Książę Snów - tam gdzie kończy się pamięć - ebook
Książę Snów - tam gdzie kończy się pamięć - ebook
Książę Snów to debiutancka powieść siedemnastoletniej autorki — opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, zarówno w przenośni, jak i dosłownie. W świecie, w którym magia budzi strach, dwoje młodych wyrusza w podróż, która na zawsze odmieni ich życie. Lavalla pragnie tylko znaleźć miejsce, gdzie nie będzie musiała ukrywać prawdziwej siebie. Książę chce odkryć, kim jest i dlaczego jego wspomnienia są puste. Bo tam, gdzie kończy się pamięć, zaczyna się prawda...
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
© Marta Grzeszek, 2026
Książę Snów to debiutancka powieść siedemnastoletniej autorki — opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, zarówno w przenośni, jak i dosłownie. W świecie, w którym magia budzi strach, dwoje młodych wyrusza w podróż, która na zawsze odmieni ich życie.
Lavalla pragnie tylko znaleźć miejsce, gdzie nie będzie musiała ukrywać prawdziwej siebie.
Książę chce odkryć, kim jest i dlaczego jego wspomnienia są puste.
Bo tam, gdzie kończy się pamięć, zaczyna się prawda…Fragment księgi nieopisanej ze zbiorów uzdrowiciela Eliasa
Tłumaczenie: Lavalla, córka Marona.
Magia istniała już od zarania dziejów. Przed upadkiem starego świata każdy człowiek obdarzony był magicznym darem. Na przestrzeni lat zatraciły się jednak umiejętności władania magią, a my zapomnieliśmy, jak wyglądało to dawniej. Dziś już tylko nieliczni są obdarzeni tą umiejętnością. Z moich badań, jednakże wynika, że każdy człowiek ma w sobie cząstkę magii i gdyby się postarał, byłby w stanie się nią posługiwać.Prolog
1574 rok po upadku
Otworzyłem oczy. Było ciemno. Końskie kopyta stukały o bruk, a powozem lekko kołysało na nierównej drodze. Wyjrzałem przez małe okienko obok mnie. Okolicę rozświetlała tylko mała lampka wisząca przy koźle woźnicy. Padał deszcz, który szybko przerodził się w ulewę, a potem burzę. Błyskawice rozświetlały okolicę swoim upiornym blaskiem. Obserwowałem szybko znikające drzewa rosnące wzdłuż traktu.
Nagle powóz gwałtownie stanął, a ja spadłem na drewnianą podłogę. Światło zgasło. Rozejrzałem się nerwowo dookoła. Nic nie widziałem. Było zbyt ciemno.
— Mamo — zawołałem niepewnie, wstając na nogi. — Co się dzieje?
Nikt mi nie odpowiedział. Usłyszałem cichy płacz i podniesione męskie głosy. Gdzieś w oddali stukały kopyta galopującego konia. Uderzył piorun. Rozświetlił na krótką chwilę wnętrze wozu. Zobaczyłem plamę krwi na płótnie oddzielającym nas od woźnicy. Cofnąłem się gwałtownie, a moje serce zaczęło bić w zatrważającym tempie. Jej metaliczny zapach znałem już dobrze, ale teraz… nie mogłem złapać oddechu.
Światło zniknęło tak nagle, jak się pojawiło. Coś mocno uderzyło mnie w skroń. Znów znalazłem się na podłodze. Nie byłem w stanie wstać. Uniosłem się kawałek na rękach, ale znowu upadłem. Zakręciło mi się w głowie. Słyszałem krzyk kobiety, rżenie koni, dźwięk uderzającego o siebie metalu i męskie głosy, ale wszystko docierało do mnie z bardzo daleka, jakby przytłumione. Nie rozumiałem, co się dzieje.
Zamknąłem oczy i odpłynąłem.
Ktoś pociągnął mnie za nogi. Poczułem pod sobą mokry bruk ulicy. Deszcz padał mi na twarz wielkimi kroplami. Spróbowałem otworzyć oczy, ale powieki były taaakie ciężkie. Poddałem się. Znowu zacząłem odpływać, ale usłyszałem jeszcze czyjąś rozmowę.
— On chyba… — męski głos blisko mojej twarzy. — Chyba nie oddycha.
— Co znaczy „chyba”? ! Żyje czy nie?! — powiedziała zdenerwowana kobieta kawałek dalej. Na dźwięk jej głosu coś we mnie drgnęło.
— Nie jestem lekarzem — znów ten sam mężczyzna. Skądś go kojarzyłem. Brzmiał jak kapitan… tak mi się wydawało. — Ale myślę, że nie żyje.
Usłyszałem szloch. Znowu spróbowałem otworzyć oczy. Nic z tego. Przestałem słuchać toczącej się zaraz obok mnie rozmowy. Moją uwagę przyciągnął zbliżający się tętent kopyt. Gardło ścisnęło mi się ze strachu. Próbowałem się skupić, ale nie mogłem… myśli nie chciały się składać w spójną całość.
Po chwili chyba mężczyzna też usłyszał konie, bo powiedział do kobiety dużo pewniejszym, władczym tonem:
— Moja pani, musimy uciekać. Zaraz będzie ich tu o wiele więcej. Sami sobie nie poradzimy.
— Gdzie niby chcesz iść? — syknęła. — Poza tym nie zostawię tu syna.
— Pani — głos mężczyzny stał się jeszcze bardziej stanowczy — kilka metrów stąd jest strażnica. Jeśli pobiegniemy, to będziemy tam, zanim oni się zorientują, że nas nie ma. A jeśli chodzi o pani syna… — zawahał się — on i tak już nie żyje. Obiecuję, że jak tylko dotrzemy do strażnicy, wrócę po jego ciało. Zabiorę ze sobą pięćdziesięciu strażników.
Nastała cisza.
Ciało? O czym oni mówią? Chciałem wrócić do domu. Tak bardzo chciałem się już znaleźć w swojej przytulnej komnacie.
— Dobrze — zgodziła się niechętnie kobieta. — Ale… daj mi się z nim pożegnać i… zabierz stąd majora.
Major… tak. Gdybym był teraz w domu, jadłbym z nim słodkie bułeczki albo towarzyszył mu przy szkoleniu strażników.
Po krótkiej chwili usłyszałem jej łagodny, cichy głos zaraz obok ucha.
— Wszystko będzie dobrze, mój mały książę. Wrócę po ciebie, obiecuję.
Mama. W domu może poszedłbym z nią na spacer po ogrodach. Oglądałbym kwiaty w przeróżnych kolorach i obrośnięte mchem rzeźby. Bogowie, jakie te rzeźby są piękne.
Poczułem usta kobiety na czole. Spróbowałem jeszcze otworzyć oczy. Chciałem wstać, pobiec do mamy, wtulić się w jej ciepłe ciało, ale kiedy w końcu udało mi się otworzyć oczy, zobaczyłem tylko ciemność.
Wstałem z niemałym trudem i na chwiejnych nogach zacząłem zataczać się do przodu. Znów uderzył piorun. Ulica była pusta. Poczułem, jak pod moimi powiekami zbierają się ciepłe łzy. Tętent kopyt się wzmagał. Musiałem uciekać. Mój oddech coraz bardziej przyspieszał. Poczułem zawroty głowy. Miałem wrażenie, że cały świat się kręci.
Padłem na kolana i na czworakach dotarłem do krzaków. Zorientowałem się, że już przy nich jestem dopiero wtedy, gdy gałązki podrapały mi twarz.
Odchyliłem je rękami. Po drugiej stronie była skarpa. Mogłem jedynie stoczyć się w dół zbocza. Na nic innego nie było mnie już stać.
