. Brudne okna usytuowano wysoko, aby wpuszczały nieco światła. Ochronka znajdowała się w dzielnicy Whitechapel, przy szerokiej ulicy, gdzie stały kamienice nachylone ku sobie niczym pijani robotnicy.
Modesty objęła swoje cenne zawiniątko i przekroczyła próg.
– Zrobię to, czego książę nie potrafi. Zaopiekuję się niewinnym dzieckiem, które bardziej potrzebuje miłości niż tytułu. Najpierw muszę znaleźć mamkę.
Gdy wraz z Grace przechodziły przez główną salę, poczuła znajomy zapach wilgotnych murów. Stukot jej niskich obcasów odbijał się echem od zimnej podłogi.
– Potem ja i tata wychowamy go tak, jak chciałaby Ophelia.
Jej własna mama również zmarła przy porodzie. Między innymi dlatego tak bardzo troszczyła się o tego uroczego chłopca, mimo że nie był jej dzieckiem. Uwielbiała jego zadarty nosek, pełne okrągłe policzki, delikatne blond włoski i przypominające wilka znamię za uchem.
Drugi z powodów był nie do pomyślenia…
Na drugim końcu dużego pomieszczenia kobiety pochylały się nad starymi stołami roboczymi, teraz używanymi do szycia. Na blatach leżały skrawki tkanin i nici. W dużym kominku na drugiej ścianie umieszczono trzy ruszty. Na jednym z nich stał kociołek, w którym bulgotał gulasz o kojącym zapachu.
Modesty poczuła przeciąg, więc przytuliła Augustusa jeszcze mocniej, żeby ochronić go przez zimnym wiatrem. Chłód wdzierał się do środka przez szpary w oknach i drzwiach.
– Wiesz – powiedziała Grace, idąc obok. – Tak będzie dla niego lepiej. Dasz mu dużo miłości. Próżny i pyszny książę nie zadbałby o niego tak jak ty.
Modesty przypomniała sobie, jak idealne rysy Pryde’a stężały na widok Augustusa, jak przelotny błysk łagodności w jego oczach ustąpił miejsca lodowatej obojętności.
– Masz rację – odparła. – Książę nigdy by go nie pokochał.
Minęły kobiety siedzące przy stołach, zajęte robótkami ręcznymi, bujaniem niemowląt, zabawianiem maluchów lub po prostu cichą rozmową.
Modesty poznała Ophelię dwa miesiące wcześniej, właśnie przy tym stole, gdy ta z trudem łatała spódnicę. W ten sposób można było zarobić jakieś drobne. Była ładna, miała blond włosy i smutne, niebieskie oczy, z których płynęły łzy. Jej mąż zmarł, gdy była w trzecim miesiącu ciąży. Po jego śmierci sprzedano cały jego majątek, by spłacić długi, a Ophelia została bezdomna.
Modesty i jej ojciec przyjęli Ophelię do siebie, jak to często robili z bezdomnymi kobietami w ciąży, a nawet tymi z przytułku. Lepiej było rodzić w czystym, ciepłym domu niż w zimnym pomieszczeniu, które mimo wszelkich starań nie stanowiło najlepszego miejsca dla noworodków.
Jak to możliwe, że szanowana skromna mężatka związała swój los z księciem Pryde? Może Ophelia miała dość wiecznie pijanego męża i życia na skraju ubóstwa, dlatego łatwo znalazła pocieszenie w ramionach przystojnego, bogatego i potężnego mężczyzny.
Kiedy jednak przed dwoma miesiącami Ophelia zwróciła się do księcia o pomoc, ten bezlitośnie ją odrzucił. Była więc zmuszona pójść do przytułku.
Grace i Modesty skierowały się na prawą stronę sali, gdzie wisiały rzędy zasłon, tworząc małe, prywatne przestrzenie. W każdej z nich umieszczono cienki materac lub drewnianą skrzynię służącą za kołyskę. Warunki były skromne, ale lepsze od tych, które panowały na ulicy.
– Musiałaś spróbować. – Grace skinęła głową ku grupie kobiet, które zebrały się przy okrągłym stole i coś pisały, podczas gdy ich towarzyszka czytała na głos. – Książę jest jedynym krewnym Augustusa. Obiecałaś umierającej matce, że zadbasz o bezpieczeństwo jej dziecka, a teraz zamierzasz zmienić dla niego całe swoje życie. Jesteś najżyczliwszą osobą, jaką znam, ale czy będziesz w stanie kontynuować swoje badania, opiekując się niemowlęciem?
