-
nowość
-
promocja
Księga Koli'ego. Trylogia Szańców. Tom 1 - ebook
Księga Koli'ego. Trylogia Szańców. Tom 1 - ebook
Próba przetrwania w postapokaliptycznym świecie
Za murami małej wioski rozciąga się nieznany świat. Świat, w którym zarośnięte lasy pełne są duszących drzew, śmiercionośnych pnączy i nasion, które zabijają na miejscu. A jeśli one cię nie dopadną, zrobi to jeden z niebezpiecznych wyrzutków.
Koli mieszka w Krzyżu Mythen od urodzenia. Wie, że pierwszą zasadą przetrwania jest niewychodzenie poza mury. Nie wie jednak, co się dzieje, gdy nie ma się wyboru…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8425-862-0 |
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Chcę opowiedzieć historię. Ja chciał zacząć już dawno temu i wreszcie to robię, ale ostrzegam: to będzie wyboista droga. Nigdy żem czegoś takiego nie robił, więc żem nie narysował mapy tego, co ja widział, i nie wiem, co z moich przeżyć jest warte opowiedzenia. Monono mówi, żem jest jak ktoś, kto chce obciąć sobie włosy bez lustra. Zostawisz je zbyt długie, to nie będzie tego widać. Obciachasz za krótko, to będziesz tego żałować. Z drogą jest tak samo: jej oba końce muszą się spotkać.
A oto te dwa końce: ja wyruszył w świat, a potem żem wrócił do domu. Ale historia to nie tylko to, jak się zapewne domyślacie. W każdą stronę to była ciężka podróż. Wielokrotnie żem był zmęczony i był poddawany próbom. Możecie powiedzieć, żem nie dał sobie rady, chociaż to, z czym żem wrócił, na zawsze odmieniło świat. Żem spotkał opuszczonych ludzi i ich zbawiciela, Senlasa, który spojrzał we mnie swoimi setkami oczu. Żem przeszedł przez ruiny Birmagen, gdziem stanął naprzeciw armii Rozjemcy. Żem znalazł Miecz z Albion, chociaż to nie jego ja szukał, i przyniósł tyle samo szkody, co pożytku. Żem stoczył gorzką walkę z tymi, których żem kochał, i zniszczył do cna mury, które mnie kiedyś chroniły.
A wszystko to ja robił dla miłości i w jak najlepszej wierze, ale to nie znaczy, żem wszystko robił dobrze. I nadal zostaje jeszcze główny powód, dzięki któremu możecie mnie naprawdę poznać.
A chciałbym tego – żebyście wy mnie poznali, rzecz jasna – ale to nie będzie łatwe. Waga życia mężczyzny czy kobiety jest większa niż waga garści ziemi czy pęczku witek. Głowa, serce, członki i cała reszta mają swoją wagę. Nawet marzenia mają swoją wagę. Może nawet marzenia mają największą wagę z tego wszystkiego. Przynajmniej dla mnie marzenia było najtrudniej udźwignąć, nawet te słodkie.
No, ale zamierzam opowiedzieć wam wszystko, i co było dobre, i co było złe. Tego złego było chyba nawet więcej. Nie żebyście mieli mnie osądzać, chociaż wiem, że będziecie. Osądzanie to to, co robią słuchacze względem opowiadających, czy tego chcą, czy nie. Ale prawda jest taka, że nie opowiadam tej historii dla mnie. Opowiadam ją raczej dla osób, które nie będą mogły tego zrobić. Żeby ich imiona nie przepadły gdzieś w świecie i nie zostały zapomniane. Żem jest im winny lepszy los, wy też. Jeśli to wydaje wam się dziwne, posłuchajcie, a ja to wyjaśnię.2
Nazywam się Koli i pochodzę z Krzyża Mythen. Jako dziecko niezbyt żem się tym przejmował. Jeśli chodzi o znaczenie tej nazwy, to żem był ignorantem. Niektórzy ludzie powiedzą ci, że ten krzyż to tak naprawdę nazwa drzewa, gdzie złamano martwego boga, ale nie wydaje mi się, żeby to było dobre wyjaśnienie. Tam, gdzie ja dorastał, niewielu klęło się na martwego boga albo kierowało się jego naukami. Więcej ludzi skłaniało się raczej ku Dandrake’owi i jego siedmiu trudnym lekcjom, a jeszcze więcej – jak ja – nie wyznawało żadnej wiary. Więc dlaczego nazwano wieś na cześć czegoś, do czego nikt nie przywiązywał większej wagi?
Moja matka gadała, że to się wzięło od Skrzyżowania Mythen, bo niedaleko nas trakty krzyżowały się z wielką drogą. Nie taką drogą, gdzie się potykało o dziury tak wielkie, że można by w nich schować owcę, ale drogą z dawnych czasów, która przypominała nam, kim żeśmy byli, gdy świat należał do nas.
Myślę, że to sedno mojej historii. Stare czasy ciągle dają o sobie znać. Ich pozostałości nieraz nas ratują albo hamują, mimo że przecież to wszystko przeszłość. Dawne czasy były sitem i sednem mojego życia, wzięły rozpoczęły i zakończyły moją podróż. Opowiem o tym, kiedy będzie trzeba, ale najpierw opowiem o Krzyżu Mythen, bo to on wziął nadał sens mojej historii, o ile w ogóle jest jakiś sens.
W tej wsi mieszka, czy może mieszkało, coś ponad dwieście dusz. Położona jest na zboczu doliny, doliny Rzeki Strumień, na północy krainy zwanej Angliją. Później żem się dowiedział, że Anglija miała masę innych nazw, jak Brytania czy Albion, czy Jukej, ale ja w dzieciństwie znałem ją jako Angliję.
Z tak wieloma mieszkańcami, jak se możecie wyobrazić, ta wioska była okropnie wielka, otoczona murem tak wysokim, jak mężczyzna stojący na ramionach drugiego mężczyzny. Miała główną ulicę, nazywaną Środkiem, a dwie przecinające ją ulice nazywali my Prześwitem i Dziedzińcem. Poza tym było tam też wiele innych uliczek prowadzących do czyichś drzwi, wszystkie wysypane drobnymi kamyczkami i deptane przez tak długi czas, że wzięły i stały się równe. Żadnego domu nie budowano bliżej niż pięćdziesiąt kroków od muru. To było Prawo Szańca i zawsze go przestrzegano.
Jak już mówiłem, jestem Koli. Najpierw Koli Drzewnik, potem Koli Oczekujący, Koli Szaniec, Koli Bez Twarzy. To, kim żem teraz jest, trudno jakoś nazwać, więc jestem po prostu Koli. Moja matka nazywała się Jemiu Drzewniczka, była córką Bassaw i miała tartak przy Gromkim Strumieniu. Od małego przyuczano mnie do pracy, Jemiu pokazywała mi, jak przerobić żywe drzewo na drewno i przeżyć, jak je wysuszyć, jak namaczać je w trującej miksturze zwanej kąpielą, aż będzie można je bezpiecznie wyjąć, a potem jak je obracać i obrabiać.