Chyba straciłem przytomność, bo kiedy otworzyłem oczy, panowała już szarość przedświtu. Wciągnąłem gwałtownie powietrze, rozglądając się dookoła. Na wzgórzu za moimi plecami sylwetki ludzi poruszały się na tle czarnej ściany drzew.
Poczułem strach. Zalał mój umysł niczym fala, przeganiając wszystkie inne myśli. Wstałem i zataczając się, pobiegłem najszybciej, jak mogłem. Czułem się, jakby coś rozsadzało mi głowę od środka, ale biegłem dalej. To nie była moja mama. Nie wiedziałem, kim byli ci ludzie i wolałem tego nie sprawdzać.
Biegłem tak przez długi czas. Słońce zdążyło powędrować na sam środek nieba, zanim w końcu padłem w jakieś zarośla i zasnąłem.
Kiedy tylko się obudziłem, biegłem dalej. Biegłem przez łąki i pola. Mijałem co jakiś czas pasące się stada owiec, kóz, a nawet koni, ale nie spotkałem ani jednego człowieka. Miałem wrażenie, że biegnę tak w nieskończoność.
Bardzo chciało mi się pić, a mięśnie aż piekły z wysiłku. Każdy kolejny krok był torturą, ale musiałem biec. Nie pamiętałem już, dlaczego, ale po prostu musiałem. Kiedy w końcu, po przepchnięciu się przez gęste zarośla, zobaczyłem wioskę, od razu pobiegłem do studni. Nie udało mi się jednak napić wody, bo kiedy do niej dotarłem, nogi się pode mną załamały. Znów nastała ciemność.
Obudziłem się zlany potem. Wydarzenia sprzed pięciu lat dręczyły mnie w koszmarach, odkąd pamiętałem.Rozdział 1
1579 rok po upadku
Ktoś zapukał do moich drzwi. Otrząsnąłem się z myśli i wstałem, choć w głowie wciąż rozbrzmiewały echa koszmaru. Stukot końskich kopyt i przeraźliwy dźwięk burzy nadal wydawały się realne, jakby działy się tu i teraz.
Spojrzałem pytająco na stojącego za drzwiami przyjaciela, przecierając twarz dłonią. Darin z jasnymi, potarganymi włosami, wyglądał na tak samo rozbudzonego jak ja.
— Spóźniłeś się na śniadanie, Książę — oznajmił, unosząc brew. W jego głosie pobrzmiewała lekka nuta rozbawienia. Zerknął za mnie, próbując zobaczyć, co robiłem. Jego wzrok zatrzymał się na pergaminie, gęsto zapisanym chaotycznymi notatkami. Skrzywił się. — Znowu ten sen?
Skinąłem głową, unikając jego spojrzenia.
— Tak — odpowiedziałem krótko, mijając go w progu.
Gdy ruszyłem korytarzem, miękki dywan tłumił moje kroki, a przez otwarte na oścież okiennice wpadały promienie porannego słońca.
Darin dogonił mnie po chwili, zrównując krok.
— To strasznie denerwujące — powiedziałem, przerywając ciszę. Ziewnąłem, zasłaniając usta dłonią.
— Co? — zapytał, spoglądając na mnie z zaciekawieniem.
— Wszystko — odpowiedziałem ironicznie. — Ale głównie to, że nic nie pamiętam. Nawet własnego imienia. — Słowa smakowały goryczą. Jak można żyć bez przeszłości? Kim byłem, zanim stałem się nikim?
— A ty znowu o tym? — jęknął. — „Książę” bardzo do ciebie pasuje.
Parsknąłem cicho, choć wcale nie było mi do śmiechu.
— Wiem. Byłbym genialnym władcą — rzuciłem z ironicznym uśmiechem.
— Nie to miałem na myśli — odparł Darin, kręcąc głową.
Dotarliśmy do sali jadalnej. Przy długim drewnianym stole moja przybrana rodzina kończyła już śniadanie. Rakel spojrzała na mnie z wyrzutem.
— Przepraszam za spóźnienie — mruknąłem, siadając pomiędzy rodzeństwem.
Adela trąciła mnie łokciem w bok.
— A tobie co znowu? — zapytała z nutą troski w głosie, choć jej oczy błyszczały jak zwykle.
— Nic — odpowiedziałem zdawkowo, chwytając miskę z owsianką.
Darin usiadł naprzeciwko mnie i zaczął nakładać sobie na talerz jakieś owoce.
— Rozchmurz się trochę, braciszku. Tata powiedział, że jutro jedziemy do miasta — rzucił Chimin z szerokim uśmiechem.
Spojrzałem na Maria, siedzącego po drugiej stronie stołu. Jego twarz pozostała niewzruszona jak zawsze, ale krótko skinął głową.
Wieść o podróży poprawiła mi humor. Karras było miejscem, które zawsze mnie fascynowało. W przeciwieństwie do naszej wioski miasto tętniło życiem — tłumy ludzi, zapachy z targu, muzyka ulicznych grajków. Było czymś więcej niż wioska, którą też bardzo lubiłem, ale czasem była po prostu nudna.
Rakel odchrząknęła, odrywając mnie od myśli.
— Jeśli macie jechać do miasta, upewnijcie się, że wszystko przygotowaliście — powiedziała, spoglądając na mnie z surowym wyrazem twarzy. — Książę, pamiętaj, żeby tym razem nie zgubić Darina.
— Ja? — zapytałem z niedowierzaniem, spoglądając na Dara, który próbował powstrzymać śmiech.
— Ostatnio to ty się zgubiłeś, nie ja — dodał z uśmiechem.
Adela zachichotała, a Mario westchnął ciężko, jakby dyskusje między mną a Darinem były dla niego już codziennością.
— Karras to nie plac zabaw — dodał. Jego głos był głęboki, spokojny, ale brzmiał jak rozkaz. — Jeśli jedziesz, masz się zachowywać odpowiedzialnie.
— Tak jest — odparłem, starając się przybrać poważną minę, choć Darin z trudem powstrzymywał śmiech.
Szybko dokończyłem śniadanie i wstałem od stołu. Gdy wróciłem do swojego pokoju w głowie wciąż kołatały mi resztki snu, ale myśl o podróży do miasta zaczęła przyćmiewać wszystko inne.
Schowałem kartkę, na której opisałem swój koszmar, głęboko do szafki pełnej identycznych zapisków. Każdy sen wyglądał dokładnie tak samo. Zacząłem je zapisywać kilka lat temu, z nadzieją, że uda mi się wyczytać z nich cokolwiek o mojej przeszłości.
Na razie wiem tylko, że droga, którą jechaliśmy z matką, to Królewski Trakt. Największy i najczęściej uczęszczany szlak handlowy, prowadzący przez całe królestwo.
Mario próbował rozmawiać ze strażnikami, ale ci twierdzili, że z napaści na powóz nieznanej szlachcianki nie ocalał nikt.
Ja jednak w to nie wierzę.
Drzwi do mojego pokoju otworzyły się i wpadła przez nie moja młodsza siostrzyczka — Areesha. Szybko zamknęła je za sobą i oparła się plecami o szorstkie drewno.
— Dzień dobry — przywitała się lekko zdyszana.
— Co tu robisz? — zapytałem z rozbawieniem.
— Chowam się przed tym głupkiem Martim. Rodzice twierdzą, że jest moim bliźniakiem, ale ja jakoś nigdy nie wpadłam na pomysł, żeby wnosić do domu szopa.
— Jakiego szopa?
Zasunąłem skobel, a dziewczynka od razu rzuciła się na moje łóżko rozwalając ułożone ładnie pierzyny. Westchnąłem ciężko, siadając obok niej. Dlatego zazwyczaj nie ścieliłem łóżka.
