-
nowość
-
promocja
Księga cieni. Księga nocy. Tom 2 - ebook
Księga cieni. Księga nocy. Tom 2 - ebook
Wyczekiwany sequel oszałamiającego debiutu dla dorosłych autorstwa Holly Black, bestsellerowej autorki #1 New York Timesa.
Noc zrodzona jest z cieni — a cienie mają zęby.
Charlie Hall była pewna, że udało jej się przechytrzyć przywódców Kabały. Wydawało się, że zgoda na zostanie hierofantką i ryzykowanie życia podczas polowań na niebezpieczne, zbiegłe cienie to niewielka cena za uratowanie ukochanego Vince’a.
Ale Vince nie jest już mężczyzną, którego kochała. Proces związania wymazał wszystkie jego wspomnienia z ostatniego roku, pozostawiając po sobie jedynie Reda — bezwzględny cień, który przez lata był zabójcą w służbie okrutnego, kapryśnego miliardera. Red nie pamięta Charlie. I jej nie znosi. Charlie zostaje zmuszona do pracy dla najbardziej manipulatorskiego członka Kabały. Od tej pory musi radzić sobie sama.
Nie jest śledczą – tylko złodziejką, która tym razem gra w nie swojej lidze. Ma odnaleźć struposza, stojącego za brutalną masakrą w kościele. Co gorsza – jej własny cień zaczyna snuć plany zdrady przeciwko niej samej.
Charlie, bezbronna, zrozpaczona i pozbawiona magicznej przewagi, ma ostatnią szansę, by ocalić siebie. Ale cena za to może być najwyższa – bezpieczeństwo jedynego człowieka, którego straty nie potrafiłaby znieść.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368592498 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Gdy robiło się późno, w domu zapadała cisza. Już nikt nie palił cygar w bibliotece. Nikt nie wrzeszczał w piwnicy.
Noc za nocą cień przenikał przez ściany rezydencji Salta. Opuszczał sypialnię i pogrążonego we śnie Remy’ego, którego zęby zgrzytały niczym trące o siebie kamienie młyńskie. Mijał pokój Adeliny; dziewczyna wciskała twarz w poduszkę, aby utulić się do snu.
Rozsiadał się na kamiennym patio, próbował poczuć chłód. Powtarzał sobie, co wie.
Najdłuższą rzeką na świecie jest Nil. Największą rzeką na świecie jest Amazonka. Dwa razy dwa równa się cztery. Nieskończoność minus jeden to wciąż nieskończoność.
Potem mógł pójść do salonu i poprzerzucać stronice komiksów Remy’ego. Opowieści to dobre schronienie, ale nie potrafił przestać szukać w nich siebie. Zabawa w chowanego. Czy był Batmanem? Jokerem? Jak miał na imię?
Nie był w każdym razie Remym. Remy wciąż spał.
Red. Czerwony.
„Czerwony jak krew”.
To fragment z _Królewny Śnieżki_. Ktoś czytał mu wtedy bajki.
Prawie ją pamiętał – siwe włosy, czarno-białą szachownicę na oprawkach okularów – ale nie dostał wszystkich składników układanki.
Nie, nie był Remym. Był cieniem Remy’ego. Potworem Remy’ego. Patchworkowym obiektem zespolonym za pomocą śliny, ścięgien i złości.
Spędzał tak noc za nocą, aż któregoś wieczoru wszedł do biblioteki i tam znalazł dziewczynkę leżącą w kałuży własnych wymiocin. Nie było jeszcze późno, głosy wciąż rozlegały się w piwnicy, a w powietrzu unosił się dym cygar.
_Nie patrz_ – powiedział do niej.
Jednak w gruncie rzeczy chyba chciał, żeby się odwróciła.1
HIEROFANTKA
Większość opuszczonych budynków przędzalni w Easthampton została już stopniowo wskrzeszona przez deweloperów. Z ich wyschniętych łupin powyrastały mieszkania i biura, przestrzenie dla szkół cyrkowych, hydroponicznych czy piwnych ogródków, magazynów z webkomiksowym merchem, aptek zielarskich i salonów rzemieślniczych z cementowymi blatami. Jednak kilka ruder wciąż jeszcze ocalało – ceglane szkielety górowały nad drzewami i rzeką, o mrocznych wnętrzach pełnych zardzewiałych gwoździ oraz wszelkiego rodzaju odpadów.
Nie były to miejsca, które Charlie Hall z własnej woli wybrałaby na poszukiwania niebezpiecznej zmory; szczególnie że akurat była uzbrojona jedynie w nóż, latarkę i mnóstwo pretensji do całego świata.
Była kłamczuchą, oszustką. Nie wojowniczką. Jednak skoro Charlie zdołała przekonać kogo trzeba, że jest prawdziwą hierofantką, oczekiwano od niej, że będzie skutecznie znajdywać, a następnie likwidować nieuwiązane cienie – no i pojawiły się doniesienia, że jeden z nich grasuje w pobliżu budynków przędzalni. Cienie osiągają samoświadomość tylko wtedy, gdy pozwoli im na to umbromanta, z którym są związane. I tylko cienie obdarzone niezależną świadomością mogą przetrwać śmierć swojego umbromanty. No i te, którym się to udało, stawały się wcielonym rozkładem, pełnym energii śmierci, moczu i octu. Najczęściej oznaczało to, że zabijały ludzi, piły krew i przyczyniały się do powstawania niepochlebnych opinii o magii cieni.
Polowanie na nie było naprawdę gównianym zajęciem. Jedyną sprzyjająca okolicznością, jaką dostrzegała Charlie, był lśniący wysoko na nocnym niebie okrągły i jasny księżyc, którego poświata sączyła się przez brudne szyby tych strasznych pomieszczeń.
