Książę z Jemenu - ebook
Kiedy się czuje pociąg fizyczny, nieczystą namiętność fizycznych kształtów, to nie jest miłość. Miłość jest pożądaniem czyjejś duszy. Tak swego czasu definiował miłość Stanisław Dygat. I właśnie od takiej miłości, opartej na fascynacji wyłącznie fizycznością, ucieka Karol. Tym sposobem trafia z niewielkiej miejscowości na Pomorzu na Dworzec Centralny w stolicy. Pragnie pooddychać wolnością w wielkim mieście. Jednak w miejscu, gdzie chciał chłonąć życie, pierwsze, co go dopada, to fascynacja Tahirem – osiemnastoletnim Jemeńczykiem, który nieoczekiwanie oferuje pomoc w poznawaniu Warszawy. Szybko się okazuje, że to tylko pretekst. Od tej chwili w życiu nastoletnich gejów następuje wielkie przyspieszenie. Zaczyna się miłosno-erotyczny „rollercoaster”, do którego obaj z entuzjazmem wskakują. Czy z takim samym entuzjazmem z tej przejażdżki wysiądą, z gotowością do ruszenia przez życie, wciąż trzymając się za ręce? Chcąc się o tym przekonać, zanurz się w tej opowieści, pełnej zwrotów akcji i walki bohaterów z brutalnością realiów. Bo to też historia o tym, że w kraju nad Wisłą bycie jawnym homoseksualistą wciąż obarczone jest sporym ryzykiem. A to dopiero początek…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8290-819-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pokłóciłem się z ojcem. Albo, żeby brzmiało korzystniej dla mnie, raczej on ze mną. W zasadzie o byle co, choć gdybym miał w szczegółach o tym opowiedzieć – na przykład przed sądem albo na policji lub kumplowi przy piwie – to nie wiedziałbym, z jakiego powodu. Według niego zapewne bez powodu. Najlepiej więc powiem, że to on zaczął. Właściwie tak. Jak zwykle zresztą. Zaczyna, czepiając się o pierdoły. Najczęściej o gówno, jak mam w zwyczaju powtarzać sobie, trochę na zasadzie ukojenia rozklekotanego sumienia i łatwo rozstrajających się nerwów. Bo wiem w głębi siebie, że nie zawsze on jest winien. Bywa, że mnie wnerwi i draka gotowa. A ojciec nigdy nie należał do wyrozumiałych albo umiejących ustąpić, choć o chadzaniu na kompromisy lubi rozprawiać w tonie pouczania całymi kwadransami. Odkąd pamiętam, wciąż mu się wydaje, że zawsze musi być tak, jak on chce. Chciałby wszystko urządzać po swojemu. I w ogóle uważa, odkąd sięgam pamięcią, że życie urządzone jest chujowo – to jego częste określenie, czym wkurza matkę – i gdyby to od niego zależało, wszyscy chodziliby jak miniaturowe trybiki w szwajcarskich zegarkach albo mikroprocesory w systemach elektronicznych najnowszej generacji i nikomu nie przyszłoby do głowy łamanie prawa i tak dalej. Potrafi się w tych swoich tyradach na temat bałaganu egzystencjalnego świata wznosić na niewiarygodne wyżyny emocjonalne. Staje się wręcz teatralny. Gdyby mógł i potrafił, to pewnie i na zarządzanie poczynaniami sztucznej inteligencji by się porwał. Najczęściej wtedy, gdy nadmiernie się rozwijał w kreśleniu wizji świata według niego, wkraczała matka z tym swoim, też mnie wnerwiającym: a weźże ty już, stary trepie, przestań w kółko powtarzać to samo, bo któregoś dnia stanie się według słowa twego i wtedy ty będziesz pierwszą ofiarą swego ładu. Po czym zaczyna się kłótnia, ja się dyskretnie zazwyczaj ulatniam. Oni się okładają niewybrednymi słowami. Ja spokojnie zalegam na swoim wyrze, w swoim pokoju, ze słuchawkami na uszach i tonę w chaosie dźwięków The Dead Weather, podniecając się niesamowitym, wręcz zmysłowym, głosem Alison Mosshart. Kiedy mija mi faza na The Dead Weather, przerzucam się na krajowe nowości, jakieś Podsiadły, Bryskie, Nosowskie, a nawet Annę Wyszkoni i Wariata Piotra Zioły, byle tylko nie krajowy hip-hop, który jakoś nigdy