Na myśl o porzuceniu antykwarycznych aspiracji Modesty zrobiło się smutno. Nie zdoła zobaczyć starożytnych grobowców w Egipcie ani nie odkryje sekretów pogrzebanych miast Cesarstwa Rzymskiego. Nie dokona odkryć, które mogłyby zmienić ludzkie wyobrażenie o przeszłości. Odnalezienie rzymskiej willi na terenie gospodarstwa jednego z parafian mogło stanowić pierwszy krok na drodze do przekonania społeczeństwa, że kobiety powinny mieć możliwość pracy w terenie na równi z mężczyznami. Niestety marzenia o uznaniu w świecie nauki i przełomie w postrzeganiu przeszłości miały pozostać jedynie fantazjami.
Doskonale pamiętała cylindryczną, wykonaną z brązu szkatułkę na biżuterię, którą udało się jej wykopać. Następnie odsłoniła mozaiki podłogowe. Gdy uniosła skrzyneczkę na deszczu, zmył on wierzchnią warstwę gleby oraz nagromadzony przez wieki brud. Ściskała zimny, zmatowiały od starości metal zmarzniętymi, mokrymi palcami, mrugając z powodu deszczu, który smagał ją po twarzy. Otworzyła wieko i z zapartym tchem patrzyła na znalezione skarby: srebrne lusterko, niebieskie i zielone szklane koraliki, złamaną kość strzałkową… i, co najbardziej intrygujące, mały rzeźbiony kamień, który wcale nie był rzymski. Była pewna, że to artefakt Piktów, szkockiego plemienia!
Znalezisko tak ją oszołomiło, że czas jakby stanął w miejscu.
Niestety nie zatrzymał się on dla ciężarnej kobiety, która czekała na nią godzinę marszu stamtąd, by wspólnie wrócić do domu. Ophelia nie ruszała się z umówionego miejsca, ale gdy zmarzła i przemokła, zrezygnowała i sama wróciła na plebanię.
Ani Grace, ani nikt inny nie miał pojęcia, że Ophelia zmarła z powodu roztargnienia Modesty tamtego dnia. Jej głupie marzenia stanowiły więc niewielką cenę za zapewnienie dziecku przyjaciółki godnego życia… to będzie pokuta, na którą w pełni zasłużyła.
– Nie zamierzam prowadzić badań – odpowiedziała, wracając do teraźniejszości. – Twój brat jest na tyle uprzejmy, że będzie kontynuować wykopaliska.
– I przypisze sobie wszelkie zasługi? – Grace cmoknęła. – Kocham George’a i pragnę dla niego wszystkiego, co najlepsze, ale… to miejsce… jest twoje.
Modesty uważała, że najrozsądniejszym wyjściem będzie pozwolić, by to George zebrał całą chwałę, podczas gdy ona zajmie się tym, co kobieta powinna robić: wspieraniem taty i wychowywaniem dziecka.
Zatrzymały się, a Grace odsunęła częściowo zasłonę. Na słomianym materacu pod ścianą, oparta o poduszkę, siedziała kobieta, która ocierała oczy chusteczką. Miała na sobie starą brązową sukienkę z łatami. Niesforne kosmyki sterczały wokół zmęczonej twarzy.
– Jak się pani czuje, pani Walcott? – zapytała Grace.
– Wciąż bardzo boli, panno Lockhart – odparła kobieta ze smutnym uśmiechem – ale już mi się polepsza. Tak mówi doktor Sterling.
Zanim Modesty zdążyła odpowiedzieć, za ich plecami rozległy się kroki.
– Ach, panno Fairchild – odezwał się męski głos.
Modesty odwróciła się i zobaczyła George’a. Twarz miał promienną, a w kącikach jego ciemnych oczu pojawiły się niewielkie zmarszczki. Cieszył się, że ją widzi.
– Jak poszło spotkanie?
George był wysokim, szczupłym mężczyzną z ciemnymi lokami w tym samym odcieniu co włosy jego siostry Grace. Niesforne fale okalały przyjemną twarz. Miał na sobie brązowy wełniany płaszcz, starannie cerowany na łokciach, prostą lnianą koszulę i stare spodnie. Trzymał drewnianą deskę, na której umieścił talerz i blaszany kubek.