Oczywiście znaczyło to, że wszędzie tam są cienie.
A przypuszczalnie przynajmniej jeden z nich jest żywy i głodny.
Słyszała własny oddech, a poza tym jedynymi odgłosami w pokoju było miarowe kapanie przy oknie i jej własne kroki. Nagle coś na podłodze przykuło jej uwagę; skierowała na to smugę światła latarki. Kości, małe i kruche.
Cofnęła się gwałtownie. Martwy szczur, poznała po kształcie szczęki i pozostałych skrawkach szarego futerka.
Cóż, martwe szczury. Kopnęła stertę śmieci czubkiem buta, odkryła więcej kości. Dużo więcej kości.
Instynktownie zbliżyła się do otwartego okna i światła księżyca. Kropla kapnęła z sufitu na rękaw jej płaszcza. Kolejna, ciemna i oleista, trafiła ją w dłoń. Jeszcze przez chwilę nie pojmowała, lecz już się domyślała – to nie był wyciekający olej czy skropliny z jakiejś starożytnej klimatyzacji.
To była krew.
Światło latarki rozbłysło na ścianach, gdy jej plecy uderzyły o ceglaną krawędź pustego okna. Była sztywna ze strachu.
Wydostać się stąd, natychmiast. Wyjść i powiedzieć kabalarzom, że przeszukała cały budynek, ale nic nie znalazła. Jej prawdziwą supermocą było łgarstwo, a więc po prostu wystarczy skłamać.
Ale kto powstrzyma struposza, jeśli nie ty, Charlie Hall?
Odetchnęła głęboko; zmusiła się do pójścia w stronę schodów, sprawdzając uprzednio stopą każdą deskę. Zerknęła w dół na swój cień, wątłą nić ciemności, która wiązała ją z zarazą jeszcze bardziej przerażającą niż ta, na którą polowała. Red.
Nie Red – powiedziała sobie. Vince. Vince, który ją kochał. Vince, który ją okłamał. Vince, który z pozoru był zwykłym chłopakiem – miał swoje sekrety, wiadomo, ale to przecież normalna sprawa, każdy skrywa jakieś paskudztwo… No ale nie żeby od razu być cieniem jakiegoś obcego trupa, utrzymującym się przy życiu wyłącznie dzięki magii krwi, co nie?
Vince, który już nie pamiętał okresu, gdy byli ze sobą.
Vince, którego zapewne mogłaby przywołać dzięki łączącej ich więzi, ale podejrzewała, że nie udałoby się jej go nakłonić do czegokolwiek, zresztą nawet nie zamierzała próbować.
Obiecała mu przecież, że nie będzie narzędziem w jej rękach, nie będzie się nim wysługiwać jak Salt. Vince jednak jej nie wierzył. Aby to udowodnić, dał jasno do zrozumienia, że nie zamierza jej w niczym pomagać, chyba że go do tego zmusi.
Co oznaczało, że znów była zdana tylko na siebie. Jak zwykle: Charlie Hall, gotowa na złość wszystkim poderżnąć sobie gardło.
Na zaufanie trzeba zasłużyć. Tak samo jak na bogactwo, miłość, życzliwość i przyjaźń. A jeśli w większości przypadków nie było to uczucie zdobyte uczciwie, cóż, tym lepiej.
_Przecież jestem urodzoną oszustką_ – pomyślała. – _Trzeba tylko znaleźć odpowiedni punkt zaczepienia i sprawić, by jej zaufał, zanim odkryje, jak wykorzystać swoją ogromną władzę przeciwko niej._
Z tą nieprzyjemną myślą w głowie ścisnęła mocniej kamienny nóż i zamiast w panice wybiec z budynku, zmusiła się, by wejść po schodach.
Na kolejnym piętrze było tak samo parszywie jak w dole. Po drodze minęła jakieś szafki, na których zalegała tak gruba warstwa brudu i kurzu, że nie dało się rozpoznać koloru pod spodem. Przed sobą zobaczyła wygięte deski podłogi, wzdłuż jednej ściany pojawiła się spora szczelina.
Podeszła ostrożnie. Spodziewała się, że coś przez nią będzie widać, ale ujrzała tylko ciemność.
Za to w następnym pomieszczeniu zobaczyła mężczyznę w brudnym płaszczu, leżącego na jeszcze brudniejszym śpiworze, na którym dostrzegła wyraźne ciemne plamy krwi. Pochyliła się, światło latarki nie zrobiło na leżącym wrażenia. Jego klatka piersiowa nie unosiła się ani nie opadała. Nie oddychał.
Nieboszczyk miał na sobie kamuflażową kurtkę i brudne buty robocze. Obok jego stóp leżała torba na zakupy, w której znajdowało się sześć puszek piwa Schlitz i niedojedzona kanapka. Z pewnością włamał się do budynku, licząc na w miarę spokojną noc i odkrył, że ktoś już tam na niego czekał.
Wyraźna woń rozlanego piwa nieprzyjemnie mieszała się z zapachem sklepu mięsnego. Nie wyczuła jednak odoru padliny. Przeciwnie, krew nie zdążyła nawet zakrzepnąć. Śmierć nastąpiła tak niedawno, że pewnie to Charlie przerwała struposzowi posiłek.
Musiał być gdzieś w pobliżu. Być może nadal w tym samym pomieszczeniu.
– Vince? – zawołała cicho, ale nie otrzymała odpowiedzi.
Czuła cienką nić, która ich łączyła, ale nic więcej.