mnie nie kręcił. Poza dźwiękami i tekstami Paktofoniki przez chwilę, ale to jedynie przez obejrzenie filmu o nich. Starego, ale jakby skrojonego na te czasy. Tu trzymam się równie starej maksymy babci, że muzyka to musi mieć melodię, a taki hip-hop – kilka razy słyszałem to od niej, starej nauczycielki polskiego w jakimś liceum – to tylko melorecytacja, w dodatku czegoś, co poezję udaje, choć za takową chce uchodzić na serio. Więc bardziej jej się to z niby śpiewnie recytowanymi – mniej lub bardziej udanie – reportażami kojarzy. Kumplom, oczywiście, tego nie powtarzałem, jej poglądami się nie chwaliłem, bo z mety miałbym przesrane. Bo hip-hop, zwłaszcza taki z przekleństwami, trzeba lubić, trzeba słuchać, chwalić – nawet, gdy to całkiem nie w twoich klimatach jest albo zwyczajnie pod każdym względem do dupy – broń boże krytykować, bo zaraz cię odklejonym nazwą albo po prostu głupim fiutem. W skrajnych przypadkach można nawet dorobić się lima pod okiem, rozciętej wargi, złamanego nosa, więc najlepiej po krytyce Zeusa, Tede czy Zbuku zasłonić głowę rękami i zdać się na: co ma być, to i będzie. Bywa jednak, że słucham tych tekstów, ale przede wszystkim wtedy, gdy na dobre chcę się zdołować bądź zrządzeniem losu jestem w towarzystwie kumpli. Zdarza mi się jednak słuchać dobrego rapu amerykańskiego. Wtedy jednak nie wszystko chwytam z treści, bo częstokroć ciut szybko zapodają.
Wieczorem, kiedy matka z ojcem siedzieli przed telewizorami – każde w swoim pokoju – po wykłóceniu się, postanawiam wyjść ze strefy spokoju. Okazało się, że za wcześnie. Gdy tylko zapaliłem światło w kuchni, zjawił się ojciec. Już z lekka wstawiony. To znak, że zdążył po kłótni z matką – z mojego powodu, rzecz jasna, albo z przyzwyczajenia, jak to podobno w starych małżeństwach się zdarza – wypić swoje standardowe trzy piwa, a więc jest w bojowym nastroju i znowu zacznie się czepiać. Nie pomyliłem się. Wchodzi. Sapie, że niby taki sterany życiem, a na dokładkę w chacie też mu kłody pod stopy rzucają, usiłuje zwrócić moją uwagę na siebie. Udaję, że mam to w nosie. Nie pozostaje mu nic innego, jak przełamać się i zacząć słowny pojedynek ze zbuntowanym nastolatkiem, jak lubi mnie określać podczas spotkań rodzinnych. Myli się. Daleko mi do zbuntowania. Bo niby przeciwko czemu miałbym się buntować, skoro mam wszystko, czego mi akurat do szczęścia potrzeba. I myślę przy okazji, że to źle. Czasami czuję z tego powodu coś w rodzaju przesytu. A jedyne, czego mi ostatnio brakuje, to czułości i bliskości czyjegoś ciała. Ale tego jemu, ojcu – matce tym bardziej – nie wygarnę w formie pretensji, bo, nie daj boże, zapragnęliby jeszcze i takie moje pragnienie spełnić.
– Ciekaw byłem – zaczął trudnym do określenia tonem, bo ani to ugodowo, ani zaczepnie – kiedy wreszcie wypełzniesz ze swej jaskini.
– No i się doczekałeś – odpowiedziałem w miarę grzecznie, myszkując za czymś do żarcia w lodówce.
– W takim razie możemy dokończyć zaczętą po obiedzie rozmowę. – Stawał się coraz bardziej zdecydowany.
– Mnie to jest do niczego niepotrzebne – odburknąłem. – Jestem głodny, zamierzam się najeść i tylko to się w tej chwili liczy.
– A potem?
– Zalec na łóżku i słuchać muzyki.
– Chociaż sensownej jakiejś?
– Mojej, ale to nie na twoje uszy i głowę.
Miałem pełną świadomość, że taka odpowiedź ocierała się o szczyty prowokacji, może szczeniactwa, i dla ojca musiała brzmieć co najmniej niepoważnie. Nie pomyliłem się, ale też nie zamierzałem naginać swego ego do jego oczekiwań. Z kolei jego oczekiwania, jego ego, w moim odczuciu, po wielokroć przekraczało rozmiary mojego i jakoś niezrozumiale dla niego z moim się rozmijało.