Mój ojciec wyrabiał zamki i klucze. Mam ciemną skórę, jak on, a nie jasną, jak moja matka i rodzeństwo. Nie wiem, jak nazywał się mój ojciec, moja mama chyba też nie wiedziała, a przynajmniej nigdy mi nie powiedziała. Podróżował aż z Półosi, żeby wprawić nowe zamki w Twierdzy Szańców, i zakwaterowano go na jedną noc w tartaku matki. Dwie rzeczy zostały po tej nocy. Pierwszą był nowiuśki zamek w drzwiach naszego warsztatu, który przetrwa chyba aż do końca świata. A drugą żem był ja. I przynajmniej jednej z tych rzeczy moja matka nie żałuje.
Tak więc moja matka i mój ojciec spędzili ze sobą tylko tę jedną słodką noc, a potem on wrócił do domu. Półoś leży tak daleko, że informacje o tym, co ojciec po sobie pozostawił, chyba nigdy do niego nie dotarły. A nawet jeśli, to nie uznał ich za dostateczny powód do powrotu. Dziewięć miesięcy później żem pojawił się ja, wyskakując z brzucha mojej matki prosto do wielkiej, głośnej, kłótliwej rodziny, do domu, gdzie trociny pokrywały wszystko. Odgłos piły kołysał mnie do snu, ale był też moją powiestką. Świeżo ścięte drewno gromadzono w ogrodzie naszego domu, co by wyschło, a te stosy były tak wielkie, że w południe nie widać było zza nich słońca. Nie pozwalano nam podchodzić do tych stert świeżego drewna ani też do drewna namoczonego w zabójczej miksturze: drewno z pierwszego stosu mogło was zmiażdżyć, a to drugie mogło was zatruć. Prawo Szańców zabraniało budowania czegokolwiek z drewna, dopóki deski nie namokły przez miesiąc w kąpieli i były zupełnie martwe. Ostatnie, czego byście chcieli, to żeby ściany waszego domu wzięły i przebudziły się ponownie do życia, a zielone drewno zawsze tak robiło.
Moja matka urodziła pięcioro żywych dzieci, i to bez wychodzenia za mąż. Kiedyś powiedziała, że było wielu mężczyzn wartych pokładzin, ale żadnego wartego spędzenia z nim życia. Myślę, że nie wyszła za mąż jednak głównie z powodu swojej dumy. Nie chciała być prowadzona za rączkę ani nie miała zamiaru przed nikim schylać karku. Była ze wszech stron zaciętą kobietą – zaciętą wobec innych i zaciętą w swojej miłości, którą zwykle ukrywała.
Cóż, tartak funkcjonował dobrze, ale nie idealnie i czasami Jemiu musiała się wysilić, żeby nas wykarmić. Radziliśmy sobie jednak, raz lepiej, raz gorzej, z całą naszą kłótliwą szóstką plączącą się pod nogami. W sumie z siódemką, bo Jemiu miała brata, który mieszkał z nami przez jakiś czas. Ledwie go pamiętam. Kiedy miałem se jakieś trzy czy cztery lata, Szańce wysłały go do Półosi z wiadomością. Nigdy nie wrócił i potem nigdy już nikt nie ruszył jego śladem.
Potem odeszła moja starsza siostra, Leten. Poślubiła trzy kobiety z Todmort, które trudniły się kowalstwem i wyrobem sztućców. Potem już rzadko żeśmy ją widywali, Todmort leżało w linii prostej sześć mil od Krzyża Mythen. Ale mam nadzieję, że była szczęśliwa, i wiem, że była z całą pewnością kochana.
Ostatni opuścił nas mój brat Jud. Udał się na polowanie, zanim jeszcze osiągnął wiek potrzebny do Oczekiwania, a zrobił to, wmieszawszy się w tłum myśliwych z opuszczoną głową, udając, że ma prawo tam być. Nasza matka nie wiedziała, że pojechał na polowanie. Cała grupa udała się w głęboki las, gdzie została wciągnięta w zasadzkę i pokonana przez opuszczonych ludzi. A ci pewnie ich zjedli czy zrobili coś, co robią opuszczeni ludzie. Wiemy o tym, bo jedna z kobiet uciekła i chociaż wzięły i trafiły ją trzy strzały, udało jej się dotrzeć do wioski żywą. To była Alice, którą potem nazywano Pobliźnioną Alice. I nie chodziło tu o blizny, które pozostawiły same strzały.
I potem żeśmy zostali tylko ja, moje siostry Athen i Mull, i nasza matka. Bardzo żem tęsknił za Leten i Judem. Zwłaszcza za Judem, bo żem wiedział, że nie ma go już w świecie żywych. Był zawsze miły i spokojny, i często śpiewał mi nocami, żebym zapomniał o głodzie. Myśl o tym, że został zjedzony albo zmuszony do zjadania innych ludzi, często nocami wyciskała mi łzy z oczu. Matka nigdy nie płakała. Przez moment wyglądała na smutną, ale wszystko, co powiedziała, to że teraz ma jedną gębę mniej do wykarmienia. I odkąd zabrakło Juda, jedliśmy nieco lepiej, co przynajmniej dla mnie było złe.
Mówili, żem po tym zdziczał. Że Jud hamował mój temperament, a odkąd go zabrakło, nikt tego nie robił. Zwłaszcza moja matka nie miała do tego głowy ani czasu. Kochała nas, ale mogła tylko dalej używać piły i zabijać ścinane drzewa. Oczywiście, nie ona sama złapała wszystkie drzewa. Było czterech łowców, którzy na jej polecenie wyruszali w listopadzie, a wracali w marcu, a czasem nawet w kwietniu, jeśli niebo było mocno zachmurzone. To nie było polecenie, które otrzymali od Szańców, tylko pewien układ między tą piątką. Łowcy dostawali zapłatę w gotowych wiązkach, po jednej za każdy dzień pracy, a Jemiu płaciła im niezależnie od tego, czy ich łupy były dobre czy złe. Tak trzeba było robić, bo oni przecież nie mogli oszacować wzrokiem, które drewno było bezpieczne, a które nie. Jeśli ich łup był kiepski, my tracili po prostu trochę drewna i tyle.
To w każdym razie dawało Jemiu zajęcie. A moje dorosłe siostry Athen i Mull jej pomagały: Athen z całą swoją łaskawością, a Mull z zaciętą miną i zbuntowanym sercem. Ja miał robić wszystko inne, co zostawało do roboty, co w sumie ograniczało się do gotowania i sprzątania, noszenia wody i uprawiania warzyw w naszej małej szklarence. I żem robił to wszystko z miłości i ze strachu przed gniewem Jemiu, który często przybierał postać jej twardej ręki.
Ale gdzieś między tymi rzeczami żem miał czas, żeby być dzieckiem i robić ekscytujące, głupie i sensowne rzeczy, które robią dzieci. Moimi najlepszymi przyjaciółmi był Haijon Vennastin, którego matka była Ogniem Szańców, i córka Mola Skórnika, którą nazywano Młócką, mimo że tak naprawdę to się nazywała Demar. Nasza trójka biegała po Krzyżu Mythen i po wzgórzach tak daleko, jak żeśmy mogli. Czasem my wychodzili nawet prawie na zewnątrz, co oznaczało przestrzeń między murem a kręgiem ukrytych dołów, które my nazywali wilczymi.
