Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Książę Rozpusty. Tom 2 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 lipca 2026
1290 pkt
punktów Virtualo

Książę Rozpusty. Tom 2 - ebook

Czy da się zmienić mężczyznę, który już dawno porzucił wszelkie konwenanse?

Lucien Wrenn, książę Luhst, jest zbyt zepsuty, zbyt cyniczny i zbyt długo żyje według własnych zasad. Bez trudu łamie kobiece serca i nie stroni od skandali. Jest jednak jedna kobieta, której mieć nie powinien – lady Chastity Perrin, młodsza siostra jego najlepszego przyjaciela. I właśnie jej pragnął od zawsze.

Chastity od lat darzy Luciena uczuciem, choć mężczyzna, niegdyś przez nią podziwiany, dawno przestał przypominać troskliwego chłopca z przeszłości. Ona zaś poświęca się nauce i swoim badaniom medycznym, próbując znaleźć miejsce w świecie, który nie chce dopuścić kobiet do głosu.

Wszystko zmienia jeden zakład. Podczas letniego miesiąca pełnego bali i pokus Lucien musi zachować celibat, a Chastity znaleźć narzeczonego. Gdy kolejni kawalerowie zabiegają o względy odmienionej i pewnej siebie Chastity, Lucien po raz pierwszy poznaje smak prawdziwej zazdrości.

Między nimi wybucha uczucie, którego nie sposób już kontrolować. Każde spojrzenie, każdy dotyk i każda kłótnia tylko bardziej ich do siebie zbliżają. Chastity zaczyna dostrzegać w Lucienie coś więcej niż cynicznego rozpustnika, a on po raz pierwszy w życiu pragnie stać się lepszym człowiekiem – godnym ukochanej kobiety.

Kiedy jednak na jaw wychodzi niechlubna historia z przeszłości księcia, a starszy brat Chastity odkrywa prawdę, rozpętuje się prawdziwe piekło.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9789180989626
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Epi­graf

„Ko­cha­łem ko­biety, na­wet do sza­leń­stwa, ale za­wsze bar­dziej ko­cha­łem wol­ność”.

au­tor nie­znany*

„Je­dy­nym spo­so­bem zwal­cze­nia po­kusy jest pod­da­nie się jej”.

Oscar Wilde**

------------------------------------------------------------------------

1.

* Cy­tat czę­sto błęd­nie przy­pi­sy­wany Gia­como Ca­sa­no­vie.
2.

** Oscar Wilde, Por­tret Do­riana Graya, przeł. Ka­zi­mierz Cza­chow­ski, Kra­ków 1928, s. 11. Tekst do­stępny on­line w ser­wi­sie Wolne Lek­tury: https://wol­ne­lek­tury.pl/me­dia/book/pdf/wilde-por­tret-do­riana-graya.pdf .Roz­dział 1

Gdy lady Cha­stity Per­rin za­nu­rzała za­krzy­wioną igłę w mi­sce spi­ry­tusu, trzech rze­czy była ab­so­lut­nie pewna:

Po pierw­sze, praw­dziwe damy nie cha­dzały bez przy­zwo­itek po lon­dyń­skich me­li­nach.

Po dru­gie, nie­za­mężne damy nie zo­sta­wały sam na sam z męż­czy­zną.

Po trze­cie, po­rządne damy z całą pew­no­ścią nie przy­no­siły czy­stych igieł do skrom­nego, ale nie­ska­zi­tel­nie czy­stego ga­bi­netu nie­li­cen­cjo­no­wa­nego le­ka­rza, żeby po­móc mu w prze­pro­wa­dze­niu ope­ra­cji chi­rur­gicz­nej, która była tak bar­dzo, tak strasz­li­wie… ach, Boże… krwawa.

– Pro­szę, dok­to­rze Ster­ling – po­wie­działa, wrę­cza­jąc mu igłę na­wle­czoną kat­gu­tem na ta­le­rzu, który uprzed­nio rów­nież prze­tarła al­ko­ho­lem.

– Dzię­kuję, panno Cha­stity – ode­zwał się Brace Ster­ling, bio­rąc igłę do ręki i zer­ka­jąc na pa­cjentkę, góra trzy­let­nią dziew­czynkę o blond locz­kach wy­sta­ją­cych spod brud­nego, po­strzę­pio­nego czepka. – Stello, to za­boli – ostrzegł. – Naj­moc­niej cię prze­pra­szam.

Bab­cia dziecka, która stała obok stołu za­bie­go­wego i za­ci­skała ko­ści­ste palce na sza­rym, dziu­ra­wym i mocno sfa­ty­go­wa­nym szalu, pa­trząc spode łba, wy­bur­czała z sil­nym cock­ney­ow­skim ak­cen­tem:

– Sama jest so­bie winna. Stale się po­tyka. Nie­zdara z niej. Wszystko tłu­cze, ta­le­rze, kubki. Cie­kawe, kto za to za­płaci.

Wiel­kie oczy dziew­czynki na­peł­niły się łzami i od razu skie­ro­wały ku pod­ło­dze. Sku­liła drobne ra­miona, jakby pró­bo­wała wy­glą­dać na jesz­cze mniej­szą. Brudne, chude palce ner­wowo sku­bały rą­bek su­kienki.

Wy­raz ta­kiego cier­pie­nia na twa­rzy trzy­latki ła­mał Cha­stity serce.

Jed­no­cze­śnie roz­po­zna­wała w niej sie­bie.

Cho­ciaż była nieco star­sza od Stelli – mo­gła mieć pięć lat – kiedy to się za­częło, do dziś sły­szała głos ojca kar­cą­cego ją za nie­przy­sto­jące da­mie za­cho­wa­nia, za gar­bie­nie się nad mi­kro­sko­pem, grę w sza­chy czy oglą­da­nie ilu­stra­cji w książ­kach o bio­lo­gii.

Brace Ster­ling, wy­soki, bar­czy­sty, przy­stojny męż­czy­zna o su­ro­wych ry­sach i nie­bie­skich oczach, z ja­snymi wło­sami zwią­za­nymi w ku­cyk, wy­mie­nił z nią po­śpieszne spoj­rze­nia. Obawa w jego oczach sta­no­wiła od­bi­cie tej, którą sama czuła. Mała Stella była po­waż­nie za­nie­dby­wana.

– Pani Mur­ray – za­czął dok­tor, zbie­ra­jąc ku so­bie brzegi pa­skud­nego roz­cię­cia na ko­stce dziew­czynki. – Po­stą­piła pani słusz­nie, przy­no­sząc tu to dziecko. Wiem, że trosz­czy się pani o nie naj­le­piej, jak po­trafi, ale pro­szę ją trak­to­wać nieco życz­li­wiej, je­śli jest pani wy­krze­sać z sie­bie choć odro­binę do­broci. To cią­głe po­ty­ka­nie się może wy­ni­kać z tego, że dziew­czynka jest nie­mal za­gło­dzona. Albo fak­tem, że ma do­piero trzy lata.

Ko­bieta spoj­rzała na niego gniew­nie, wy­krzy­wia­jąc z go­ry­czą usta.

– Moja córka była po­ko­jówką w Róży i Ko­ro­nie i zmarła przy po­ro­dzie. Nikt zaś nie wie, kim jest oj­ciec. Za­pła­cił jej zło­tym pier­ścion­kiem i wy­peł­nił brzuch dziec­kiem. Gdy­bym mo­gła, to bym wy­je­chała i za­miesz­kała na far­mie z moją sio­strą. Ale tu przy­naj­mniej mogę być praczką i za­ro­bić jaki grosz. To cud, że udało mi się utrzy­mać to dziecko przy ży­ciu tak długo.

– Robi pani, co w jej mocy – po­wtó­rzył dok­tor Ster­ling, choć Cha­stity nie była pewna, czy na­prawdę w to wie­rzył, po­nie­waż w jego gło­sie po­brzmie­wała tłu­miona złość. – Tu, w Whi­te­cha­pel, ni­komu nie jest ła­two. Stello, skar­bie, te­raz mu­szę za­szyć ranę, a ty mu­sisz być dzielna – zwró­cił się znów do dziew­czynki. – Mo­żesz za­ła­pać bab­cię za rękę, je­śli to po­może.