– Ale ja, jako ojciec, czuję niedosyt – ciągnął, po czym solidnie mu się odbiło, pewnie po nadmiarze wypitego piwa.
– Ja na razie też, ale z głodu raczej – starałem się być ironiczny, chociaż jeszcze przed wyjściem z pokoju obiecywałem sobie, że będę dla niego w razie czego partnerem w rozmowie. Że też za każdym razem muszę to sknocić. Nic, pomyślałem, stało się. Póki co, staram się nadrobić zwarzoną atmosferę wymuszonym uśmiechem.
– Zawsze młody nie będziesz. – Wkroczył na obraną tuż po obiedzie ścieżkę i już nie mam wątpliwości, w jakim kierunku będzie zmierzała rozmowa z ojcem.
– Wiem – odpowiedziałem, klecąc sobie byle jaką kanapkę z byle czym, co upolowałem w lodówce straszącej tak zwanym zdrowym żarciem – ale na razie mam dziewiętnaście lat i dopiero co odebrałem wyniki matury.
– No i o tym musimy poważnie porozmawiać – wypalił i z tego zachwytu nad sobą, aż zatarł ręce.
– O mojej maturze? Tato, czego ty chcesz od tych wyników?! – Nie wiem czemu, ale coraz bardziej się wkurzałem i nic tu nie pomagało samoupominanie, tak mozolnie w ostatnich miesiącach trenowane w ramach indywidualnych treningów panowania nad emocjami w gabinecie zaprzyjaźnionej z mamą psycholożki, którą niemal podczas każdej sesji posyłałem w myślach w kosmos, czasem do diabła i w chuj, bo była całkiem odjechanym babsztylem, któremu psycholog przydałby się bardziej niż mnie, a chwilami wręcz pobyt na oddziale dla wariatów byłby w sam raz. – Mam jeden z najlepszych wyników w klasie, a ty się cały czas czepiasz, jak przysłowiowy rzep w super bucie.
– No i o ten bardzo dobry wynik mi się rozchodzi najbardziej – uczepił się w entuzjastycznym wciąż tonie. – Poza tym nie cały czas się czepiam, synku, tylko od wczoraj.
Tym synkiem na moment podniósł mi ciśnienie, prawie wkurwił. Zawsze z takimi czułostkami wyskakiwał, kiedy chciał mnie zmiękczyć. Jednak miał rację co do czasu. Od wczoraj. Ale mu jej nie przyznam. Dopiero wczoraj odebrałem wyniki matury, bo dopiero wczoraj je ogłosili. Nawet nie miałem kiedy się upić ze szczęścia, spotkać w tym celu z klasą, bo wszyscy gnali do domów, by w mniejszym bądź większym stopniu przeżywać szczęście z rodzicami. No, może nie wszyscy, bo niektórym się nie udało. To znaczy oblali. I nie pomogła nawet abolicja ogłoszona przez ministra. Chociaż mnie to akurat oburzyło, bo dlaczego, dyskutowaliśmy z kumplami, my mogliśmy zakuwać i zdać, a taki palant jeden z drugim – nie myślę o niezdolnych, którzy na starcie mogli sobie darować szkołę średnią – spija wygraną ze strumienia głupoty jakiegoś ministra, któremu akurat w kampanii wyborczej mogą być potrzebne głosy obdarowanych takim zgniłym prezentem jak abolicja maturalna. Jednak moje myśli rozedrgane musiały czym prędzej wracać na torowisko wyznaczone przez oczekiwania ojczulka. Stał przy mnie i miałem wrażenie, że robił to celowo, byle bym mu przypadkiem nie zwiał, nie wykręcił się pod byle pretekstem.
– No dobra, tato, wczoraj. Niech ci będzie. – Wpatrywał się we mnie, jak jem, aż z tego wszystkiego miałem wrażenie, że normalnie wypomina mi, że jem za jego kasę. – Ale czemu mi się tak przyglądasz? Jeść nie można? Jak ci to przeszkadza, to powiedz. Chyba że żałujesz mi jedzenia?
– Nie wywijaj kota ogonem.
– To o co ci chodzi?
– O studia.
– Już o tym rozmawialiśmy. – Usiłowałem być stanowczy, z góry jednak przewidując, że mogę polec z ojcem w bitwie na argumenty.