Modesty odwzajemniła uśmiech. To on rozbudził w niej zainteresowanie historią. Kiedy byli dziećmi, popołudniami często opowiadał jej historie o starożytnych cywilizacjach i zakopanych skarbach. Teraz ożywił te wspomnienia, szukając antykwarycznych okazów.
– Obawiam się, że nienajlepiej, panie Lockhart – odparła Modesty. – Dlatego mały Augustus potrzebuje mamki.
George zmarszczył brwi.
– Cóż za rozczarowanie.
– Czy mogłaby pani karmić Augustusa, pani Walcott? – zapytała Grace.
Kobieta spojrzała na zawiniątko.
– Ja… eee…
Grace podeszła i chwyciła dłoń pani Walcott.
– Przykro mi, utrata własnego dziecka to okropne przeżycie.
– Tak, ale… piersi mam pełne mleka… Okropnie bolą… Jeśli inne dziecko potrzebuje matki… choćby tylko do karmienia… zrobię to.
Modesty zbliżyła się, kołysząc noworodka.
– Dziękuję. Mój ojciec jest pastorem w Shepherdsbrook, pół godziny jazdy powozem stąd. Będę się opiekować Augustusem. Do tej pory karmiła go kobieta z parafii mojego ojca, ale to tylko tymczasowe rozwiązanie. Ma już sześcioro własnych dzieci i nie może żywić kolejnego. Mamy niewiele, ale damy ci jedzenie i bezpieczny dom.
Kobieta skinęła głową, wciąż zapłakana.
– Co się stało z jego matką?
– Ona… – Wróciło bolesne wspomnienie popołudnia sprzed pięciu dni, które wszystko zmieniło. – Dostała gorączki, zanim zaczęły się bóle porodowe. Krótko po porodzie jej stan się pogorszył i… Przed śmiercią poprosiła mnie, żebym się nim zaopiekowała.
Gdy Ophelia umarła, zrozpaczona Modesty przyszła do przytułku, aby się poradzić. Grace i George byli jej najbliższymi przyjaciółmi, więc wiedziała, że może im ufać.
Modesty uśmiechnęła się do pani Walcott.
– Wszyscy będziemy rodziną tego dziecka.
– Jestem bardzo wdzięczna za dach nad głową i jedzenie – powiedziała pani Walcott. – Nie mam dokąd pójść. Mój mąż też nie żyje. Nie mam nikogo, naprawdę.
Modesty skinęła głową i zamrugała, by powstrzymać łzy.
– Rozumiem. Teraz masz mnie, mojego tatę i tego małego chłopca. Nigdy nie będziesz sama.
Pani Walcott wyciągnęła ręce, by wziąć dziecko, a Modesty podała jej Augustusa.
Gdy patrzyła, jak kobieta kołysze niemowlę, poczuła dużą ulgę.
Wróciła myślami do głębokich kasztanowych oczu, wyprostowanych pleców i posągowej twarzy – pięknej maski, która skrywała najbrzydszą, najbardziej samolubną osobę, jaką kiedykolwiek poznała.
Grace miała rację.
Może odrzucenie przez tego nieczułego księcia okaże się najlepszą rzeczą, która mogła spotkać to dziecko. Poświęci mu swoje życie i będzie dorastał w kochającej rodzinie, kierującej się dobrymi zasadami.
Zignorowała ukłucie żalu i smutku, które przeszyło jej serce na myśl o porzuconych marzeniach.Rozdział 3
Trzy dni później…
Zapach mokrego błota, gnijących ryb i kwaśnego rozkładu mieszał się z rześkim wieczornym powietrzem przy wejściu do Elizjum. Constantine pogładził dłonią szyję konia andaluzyjskiego. Jedwabista biała sierść Ikara niemal lśniła na tle ciemności nocy w Whitechapel; światło pochodni ulicznych rzucało na konia ciepłą, żółtą poświatę. Ogier zamrugał dużymi, wyrazistymi oczami, a jego chrapy delikatnie się rozszerzyły.
– Olśniewający okaz.
Książę Enveigh zerknął na Ikara spod jasnobrązowej grzywki. Srebrne, zdobione wężowym motywem guziki jego zielonego płaszcza migotały w świetle.