Nie zawsze to była tylko nasza trójka. Czasami biegał z nami Veso Pastuch albo siostra Haijona, Lari, i ich kuzyn Mardew, albo ktoś od Gillego Bana, albo chłopaki z farmy Frostfendów, którzy byli głusi i przygłupi, jak ich cała rodzina. Ich wszystkich my nazywali po prostu Frostfendami, bo ich imiona nadawali sobie tylko gestami. Ta grupka była raz mniejsza, raz większa, ale zawsze my robili tyle samo hałasu i sprawiali tyle samo kłopotów, niezależnie od tego, ile nas tam akurat było.
Przeganiali nas hodowcy z zielonek, pasterze ze zboczy, strażnicy z wartowni i budziciele z krańca świata. Wszystkie te miejsca żeśmy uznawali za swoje, mimo że na nas narzekano, a czasem nawet i więcej. Nikt nie podstawiał nam nogi, bo rodziny Haijona czy Demar gniewałyby się o uszkodzenie ich dzieciaków.
Można by pomyśleć, że Haijon, który był kim był i urodził się kim się urodził, mógłby zadzierać nosa, ale nigdy tego nie robił. Miał się jednak czym przechwalać. Był silniejszy niż większość dzieciaków w jego wieku. Kiedyś Veso Pastuch wszczął z nim awanturę – poszło chyba o grę w kamienie i o to, że on podobno zrobił jakiś ruch, a twierdził, że wcale go nie zrobił – a sprzeczka zamieniła się w bójkę. Nie wiem, jak mnie w to wciągli, ale jakoś im się udało. Ja i Veso leżeliśmy na Haijonie, dając mu za swoje, aż cała trójka była pokrwawiona. Nikt nie wygrał tej bijatyki, ale to Haijon obronił się przed nami dwoma. I pierwszym, co powiedział, kiedy już całkiem się zasapał i zmęczył za bardzo, żeby się dalej bić, było: „To kończymy tę grę czy nie?”.
Ja żem się mógł pochwalić tym, żem był najgrubszym z nas, tutaj nawet Haijon musiał oddać mi pola. Jedną z rzeczy, którąśmy robili aż do czasu Oczekiwania, a może z raz czy dwa po nim, były wyścigi wzdłuż wioskowego muru, które zaczynały się przy bramie. Zazwyczaj ja wygrywał, o krok czy źdźbło trawy, ale nie zawsze. A jeśli żem wygrywał, Haijon zawsze unosił moją rękę w górę i wołał: „Czempion!”. Nigdy się nie złościł, nie przyjmował tego jako urazy, co zrobiłoby wielu innych.
Ale był większy wyścig, w którym to on zawsze wygrywał. Bo Haijon był Vennastinem.
A Vennastinowie byli Szańcami.
A Szańce, jak pewnie wiecie albo i nie, były jednym.
To właśnie znaczyła ta nazwa: mieli dawać i brać. Jeśliś był Szańcem, to właśnie dlatego, że stare technologie wracały do życia, kiedy ich dotkłeś. Szańce żyli w Twierdzy Szańców i przez to nie brali udziału w większości zadań, które wykonywali inni. Ale myśmy polegali na nich i ich technologii, broniąc się przed światem, więc taki układ wydawał się sprawiedliwy. Poza tym każdy miał prawo spróbować swoich sił z Szańcami, prawda? Ale z jakiegoś powodu stare technologie budziły się pod dotykiem Vennastinów i słuchały ich. Zdarzył się tylko jeden wyjątek, o którym opowiem wam we właściwym czasie. Ale najpierw opowiem wam, jak Demar została Młócką.3
Odkąd żem miał jakieś dziesięć lat do czasu, aż żem skończył dwanaście, Lari Vennastin miała igłę, którą trzymała jako swoje zwierzątko. Karmiła je kamiennymi jagodami i szczurami, które się złapały w pułapki. Nawet nadała jej imię: Piorun. Nie powinno było jej się na to pozwolić, nikomu nie powinno się na to pozwolić, ale Szańce tworzyły prawo w Krzyżu Mythen, więc mogły przymknąć oko na wiele rzeczy.
Igła była jeszcze kociakiem, gdy Lari ją znalazła, i to kalekim. Coś ją pogryzło i oderwało większość przedniej łapy. I to samo stworzenie musiało ją porwać i próbować z nią odlecieć, a ona spadła wewnątrz murów. Można było pomyśleć, że spadła z drzewa, tylko że nie było żadnych drzew wewnątrz murów, a jeśli jakieś próbowało zapuścić tu korzenie, było spalane.
Igła po prostu tam leżała, nie ruszając się, ale widać było, że jej klatka piersiowa podnosi się i opada w rytm oddechów. Haijon już podnosił nogę, żeby ją zdeptać, ale Lari go powstrzymała. Zabrała igłę ze sobą do domu i dbała o nią, a ona jakoś przeżyła. I jakoś tak żyła dalej, mimo że w Zapieczętowanym Dworze kłócili się, że należy ją zabić. Jednak z Szańcami ciężko było się kłócić, a Lari była słodyczą życia swojej matki.
No ale w końcu jakoś żeśmy przywykli do tej igły, a nawet jakoś tak żeśmy o niej zapomnieli. Może dlatego, że Piorun miał tylko trzy łapy, na których zabawnie skakał. Ale miał też – jak wszystkie takie stwory – paszczę z rzędami zębów, które wyrastały do środka i na zewnątrz szczęki, które zaczepiały się i odczepiały jak zębatki, a więc mógł pożreć wszystko, co upolował. Może my myśleli, że jak Piorun się zbuntuje, to będziem od niego szybsi. Ale stało się inaczej.
Któregoś dnia nasza grupka bawiła się w „zarygluj drzwi” na prawie zewnętrznym placu. Żeśmy latali wokoło jak szaleńcy, a Piorun biegał za nami, ekscytując się coraz bardziej i bardziej. Demar puściła się biegiem od jednego końca placu na drugi, umykając kilku ścigającym. Kiedy dobiegła do znaku, podskoczyła, podnosząc ręce do góry, wołając, że dotarła do mety. Wszyscy do niej my podbiegli, śmiejąc się i ciesząc wraz z nią.
I nagle igła Lari była na czubku ręki Demar. Po prostu nagle skoczyła, rozwarła paszczę szerzej niż wiadro na wodę i wgryzła się w nadgarstek Demar.
My nie wiedzieli, co zrobić. Część z nas krzyczała i łkała, stojąc jak słupy soli. Demar nawet nie krzyknęła, mimo że mocno zaciskała zęby. Nogi ugięły się pod nią i upadła na kolana. Twarz miała białą jak kwiaty dusika.
Żeśmy ruszyli z Haijonem do niej, każdy z innej strony. Ale jak już żem do niej dotarł, to ja nic nie mógł zrobić. Po prostu żem ukląkł przy Demar i złapał ją za drugą rękę tak mocno, jakbym mógł przejąć część jej bólu przez sam dotyk.
– Twój ojciec – powiedział do niej Haijon. – Nóż twojego ojca. – Prawie że wydusił te słowa z siebie. Jakby to i jego ugryzła igła. Słowa wypływały z niego tak, jak krew sączy się z rany.