Za nią coś zaszurało, więc gwałtownym ruchem odwróciła się, wyciągając jednocześnie obsydianowy sztylet.
Blask latarki wyłowił z mroku szczura, którego oczy zabłysły w świetle. Wyglądał na nie mniej zaskoczonego niż Charlie.
– Powinieneś stąd wiać – poradziła mu, bo doskonale pamiętała stosy szczurzych kości piętro niżej.
Gryzoń wąchał powietrze, nadal ją obserwując. Jego wąsy drgały.
– Wiem. Ja też powinnam się stąd wynosić – dodała. – Ale ja mam to do siebie, że zazwyczaj podejmuję błędne decyzje.
Szczur wydał z siebie zaskoczone piśnięcie, po czym pobiegł w głąb labiryntu gruzu.
Charlie ledwo zdążyła się odwrócić, nim struposz ją ogarnął, zanurzając w atramentowej ciemności.
Całe jej ciało zesztywniało, gdy stwór próbował wcisnąć się do jej gardła. Wgryźć się w jej klatkę piersiową. Zakrztusiła się, przed natychmiastowym uduszeniem przez zmorę chroniły ją jedynie onyksowe korale na szyi oraz ramionach.
Dźgnęła nożem po omacku, nie siląc się na żadne techniczne subtelności. Szczęśliwie ostrze trafiło w coś twardego. Nie mając pojęcia, czy naprawdę zraniła tę istotę, pchnęła ponownie, jak osaczone zwierzę, które walczy jedynie dlatego, że ucieczka nie wchodzi w grę.
Struposz odpłynął, a następnie na poły się zmaterializował tuż przed nią, widoczny tylko jako jeszcze głębsza ciemność, dziura wyrwana z tkanki świata. Jego usta, niczym postrzępiona rana, otworzyły się szeroko, a potem jeszcze szerzej.
Trzeba było zabrać ze sobą znacznie więcej onyksu.
Trzeba było posłuchać wszystkich, którzy mówili jej, że jest głupia i że źle skończy.
Niepotrzebnie złożyła Redowi tę obietnicę.
Charlie się odwróciła, zaczęła biec. Wcześniej miała do czynienia z małymi struposzami, po prostu bez porównania z tym, pełnym świeżej krwi i surowej mocy. Nie miała pojęcia, jak miałaby w ciemnościach pokonać takiego potwora powstałego z mroku.
Zrobiła tylko kilka kroków, nim zmora spadła na jej plecy. Charlie zachwiała się pod niewiarygodnym ciężarem, gdy szpony cienia wbiły się w jej ramię.
Przewróciła się na bok, próbowała walnąć potworem o ścianę i w ten sposób się go pozbyć. Tymczasem cień rozproszył się tak szybko, że jedyne, co udało jej się zdziałać, to z całej siły uderzyć własnym ramieniem w cegły.
Struposz przybrał teraz postać zbyt wysokiego, chudego mężczyzny blokującego jej drogę, upiorne palce sięgnęły w jej stronę.
Skoczyła w bok, ledwo unikając jego chwytu. Z trudem łapała oddech. Tył gardła miała suchy jak papier ścierny.
Cień znów rzucił się na nią, więc Charlie dała nura pod jego ramieniem, aby mu wbić onyksowy sztylet w brzuch. Odskoczyła. Struposz drgnął, chyba próbował ponownie zmienić formę, ale tkwiące w nim onyksowe ostrze utrzymywało go w stanie stałym, uniemożliwiając przemianę.
Charlie dyszała ciężko, cofnęła się znowu; brakowało jej powietrza i skończyły jej się pomysły.
_Red_ – przywołała go myślą, chociaż nie była pewna, czy w ogóle ją usłyszy. – _Pomóż mi! Nie zmuszam cię, tylko proszę._
Stwór kroczył w jej stronę, sterczący z jego boku onyksowy sztylet prawie mu w tym nie przeszkadzał.
Charlie nie miała już więcej onyksowych ostrzy. Rzuciła latarkę, strumień światła przemknął jak szalony po podłodze. Chwyciła najeżoną drzazgami deskę.
Cień niemal już znowu ją dopadł, kiedy wprawiła w ruch kółko zapalniczki. Stare, spróchniałe i w dodatku nasączone jakąś smołą drewno zajęło się natychmiast.
Na widok ognia struposz stanął jak wryty.
Płomienie pełzały w dół po desce, zmierzały w stronę dłoni Charlie. Substancja, którą nasączone było to drewno, paliła się błyskawicznie, aż nazbyt prędko. Charlie poczuła żar tuż przy palcach i jednocześnie parzący ból.
Wrzasnęła desperacko i cisnęła deską w struposza.
Potwór z cienia buchnął płomieniem niczym gigantyczna pochodnia pośród ciemności. Wydał z siebie nieludzki wrzask, który zabrzmiał trochę jak skrzeczenie sowy, choć przypominał też krzyk niemowlęcia. Płomienie liznęły sufit, a w następnej chwili wszystko zgasło: od oślepiającego blasku po nieprzenikniony mrok.
Bolały ją palce. Charlie odruchowo wsadziła je do ust, ruszyła przed siebie. Kątem oka dostrzegła plamy oleistej substancji, ciemniejszej niż wypalone deski. Tylko tyle pozostało z cienia.
A potem zjawił się inny cień, wpadł przez okno, bezgłośny jak kot. Charlie krzyknęła.
Ale to był tylko Red.
Tylko. Red.
Chciała nazywać go w myśli Vince’em, ale nie była w stanie.
Wysoki, barczysty, o kasztanowych włosach i oczach niczym dymiące kratery.
_Nieźle sobie poradziłaś_ – słowa odbiły się echem w jej umyśle.