— Nie wiesz, co to szop? — spytała z niedowierzaniem dwunastolatka.
— Wiem. Nie rozumiem tylko, co Marti robi z nim w domu.
— Goni mnie krzycząc, że to mój przyszły mąż, tylko ktoś go przeklął w szopa i muszę go pocałować. — wytłumaczyła spokojnie.
Parsknąłem śmiechem, wyobrażając sobie małego szatyna biegającego po dworku z szopem w rękach.
— Skoro postanowiłaś ukrywać się w moim pokoju, pomóż chociaż przy konserwacji uprzęży — poprosiłem.
— Nuuuda — jęknęła dziewczynka. — Już wolę Martiego z tym jego szopem.
— Jak sobie chcesz.
Areesha wyszła, rozglądając się najpierw czy na korytarzu, aby na pewno nie ma jej bliźniaka. Dopiero wtedy zamknęła za sobą drzwi. Zostałem sam, ze stertą skórzanych uprzęży i olejem, do ich konserwacji.
Gdy znów ruszyłem korytarzem w stronę sali jadalnej, spotkałem Adele. Była ubrana w białą sukienkę, a włosy w kolorze dojrzałego zboża opadały jej luźno na ramiona.
— Cześć — przywitałem się.
— Spakowałeś się? Na pewno zostaniemy na noc — zaczęła od razu.
— Mówisz całkiem jak Rakel.
— Och, no przestań już tak marudzić — dziewczyna uderzyła mnie lekko pięścią w ramię.
— O, bijemy Księcia? Fajnie — powiedział Chimin, który nagle pojawił się obok, i walnął mnie pięścią prosto w splot słoneczny. Powietrze wyleciało mi z płuc.
— Ej, Chim, wracaj tu! — krzyknąłem za odbiegającym chłopakiem, kiedy udało mi się złapać oddech.
Śmiech Adeli usłyszałem już w trakcie biegu za młodszym bratem. Tak naprawdę nie miałem pewności, czy jest ode mnie młodszy. Ale nie zamierzałem mu tego odpuścić. Prawie go dogoniłem, kiedy w drzwiach do jadalni pojawiła się Rakel. Obaj musieliśmy gwałtownie hamować i cudem uniknęliśmy upadku.
— Widzę, że macie dzisiaj dużo energii, chłopcy — odezwała się kobieta. Na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech. — To dobrze, bo zaraz po obiedzie posprzątacie stajnie.
Odwróciła się i weszła do pomieszczenia. Spojrzeliśmy na siebie z Chimem, a ja uśmiechnąłem się łobuzersko.
— Myślisz, że twój nos to wytrzyma, braciszku? — powiedziałem kpiącym tonem, na tyle cicho, żeby Rakel mnie nie usłyszała.
— Ach, tak? Zapomniałem — odpowiedział Chim równie cicho, idąc w stronę pomieszczenia. — Przecież nasze książątko uwielbia zapach końskiej kupy.
Wyszczerzył do mnie swoje białe zęby, a ja odpowiedziałem mu tym samym.
— Po pięciu latach przebywania z tobą mój nos się uodpornił.
Obaj zatrzymaliśmy się i zmierzyliśmy wzrokiem. Adela stanęła między nami, położyła ręce na naszych ramionach.
— Chłopaki — powiedziała słodkim głosikiem, prowadząc nas w stronę stołu. — Lepiej sadzajcie tyłki na krzesłach, jeśli nie chcecie, żeby mama kazała wam coś jeszcze sprzątać.
Obaj, już w ciszy, usiedliśmy na swoich miejscach. Przy stole siedzieliśmy zgodnie z wiekiem. Miejsce przy prawym końcu stołu zajmowała Adela jako najstarsza z rodzeństwa. Obok niej siedziałem ja, potem Chim, a dalej bliźniaki Areesha i Marti. Ostatni, przy lewym brzegu stołu, siedział dziesięcioletni Ron.
Po drugiej stronie, naprzeciwko Rona, siedziała Rakel z mężem. Obok nich znajdowali się rodzice Darina. Sam chłopak siedział naprzeciwko mnie, a miejsce po jego lewej było puste.
Nie pamiętam, jak nazywali się rodzice Darina, bo oboje prawie się nie odzywali. Wiem, że jego matka była jakąś kuzynką Rakel, a ojciec kupcem, choć nie mam pojęcia, czym on handlował w tej głuszy. No, chyba że jajkami.
Posiłek minął nam przyjemnie. Skubałem nadziewanego królika, słuchając opowieści Rakel o sporze między piekarzem i miejscowym skrybą.
***
Po dniu pełnym sprzątania śmierdzących boksów w stajni i nudnej nauki geografii oraz matematyki spotkaliśmy się na starej wierzbie. Każdego wieczoru oglądaliśmy z niej zachód słońca. Ja, Adela, Chim i Darin. To był nasz rytuał — chwila spokoju przed końcem dnia.
Wierzba rosła obok drogi, na samym krańcu wsi. Rozciągał się z niej widok na bezkresne pola i łąki. Siedzieliśmy na naszej ulubionej gałęzi obserwując jak niebo powoli zmieniało kolory — od ciepłego pomarańczu po głęboki róż i fiolet. Gdzieś w oddali zawył samotny wilk.
— Więc jutro do miasta — mruknęła Adela.
— Aha — odpowiedziałem krótko, wpatrując się w horyzont.
Darin przewrócił oczami.
— Cóż za elokwencja.
Chim parsknął śmiechem.
— Nie przejmuj się, Dar. Nasze książątko pewnie już planuje, co kupi na targu.
— Może nową koronę? — rzuciła Adela z uśmiechem.
Nawet ja się roześmiałem. Wszyscy nie mogliśmy się doczekać nadchodzącego dnia. W tamtej chwili czułem ogarniający mnie spokój.
Lavalla
Świat zawsze pachniał ziemią. Wilgotną, ciężką ziemią, która w moim życiu była stała jak oddech. Z koszem pełnym ziół przemierzałam ścieżkę prowadzącą do chaty starej Loraine. Tym razem nauczycielką kazała mi zebrać miętę, dziurawiec i kilka innymi ziół. Powietrze było rześkie, a ja stąpałam ostrożnie między korzeniami drzew. Dzisiaj miałam nauczyć się, jak stworzyć miksturę na uspokojenie — coś, co mogłoby pomóc mojemu ojcu.
Kiedy doszłam do chaty Loraine, drzwi były uchylone. W środku palił się ogień, a zapach gotujących się ziół wypełniał powietrze. Był to dla mnie znak, że czas rozpocząć kolejną lekcję — i kolejną próbę zrozumienia, kim naprawdę jestem.
— No, przyszłaś w końcu — rzuciła zielarka, ledwie podnosząc wzrok znad stołu. Zanim zdążyłam zdjąć płaszcz, już zabierała mi koszyk. — Pokaż no, co tam pozbierałaś, dziecko.
Jej dłonie, poranione od pracy z nożem i ogniem, z wprawą wyciągały zioła jedno po drugim. Każdą roślinę oglądała pod światło, jakby chciała wydobyć z niej wszystkie sekrety.
— Hm… dobra mięta. Przyda się — powiedziała, odkładając gałązki na bok. Po chwili wzięła do ręki kolejne ziele i skrzywiła się. — A to? Zwiędłe, suche. Na co mi to? — wyrzuciła je przez otwarte okno, a ja aż wzdrygnęłam się, słysząc cichy plask o ziemię.
— Loraine, ja… — zaczęłam, ale przerwała mi machnięciem ręki.