Dzisiaj wydaje mi się, że to była dobra myśl, ale żem potrzebował chwili, żeby to do mnie dotarło. A tam trzeba było działać, szybko. A z nas dwóch on był silniejszy.
– Podnieś ją – żem powiedział. – Ja wezmę Pioruna.
Demar zrozumiała, co zamierzamy, i nie protestowała. Kiedy Haijon wziął ją na ręce, nie stawiała żadnego oporu. A ja żem złapał igłę, delikatnie, jak podnosi się małe dziecko, choć żem nienawidził jej jak samego piekła umarłego boga.
Żeśmy pobiegli razem przez plac i w dół zbocza do garbarni Mola Skórnika, bo na pewno był w środku w dzień tak gorący jak ten. I pewnie usłyszał krzyki, bo wyszedł nam naprzeciw, wyłaniając się z ciemności z czerwoną twarzą i trąc ręką brwi.
I wszystko to spadło na niego w jednej chwili – igła wczepiona w rękę Demar i my niosący ją. Demar była jego jedynym dzieckiem, które wychowywał samotnie od czasu śmierci swojej żony Casry. Była dla niego wszystkim, co się w życiu liczyło. Wrócił do pomieszczenia na pół uderzenia serca, a potem pojawił się z nożem w ręku. To był jego najlepszy nóż, naostrzony tak, że ledwie widać było krawędź ostrza.
My położyli przed nim Demar, a on wziął i zabrał się do pracy. Haijon trzymał ją, a ja trzymał Pioruna najmocniej, jak żem potrafił.
O nożach i dzikich bestiach Molo wiedział wiele. Rozciął gardło igły, a potem ciął naokoło, zbyt szybko, żeby zdołała zmienić uścisk i wgryźć się mocniej. Ściągnął ją z ręki Demar jak rękawicę i zrobił to niemalże perfekcyjnie.
Ale jednak prawie. Bo razem z igłą od ręki Demar odpadły palce wskazujący i środkowy.
Wywrócił martwą igłę na drugą stronę i cisnął ją na schody Twierdzy Szańców, jakby oddając im to, co do nich należało. Lari wyszła i ją zabrała. Tuliła martwą bestię w ramionach jak niemowlę, sama płacząc jak dziecko, wyzywając Molo od przestępców, opuszczonych ludzi i Dandrake wie, od czego jeszcze. Ale Catrin Vennastin, która była Ogniem Szańców, była rozsądna i wiedziała, co się wydarzyło. Wydarła przeklętego stwora z ramion swojej córki i cisnęła na ziemię.
– Trzeba było toto utopić, jak tylko je przywlokła – mamrotała. A do Mola Skórnika powiedziała: – Przynieś tu swoją córkę, pozszywam ją.
– Dziękuję, Dam Catrin – odparł. – Ale sam ją pozszywam.
I zrobił to tak dobrze, że prawie nie ma blizn.
Jedynym zeszpeceniem były brakujące palce. Reszta dłoni Demar zagoiła się całkiem nieźle, tylko w jednym miejscu przypominała poszarpany materiał – tam, gdzie wgryzły się w nią cienkie, drobne ząbki.
Minął rok, a Twierdza Szańców nadal nie przeprosiła Skórników ani nie zaproponowali rekompensaty, Lari nie otrzymała też publicznie żadnej reprymendy. A potem, któregoś dnia, gdyśmy się bawili, żeśmy mijali krzak kamiennych jagód, który wyrósł wewnątrz murów i jeszcze nie został wypalony.
– Już prawie dojrzały – stwierdziła Lari. – Piorun zjadłby ich wiele – dodała, a potem spojrzała na Demar, mówiąc: – Gdyby twój ojciec go nie zamordował.
Demar tylko wzruszyła ramionami, ale Haijon aż poczerwieniał na twarzy.
– Jej ojciec zrobił, co było trzeba – odpowiedział siostrze. Wyglądał wtedy równie dostojnie, co ich matka.
– Mógł odciąć jej rękę – odparła Lari. – Wtedy Piorun by żył. Kaleka ręka i tak do niczego się nie nadaje.
Lari czasami była złośliwa, ale to pewnie ochrzan Haijona sprawił, że tego dnia posunęła się do takiej głupiej złośliwości przed nami wszystkimi. Haijon postąpił krok ku niej, jakby zamierzał ją uderzyć, ale Demar była szybsza. Uniosła trójpalczastą dłoń, a potem wzięła i rąbnęła nią Lari Vennastin w głowę tak mocno, że ta aż obróciła się wokół własnej osi, zanim upadła na ziemię.
– A jednak – powiedziała. – Wygląda na to, że kaleka dłoń jednak do czegoś się nadaje. Można nią coś porządnie wymłócić.
No i po tym żeśmy nazywali Demar Młócką. Przezwisko jej się spodobało i zaczęła go używać, chociaż jej nazwisko Skórnika miało w sobie pewną siłę.
– Nie będę się tak nazywać bez końca – powiedziała, kiedy Veso Pastuch żartował sobie z niej. – Będę Młócką do czasu Oczekiwania, a to już niedługo.
Bo zbliżał się nasz czternasty rok życia. Prawie czas, kiedy wychodziło, kim żeśmy mieli dalej być. I dowiecie się tego niedługo, obiecuję, jeszcze tylko opowiem wam o tym, jak my żyli. Chociaż to w sumie było dawno, możecie tego nie zrozumieć.4
Czasem wydaje się, że wszystko, co żyje, nas nienawidzi. Albo przynajmniej prześladuje nas tak, jakby nas nienawidziło. To, co chcemy zjeść, z nami walczy z całych sił i czasami wygrywa. To, co chce zjeść nas, jest z tysiąc razy silniejsze i tak liczne, żeśmy nadali imiona tylko stworom najbliżej nas. A drzewa mają jeszcze swoje własne sposoby, żeby nas skrzywdzić, delikatne i subtelne, jak ich natura.
Tak jest też z opuszczonymi ludźmi, którzy żyją głęboko w lesie: chwytają nas i zabijają, jeśli tylko mogą. Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, kim byli. Nie mieli dla nas twarzy, byli wyrzucani z wiosek, a może nawet mieli jakąś własną wioskę gdzieś w ukryciu, ale dla nas byli potwornie okrutni i gorsi od wszystkich zwierząt.
Przeciwko tym wszystkim stworom Krzyż Mythen, jak i wszystkie inne ludzkie osady, wznosił mury, a myśmy kopali wilcze doły, wystawiali warty, żeśmy starali się, jak my mogli, postawić własną nienawiść przeciw nienawiści świata, oddając to, cośmy sami od niego dostali. Myśmy się zakopali i przystroili tą nienawiścią, bo co niby innego żeśmy mogli zrobić?
Każda pora roku przynosiła nową grozę. Zimą zimno mogło odmrozić wam palce, jeśliście nie byli ostrożni, śniegu padało tyle, że można się było pogubić, o ile się nie powiązało sznurkiem albo nie było wędrowcem. Śnieg to w sumie tylko stwardniała woda, ale czasem miał w sobie srebro i wtedy był niebezpieczny. Jeśli żeście wypili wodę z roztopionego śniegu, nie odcedziwszy wcześniej srebra, to wy mogli się pochorować. A starsi ludzie i maleńkie dzieci czasem nawet od tego umierali.