– Cóż, nie tobie to zawdzięczam – odezwała się na głos. Nie chciała, żeby się zorientował, jak jest roztrzęsiona. Jednak po prostu musiała oprzeć się dłońmi o uda i odetchnąć głębiej, a potem jeszcze kilka razy.
– Przybyłem, kiedy mnie zawołałaś. Jeśli mnie potrzebowałaś, trzeba było wołać wcześniej. – Czuła szeptanie jego uczuć, tak wyraźne, intensywne; sączyły się niczym krwią przez niewidzialną nić. – Możesz sprawić, że zrobię, co zechcesz, Charlie.
Popiół żarzył się jeszcze u jej stóp, palce piekły od ognia. Charlie schyliła się, podniosła nóż. Jego ostrzem zeskrobała nieco czarnej substancji, za pomocą której udowodni Kabale, że wypełniła zadanie.
– Nie spieszyłeś się.
Patrzył tylko na nią tymi przerażającymi oczami.
Charlie wetknęła dłonie w kieszenie, ruszyła do wyjścia z budynku, gdzie czekał na nią mały biały van, którym się ostatnio poruszała. Starała się nie zwracać uwagi na obolałe ramię, poparzone palce i pulsujący ból głowy. No i na to, że Red idzie za nią. Próbowała sobie wmówić, że wszystko się udało. Że jest prawdziwą hierofantką, w końcu przecież rozprawiła się z niebezpiecznym struposzem i przybliżyła o krok do spłaty długu wobec członków Kabały.
Odjechała trzy bloki dalej, nim Red ją dogonił. Teraz jego oczy wyglądały bardziej po ludzku, nie dymiły, nie zapadały się. Przypomniała sobie zwłoki tamtego włóczęgi, którego krew jeszcze nie zastygła, może nawet wciąż była ciepła.
Mogła się tylko domyślać, ile krwi teraz w nim zostało.2
ZACIŚNIĘTE ZĘBY
Rozparła się wygodnie w fotelu kierowcy, poczuła pod kurtką bluzkę klejącą się od wilgoci. Krew, jej własna, tam, gdzie szpony cienia rozorały plecy. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że krwawi, ból był zamaskowany dotąd przypływem adrenaliny. Zarazem nieco zelżało to mrożące uczucie odrealnienia.
Zacisnęła palce na kierownicy. Zacisnęła zęby. Wolałaby teraz być sama. Dlaczego Red jest zawsze obok w każdej chwili jej słabości?
Chciałaby móc być sama przynajmniej we własnym łóżku, nie musieć się obawiać, że odgadnie wszystkie jej najskrytsze uczucia, o ile nie coś więcej.
Przez całe życie Charlie ukrywała się i wychodziło jej to całkiem sprawnie. O ileż łatwiej było grać twardzielkę, kiedy nie było nikogo, kto by cię widział, jak leżysz przez cały dzień w łóżku i nie masz nawet tyle energii, żeby wziąć prysznic. Niech wszyscy sobie myślą, że nie przyszłaś do roboty, bo ostro zabalowałaś. Nikt nie musi wiedzieć, że po prostu nie byłaś w stanie zwlec się z wyra.
O ileż łatwiej pozwolić sobie na atak histerycznego szlochu, kiedy nikt nie widzi, nawet jeśli nie wchodzi w grę obecność kogoś równie przerażającego jak struposz. Jej własny cień się nie liczył, choć chyba zawsze jej towarzyszył. Nie poświęcała mu dużo uwagi, bo i po co? Teraz odstąpiła go Posey, a sama nie była w stanie myśleć o nikim innym niż Red.
– Pokaż mi ramię – zaproponował głosem gęstym jak dym.
Kiedyś bardzo się starała, żeby uchodzić za normalną, miłą osobę i robiła to głównie dla Vince’a. Ukrywała przed nim to, co w niej najgorsze. Z powodzeniem. Jednak przed Redem nic się nie dało ukryć.
Niezdarnie ściągnęła kurtkę, pochyliła się, oparła czoło o kierownicę między dłońmi. Coraz wyraźniej czuła mięśnie obolałe od uderzenia o ceglaną ścianę.
Palce Reda dotknęły delikatnie jej skóry, kiedy unosił jej bluzkę.
– Paskudna rana – stwierdził, czuła ciepło jego dłoni. – Chyba powinno się ją zszyć.
Akurat, jechać o tej porze do szpitala i tłumaczyć się, kto ją tak potężnie podrapał.
– Żadnych szwów.
Zajrzy po drodze do apteki, kupi maść z antybiotykiem i jakieś plastry opatrunkowe czy coś w tym rodzaju. Powinno wystarczyć.
– Chyba to tak samo odpowiednia chwila jak każda inna, żeby… No, wiesz.
– Żeby się napić twojej krwi? – Usłyszała jego miękki i głęboki głos. – Nic pilnego.
Może to i lepiej, że podczas tej wymiany zdań siedziała do Reda tyłem i nie widziała jego twarzy.
Karmienie nie wydawało się jej nawet takie dziwne, dopóki chodziło o własny cień, chociaż jednak niezwykłe. Miała wrażenie, jakby jakąś tajemniczą trzecią piersią dzieliła się pokarmem z niemowlęciem, chociaż może bardziej czuła się czarownicą doświadczającą diabolicznej więzi ze swoim szatańskim chowańcem.
Jednak kiedy chodziło o Reda, raczej należałoby to porównać do zabawy z tygrysem: daj mu polizać krwawiące skaleczenie i licz na to, że za bardzo tego nie polubi.