– Nic dziwnego, że Jego Królewska Mość cię nienawidzi za to, że go przelicytowałeś. Ja też bym cię trochę znienawidził. Ale czy to rozsądne przyjeżdżać tak cennym koniem do Whitechapel?
Constantine spojrzał na imponujący trzypiętrowy budynek.
– Stajnie pana Blackmore’a są strzeżone niczym twierdza. Nie ma powodów do obaw.
Tętniący życiem za dnia targ przy ulicy Petticoat teraz świecił pustkami. Okna jarzyły się ciepłym blaskiem świec. Nad wejściem sześć ostrokątnych trójkątów ułożonych w półkole tworzyło symbol promieni słonecznych. W mitologii greckiej Elizjum, Pola Elizejskie, stanowiło wieczny raj dla bohaterów i osób cnotliwych. Tutejsze Elizjum oferowało swoim członkom inny rodzaj utopii; miejsce, w którym mogli oddawać się swoim żądzom bez osądu i konsekwencji. Nie było w tym nic cnotliwego.
Nazajutrz Constantine miał wrócić do swojej wiejskiej posiadłości. Strach przed szantażem i sytuacja sprzed trzech dni przypomniały mu, że już najwyższy czas się ożenić. Postanowił, że przed końcem następnego sezonu znajdzie żonę o nieskazitelnej reputacji. Nie miało to nic wspólnego z miłością, gdyż ta była tylko igraszką przy jego ambicjach. Właściwe koneksje i odpowiednie pochodzenie żony zapewniłyby mu jeszcze wyższą pozycję.
Ale wszystko w odpowiednim czasie.
W tej chwili potrzebował swojej kochanki Afrodyty, aby pomogła mu wyrzucić z głowy pannę Fairchild i małego Augustusa.
– To nie jedyny powód, dla którego Jego Królewska Mość żywi do ciebie urazę.
Eccess pociągnął długi łyk ze swojej srebrnej piersiówki. Jego potężna sylwetka niemal zasłoniła wejście do budynku, a rdzawy płaszcz był przyciasny w ramionach. Pomimo zawsze niedbałego wyglądu miał głowę na karku, a jego wzrok pozostawał bystry i przenikliwy.
Enveigh zmrużył oczy.
– Na pewno wiesz, o co chodzi. Jesteś najdroższym przyjacielem księcia regenta.
– Jeśli mam być szczery, nie nazwałbym się jego przyjacielem. – Eccess przechylił głowę, napinając mięśnie szyi. – Można powiedzieć, że lubimy podobne przyjemności. Bez wątpienia jedzenie i trunki. Co do jego uczuć do ciebie, Constantine, śmiem twierdzić, że nie mają one aż tak wiele wspólnego z koniem, a znacznie więcej z twoją cholerną dumą.
– Ach – zaśmiał się Enveigh. – Słynny incydent w Izbie Lordów.
Constantine zacisnął zęby. Regent słynął z rozrzutności, która wpędziła go w długi. Jego Królewska Mość zwrócił się do Parlamentu o zgodę na rozszerzenie listy uposażeń, aby w ten sposób pokryć deficyt. Chociaż Constantine, jako książę, nie miał prawa głosu w Izbie Gmin, gdzie miała zapaść decyzja, jego ostry sprzeciw w Izbie Lordów wywołał falę oburzenia w Parlamencie. Dzięki zaufanym sojusznikom w Izbie Gmin i umiejętnie nagłośnionym publicznym oświadczeniom udało mu się wpłynąć na członków izby. Dlatego teraz regent, jeden z najpotężniejszych ludzi w Anglii, żywił do niego urazę. Jedno jego słowo mogło zniszczyć wszystko, o co Constantine z tak wielkim trudem zabiegał.
Przyjaciele rozumieli go jak nikt inny. W ich towarzystwie nie musiał dbać o swój nienaganny wizerunek. Od dzieciństwa wpajano mu, że musi być doskonały. We wczesnej młodości bardzo często czuł się samotny i miał niskie poczucie własnej wartości. Rodzice ograniczali jego kontakty tylko do nauczyciela i samych siebie, aby zapewnić mu idealną edukację.