Wiosną śniegi topniały, co było błogosławieństwem, jednak czasem – może raz na cztery czy pięć lat – przychodziła dusząca Wiosna i wtedy coś szczególnego wyłaziło spod śniegu. Ze wszystkich śmiertelnych zagrożeń, najbardziej żem się obawiał nasion dusika, bo atakowały błyskawicznie i trudno się z nimi walczyło. Jeśli nasiono spadło na waszą skórę, toście mieli tylko kilka sekund, żeby je wydłubać, zanim zapuściło korzenie. Dla takiej osoby nie było żadnego ratunku, można tylko było ją dobić, zanim roślina rozsadzi ją od środka.
W Krzyżu Mythen żeśmy starali się nie dopuścić do opadu nasion. Jak tylko robiło się cieplej, Ogień Szańców (którym w moich czasach, jak już ja wspominał, była Catrin Vennastin) wysyłał biegaczy, żeby sprawdzili, czy drzewa dusika nie wzięły i nie zakwitły. Jeśli znaleźli jakieś kwiaty, Ogień brała do ręki miotacz ognia i szła do lasu. Pamięć Szańców planował dla niej trasę, a wyruszało z nią dziesięciu silnych włóczników, towarzysząc jej, gdy wypalała drzewa, zanim zdążyły rozsiać nasiona. Włócznicy mieli za zadanie zabić albo przepędzić każde zwierzę, które mogło się pojawić, pilnowali pleców i boków Catrin, gdy używała miotacza na drzewach i spopielała nasiona w zalążkach. Przeciwko drzewom dusika niespecjalnie byli pomocni, więc Catrin i jej włócznicy wychodzili tylko wtedy, gdy niebo było mocno zachmurzone, a jeśli tylko wyjrzało słońce, czym prędzej pędzili do oczyszczonej ziemi.
Lato było najcięższe, ponieważ większość stworzeń już się przebudziła i chodziła po świecie. Nożniki pikowały w dół w promieniach słońca i było je widać wyraźnie, żmikrety wyłaziły spod ziemi, szczury i dzikie psy, i igły wychodziły z lasu. Wszystko, co było duże i chodziło samotnie, było problemem, z którym Fer Vennastin musiała sobie poradzić. Fer była Strzałą Szańców. Zabijała bestie swoimi piorunami. A jeśli nadlatywał dron, przynosząc z nieba swoje straszne ostrzeżenie, najczęściej Fer się tym zajmowała. Ale miała tylko trzy pioruny, co oznaczało, że ktoś musiał po nie chodzić. Żeśmy nie mogli stracić żadnego z nich.
Jeśli nadciągały dzikie psy albo roje nożników, radził sobie z nimi Nóż Szańców. Loop Vennastin nosił to miano, gdy ja był młodszy, a potem Mardew przeszedł próbę i odziedziczył tytuł, gdy Loop zmarł. Kiedy atakował rój, to Nóż Szańców stawał mu naprzeciwko i walczył z nimi, obserwował i ciął potwory na kawałki. A potem my mogli ugotować i zjeść mięso, przynajmniej jeśli nie było w nim robaków ani topiarzy. Zarobaczonego albo stopionego mięsa żeśmy unikali, bo nawet jeśli zakopało się je albo oczyściło z tego, co było widać, i tak dużo pasożytów jeszcze w nim zostawało.
Walki ze szczurami toczyły się daleko od nas. Zwykle to łowcy je widywali, gdy stada przecinały im drogę. Zazwyczaj mijali się tylko głęboko w lasach, uważnie się obserwując, mając włócznie i kły w pogotowiu.
Wielu ludzi się dziwiło, jak szczury mogą podróżować po lesie nawet w najgorętszą pogodę, bo wyraźnie nie obawiały się słońca. A potem pewnego razu Perilu Vennastin, Pamięć Szańców, zapytał o to bazę danych. Baza danych wzięła i odpowiedziała, że szczury miały w sobie coś takiego, co wypacały, gdy wychodziło słońce, a co powstrzymywało drzewa dusika przed zbliżaniem się do nich, a nasiona dusika przed otwieraniem się na ich skórze i wrastaniem w głąb ciał.
Nie muszę wam chyba mówić, że dla nas coś takiego byłoby wspaniałym. My byśmy mogli chodzić po lesie bez lęku. Drzewa były naszym największym problemem, zawsze, i to one zmusiły nas do takiego życia. Dlatego przestrzeń wewnątrz murów zawsze była oczyszczona, na pięćdziesiąt kroków od murów wszystko żeśmy wypalali i posypywali ziemię solą. Dlatego nigdy żeśmy nie chodzili polować, chyba że w deszczowe albo pochmurne dni, i dlatego paskudne dni Lata oznaczały suszone mięso – jeśli się miało szczęście – albo korzenną papkę i twarde włókna, jeśli się miało pecha. Dlatego żeśmy postrzegali świat, jakby składał się głównie z drzew i tego, co poza nimi, czyli pasa ziemi między płotem i wilczymi dołami, który żeśmy nazywali pół zewnętrzem. Wszystko inne było obce.
Drzewa dusika szybko wyrastały w górę i mogły rosnąć wszędzie. Jedynym sposobem, żeby się ich pozbyć, było wykorzenienie lub spalenie każdego nasionka, które tylko spadło. Jeśli spadło na ziemię i nikt go nie zauważył, to w ciągu jednego obrotu wyrastało na trzy stopy, a rankiem było już wyższe od mężczyzny.
Wiem, że nie zawsze tak było. Jeśli chcesz opowiedzieć historię o dawnym świecie, zwykle zaczynasz od „Dawno, dawno temu, gdy drzewa były jeszcze strasznie powolne…”. Nasze drzewa nie były powolne. Nasze były strasznie szybkie.
Jeśli przechodziło się obok pojedynczego drzewa, to nie miało takiego znaczenia. Możesz oberwać, ale pozbierasz się po tym. Jeśli jednak byliście w lesie i chmury się rozeszły, przepuszczając słońce, to niech was Dandrake chroni. Drzewa zaczną zbliżać się do was z każdej strony i w końcu nie będziecie mieli miejsca na ucieczkę. A one wtedy zmiażdżą was na śmierć.
Pamięć Szańców miał na ten temat informacje, ale jak wszystko, co wygrzebał z bazy danych, były one zapisane w starych słowach, których nie dało się już zrozumieć. Mówił, że dawno temu był taki czas, że prawie wcale nie było drzew. Wymarły, bo ziemia nie mogła ich wykarmić i nie padał deszcz. Więc ludzie tamtych czasów sami sobie wzięli i zrobili drzewa. Albo raczej zmienili te, które ocalały. Sprawili, że rosły szybciej, to po pierwsze. No i potem nauczyli je czerpać składniki odżywcze w inny sposób, żeby mogły rosnąć tam, gdzie ziemia była jałowa, czyli w tamtych czasach w większości miejsc.