– Nie, synku – wkurzało mnie od lat takie zwracanie się do mnie i miałem za każdym razem wrażenie, że robił to celowo, bo przecież kilkakrotnie mówiłem mu, mamie zresztą też, że sobie nie życzę – to ty lakonicznie obwieściłeś, niezupełnie trzeźwym będąc, co też za bardzo mi się nie spodobało, mamie tym bardziej, że nie zamierzasz iść na studia.
– Bo nie zamierzam. – Znowu byłem lakoniczny, przy tym celowo stanowczy, co wyraźnie podniosło w ojcu poziom impulsywności, aczkolwiek nie zamierzałem do tego doprowadzić, tym bardziej łagodzić jego poziomu widocznego wkurwiernia.
– Ale my z mamą….
– To sobie planujcie – wszedłem ostro w zaczętą przez staruszka wypowiedź – bo jak się domyślam, zaplanowaliście mi życie rok po roku i krok po kroku aż do śmierci.
– Niczego ci nie planujemy – zarzekał się – ale usiłujemy z mamą uzmysłowić ci, jak cenny jest czas, że nie warto go tracić na zastanawianie się, tym bardziej na głupstwa czy nic nierobienie.
– Ale ja niczego nie chcę tracić – wciąż się broniłem, z wiarą, że skutecznie. – Chcę po prostu pójść do pracy, nauczyć się jakiegoś zawodu….
– Synu – przerwał mi gwałtownie, usiłując jednocześnie ująć moją dłoń w swoją, lecz w porę się ocknął, pewnie pomny, że nie znosiłem od dziecka takich rodzicielskich czułości wyrażanych w gestach i zdrobnieniach, a z racji wieku zupełnie wyrosłem z takiej potrzeby. – A jakiego ty chcesz się zawodu nauczyć? Przecież skończyłeś tylko ogólniak.
– I to też jest wasza wina – odwarknąłem. – A w zasadzie twoja.
– Jesteś niesprawiedliwy.
– Kto mnie do tej cholernej szkoły namawiał? Sam się, według ciebie, do niej pakowałem? Nie, to ty cały czas powtarzałeś: synu – przedrzeźniałem go – musisz koniecznie do tego liceum, bo renomowane, najlepsze w mieście, ba, w województwie, najlepszy profil matematyczny, a potem do oficerskiej, najlepiej lotnictwo albo wojska rakietowe. I też przy okazji o prestiżu bycia trepem nawijałeś.
Po tych moich słowach sprawiał wrażenie wybitego z poczucia pewności siebie. Lecz nie całkiem. Czułem, bo dobrze znałem ojczulka, że kombinował w tej swojej siwiejącej łepetynie, jakby mnie tu podejść z innej strony. Tak, by po kilku argumentach w swoim stylu mógł obwieścić matce przed snem: mamy go, udało mi się wbić do jego mózgu trochę zdrowego rozsądku. Póki co podejrzanie spokojnie wpatrywał się we mnie. W to, jak kończyłem kolację, prawie dławiąc się tym jedzeniem ze zdenerwowania, bo z tego wszystkiego zapomniałem o zrobieniu sobie herbaty, chociaż do kolacji, do kanapek, lubię też inkę z mlekiem albo po prostu szklankę soku pomarańczowego. Udawałem, że nie dostrzegam tych jego spojrzeń, lecz nie musiałem długo się zastanawiać, a w zasadzie w ogóle nie miałem na to czasu, bo ojciec postanowił obwieścić kolejne ze swych cudownych – w jego odczuciu – rozwiązań mnie dotyczących.
– Czyli nadal obstajesz przy swoim, że studia nie, a praca i tylko praca? – zapytał w miarę spokojnie, co jak na niego było sporym wyczynem, bowiem musiał solidnie się spiąć, by utrzymać nerwy w cuglach. Wiem to, bo to w końcu mój ojciec, którego wprawdzie sobie nie wybierałem, ideałem też nie jest i nigdy nie był, ale po prostu jest i basta, jak mawia moja babcia, stara polonistka i matka mojej matki. Czasami, w przypływie ckliwości ze strony mojej mamy, mamusią nazywanej.
Domyślam się, w końcu do tego nie trzeba nadzwyczajnych zdolności filozoficznych, że to gloryfikowanie babci bierze się u mamy z czasów mojego dzieciństwa. Gdy byłem mały, a ona chciała pracować, to babcia się mną zajmowała. Podobno nawet lewe zwolnienia lekarskie brała, byle tylko swoją wielką miłością – jak przez lata o mnie mawiała – móc się opiekować. Przede wszystkim podczas wakacji i różnych przerw w trakcie roku szkolnego.