Rath, Luhst, Eccess, Enveigh, Irrevrence, Fortyne. Siedmiu Książąt Grzechu, których nazwiska brzmiały jak przewiny: Rath – gniew, Luhst – rozpusta, Pryde – pycha, Enveigh – zazdrość, Irreverence – próżniactwo, Eccess – przesyt oraz Fortyne – chciwość.
I on sam. Pryde.
Przyjaciele, których nie miał w dzieciństwie. Znali jego największe wady i akceptowali jego sekrety, chroniąc je jak własne. On także nie ujawniał ich tajemnic.
Gdyby zaszła taka potrzeba, oddałby życie za każdego z nich.
Drzwi Elizjum się otworzyły, a w progu stanął Thorne Blackmore, właściciel klubu. Dwóch mężczyzn, którzy pilnowali wejścia, skinęło mu z szacunkiem głowami.
Blackmore był wysokim mężczyzną z czarnymi włosami i ciemnymi oczami. Przystojny, o wyrazistych, ostrych rysach twarzy, ubierał się jak książę i miał maniery prawdziwego dżentelmena. Nie należało się jednak sugerować jego pozornym spokojem; w Londynie wiedziano, że bywa szybki i niebezpieczny.
Książęta skinęli mu głowami na powitanie.
– Panie Blackmore.
– Witamy, Wasze Książęce Moście – powiedział Blackmore. – Klub jak zawsze stoi przed wami otworem. – Jego wzrok padł na andaluza. – Czy to ten ogier, o którym Jego Królewska Mość nie przestaje mówić?
Constantine pogłaskał Ikara po muskularnym boku.
– Tak jest.
– Zaprowadzimy konie do stajni.
Blackmore skinął na swojego stajennego i dwóch kolejnych, którzy wyłonili się zza rogu budynku. Gdy trzej stajenni odprowadzili konie, Blackmore wskazał gestem otwarte drzwi, zza których sączyło się delikatne złote światło. Do ich nozdrzy dotarły zapachy wanilii i wina, a do uszu dźwięki kameralnego utworu Haydna.
– Proszę. Czeka was noc pełna przyjemności.
Mężczyźni weszli do dużego pomieszczenia z drewnianymi panelami ściennymi w eleganckim turkusowym kolorze. Na balkonie grała orkiestra. Za szkłem stało drzewo marula, którego jedwabiste liście odbijały światło kryształowych żyrandoli. Wokół pnia owinął się pyton. Piętnaście kobiet o najróżniejszych kształtach i typach urody, ubranych w zwiewne jedwabie, czekało przy okrągłych stołach. W klatce pod ścianą przechadzała się pantera. Wzdłuż ścian ciągnęły się alkowy ukryte za ciemnymi aksamitnymi zasłonami. Z miedzianych tac, trzymanych przez lokajów, unosiła się woń pieczonego mięsa, przysmaków i wina.
Wzrok Constantine’a padł na Afrodytę, która stała ubrana w suknię w kolorze indygo; jego kolorze. Była piękną kobietą o ciemnych, jedwabistych włosach i głębokim spojrzeniu. Tego wieczoru jednak po raz pierwszy w życiu zapragnął innej kochanki. Najchętniej rudowłosej o zielonych oczach.
– Zostańcie obaj w mojej posiadłości na sezon polowań – zasugerował Eccessowi i Enveighowi, gdy każdy z nich wziął kieliszek wina z tacy lokaja. – A jeśli już mowa o polowaniu, nie mam na myśli tylko polowania na lisy.
– To znaczy? – zapytał Eccess.
Constantine upił łyk.
– Czas znaleźć sobie żonę. Chciałbym w najbliższych miesiącach odwiedzić okoliczne rodziny, żeby nawiązać znajomości. Spodziewam się, że to ułatwi mi wybór kandydatki i rozpoczęcie starań o jej rękę w nadchodzącym sezonie londyńskim.
– Straciliśmy już Ratha i Luhsta – oznajmił Enveigh. – A teraz ty?
– W tym tygodniu zacznę sporządzać listę kandydatek. Pomożesz mi, Archibaldzie?
Enveigh zadrżał.
– Wybacz, ale Octavius znacznie lepiej orientuje się w tegorocznych debiutantkach.
Eccess zaśmiał się cicho.
– Rzeczywiście. Samo patrzenie to niedoceniana przyjemność.
Constantine zachichotał.