Wiedziała jednak, że trzeba karmić cień, bo to umacnia ich więź. Chodziło nie tyle o krew, co o utrwalenie i wzmocnienie połączenia. Należało przy tym mieć na uwadze, że im silniej byli ze sobą związani, paradoksalnie tym większa stawała się jego autonomia.
– Nie krępuj się – odpowiedziała, siląc się na obojętność. – Chyba że już się nasyciłeś i nie dasz rady.
Rzucił jej spojrzenie, którego nie potrafiła odczytać.
Potem poczuła jego język na krawędzi rozciętej skóry. Bolało tylko trochę, ale całe jej ciało przeszedł dreszcz. Pożądanie dało o sobie znać nagle, niczym wyładowanie z kondensatora.
Potem przycisnął usta do jej skóry i nagle wszystkie zmysły, cały świat skupił się w tym jednym miejscu, na jego ustach i języku, który palił jak strumień gorącej pary. Wzdrygnęła się wewnętrznie na to odczucie, znów zacisnęła szczęki.
Kiedy się cofnął, poczuła zawrót głowy. Przez długi czas nie otwierała oczu, próbowała uporządkować myśli. Początkowo miała nadzieję, że to pozwoli jej zapomnieć o bólu, teraz jednak z całej siły koncentrowała się na bólu głowy, byle tylko odwrócić uwagę od dojmującego doznania, które się pojawiło między jej udami.
Jechać. Najpierw do apteki, potem do domu.
Pieprzyć… to.
– Jeśli już skończyłeś… – odezwała się. Czuła, że drży i miała nadzieję, że to od chłodu.
– Mogę zaczerpnąć tylko tyle, na ile mi pozwolisz – przypomniał jej, jego głos znowu brzmiał obojętnie.
Z pewnością nienawidził tego uwiązania do niej. A może po prostu nienawidził jej i już? Nie pamiętał, czemu się zgodziła pracować dla członków Kabały. Charlie nie mogła oczekiwać, że jej uwierzy, chociaż ona się z nim związała wyłącznie po to, by go uchronić od znacznie gorszego losu. Pamiętał tylko Salta, Remy’ego i krew, i nic więcej.
Dla niego Charlie Hall była obcą osobą, od której nie mógł się uwolnić; która miała nad nim władzę i mogła go zmusić do dowolnych potworności. Normalne, że tak uważał. Rzecz w tym, że Charlie nie miała pojęcia, co z tym zrobić.
Przekręciła kluczyk w stacyjce, silnik zamruczał i obudził się do życia. To był van Vince’a, w którym kiedyś woził detergenty i plastikowe worki oraz pozostałe utensylia potrzebne mu do niezwykłego zajęcia, jakim było czyszczenie scen zbrodni. Pamiętała, jak przyciskał ją do drzwi po stronie kierowcy, wsuwał dłonie pod bluzkę, jej nos znajdował się w zagłębieniu jego szyi…
Charlie próbowała się skupić na czymkolwiek innym, najlepiej na drodze prowadzącej do najbliższego Walgreens. Weszła do środka, nie zwracając uwagi na zaniepokojenie spojrzenie siedzącego za kasą chłopaka o włosach opadających na czoło. Wrzuciła do koszyka jakieś plastry, gazy, antyseptyczne opatrunki, butelkę z wodą utlenioną, superklej i kilka paczek czarnych twizzlersów o smaku lukrecji.
Do świąt zostało już zaledwie kilka tygodni, więc na półkach piętrzyły się miniaturowe sztuczne choinki, pluszowe renifery i niezliczone paczki podarunkowe zawierające najrozmaitsze dobra: od pikantnych przypraw, miętowego płynu do kąpieli, po tanie perfumy – wszystko to z myślą o zdesperowanych klientach w ostatniej chwili poszukujących jakiegokolwiek prezentu. Rząd telewizorów zgodnie informował o tak zwanej masakrze w Hatfield, od dobrych dwudziestu czterech godzin media nie zajmowały się niczym innym. Charlie wolałaby tego nie słyszeć, bo zwłoki znaleziono akurat w tym kościele, w którym jej matka poślubiła swojego drugiego męża. Charlie razem z siostrą stały wtedy wystrojone w bocznej nawie, zaciskały w spoconych rączkach bukieciki zawinięte w koronkę. Oczywiście nie zawędrowały do piwnicy, gdzie tak naprawdę doszło do morderstwa, ale i tak nie było to przyjemne wrażenie. Ponure wiadomości powtarzane w tle sprawiły, że przeznaczone do postawienia przed domem krasnoludowate mikołaje wyglądały jeszcze upiornej. Elfy w spoglądały na nią sennie z półek. Drogę zastąpił jej świecący bałwan.
Charlie nie miała ochoty na kolejne rodzinne spotkania. Wystarczyło, że w Święto Dziękczynienia poszło tak fatalnie. Matka oczywiście wypytywała ją o Vince’a i wszystko inne – to znaczy o wszystko, co było w gazetach. O Remy’ego, o Salta.
– Skoro taki był bogaty, trzeba było zażądać odszkodowania – stwierdził jej ojczym, Bob, gdy spożywali indyka rodem ze Stop & Shop, odgrzanego w piekarniku pozostającego na wyposażeniu hotelowego pokoju, w którym jej matka mieszkała od miesięcy, a może już lat.
– Przecież tak właśnie zrobiłyśmy – wtrąciła Posey, za co Charlie była jej wdzięczna.
– No dobrze, w takim razie trzeba było skubnąć go na więcej.
Bob puścił oko do Charlie. Starał się być miły, zdawała sobie z tego sprawę. Wszyscy się starali, chociaż nie przestawali jej wypytywać. Krążyli tylko wokół tego, czego naprawdę chcieliby się dowiedzieć.