Kiedy drzewa zaczęły się poruszać same z siebie, to jeszcze nie polowały. Najpierw szukały słońca, które było dla nich pokarmem i napojem. Ale jak tylko zaczęły się poruszać, to różne stworzenia zostały między nimi uwięzione i zmiażdżone. A drzewom spodobał się smak martwych zwierząt i ludzi.
No i wyciągały z nich składniki odżywcze. Wcześniej już były rosiczki i muchołówki. No to teraz wszystkie drzewa tak potrafią. Bo ludzkość zmieniła je tak bardzo, że teraz zaczęły zmieniać się same z siebie.
Wiedziały już, gdzie były żywe stworzenia. Nauczyły się lepiej je chwytać i zabijać, i pożywiać się tym, co z nich zostało. I nauczywszy się tego, wzięły i zaczęły kolejne zmiany, których już nie dało się zatrzymać. Ludzie musieli nauczyć się z tym żyć i żyją tak po dziś dzień.
Kiedy żem pierwszy raz o tym usłyszał, zakręciło mi się w głowie. Trudno było pojąć, że ludzie dawnych czasów mieli tak rozległą wiedzę i wielką moc. Byli po prostu panami drzew! Mogli powiedzieć im „rośnijcie”, a potem „przestańcie” i drzewa ich słuchały, jak słuchają konie czy psy. Co prawda nie rozkazywali im słowami, tak mówił Pamięć Szańców. Robili to przez coś, co nazywali genetyką. Nikt w Krzyżu Mythen nie wiedział, czym ona właściwie była, ale wszyscy uznaliśmy, że można by jej użyć do mniej niszczycielskich rzeczy.
No, ale żem odszedł od mojej opowieści, a ja mówił o bazie danych i szczurach, i o tym, że ich pot zostawał na ich skórze i nie pozwalał drzewom się zbliżyć, a to było dla nas zupełną nowością. Kiedy Pamięć Szańców powiedział o tym Zapieczętowanemu Dworowi, to wymyślili i przegłosowali plan, żeby zrobić łowcom płaszcze ze skór szczurów, żeby mogli wchodzić do lasu w słoneczne dni. I skończyło się tak, że Molo Skórnik wziął i zrobił taki płaszcz ze skór, które zdobyli łowcy. Ale odmówił założenia go na siebie.
Więc Catrin szukała ochotników, oferując podwojenie racji przez miesiąc, potem przez dwa i przez trzy. Ulli Trethor, jako że był kaleki i mizerny, wreszcie się zgłosił i powiedział, że pójdzie do lasu, ale Catrin w końcu zmieniła zdanie. Myślę, że zrozumiała, co będzie, jeśli Ulli umrze i nie chciała przyłożyć do tego ręki.
Przez jakiś czas potem żeśmy mieli problem ze szczurami. Wiedziały, że my zabili kilka z nich i atakowały naszych łowców, jak napotkały ich w lesie. Z tego, co pamiętam, nikt nie zginął, ale mężczyźni i kobiety wracali ze śladami szczurzych zębów na ramionach i rękach, a czasem z poszarpanymi nogami. Zdobywanie świeżego mięsa było straszne przez jakiś rok, a potem Catrin wreszcie kupiła nam pokój podarkiem ze skór i szklarnianych cebul.
Lato czasami przypominało oblężenie. Wtedy najciężej było polować, opuszczeni ludzie byli strasznie głodni i zdesperowani. Mury pomagały, podobnie jak wilcze doły, a przede wszystkim najbardziej pomagały Szańce. Ale niezależnie od tego, czy się było w domu, czy na zewnątrz, zawsze miało się poczucie, że coś chce skoczyć ci na plecy, przygwoździć do ziemi i rozerwać na strzępy. A jeśli żeście wyszli poza bramy, to niech was Dandrake strzeże.
Przede wszystkim przy pięknej pogodzie myśmy zostawali za murami. Czasem żeśmy się bawili w tym, cośmy nazywali zniszczonym domem. Były to ruiny na południu wioski, tuż przy murze. Wiele domów we wsi stało pustych, chociaż i tak było ich mniej niż kiedyś. Jednak zniszczony dom był największy, kiedyś pewno był świątynią umarłego boga albo Dandrake’ a. Był wysoki tak, że mógłby służyć za wieżyczkę strażniczą, chociaż jego podłoga się zapadła, no i nie było z niego widoku na nic innego niż kawałek wzgórza. Ściany były dziurawe i miejscami zburzone, co oznaczało, że świetnie nadawały się do wspinaczki. No to żeśmy włazili na nie, coraz wyżej i wyżej, i wydrapywali kreski w kamieniu, żeby zaznaczyć, jak wysoko żeśmy weszli.
Albo czasem my wchodzili do Podziemi, co było najgłębszym miejscem, gdzie dało się znaleźć pod ziemią. Na tyłach Twierdzy Szańców było maleńkie okrągłe okienko, które miało obluzowaną ramę. Dało się ją podnieść i wślizgnąć do środka, jeśli było się dostatecznie małym. Myślę, że pani Catrin i cała reszta wiedzieli, że tak było, ale nigdy tego nie naprawili. Nigdy żeśmy nie mieli więźniów tam w lochach, mimo że byłoby dla nich miejsce, a magazyny znajdowały się w zamkniętych pomieszczeniach, więc żeśmy nie mogli dorwać się do stosów moreli, które suszyły się tam w oczekiwaniu na Zimę. Godzinami żeśmy biegali po tunelach i korytarzach, bawiąc się w chowanego czy w ciuciubabkę.
Raz, gdyśmy się bawili w Podziemiach, ja się schował gdzieś, gdzie ja nie powinien. Były tam drzwi, które tak naprawdę były dwoma parami drzwi, jedną za drugą. Jedne drzwi miały tylko skobel, ale te drugie miały zamek wielkości ludzkiej głowy. To żem otworzył skobel, wślizgnął się do środka i zamknął drzwi za sobą.
Haijon wściekł się, gdy mnie tam znalazł.
– Jeśli moja mama by cię tam znalazła, to tak by ci dała po głowie, że aż by zadzwoniło! – powiedział. – I nikt z nas nie mógłby się już tu bawić.
– A czemu? – zapytała Młócka. – Czy za tymi drzwiami jest coś złego?
Haijon tylko wzruszył ramionami, jakby nic go to nie obchodziło.
– Nie ma tam nic specjalnego – stwierdził. – Po prostu więcej magazynów. Jest tam miód i twaróg, i trochę sucharków. Ale mama pomyślałaby, że włamujemy się do spiżarni.
Młócka spojrzała na mnie i przewróciła oczami. Haijon nigdy nie był dobrym kłamcą, zwłaszcza w ważnych sprawach. Myślę, żeśmy obaj wiedzieli, co jest w tym magazynie, ale nigdy żeśmy o tym nie rozmawiali. A ja wiedział o czymś jeszcze – o sekretnej rzeczy, którą żem dostrzegł, gdym spojrzał przez drugie drzwi. Ale coś sprawiło, żem zachował to dla siebie, sądząc chyba, że będą kłopoty, jakbym o tym powiedział. I tak były kłopoty, ale to potem o tym opowiem.