– Pod tym względem nic się nie zmieniło względem tego, co powiedziałem kilka minut temu – grałem stanowczego i nieugiętego, co ojciec skwitował kilkakrotnym skinieniem głową, dla mnie to wyglądało na wstęp do jego kapitulacji.
– Wobec tego mam plan B.
– Czyli?
– Właściwie to był pomysł mamy – zaczął nieśmiało, czym mnie w pewnym sensie rozczulał, bo zwykle w rozmowach wychodził z niego twardziel. Przynajmniej na takiego lubił pozować.
– Możesz iść z tym na skróty? – pospieszałem go, bo rzeczywiście zamierzałem wracać do siebie, do swojej nory, zdzwonić się z Maksem i umówić nazajutrz na mieście, choćby na piwo albo nie wiadomo na co jeszcze.
– Wiesz, że mamy pieniądze – rzucił znienacka, tym samym mną rzuciło prawie na ścianę, ale z totalnego zaskoczenia.
– Co to ma do rzeczy?!
Przez chwilę nie wiedziałem, jak się zachować. Kontynuować z nim tę absurdem zalatującą rozmowę, czy udać wkurzonego, żeby nie powiedzieć wkurwionego i porządnie opierdolić. Na szczęście zdrowy rozsądek i resztki szacunku dla tatusia jeszcze mnie nie opuściły, więc zachowałem spokój.
– Posłuchaj mnie – podjął się tłumaczenia czegoś, do czego już z góry byłem nastawiony negatywnie. – Mamy z mamą taki plan na ciebie. Tylko się nie denerwuj – uspokajał, pewnie z obawy na wypadek mojej standardowej reakcji. – Właściwie to jej pomysł i tak naprawdę to ona powinna ci o tym jakoś tak klarownie, po swojemu, po matczynemu, powiedzieć. Ale skoro ma te swoje filmy czy co tam – patrzyłem, słuchałem i podziwiałem, jak się męczył, jak wykręcał sobie palce, pocierał kark, słowem straszliwie się denerwował, jakby miał wykonać pierwszy w życiu skok ze spadochronem – to cały ciężar przekazania tego spadł najwidoczniej na mnie.
– Tatuś – starałem się wejść w jego zagmatwaną gadkę z misją uspokojenia i uporządkowania tego, co chciał powiedzieć, czy co mama kazała mu powiedzieć, bo to raczej ona była architektem tego wciąż mi obcego projektu rodzinnego – spokojnie. Skup się, wywal to z siebie i zamknijmy temat. Okay?
Kilkakrotnie przytaknął głową, coś tam pomrukując pod nosem, pewnie tytułem samouspokojenia.
– No więc, sprawa wyglądać ma tak. Skoro tak bardzo upierasz się, że nie chcesz iść na studia, to wpadliśmy z mamą na taki genialny pomysł – znowu się nakręcał, a mnie ogarniał niepokój, bo niczego dobrego sobie po tym nie wróżyłem – że wynajmiemy ci na rok mieszkanie w jakimś wielkim mieście, najlepiej Warszawie.
Stałem, gdy to mówił, ale z wrażenia, czy aby się nie przesłyszałem – albo raczej, żeby nie runąć na podłogę – czym prędzej usiadłem.
– To bez sensu!
– Nie, synu, to ma sens.
– Jaki?
– Taki, że przez ten rok po prostu byś się rozejrzał, przemyślał sobie kilka spraw, z wielkim światem się zaznajomił, pochodził na siłownię, pobiegał, tężyznę fizyczną byś sobie wyrobił, no wiesz, a wtedy….
Domyślałem się, co zamierzał powiedzieć, ale w ostatniej chwili, byłem tego pewien, przestraszył się i ugryzł w język. Strach przed moim wybuchem powstrzymał go przed dokończeniem myśli. Według mnie, na pewno durnej, bo związanej z resortem przemocy.
– Dokończ – ponaglałem, aczkolwiek w pierwszym odruchu zamierzałem sam za niego dopowiedzieć.
– Tylko się nie wkurzaj – asekurował się cwany ojczulek – ale pomyślałem, to znaczy z mamą pomyśleliśmy, że przez ten rok może twoja opcja patrzenia na przyszłość uległaby jakiejś metamorfozie?
– Czyli poszedłbym, skruszony waszą dobrotliwością, w twoje ślady i wstąpił do szkoły oficerskiej. To mi chciałeś koniec końców zakomunikować?
– Lepiej nie mogłeś tego ująć.