– A on święta spędza z rodziną, prawda?
Wygłosiwszy to stwierdzenie, matka rozlała szampan Korbel do czterech kieliszków. Wierzyła w astrologię, media i temu podobne, jednak nie byłaby w stanie uwierzyć, że Vince mógłby zrezygnować ze Święta Dziękczynienia spędzonego przy stole zastawionym prawdziwymi kryształami, tudzież talerzami ze złotym rantem, na których zostaną podane potrawy przyrządzone przez prawdziwego szefa kuchni. Nie ma możliwości, by ktoś aż tak pokochał Charlie. Żeby do tego stopnia się poświęcić.
Po prostu bogacze to inny gatunek. Wszyscy w jej rodzinie to wiedzieli, nawet Bob. Może się zdarzyć, że wpadniesz takiemu w oko, lepiej jednak zawczasu się postarać i wykorzystać to, na ile się da, bo wcześniej lub później on się tobą znudzi, a wówczas wszystkie obietnice rozpłyną się jak dym.
Red tak naprawdę nie był chłopakiem z bogatej rodziny. Chociaż z drugiej strony trudno powiedzieć, żeby nie był.
– Tak, z rodziną – potwierdziła dla świętego spokoju Charlie. – Może przyszłe święta spędzi z nami.
Matka popatrzyła na nią tak, że Charlie zrobiło się przykro. Z politowaniem. Tak jakby Charlie była jedyną osobą na ziemi, która nie wie, jakie prawa rządzą tym światem. I to kto, jej matka, której już tylu facetów zawróciło w głowie, a ona nieodmiennie wierzyła we wszystkie ich bujdy.
Tak, święta Bożego Narodzenia nie zapowiadały się zbyt obiecująco.
Charlie przecisnęła się obok pokrytych brokatem aniołków. Wrzuciła do koszyka jeszcze szminkę i butelkę gatorade, podeszła do kasy.
– Ma pani… Na twarzy – powiadomił ją zatroskanym tonem sprzedawca.
Charlie spojrzała w wiszące nad kasą lustro. Czerwona strużka na czole i policzku. Wsunęła palce we włosy. Krew była lepka jak miód krystalizujący w słoiku, dopiero teraz uświadomiła sobie, że ma rankę nad uchem, kolejne zadrapanie pozostawione przez zmorę. Nie tak poważne, jak ślady szponów na plecach, ale rany na głowie zawsze bardziej krwawią.
– Dzięki – rzuciła chłopakowi za kasą, westchnęła. – Poproszę jeszcze zdrapkę. Ten pech musi się kiedyś skończyć.
Kobiety noszące nazwisko Hall los skazał na życiowe niepowodzenia i błędne decyzje. Postanowił, że zakochiwać się będą w niewłaściwym mężczyznach tak konsekwentnie, jakby rzeczywiście ciążyła na nich jakaś klątwa złamanych serc – począwszy od babci, która wyszła za tak okropnego faceta, że musiała go zastrzelić, aż po tego nieszczęsnego kretyna, który na pożegnanie strzelał do Charlie. Posey lubiła powtarzać, że facet musi mieć dziurę w głowie, w sercu albo w kieszeni, wtedy któraś z nich na pewno odda mu się ciałem i duszą. Posey wiedziała, co mówi, w końcu zawodowo zajmowała się wróżeniem z kart.
Ze zdrapką w jednej ręce i torbą pełną zakupów w drugiej, Charlie wyszła z apteki, na pozór wcale nie zwracając uwagi na to, że podążający za nią cień wygląda zupełnie inaczej, niż powinien.
Charlie wpakowała się w wyjątkowe tarapaty, nawet jak na standardy kobiet z rodu Hall.3
POTULNY
Bellamy wyjaśnił jej, jak sprawy się potoczą, kiedy ją zaakceptuje jako następną hierofantkę.
Rozmawiali w opuszczonej wieży w Holyoke. Tam zazwyczaj spotykali się przedstawiciele Kabały tytułujący samych siebie maskami, czyli praktycy roztrząsający rozmaite tajniki umbromancji. Był tam też Malik reprezentujący pacynkarzy, czyli magów przejmujących kontrolę nad ludźmi za pomocą ich cieni, a także Vicereine, artystka-modyfikatorka cieni, czyli specjalistka od zmiany ich kształtów – wraz z osobowością właścicieli. No i właśnie Bellamy, przewodniczący masek. Trzy stronnictwa, reprezentacja trzech z czterech aspektów umbromancji. Nie pojawił się natomiast nikt od skorupiarzy specjalizujących się w fizycznej magii cieni.
Oznajmili jej, że funkcje hierofantki będzie pełniła przez pięć lat. No, może trzy, jeśli bardzo dobrze się spisze albo ktoś inny na tyle ich wkurzy, by mu powierzyć to zadanie.
– Tak długo to chyba ze mną nie wytrzymacie – odpaliła Charlie, która jak zwykle musiała coś odpyskować.
– Niech pani nie pozwala sobie na zbyt wiele – skarcił ją wyniośle Malik.
Zaopatrzyli Charlie we wszystko, co było potrzebne do nowej pracy, nawet zapewnili wynagrodzenie za każdego wykończonego struposza. Jakieś tam grosze za takiego wielkości kota i zupełnie niezłą sumkę za zmory o rozmiarach człowieka. Zakładając, że raz na półtora miesiąca rozprawiłaby się z takim, mogłaby nawet sobie pozwolić, by rzucić robotę w Rapture. Rzecz jasna, na to nie mogła liczyć, na szczęście dla niej krwiopijcze potwory terroryzujące miejscową ludność nie pojawiały się co sześć tygodni.