Stella za­mru­gała oczami wiel­kimi jak spodki, wciąż mo­krymi od łez, i chwy­ciła dłoń pani Mur­ray o szorst­kiej, po­pę­ka­nej skó­rze i zgru­bia­łych sta­wach, bez wąt­pie­nia znisz­czo­nych la­tami pra­nia cu­dzych bru­dów.

Dok­tor po­chy­lił się nad chudą, brudną nogą dziew­czynki, ster­czącą spod rąbka przy­krót­kiej ob­szar­pa­nej su­kien­czyny. Rana zo­stała sta­ran­nie oczysz­czona al­ko­ho­lem, co już mu­siało spra­wić po­tworny ból temu bied­nemu dziecku. Cha­stity ża­ło­wała, że nie mogą za­ofe­ro­wać mu rów­nież cie­płej ką­pieli i czy­stych ubrań.

Le­karz za­czął zszy­wać ranę swo­bod­nymi, ale pre­cy­zyj­nymi ru­chami.

Stella wrza­snęła – co bar­dzo przy­stoi mło­dej da­mie.

Cha­stity nie – co zu­peł­nie da­mie nie przy­stoi. Ani nie ze­mdlała. Choć bar­dzo tego chciała.

Kostka dziew­czynki wy­glą­dała, jakby wam­pir urzą­dził so­bie na niej ucztę. Albo wilk. Krew cały czas są­czyła się z niej na twardą brą­zową skórę stołu za­bie­go­wego.

Cha­stity wzdry­gnęła się na wspo­mnie­nie in­nego le­ka­rza, który w dzie­ciń­stwie zszy­wał po­ra­nione nad­garstki i ra­miona jej brata, do­kład­nie tak jak te­raz dok­tor Ster­ling. Jak za­wsze po­czuła ucisk w piersi, od­dech stał się nie­równy.

Aby za­jąć czymś my­śli, ro­zej­rzała się po ga­bi­ne­cie.

Przez okno wle­wały się pro­mie­nie słońca. Białe gip­sowe ściany były ob­wie­szone ana­to­micz­nymi ilu­stra­cjami na gru­bym pa­pie­rze w kre­mo­wym ko­lo­rze. Pod prze­ciw­le­głą ścianą stało dę­bowe biurko bej­co­wane na ciemny brąz i krze­sło do kom­pletu. Obok usta­wiono wy­soką szafkę z prze­szklo­nym fron­tem uka­zu­ją­cym półki pełne sta­ran­nie upo­rząd­ko­wa­nych bu­te­le­czek z le­kami i usu­szo­nymi zio­łami. Nie­da­leko, w po­dob­nej szafce, mie­ściły się opra­wione w skórę albo grube płótno teczki. W nich znaj­do­wały się kar­to­teki pa­cjen­tów.

Z ze­wnątrz do­bie­gały od­głosy ru­chli­wej Pet­ti­coat Street i urzą­dza­nego na niej tar­go­wi­ska: okrzyki han­dla­rzy, szcze­ka­nie psów, prze­kleń­stwa męż­czyzn, wrza­ski dzie­ciarni i pi­jacki śmiech.

– Ach, za­mknijże się już, dziecko! – uci­szała biedną Stellę pani Mur­ray. – Bo jak nie, to przyj­dzie pan Black­more i cię zje! Na pewno wszystko sły­szy, ten jego bur­del jest na końcu ulicy.

Dziew­czynka jęk­nęła jesz­cze po raz ostatni i wy­pu­ściła dłoń babci, żeby obiema rę­kami za­sło­nić so­bie usta. Jej oczy wciąż były wiel­kie i pełne łez.

Dło­nie dok­tora Ster­linga na mo­ment za­sty­gły w bez­ru­chu, ale nie ode­rwał wzroku od rany ma­łej pa­cjentki. Wró­cił do pracy, lecz szybko za­pew­nił dziew­czynkę:

– Stello, w tej spra­wie za­chę­cał­bym cię, abyś nie słu­chała babci. Ze strony pana Black­more’a nic ci nie grozi. On nie tylko jako je­dyny fi­nan­suje dzia­łal­ność tej kli­niki, ale jest rów­nież jed­nym z mo­ich naj­bliż­szych przy­ja­ciół. Może i ma swoje wady, jed­nak z całą pew­no­ścią nie je dzieci.

Pani Mur­ray burk­nęła coś pod no­sem i wy­dęła wargę.

– Może i nie, ale anio­łem to on nie jest. Nie przy­jął mo­jej córki, kiedy po­szła do Eli­zjum za ro­botą. A te­raz nie żyje. I pro­szę, co z tego wy­nik­nęło – rzu­ciła z kpiną, wska­zu­jąc głową dziew­czynkę.

Cha­stity nie mo­gła dłu­żej słu­chać, jak ta ko­bieta pa­stwi się nad bied­nym dziec­kiem. Wi­dać było wy­raź­nie, że mała bu­dzi w babce roz­go­ry­cze­nie sa­mym swoim ist­nie­niem i że naj­wy­raź­niej nie przej­muje się ona emo­cjo­nal­nymi bli­znami, ja­kimi może na­zna­czyć ży­cie tej bied­nej istoty. Cha­stity za to aż na­zbyt do­brze wie­działa, jak głę­bo­kie rany za­daje ro­dzic, który ni­gdy nie jest do­sta­tecz­nie za­do­wo­lony ze swo­ich dzieci.

– Wy­nik­nęła z tego śliczna mała dziew­czynka – od­po­wie­działa star­szej ko­bie­cie, pa­trząc w prze­ra­żone oczy Stelli. – Która nie zro­biła ni­czego złego i ni­czym nie za­wi­niła.

Pani Mur­ray prze­nio­sła te­raz wzrok na Cha­stity.

– Ja­śnie pani wy­ba­czy – za­częła, uśmie­cha­jąc się krzywo – ale ła­two wy­mą­drzać się przed nami, pro­stymi ludźmi, jak sa­mej nie za­znało się głodu choćby przez je­den dzień.

Cha­stity spło­nęła wsty­dem, bo słowa ko­biety były jak po­li­czek, bo­le­śnie praw­dziwe. Co o ży­ciu w Whi­te­cha­pel mo­gła wie­dzieć córka księ­cia?

– I co w ogóle pa­niu­sia tu robi? Może pani sza­nowny mał­żo­nek zno­wuż pró­buje się wku­pić w ła­ski Wszech­moc­nego, ła­ska­wie po­ma­ga­jąc nam, bied­nym łach­my­tom? Bo je­śli tak, to le­piej by zro­bił, gdyby rzu­cił ja­kim gro­szem, za­miast przy­sy­łać nam swoją pa­nią.

Ko­lejny przy­tyk był dla Cha­stity jak cios pro­sto w brzuch, a smu­tek do­tkli­wie przy­gniótł jej serce. Ni­gdy nie miała męża, nie dane jej było za­znać bez­wa­run­ko­wej mi­ło­ści ani więzi jak ta, która po­łą­czyła jej brata Do­riana z jego żoną Pa­tience. Pierw­szego chłopca, ja­kiego kie­dy­kol­wiek po­ko­chała, naj­lep­szego przy­ja­ciela swego brata, Lu­ciena, stra­ciła na za­wsze. A mimo to mu­siała go wi­dy­wać śred­nio raz w ty­go­dniu, co było dla niej praw­dziwą męką, którą dziel­nie zno­siła. Od dziecka wie­działa, że musi szczel­nie za­mknąć serce, aby ochro­nić się przed okru­cień­stwem, z ja­kim oj­ciec trak­to­wał ją, Do­riana i ich mamę. Papa bar­dzo do­bit­nie po­ka­zał jej, że nikt ni­gdy nie zdoła po­ko­chać jej za to, kim na­prawdę jest.