Często po tych zabawach żem wracał późno do domu. Jemiu bardzo się wtedy na mnie złościła i może myśmy się wzięli i pokłócili. Ona mówiła, że powinienem być w domu i pracować, bo tyle było do roboty. Ja odpowiadał, że zbliżało się moje Oczekiwanie, kiedy zostanę mężczyzną, a wtedy będę mógł robić, co mi się podoba. Żem powinien być mądrzejszy. Jemiu nie złościła się na moje lenistwo. Gdy nie było mnie w domu przez dłuższy czas, to nie wiedziała, co się ze mną dzieje i martwiła się, że stało się coś złego. Jak już żem mówił, zawsze okazywała nam miłość w szorstki sposób.
Potem wreszcie dni zaczęły być krótsze i Lato się skończyło. Jesień to był czas odbudowy murów, łapania drewna na budowę i gromadzenie takiej ilości żywności, żeby przetrwać kolejne dni. Koniec Lata żeśmy świętowali Letnim Tańcem, a na koniec Jesieni my obchodzili Słoną Ucztę. Obu tych uroczystości bardzo żeśmy wyczekiwali.
Takie było nasze życie i wydawało się, że nic tego nie zmieni. Ale zawsze jak sobie tak pomyślisz, to nadchodzi zmiana. Opuszczasz gardę, no prawie, a wtedy życie wali cię od odsłoniętej strony. Bo życie jest właśnie zmianą, nawet jeśli wydaje się, że po prostu stoi w miejscu. Stanie w miejscu to ludzka rzecz, jak przekora wobec życia, ale nigdy nie udaje nam się być przekornym przez długi czas.5
Wreszcie żem miał skończyć piętnaście lat, co zmieniało wszystko w życiu chłopca czy dziewczynki. W Krzyżu Mythen to było tak: od dnia piętnastych urodzin do następnego Przesilenia Letniego traciło się nazwisko rodzinne i przybierało miano Oczekiwania. Gdy ten czas nadchodził, opuszczało się dom rodzinny i przeprowadzało się do Domu Oczekiwania, który znajdował się tuż przy głównym placu, obok Twierdzy Szańców. Myślę, że to nam miało pokazać, że każdy po Oczekiwaniu mógł zostać włączony w poczet Szańców, o ile przeszedł próbę.
Dom Oczekiwania był olbrzymi. W chłopięcej sypialni było dwanaście łóżek, a w dziewczęcej kolejne dwanaście. Myślę, żem wtedy mógł pomyśleć o tym, że kiedyś w Krzyżu Mythen żyło dużo więcej ludzi, a teraz została nas ledwie garstka. Ale piętnastoletni chłopcy nie myślą o przeszłości, tylko się mierzą z teraźniejszością. Mi takie myślenie przyszło dużo później w zupełnie innym miejscu i miało swoją cenę.
W moim roczniku było nas tylko trzech. Veso Pastuch byłby czwarty, gdyby nie to, że nie chciał przechodzić Oczekiwania pod dziewczęcym imieniem, które nadała mu matka, a Prawo Szańców mówiło, że nie musiał. Veso bardzo się z tego cieszył. Prawo Szańców przynajmniej pozwoliło mu zostać tym, kim był, chociaż nie darzono go za to szacunkiem. Jego matka była nieco bardziej okrutna, bo wierzyła w trudne lekcje Dandrake’ a.
W każdym razie Haijon zaczął Oczekiwać jako pierwszy i miał dom tylko dla siebie. Gdy ja dołączyłem w kwietniu, a Młócka w maju, to już ustawił tam wszystko pod siebie. Na środku chłopięcej sypialni stała plansza do gry w kamienie, a na ścianach były rysunki orłów i drzewnych kotów. Haijon namalował je wszystkie kredą, którą ktoś przyniósł mu z polowania – chyba była to jego ciotka Fer. Rysowanie to była kolejna rzecz, w której był dobry. Patrząc po jego posturze i rozmiarze jego dłoni nie pomyślelibyście, że ma do tego smykałkę. Miał kredę tylko w jednym kolorze, białą, ale cieniował, rysując różne linie, przez co orły pokryły się piórami, a drzewne koty sierścią.
– Dzięki Dandrake’owi, że jesteś! – powiedział do mnie, gdym wszedł do domu ze śpiworem zwiniętym pod pachą. – Myślałem, że tu umrę z nudów!
Ale powiedział to z uśmiechem. Pierwszą rzeczą, którą zrobił – po tym, jak pokazaliśmy sobie sekretny znak, jakim było zawinięcie kciuka jednej dłoni wokół kciuka drugiej – to oprowadził mnie po domu, od piwnic po dach, jakbyśmy przeżywali razem wielką przygodę. On chyba też to tak odbierał.
Jemiu wcale nie była taka szczęśliwa, że odchodzę. Mocno mnie ścisnęła i powiedziała, żebym dbał o siebie i robił, co trzeba. Głos jej drżał od łez. Pamiętam, że po Judzie nie płakała, gdy porwali go opuszczeni ludzie, ale prawie rozpłakała się, gdy przechodziłem Oczekiwanie, mimo że byłem jej czwartym dzieckiem, które odchodziło (i byłbym piątym, gdyby Jud przeżył dostatecznie długo).
– Po prostu się boję – powiedziała. – Mam złe przeczucia. Czuję się podle, pozwalając ci odejść, Koli. Taka prawda.
Dała mi trochę orzechów i jabłko zawinięte w liść oliwny, i pocałowała mnie w policzek. To był jeden jedyny raz, gdy mnie pocałowała, jak daleko sięgam pamięcią. Prawie żem się wtedy rozpłakał, ale w wieku Oczekiwania to byłby straszny wstyd.
Moje siostry, Athen i Mull, uwiesiły mi się na szyi i życzyły powodzenia. Athen powiedziała, że to nic takiego i szybko minie, bo przecież dla niej tak było, ale wszyscy mieli jednak gdzieś z tyłu głowy pytanie: a co, jeśli okażę się Szańcem, a nie Drzewnikiem? I nigdy już nie wrócę do domu? I wstyd się przyznać, ale taka myśl była dla mnie ekscytująca. Oczami wyobraźni żem widział siebie z dawnymi technologiami w dłoni, stojącego za murem z martwymi opuszczonymi ludźmi leżącymi u moich stóp. I żem wyobrażał sobie, jak Młócka na mnie patrzy oczyma błyszczącymi od miłości, o której bała się powiedzieć. Wtedy żem dużo o niej myślał. Ja był piętnastoletnim chłopcem.
Żem się pożegnał, trochę z żalem, a trochę z głodem, i żem poszedł do Domu Oczekiwania. Leżał może o pięćset kroków dalej, ale ja miał wrażenie, że udaję się do innego świata. I to trochę tak było, bo młodszym dzieciom nie wolno było postawić stopy za progiem tego domu. Zakazywano im tego.
Nigdy żem nie widział niczego podobnego do wnętrza Domu Oczekiwania. Ja bywał w Twierdzy Szańców na spotkaniach – oczywiście w Zapieczętowanym Dworze, nie w środku rezydencji – i Dom Oczekiwania nie był aż tak duży. Ale mieszkało tam tylko dwóch chłopców, a nie cała wioska, i tak duża przestrzeń tylko dla nas to było coś cudownego. To dla Haijona musiało być równie dziwne, mimo że mieszkał w Twierdzy Szańców. Dla mnie to było jak sen na jawie.
Myśmy byli zwolnieni ze wszystkich wspólnych prac, a nasze jedzenie – takie samo, jak to serwowane Szańcom – przynoszono nam o świcie i zmierzchu. Żeśmy nie mieli do roboty nic innego jak tylko grać w gry, śpiewać piosenki, opowiadać sobie historie i biegać po całym budynku jak szaleńcy. Oczywiście, najczęściej żeśmy grali w kamienie, ale czasem też żeśmy sobie coś wyobrażali. My udawali, że dom był dziczą, którą my eksplorowali, albo żeśmy bawili się w przebudzony las i wtedy wszystkie krzesła i stoły były drzewami, których jeśli my dotknęli, budziły się i próbowały nas zmiażdżyć. To był dobry czas i teraz wspominam go z podziwem. Ciężko przyznać, jak niewiele wtedy żem myślał o różnych rzeczach.
O próbie, która mnie czekała, i o tym, co z tego mogło wyniknąć. O Haijonie, i kim był poza tym, że moim przyjacielem. O Szańcach i czego mogli oczekiwać względem swojego syna. Jakoś to będzie, żem myślał wtedy.
I jak żem wspominał, myśmy byli sami, ale nie było prawa zabraniającego wizyt rodziny – poza najmłodszymi jej członkami, którzy nie mogli przekroczyć progu Domu Oczekiwania, zanim oni nie będą Oczekującymi. Moja matka była zwykle zbyt zajęta pracą, ale przychodziła razy czy dwa razy w tygodniu, żeby przynieść mi wieści z wioski. Przynosiła mi też podarki: malinowy twarożek, który zrobiła rok wcześniej, albo flet wyrzeźbiony z wiśniowego drewna. Athen i Mull też przychodziły tak często, jak mogły, ale nigdy nie zostawały na długo. Myślę, że Dom Oczekiwania budził w nich zbyt wiele wspomnień.
Potem Młócka przyszła Oczekiwać i żeśmy nie mieli już domu tylko dla siebie. Bo jak tylko znaleźli się tam chłopcy i dziewczęta, to oczywiście ktoś musiał nas pilnować. Więc w dniu, kiedy Młócka przeszła przez drzwi, Shirew Uzdrowicielka przyszła zamieszkać w pomieszczeniu, które nazywano pokojem klucznika. Ufała nam mimo wszystko, a poza tym była zajęta pracą, która była ważniejsza od naszego zachowania, więc wiele razy żeśmy zostawali sami. I nasze rozrywki niespecjalnie się zmieniły, bo Młócka też lubiła gry, piosenki i historie. Może nawet bardziej od nas.
Miała też smykałkę do muzyki i pokazała mi, jak grać na flecie od mojej matki. Jak go trzymać, jak wydobywać z niego dźwięki, jak obniżać albo podwyższać tony, kładąc palce na dziurkach. Kiedy wcześniej żem próbował na nim grać, to tylko w niego dmuchałem i ja odkładał go z powrotem, ale Młócka nauczyła mnie, jak wygrywać na nim melodie, co było dla mnie niesamowite.
I myślę, że wtedy, kiedy zaczęła mnie uczyć, to żem się w niej zakochał. To, co zrobiła Lari po utracie palców, sprawiło, żem ją podziwiał, a poza tym rysy jej twarzy i jej figura przypadły mi do gustu, jeszcze zanim żem to sobie uświadomił. Ale to jeszcze nie miłość, mimo że czasem można to uczucie z nią pomylić. Mieszkając z Młócką ja poznał, kim naprawdę była, i podobało mi się to bardziej, niż potrafię wyrazić.
Najbardziej żem lubił słuchać jej historii. To nie były historie w stylu tych, które Pamięć Szańców opowiadał w Zapieczętowanym Dworze, lecz historie wymyślone przez nią, wszystkie szalone i pozbawione kształtów. Były w nich potwory, miejsca i przedmioty z dawnych czasów, a ja, ona i Haijon żeśmy byli w nich bohaterami. Wiele z nich zaczynało się od tego, żeśmy wyruszali z wioski, żeby uratować zaginione dziecko, żeby coś zbadać albo znaleźć coś, co dawno się zgubiło. Jedna z nich była o tym, żeśmy dotarli do Półosi i myśmy znaleźli tam mojego brata, Juda, który tam mieszkał. Innym razem dotyczyły jej ojca, Mola, którego zatrzymały drzewa dusika i nie mógł wrócić do domu. W jednej z historii żeśmy szli przez Sążeń i Kurtynę, gdzie wziął i porwał nas czarnoksiężnik Stannabanna, pan opuszczonych ludzi i ludzi bez twarzy, którzy żyli pod ziemią na Polu Czaszek i wychodzili tylko po to, żeby napaść na podróżnych i pożreć ich oczy i języki. Zawsze na początku było strasznie i wyglądało na to, że przegramy, ale za każdym razem myśmy wywinęli się przy pomocy takiej czy innej sztuczki.
Czasami opowiadała historie o Londynie i londyńskich bohaterach, czyli Gawędziarzach. Byli strażnikami, którzy strzegli skarbca w Londynie, w Pałacu Westernmost, gdzie król zgromadził bogactwa. Były wśród nich liczne wytwory technologii, które nigdy się nie psuły, ponieważ Gawędziarze byli najbardziej zajadłymi wojownikami, jakich nosił świat. Ich duchy nadal strzegą skarbu i zabiją każdego, kto po niego sięgnie.
Gdy Młócka opowiadała, to my z Haijonem słuchali bez słowa. Czasem Shierew Uzdrowicielka przechodziła obok drzwi i słyszała jej historie, a wtedy przystawała, by posłuchać, jak się skończą. Kiedy opowieść dobiegała końca, myśmy krzyczeli i walili rękoma w podłogę, żeby pokazać, że nam się podobała. Shierew nigdy w tym nie uczestniczyła, ale kiwała głową i raz nawet powiedziała „brawo”. To w języku dawnych czasów oznaczało, że historia była dobra.
Myślę, żem ja też podobał się Młócce. No, żem wiedział o tym, ale nie wiedział, czy podobałem jej się tak bardzo, jak ona mi. Oczywiście, nawet żem nie śnił o tym, żeby powiedzieć, że ją kocham. Ja myślał o tym, żeby powiedzieć o tym Haijonowi, bo żem przecież mówił mu o wszystkim innym, co przeszło mi przez myśl, ale zawsze, jak żem chciał mu się przyznać, to coś mnie powstrzymywało. To była tajemnica, którą żem trzymał w sercu i pilnie strzegł. I podobnie jak tajemnica drzwi w Twierdzy Szańców wpłynęła na to, jak potoczyło się moje życie.
No, ale czas płynął szybko i zbliżał się czas naszej próby. Raczej nie pamięta się, jak to było, ani co znaczyło, więc powiem wprost.
Taka próba miała wpływ na wasze imię, los i resztę waszego życia.