– Złóż przysięgę – polecił Malik – a dostaniesz swojego struposza.
A więc Charlie, patrząc im w oczy, obiecała, że odpęka swój wyrok i za swoje grzechy poświęci się tropieniu niepokornych cieni.
Zaraz potem przyprowadzili Vince’a w onyksowych okowach. Jego oczy płonęły jak węgle. Nie, nie bała się go wtedy. Myślała, że jest po prostu wściekły, bo nie chce, aby się wiązała z nim, z Kabałą i całym tym paskudztwem.
Wtedy wydawało jej się, że odniosła zwycięstwo. Przechytrzyła ich. Wykradła kochanka, wyrwała go z ich szponów. Oczywiście pewna była, że to tylko początek pasma sukcesów. Że ten układ z Kabałą będzie wyglądał niczym pakt z diabłem w baśni, a w baśniach przecież zawsze ubogi szewczyk w końcu triumfuje (dzięki dobremu sercu oraz sprytowi).
Charlie Hall, której zakochanie padło na mózg.
Vicereine z własnego cienia uszczknęła coś w rodzaju igły, po czym sięgnęła jakby do wnętrza Vince’a i oderwała jego fragment. Syknął, kiedy go dotknęła, jakby rzeczywiście zabolało. To raczej typ twardziela, więc to musiało być naprawdę nieprzyjemne.
– Co pani wyprawia? – obruszyła się Charlie. – Proszę przestać!
– Robię to, żeby go z panią związać – odparła Vicereine. – Przecież tego pani sobie życzyła?
Zrolowała fragment cienia Vince’a, resztę wręczyła Bellamy’emu.
– Nie ma takiej potrzeby – odpowiedziała Charlie.
– Owszem, jest – stwierdził Bellamy, zwinął skrawek cienia i schował go do kamiennego tubusa. – Dzięki temu fragmentowi twojego struposza zawsze możemy go namierzyć, zwłaszcza jeśli wpadnie na pomysł, żeby się ulotnić; możemy ten kawałek wykorzystać również na inne sposoby, o ile zajdzie taka potrzeba.
– To także dla pani bezpieczeństwa – dodał Malik. – Proszę pamiętać, że dotąd powiązany był tylko ze swoim stwórcą. Może wcale nie chcieć być pani cieniem. Może nawet chcieć zrobić pani coś złego.
– Nie każdy jest taki jak wy – rzuciła Charlie.
– Nikt nie jest taki jak ja – nadął się Malik. – A teraz proszę pamiętać, że on zawsze słyszy, co pani mówi, nawet jeśli nie będzie widoczny. Jako cień zawsze pani towarzyszy. O tym nie wolno zapomnieć.
– Dobra – zgodziła się niechętnie Charlie.
– Emocje też może odczytywać, zwłaszcza te najmocniejsze, natomiast nie będzie w stanie czytać pani myśli, oczywiście o ile nie zostaną mu intencjonalnie przesłane.
Uf, przynajmniej tyle. Może nie będzie aż tak źle.
– A co ze wspomnieniami? – spytała mimo woli.
– Nie jest pani cieniem, więc więź między wami jest ograniczona. Nie będzie się stawał coraz bardziej podobny do pani. Owszem, można mu przekazać wspomnienia, zaczerpnie z nich sporo energii i będzie je w danej chwili przeżywał, natomiast nie staną się jego własnymi wspomnieniami.
To również przyjęła z ulgą.
Wciąż jednak nie mogła opędzić się od myśli, że nocą będzie mógł wtargnąć do jej snów.
_Nie popadaj w paranoję_ – napomniała samą siebie. – _Vince nigdy by czegoś takiego nie zrobił_.
Rzecz jasna, gdyby jednak to zrobił, o ile może to zrobić, pewnie nigdy by się o tym nie dowiedziała.
Malik perorował dalej, przechadzając się tam i z powrotem, z rękami założonymi do tyłu.
– Najważniejsza rzecz, czyli coś, o czym koniecznie musi pani pamiętać, to żeby regularnie dawać mu krew. Najlepiej codziennie, ale przynajmniej raz na kilka dni. To jedyny sposób, by utrzymać więzi wystarczająco silne, żeby sprawować nad nim kontrolę.
Zatrzymał się, popatrzył prosto w jej oczy.
– I proszę nigdy nie zapominać, że on nie jest osobą, tylko struposzem. Trzeba go kontrolować, Charlie Hall. Jeśli nie, jeśli się dowiemy, że więź została zerwana, albo że on działa niezależnie od pani, oboje bezpowrotnie stracicie szansę, którą wielkodusznie wam daliśmy. Straci go pani na zawsze.
– Ale co to właściwie ma znaczyć? – spytała Charlie. – Niech mi pan wyjaśni.
– Powiedziałem dokładnie to, co miałem zamiar powiedzieć.
Vince rzucił Malikowi spojrzenie płonących oczu i się uśmiechnął.
– Dla Charlie będę potulny.
Jednak Red nie zapamiętał tej obietnicy. Kiedy utworzyła się więź między nimi, Vince umilkł. Po wyjściu z wieży, gdy szli do jej samochodu, a wokół padał śnieg, próbowała go ugłaskać, bo jej się wydawało, że się na niego wścieka, bo tak się poświęciła. Próbowała go skusić świeżą krwią wyciśniętą z palca.
A potem te pierwsze słowa, które rozbrzmiały echem w jej umyśle. _Ty nie jesteś Remy_. Ten miękki głos i pobrzmiewająca w nim groźba. Jego ciało formujące się z cienia i płonące oczy, w których nie było jednak znajomego błysku. Poczucie triumfu przemieniło się w gorycz klęski.