— Ty? Ty musisz się nauczyć patrzeć, Lavallo. Jak chcesz leczyć, skoro nie widzisz, co zbierasz? — Jej ton był surowy, ale w spojrzeniu kryło się coś więcej. Troska. Może nawet cień dumy. — Ale nie martw się, dziecko. Jeszcze cię nauczę.
Przez pół dnia pokazywała mi, jak sporządzić wywar z ziela cytrynowego, lawendy, mięty, witówki i korzenia kozłka lekarskiego.
— Słyszałam ostatnio od Arii, że córka piekarza jest brzemienna. Była już cię odwiedzić? — zapytałam, powoli mieszając gotujący się napar.
— Dziewczyna jest uparta jak osioł. Nie zjawiła się ani razu, odkąd wytknęłam jej głupotę. — prychnęła. — Zastanawiam się co zrobi jak przyjdzie czas, abym odebrała poród. A Aria nie powinna tak wtykać nosa w nieswoje sprawy. W końcu ją ktoś w ten nos zdzieli i nawet Amber nic na to nie poradzi.
— Racja — przyznałam cicho się śmiejąc. Córka mówczyni nad wyraz lubiła plotkowanie. Wiedziała praktycznie o wszystkim co działo się w wiosce. A potok wcale nie był małą wsią. Rozmiarem mógł dorównywać miasteczkom, ale nie prowadził przez niego żaden istotny szlak handlowy.
— Myślisz, że jest już gotowe? — zapytałam krytycznie przyglądając się parującej cieczy.
Staruszka tylko zerknęła do kociołka i skinęła głową.
— Przelej napar do bukłaka — poleciła podając mi przedmiot. — Lepiej się pośpiesz, bo już późno.
— O nie, za chwilę spóźnię się na obiad — przestraszyłam się, patrząc na słońce za oknem.
Loraine poklepała mnie po ramieniu.
— Idź, dziewczyno, ja tu posprzątam — uśmiechnęła się ciepło. — Tylko jutro przynieś rumianek, bo trzeba zrobić napar na ból brzucha dla Eddy.
— Dobra, do jutra — powiedziałam, wychodząc.
— Przyjdź z Darsi — krzyknęła jeszcze za mną zielarka.
„No świetnie” — pomyślałam czując jak ściska mnie w żołądku. „Znowu ta żmija.”
Potrząsnęłam głową, odganiając nieprzyjemne myśli. Biegłam przez las tak szybko, jak mogłam, starając się nie przewrócić. Liście szeleściły pod moimi stopami, a gałęzie chłostały po ramionach. Loraine mieszkała na uboczu, a do domu miałam dobre dwadzieścia minut marszu. Jednak biegnąc, udało mi się skrócić ten czas do piętnastu.
Przed wejściem zerwałam kilka marchewek i cebul z ogródka, po czym sprawdziłam, gdzie jest tata. Na szczęście był zajęty naprawą płotu. Stał pochylony nad belką, stukając młotkiem z taką siłą, że aż echo niosło się po podwórzu. Odetchnęłam z ulgą, widząc, że nie zauważył, jak bardzo się spóźniłam.
W kuchni postawiłam warzywa na stole i szybko wzięłam się za gotowanie. Wrzuciłam pokrojone marchewki, cebulę i trochę ziemniaków do garnka z bulgoczącą wodą, a do tego dodałam kilka przypraw od Loraine. Pachniało prosto, ale domowo. Przypomniało mi się, jak mama gotowała podobne zupy, kiedy byłam dzieckiem.
Podczas gdy zupa się gotowała nalałam trochę mikstury uspokajającej do glinianego kubka i postawiłam go obok talerza na stole. Zawsze starałam się dorzucić coś od siebie, choć tata często podchodził do moich mikstur z rezerwą.
— Toto, zupa gotowa! — zawołałam przez okno, wycierając ręce w fartuch.
Mężczyzna pojawił się kilka minut później. Wszedł do kuchni, niosąc ze sobą zapach drewna i ziemi. Chciał od razu siadać do stołu, ale zatrzymał się, widząc moje spojrzenie.
— Ręce… — przypomniałam cicho.
Westchnął, spuścił wzrok na swoje dłonie, brudne od ziemi i żywicy. Pochylił się nad wiadrem z wodą stojącym w kącie i dokładnie je umył, po czym otarł wierzchem koszuli.
— Teraz lepiej? — zapytał z uśmiechem, choć w jego oczach wciąż był cień zmęczenia.
Skinęłam głową, podając mu talerz gorącej zupy. Zajął miejsce przy stole i podniósł łyżkę do ust.
— Bardzo smaczne, Lav — pochwalił mnie.
— Cieszę się, że ci smakuje — odpowiedziałam, podsuwając mu kubek z miksturą.
— A to co znowu? — zapytał, unosząc brew.
— Napar uspokajający.
Skrzywił się, biorąc kubek do ręki.
— Znowu jakieś ziółka…
— Nie narzekaj, tylko pij — rzuciłam, starając się ukryć uśmiech.
Tata wziął łyk, marszcząc brwi. Widać było, że nie podobał mu się gorzkawy smak naparu, ale nie powiedział nic więcej. Po kilku chwilach jego napięte ramiona nieco opadły, a wzrok złagodniał.
— Jak ci dziś poszło u Loraine? — zapytał, wracając do jedzenia zupy.
— Dobrze. Uczyłyśmy się robić wywar z kozłka i lawendy. Muszę jej jutro zanieść rumianek na napar dla Eddy — odpowiedziałam, nalewając sobie trochę zupy.
— Dobrze, że masz tę Loraine. Uczy cię rzeczy, które mogą się przydać. Ale pamiętaj… — zawahał się na moment, a jego głos przybrał surowszy ton. — Nie pozwól, żeby ktokolwiek zobaczył, co naprawdę potrafisz. Ludzie nie zrozumieją, Lav.
Poczułam znajomy ciężar na piersi. Wiedziałam, że mówił to z troski, ale każda jego przypominała mi, jak bardzo muszę się pilnować. W naszym świecie dar był jak piękny ptak zamknięty w klatce. Mogłam go podziwiać, ale nigdy nie pozwolić mu wzlecieć w pełni.
— Wiem, tato — powiedziałam cicho, spuszczając wzrok na swój talerz.
Przez chwilę w kuchni panowała cisza. W końcu tata odsunął krzesło i podszedł do wiadra, gdzie wylał resztkę naparu.
— Może i to „zielsko” nie smakuje najlepiej, ale działa. Czuję, że w końcu trochę odpocznę — powiedział z półuśmiechem, zanim wyszedł z kuchni, by dokończyć pracę przy płocie.
Zostałam sama. Gdy patrzyłam na parującą zupę na jego talerzu, poczułam nagłą pustkę. Czasami czułam, że oboje żyjemy w świecie, który nas nie rozumie — on, bo stracił miłość swojego życia, i ja, bo musiałam ukrywać najważniejszą część siebie.
Książę
Następnego ranka służąca obudziła mnie zaraz po wschodzie słońca. Cieszyłem się, że ruszamy do miasta, bo na wsi prawie każdy dzień wyglądał tak samo. Śniadanie zjedliśmy w piątkę, gdy reszta domowników jeszcze spała. Kucharka przygotowała nam też trochę jedzenia na drogę — dostałem dwie pajdy chleba i jabłko. Adela przez całe śniadanie gadała o sukniach i materiałach, które chciałaby zakupić na wielkim targu w mieście, oraz o sklepach, które na pewno musi odwiedzić. Przestałem jej słuchać już po pięciu minutach, a po pół godzinie poważnie zastanawiałem się nad tym, czy nie lepiej byłoby zostać w domu. Na szczęście Adeli chyba skończyły się sklepy do wymieniania, bo zamilkła w połowie drogi do stajni i dała mi się rozkoszować cudowną ciszą. Otaczający nas świat wydawał mi się w tamtej chwili piękny. Rześkie powietrze pachniało zwierzętami i sianem, a promienie porannego słońca ogrzewały mi plecy. Gdzieś w oddali słychać było śpiew ptaków.