– Świetnie. Potem omówimy moje możliwości, a ty będziesz mi towarzyszył podczas wizyt. Mam nadzieję, że to mój ostatni raz w Elizjum. A teraz wybaczcie, czekają na mnie gdzie indziej.
Zanim jednak zdążył ruszyć w stronę Afrodyty, stanął przed nim lokaj z listem na tacy.
– Wasza Książęca Mość, to do pana. Właśnie go dostarczono.
Constantine zamrugał. Kto oprócz jego służby i książąt z bractwa wiedział, że tu przebywa? Wziął list i otworzył go z dziwnym uczuciem niepokoju.
Londyn, 27 września 1814 r.
Do Jego Miłości księcia Pryde
Wasza Książęca Mość,
posiadam list Pańskiej nieżyjącej matki. Ten, który dowodzi, że nie jest Pan synem zmarłego księcia Pryde, a raczej owocem romansu matki ze zwykłym plebanem.
Constantine przerwał czytanie, z trudem łapiąc oddech. Ktoś wszedł w posiadanie listu napisanego przez jego matkę. Matka Ophelii ukradła go kiedyś jako zabezpieczenie, gdy zdała sobie sprawę, że nosi pod sercem dziecko księcia. Jego ojciec starał się go odnaleźć od lat.
Zaciskając dłonie, by powstrzymać ich drżenie, czytał dalej.
Przede wszystkim wiem jednak, że niecały tydzień temu urodził się prawowity dziedzic tytułu książęcego. Ma na imię Augustus i jest synem pani Ophelii Lester, nieślubnej córki zmarłego księcia Pryde.
Zgodnie z testamentem Pańskiego ojca jeśli ta informacja ujrzy światło dzienne, straci Pan wszystko – tytuł, ziemie i dobre imię. Jeżeli jednak dostarczy Pan 1000 funtów w banknotach do tawerny Przy Porcie i umieści je pod trzecim stołem po lewej stronie w ciągu pięciu dni, istnienie listu pozostanie naszą tajemnicą.
Jeśli nie spełni Pan mojej prośby, przekażę go Jego Królewskiej Mości i redakcjom wszystkich gazet towarzyskich.
Najpokorniejszy i najposłuszniejszy sługa księcia
Anonim
Świat Constantine’a zachwiał się w posadach. Mężczyzna wpatrywał się w staranne, wyrobione pismo, jakby nie do końca pojmował jego treść.
Ziścił się jego najgorszy koszmar.
Ta korespondencja różniła się od wiadomości od panny Fairchild. Ten list był rzeczowy, zwięzły. Bez zbędnych słów.
Octavius zerknął przyjacielowi przez ramię.
– Co to jest?
– Mój koniec – mruknął Constantine, po czym przyjaciel wyrwał mu papier z ręki.
– Co się dzieje? – chciał wiedzieć Enveigh.
– Kolejny list z szantażem – mruknął Eccess, przebiegając wzrokiem kolejne linijki.
– Kolejny? – spytał Enveigh z powagą w głosie.
Najpierw Luciena szantażowano z powodu córki, o której istnieniu nie wiedział. Potem pojawiła się panna Fairchild z Augustusem. A teraz to.
Constantine miał mętlik w głowie. Zrobiło mu się niedobrze.
– Niech to diabli… To na pewno panna Fairchild.
– Nie, to nie rudowłosa – odpowiedział Octavius. – Ona uwierzyła, że Augustus jest twoim dzieckiem, i myśli, że Ophelia była twoją kochanką. – Uniósł list. – Ten anonim wie, że Ophelia jest nieślubną córką twojego ojca i że urodziła Augustusa.
Krew zastygła Constantine’owi w żyłach, gdy przypomniały mu się słowa panny Fairchild. „Przed śmiercią powierzyła mi opiekę nad chłopcem”.
– O Boże – mruknął, gdy uderzyła go okropna myśl. – Ophelia nie żyje… przeze mnie.
Obaj przyjaciele spojrzeli na niego surowo.
– Nie przez ciebie – rzucił Enveigh. – Co masz wspólnego z jej śmiercią?
Constantine przypomniał sobie zmęczoną ciężarną kobietę z takimi samymi niebieskimi oczami i blond włosami jak jego ojca. Podobnie jak on miała też wydatne kości policzkowe i prosty rzymski nos, przekazywany w rodzinie Buccleighów z pokolenia na pokolenie.
Wszystko to, czego jemu brakowało.
Ophelia miała na sobie dobre ubranie, ale zdążyło się ono pobrudzić, a jej włosy były w nieładzie. Najwyraźniej od dawna nie miała okazji korzystać z pomocy służącej.
– Przyszła do mnie niedawno. Chciałem jej pomóc. Powinienem był. Dałbym jej dom, służbę, miesięczną pensję. Ale najpierw chciałem zadbać o swoje bezpieczeństwo. W zamian za pomoc zażądałem listu, który ukradła jej matka.
Listu, którym anonim go teraz szantażował.
Co z nim było nie tak? Czy jego pycha naprawdę liczyła się bardziej niż ludzkie życie? Nie był potworem. Powinien być dżentelmenem.
Enveigh odchrząknął.
– Nie chcę sypać soli na twoje rany, ale rozsądnie byłoby mieć ją blisko. Wtedy miałbyś ją i dziecko pod kontrolą.
Constantine zwiesił głowę.
– I wciąż by żyła.
Octavius westchnął, a w jego oczach pojawił się smutek.
– Nie wiesz tego. Niestety wiele kobiet umiera przy porodzie, bez względu na to, czy są bogate, czy biedne.
– Ale teraz to panna Fairchild ma dziecko – powiedział Enveigh – a ty zupełnie straciłeś wpływ na sytuację.
– Zgadza się. Wszystkie tytuły książęce są, ściśle rzecz biorąc, darami Korony. Jestem pewien, że Jego Królewska Mość niczego nie pragnąłby bardziej, niż postąpić zgodnie z testamentem mojego ojca, pozbawić mnie wszystkiego i mianować Augustusa kolejnym księciem. Wszystko po to, żeby zrobić mi na złość.
– A siebie mianować opiekunem chłopca do czasu osiągnięcia przez niego pełnoletności – dodał ponuro Eccess. – Całkowita kontrola nad majątkiem i wpływami Pryde’ów.
– To prawda. Muszę wziąć Augustusa pod swoją opiekę, żeby nie stał się bronią, którą można by wykorzystać przeciwko mnie.
Na samą myśl o hańbie, ciężarze plotek i zadowolonym uśmieszku księcia regenta zaczęła go swędzieć skóra, a na czoło wystąpił pot.
– Panna Fairchild… – zaczął. – Musi być w to w jakiś sposób zamieszana.
– Sprawiała wrażenie uczciwej osoby – odparł nieprzekonany Eccess. – To córka pastora.
Myśli Constantine’a pędziły tak szybko, że ledwie za nimi nadążał.
– Znała Ophelię. Ma dziecko… Dziecko, które zagraża wszystkiemu, czym jestem.
Przeczesał palcami włosy.
– Blackmore – krzyknął. – Konia! Natychmiast! Wychodzę.
Blackmore zmarszczył brwi i podszedł bliżej.
– Oczywiście, jak sobie książę życzy. Wszystko w porządku?
– Konia – wycedził Constantine przez zaciśnięte zęby. – Już!
W oczach mężczyzny pojawił się niebezpieczny błysk. Blackmore zdecydowanie nie lubił, gdy nim pomiatano. Ponieważ jednak był lepszym człowiekiem niż Constantine, zignorował obelgę i skinął głową.
– Natychmiast, Wasza Książęca Mość.
– Co ty wyprawiasz? – zapytał Octavius, gdy Blackmore szybkim krokiem podszedł do jednego z lokajów. – Zaczekaj, zastanów się. Nie możesz jej ponownie oskarżyć.
Ma rację. Ta myśl przemknęła mu przez umysł, ale szybko ją porzucił. Wiedział tylko, że dziecko stanowi zagrożenie.
Postanowił się dowiedzieć, czy panna Fairchild jest szantażystką, i natychmiast przejąć opiekę nad dzieckiem.
– To nie może być przypadek, że otrzymałem ten list zaraz po tym, jak zaprzeczyłem słowom panny Fairchild. Nie dostała ode mnie tego, czego chciała, więc teraz ona lub jej wspólnicy twierdzą, że mają list mojej matki. To musi być część jej planu!
Eccess zmrużył oczy.
– Czy to w ogóle ten sam charakter pisma?
– Nie obchodzi mnie to. – Ruszył w stronę drzwi. – Trzeba się zająć panną Fairchild. I to szybko.