Charlie często wspominała tamten wieczór i zawsze wtedy się zastanawiała, co właściwie tamci odebrali Vincentowi. O ile mogła się zorientować, stracił ponad rok wspomnień. Może gdyby udało jej się dorwać tamtą część cienia, odzyskałaby też razem z nią Vince’a.4
REDREDRED
Charlie Hall stanowiła zagadkę, która nie przypadła Redowi do gustu.
Kiedy był jeszcze młody, Remy wypytywał go o jego samotne wędrówki. Red próbował wtedy mu opowiedzieć o miejscu znikąd, nie tutaj i nie tam. O tym, jak patrzył stamtąd na świat realny, lecz zamazany, zniekształcony, dziwnie świetlisty. Również czas biegł tam inaczej, tak jakby się oglądało film, który normalnie trwa tylko kilka minut, ale potem przyspiesza i rozpoczyna się znowu, i znowu, i znowu.
Kiedy patrzył z tego miejsca na Charlie dezynfekującą swoją ranę, czas raczej zwalniał, niż przyspieszał. Odwróciła się od niego, siedząc na przednim fotelu vana, usiłowała obejrzeć obnażone ramię w lusterku. Zaparkowała przed domem, ale nie weszła.
Krótkie czarne włosy okalały jej twarz, ale zarazem podkreślały zmęczone cienie pod oczami. Kiedy raz się w te oczy zajrzało, nawet jaskrawe skarabeusze wytatuowane wzdłuż jej obojczyka nie przyciągały już wzroku.
Zorientował się, że dostrzega wciąż więcej.
Kiedy ściągnęła bluzkę, a potem przygryzała wargi, polewając skórę wodą utlenioną, Red nie mógł oderwać wzroku. Większość płynu ominęła ranę i wsiąkła w fotel. Resztka, która trafiła do celu, spieniła się niczym gazowany napój.
Nie rozumiał jej.
Dlaczego mu nie powiedziała, żeby się tym zajął? Przecież zrobiłby to delikatnie. To prawda, pojawił się zbyt późno podczas jej starcia ze zmorą, ale po prostu nie zdawał sobie sprawy, że stwór dopiero co się posilił. Sądził, że będzie słaby i okaże się łatwym łupem. Nie wiedział, że Charlie coś zagraża, dopóki go nie przywołała, zresztą nawet wtedy nie uświadamiał sobie, jak poważne niebezpieczeństwo jej groziło.
Prześladowała go teraz wizja chwili, w której się pojawił i zobaczył, jak struposz unosi się nad poranioną i zakrwawioną Charlie.
Red chciał, żeby czas przyspieszył, tak jak kiedyś przyspieszał, i żeby już zatarł to wspomnienie. Tymczasem musiał patrzeć, jak Charlie niezbyt zręcznie zakleja ranę, nie mógł nie odnotować błysku jej oczu i tego, jak mokre rzęsy muskały jej policzki, kiedy mrugała i kiedy przełknęła szloch. Patrzył, jak porusza się jej krtań, gdy piła powoli swoją gatorade, tak jakby elektrolity mogły zapobiec skutkom utraty krwi.
Dlaczego w ogóle znalazła się w tej sytuacji, co ją do tego skłoniło, żeby szukać struposzy w opustoszałych fabrycznych budynkach? Nakłoniła członków Kabały, żeby go z nią powiązali właśnie w ten sposób, że zgodziła się zostać ich hierofantką. Tak, ale po co to zrobiła? Co ona z tego miała mieć? Saltowi Red potrzebny był jako zabójca, natomiast nic nie wskazywało, żeby Charlie zamierzała go w ten sposób wykorzystać. Sama o sobie mówiła, że jest oszustką i złodziejką, natomiast nie przejawiała morderczych skłonności. Chociaż może właśnie dlatego był jej potrzebny? A może sądziła, że jej się przyda na coś innego. Pewnie też mógłby kraść. Dobrze znał siedziby różnych umbromantów i ich biblioteki pełne rzadkich, cennych dzieł.
Powiedziała mu, że to był podstęp i zgodziła się zostać hierofantką, bo go kochała. I chciała go ocalić.
Tylko że to przecież śmieszne. Nikt się nie martwił o Reda, raczej wszyscy się go bali. Czuli się niezręcznie w jego obecności; nawet Remy, któremu był bliższy niż komukolwiek innemu, bał się go i czuł się nieswojo. No i owszem, przez część ich znajomości Charlie nie wiedziała, kim jest, ale kiedy się z nim związała, to już nie mogła nie wiedzieć.
_Nie każę ci robić niczego, czego byś nie chciał zrobić._
To jej słowa. I co z tego? Przecież wszyscy to mówili. Na początek Salt właśnie tak powiedział Remy’emu, kiedy dopiero co zamieszkał w jego rezydencji. Potem Remy zwrócił się tak do Reda, chociaż kazał mu robić mnóstwo rzeczy. Takie słowa zawsze znaczyły tylko tyle, że ktoś nie chce go zmuszać do czegoś potwornego natychmiast, w najbliższym czasie. Za to później…
Nic więc dla niego nie znaczyło, że Charlie spogląda na niego z przekonującym ciepłem w wielkich brązowych oczach i traktuje go, jakby był prawdziwą osobą. Nie wierzył, że się zgodziła ryzykować własne życie tylko po to, żeby go uratować. Nie wierzył w to wszystko ani trochę. Sama powiedziała, że jest oszustką. No więc to wszystko było właśnie jednym wielkim oszustwem.