W pewnym momencie poczułem na sobie uważny wzrok dziewczyny.
— Co się tak patrzysz?
— Mógłbyś choć raz założyć coś innego niż wypłowiałą koszulę i wąskie spodnie przetarte na kolanach.
Spojrzałem na swój strój zastanawiając się nad jej słowami. No niby miałem jakieś „ładne” ubrania, ale planowałem jechać konno, a podróż nie była na tyle krótka, żebym wytrzymał w tych fatałaszkach.
— Ubrałem się wygodnie — odparłem po chwili.
— Tak i wyglądasz jakbyś miał błagać o jałmużnę — odcięła się i wsiadła do powozu.
Mój koń czekał zaraz obok, już osiodłany. Zazwyczaj zajmowałem się tym sam, ale Mario gdzieś się spieszył. Wierzchowiec był gniady, z białą błyskawicą na chrapach, a nazywał się Świt. Uwielbiałem jeździć konno, a tego ogiera dostałem od Rakel dwa lata temu i od tego czasu zostaliśmy nierozłączni. Przywitałem go głaskaniem po chrapach i kostką cukru, którą przemyciłem z kuchni.
Wskoczyłem na siodło i poklepałem Świta po karku.
— To naprawdę dobry koń — odezwał się Mario, stając obok nas. — Mówiłem ci, że ma królewską krew.
— Chyba ze sto razy — roześmiałem się. — Pochodzi z królewskich stajni i należał wcześniej do księcia Ezry, a po jego śmierci królowa podarowała go Rakel, jako że są jakimiś tam dalekimi kuzynkami, a Rakel dała go mnie — powtórzyłem opowieść, którą słyszałem już wiele razy. Sam nie zwracałem na to zbytniej uwagi. Lubiłem Świta za jego charakter, a nie to, gdzie się urodził.
— Dokładnie tak — mruknął mężczyzna i wsiadł do powozu.
Chimin i Darin byli już w środku. Tylko ja jechałem konno.
Droga do miasta ciągnęła się niemiłosiernie. Świt co jakiś czas potrząsał głową, jakby chciał powiedzieć, że wolałby biec, niż dreptać w ślad za powozem. Popędzałem go więc do galopu, pozwalając sobie na kilka chwil wolności. Wiatr smagał mi twarz, a dźwięk kopyt odbijał się echem po pustej drodze. Po chwili zatrzymywałem się, rozprostowywałem nogi i czekałem, aż powóz nas dogoni. Świt parskał cicho, jakby chciał wyrazić zadowolenie z wycieczki.
Niewielkie laski i łąki wokół nas tętniły życiem. Mijaliśmy sarny z młodymi, pasące się w wysokiej trawie oraz wiewiórki skaczące z gracją po gałęziach drzew. Dostrzegłem nawet wilka w leśnej gęstwinie. Czasem jakieś ptaki zrywały się z trzepotem skrzydeł, gdy jechaliśmy zbyt blisko. Z każdą kolejną chwilą czułem, jak napięcie opuszcza moje ramiona — ta podróż, choć męcząca, dawała mi wytchnienie od monotonii wiejskiego życia.
Do przedmieść dotarliśmy w południe, gdy słońce stało wysoko na niebie, rozlewając swoje ciepło na wszystko wokół. Droga, którą jechaliśmy, z każdym krokiem stawała się coraz bardziej wydeptana, a z daleka widać było charakterystyczne mury miasta — wysokie, masywne, z licznymi wieżami obserwacyjnymi, które górowały nad okolicą. W bramach strażnicy kontrolowali wozy kupców i podróżnych, sprawdzając towary oraz dokumenty.
Zatrzymaliśmy się w karczmie niedaleko głównej bramy miasta. Nad wejściem wisiał drewniany szyld z wyrytym symbolem kufla z piwem i kłosów zboża.
Przed gospodą panował niewielki ruch. Kilka zaprzężonych w konie wozów stało na uboczu, ich woźnice siedzieli na ławkach, jedząc coś z prostych, metalowych misek. Paru mężczyzn grało w kości na rozłożonym na ziemi płótnie, a obok nich leżały kufle z ciemnym piwem. Na ganku, pochylony nad krzesłem, siedział staruszek, który ostrzył nóż na kamieniu, co jakiś czas spoglądając na nas spod przymrużonych powiek.
Mario, jak zwykle, nie zwlekał. Wszedł do środka, zostawiając nas na zewnątrz, by zająć się wykupieniem noclegu. Ja zaś poprowadziłem Świta za uzdę w stronę stajni. Drewniana szopa, przylegająca do karczmy, była znacznie skromniejsza niż oczekiwałem. Pachniało tam mieszanką owsa i końskiego potu.
Chłopiec stajenny, młodszy ode mnie, ale zręczny, wziął uzdy naszych koni i zaczął je wprowadzać do środka. Poklepałem Świta po karku, czując jego miękką, ciepłą sierść.
— Niczego im nie zabraknie, prawda? — zapytałem, na co chłopiec tylko pokiwał głową.
Wróciłem na dziedziniec. Adela siedziała na pieńku pod jednym z drzew, zajęta struganiem patyka. Jej skupienie przykuwało uwagę — czubek języka wystawał z ust, co zawsze zdradzało, że jest całkowicie pochłonięta swoim zajęciem. Darin i Chim stali kawałek dalej, śmiejąc się w towarzystwie dwóch młodych dziewczyn w krótkich, niebieskich spódniczkach, najwyraźniej służących.
Spojrzałem na nich z lekkim politowaniem, a potem wdrapałem się na najniższą gałąź pobliskiego drzewa. Miejsce było wygodne, a z tej perspektywy miałem dobry widok na całe podwórze. Wiatr poruszał liśćmi, a cienie tańczyły na ziemi.
W końcu drzwi karczmy otworzyły się z trzaskiem, a Mario wyszedł, spoglądając na nas z góry.
— No dobra, chodźcie tu, bo dwa razy nie będę powtarzał — powiedział, rzucając Chiminowi surowe spojrzenie, jakby chciał go ostrzec przed dalszym flirtowaniem.
Zeskoczyłem z gałęzi i stanąłem obok Ad, która z niechęcią odłożyła patyk. Chimin westchnął ciężko, po czym dołączył do nas z wyraźnym żalem, że przerwano mu rozmowę. Mario, jak zawsze, nie tracił czasu na zbędne słowa.
— Mam kilka spraw do załatwienia. Idźcie do miasta, ale pamiętajcie, nie rozdzielać się. Widzimy się wieczorem na kolacji. O zachodzie zamykają bramy — powiedział, po czym zniknął za rogiem karczmy, zostawiając nas samych.
Już miałem ruszyć w tę samą stronę, ale Darin złapał mnie za nadgarstek.
— Może najpierw zjemy obiad? — zaproponował.
Zorientowałem się, że rzeczywiście jestem głodny.
— Racja — przyznałem i odwróciłem się na pięcie, otwierając drzwi do gospody.
W środku panował półmrok, a powietrze było gęste. Wypatrzyłem idealny stolik — przy ścianie, naprzeciwko drzwi.
— Tam — wskazałem głową, a reszta poszła za mną. Usiadłem tak, żeby mieć widok na wejście — nawyk, którego nie potrafiłem się pozbyć.
Adela poszła zamówić jedzenie, a ja rozejrzałem się po izbie.
— Dlaczego to ona zawsze dostaje od mamy pieniądze? — zapytał Chim, opierając brodę na dłoni.
— Może dlatego, że jest najstarsza. — mruknął Darin, nie patrząc na niego.
— A skąd ta pewność, że nie jestem starszy? — oburzyłem się, odwracając do nich.
Chimin przyglądał mi się przez chwilę, marszcząc brwi.
— E, wyglądasz mi co najwyżej na piętnaście.
— Skąd niby to wnioskujesz? — zapytałem, unosząc brew.
— No, masz mocno zarysowaną szczękę, ale policzki trochę dziecinne. Jak u młodzika. — dodał z uśmiechem.
Prychnąłem.
— I kto to mówi? Sam masz twarz jak pucułowaty niemowlak.
Darin wybuchnął śmiechem, a Chim otworzył usta, gotowy do riposty, ale powstrzymała go Adela, która pojawiła się z miskami jedzenia.
— Nieśmiertelny gulasz za trzy brązowe. Smacznego. — powiedziała, stawiając przed nami posiłki.
Chimin wykrzywił twarz, patrząc na swoją porcję.
— A nie mają tu czegoś lepszego?
— Jedz co masz albo nie jedz wcale. — ucięła Ad. — Ale nie marudź, jak zgłodniejesz.
Po jedzeniu poszliśmy do miasta. Adela prowadziła nas od jednego straganu z materiałami do drugiego. Miałem wrażenie, że nigdy się to nie skończy. Słońce grzało mi kark, a zapach tłuszczu z ulicznych straganów zaczynał mnie męczyć. Kopaliśmy z Darinem szyszkę po bruku, próbując zabić nudę. W końcu Ad zatrzymała się przy jednym z kolorowych stoisk i uśmiechnęła triumfalnie.
— O, idealny. — powiedziała, unosząc rulon ciemnobrązowego materiału.
Westchnąłem, gdy zaczęła pakować go do torby.
— No i fajnie. — mruknąłem. — Czy teraz możemy pooglądać stragany z rzeczami… no, mniej dziewczyńskimi?
Adela uniosła brew i odpowiedziała wyniośle:
— Ależ oczywiście.
Przez następne godziny krążyliśmy między straganami. Każdy coś kupił. Adela miała swój materiał, Chim wyszukał piękny sztylet z grawerowaną rękojeścią, a Darin nabył niedźwiedzi kieł na rzemieniu. Tylko ja niczego nie znalazłem.
— Wszystko tu wygląda jak tania tandeta — powiedziałem do Adeli, gdy mijaliśmy stoisko z ozdobami.
— Robi się już późno. — zauważyła dziewczyna
W drodze powrotnej do bramy rozmawiałem z Darinem o jego planowanym wyjeździe do Resto, kiedy coś przykuło moją uwagę. Słowa zamarły mi na ustach. Zatrzymałem się gwałtownie, aż Darin spojrzał na mnie zdziwiony.
Leżał tam — dziennik. Niby zwyczajny, a jednak coś w nim przyciągało mój wzrok. Skórzana oprawa była pokryta drobnymi rysami, które zdradzały, że miał już swoją historię. Wytłoczony wzór bluszczu zdawał się niemal żyć, jakby listki poruszały się w świetle słońca. Przewiązany był cienkim rzemykiem. Przejechałem palcem po grzbiecie — skóra była chłodna i chropowata.
Staruszka, która sprzedawała dziennik, wyglądała, jakby należała do innego świata. Jej skóra była pomarszczona jak pergamin, a siwe włosy związane w niedbały kok. Gdy uniosła głowę, jej oczy — małe, czarne jak guziki — przeszyły mnie na wylot. Na szyi miała zawieszony prosty, srebrny amulet, który mienił się delikatnym światłem.
— Pięć brązowych. — zaskrzeczała ochrypłym głosem.
Zawahałem się. W mojej sakiewce były trzy srebrne, drobnych nie miałem. Wyciągnąłem jedną monetę i podałem ją kobiecie.
— Nie musi pani wydawać reszty. — powiedziałem, próbując zabrzmieć pewnie.
Staruszka uśmiechnęła się, ukazując szereg żółtych, nierównych zębów.
— To dziennik snów. — powiedziała, podając mi przedmiot. Jej głos był dziwnie melodyjny. — Widzę go w twojej przeszłości i przyszłości.
Jej słowa sprawiły, że przez chwilę stałem nieruchomo. Serce zabiło mi mocniej.
— Dziękuję. — powiedziałem, biorąc dziennik i ruszając za towarzyszami.
— Czy ty właśnie kupiłeś jakiś śmieć za srebrnika?! — Darin niemal krzyknął, gdy dogonił mnie na drodze do bramy.
— To nie żaden śmieć, tylko dziennik — odpowiedziałem spokojnie, choć w głębi czułem irytację.
— Dziennik?! — Chłopak uniósł ręce w geście frustracji. — Wiesz, co można kupić za srebrnika? Jedzenie na tydzień, nowe buty, albo… cokolwiek bardziej użytecznego niż to.
Westchnąłem i spojrzałem na niego z góry.
— Uspokój się. Przecież i tak nie mam na co wydać tych pieniędzy.
Darin zmarszczył brwi, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale w końcu tylko pokręcił głową.
— No, rób, jak chcesz. Ale jak kiedyś zabraknie ci na jedzenie, nie przychodź do mnie.
— Nawzajem.
***
Kilka następnych dni było zupełnie zwyczajnych. Wracając do domu, powróciłem do swoich obowiązków — przenoszenie worków z mąką, doglądanie koni, a wieczorem godziny spędzone na nauce pod czujnym okiem Rakel. Wszystko toczyło się swoim stałym rytmem. Jednak wieczory miały w sobie coś magicznego. Każdego dnia, gdy tylko słońce zaczynało opadać za horyzont, zbieraliśmy się w czwórkę przy starej wierzbie. Jej powyginane, sękate gałęzie zdawały się być świadkami wszystkich naszych rozmów, śmiechów i milczenia.
Było coś uspokajającego w obserwowaniu zachodów słońca. Ciepłe barwy rozlewające się po niebie, cichy śpiew ptaków wracających do gniazd. To były chwile, kiedy mogliśmy odetchnąć i zapomnieć o codzienności.
Jedyne, co się zmieniło, to moje sny. Jeszcze tej nocy w gospodzie przyśnił mi się sen. Było to coś niezwykłego, bo oprócz jednego wciąż powtarzającego się koszmaru, nigdy nic mi się nie śniło. Wszystkie swoje sny skrupulatnie zapisywałem w nowym dzienniku. Poza tym życie toczyło się spokojnie, aż do momentu, gdy Chim, siedząc na drzewie, zobaczył coś na horyzoncie.
— Hej! Ktoś tu jedzie! — zawołał.
Wszyscy natychmiast spojrzeliśmy w stronę drogi, gdzie w oddali, na tle lasu, majaczyła sylwetka jeźdźca.
Z dziennika snów
Leżałem na miękkiej trawie. Było ciepło a świat pachniał latem i sianem. Patrzyłem na jasno błękitne niebo, po którym leniwie płynęły białe chmury. Ktoś śpiewał piosenkę, ale nie słyszałem słów. Głos był miękki kobiecy a melodia spokojna. Wsłuchałem się w nią obserwując klucz ptaków lecących po niebie. Było ich trzynaście, czyli nieparzyście. Zastanowiłem się czy ten trzynasty nie jest smutny i chciałem o to zapytać mamę. Odwróciłem głowę w bok, ale zdążyłem zobaczyć tylko błysk zielonych oczu i czarne włosy lśniące w promieniach słońca. Obudziłem się.Rozdział 2
Przemierzałam ścieżki szybkim krokiem, kierując się w stronę ryneczku. Potok był chyba najdziwniejszą wioską w kraju. Mieszkańcy trzymali się swoich grup i otwarcie nie przepadali za innymi. Sama wioska również była podzielona na zakątki. Ja zmierzałam właśnie do zakątka Rębaczy, by zabrać Darsi na poranne lekcje.
Słońce jeszcze nie wzeszło. Drogę rozświetlał jedynie blask świec w oknach pobliskich domów. Przez dłuższy czas nie spotkałam nikogo. Dopiero gdy dotarłam do ryneczku — serca wsi — ciszę przerywaną pohukiwaniem sów zastąpił gwar ludzkich głosów. W Potoku każda pora była dobra na załatwianie spraw urzędowych czy robienie zakupów. Tłum gęstniał, a ja starałam się przedrzeć przez ludzi.
Nagle ktoś mnie zaczepił. Obróciłam się i od razu rozpoznałam Mirabel, starszą córkę mówczyni Amber. Dziewczyna miała na sobie prostą zieloną sukienkę, a na jej ustach widniał serdeczny uśmiech. Na ramieniu niosła wiklinowy koszyk z zakupami. Odwzajemniłam uśmiech i przywitałyśmy się krótkim uściskiem.
— Dawno cię nie widziałam, Lav — powiedziała ciepło.
— Ostatnio byłam bardzo zajęta — odparłam z lekkim zakłopotaniem. To była prawda. Rzadko odwiedzałam ich rodzinę, choć powinnam. Bardzo nam pomogli po… śmierci mojej mamy. — Ale niedługo na pewno was odwiedzę.
— Zawsze jesteś u nas mile widziana — zapewniła Mira.
— W takim razie do zobaczenia — odpowiedziałam, uśmiechając się.
Pożegnałyśmy się, a ja ruszyłam dalej, myśląc o tym, jak wiele zawdzięczam rodzinie Miry. Obiecałam sobie, że znajdę czas, by się im odwdzięczyć.
Gdy dotarłam do zakątka Rębaczy, słońce powoli wychylało się zza horyzontu. Cały świat mienił się odcieniami pomarańczu i czerwieni. Mężczyźni oraz nieliczne kobiety zmierzali w stronę lasu z siekierami w rękach. Ich sylwetki niknęły w porannej mgle. Przy studni dostrzegłam Darsi, która nabierała wodę.
— Loraine chce żebyś przyszła dzisiaj na lekcje — powiedziałam, podchodząc bliżej.
Dziewczyna uniosła głowę znad wiadra i spojrzała na mnie. W jej oczach dostrzegłam coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam — zmartwienie.
— Dobrze, że jesteś — odparła, odrzucając do tyłu czarny warkocz.
Zmarszczyłam brwi. Darsi nigdy wcześniej nie cieszyła się na mój widok. Zazwyczaj jedynie irytowała się, bo prawie wszystko robiłam lepiej od niej. Ta zmiana zachowania była… niepokojąca.
— Coś się stało? — zapytałam ostrożnie.
— Pamiętasz, jak tydzień temu Jon uderzył się siekierą w nogę?
Skinęłam głową. Obraz pogruchotanych kości Jona wciąż majaczył mi przed oczami. Loraine opatrzyła go wtedy i powiedziała, że jeśli nie wda się zakażenie, kość się zrośnie.
— Wdało się zakażenie? — domyśliłam się.
— Dwie godziny temu zaczął gorączkować. — odpowiedziała, chwytając wiadro z wodą. — Rana śmierdzi i wydziela dziwną maź, a skóra wokół obumiera.
— To rzeczywiście poważne. — przyznałam, ruszając z nią w stronę domu Jona. — Wysłałaś kogoś po Loraine?
Darsi spuściła wzrok, a na jej twarzy pojawił się cień zakłopotania.
— Nie pomyślałam o tym. — przyznała cicho.
Gdy weszłyśmy do domu, uderzył mnie ostry zapach gnijącego mięsa. Powietrze było ciężkie, niemal duszące. W głównej izbie na sienniku leżał Jonatan. Był otoczony przez swoją rodzinę, która tłoczyła się wokół niego, szeptając coś pod nosem. Atmosfera była pełna napięcia i bezradności.
Musiałam przejąć kontrolę.
— Wszyscy muszą wyjść. — powiedziałam stanowczo, patrząc na zebranych. Moje słowa wywołały pomruk niezadowolenia, ale nikt się nie sprzeciwił. — Marlo, ty zostajesz. — dodałam, wskazując na dwunastoletniego chłopca.
Marlo spojrzał na mnie wystraszonymi oczami, ale skinął głową.
— Wiesz, gdzie mieszka stara Loraine? — zapytałam.
Chłopiec energicznie skinął głową.
— Biegnij do niej najszybciej, jak potrafisz i sprowadź ją tutaj. To ważne.
Marlo nie odpowiedział, tylko od razu wybiegł z domu. Wyjrzałam za drzwi, by upewnić się, że ruszył w dobrą stronę, a potem zwróciłam się do Darsi.
— Otwórz wszystkie okiennice.
Dziewczyna zacisnęła pięści, wyraźnie niezadowolona, że wydaję jej rozkazy. Przez chwilę myślałam, że odmówi, ale w końcu ruszyła do okien, otwierając je jedno po drugim. Odetchnęłam z ulgą. To naprawdę nie był dobry czas na nasze sprzeczki.
Podchodząc bliżej do Jona, poczułam narastające mdłości. Pot spływał po jego rozpalonej skórze, a noga wyglądała okropnie — z otwartej rany wylewała się ropa, skóra wokół niej była ciemna, niemal czarna.
Z trudem przełknęłam ślinę i uklękłam obok siennika. Ostrożnie położyłam dłoń na czole mężczyzny. Jego skóra była gorąca i śliska od potu. Przymknęłam oczy, próbując opanować własny oddech. W głowie kołatała mi jedna myśl:
„Loraine, pośpiesz się. Nie wiem, czy sobie poradzę”.
Książę
Jeździec pojawił się na tle pomarańczowego słońca. Pierwszy zauważył go Chimin.
— Ej, tam ktoś jedzie. — chłopak wskazał na drogę w oddali.
— Rzeczywiście. — przyznałem, dostrzegając zbliżającą się sylwetkę na koniu. Mężczyzna, zdecydowanie, choć szczegóły jeszcze były niewyraźne. Do naszej wioski rzadko ktoś przyjeżdżał — zazwyczaj cała karawana kupiecka, nigdy samotny podróżnik.
— Lepiej chodźmy powiedzieć tacie. — odezwała się Adela, zeskakując z gałęzi drzewa, na którym wszyscy siedzieliśmy.
Pozostali poszli w jej ślady, ale ja zostałem na swoim miejscu, wpatrując się w jeźdźca.
— Idziesz, Książę? — zapytał Chimin, już stojąc na ziemi.
— Nie. Zostanę i dowiem się, kim on jest. — odparłem, nie odrywając wzroku od drogi.
Chimin wzruszył ramionami i poszedł razem z Adelą i Darinem w stronę domu. Znowu spojrzałem na jeźdźca, który teraz był znacznie bliżej. Jechał galopem — pewny siebie, dobry jeździec. Zwolnił do stępa tuż przed wioską, poklepując swojego konia po karku.
Uśmiechnąłem się pod nosem i przeszedłem na drugą stronę drzewa, siadając na gałęzi znajdującej się dokładnie nad drogą.
— Ładny dosiad w galopie — powiedziałem, kiedy mężczyzna znalazł się na tyle blisko, by mnie usłyszeć.
Zatrzymał konia, podniósł głowę i spojrzał na mnie, zmrużywszy oczy. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Miał około dwudziestu lat. Kasztanowe loki opadały na czoło, a jego ubrania były luźne, pokryte pyłem drogi. Spojrzałem na jego konia — młody, dobrze odżywiony siwek, z przewieszoną przez juki lutnią.
— Kim jesteś? — zapytałem, zeskakując z drzewa tuż przed jego koniem.
— Minstrelem — odpowiedział spokojnie. — Nazywam się Mallas i jestem nowym królewskim minstrelem Jego Wysokości, króla Ariana. Mam wiadomość do przekazania, wielmożnej pani Rakel.
To miało sens. Nikt inny nie odważyłby się podróżować samotnie, a królewskiego minstrela przecież nie obrabują.
— No dobrze, — powiedziałem ostrożnie. — zaprowadzę cię do niej.
Mężczyzna skinął głową i zsiadł z konia.
— Jak masz na imię, młodzieńcze? — zapytał, gdy prowadziłem go w stronę domu.
— Mówią na mnie Książę — odpowiedziałem.
— Młody Książę, nietypowe imię.
— To nie jest moje imię. Nie pamiętam go. — odparłem bez emocji.
Minstrel uśmiechnął się pokrzepiająco.
— Rozumiem. Miło cię poznać, mów mi Mal.
Kiedy dotarliśmy do domu, zaprosiłem go do małego saloniku obok wejścia.
— Zaczekasz tutaj chwilę? — zapytałem. — Odprowadzę twojego konia do stajni.
Mal skinął głową.
— Oczywiście. Dziękuję.
Wróciłem po chwili, upewniwszy się, że koń jest bezpieczny. Zastałem Mala siedzącego przy kominku, wpatrzonego w ogień.
— Mal, możemy iść. — powiedziałem.
Mężczyzna wstał, otrzepał spodnie i ruszył za mną.
W głównym saloniku czekała już cała rodzina. Rakel powitała Mala serdecznie i zaprosiła go do środka. Zasiadł w fotelu, a ja stanąłem obok, starając się nie okazywać niezadowolenia, że nikt nie zrobił dla mnie miejsca na kanapie.
Minstrel przekazał wiadomość — oficjalne zaproszenie na bal w pałacu królewskim z okazji piętnastych urodzin księcia Emmeta. Atmosfera w saloniku była napięta. W końcu Rakel westchnęła.
— Dziękujemy za wiadomość, Mal. Czy coś jeszcze chciałbyś nam powiedzieć?
Minstrel skinął głową.
— Jutro chciałbym ogłosić mieszkańcom wsi, że podczas balu odbędzie się także wielki jarmark.
— Oczywiście. Może być w południe. — zgodziła się Rakel z uprzejmym uśmiechem.
Odprowadziłem minstrela do pokoju gościnnego. Życzyłem mu dobrej nocy i wróciłem do siebie. Długo leżałem na łóżku wpatrując się w sufit. Niebo już całkiem pociemniało, a przez otwarte okiennice wpadało mroźne powietrze. Obróciłem głowę, aby w świetle dogasającego ognia dostrzec dziennik snów. Miałem przeczucie, że odkąd go kupiłem coś się we mnie zmieniło. Nie czułem już tej obezwładniającej bezsilności, która wcześniej towarzyszyła mi każdego dnia.
***
Przed południem, ja, Chim i Darin zaprowadziliśmy Mala na plac po środku wsi. Znajdował się na skrzyżowaniu dwóch głównych ulic, a wokół rozstawiono kilka straganów, głównie z żywnością. Wieści na wsi roznoszą się szybko — zanim dotarliśmy, na placu zgromadził się już tłumek. Darin zajął się końmi, przywiązując je pod gospodą, a ja ruszyłem w stronę podwyższenia na środku placu.
Stał tam słup z dzwonem, używanym do wzywania mieszkańców. Wszedłem na podwyższenie i pociągnąłem za sznurek — raz, drugi, trzeci. Głośne dzwonienie rozniosło się echem po wąskich uliczkach. Ukłoniłem się zebranym, po czym zszedłem na dół. Tłum gęstniał z każdą chwilą. Gdy zauważyłem piekarza i krawcową, uznałem, że można zaczynać.
— Teraz możesz wejść i przemówić do ludzi — powiedziałem cicho do Mala. Minstrel wszedł na podwyższenie, przedstawił się i zaczął mówić coś o festynie z okazji piętnastych urodzin księcia Emmeta.
Nie słuchałem. W głowie kołatała mi jedna myśl — jeśli minstrel odwiedza wszystkie większe miasta i wsie, może warto pojechać z nim? Może zobaczę coś znajomego, co przypomni mi przeszłość? Przecież i tak jedziemy do stolicy na bal.
Pomysł wydawał się coraz lepszy. Darin i tak musiał dotrzeć do Resto, więc mógłby mi towarzyszyć. Postanowiłem poruszyć ten temat przy obiedzie. I tak też zrobiłem.
— Chcę pojechać z Malem — oznajmiłem, przerywając jedzenie zupy.
Rakel aż upuściła łyżkę.
— Jak to? — zapytała z niedowierzaniem.
Przedstawiłem wszystkie argumenty, jakie udało mi się wymyślić. Mal poparł mnie, zauważając, że stopniowe przypominanie sobie przeszłości będzie dla mnie lepsze niż nagły szok. Spojrzałem na niego zdezorientowany, ale minstrel tylko się do mnie uśmiechnął. Rakel długo się zastanawiała, gryząc dolną wargę. W końcu spojrzała pytająco na męża. Mario skinął głową.
Czułem, jak emocje rozsadzają mnie od środka, gdy czekałem na jej decyzję.
— Dobrze, możesz jechać — powiedziała w końcu
Z dziennika snów
Znajdowałem się w jakiejś bardzo dużej sali. Na marmurowej posadzce odbijały się promienie słońca wpadające do pomieszczenia przez liczne przeszklone okna. Rozejrzałem się szukając wzrokiem dobrej kryjówki. Wybrałem jeden z filarów podtrzymujący sufit. Oparłem się o niego plecami i czekałem. Nie bałem się. Czułem wiele emocji, ale nie strach. Raczej pewnego rodzaju narastające z każdą chwilą podniecenie. Dosyć długo stałem za tym słupem. Nie wiem, ile minęło czasu zanim usłyszałem głęboki męski głos.
— Tu się schowałeś.
Ktoś złapał mnie pod pachy i podniósł tak, jak gdybym nic nie ważył. Zaśmiałem się. Nie wiem czemu chyba po prostu mi się podobało. Coś połaskotało mnie w czoło. Podniosłem głowę i zobaczyłem roześmiane szaro niebieskie oczy. Patrzyłem w nie chyba całą wieczność zanim się obudziłem.Rozdział 3
To, co działo się później, było zbyt straszne, bym mogła to szczegółowo opisać. Jednak tamte obrazy wciąż powracają, czasem we śnie, czasem w ciszy nocy. Pamiętam zapach krwi i potu, ciężki odór rozkładu, który wypełniał izbę. Świece dogasały, rzucając długie, niepokojące cienie na ściany. Powietrze zdawało się gęste, jakby nawet ono sprzysięgło się przeciwko nam.
Presja, która mnie zżerała, była niczym żarzący się węgiel, wypalający wszystko od środka. Jon leżał nieruchomo, jego twarz pokrywał blady pot. Oddech, coraz płytszy i urywany, przypominał ostatni szept umierającego człowieka. Wiedziałam, że z każdą chwilą jest coraz gorzej.
— Co mamy robić? — szeptała Darsi, choć w jej głosie słychać było histerię. Jej ręce drżały, gdy wrzucała kolejne zioła do miski z wodą. — Dlaczego to nie działa? Dlaczego nic nie działa?!