– Tato – tłumaczyłem w miarę stanowczo – to nie ma sensu. Równie dobrze mogę nie studiować, pracować tutaj i cały czas się zastanawiać nad przyszłością.
Nigdy wcześniej nie widziałem go tak niepewnego jak w tym momencie. Prawdopodobnie spodziewał się wybuchu wściekłości z mojej strony, ale nie miał pojęcia, że tylko mnie wewnętrznie rozbawił tą propozycją. W jednej chwili odechciało mi się kontynuować ten temat.
– Mam inną propozycję, tato – postanowiłem rzec cokolwiek na odczepnego, byle tylko zakończyć rozmowę, którą uważałem za nieracjonalną, po prostu głupią, ale nie miałem odwagi wypalić mu tego prosto w oczy. – Prześpię się z tym tematem i jak sobie to wszystko w głowie poukładam, to wrócimy do tego. Może tak być?
Pytałem z duszą na ramieniu, bo po ojcu wszystkiego się mogłem spodziewać. Niejednokrotnie pokazywał w domu złożoność swej natury, przechodząc nagle i nieoczekiwanie ze stanu śniętej ryby w eksplodującego furią byka, rozjuszonego przez pikadorów na arenie.
– Zgoda.
Po usłyszeniu tego, w co jeszcze kilka sekund wcześniej nie wierzyłem, w każdym razie wątpiłem, czym prędzej udałem się do swojego pokoju. Wrzuciłem słuchawki na uszy i ponownie zagłębiłem się w dzikości rytmów jednej z moich ulubionych kapel rockowych, starych i nieco zapomnianych The Wolfgang Press, a zaraz po nich, pozostając w germańskich klimatach, X-Mall Deutschland. Aż ukołysali mnie do snu.
Gdy nieoczekiwanie obudziłem się w środku nocy, żeby pójść przy okazji do łazienki i wysikać się do umywalki, naszło mnie, że pomysł ojca nie jest wcale taki od czapy. Byłoby to dla mnie jakieś antidotum na Kasię, która ubzdurała sobie jakiś czas temu miłość do mnie – to znaczy, wiedziałem jaką i o co ogólnie chodziło – więc w związku z tym zaczęła wszystkim opowiadać o świetlanej wspólnej przyszłości ze mną pod pantoflem. Jak to do mnie dotarło, postanowiłem się z nią rozmówić. Wyjaśnić, że jednorazowe wspólne pójście do kina na jakąś kiczowatą komedię romantyczną nie oznacza jeszcze chodzenia z finałem w łóżku czy na ślubnym kobiercu. Nie słuchała. Im bardziej zadręczała mnie SMS-ami, telefonami, zaczepkami podczas przerw, tym mocniej puchła we mnie chęć powiedzenia jej prawdy o sobie. Byłem już blisko, gdy tuż przed maturami gruchnęła po szkolnych korytarzach wieść, że Kaśka zażyła jakieś piguły i wylądowała na detoksie. Co wnikliwsi obserwatorzy – bardziej obserwatorki, bo głównie dziewczyny kręcił temat wywołany przez Kasię – z miejsca dorobiły do tego teorię, że to przeze mnie, moje odrzucenie jej uczuć. Nie pomogły tłumaczenia, że do niczego między nami nie doszło, nic między nami nie było poza kumplowaniem się, tym bardziej niczego nie obiecywałem. Moim niby koleżankom wystarczyło, że Kasia powiedziała, co powiedziała, choć tak naprawdę nie dowiedziałem się, co im powiedziała. Mogłem się jedynie domyślać. Poza tym te podejrzenia potwierdzał Maks, który na różne sposoby próbował, jak twierdził, chronić mnie przed jej natarczywością. Najgorsze jednak było to, że w podobny sposób o relacjach między Kasią a mną myślała jej matka, która na ulicy, przed szkołą, otwarcie mi to wygarnęła. Konkretnie zarzucając, że jestem bez serca i duszy, że najpierw obiecuję dziewczynie złote góry, a potem odzieram z godności na oczach klasy i całego świata, więc ona, jako matka, zastanawia się, czy nie zgłosić tego do prokuratury. Nawet się nieźle przestraszyłem. Dodała jeszcze, że jeśli Kasia nie zda matury, to też będzie moja wina. Na szczęście zdała. Byle jak, ale zdała. Bez abolicyjnego wsparcia. Niestety, co pewien czas w sieci i w telefonach czuję zaczepki Kasi. I za każdym razem odpowiadam jedno: do miłości nikogo zmuszać nie wolno, no i się nie da, więc odpuść.