– Pani Mur­ray – ode­zwał się dok­tor Ster­ling, wciąż sku­piony na za­biegu. Jego głos był spo­kojny, a ru­chy pewne. – Będę zmu­szony po­pro­sić pa­nią o opusz­cze­nie ga­bi­netu, je­śli nie prze­sta­nie pani gnę­bić swej bied­nej wnuczki i szy­ka­no­wać panny Cha­stity. Która, skoro musi pani wie­dzieć, pra­cuje nad nie­zwy­kle no­wa­tor­skimi me­to­dami, po­zwa­la­ją­cymi zna­cząco ob­ni­żyć ry­zyko in­fek­cji i gan­greny. I robi to wszystko zu­peł­nie za darmo.

Star­sza ko­bieta zmru­żyła oczy.

– Nic nie jest za darmo. Nie w Whi­te­cha­pel.

Cha­stity znów po­czuła falę upo­ko­rze­nia, ale tym ra­zem wstyd mie­szał się ze zło­ścią.

– Kiedy po­szłam z tymi ba­da­niami do Szpi­tala Świę­tego To­ma­sza, to mi od­mó­wili.

Na co tamta prych­nęła:

– Czyli pa­niu­sia przy­szła do nas, bo jej nie chcieli w naj­lep­szym szpi­talu w mie­ście? I my mamy uwie­rzyć w te jej ni­by­me­tody. A to do­bre.

– W Świę­tym To­ma­szu nie od­mó­wili lady Cha­stity dla­tego, że wąt­pią w słusz­ność jej me­tod – za­pro­te­sto­wał dok­tor Ster­ling.

– A czemu?

Cha­stity przy­po­mniała so­bie twa­rze człon­ków rady za­rządu szpi­tala, sa­mych męż­czyzn, w więk­szo­ści po pięć­dzie­siątce. Tylko je­den, nieco młod­szy dżen­tel­men, lord Ward­bury, wy­glą­dał, jakby był skłonny się za nią wsta­wić. W jego oczach zo­ba­czyła naj­wię­cej życz­li­wo­ści. Ale kiedy skoń­czyła pre­zen­ta­cję, te oczy zwę­ziły się z le­d­wie skry­wa­nym roz­ba­wie­niem, a prze­wod­ni­czący, któ­rego pro­tek­cjo­nalny ton ocie­kał kpiną, oznaj­mił: „Choć pani… en­tu­zjazm jest godny po­dziwu, za­pewne sama pani ro­zu­mie, że kręgi me­dyczne to nie jest miej­sce dla ko­biety”.

Zda­nie, pod któ­rym jej oj­ciec mógłby się pod­pi­sać.

– Po­nie­waż je­stem ko­bietą – wy­ja­śniła, z po­licz­kami pło­ną­cymi na tamto wspo­mnie­nie.

Pani Mur­ray wes­tchnęła.

– No tak.

Cha­stity po­ki­wała ze smut­kiem głową.

– Skoro wyż­sze sfery od­rzu­cają moje wspar­cie i moje am­bi­cje z po­wodu płci, uwa­żam, że je­dyną słuszną re­ak­cją jest od­pła­cić im taką samą wzgardą. Dok­tor Ster­ling, nie po­bie­ra­jąc za to żad­nych opłat, robi w tym ga­bi­ne­cie znacz­nie wię­cej do­brego, niż wszyst­kie tę­gie głowy ze Świę­tego To­ma­sza są so­bie w sta­nie wy­obra­zić.

Choć jej praca tu­taj bez wąt­pie­nia była uży­teczna, to jed­nak ni­gdy nie zy­ska uzna­nia w świe­cie na­uki… a tego pra­gnęła do bólu. Być może mo­głaby po­roz­ma­wiać z lor­dem Ward­bu­rym na osob­no­ści, poza radą za­rządu. Wie­działa, że weź­mie udział w let­ni­sku urzą­dza­nym przez księ­cia Pryde’a. Przy­ję­cie miało trwać cały mie­siąc, a ona mu­siała w nim uczest­ni­czyć ze względu na ko­nek­sje swo­jego brata z księ­ciem.

Dama pewna swo­ich kom­pe­ten­cji to­wa­rzy­skich uzna­łaby to za do­sko­nałą oka­zję, aby za­przy­jaź­nić się z lor­dem Ward­bu­rym i – być może – wpły­nąć na zmianę jego sta­no­wi­ska. Zjed­nać go so­bie. Prze­ko­nać, żeby dał jej szansę wy­ka­zać się w Szpi­talu Świę­tego To­ma­sza, gdzie jej pracę śle­dzi­łyby naj­więk­sze na­ukowe au­to­ry­tety. Gdzie mo­głaby zdo­być silną po­zy­cję w krę­gach na­uko­wych i tym sa­mym do­trzeć ze swoją po­mocą do więk­szej liczby osób.

Za­miast tego Cha­stity za­pewne przez cały mie­siąc bę­dzie się pró­bo­wała zlać się z tłem, wy­ko­rzy­stu­jąc swój nie­zrów­nany ta­lent do uni­ka­nia kon­taktu wzro­ko­wego.

– Przy­cho­dząc tu, ry­zy­kuje pani swoją re­pu­ta­cją i bez­pie­czeń­stwem – po­wie­dział ci­cho dok­tor Ster­ling, zwią­zu­jąc końce nici. – Sama. W ta­jem­nicy przed bra­tem. – Za­mo­czył czy­stą szmatkę w al­ko­holu i prze­tarł za­szytą ranę. – Już po wszyst­kim, Stello – zwró­cił się do dziew­czynki i uśmiech­nął cie­pło. – By­łaś bar­dzo dzielna. Na­łożę tylko opa­tru­nek. Po­sta­raj się przez kilka dni dużo od­po­czy­wać. A pani, pani Mur­ray, niech przy­pro­wa­dzi do mnie wnuczkę ju­tro i po­tem za ty­dzień. Chcę wi­dzieć, jak rana się goi.

Kilka go­dzin póź­niej, po tym, jak wy­pu­ścili Stellę do domu i wy­mie­nili się z dok­to­rem no­tat­kami i ob­ser­wa­cjami, Cha­stity wy­szła z ga­bi­netu. Pod bu­tami mla­skało błoto wiecz­nie za­le­ga­jące na Pet­ti­coat Street. Miała do przej­ścia kilka prze­cznic, żeby do­trzeć do rogu ulicy, gdzie cza­sem cze­kały do­rożki.

Mi­jała ulicz­nych urwi­sów, krzep­kich męż­czyzn no­szą­cych beczki, prze­kupkę z ko­szem cuch­ną­cych sar­deli, grupę gło­śno plot­ku­ją­cych pra­czek tasz­czą­cych ko­sze bie­li­zny i za­cze­pia­ją­cego prze­chod­niów stra­ga­nia­rza z wóz­kiem po­obi­ja­nych ja­błek. W za­ułku czaił się kie­szon­ko­wiec. Ze stra­ga­nów cią­gną­cych się środ­kiem ulicy do­bie­gały po­krzy­ki­wa­nia sprze­daw­ców na­wo­łu­ją­cych klien­tów.

Dwaj męż­czyźni stali oparci o odra­paną ścianę. Je­den miał na so­bie po­ła­tany płaszcz, wi­szący luźno na wy­chu­dzo­nej syl­wetce. Drugi był w mocno prze­tar­tej ko­szuli. Obaj mieli ogo­rzałe, na­bie­głe krwią twa­rze, dło­nie trzy­mali bli­sko kie­szeni wy­brzu­szo­nych tak, że Cha­stity po­my­ślała, że mogą być uzbro­jeni. Je­den wy­glą­dał zna­jomo. Moż­liwe, że wi­działa go na tej ulicy już wcze­śniej. Mi­ja­jąc tych męż­czyzn, czuła na so­bie ich wzrok. Jej suk­nia wy­róż­niała ją z tłumu, mimo że gdy szła do kli­niki, za­wsze wy­bie­rała brązy i sza­ro­ści. Jej ubra­nia były po pro­stu zbyt nowe i zbyt sta­ran­nie uszyte, włosy nie­na­gan­nie ucze­sane, a czepki czy­ste i wy­pra­so­wane.

Każdy wi­dział, że tu nie pa­suje.

Moc­niej ści­snęła ha­fto­waną sa­kiewkę. Bez wąt­pie­nia sta­no­wiła ku­szący i ła­twy łup.

Obej­rzała się przez ra­mię i z prze­ra­że­niem stwier­dziła, że obaj męż­czyźni idą kilka me­trów za nią, wy­mi­ja­jąc in­nych prze­chod­niów i nie spusz­cza­jąc jej z oczu.

Zimny pot spły­nął jej po ple­cach.

Przy­śpie­szyła, to­rebka za­ko­ły­sała się w jej dłoni. Czy na­prawdę od­wa­ży­liby się coś jej zro­bić tu, na ulicy, przy tylu świad­kach?

Po le­wej mi­gały bu­dynki z po­pę­ka­nymi szy­bami w oknach, po pra­wej – brudne stra­gany. Okrzyki sprze­daw­ców wy­dały jej się te­raz ostrzej­sze, prze­szy­wały roz­pa­loną skórę. Przez nie­uwagę prawą stopą wdep­nęła w coś śli­skiego, nie zdą­żyła na­wet spoj­rzeć, co to było. Wy­ma­chu­jąc ra­mio­nami, ru­nęła do przodu, ale w ostat­niej chwili zdo­łała się zła­pać czy­je­goś ra­mie­nia. Przed nią roz­pierz­chła się grupka urwi­sów.

Znów się obej­rzała. Jej prze­śla­dowcy byli trzy kroki od niej. Chciała uciec, lecz za­raz po­tem po­czuła, jak czy­jaś dłoń za­ci­ska się na jej ra­mie­niu. Krzyk uwiązł jej w gar­dle, kiedy zo­stała szarp­nięta do tyłu, wciąż jed­nak ści­skała sa­kiewkę.

Po­staw­niej­szy z męż­czyzn, ten w po­żół­kłej ko­szuli, pa­trzył na nią z wście­kło­ścią. Miał kar­to­flo­waty nos i wy­łu­pia­ste oczy. Wiel­kie nieba! Zo­stała po­rwana? Do­rian ją za­bije… a za­raz po­tem za­bije jej po­ry­wa­czy.

– Co tu ro­bisz? – wark­nął opry­szek. – Taka dama jak ty?

Cha­stity usi­ło­wała mu się wy­szarp­nąć. Wbiła ło­kieć w mięk­kie ciało. Oprawca stęk­nął, ale jej nie pu­ścił.

– Pusz­czaj! – wy­ce­dziła przez zęby, wciąż wi­jąc się w jego uści­sku.

Ja­kiś cień po­ło­żył się na wszyst­kich trojgu.

– Dama po­wie­działa, że­byś ją pu­ścił – za­brzmiał ni­ski i uprzejmy głos.

I zna­jomy jak jej wła­sny.

Po­ry­wacz znie­ru­cho­miał. Ulga za­lała ją, za­nim jesz­cze od­wró­ciła się i zo­ba­czyła…

Lu­ciena.

Jedno spoj­rze­nie na jego twarz wy­star­czyło, aby za­parło jej dech. Roz­ma­rzone fioł­kowe oczy te­raz pło­nęły wście­kło­ścią, gdy wbi­jał wzrok w obu męż­czyzn. Wy­raź­nie za­ry­so­wana li­nia żu­chwy była na­pięta, sze­ro­kie, pełne wargi wy­krzy­wiły się w po­nu­rym gry­ma­sie pod ostrymi ko­śćmi po­licz­ko­wymi. Zło­ci­ste włosy miał mod­nie roz­wi­chrzone. Wy­soki, bar­czy­sty, silny i lekki za­ra­zem, wy­glą­dał jak grecki bóg.

Na­past­nik od razu ją pu­ścił.

– Nie chcia­łem jej zro­bić krzywdy – za­pew­nił po­śpiesz­nie. – Chcia­łem tylko od­pro­wa­dzić pannę Cha­stity do do­rożki.

Sły­sząc to, zmarsz­czyła brwi. Rze­czy­wi­ście wy­glą­dał zna­jomo…

– Je­stem Bill – przed­sta­wił się i pod­cią­gnął rę­kaw, uka­zu­jąc za­go­joną bli­znę. – Pan dok­tor i pa­nienka le­czyli mnie sześć ty­go­dni temu, mó­wię, jak było. Chcia­łem tylko po­dzię­ko­wać za po­moc.

Cha­stity aż za­bra­kło tchu.

– Ależ tak, Bill! – po­wie­działa, czu­jąc za­wsty­dze­nie po­mie­szane z ulgą. – Wy­bacz, nie po­zna­łam cię.

Po­winna się wsty­dzić. Od razu za­ło­żyła naj­gor­sze, a Bill chciał jej po­móc.

– Jaki dok­tor? – za­czął do­cie­kać Lu­cien, marsz­cząc czoło. Spół­gło­ski wy­ma­wiał ciut nie­wy­raź­nie. – I niby jak cię le­czyli?

Cha­stity przyj­rzała mu się uważ­niej. Czuć było od niego brandy. Jego biały halsz­tuk był roz­wią­zany, a żółta ka­mi­zelka pod sza­rym, szy­tym na miarę fra­kiem – po­gnie­ciona. Na jego her­bie ro­do­wym z wy­ha­fto­wa­nym je­le­niem wid­niała ró­żowa plama. Dziś naj­wy­raź­niej po­sta­no­wił za­słu­żyć na swoją re­pu­ta­cję naj­bar­dziej roz­pust­nego spo­śród Sied­miu Ksią­żąt Grze­chu.

Ulga Cha­stity prędko ustą­piła miej­sca oba­wom.

Nie. Nie, nie! Tylko nie Lu­cien.

Tylko nie on! On nie mógł jej tu­taj zo­ba­czyć!

W pa­nice spoj­rzała na wej­ście do Eli­zjum, do­brze utrzy­ma­nego, trzy­kon­dy­gna­cyj­nego ce­gla­nego bu­dynku zaj­mu­ją­cego cały kwar­tał. Omio­tła wzro­kiem okna z za­ciem­nio­nymi szy­bami, prze­ra­żona, że za­raz uj­rzy Do­riana, idą­cego w ślad za Lu­cie­nem.

Ale nie. To było nie­moż­liwe. Czasy, kiedy jej brat za­cho­dził do Eli­zjum, dawno mi­nęły. Te­raz był szczę­śli­wie żo­naty.

Za to jego naj­bliżsi przy­ja­ciele – ksią­żęta Pryde, Enve­igh, Ir­re­ve­rence, Ec­cess i For­tyne – wła­śnie wy­ta­czali się z bu­dynku, roz­glą­da­jąc się za swym to­wa­rzy­szem i mru­żąc oczy w słońcu.

– Hm… – zwró­ciła się po­now­nie do Billa, oglą­da­jąc jego bli­znę. – Wy­gląda na to, że rana ład­nie się za­go­iła. Nie wdało się żadne za­ka­że­nie, prawda?

– A skąd. Za­go­iło się bez za­rzutu, mó­wię, jak jest. Może jed­nak od­pro­wa­dzę pa­nienkę do po­wozu? To na­prawdę nie jest miej­sce dla ta­kiej ele­ganc­kiej damy.

Po­zo­stali ksią­żęta już szli w stronę Lu­ciena i Cha­stity. Pryde jak za­wsze w płasz­czu w ko­lo­rze in­dygo i z po­tar­ganą brą­zową czu­pryną. Enve­igh na zie­lono, ły­piąc po­żą­dli­wie sza­rymi oczami. Ec­cess o wło­sach w od­cie­niu mio­do­wego blondu – naj­wyż­szy z nich wszyst­kich – miał na so­bie po­ma­rań­czową ka­mi­zelkę. Ir­re­ve­rence pre­zen­to­wał się nie­ska­zi­tel­nie w bieli, a For­tyne z dłu­gimi, kasz­ta­no­wymi wło­sami zwią­za­nymi z tyłu olśnie­wał w fio­le­cie.

– Książę Luhst mnie od­pro­wa­dzi – za­pew­niła go po­śpiesz­nie. – Dzię­kuję ci za po­moc, Bill. Oba­wiam się, że mu­szę już iść. – I zwra­ca­jąc się do Lu­ciena, rzu­ciła go­rącz­kowo: – Oni nie mogą mnie tu zo­ba­czyć!

– To oczy­wi­ste. – Ski­nął głową. – Za mną, moja droga. Mój po­wóz czeka za ro­giem. – Szybko po­cią­gnął ją za sobą. Cały czas znaj­do­wał się mię­dzy nią a ksią­żę­tami, więc ża­den z nich jej nie za­uwa­żył.

Kiedy zna­leźli się w środku, Cha­stity z ulgą wy­pu­ściła po­wie­trze i zdjęła cze­pek, na­gle zro­biło jej się bar­dzo go­rąco.

– Za­wieź mnie, pro­szę, do May­fair. Stam­tąd po­jadę do Rath Hall.

Książę tylko się ro­ze­śmiał w od­po­wie­dzi.

– Mowy nie ma, naj­słod­sza. Nie spusz­czę cię z oczu, do­póki oso­bi­ście nie od­dam cię pod opiekę Do­riana.

– Nie mo­żesz tego zro­bić! Nie wolno mi być z tobą sam na sam w po­wo­zie. Po­myśl o mo­jej re­pu­ta­cji.

Lu­cien wzru­szył ra­mio­nami, za­pu­kał w ścianę przed nimi i po­le­cił woź­nicy, że ma je­chać do Rath Hall.

– Twój brat z pew­no­ścią zro­zu­mie, że przy mnie je­steś bez­piecz­niej­sza, niż włó­cząc się sama po Whi­te­cha­pel.

Cha­stity za­schło w ustach i prze­biegł ją lo­do­waty dreszcz. Ko­ły­sa­nie po­wozu na nie­rów­nej na­wierzchni tylko wzma­gało jej nie­po­kój, a koła ter­ko­tały nie­zno­śnie gło­śno. Je­śli Do­rian się do­wie, że od mie­sięcy sa­mot­nie wy­my­kała się do Whi­te­cha­pel… że pra­co­wała sam na sam z le­ka­rzem bez upraw­nień… że na­ra­żała swoje bez­pie­czeń­stwo, cho­dząc po ciem­nych za­uł­kach…

Wów­czas bę­dzie mo­gła po­rzu­cić wszelką na­dzieję na do­koń­cze­nie ba­dań, któ­rym po­świę­ciła tyle lat. Po­że­gnać się z ma­rze­niem o zdo­by­ciu uzna­nia w śro­do­wi­sku na­uko­wym i po­dzie­le­niu się swo­imi spo­strze­że­niami z jak naj­więk­szą liczbą szpi­tali, żeby uchro­nić przed in­fek­cjami nie­zli­czone rze­sze pa­cjen­tów.

Do Rath Hall była go­dzina drogi, tyle czasu miała na prze­ko­na­nie Lu­ciena, żeby nie mó­wił o ni­czym jej bratu. Go­dzinę sam na sam z nim, w cia­snej prze­strzeni po­wozu. Go­dzinę wdy­cha­nia za­pa­chu jego skóry, goź­dzi­ków i drzewa san­da­ło­wego.

Na samą tę myśl prze­szył ją go­rący dreszcz.

Ten męż­czy­zna był uoso­bie­niem upadku.

Wy­soki, o do­sko­nale umię­śnio­nym ciele. Z aniel­skimi oczami naj­więk­szego grzesz­nika, ja­kiego kie­dy­kol­wiek po­znała. I zło­ci­stymi pu­klami, które aż się pro­siły, by od­gar­nąć mu je z oczu.

Na mi­łość bo­ską, o czym ona w ogóle my­ślała? Prze­cież od lat nie była już w nim za­ko­chana.

Żeby ukró­cić te nie­do­rzeczne fan­ta­zje, mu­siała so­bie przy­po­mnieć, dla­czego był taki roz­cheł­stany – wła­śnie spę­dził noc w ra­mio­nach in­nych ko­biet. Czuła na­wet na nim ich per­fumy. Ktoś inny – za­pewne nie jedna ko­bieta – ca­ło­wał te pełne wargi, wo­dził pal­cem po ko­ściach po­licz­ko­wych i wy­raź­nie za­zna­czo­nej żu­chwie.

Nie ona.

To ni­gdy nie bę­dzie ona.

– Po­wiesz mu, gdzie mnie zna­la­złeś? – spy­tała.

– To za­leży.

– Od czego?

– Od tego, co tam ro­bi­łaś.

Ob­jęła się ra­mio­nami.

– Nie mogę ci po­wie­dzieć.

– Wo­bec tego czuję się zo­bo­wią­zany po­wia­do­mić Do­riana.

– Do­brze! Już do­brze. – Wes­tchnęła głę­boko, zbie­ra­jąc się na od­wagę. – Asy­stuję pew­nemu le­ka­rzowi w Whi­te­cha­pel. Wy­pró­bo­wuję swoje nowe me­tody za­po­bie­ga­nia za­ka­że­niom i po­ma­gam mu w przy­go­to­wa­niach do za­bie­gów, opiece nad pa­cjen­tami i tak da­lej. W za­mian mogę za­pi­sy­wać wszyst­kie ob­ser­wa­cje, żeby spraw­dzić, czy są pod­stawy, aby po­dzie­lić się swo­imi spo­strze­że­niami z szer­szym gre­mium.

– Cha­stity, ty do­bra du­szo. – Te­raz on wes­tchnął. – Mo­głem się do­my­ślić, że wpad­niesz na coś ta­kiego.

Więk­szość lu­dzi ra­czej nie na­zwa­łaby jej do­brą. Prze­ciw­nie, wielu jej nie lu­biło i uwa­żało, że jest chłodna i na­zbyt zdy­stan­so­wana.

Ale Lu­cien pa­trzył na nią ina­czej.

– Pro­szę, nie mów Do­ria­nowi – do­dała.

– Moja droga, chcesz, że­bym ukry­wał coś przed swoim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem.

– Wiem. Ale wciąż cię o to pro­szę.

Jego fio­le­towe oczy za­pło­nęły.

– Ach, naj­droż­sza. Nie masz po­ję­cia, jak wiele był­bym go­tów dla cie­bie zro­bić.

Jego cie­pły od­dech omiótł jej po­li­czek, po­czuła na so­bie cię­żar jego wzroku. Same słowa były ni­czym czułe mu­śnię­cie dłoni.

Ale za­raz przy­wo­łała się do po­rządku – to był prze­cież uro­dzony ba­wi­da­mek. Uwo­dzi­ciel. Te wszyst­kie czu­łostki nic nie zna­czyły, dla niego ona za­wsze bę­dzie je­dy­nie sio­strą naj­lep­szego przy­ja­ciela.

Mimo to jej zdra­dziec­kie serce za­biło szyb­ciej od sa­mej jego bli­sko­ści.

– Ależ, Cha­stity, mu­sisz mi dać ja­kiś do­bry po­wód, że­bym dla cie­bie skła­mał – za­strzegł. – Je­stem wi­nien Do­ria­nowi lo­jal­ność. Nie mogę zdra­dzić ani jego, ani swo­ich po­zo­sta­łych braci w grze­chu.Roz­dział 2

Kiedy za oknami po­wozu co­raz wy­raź­niej ma­lo­wał się za­rys Rath Hall, w Lu­cie­nie na­ra­stał nie­po­kój. Miał na­dzieję, że Do­rian od razu za­prosi go do ga­bi­netu na szkla­neczkę brandy, która ukoi jego po­tworny ból głowy – ma­jący nie­wiele wspól­nego z wczo­raj­szą roz­pu­stą, za to mnó­stwo z piękną ko­bietą sie­dzącą przed nim.

Spie­rali się całą drogę od Whi­te­cha­pel. Cha­stity po­skar­żyła mu się, że szpi­tal w May­fair wy­łącz­nie dla­tego, że jest ko­bietą, od­rzu­cił jej prośbę o moż­li­wość te­sto­wa­nia u nich swo­jej me­tody.

Zro­biło mu się żal tej ma­łej lwicy. Ból głowy i mdło­ści szybko jed­nak przy­tę­piły zdol­ność my­śle­nia i te­raz, cho­ciaż pró­bo­wał się sku­pić, jego uwaga od­pły­wała ku jej war­gom. Roz­my­ślał o tym, jak mo­głyby sma­ko­wać.

Miała taką ładną twarz, z błę­kit­nymi oczami i ró­ża­nymi ustami… Wielka szkoda, że zgrabną syl­wetkę ukry­wała pod nud­nymi suk­niami z dłu­gimi rę­ka­wami i gu­zi­kami za­pię­tymi pod samą szyję. Jakby zie­mia miała się roz­stą­pić, gdyby od­sło­niła choć cen­ty­metr skóry. Za­wsze wy­pro­sto­wana ni­czym struna, czę­sto spra­wiała wra­że­nie chłod­nej i wy­nio­słej, wręcz nie­czu­łej. Uni­kała oka­zji do po­zna­wa­nia no­wych lu­dzi, twier­dziła, że nie po­trze­buje przy­ja­ciół, skoro ma swoje książki, swoje ba­da­nia…

Do­bry Boże, czy to jej świę­tej pa­mięci oj­ciec zdo­łał stłam­sić ją tak do­szczęt­nie, że nie zo­stało w niej nic poza su­ro­wo­ścią i ob­se­syj­nym za­mi­ło­wa­niem do na­uki? Pa­mię­tał prze­cież, że jako dziew­czynka wspi­nała się po drze­wach i ba­wiła w pi­ra­tów, że miała za­raź­liwy śmiech i psotny błysk w oku. Wy­daje się, że tam­tej dziew­czynki już nie ma, zo­stała po­grze­bana pod grubą war­stwą fał­szy­wej skry­to­ści i ni­ja­ko­ści, którą Cha­stity no­siła ni­czym zbroję.

Cza­sem miał ochotę po­trzą­snąć nią tak, żeby ta po­włoka wresz­cie opa­dła, a Cha­stity w końcu przy­po­mniała so­bie, kim na­prawdę jest.

Bo on wie­dział, kim jest, tam w środku. Ko­bietą. Czło­wie­kiem pięk­nym i speł­nio­nym.

A te­raz na do­da­tek włó­czy się po Whi­te­cha­pel, pra­cuje z ja­kimś le­ka­rzem…

Nie, mo­ment! Chyba kac za­czy­nał ustę­po­wać. Szok wy­wo­łany jej wi­do­kiem w po­bliżu Eli­zjum i za­mro­cze­nie po ca­ło­noc­nej li­ba­cji spra­wiły, że umknęło to, co praw­do­po­dob­nie było w tym wszyst­kim naj­istot­niej­sze.

– Był tam ktoś jesz­cze prócz cie­bie, w ga­bi­ne­cie tego czło­wieka…? – spy­tał i po­pa­trzył na nią, mru­żąc oczy. – U tego le­ka­rza?

Cha­stity ode­rwała wzrok od szyby. Za­raz mieli się za­trzy­mać przed Rath Hall, a gdy to zro­bią, roz­mowa do­bie­gnie końca.

– Dla­czego py­tasz? – od­parła i po­czuła, jak jej pierś gwał­tow­nie unosi się i opada pod sza­rym spen­ce­rem.

– Bo chcę wie­dzieć, czy po­wi­nie­nem zło­żyć mu wi­zytę i prze­trą­cić kark.

– Nie mu­sisz. Byli też pa­cjenci.

– Przez cały czas?

– Przez więk­szość czasu. Nie spo­dzie­wasz się chyba, że pa­cjenci z ra­nami i po­ła­ma­nymi koń­czy­nami trosz­czyli się o moją cnotę.

Stłu­mił ryk wzbie­ra­jący gdzieś w głębi gar­dła i spy­tał przez za­ci­śnięte zęby:

– On jest stary? Żo­naty? Naj­le­piej po­wiedz, że in­te­re­sują go męż­czyźni.

– Jest w twoim wieku. Nie ma żony. Je­śli cho­dzi o jego upodo­ba­nia, to nie mam po­ję­cia.

– Jak się na­zywa?

Zmie­rzyła go wzro­kiem i wy­pro­sto­wała plecy.

– Wy­daje się, że ży­wisz wo­bec niego nie­naj­lep­sze za­miary, a mimo to ocze­ku­jesz, że zdra­dzę ci jego na­zwi­sko?

Wez­brał w nim nie­wy­tłu­ma­czalny gniew. Ja­kaś jego część za­sta­na­wiała się na­wet, co w niego wstą­piło. Zwy­kle nie wpa­dał w złość. Szczy­cił się tym, że wszystko po­trafi ob­ró­cić w żart i unika nie­przy­jem­nych emo­cji.

– Pełna zgoda co do złych za­mia­rów – wark­nął. – Na­zwi­sko, Cha­stity! Albo po­wiem Do­ria­nowi.

Wy­glą­dała na zdru­zgo­taną, a on na­tych­miast po­ża­ło­wał swo­jej groźby, le­dwo te słowa opu­ściły jego usta.

– Lu­cien… – za­częła.

Nie dał jej do­koń­czyć.

– Je­śli chcesz, że­bym za­cho­wał twój se­kret, mu­sisz mi po­wie­dzieć, z kim mam do czy­nie­nia.

I komu póź­niej być może bę­dzie trzeba po­ra­cho­wać ko­ści.

– Do­brze. Ale mu­sisz obie­cać, że nie zro­bisz mu krzywdy.

– Tego obie­cać nie mogę.

– Nie masz po­wodu źle mu ży­czyć! Za­wsze jest dżen­tel­me­nem.

Dżen­tel­men… ktoś, kim Lu­cien nie by­wał ni­gdy.

Noz­drza mu się roz­sze­rzyły, zęby za­zgrzy­tały. Co w niego wstą­piło? Trosz­czył się o nią, to oczy­wi­ste. Na Boga, to młod­sza sio­stra Do­riana.

Po­wóz się za­trzy­mał. Za oknem wy­ra­stała ciemna go­tycka re­zy­den­cja księ­cia Rath, nie­mal cał­kiem prze­sła­nia­jąc niebo i krad­nąc po­po­łu­dniowe świa­tło. Ka­mer­dy­ner i służba usta­wili się w sze­regu przed łu­ko­wym wej­ściem zdo­bio­nym rzeź­bie­niami.

– Na­zwi­sko – za­żą­dał raz jesz­cze Lu­cien.

Żwir chrzę­ścił pod bu­tami woź­nicy, który pod­cho­dził otwo­rzyć drzwi i roz­ło­żyć schodki po­wozu.

Do­rian i Pa­tience mo­gli się po­ja­wić lada chwila. Po­tem zjadą się po­zo­stali ksią­żęta, żeby ju­tro wszy­scy mo­gli udać się na przy­ję­cie do Pryde’a w jego wiej­skiej po­sia­dło­ści. Cha­stity nie miała wiele czasu i oboje o tym wie­dzieli. Po­wio­dła wzro­kiem na Rath Hall.

– Przy­się­gam na swój ho­nor, że po­wiem Do­ria­nowi – ostrzegł Lu­cien i w głębi du­szy nie­na­wi­dził sie­bie za to, że na nią na­ci­skał.

– W po­rządku – syk­nęła. – Do­prawdy, cza­sem cię nie­na­wi­dzę. Na­zywa się Brace Ster­ling.

Lu­cien pu­ścił do niej oko i w tym mo­men­cie woź­nica otwo­rzył drzwi, a z re­zy­den­cji wy­szli Pa­tience i Do­rian. Do­rian był wy­soki, a w jego ciem­nych wło­sach wy­raź­nie od­zna­czało się białe pa­smo. Do tego miał prze­szy­wa­jące nie­bie­skie oczy, któ­rymi po­tra­fił zmro­zić każ­dego. Był naj­lep­szym przy­ja­cie­lem Lu­ciena od dzie­ciń­stwa, za­wsze bez­względ­nie lo­jalny i opie­kuń­czy, o ostrym in­te­lek­cie i jesz­cze ostrzej­szym ję­zyku. Pa­tience, nowa księżna Rath, sta­no­wiła ide­alne prze­ci­wień­stwo Do­riana – drobna, zło­to­włosa pięk­ność o aniel­skiej twa­rzy i ła­god­nym uspo­so­bie­niu. W jej nie­bie­skich oczach lśniła do­broć, a po­liczki pro­mie­niały pierw­szymi ozna­kami ciąży.

Lu­cien po­now­nie zwró­cił się do Cha­stity.

– Czło­wiek Thorne’a Black­more’a? – chciał się upew­nić. – Jego wspól­nik, bli­ski przy­ja­ciel, któ­rego Black­more na­zywa bra­tem?

– Tak – po­twier­dziła z dumą, co jesz­cze bar­dziej go roz­draż­niło.

Po­ła­ma­nie ko­ści oso­bie tak bli­sko po­wią­za­nej z Black­more’em mo­głoby zna­cząco skom­pli­ko­wać sprawy. Przede wszyst­kim praw­do­po­dob­nie ozna­cza­łoby dla Lu­ciena za­kaz wstępu do Eli­zjum. Ale, choć lu­bił od­wie­dzać to miej­sce, w któ­rym można było za­znać wsze­la­kich roz­ko­szy, ja­koś by to zniósł. Ho­nor Cha­stity był waż­niej­szy.

Ale po­zo­sta­wała jesz­cze jedna kwe­stia – Ster­ling na­prawdę był zdol­nym le­ka­rzem i z tego, co Lu­cien sły­szał, ro­bił w Whi­te­cha­pel wiele do­brego. Szkoda by­łoby skrzyw­dzić ko­goś, kto po­ma­gał lu­dziom.

Psia­krew, ta ko­bieta do­pro­wa­dzi go do zguby.

– Lu­cien? – za­wo­łał Do­rian, kiedy pod­cho­dząc do po­wozu, za­uwa­żył, że przy­ja­ciel wciąż nie wy­siada. – Wszystko w po­rządku?

– Jesz­cze nie skoń­czy­li­śmy tej roz­mowy – wark­nął Lu­cien.

Cha­stity za­ci­snęła wargi w cienką kre­skę.

– Świet­nie – rzu­ciła i wy­sia­dła z po­wozu.

– Cha­stity! – za­wo­łała za­sko­czona Pa­tience.

Do­rian zmarsz­czył brwi i przez okno po­wozu zgro­mił Lu­ciena wzro­kiem. Ten wy­siadł tuż za Cha­stity, a każdy krok od­bi­jał się nie­zno­śnym echem w jego pul­su­ją­cej bó­lem gło­wie.

– Co ro­bi­łaś sama z Lu­cie­nem? – Jej brat żą­dał wy­ja­śnień.

Ko­bieta żach­nęła się lekko, choć po­liczki jej pło­nęły.

– Nie­raz by­wa­łam sama z Lu­cie­nem. Do­ra­sta­li­śmy ra­zem.

– W za­ci­szu na­szego domu – wark­nął Do­rian. – Je­śli kto­kol­wiek was wi­dział w May­air…

Lu­cien pró­bo­wał za­ła­go­dzić sy­tu­ację jed­nym ze swo­ich roz­bra­ja­ją­cych uśmie­chów.

– Zo­ba­czy­łem ją, jak cho­dziła po skle­pach przy Bond Street – wy­ja­śnił – i za­pro­po­no­wa­łem, że pod­wiozę ją do domu. I tak je­cha­łem w tę stronę.

– Bond Street! – wy­krzyk­nął Do­rian. – Naj­ru­chliw­sza z ulic May­fair!

– Nikt nas nie wi­dział – za­pew­nili go chó­rem Cha­stity i Lu­cien.

– Na pewno?

Cha­stity wes­tchnęła.

– Do­ria­nie. Je­stem starą panną. Na­wet je­śli ktoś nas zo­ba­czył, to nikt nie dba o moją re­pu­ta­cję na tyle, żeby zro­bić z tego skan­dal. Poza tym wszy­scy wie­dzą, że Lu­cien to bli­ski przy­ja­ciel ro­dziny.

– Na­wet je­śli je­steś star­sza niż więk­szość pa­nien na wy­da­niu, nie­za­mężna ko­bieta za­wsze na­raża się na nie­bez­pie­czeń­stwo – upie­rał się Do­rian. – Wszy­scy łakną plo­tek. I każdy tylko wy­pa­truje skan­dalu. Po co w ogóle po­je­cha­łaś na za­kupy? Prze­cież stroje cię nie in­te­re­sują.

– Po­trze­bo­wa­łam paru rze­czy na przy­ję­cie u Pryde’a – skła­mała.

– Ja­kich rze­czy? – do­cie­kał Do­rian, mru­żąc oczy.

– Ach, mój drogi, daj już spo­kój. Za­pewne ja­kichś ko­bie­cych dro­bia­zgów – wtrą­ciła się Pa­tience. – Prawda, szwa­gierko?

Do­rian jesz­cze bar­dziej się skrzy­wił i od­wró­cił od niej wzrok.

– W rze­czy sa­mej – po­twier­dziła Cha­stity. – Ko­bie­cych dro­bia­zgów.

– W ży­ciu nie sły­sza­łem, że­byś mó­wiła o czym­kol­wiek ko­bie­cym! – ryk­nął Do­rian. – I dla­czego nikt ci nie to­wa­rzy­szył? Gdzie była twoja przy­zwo­itka?

– Chcia­łam tylko od­wie­dzić cio­cię. I po­my­śla­łam, że przy oka­zji zaj­rzę na Bond Street.

– Sio­stro, po­win­naś być ostroż­niej­sza. – Do­rian nieco się uspo­koił, kiedy wszy­scy czworo skie­ro­wali się do wej­ścia. – Pró­buję tylko cię chro­nić. Je­steś pewna, że nikt cię nie wi­dział sa­mej w jego to­wa­rzy­stwie?

Lu­cien po­czuł się ura­żony tam, jak Do­rian ką­śli­wie za­ak­cen­to­wał „jego”.

– Czyżby prze­ma­wiał przez cie­bie strach, że gdyby ktoś nas wi­dział, to mu­siał­bym po­ślu­bić twoją sio­strę?

Do­rian rzu­cił mu przez ra­mię pio­ru­nu­jące spoj­rze­nie.

– Lu­cien, każdy, tylko nie ty. Ni­gdy się z nią nie oże­nisz ani jej nie do­tkniesz. I na­wet nie waż się na nią spoj­rzeć w nie­sto­sowny spo­sób.

To za­bo­lało.

Lu­cien zer­k­nął na Cha­stity, która obok niego wcho­dziła do domu. Ona za to nie wy­da­wała się ani tro­chę ura­żona. Plecy miała pro­ste i pa­trzyła przed sie­bie, wy­glą­dała jak cho­dzący po­sąg, do­sko­nałe ucie­le­śnie­nie ko­bie­cego wdzięku.

– Tylko nie ja… – mruk­nął pod no­sem.

– Chodź, Cha­stity. – W holu Pa­tience wzięła ją pod ra­mię. – Pój­dziemy do two­jego la­bo­ra­to­rium i opo­wiesz mi o po­stę­pach w swo­ich ba­da­niach… i o tym, co so­bie ko­bie­cego ku­pi­łaś!

Kiedy obie się od­da­liły, Do­rian za­pro­wa­dził Lu­ciena do swo­jego ga­bi­netu. Na­lał im obu po kie­liszku brandy, a Lu­cien przy­glą­dał mu się bacz­nie, na­gle za­po­mi­na­jąc o bólu głowy.

– Mó­wi­łeś po­waż­nie? Że każdy tylko nie ja?

Do­rian spoj­rzał na niego za­sko­czony, po­da­jąc mu tru­nek.

– Na­prawdę wciąż o tym roz­ma­wiamy?

Lu­cien upił łyk.

– Naj­wy­raź­niej. Chciał­bym się do­wie­dzieć, co jest ze mną nie tak. Znam was dwoje od dzie­ciń­stwa, wła­ści­wie od­kąd pa­mię­tam. Je­stem twoim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Znam cie­bie i Cha­stity le­piej niż kto­kol­wiek inny. Z wy­jąt­kiem Pa­tience, oczy­wi­ście. Do dia­bła, Do­ria­nie. Po­mo­głem ci za­tu­szo­wać mor­der­stwo i nie pi­sną­łem ani słowa. Je­stem księ­ciem, tak samo jak ty, i śmiem twier­dzić, że dys­po­nuję ma­jąt­kiem nie­wiele mniej­szym od two­jego. Dla­czego więc nie ja?

Do­rian za­mru­gał, wy­raź­nie skon­fun­do­wany.

– Dla­czego tak cię to do­tknęło? Chcesz się oże­nić z Cha­stity?

– Nie. Nie, ale tro­chę mnie ubo­dło to „każdy tylko nie ty” i chciał­bym wie­dzieć, co we mnie znaj­du­jesz aż tak od­ra­ża­ją­cego.

Twarz Do­riana zła­god­niała.

– Lu­cie­nie, nie prze­pu­ścisz żad­nej ko­bie­cie. Całe ży­cie spę­dzasz w Eli­zjum, w se­zo­nie uga­niasz się za de­biu­tant­kami i wdów­kami, a na let­ni­sku ta­rzasz się w sia­nie ze słu­żą­cymi. Na moim miej­scu też byś nie chciał, żeby twoja sio­stra cier­piała przez ja­kie­goś lo­we­lasa, prawda?

Ta ła­god­ność w to­nie przy­ja­ciela za­bo­lała go bar­dziej, niż gdyby na niego na­wrzesz­czał albo wy­mie­rzył mu cios, jak by to zro­bił w cza­sach sprzed Pa­tience.

I Lu­cien mu­siał mu przy­znać ra­cję, choć bar­dzo tego nie chciał. Nie­stety, jego ży­cie było jedną wielką kom­pro­mi­ta­cją. Był ze­psuty do szpiku, nada­wał się tylko do jed­nego.

Uwo­dze­nia.

Cha­stity za­słu­gi­wała na ko­goś lep­szego.

– Do­ria­nie, wiesz, że bym jej nie skrzyw­dził. Ni­gdy.

A Do­rian z za­do­wo­le­niem po­ki­wał głową i w tym mo­men­cie ktoś ener­gicz­nie otwo­rzył drzwi i do ga­bi­netu wto­czyli się po­zo­stali bra­cia w grze­chu. Wy­glą­dali na zmę­czo­nych po ca­ło­noc­nej hu­lance, ale wciąż do­pi­sy­wały im hu­mory.

– Rath – przy­wi­tał się Ec­cess, kle­piąc Do­riana po ple­cach. – Bra­ko­wało nam cię wczo­raj…

– Zdaje mi się, że jego noga wię­cej w Eli­zjum nie po­sta­nie – ode­zwał się For­tyne. – Nasz przy­ja­ciel nie ma już w so­bie gniewu.

– Ra­cja – przy­tak­nął Enve­igh. – Twoja żona do­ko­nała cudu.

– Kogo to ob­cho­dzi? – rzu­cił non­sza­lancko Ir­re­ve­rence i padł na ka­napę, roz­cią­ga­jąc ra­miona na jej opar­ciu i krzy­żu­jąc nogi w kost­kach. – Naj­waż­niej­sze, że my ni­gdy się nie zmie­nimy, prawda, Lu­cie­nie?

Książę Luhst za­śmiał się w od­po­wie­dzi, ale nie za­brzmiało to szcze­rze. Tro­chę za­zdro­ścił Do­ria­nowi jego prze­miany. We­wnętrz­nego spo­koju i za­do­wo­le­nia, ja­kim ema­no­wał. Lu­cien wi­dy­wał go ta­kim tylko w rzad­kich chwi­lach dzie­ciń­stwa, za­nim oj­ciec znisz­czył w nim tam­tego wraż­li­wego, emo­cjo­nal­nego chłopca.

Jak by wy­glą­dało jego wła­sne ży­cie, gdyby nie rzą­dziła nim wiecz­nie nie­za­spo­ko­jona po­trzeba fi­zycz­nej bli­sko­ści? Gdyby stał się wol­nym czło­wie­kiem? Kom­plet­nym i speł­nio­nym, jak Do­rian?

Nie umiał so­bie tego na­wet wy­obra­zić.

Nie, to nie było dla niego. On by się w tym ni­gdy nie od­na­lazł.

– Ra­cja – przy­tak­nął. – My się na pewno nie zmie­nimy.

Do­rian na­lał wszyst­kim brandy, a pa­no­wie się roz­sie­dli i po­częli wy­mie­niać no­winy.

– Ale Do­rian ow­szem, on już się zmie­nił. – Pryde na­gle wró­cił do te­matu. – Wkrótce zo­sta­nie oj­cem. I mnie rów­nież niech bę­dzie wolno po­rzu­cić obo­wią­zek po­zo­sta­nia ta­kim sa­mym, bo nie­długo i ja będę mu­siał się oże­nić.

– Ze­zwa­lamy… – za­pew­nił go Ir­re­ve­rence.

– Oczy­wi­ście. Mu­sisz pod­trzy­mać swoją dumną dy­na­stię, bo ina­czej osza­le­jesz – do­dał Ec­cess z prze­ką­sem.

– W prze­ci­wień­stwie do Lu­ciena – do­rzu­cił Enve­igh.

Na myśl, że miałby mieć dziecko, Lu­cien po­czuł ścisk w żo­łądku.

W jego pa­mięci po dziś dzień ni­czym grzmoty hu­czały wście­kłe krzyki matki… „Na­le­żało cię wy­skro­bać, tak jak tego chcia­łam. Ni­gdy nie za­mie­rza­łam spro­wa­dzać na świat ko­lej­nego szkod­nika z rodu Luh­stów”.

Enve­igh miał ra­cję. Jak Lu­cien miałby kie­dy­kol­wiek wziąć od­po­wie­dzial­ność za dru­giego czło­wieka? Za żonę, dziecko. Był szkod­ni­kiem. Tylko by tę nie­winną istotę ze­psuł, do­kład­nie tak, jak sam zo­stał ze­psuty przez swo­ich ro­dzi­ców. Udo­wod­niłby raz jesz­cze – so­bie i wszyst­kim – jak nie­wiele jest wart. Czy można było ocze­ki­wać cze­go­kol­wiek in­nego od ko­goś po­zba­wio­nego mo­ral­no­ści?

Lu­cien za­śmiał się i do­pił brandy.

– Jak ty mnie do­brze znasz. – A za­raz po­tem ci­cho, tak, że tylko Do­rian go usły­szał, do­dał: – Mnie nie mu­sisz się oba­wiać, je­śli cho­dzi o Cha­stity. „Chro­nimy ro­dziny braci jak swoją wła­sną”.

Drugi punkt ich credo, które pod­pi­sali któ­rejś sza­lo­nej nocy w Eli­zjum. To credo było święte. Co­kol­wiek by się w ich ży­ciu wy­da­rzyło, credo było tą jedną rze­czą, w któ­rej w głębi du­szy wszy­scy byli zgodni.

– Oczy­wi­ście, Lu­cie­nie – za­pew­nił go ła­god­nie Do­rian. – Wiem, że mogę ci ufać.

Tylko czy chro­niąc ta­jem­nicę Cha­stity, Lu­cien nie ła­mał za­sady o wza­jem­nej ochro­nie ro­dzin?

Nie, to nic ta­kiego. Cóż zna­czy jedno białe kłam­stewko dla przy­jaźni ta­kiej jak ich?

Poza tym on na­prawdę za­mie­rzał chro­nić Cha­stity jak wła­sną…

No wła­śnie: wła­sną… co?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij