Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Książę Pychy. Tom 3 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 sierpnia 2026
3358 pkt
punktów Virtualo

Książę Pychy. Tom 3 - ebook

Małżeństwo z rozsądku zmusza potężnego księcia do wyboru między dumą a miłością.

W świecie londyńskich elit reputacja znaczy wszystko, a Constantine Buccleigh, książę Pryde, uchodzi za człowieka nieskazitelnego. Kiedy jednak ktoś zaczyna go szantażować i grozi ujawnieniem sekretu, który może zniszczyć jego dobre imię, Constantine staje przed jedynym możliwym rozwiązaniem – ślubem z kobietą o niższym statusie społecznym.

Modesty Fairchild bardziej od salonów i bali woli wykopaliska archeologiczne. Los sprawił jednak, że została opiekunką osieroconego dziecka, i zrobi wszystko, by zapewnić mu bezpieczeństwo. Nawet jeśli oznacza to małżeństwo z chłodnym i aroganckim księciem, który składa jej najbardziej obraźliwą propozycję, jaką kiedykolwiek usłyszała.

Zamknięta w eleganckiej rezydencji w Mayfair, Modesty nie zamierza podporządkować się zasadom narzuconym przez męża. Gardzi jego wyniosłością i obsesją na punkcie kontroli, a Constantine nie potrafi znieść jej uporu oraz niezależności. Ale kolejne lekcje tańca, etykiety i wspólnie spędzony czas sprawiają, że między nimi zaczyna rodzić się coś, czego żadne z nich nie przewidziało.

Tymczasem wróg działający z ukrycia coraz mocniej zaciska pętlę wokół Constantine’a. Szantażysta podnosi stawkę, a tajemnice przeszłości mogą kosztować księcia wszystko – tytuł, reputację i rodzinę, którą dopiero zaczął kochać.

Czy Constantine zdoła porzucić swoją dumę, by ocalić kobietę i dziecko – jedyne, co jest dla niego najważniejsze?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9789180989640
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Epi­graf

„Słowa wa­szej ksią­żę­cej mo­ści są pięk­niej­szą po­chwałą pani ”.

Mi­guel de Ce­rvan­tes, Don Ki­chot*

„Trudno mi okre­ślić do­kładną go­dzinę, miej­sce, spoj­rze­nie lub słowa, które leżą u jego pod­staw. Mi­nęło zbyt dużo czasu. Za­nim na do­bre to do mnie do­tarło, by­łem za­ko­chany po uszy”.

Jane Au­sten, Duma i uprze­dze­nie**

------------------------------------------------------------------------

1.

* Mi­guel de Ce­rvan­tes y Sa­ave­dra, Don Ki­chot z La Man­chy, tłum. Wa­lenty Za­krzew­ski, War­szawa 1899, s. 328. Tekst do­stępny on­line w ser­wi­sie Wolne Lek­tury: https://wol­ne­lek­tury.pl/ka­ta­log/lek­tura/don-ki­chot-z-la-man­chy/ .
2.

** Jane Au­sten, Duma i uprze­dze­nie, przeł. Mag­da­lena Gaw­lik-Mał­kow­ska, War­szawa 2013, s. 352.Roz­dział 1

Wrze­sień, 1814 roku

– Gdzie on, do dia­bła, jest? – wark­nął Con­stan­tine Buc­c­le­igh, książę Pryde, kro­cząc nawą Ko­ścioła Wszyst­kich Świę­tych. Nie­wy­klu­czone, że na­stał dzień, w któ­rym jego se­kret zruj­nuje mu ży­cie.

W po­wie­trzu uno­sił się za­pach ku­rzu i ka­dzi­dła. Słabe świa­tło sło­neczne są­czyło się przez go­tyc­kie okna, rzu­ca­jąc cień męż­czy­zny na ka­mienną po­sadzkę. Miesz­kańcy She­pherds­brook, wio­ski na obrze­żach Lon­dynu, wy­szli z ko­ścioła po nie­dziel­nym ka­za­niu nie­spełna pięt­na­ście mi­nut wcze­śniej.

Echo prze­kleń­stwa Con­stan­tine’a od­biło się od ścian pu­stego bu­dynku ni­czym po­cisk. Jego buty do jazdy kon­nej stu­kały o ka­mienne płyty, a on skrzy­żo­wał ra­miona na piersi, idąc tro­chę zbyt szybko jak na księ­cia, który szczy­cił się swoim opa­no­wa­niem.

Gdy Con­stan­tine usły­szał huk za ple­cami, od­wró­cił się, in­stynk­tow­nie się­ga­jąc po list w we­wnętrz­nej kie­szeni płasz­cza.

Ale to był tylko Octa­vius, książę Ec­cess.

Stał z tyłu, za pu­stymi ław­kami, pa­trząc na niego prze­pra­sza­jąco. Ze znaj­du­ją­cego się obok re­gału spa­dły mo­dli­tew­niki.

Con­stan­tine uniósł brew i wy­pro­sto­wał ra­miona.

– Octa­viu­sie, wo­lał­bym, że­byś za­cho­wał swój ta­lent do bu­rze­nia na inny dzień…

Ec­cess po­pra­wił re­gał. Na­wet pod szy­tym na miarę płasz­czem wi­dać było za­rys bi­cep­sów. Gdy Con­stan­tine schy­lił się, by pod­nieść książki i odło­żyć je na półkę, Octa­vius prze­sad­nie skło­nił się w kie­runku krzyża wi­szą­cego nad oł­ta­rzem.

– Wy­bacz mi. To tylko odro­bina wina. Na pewno ro­zu­miesz, woda i wino.

Wy­jął z kie­szeni srebrną pier­siówkę z wy­gra­we­ro­wa­nym sym­bo­lem dzika. Uniósł ją naj­pierw w stronę Con­stan­tine’a, po­tem w stronę krzyża i wziął łyk. Włosy w ko­lo­rze mio­do­wego blondu opa­dły mu na czoło.

Kiedy wszyst­kie mo­dli­tew­niki wró­ciły na swoje miej­sce, Con­stan­tine spoj­rzał na pier­siówkę.

– Prawdę mó­wiąc, sam nie po­gar­dził­bym kro­pelką.

– Pro­szę bar­dzo. Je­steś na­pięty jak cię­ciwa. – Octa­vius wy­cią­gnął w jego kie­runku pier­siówkę. – Mój naj­lep­szy ko­niak Fine Cham­pa­gne, jak za­wsze.

Dłoń Con­stan­tine’a drgnęła, ale nie się­gnął po tru­nek.

– Nie dziś. Po­trze­buję ca­łej trzeź­wo­ści umy­słu, na jaką mnie stać.

Octa­vius zmru­żył na chwilę oczy.

– Jak so­bie ży­czysz. Moim zda­niem przy­da­łoby ci się coś na roz­luź­nie­nie.

– Nie, nie te­raz.

W końcu roz­legł się od­głos kro­ków, który na ka­mien­nej po­sadzce brzmiał jak ka­no­nada. Con­stan­tine spo­coną dło­nią prze­cze­sał włosy i po­pra­wił halsz­tuk.

Ski­nął Ec­ces­sowi dło­nią i ru­szyli ra­zem w stronę dźwięku, aż w końcu, pod łu­kiem pre­zbi­te­rium, do­strze­gli w ciem­no­ści ja­kiś ruch. Kroki uci­chły.

Roz­le­gło się kwi­le­nie nie­mow­lę­cia.

Con­stan­tine za­marł i wstrzy­mał od­dech.

Nie­mowlę?

Z cie­nia wy­ło­niły się dwie ko­biety w pro­stych, brą­zowo-sza­rych mu­śli­no­wych su­kien­kach i spen­ce­rach. To ich ob­casy stu­kały wcze­śniej na wy­tar­tych ka­mien­nych pły­tach. Ta, która trzy­mała dziecko, była sporo wyż­sza od dru­giej.

Wy­mie­nili z Octa­viu­sem zdzi­wione spoj­rze­nia. Być może to tylko pa­ra­fianki, które zo­stały po ka­za­niu. Te dwie nie mo­gły mieć prze­cież nic wspól­nego z li­stem.

Po raz ko­lejny wró­cił my­ślami do ko­re­spon­den­cji, którą otrzy­mał trzy dni wcze­śniej.

Lon­dyn, 20 wrze­śnia 1814 roku

Do Jego Ksią­żę­cej Mo­ści księ­cia Pryde

Wa­sza Ksią­żęca Mość,

mam na­dzieję, że mój list za­stał Pana w do­brym zdro­wiu.

Po­wie­rzono mi ważną kwe­stię do­ty­czącą Pań­skiej sy­tu­acji, dla­tego by­łoby do­brze, gdyby wziął Pan udział w na­bo­żeń­stwie w Ko­ściele Wszyst­kich Świę­tych w She­pherds­brook w tę nie­dzielę.

Z uni­żo­nym sza­cun­kiem

Osoba życz­liwa

Osobą życz­liwą może być co prawda i męż­czy­zna, i ko­bieta, ale nie przy­pusz­czał, by płeć piękna mo­gła się po­su­nąć do szan­tażu.

Kiedy obie ko­biety za­trzy­mały się przed nim, zdał so­bie sprawę, że ta z nie­mow­lę­ciem jest jesz­cze wyż­sza, niż mu się po­cząt­kowo wy­da­wało, nie­mal tego sa­mego wzro­stu co on.

Po co matka z dziec­kiem na ręku mia­łaby chcieć się z nim spo­tkać? Nie był księ­ciem Luhst. Nie sy­piał z wie­loma ko­bie­tami.

Ec­cess od­chrząk­nął.

– Czy mo­żemy w czymś po­móc?

Wyż­sza z ko­biet sku­piła całą swoją uwagę na Octa­viu­sie.

– Wa­sza Ksią­żęca Mość książę Pryde?

Te­raz, gdy stała w świe­tle, Con­stan­tine do­strzegł, że jest śliczna. Mięk­kie, mie­dziane loki wy­su­wały się spod pro­stego czar­nego czepka i opa­dały po obu stro­nach twa­rzy. Duże zie­lone oczy ema­no­wały ła­god­no­ścią, a jed­no­cze­śnie po­wagą. Usta dziew­czyny były sze­ro­kie i zmy­słowe, a lekko szpi­cza­sty nos nada­wał jej za­wa­diacki wy­gląd i mło­dzień­czy urok. Niż­sza dziew­czyna miała około dwu­dzie­stu pię­ciu lat i atrak­cyjną twarz oko­loną po­fa­lo­wa­nymi czar­nymi wło­sami.

– Nie, oba­wiam się, że nie – od­po­wie­dział Octa­vius. – Książę Ec­cess. Do usług.

– Ja je­stem Pryde – ode­zwał się Con­stan­tine, sta­ra­jąc się za­cho­wać spo­kój, mimo że serce wa­liło mu w piersi. – W czym mogę po­móc, panno…?

– Panna Mo­de­sty Fa­ir­child – od­parła. – A to panna Grace Loc­khart, która to­wa­rzy­szy mi jako przy­zwo­itka.

Con­stan­tine ski­nął głową zgod­nie z obo­wią­zu­jącą ety­kietą. Ec­cess zro­bił to samo.

Te skromne, godne sza­cunku choć biedne damy z pew­no­ścią nie były szan­ta­żyst­kami. Przy­znał w du­chu, że spo­dzie­wał się spo­tkać tu ło­trów z kry­jó­wek w Whi­te­cha­pel, uzbro­jo­nych w noże i pi­sto­lety.

– Pan Fa­ir­child, pa­stor, który wła­śnie wy­gło­sił ka­za­nie, jest moim oj­cem – do­dała.

Uniósł dłoń, w któ­rej trzy­mał list.

– To pani go na­pi­sała?

Panna Fa­ir­child zer­k­nęła na kartkę, ko­ły­sząc dziecko. Na jej po­licz­kach po­ja­wiły się de­li­katne ru­mieńce.

– Tak, Wa­sza Ksią­żęca Mość. Nie by­łam pewna, co po­win­nam na­pi­sać w ta­kiej sy­tu­acji. W końcu cho­dzi pań­skie dziecko…

Jego dziecko?

Co ta ko­bieta mo­gła wie­dzieć o dawno za­gi­nio­nym li­ście jego matki po­twier­dza­ją­cym, że nie jest pra­wo­wi­tym sy­nem swo­jego ojca? To od tego po­winna za­cząć swoją wia­do­mość.

Za­raz…

Chyba nie su­ge­ro­wała…

Do li­cha! Ko­lejna próba szan­tażu z po­wodu rze­ko­mego nie­ślub­nego dziecka!

Za­le­d­wie kilka ty­go­dni wcze­śniej, na przy­ję­ciu w jego po­sia­dło­ści, jego przy­ja­ciel, książę Luhst, otrzy­mał list, któ­rego nadawca twier­dził, że książę ma nie­ślubne dziecko. Lu­cien za­prze­czył tym oskar­że­niom i od­mó­wił za­płaty. Szan­ta­ży­sta wy­słał wtedy do re­zy­den­cji Pryde’a trzy­let­nią córkę Lu­ciena. Wy­buchł skan­dal, który roz­niósł się po ca­łym Lon­dy­nie. Pi­sały o tym wszyst­kie ga­zety to­wa­rzy­skie, in­for­ma­cja po­ja­wiła się we wszyst­kich moż­li­wych ru­bry­kach plot­kar­skich. Ma­trony z to­wa­rzy­stwa do dziś cmo­kały z dez­apro­batą na wspo­mnie­nie upadku księ­cia Luhst.

Czy ten sam szan­ta­ży­sta pró­bo­wał te­raz ob­cią­żyć jego? A może ta ko­bieta su­ge­ro­wała, że to ich wspólne dziecko?

Był prze­ko­nany, że ni­gdy wcze­śniej jej nie spo­tkał. Ta­kich pięk­nych ust z pew­no­ścią by nie za­po­mniał.

Przez chwilę zda­wało się, że sta­ran­nie pie­lę­gno­wana fa­sada Con­stan­tine’a za­raz pęk­nie. Zmu­sił się do swo­jego wy­ćwi­czo­nego uprzej­mego uśmie­chu.

– Czy ze­chce mi pani po­wie­dzieć, o co do­kład­nie je­stem oskar­żony? – za­py­tał.

Ko­bieta zer­k­nęła na przy­ja­ciółkę, a ta unio­sła brwi. Po­tem znów spoj­rzała na Con­stan­tine’a. Ich oczy się spo­tkały.

– Au­gu­stus jest pana dziec­kiem, oczy­wi­ście.

Con­stan­tine po­czuł, jak w jego czaszce na­ra­sta pa­lący ucisk, jakby miała się za­raz roz­paść. Cała ta sy­tu­acja była tak ab­sur­dalna, że aż ko­miczna. Po­wi­nien po­czuć ulgę. Nie wspo­mniała o li­ście jego matki ani te­sta­men­cie ojca, nie gro­ziła ujaw­nie­niem jego praw­dzi­wego po­cho­dze­nia.

Je­dyną ko­bietą, z którą sy­piał, była pro­sty­tutka z Eli­zjum, eli­tar­nego klubu dla dżen­tel­me­nów w Whi­te­cha­pel. Thorne Black­more, wła­ści­ciel klubu, za­pew­niał Pryde’a, że jego ko­chanka jest bez­płodna.

– Moim dziec­kiem? – Sta­rał się za­cho­wać zimną krew, lecz w jego gło­sie po­brzmie­wał nie­po­kój.

Ec­cess, ten zdrajca, za­śmiał się i wy­cią­gnął szyję, żeby zer­k­nąć na za­wi­niątko w ra­mio­nach wy­so­kiej ko­biety.

– Czy mo­żemy zo­ba­czyć dziecko?

– Nie – od­parł Con­stan­tine, gdy panna Fa­ir­child się do nich zbli­żyła. – Nie ma po­trzeby.

Ku swemu wiel­kiemu nie­za­do­wo­le­niu zdą­żył zo­ba­czyć uro­czą bu­zię no­wo­rodka z du­żymi, ciem­no­nie­bie­skimi oczami, które pa­trzyły pro­sto na niego. Usta nie­mow­lę­cia po­ru­szały się, gdy ci­cho kwi­liło. Miało okrą­gły pod­bró­dek, uro­czy, gu­zi­ko­waty no­sek i pełne po­liczki oraz ma­lut­kie rączki o de­li­kat­nych pal­cach i prze­zro­czy­stych pa­znok­ciach.

Za­lała go fala cie­pła i przez uła­mek se­kundy pra­gnął, by to dziecko fak­tycz­nie było jego sy­nem. Ma­lut­kim czło­wie­kiem, któ­rego mógłby ko­chać i przy­tu­lać. Wziąłby go pod swoją opiekę i za­pew­nił mu byt. Wspie­rał go.

Wzdry­gnął się, za­sko­czony nie­zna­nym mu uczu­ciem, dziw­nie przy­po­mi­na­ją­cym wzru­sze­nie.

A prze­cież pró­bo­wano nim ma­ni­pu­lo­wać. Ktoś go okła­my­wał i usi­ło­wał że­ro­wać na jego uczu­ciach. Brano go za głupca.

– Matka Au­gu­stusa opo­wie­działa mi o wszyst­kim – ob­sta­wała przy swoim panna Fa­ir­child. – To pan jest oj­cem. Przed śmier­cią po­wie­rzyła mi opiekę na chłop­cem…

Con­stan­tine do­sko­nale ro­zu­miał w tej chwili gniew, który jego przy­ja­ciel Do­rian, książę Rath, co su­ge­ro­wało jego na­zwi­sko, nie­wąt­pli­wie od­czu­wał przez całe ży­cie.

W prze­ci­wień­stwie do Ra­tha Con­stan­tine, czło­wiek pyszny i wy­nio­sły, jak przy­stało na księ­cia Pryde, nie mógł so­bie po­zwo­lić na wy­buch wście­kło­ści.

– Panno Fa­ir­child – od­po­wie­dział. – Za­pew­niam pa­nią, że to nie­moż­liwe.

– Ależ to prawda – od­parła szybko. – Trzy­ma­łam ją za rękę, gdy wy­da­wała ostat­nie tchnie­nie. Chciała…

W jego piersi wciąż na­ra­stał ucisk. To przez nią przez trzy dni dra­pał ściany i nie mógł spać w oba­wie, że ktoś ma do­wód, który go znisz­czy. Jak śmiała?

Chciała coś na nim wy­mu­sić tymi bred­niami?

To, kim była zmarła ko­bieta i na co umarła, nie miało dla niego naj­mniej­szego zna­cze­nia. Po­dej­rze­wał, że tamta ko­bieta zmy­śliła tę hi­sto­rię; być może po to, by ko­goś szan­ta­żo­wać po po­ta­jem­nym po­ro­dzie.

Wy­brała so­bie nie­wła­ści­wego czło­wieka.

– Czy­tała pani o nie­szczę­ściu księ­cia Luhst w ga­ze­tach, prawda? – za­py­tał, sta­ra­jąc się za­cho­wać spo­kój. – I po­my­ślała, że bę­dzie ła­two oszu­kać in­nego męż­czy­znę. Tyle że moja re­pu­ta­cja jest nie­ska­zi­telna. Spło­dze­nie bę­karta to coś, czego za­wsze skru­pu­lat­nie się wy­strze­ga­łem.

Ką­ciki zmy­sło­wych ust panny Fa­ir­child opa­dły na chwilę.

– Nie pró­buję…

– To nie moje dziecko. Żal mi go, ale nie dam się wcią­gnąć w nik­czemny spi­sek. Te za­rzuty nie mają żad­nych pod­staw. Je­śli wciąż bę­dzie mnie pani nę­kać, od­po­wie pani przed są­dem za znie­sła­wie­nie. Kary są tak wy­so­kie, że resztę ży­cia spę­dzi pani w wię­zie­niu dla dłuż­ni­ków.

Od razu po­czuł ulgę, zro­biło mu się lżej na piersi. Od­wró­cił się na pię­cie i ru­szył w stronę wyj­ścia. Octa­vius po­że­gnał się po­spiesz­nie i po­biegł za nim.

Con­stan­tine chciał jak naj­szyb­ciej opu­ścić to miej­sce. Panna Fa­ir­child nie znała jego praw­dzi­wej ta­jem­nicy i nie miała żad­nych pod­staw, by cze­go­kol­wiek od niego żą­dać. Nie mu­siał się mar­twić o utratę ty­tułu.

W dro­dze po­wrot­nej Con­stan­tine sta­wiał kroki po­woli i spo­koj­nie, trzy­ma­jąc się pro­sto.

Mu­siał ode­tchnąć. Roz­luź­nić pię­ści.

Nic mu nie gro­ziło ani nikt go nie szan­ta­żo­wał. Mógł wró­cić do nor­mal­nego ży­cia.

Jed­nak pod sztywną ma­ską opa­no­wa­nia jego umysł po­grą­żył się w cha­osie.

Udało mu się ode­przeć jedno fał­szywe oskar­że­nie, ale jego se­kret wciąż czy­nił go po­dat­nym na ataki.

Je­śli nie panna Fa­ir­child, to ktoś inny mógłby wy­ko­rzy­stać prze­ciwko niemu jego ta­jem­nicę.

Kro­czący obok niego Octa­vius otwo­rzył pier­siówkę.

– Ruda… Wy­glą­dała na taką nie­śmiałą, ale w łóżku musi być go­rąca.

Słowa te przy­wo­łały ob­raz roz­rzu­co­nych na po­duszce ru­dych wło­sów panny Fa­ir­child, jej pięk­nych ust na­brzmia­łych i roz­chy­lo­nych w roz­ko­szy, jej spo­co­nego ciała wy­gi­na­ją­cego się pod nim.

Nie pod Octa­viu­sem.

– Trzy­maj ję­zyk za zę­bami – po­wie­dział Con­stan­tine nieco ostrzej, niż za­mie­rzał. – Nie mów o niej w ten spo­sób.

Octa­vius wziął łyk al­ko­holu i za­krę­cił bu­telkę.

– Daj spo­kój, mó­wię z do­świad­cze­nia.

Con­stan­tine po­krę­cił głową.

– Prze­stań.

Octa­vius po­słał mu zdzi­wione spoj­rze­nie.

– Jak so­bie chcesz. Ty i twoja duma…

Nie było sensu bro­nić ho­noru ob­cej ko­biety, skoro wie­dział, że ni­gdy wię­cej jej nie zo­ba­czy.Roz­dział 2

Jakże bez­duszny musi być męż­czy­zna, który wy­rzeka się wła­snego dziecka?

Panna Mo­de­sty Fa­ir­child pło­nęła gnie­wem, gdy wy­cho­dziła z do­rożki, mocno przy­tu­la­jąc ma­łego Au­gu­stusa. Nie­mowlę spało spo­koj­nie, nie­świa­dome bez­li­to­snego od­rzu­ce­nia przez ojca.

Po­spiesz­nie prze­szła przez ru­chliwą drogę grun­tową, kie­ru­jąc się w stronę przy­tułku dla ko­biet, a Grace po­dą­żała tuż za nią. Chłodny wrze­śniowy wiatr prze­ni­kał przez jej okry­cie, ale Mo­de­sty się tym nie przej­mo­wała. Z obu­rze­nia było jej wręcz go­rąco. Ob­darte dzieci ulicy prze­my­kały mię­dzy bu­dyn­kami. Mi­nęła ich ja­kaś ko­bieta w zno­szo­nym szalu. Obok prze­szedł też męż­czy­zna z wy­nisz­czoną twa­rzą i pu­stym wzro­kiem.

Książę uosa­biał to, przed czym ostrze­gał ją oj­ciec – ary­sto­kra­tyczną do­sko­na­łość, pod którą kryje się serce z lodu.

Mimo wszystko na jego wi­dok za­parło jej dech w pier­siach. Miał atle­tyczną syl­wetkę, sze­ro­kie ra­miona, szczu­płą ta­lię, wą­skie bio­dra i dłu­gie, mu­sku­larne nogi. Pod zwi­chrzo­nymi przez wiatr ciem­no­brą­zo­wymi wło­sami jego twarz wy­da­wała się wy­jąt­kowo wy­ra­zi­sta – o ostrych ry­sach, kan­cia­stych ko­ściach po­licz­ko­wych i z nie­wiel­kim doł­kiem w moc­nej szczęce. Pod dłu­gimi, ciem­nymi rzę­sami skry­wały się lekko sko­śne, kasz­ta­nowe oczy o głę­bo­kim, prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu. Naj­bar­dziej za­ska­ki­wały jed­nak usta, z pełną dolną wargą i ide­al­nym łu­kiem ku­pi­dyna, zu­peł­nie jakby na­tura nie po­tra­fiła do końca wy­brać mię­dzy su­ro­wo­ścią a zmy­sło­wo­ścią.

Jego to­wa­rzysz, książę Ec­cess, oka­zał przy­naj­mniej odro­binę ser­decz­no­ści, spra­wia­jąc do­bre wra­że­nie mimo wy­czu­wal­nej woni wina w od­de­chu. Chciał zo­ba­czyć Au­gu­stusa, za to Pryde po­zo­stał nie­wzru­szony. Uzna­nie dziecka nie­wąt­pli­wie zszar­ga­łoby jego nie­ska­zi­telną re­pu­ta­cję.

Grace otwo­rzyła jej drzwi.

– Co te­raz zro­bisz?

Pro­wa­dzony przez Grace przy­tu­łek dla ubo­gich ko­biet mie­ścił się w du­żym ce­gla­nym bu­dynku daw­nej gar­barni. Brudne okna usy­tu­owano wy­soko, aby wpusz­czały nieco świa­tła. Ochronka znaj­do­wała się w dziel­nicy Whi­te­cha­pel, przy sze­ro­kiej ulicy, gdzie stały ka­mie­nice na­chy­lone ku so­bie ni­czym pi­jani ro­bot­nicy.

Mo­de­sty ob­jęła swoje cenne za­wi­niątko i prze­kro­czyła próg.

– Zro­bię to, czego książę nie po­trafi. Za­opie­kuję się nie­win­nym dziec­kiem, które bar­dziej po­trze­buje mi­ło­ści niż ty­tułu. Naj­pierw mu­szę zna­leźć mamkę.

Gdy wraz z Grace prze­cho­dziły przez główną salę, po­czuła zna­jomy za­pach wil­got­nych mu­rów. Stu­kot jej ni­skich ob­ca­sów od­bi­jał się echem od zim­nej pod­łogi.

– Po­tem ja i tata wy­cho­wamy go tak, jak chcia­łaby Ophe­lia.

Jej wła­sna mama rów­nież zmarła przy po­ro­dzie. Mię­dzy in­nymi dla­tego tak bar­dzo trosz­czyła się o tego uro­czego chłopca, mimo że nie był jej dziec­kiem. Uwiel­biała jego za­darty no­sek, pełne okrą­głe po­liczki, de­li­katne blond wło­ski i przy­po­mi­na­jące wilka zna­mię za uchem.

Drugi z po­wo­dów był nie do po­my­śle­nia…

Na dru­gim końcu du­żego po­miesz­cze­nia ko­biety po­chy­lały się nad sta­rymi sto­łami ro­bo­czymi, te­raz uży­wa­nymi do szy­cia. Na bla­tach le­żały skrawki tka­nin i nici. W du­żym ko­minku na dru­giej ścia­nie umiesz­czono trzy ruszty. Na jed­nym z nich stał ko­cio­łek, w któ­rym bul­go­tał gu­lasz o ko­ją­cym za­pa­chu.

Mo­de­sty po­czuła prze­ciąg, więc przy­tu­liła Au­gu­stusa jesz­cze moc­niej, żeby ochro­nić go przez zim­nym wia­trem. Chłód wdzie­rał się do środka przez szpary w oknach i drzwiach.

– Wiesz – po­wie­działa Grace, idąc obok. – Tak bę­dzie dla niego le­piej. Dasz mu dużo mi­ło­ści. Próżny i pyszny książę nie za­dbałby o niego tak jak ty.

Mo­de­sty przy­po­mniała so­bie, jak ide­alne rysy Pryde’a stę­żały na wi­dok Au­gu­stusa, jak prze­lotny błysk ła­god­no­ści w jego oczach ustą­pił miej­sca lo­do­wa­tej obo­jęt­no­ści.

– Masz ra­cję – od­parła. – Książę ni­gdy by go nie po­ko­chał.

Mi­nęły ko­biety sie­dzące przy sto­łach, za­jęte ro­bót­kami ręcz­nymi, bu­ja­niem nie­mow­ląt, za­ba­wia­niem ma­lu­chów lub po pro­stu ci­chą roz­mową.

Mo­de­sty po­znała Ophe­lię dwa mie­siące wcze­śniej, wła­śnie przy tym stole, gdy ta z tru­dem ła­tała spód­nicę. W ten spo­sób można było za­ro­bić ja­kieś drobne. Była ładna, miała blond włosy i smutne, nie­bie­skie oczy, z któ­rych pły­nęły łzy. Jej mąż zmarł, gdy była w trze­cim mie­siącu ciąży. Po jego śmierci sprze­dano cały jego ma­ją­tek, by spła­cić długi, a Ophe­lia zo­stała bez­domna.

Mo­de­sty i jej oj­ciec przy­jęli Ophe­lię do sie­bie, jak to czę­sto ro­bili z bez­dom­nymi ko­bie­tami w ciąży, a na­wet tymi z przy­tułku. Le­piej było ro­dzić w czy­stym, cie­płym domu niż w zim­nym po­miesz­cze­niu, które mimo wszel­kich sta­rań nie sta­no­wiło naj­lep­szego miej­sca dla no­wo­rod­ków.

Jak to moż­liwe, że sza­no­wana skromna mę­żatka zwią­zała swój los z księ­ciem Pryde? Może Ophe­lia miała dość wiecz­nie pi­ja­nego męża i ży­cia na skraju ubó­stwa, dla­tego ła­two zna­la­zła po­cie­sze­nie w ra­mio­nach przy­stoj­nego, bo­ga­tego i po­tęż­nego męż­czy­zny.

Kiedy jed­nak przed dwoma mie­sią­cami Ophe­lia zwró­ciła się do księ­cia o po­moc, ten bez­li­to­śnie ją od­rzu­cił. Była więc zmu­szona pójść do przy­tułku.

Grace i Mo­de­sty skie­ro­wały się na prawą stronę sali, gdzie wi­siały rzędy za­słon, two­rząc małe, pry­watne prze­strze­nie. W każ­dej z nich umiesz­czono cienki ma­te­rac lub drew­nianą skrzy­nię słu­żącą za ko­ły­skę. Wa­runki były skromne, ale lep­sze od tych, które pa­no­wały na ulicy.

– Mu­sia­łaś spró­bo­wać. – Grace ski­nęła głową ku gru­pie ko­biet, które ze­brały się przy okrą­głym stole i coś pi­sały, pod­czas gdy ich to­wa­rzyszka czy­tała na głos. – Książę jest je­dy­nym krew­nym Au­gu­stusa. Obie­ca­łaś umie­ra­ją­cej matce, że za­dbasz o bez­pie­czeń­stwo jej dziecka, a te­raz za­mie­rzasz zmie­nić dla niego całe swoje ży­cie. Je­steś naj­życz­liw­szą osobą, jaką znam, ale czy bę­dziesz w sta­nie kon­ty­nu­ować swoje ba­da­nia, opie­ku­jąc się nie­mow­lę­ciem?

Na myśl o po­rzu­ce­niu an­ty­kwa­rycz­nych aspi­ra­cji Mo­de­sty zro­biło się smutno. Nie zdoła zo­ba­czyć sta­ro­żyt­nych gro­bow­ców w Egip­cie ani nie od­kryje se­kre­tów po­grze­ba­nych miast Ce­sar­stwa Rzym­skiego. Nie do­kona od­kryć, które mo­głyby zmie­nić ludz­kie wy­obra­że­nie o prze­szło­ści. Od­na­le­zie­nie rzym­skiej willi na te­re­nie go­spo­dar­stwa jed­nego z pa­ra­fian mo­gło sta­no­wić pierw­szy krok na dro­dze do prze­ko­na­nia spo­łe­czeń­stwa, że ko­biety po­winny mieć moż­li­wość pracy w te­re­nie na równi z męż­czy­znami. Nie­stety ma­rze­nia o uzna­niu w świe­cie na­uki i prze­ło­mie w po­strze­ga­niu prze­szło­ści miały po­zo­stać je­dy­nie fan­ta­zjami.

Do­sko­nale pa­mię­tała cy­lin­dryczną, wy­ko­naną z brązu szka­tułkę na bi­żu­te­rię, którą udało się jej wy­ko­pać. Na­stęp­nie od­sło­niła mo­zaiki pod­ło­gowe. Gdy unio­sła skrzy­neczkę na desz­czu, zmył on wierzch­nią war­stwę gleby oraz na­gro­ma­dzony przez wieki brud. Ści­skała zimny, zma­to­wiały od sta­ro­ści me­tal zmar­z­nię­tymi, mo­krymi pal­cami, mru­ga­jąc z po­wodu desz­czu, który sma­gał ją po twa­rzy. Otwo­rzyła wieko i z za­par­tym tchem pa­trzyła na zna­le­zione skarby: srebrne lu­sterko, nie­bie­skie i zie­lone szklane ko­ra­liki, zła­maną kość strzał­kową… i, co naj­bar­dziej in­try­gu­jące, mały rzeź­biony ka­mień, który wcale nie był rzym­ski. Była pewna, że to ar­te­fakt Pik­tów, szkoc­kiego ple­mie­nia!

Zna­le­zi­sko tak ją oszo­ło­miło, że czas jakby sta­nął w miej­scu.

Nie­stety nie za­trzy­mał się on dla cię­żar­nej ko­biety, która cze­kała na nią go­dzinę mar­szu stam­tąd, by wspól­nie wró­cić do domu. Ophe­lia nie ru­szała się z umó­wio­nego miej­sca, ale gdy zmar­zła i prze­mo­kła, zre­zy­gno­wała i sama wró­ciła na ple­ba­nię.

Ani Grace, ani nikt inny nie miał po­ję­cia, że Ophe­lia zmarła z po­wodu roz­tar­gnie­nia Mo­de­sty tam­tego dnia. Jej głu­pie ma­rze­nia sta­no­wiły więc nie­wielką cenę za za­pew­nie­nie dziecku przy­ja­ciółki god­nego ży­cia… to bę­dzie po­kuta, na którą w pełni za­słu­żyła.

– Nie za­mie­rzam pro­wa­dzić ba­dań – od­po­wie­działa, wra­ca­jąc do te­raź­niej­szo­ści. – Twój brat jest na tyle uprzejmy, że bę­dzie kon­ty­nu­ować wy­ko­pa­li­ska.

– I przy­pi­sze so­bie wszel­kie za­sługi? – Grace cmok­nęła. – Ko­cham Geo­rge’a i pra­gnę dla niego wszyst­kiego, co naj­lep­sze, ale… to miej­sce… jest twoje.

Mo­de­sty uwa­żała, że naj­roz­sąd­niej­szym wyj­ściem bę­dzie po­zwo­lić, by to Geo­rge ze­brał całą chwałę, pod­czas gdy ona zaj­mie się tym, co ko­bieta po­winna ro­bić: wspie­ra­niem taty i wy­cho­wy­wa­niem dziecka.

Za­trzy­mały się, a Grace od­su­nęła czę­ściowo za­słonę. Na sło­mia­nym ma­te­racu pod ścianą, oparta o po­duszkę, sie­działa ko­bieta, która ocie­rała oczy chu­s­teczką. Miała na so­bie starą brą­zową su­kienkę z ła­tami. Nie­sforne ko­smyki ster­czały wo­kół zmę­czo­nej twa­rzy.

– Jak się pani czuje, pani Wal­cott? – za­py­tała Grace.

– Wciąż bar­dzo boli, panno Loc­khart – od­parła ko­bieta ze smut­nym uśmie­chem – ale już mi się po­lep­sza. Tak mówi dok­tor Ster­ling.

Za­nim Mo­de­sty zdą­żyła od­po­wie­dzieć, za ich ple­cami roz­le­gły się kroki.

– Ach, panno Fa­ir­child – ode­zwał się mę­ski głos.

Mo­de­sty od­wró­ciła się i zo­ba­czyła Geo­rge’a. Twarz miał pro­mienną, a w ką­ci­kach jego ciem­nych oczu po­ja­wiły się nie­wiel­kie zmarszczki. Cie­szył się, że ją wi­dzi.

– Jak po­szło spo­tka­nie?

Geo­rge był wy­so­kim, szczu­płym męż­czy­zną z ciem­nymi lo­kami w tym sa­mym od­cie­niu co włosy jego sio­stry Grace. Nie­sforne fale oka­lały przy­jemną twarz. Miał na so­bie brą­zowy weł­niany płaszcz, sta­ran­nie ce­ro­wany na łok­ciach, pro­stą lnianą ko­szulę i stare spodnie. Trzy­mał drew­nianą de­skę, na któ­rej umie­ścił ta­lerz i bla­szany ku­bek.

Mo­de­sty od­wza­jem­niła uśmiech. To on roz­bu­dził w niej za­in­te­re­so­wa­nie hi­sto­rią. Kiedy byli dziećmi, po­po­łu­dniami czę­sto opo­wia­dał jej hi­sto­rie o sta­ro­żyt­nych cy­wi­li­za­cjach i za­ko­pa­nych skar­bach. Te­raz oży­wił te wspo­mnie­nia, szu­ka­jąc an­ty­kwa­rycz­nych oka­zów.

– Oba­wiam się, że nie­naj­le­piej, pa­nie Loc­khart – od­parła Mo­de­sty. – Dla­tego mały Au­gu­stus po­trze­buje mamki.

Geo­rge zmarsz­czył brwi.

– Cóż za roz­cza­ro­wa­nie.

– Czy mo­głaby pani kar­mić Au­gu­stusa, pani Wal­cott? – za­py­tała Grace.

Ko­bieta spoj­rzała na za­wi­niątko.

– Ja… eee…

Grace po­de­szła i chwy­ciła dłoń pani Wal­cott.

– Przy­kro mi, utrata wła­snego dziecka to okropne prze­ży­cie.

– Tak, ale… piersi mam pełne mleka… Okrop­nie bolą… Je­śli inne dziecko po­trze­buje matki… choćby tylko do kar­mie­nia… zro­bię to.

Mo­de­sty zbli­żyła się, ko­ły­sząc no­wo­rodka.

– Dzię­kuję. Mój oj­ciec jest pa­sto­rem w She­pherds­brook, pół go­dziny jazdy po­wo­zem stąd. Będę się opie­ko­wać Au­gu­stu­sem. Do tej pory kar­miła go ko­bieta z pa­ra­fii mo­jego ojca, ale to tylko tym­cza­sowe roz­wią­za­nie. Ma już sze­ścioro wła­snych dzieci i nie może ży­wić ko­lej­nego. Mamy nie­wiele, ale damy ci je­dze­nie i bez­pieczny dom.

Ko­bieta ski­nęła głową, wciąż za­pła­kana.

– Co się stało z jego matką?

– Ona… – Wró­ciło bo­le­sne wspo­mnie­nie po­po­łu­dnia sprzed pię­ciu dni, które wszystko zmie­niło. – Do­stała go­rączki, za­nim za­częły się bóle po­ro­dowe. Krótko po po­ro­dzie jej stan się po­gor­szył i… Przed śmier­cią po­pro­siła mnie, że­bym się nim za­opie­ko­wała.

Gdy Ophe­lia umarła, zroz­pa­czona Mo­de­sty przy­szła do przy­tułku, aby się po­ra­dzić. Grace i Geo­rge byli jej naj­bliż­szymi przy­ja­ciółmi, więc wie­działa, że może im ufać.

Mo­de­sty uśmiech­nęła się do pani Wal­cott.

– Wszy­scy bę­dziemy ro­dziną tego dziecka.

– Je­stem bar­dzo wdzięczna za dach nad głową i je­dze­nie – po­wie­działa pani Wal­cott. – Nie mam do­kąd pójść. Mój mąż też nie żyje. Nie mam ni­kogo, na­prawdę.

Mo­de­sty ski­nęła głową i za­mru­gała, by po­wstrzy­mać łzy.

– Ro­zu­miem. Te­raz masz mnie, mo­jego tatę i tego ma­łego chłopca. Ni­gdy nie bę­dziesz sama.

Pani Wal­cott wy­cią­gnęła ręce, by wziąć dziecko, a Mo­de­sty po­dała jej Au­gu­stusa.

Gdy pa­trzyła, jak ko­bieta ko­ły­sze nie­mowlę, po­czuła dużą ulgę.

Wró­ciła my­ślami do głę­bo­kich kasz­ta­no­wych oczu, wy­pro­sto­wa­nych ple­ców i po­są­go­wej twa­rzy – pięk­nej ma­ski, która skry­wała naj­brzyd­szą, naj­bar­dziej sa­mo­lubną osobę, jaką kie­dy­kol­wiek po­znała.

Grace miała ra­cję.

Może od­rzu­ce­nie przez tego nie­czu­łego księ­cia okaże się naj­lep­szą rze­czą, która mo­gła spo­tkać to dziecko. Po­święci mu swoje ży­cie i bę­dzie do­ra­stał w ko­cha­ją­cej ro­dzi­nie, kie­ru­ją­cej się do­brymi za­sa­dami.

Zi­gno­ro­wała ukłu­cie żalu i smutku, które prze­szyło jej serce na myśl o po­rzu­co­nych ma­rze­niach.Roz­dział 3

Trzy dni póź­niej…

Za­pach mo­krego błota, gni­ją­cych ryb i kwa­śnego roz­kładu mie­szał się z rześ­kim wie­czor­nym po­wie­trzem przy wej­ściu do Eli­zjum. Con­stan­tine po­gła­dził dło­nią szyję ko­nia an­da­lu­zyj­skiego. Je­dwa­bi­sta biała sierść Ikara nie­mal lśniła na tle ciem­no­ści nocy w Whi­te­cha­pel; świa­tło po­chodni ulicz­nych rzu­cało na ko­nia cie­płą, żółtą po­światę. Ogier za­mru­gał du­żymi, wy­ra­zi­stymi oczami, a jego chrapy de­li­kat­nie się roz­sze­rzyły.

– Olśnie­wa­jący okaz.

Książę Enve­igh zer­k­nął na Ikara spod ja­sno­brą­zo­wej grzywki. Srebrne, zdo­bione wę­żo­wym mo­ty­wem gu­ziki jego zie­lo­nego płasz­cza mi­go­tały w świe­tle.

– Nic dziw­nego, że Jego Kró­lew­ska Mość cię nie­na­wi­dzi za to, że go prze­li­cy­to­wa­łeś. Ja też bym cię tro­chę znie­na­wi­dził. Ale czy to roz­sądne przy­jeż­dżać tak cen­nym ko­niem do Whi­te­cha­pel?

Con­stan­tine spoj­rzał na im­po­nu­jący trzy­pię­trowy bu­dy­nek.

– Staj­nie pana Black­more’a są strze­żone ni­czym twier­dza. Nie ma po­wo­dów do obaw.

Tęt­niący ży­ciem za dnia targ przy ulicy Pet­ti­coat te­raz świe­cił pust­kami. Okna ja­rzyły się cie­płym bla­skiem świec. Nad wej­ściem sześć ostro­kąt­nych trój­ką­tów uło­żo­nych w pół­kole two­rzyło sym­bol pro­mieni sło­necz­nych. W mi­to­lo­gii grec­kiej Eli­zjum, Pola Eli­zej­skie, sta­no­wiło wieczny raj dla bo­ha­te­rów i osób cno­tli­wych. Tu­tej­sze Eli­zjum ofe­ro­wało swoim człon­kom inny ro­dzaj uto­pii; miej­sce, w któ­rym mo­gli od­da­wać się swoim żą­dzom bez osądu i kon­se­kwen­cji. Nie było w tym nic cno­tli­wego.

Na­za­jutrz Con­stan­tine miał wró­cić do swo­jej wiej­skiej po­sia­dło­ści. Strach przed szan­ta­żem i sy­tu­acja sprzed trzech dni przy­po­mniały mu, że już naj­wyż­szy czas się oże­nić. Po­sta­no­wił, że przed koń­cem na­stęp­nego se­zonu znaj­dzie żonę o nie­ska­zi­tel­nej re­pu­ta­cji. Nie miało to nic wspól­nego z mi­ło­ścią, gdyż ta była tylko igraszką przy jego am­bi­cjach. Wła­ściwe ko­nek­sje i od­po­wied­nie po­cho­dze­nie żony za­pew­ni­łyby mu jesz­cze wyż­szą po­zy­cję.

Ale wszystko w od­po­wied­nim cza­sie.

W tej chwili po­trze­bo­wał swo­jej ko­chanki Afro­dyty, aby po­mo­gła mu wy­rzu­cić z głowy pannę Fa­ir­child i ma­łego Au­gu­stusa.

– To nie je­dyny po­wód, dla któ­rego Jego Kró­lew­ska Mość żywi do cie­bie urazę.

Ec­cess po­cią­gnął długi łyk ze swo­jej srebr­nej pier­siówki. Jego po­tężna syl­wetka nie­mal za­sło­niła wej­ście do bu­dynku, a rdzawy płaszcz był przy­cia­sny w ra­mio­nach. Po­mimo za­wsze nie­dba­łego wy­glądu miał głowę na karku, a jego wzrok po­zo­sta­wał by­stry i prze­ni­kliwy.

Enve­igh zmru­żył oczy.

– Na pewno wiesz, o co cho­dzi. Je­steś naj­droż­szym przy­ja­cie­lem księ­cia re­genta.

– Je­śli mam być szczery, nie na­zwał­bym się jego przy­ja­cie­lem. – Ec­cess prze­chy­lił głowę, na­pi­na­jąc mię­śnie szyi. – Można po­wie­dzieć, że lu­bimy po­dobne przy­jem­no­ści. Bez wąt­pie­nia je­dze­nie i trunki. Co do jego uczuć do cie­bie, Con­stan­tine, śmiem twier­dzić, że nie mają one aż tak wiele wspól­nego z ko­niem, a znacz­nie wię­cej z twoją cho­lerną dumą.

– Ach – za­śmiał się Enve­igh. – Słynny in­cy­dent w Izbie Lor­dów.

Con­stan­tine za­ci­snął zęby. Re­gent sły­nął z roz­rzut­no­ści, która wpę­dziła go w długi. Jego Kró­lew­ska Mość zwró­cił się do Par­la­mentu o zgodę na roz­sze­rze­nie li­sty upo­sa­żeń, aby w ten spo­sób po­kryć de­fi­cyt. Cho­ciaż Con­stan­tine, jako książę, nie miał prawa głosu w Izbie Gmin, gdzie miała za­paść de­cy­zja, jego ostry sprze­ciw w Izbie Lor­dów wy­wo­łał falę obu­rze­nia w Par­la­men­cie. Dzięki za­ufa­nym so­jusz­ni­kom w Izbie Gmin i umie­jęt­nie na­gło­śnio­nym pu­blicz­nym oświad­cze­niom udało mu się wpły­nąć na człon­ków izby. Dla­tego te­raz re­gent, je­den z naj­po­tęż­niej­szych lu­dzi w An­glii, ży­wił do niego urazę. Jedno jego słowo mo­gło znisz­czyć wszystko, o co Con­stan­tine z tak wiel­kim tru­dem za­bie­gał.

Przy­ja­ciele ro­zu­mieli go jak nikt inny. W ich to­wa­rzy­stwie nie mu­siał dbać o swój nie­na­ganny wi­ze­ru­nek. Od dzie­ciń­stwa wpa­jano mu, że musi być do­sko­nały. We wcze­snej mło­do­ści bar­dzo czę­sto czuł się sa­motny i miał ni­skie po­czu­cie wła­snej war­to­ści. Ro­dzice ogra­ni­czali jego kon­takty tylko do na­uczy­ciela i sa­mych sie­bie, aby za­pew­nić mu ide­alną edu­ka­cję.

Rath, Luhst, Ec­cess, Enve­igh, Ir­re­vrence, For­tyne. Sied­miu Ksią­żąt Grze­chu, któ­rych na­zwi­ska brzmiały jak prze­winy: Rath – gniew, Luhst – roz­pu­sta, Pryde – py­cha, Enve­igh – za­zdrość, Ir­re­ve­rence – próż­niac­two, Ec­cess – prze­syt oraz For­tyne – chci­wość.

I on sam. Pryde.

Przy­ja­ciele, któ­rych nie miał w dzie­ciń­stwie. Znali jego naj­więk­sze wady i ak­cep­to­wali jego se­krety, chro­niąc je jak wła­sne. On także nie ujaw­niał ich ta­jem­nic.

Gdyby za­szła taka po­trzeba, od­dałby ży­cie za każ­dego z nich.

Drzwi Eli­zjum się otwo­rzyły, a w progu sta­nął Thorne Black­more, wła­ści­ciel klubu. Dwóch męż­czyzn, któ­rzy pil­no­wali wej­ścia, ski­nęło mu z sza­cun­kiem gło­wami.

Black­more był wy­so­kim męż­czy­zną z czar­nymi wło­sami i ciem­nymi oczami. Przy­stojny, o wy­ra­zi­stych, ostrych ry­sach twa­rzy, ubie­rał się jak książę i miał ma­niery praw­dzi­wego dżen­tel­mena. Nie na­le­żało się jed­nak su­ge­ro­wać jego po­zor­nym spo­ko­jem; w Lon­dy­nie wie­dziano, że bywa szybki i nie­bez­pieczny.

Ksią­żęta ski­nęli mu gło­wami na po­wi­ta­nie.

– Pa­nie Black­more.

– Wi­tamy, Wa­sze Ksią­żęce Mo­ście – po­wie­dział Black­more. – Klub jak za­wsze stoi przed wami otwo­rem. – Jego wzrok padł na an­da­luza. – Czy to ten ogier, o któ­rym Jego Kró­lew­ska Mość nie prze­staje mó­wić?

Con­stan­tine po­gła­skał Ikara po mu­sku­lar­nym boku.

– Tak jest.

– Za­pro­wa­dzimy ko­nie do stajni.

Black­more ski­nął na swo­jego sta­jen­nego i dwóch ko­lej­nych, któ­rzy wy­ło­nili się zza rogu bu­dynku. Gdy trzej sta­jenni od­pro­wa­dzili ko­nie, Black­more wska­zał ge­stem otwarte drzwi, zza któ­rych są­czyło się de­li­katne złote świa­tło. Do ich noz­drzy do­tarły za­pa­chy wa­ni­lii i wina, a do uszu dźwięki ka­me­ral­nego utworu Haydna.

– Pro­szę. Czeka was noc pełna przy­jem­no­ści.

Męż­czyźni we­szli do du­żego po­miesz­cze­nia z drew­nia­nymi pa­ne­lami ścien­nymi w ele­ganc­kim tur­ku­so­wym ko­lo­rze. Na bal­ko­nie grała or­kie­stra. Za szkłem stało drzewo ma­rula, któ­rego je­dwa­bi­ste li­ście od­bi­jały świa­tło krysz­ta­ło­wych ży­ran­doli. Wo­kół pnia owi­nął się py­ton. Pięt­na­ście ko­biet o naj­róż­niej­szych kształ­tach i ty­pach urody, ubra­nych w zwiewne je­dwa­bie, cze­kało przy okrą­głych sto­łach. W klatce pod ścianą prze­cha­dzała się pan­tera. Wzdłuż ścian cią­gnęły się al­kowy ukryte za ciem­nymi ak­sa­mit­nymi za­sło­nami. Z mie­dzia­nych tac, trzy­ma­nych przez lo­ka­jów, uno­siła się woń pie­czo­nego mięsa, przy­sma­ków i wina.

Wzrok Con­stan­tine’a padł na Afro­dytę, która stała ubrana w suk­nię w ko­lo­rze in­dygo; jego ko­lo­rze. Była piękną ko­bietą o ciem­nych, je­dwa­bi­stych wło­sach i głę­bo­kim spoj­rze­niu. Tego wie­czoru jed­nak po raz pierw­szy w ży­ciu za­pra­gnął in­nej ko­chanki. Naj­chęt­niej ru­do­wło­sej o zie­lo­nych oczach.

– Zo­stań­cie obaj w mo­jej po­sia­dło­ści na se­zon po­lo­wań – za­su­ge­ro­wał Ec­ces­sowi i Enve­ighowi, gdy każdy z nich wziął kie­li­szek wina z tacy lo­kaja. – A je­śli już mowa o po­lo­wa­niu, nie mam na my­śli tylko po­lo­wa­nia na lisy.

– To zna­czy? – za­py­tał Ec­cess.

Con­stan­tine upił łyk.

– Czas zna­leźć so­bie żonę. Chciał­bym w naj­bliż­szych mie­sią­cach od­wie­dzić oko­liczne ro­dziny, żeby na­wią­zać zna­jo­mo­ści. Spo­dzie­wam się, że to uła­twi mi wy­bór kan­dy­datki i roz­po­czę­cie sta­rań o jej rękę w nad­cho­dzą­cym se­zo­nie lon­dyń­skim.

– Stra­ci­li­śmy już Ra­tha i Luh­sta – oznaj­mił Enve­igh. – A te­raz ty?

– W tym ty­go­dniu za­cznę spo­rzą­dzać li­stę kan­dy­da­tek. Po­mo­żesz mi, Ar­chi­bal­dzie?

Enve­igh za­drżał.

– Wy­bacz, ale Octa­vius znacz­nie le­piej orien­tuje się w te­go­rocz­nych de­biu­tant­kach.

Ec­cess za­śmiał się ci­cho.

– Rze­czy­wi­ście. Samo pa­trze­nie to nie­do­ce­niana przy­jem­ność.

Con­stan­tine za­chi­cho­tał.

– Świet­nie. Po­tem omó­wimy moje moż­li­wo­ści, a ty bę­dziesz mi to­wa­rzy­szył pod­czas wi­zyt. Mam na­dzieję, że to mój ostatni raz w Eli­zjum. A te­raz wy­bacz­cie, cze­kają na mnie gdzie in­dziej.

Za­nim jed­nak zdą­żył ru­szyć w stronę Afro­dyty, sta­nął przed nim lo­kaj z li­stem na tacy.

– Wa­sza Ksią­żęca Mość, to do pana. Wła­śnie go do­star­czono.

Con­stan­tine za­mru­gał. Kto oprócz jego służby i ksią­żąt z brac­twa wie­dział, że tu prze­bywa? Wziął list i otwo­rzył go z dziw­nym uczu­ciem nie­po­koju.

Lon­dyn, 27 wrze­śnia 1814 r.

Do Jego Mi­ło­ści księ­cia Pryde

Wa­sza Ksią­żęca Mość,

po­sia­dam list Pań­skiej nie­ży­ją­cej matki. Ten, który do­wo­dzi, że nie jest Pan sy­nem zmar­łego księ­cia Pryde, a ra­czej owo­cem ro­mansu matki ze zwy­kłym ple­ba­nem.

Con­stan­tine prze­rwał czy­ta­nie, z tru­dem ła­piąc od­dech. Ktoś wszedł w po­sia­da­nie li­stu na­pi­sa­nego przez jego matkę. Matka Ophe­lii ukra­dła go kie­dyś jako za­bez­pie­cze­nie, gdy zdała so­bie sprawę, że nosi pod ser­cem dziecko księ­cia. Jego oj­ciec sta­rał się go od­na­leźć od lat.

Za­ci­ska­jąc dło­nie, by po­wstrzy­mać ich drże­nie, czy­tał da­lej.

Przede wszyst­kim wiem jed­nak, że nie­cały ty­dzień temu uro­dził się pra­wo­wity dzie­dzic ty­tułu ksią­żę­cego. Ma na imię Au­gu­stus i jest sy­nem pani Ophe­lii Le­ster, nie­ślub­nej córki zmar­łego księ­cia Pryde.

Zgod­nie z te­sta­men­tem Pań­skiego ojca je­śli ta in­for­ma­cja uj­rzy świa­tło dzienne, straci Pan wszystko – ty­tuł, zie­mie i do­bre imię. Je­żeli jed­nak do­star­czy Pan 1000 fun­tów w bank­no­tach do ta­werny Przy Por­cie i umie­ści je pod trze­cim sto­łem po le­wej stro­nie w ciągu pię­ciu dni, ist­nie­nie li­stu po­zo­sta­nie na­szą ta­jem­nicą.

Je­śli nie spełni Pan mo­jej prośby, prze­każę go Jego Kró­lew­skiej Mo­ści i re­dak­cjom wszyst­kich ga­zet to­wa­rzy­skich.

Naj­po­kor­niej­szy i naj­po­słusz­niej­szy sługa księ­cia

Ano­nim

Świat Con­stan­tine’a za­chwiał się w po­sa­dach. Męż­czy­zna wpa­try­wał się w sta­ranne, wy­ro­bione pi­smo, jakby nie do końca poj­mo­wał jego treść.

Zi­ścił się jego naj­gor­szy kosz­mar.

Ta ko­re­spon­den­cja róż­niła się od wia­do­mo­ści od panny Fa­ir­child. Ten list był rze­czowy, zwię­zły. Bez zbęd­nych słów.

Octa­vius zer­k­nął przy­ja­cie­lowi przez ra­mię.

– Co to jest?

– Mój ko­niec – mruk­nął Con­stan­tine, po czym przy­ja­ciel wy­rwał mu pa­pier z ręki.

– Co się dzieje? – chciał wie­dzieć Enve­igh.

– Ko­lejny list z szan­ta­żem – mruk­nął Ec­cess, prze­bie­ga­jąc wzro­kiem ko­lejne li­nijki.

– Ko­lejny? – spy­tał Enve­igh z po­wagą w gło­sie.

Naj­pierw Lu­ciena szan­ta­żo­wano z po­wodu córki, o któ­rej ist­nie­niu nie wie­dział. Po­tem po­ja­wiła się panna Fa­ir­child z Au­gu­stu­sem. A te­raz to.

Con­stan­tine miał mę­tlik w gło­wie. Zro­biło mu się nie­do­brze.

– Niech to dia­bli… To na pewno panna Fa­ir­child.

– Nie, to nie ru­do­włosa – od­po­wie­dział Octa­vius. – Ona uwie­rzyła, że Au­gu­stus jest twoim dziec­kiem, i my­śli, że Ophe­lia była twoją ko­chanką. – Uniósł list. – Ten ano­nim wie, że Ophe­lia jest nie­ślubną córką two­jego ojca i że uro­dziła Au­gu­stusa.

Krew za­sty­gła Con­stan­tine’owi w ży­łach, gdy przy­po­mniały mu się słowa panny Fa­ir­child. „Przed śmier­cią po­wie­rzyła mi opiekę nad chłop­cem”.

– O Boże – mruk­nął, gdy ude­rzyła go okropna myśl. – Ophe­lia nie żyje… przeze mnie.

Obaj przy­ja­ciele spoj­rzeli na niego su­rowo.

– Nie przez cie­bie – rzu­cił Enve­igh. – Co masz wspól­nego z jej śmier­cią?

Con­stan­tine przy­po­mniał so­bie zmę­czoną cię­żarną ko­bietę z ta­kimi sa­mymi nie­bie­skimi oczami i blond wło­sami jak jego ojca. Po­dob­nie jak on miała też wy­datne ko­ści po­licz­kowe i pro­sty rzym­ski nos, prze­ka­zy­wany w ro­dzi­nie Buc­c­le­ighów z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie.

Wszystko to, czego jemu bra­ko­wało.

Ophe­lia miała na so­bie do­bre ubra­nie, ale zdą­żyło się ono po­bru­dzić, a jej włosy były w nie­ła­dzie. Naj­wy­raź­niej od dawna nie miała oka­zji ko­rzy­stać z po­mocy słu­żą­cej.

– Przy­szła do mnie nie­dawno. Chcia­łem jej po­móc. Po­wi­nie­nem był. Dał­bym jej dom, służbę, mie­sięczną pen­sję. Ale naj­pierw chcia­łem za­dbać o swoje bez­pie­czeń­stwo. W za­mian za po­moc za­żą­da­łem li­stu, który ukra­dła jej matka.

Li­stu, któ­rym ano­nim go te­raz szan­ta­żo­wał.

Co z nim było nie tak? Czy jego py­cha na­prawdę li­czyła się bar­dziej niż ludz­kie ży­cie? Nie był po­two­rem. Po­wi­nien być dżen­tel­me­nem.

Enve­igh od­chrząk­nął.

– Nie chcę sy­pać soli na twoje rany, ale roz­sąd­nie by­łoby mieć ją bli­sko. Wtedy miał­byś ją i dziecko pod kon­trolą.

Con­stan­tine zwie­sił głowę.

– I wciąż by żyła.

Octa­vius wes­tchnął, a w jego oczach po­ja­wił się smu­tek.

– Nie wiesz tego. Nie­stety wiele ko­biet umiera przy po­ro­dzie, bez względu na to, czy są bo­gate, czy biedne.

– Ale te­raz to panna Fa­ir­child ma dziecko – po­wie­dział Enve­igh – a ty zu­peł­nie stra­ci­łeś wpływ na sy­tu­ację.

– Zga­dza się. Wszyst­kie ty­tuły ksią­żęce są, ści­śle rzecz bio­rąc, da­rami Ko­rony. Je­stem pe­wien, że Jego Kró­lew­ska Mość ni­czego nie pra­gnąłby bar­dziej, niż po­stą­pić zgod­nie z te­sta­men­tem mo­jego ojca, po­zba­wić mnie wszyst­kiego i mia­no­wać Au­gu­stusa ko­lej­nym księ­ciem. Wszystko po to, żeby zro­bić mi na złość.

– A sie­bie mia­no­wać opie­ku­nem chłopca do czasu osią­gnię­cia przez niego peł­no­let­no­ści – do­dał po­nuro Ec­cess. – Cał­ko­wita kon­trola nad ma­jąt­kiem i wpły­wami Pryde’ów.

– To prawda. Mu­szę wziąć Au­gu­stusa pod swoją opiekę, żeby nie stał się bro­nią, którą można by wy­ko­rzy­stać prze­ciwko mnie.

Na samą myśl o hań­bie, cię­ża­rze plo­tek i za­do­wo­lo­nym uśmieszku księ­cia re­genta za­częła go swę­dzieć skóra, a na czoło wy­stą­pił pot.

– Panna Fa­ir­child… – za­czął. – Musi być w to w ja­kiś spo­sób za­mie­szana.

– Spra­wiała wra­że­nie uczci­wej osoby – od­parł nie­prze­ko­nany Ec­cess. – To córka pa­stora.

My­śli Con­stan­tine’a pę­dziły tak szybko, że le­d­wie za nimi na­dą­żał.

– Znała Ophe­lię. Ma dziecko… Dziecko, które za­graża wszyst­kiemu, czym je­stem.

Prze­cze­sał pal­cami włosy.

– Black­more – krzyk­nął. – Ko­nia! Na­tych­miast! Wy­cho­dzę.

Black­more zmarsz­czył brwi i pod­szedł bli­żej.

– Oczy­wi­ście, jak so­bie książę ży­czy. Wszystko w po­rządku?

– Ko­nia – wy­ce­dził Con­stan­tine przez za­ci­śnięte zęby. – Już!

W oczach męż­czy­zny po­ja­wił się nie­bez­pieczny błysk. Black­more zde­cy­do­wa­nie nie lu­bił, gdy nim po­mia­tano. Po­nie­waż jed­nak był lep­szym czło­wie­kiem niż Con­stan­tine, zi­gno­ro­wał obe­lgę i ski­nął głową.

– Na­tych­miast, Wa­sza Ksią­żęca Mość.

– Co ty wy­pra­wiasz? – za­py­tał Octa­vius, gdy Black­more szyb­kim kro­kiem pod­szedł do jed­nego z lo­ka­jów. – Za­cze­kaj, za­sta­nów się. Nie mo­żesz jej po­now­nie oskar­żyć.

Ma ra­cję. Ta myśl prze­mknęła mu przez umysł, ale szybko ją po­rzu­cił. Wie­dział tylko, że dziecko sta­nowi za­gro­że­nie.

Po­sta­no­wił się do­wie­dzieć, czy panna Fa­ir­child jest szan­ta­żystką, i na­tych­miast prze­jąć opiekę nad dziec­kiem.

– To nie może być przy­pa­dek, że otrzy­ma­łem ten list za­raz po tym, jak za­prze­czy­łem sło­wom panny Fa­ir­child. Nie do­stała ode mnie tego, czego chciała, więc te­raz ona lub jej wspól­nicy twier­dzą, że mają list mo­jej matki. To musi być część jej planu!

Ec­cess zmru­żył oczy.

– Czy to w ogóle ten sam cha­rak­ter pi­sma?

– Nie ob­cho­dzi mnie to. – Ru­szył w stronę drzwi. – Trzeba się za­jąć panną Fa­ir­child. I to szybko.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij