Księga o niewidzialnym - ebook
Księga o niewidzialnym - ebook
Nowe, piękne wydanie bestsellerowego zbioru Erica-Emmanuela Schmitta.
„Księga o Niewidzialnym” to zbiór najpiękniejszych opowieści Érica-Emmanuela Schmitta, który z niezrównaną wrażliwością pisze o nadziei, miłości i śmierci.
Na kartach książki znalazły się najsłynniejsze dzieła pisarza, który swoją twórczością zdołał poruszyć miliony serc na całym świecie: „Oskar i pani Róża”, „Pan Ibrahim i kwiaty Koranu”, „Dziecko Noego”, „Zapasy z życiem” oraz buddyjska baśń „Milarepa”.
Historie te dotykają najczulszych strun ludzkiej wrażliwości i przypominają o prawdziwym sensie życia – Niewidzialnym, lecz możliwym do odkrycia.
„Książki Schmitta mówią o największych wartościach w życiu w sposób najzwyklejszy, nieomalże dziecięcy”.
/Anna Dymna/
„To literatura dobrych wiadomości. Niezależnie od tego, jak ciężkiej materii dotyka autor, dźwiga czytelnika, daje mu nadzieję”.
/Wojciech Bonowicz/
Podaruj sobie i swoim bliskim księgę, która pomaga odnaleźć w życiu piękno i niewidoczny sens wszystkiego.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-7365-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wysokie góry… dom zbudowany na skałach, czerwony dom, w kolorze stonowanej czerwieni, czerwieni zachodzącego słońca. Niżej ścierwa psów, rozkładające się pośród chmary much… Uginałem się pod naporem wiatru. We śnie stałem na własnych nogach, lecz miałem wrażenie, że znajduję się bardzo wysoko, wyżej niż ja sam, ponad ciałem, dość drobnym i wysuszonym jak skrzydło motyla. To było moje ciało, a zarazem nie moje. W mych żyłach płynęła niewyczerpana nienawiść, każąc mi przemierzać ścieżki w poszukiwaniu pewnego człowieka, którego chciałem zabić swoim kijem pasterskim. Nienawiść była tak silna, niczym czarne kipiące mleko, że w końcu się przelała i mnie zbudziła.
Znów byłem sobą, nikim innym, i leżałem we własnym łóżku, w pokoju na Montmartrze, pod paryskim niebem.
Ubawił mnie ten sen.
Lecz sen powrócił.
Skąd się biorą sny?
I dlaczego ten się mnie uczepił?
Każdej nocy wracałem na długie kamieniste ścieżki z tą samą żądzą zemsty w sercu. I wciąż te ścierwa psów, i ten kij w mojej dłoni, szukający człowieka, którego miał zatłuc.
Zaczął mnie ogarniać strach. Sny zazwyczaj się pojawiają i zaraz odchodzą w zapomnienie. Ten jednak się zadomowił! Żyłem teraz w dwóch światach, równie trwałych, równie stabilnych: tu, w Paryżu, w świecie dnia, w którym obijałem się o te same meble, o tych samych ludzi, w tym samym mieście, oraz tam – tam, ale gdzie? – w świecie wysokich skalistych gór, w którym chciałem zabić człowieka. Skoro te sny wciąż się powtarzają, przeplatając się z życiem na jawie, jak tu nie uwierzyć, że chodzi o drugie życie? Jakież drzwi otworzył mi ów sen?
Musiały upłynąć dwa lata, zanim odpowiedź przybrała twarz pewnej kobiety.
Była to kobieta ulotna, niczym dym z jej własnego papierosa. Siedziała w głębi kafejki, do której przychodziłem na śniadanie, sama przy stoliku, ze spojrzeniem zagubionym w spowijających ją oparach dymu. Chrupałem rogalika, przyglądając się jej bez żadnej ukrytej myśli, tak po prostu, ponieważ należała do tych osób, które obserwujemy, nie bardzo wiedząc, dlaczego przyciągają naszą uwagę.
Kobieta wstała i usiadła naprzeciw mnie. Wyjęła mi rogalika z rąk i go dojadła. Zrobiła to w sposób tak naturalny, że nie zaprotestowałem. Potem popatrzyła mi w oczy:
– Ty jesteś Svastika powiedziała. – Jesteś stryjem. Jesteś człowiekiem, przez którego wszystko się wydarzyło, kamieniem, o który się potykamy na początku drogi.
– Nie sądzę – odparłem zwyczajnie. – Jestem Simon.
– Nie – powiedziała kobieta.
– Ależ tak, Simon od trzydziestu ośmiu lat.
– Nie wiesz o niczym – stwierdziła autorytatywnym tonem. – Masz na imię Svastika. Od wieków przemierzasz we śnie góry, usiłując oczyścić duszę. Chciałbyś się uwolnić od nienawiści. Osiągniesz to jedynie poprzez opowiadanie historii tego, którego zwalczałeś, historii Milarepy, największego spośród pustelników. Kiedy już ją opowiesz sto tysięcy razy, wywiniesz się wreszcie od samsary, swej nieustannej wędrówki bez końca.
Wróciła na swoje miejsce i usiadła, odgradzając się niebieskawym, chwiejnym murem dymu.
– Sto tysięcy razy – powtórzyła – rozumiesz, co mówię, sto tysięcy…
Oczywiście powiedziałem sobie, że jest obłąkana, ale zapamiętałem te dwa imiona, Svastika i Milarepa, stryj i bratanek, i przeprowadziłem poszukiwania, aby ich zidentyfikować. W pewnej bibliotece natrafiłem na pieśni Milarepy, czcigodnego i potężnego jogina. Wybrałem się w podróż do Tybetu, ponieważ chciałem dotrzeć hen, wysoko, na dach świata. Przeczytałem także wiersze, które Milarepa pozostawił swoim uczniom. I tak, w wieku trzydziestu ośmiu lat, dowiedziałem się, że faktycznie mam na imię Svastika i noszę je od dziewięciu stuleci.
Powiedziały mi to moje sny: byłem psem, mrówką, gryzoniem, gąsienicą, kameleonem i muchą gnojną. Do tej pory za rzadko wiodłem życie człowieka, by uwolnić się dzięki opowiadaniu. Raczej nie miałem szczęścia do wcieleń. Zbyt często byłem szczurem lub myszą. Zbyt często znajdowałem śmierć w potrzasku lub w paszczy kota. Muszę to nadrobić w obecnym ciele. Tego wieczoru, zgodnie z moimi obliczeniami i obliczeniami z moich snów, chyba się zbliżam do stu tysięcy… Czy to dziewięćdziesięciodziewięciotysięczny dziewięćdziesiąty dziewiąty raz? A może stutysięczny? Kiedy w grę wchodzą takie liczby, nie możecie wymagać dokładnych rachunków…
Moja historia zaczyna się w Tybecie, w prowincji środkowo-północnej. Byłem pasterzem.
Pewnego dnia demony wniknęły w ciała moich kóz i jaków. Zwierzęta pociły się z gorączki, drżały im nogi, zataczały się. W ciągu kilku dni pozdychały, tocząc pianę z pysków. Zaraza mnie zrujnowała.
Mając ze sobą zaledwie kilka tobołków, przybyłem wraz z żoną i wszystkimi synami do swojego kuzyna. Ten przyjął nas w Kjangacy bardzo serdecznie. W jego domu dorastał mały Milarepa, który wybiegł nam na powitanie.
Pamiętam jego pierwszy uśmiech, na progu, kiedy przytrzymywał otwarte drzwi.
Mały Milarepa bardzo się wzruszył na wieść o naszych nieszczęściach. Użalał się nad nami, obejmował nas, chciał oddać moim synom wszystkie swoje zabawki. A kiedy się dowiedział, że zostało nam, mnie i mojej żonie, wyłącznie to, co mieliśmy na sobie, jedyne ubranie, które mogliśmy prać tylko w ciepłe dni, zalał się łzami. W jednej chwili jego litość odziała mnie w zawszone łachmany. Jego dobroć mnie przygnębiła. Tamtego wieczoru szloch Milarepy uświadomił mi, iż jestem nędzarzem. Właśnie tamtego wieczoru, jak sądzę, wieczoru pełnego łez, zrozumiałem, że już zawsze będę go nienawidził.
Ciężko pracowałem. W tamtej okolicy łatwo było o pieniądze. W ciągu kilku lat zgromadziłem fortunę.
Milarepa miał sześć lat, kiedy stracił ojca. Mój kuzyn, w testamencie, powierzył mi opiekę nad nim, a także nad jego siostrzyczką i matką. Otrzymałem przejściowo wszystkie ich dobra, jaki, konie, owce, krowy, kozy, osły, trójkątne pole i mniejsze poletka, jak również całą zawartość spichlerza, złoto, srebro, miedź, żelazo, turkusy, jedwabne tkaniny oraz zapasy ziarna, do czasu aż Milarepa osiągnie odpowiedni wiek, aby samemu prowadzić gospodarstwo.
Nad ostygłym ciałem kuzyna, pośród lamentów jego bliskich, postanowiłem, że mały Milarepa już nigdy nie będzie się uśmiechał tak, jak ośmielił się uśmiechnąć do mnie, że już nigdy nie będzie się zalewał tymi łzami współczucia, tymi zbyt słodkimi łzami, łzami litującego się bogacza.
Wygnałem go z dużego domu i zmusiłem ich, Milarepę, jego siostrę i matkę, do pracy.
W ciągu kilku lat matka zmieniła się w przygarbioną, niedołężną, bezzębną staruszkę o skudlonych siwych włosach. Siostra służyła u innych za pomywaczkę. Co do Milarepy, pobladł, wychudł, a w jego czuprynie, opadającej niegdyś na ramiona złotymi lokami, zagnieździły się wszy i gnidy. Ale mimo wszystko rósł i przystojniał. Czekał na moje dobra jak na swoją należność, trzymał głowę wysoko, wierzył w sprawiedliwość, nazywał mnie stryjem i nawet nie uważał za złodzieja. Nienawidziłem go.
Kiedy skończył dwadzieścia lat i przyszedł upomnieć się o swoje dziedzictwo, zrozumiał, że nigdy mu go nie zwrócę. Długo mi ubliżał, a potem zaczął pić. O świcie wyciągano go pijanego z przydrożnych rowów. Dołączył do zwyczajnych ludzi. Wreszcie się ugiął.
Opuścił naszą krainę. Zniknął. Moja zemsta się dopełniała. Aby była całkowita, wystarczyło mi tylko zaczekać, aż jego siostra na dobre zacznie się sprzedawać, co robiła już od czasu do czasu, kiedy nie starczało jej pieniędzy z jałmużny.
Moi synowie się pożenili. Mój dom wypełniły brzemienne, radosne synowe. Moje bogactwo rosło wraz z ich brzuchami. Wydawało się nawet, że wiosna jest dłuższa i bardziej zielona niż zwykle. Moja małżonka nazywała to szczęściem.
To był dzień zaślubin. Żeniłem swojego ostatniego syna. W wielkiej sali biesiadowało już trzydziestu pięciu gości, kiedy wyszedłem wraz z żoną na zewnątrz, aby wydać polecenia służbie. Czy dobrze zrobiliśmy, wychodząc?
Ze stajni wypadła przerażona służąca.
– Panie, panie – krzyczała – konie zniknęły!
Popędziłem w tamtą stronę. Boksy bynajmniej nie były puste, ale zamiast koni zastałem w nich mnóstwo skorpionów, pająków, ropuch, węży i kijanek. Wszystko to wyglądało na czarną magię.
Pobiegłem, żeby ostrzec gości. Było już jednak za późno.
Rozbuchane ogiery i klacze w rui wtargnęły do sali biesiadnej, gdzie pośród piekielnego rżenia parzyły się zlane potem, tocząc pianę z pysków. A wszystkie te znarowione konie, miotając się i głośno parskając, wierzgały kopytami, uderzając w ściany i kolumny. Wystarczyła zaledwie chwila, aby dom się zawalił, runęły krokwie, zapadł się dach i przy wtórze łamanych kości, ostatnich odgłosów rui oraz krzyków rozpaczy uniosła się ogromna chmura dymu.
Potem zapanowała cisza. Zimna i podniosła, cisza wielkich lodowców w mroźnym sercu zimy.
Trzydzieścioro pięcioro mężczyzn i kobiet. Wśród nich moi synowie i synowe. Wszyscy ponieśli śmierć. Moja żona i ja nawet nie mieliśmy siły płakać czy lamentować. Dlaczego i my nie zginęliśmy?
Właśnie wtedy pojawiła się jego matka, Biała Ozdoba, tańcząc z radości na ruinach.
– Dzięki ci, Milarepo, mój synu! Wszystkich nas pomściłeś. Dziękuję, że przez te długie lata wyuczyłeś się czarów. Nie żałuję, że dałam ci wszystkie swoje ukryte bogactwa, abyś mógł otrzymać najlepsze nauki. Brawo, mój synu, dziękuję!
Wstałem, żeby ją zabić, ale przeszkodzili mi w tym mieszkańcy wioski.
– Nie dotykaj jej, bo w przeciwnym razie on się zemści.
Wszyscy stracili kogoś bliskiego podczas masakry zesłanej na odległość przez Milarepę. Każdego ranka ktoś zamierzał pójść zamordować jego matkę. Z każdym rankiem coraz trudniej było powstrzymać kolejnego wzburzonego. Wobec tego Biała Ozdoba puściła w obieg list, który, jak twierdziła, przyszedł od jej syna Milarepy, chociaż jestem pewien, że ona sama go napisała.
„Moja matko – głosił list – jeśli ludzie z tej krainy nadal będą ci okazywali szczególną nienawiść, wyślij mi na piśmie ich imiona i imiona członków ich rodzin. Za pomocą czarów pozbawię ich życia z taką samą łatwością, z jaką rzucam w powietrze odrobinę pokarmu. W ten sposób wytępię ich aż do dziewiątego pokolenia”.
Wieśniacy przyszli do mnie z żądaniem, abym oddał matce trójkątne pole i od tego czasu starali się do niej uśmiechać albo jej unikać.
Chociaż byłem już w podeszłym wieku, zacząłem od nowa gromadzić majątek. Oczywiście nie pozostał mi żaden potomek, któremu mógłbym go zostawić po śmierci, ale wcale o tym nie myślałem, całkowicie pochłonięty odtwarzaniem utraconego bogactwa.
Lato było wspaniałe. Najstarsi ludzie nie pamiętali, żeby kiedykolwiek był tak dobry urodzaj. Szykowaliśmy się do żniw, gdy nagle nadpłynęła mała chmurka, naprawdę bardzo mała, niewiele większa od wróbla.
Potem pojawił się Milarepa, wspiął się na skałę górującą nad doliną i zaczął miotać przekleństwa.
– Zdychaj, Svastiko, ty wężu. Svastiko, ty trucizno, ugryź się w język i udław własnym jadem. Spuchnij! Pęknij! Zgiń! Przepadnij! Jesteś zaledwie plwociną ropuchy, śliną ważki, jęczmieniem w oku, strumieniem szczyn! Jesteś gównem, które sam wysrałeś, gównem o ludzkiej twarzy, gównem na dupie, w dodatku gównem jałowym, bez much i robaków, bezużytecznym gównem, gównem, którym gardzę!
Wziął demony na świadków, wezwał wszystkich świętych, opowiedział o krzywdach, jakich ode mnie doznał, i zapłakał krwawymi łzami.
A wtedy nad doliną zgromadziły się nagle ogromne chmury, ogromne, zdumiewająco czarne chmury. Kiedy krzyknął, zbiły się w jedną masę, jakby pobudzone jego wrzaskiem. Na pola posypał się grad, z gór spłynęły potoki, a porywisty wiatr zacinający deszczem wyrwał wszystko to, czego nie uniosła woda. Przepadły plony, przepadli ludzie i domostwa. Tylko kilku mieszkańców wioski, w tym ja i moja żona, zdołało się schronić w jaskiniach.
Kilka dni temu znów byłem w kafejce, w której jadam śniadanie. Przypatrywałem się ulotnej kobiecie…
(Ach tak, to mówi Simon, nie Svastika, Simon, dziewięć wieków później. Przyzwyczaiłem się, że teraz jestem kilkoma osobami, Simonem i Svastiką, podobnie jak przyzwyczaiłem się wieść dwa żywoty, życie z małą czarną kawą na marmurowym blacie i życie, do którego trafiam za sprawą swych sennych rojeń. Teraz mówię „ja”, mając na myśli niejednego „mnie”. To sprawia, że jest mi lżej. Kiedy byłem tylko mną, miałem wrażenie, że jestem ociężały, unieruchomiony, skrępowany, skazany na siebie jak na więzienie).
… patrzyłem zatem na ulotną kobietę, równocześnie opowiadając historię Milarepy staremu przyjacielowi ze studiów, staremu przyjacielowi, który, jak pamiętam, zawsze wydawał mi się stary, nawet, kiedy miał dwadzieścia lat. Zapytał mnie wtedy, pomiędzy dwoma pyknięciami swojej sceptycznej fajki:
– Wierzysz w magię?
Wyglądało, iż jest to dla niego zasadnicza kwestia, taka jak to, że do chodzenia potrzebne są dwie nogi i miednica. Byłem tak zdziwiony, że nie odpowiedziałem od razu. Przyjaciel mówił dalej:
– Wierzę w burzę gradową, ale nie wierzę, że wywołał ją człowiek i jego zaklęcia. Wierzę, że twój dom się zawalił i że konie oszalały, ale nie wierzę, że katastrofa została spowodowana przez czarownika. A ty co o tym myślisz?
– Ja? Co ja?
– Ty, Simon. Do ciebie mówię!
– Ależ ja nie myślę, ja opowiadam.
Przyznaję, że nie wiedziałem, czy moja odpowiedź była idiotyczna, czy bardzo głęboka. Zresztą, im jestem starszy, tym bardziej zaciera się granica pomiędzy skrajną głupotą a inteligencją. Podobnie jak granica pomiędzy snem a rzeczywistością.
Stary przyjaciel zmrużył oczy i pykając fajkę, długo rozmyślał nad moimi słowami.
Potem wyjął zapałkę i potarł ją, aż wystrzeliła iskra. Pomachał mi zapałką przed nosem.
– Ja wierzę wyłącznie w naukę. Fizyka i chemia wystarczą, żeby wszystko wyjaśnić. No, powiedz mi, skąd się wziął płomień?
Widać było, że kpi sobie ze mnie.
Przytrzymałem zapałkę i zdmuchnąłem płomień.
– Dobrze. Jeśli powiesz mi teraz, gdzie się podział płomień, powiem ci, skąd się wziął.
Ziemia zabliźnia się szybciej niż ludzka dusza. Mijały lata. Odbudowałem swoją posiadłość, swoje gospodarstwo, swoje bogactwo, lecz moi synowie pozostali martwi. Gdy tylko trafiał mi się wolny dzień, brałem swój kij zabójcy i szedłem w góry szukać Milarepy. A zatem od czasu, gdy byłem młodzieńcem o białych zębach, do starości, kiedy posiwiała mi głowa, wciąż nienawidziłem Milarepy. Aż pewnego razu…
Ale jest za wcześnie, żeby o tym mówić. Muszę opowiedzieć historię Milarepy po kolei, bo w przeciwnym wypadku ten raz mógłby nie zostać zaliczony na poczet mojego długu.
Nazajutrz po rzuceniu czarów Milarepa nie zaznał spokoju. W nocy sen mu umykał i powracały obrazy. Tak, powracały twarze wykrzywione z bólu, wyciągnięte ręce, matki szukające dzieci w rwących falach, powracały, podobnie jak bulgot wody zalewającej płuca, przytłaczające myśli w ostatnich chwilach agonii… Milarepa zdał sobie sprawę, że jego moc służy mu tylko do czynienia zła i to napawało go przerażeniem.
Pragnął spokoju, jak spragniony wody. Postanowił udać się do Trowolungu do wielkiego Marpy Tłumacza, który, jak mu powiedziano, jest jedyną osobą zdolną mu pomóc. Przemierzając Dolinę Brzóz, obliczał, ile czasu zajęło mu opanowanie złowróżbnych zaklęć: dwa lata. Powiedział sobie, że bez wątpienia w podobnym terminie posiądzie zaklęcia przynoszące pomyślność. Był niemal szczęśliwy, przekraczając próg domu wielkiego lamy.
Marpa go oczekiwał, ponieważ minionej nocy sen przepowiedział mu tę wizytę, zdradzając, że obaj, Milarepa i on, są ze sobą związani od swoich poprzednich wcieleń. Utkwił w przybyszu oczy w kształcie ziaren jęczmienia.
– Czcigodny lamo, o wielki Marpo. Jestem strasznym zbrodniarzem.
– Jeśli jesteś zbrodniarzem, nie przychodź się obwiniać przede mną. Grzesząc, nie obraziłeś mnie.
– Ofiaruję ci moje ciało, mowę i serce, a ciebie proszę o jedzenie, ubranie i naukę. Zechciej wskazać mi drogę, która prowadzi do jednego tylko życia o wielkiej doskonałości.
Marpa strzepnął swą szatę, jakby coś go podrażniło. Potem opuścił powieki i odparł:
– Przyjmuję dar twego ciała, mowy i serca. Ale nie dam ci jedzenia i ubrania, udzielając ci równocześnie nauki. Albo dam ci jedzenie i ubranie, a nauki poszukasz u kogoś innego, albo udzielę ci nauki, a ty poszukasz gdzie indziej jedzenia i ubrania. Albo jedno, albo drugie. Wybieraj!
– Wybieram twoją naukę.
Marpa zaczął się drapać w łokieć, tak mocno, że sprawiło mu to ból. Milarepa zaś wykrzyknął z entuzjazmem:
– Będę żebrał o jedzenie i ubranie po całej dolinie.
– Zgoda – powiedział Marpa, patrząc na swoje zakrwawione ramię. – A teraz wyjdź ze świątyni i zabierz swoją czarnoksięską księgę. Twój zapach przyprawia figurki bóstw o kaszel.
Przyjęcie, jakie zgotował Milarepie wielki lama, było lodowate. Dużo bardziej gościnna okazała się żona Marpy, która dała mu miskę zupy i wskazała kąt do spania.
Od następnego dnia zaczął żebrać, przemierzając całą dolinę.
W końcu Marpa przyszedł odwiedzić swojego młodego ucznia i zapytał go, jakie zbrodnie popełnił. Milarepa opowiedział o zemście, o czarach, które sprowadziły grad i zniszczenie.
– Bardzo dobrze – rzekł na to Marpa – użyjesz ich ponownie dla mnie. Wdrap się na to wzgórze i ześlij grad na krainy Jadrok i Ling. Potem urządź małą masakrę góralom, którzy okupują przełęcz nad Lhobrag.
Po wykonaniu zadania Milarepa padł na twarz przed Marpą i poprosił o magiczną formułę Bodhi, żeby osiągnąć szczęśliwość.
Marpa poczerwieniał na twarzy i zaczął wypluwać z siebie słowa:
– Co? W zamian za twoje zbrodnie? Za uczynione zło chcesz formuły przynoszącej dobro? Ależ ty nie masz za grosz godności! Nie zasługujesz nawet na to, bym rozpatrzył twoją sprawę, ani nawet żebym z tobą rozmawiał! Teraz idź oddać plony krainom Jadrok i Ling, a potem wylecz górali. Do tego czasu nie chcę cię widzieć.
Milarepa zrozumiał, że musi odkupić swoje winy. Zrobił, co tylko mógł, aby wynagrodzić wyrządzone krzywdy i znów upadł do stóp Marpy.
– Wielki lamo, żałuję za grzechy. Udziel mi twojej nauki.
Marpa poskrobał się po karku. Odkąd widywał Milarepę, nie mógł przestać się drapać.
– Później, później… Czuję, że jeszcze nie dojrzałeś. Łatwiej czynić zło niż dobro. Zło jest szybsze, nie wymaga wysiłku, ale to lep, od którego nie da się tak prędko odkleić…
– Błagam cię, wielki lamo.
– Zbuduj mi okrągłą basztę!
– Słucham?
– Potrzebuję okrągłej baszty. Zbuduj mi okrągłą basztę.
Tak więc Milarepa, nadal zajmując się w godzinach nocnych żebraniem na swoje utrzymanie, zaczął gromadzić i obrabiać kamienie oraz kopać fundamenty. Wytyczał, budował, wznosił… Ramiona i plecy krwawiły mu z wysiłku, lecz baszta pięła się w górę. Kiedy była niemal gotowa, Marpa przyszedł ją obejrzeć.
– Co robisz?
– Kończę twoją okrągłą basztę, o wielki lamo.
– Czyś ty oszalał? Nigdy cię nie prosiłem o okrągłą basztę! Zburz ją natychmiast. A kamienie i glinę odnieś na swoje miejsce!
– Ale… wielki czcigodny…
– Powiedziałem!
Milarepa się podporządkował. Kiedy już wszystko zburzył i odniósł kamienie oraz glinę na swoje miejsce, padł na twarz przed Marpą.
– Wielki lamo, żałuję za grzechy. Udziel mi twojej nauki.
– Zbuduj mi basztę na planie półksiężyca.
Milarepa bez sprzeciwu zabrał się do pracy. Tym razem przynajmniej wiedział, gdzie szukać gliny i kamieni. Nadal zajmując się w godzinach nocnych żebraniem na swoje utrzymanie, zaczął gromadzić i obrabiać kamienie oraz kopać fundamenty. Wytyczał, budował, wznosił… Ramiona i plecy krwawiły mu z wysiłku, lecz baszta pięła się w górę. Kiedy była niemal gotowa, Marpa przyszedł ją obejrzeć.
– Co robisz?
– Buduję dla ciebie basztę na planie półksiężyca, o wielki lamo. Dokładnie taką, jak mi kazałeś.
– Czyżbym miał tak absurdalne wymagania? Zburz natychmiast to paskudztwo. A kamienie i glinę odnieś na swoje miejsce!
– Ale… wielki czcigodny …
– Powiedziałem!
Milarepa miał ochotę się rozpłakać, ale jego ręce i plecy obtarte od noszenia granitowych bloków spłynęły krwią, nie łzami. Znów się podporządkował, odnosząc kamienie i glinę na swoje miejsce.
Rankiem Marpa wszedł do jego celi i spojrzał na niego z miłym uśmiechem.
– Namyśliłem się, Milarepo. Zbuduj mi basztę trójgraniastą.
– Jesteś pewien, wielki lamo?
Wielki lama zaczął się drapać, jakby Milarepa był pchłą lub gzem, czymś bez znaczenia, a mimo to nieznośnym.
– Czyżbym miał w zwyczaju mówić głupstwa?
Tak więc Milarepa, nadal zajmując się w godzinach nocnych żebraniem na swoje utrzymanie, zaczął gromadzić i obrabiać kamienie oraz kopać fundamenty. Wytyczał, budował, wznosił… Ramiona i plecy krwawiły mu z wysiłku, lecz baszta pięła się w górę. Jego ciało było jedną wielką raną. Czasami, po zapadnięciu zmroku, żona lamy przychodziła po kryjomu i przynosiła mu maści na skaleczenia, a także miskę zupy.
Kiedy Milarepa skończył trójgraniastą wieżę, z radością poszedł donieść o tym wielkiemu lamie.
– Wielki lamo, ukończyłem twoją trójgraniastą wieżę. Udziel mi swojej nauki.
– Cóż za niedorzeczność. Zburz tę bezużyteczną budowlę. A kamienie i glinę odnieś na swoje miejsce!
– Ale… wielki czcigodny…
– Powiedziałem!
Wielki lama nawet nie podniósł swych sinych powiek, żeby spojrzeć na Milarepę.
– Nużysz mnie, Milarepo, gdybyś wiedział, jak ty mnie nużysz… Zatem nic nie rozumiesz?
– Nie, wielki lamo, nic nie rozumiem. Widzę jedynie, że byłbyś gotów pomóc komukolwiek, dać formułę szczęścia byle wałęsającemu się psu, który przyszedłby do ciebie ze swoimi pchłami, ale nie mnie.
Na słowo „pchły” wielki lama znów zaczął się drapać.
– Jesteś pijany?
Otworzył oczy i przyjrzał się Milarepie, a jego prawa ręka natychmiast się ożywiła, coraz energiczniej pocierając lewe udo.
– Mam dla ciebie współczucie. Zbuduj mi białą basztę o dziewięciu piętrach zwieńczoną blankami. Ta nigdy nie zostanie zburzona. Kiedy ją skończysz, zdradzę ci sekret.
Tak więc Milarepa, nadal zajmując się w godzinach nocnych żebraniem na swoje utrzymanie, zaczął gromadzić i obrabiać kamienie oraz kopać fundamenty. Wytyczał, budował, wznosił… Ramiona i plecy krwawiły mu z wysiłku, lecz baszta pięła się w górę. Wydawało mu się, że ta propozycja lamy była bardziej obiecująca od poprzednich.
Kiedy wreszcie, po kilku miesiącach, wzniósł białą dziewięciopiętrową basztę zwieńczoną blankami, poszedł po zapłatę za swój wysiłek.
Lama rzucił się na niego, wyrywając mu włosy, wymierzając jeden policzek za drugim i tłukąc nim o ściany. Milarepa nie miał nawet czasu, żeby zareagować. Znalazł się na ziemi, zalany krwią i opuchnięty, a człowiek stojący nad nim w groźnej postawie wypatrywał w jego powiekach najmniejszej oznaki życia, aby wymierzyć mu kolejny cios.
– Jesteś skończonym durniem, Milarepo, największym głupcem, jaki kiedykolwiek dotarł do tego klasztoru! Niczego zatem nie zrozumiałeś? Naprawdę wierzysz, że wszystko można kupić głupią siłą twoich mięśni? Czy naprawdę wierzysz, że jakaś baszta, czy to okrągła czy kwadratowa, na planie półksiężyca, ośmiokątna czy dziewięciopiętrowa może cię zaprowadzić na drogę mądrości? Masz głowę twardszą od pierwszego lepszego kamienia na górskiej ścieżce!
Po tych słowach, ogarnięty wściekłością, znów zaczął go okładać pięściami. Mnisi musieli interweniować, żeby wyrwać Milarepę spod ciosów wielkiego lamy.
W nocy żona Marpy przyszła go pielęgnować.
– To dziwne – powiedziała. – Czemu odmawia ci magicznych formuł, i to tylko tobie? Nie wiem. Mnie jednak mówi, że jesteś jego ukochanym synem… Może chce, abyś mu przynosił prezenty jak inni? Dam ci coś ze swoich rzeczy. Bukłak masła, mały miedziany rondel, a przede wszystkim ten szmaragd, który, jak mi powiedziano, jest bardzo cenny.
Kiedy nazajutrz Milarepa przyniósł dary zawinięte w jedwabną tkaninę, lama przepędził go kopniakami.
– Wszystkie te rzeczy ofiarowano mi już wcześniej! Nie chcę, żebyś mi dawał jako zapłatę coś, co jest moją własnością! Jeśli masz mi coś dać, musisz na to zapracować.
– Odchodzę, wielki Marpo. Zamiast pouczenia dostały mi się jedynie obelgi i cięgi, a moje siły całkiem się wyczerpały.
– Dokąd to się wybierasz? Kiedy tu przybyłeś, natychmiast oddałeś mi swoje ciało, mowę i serce. Należysz do mnie. Mógłbym cię posiekać, twoje ciało, mowę i serce, na sto kawałeczków. Jesteś mój na mocy przysięgi.
Tak więc Milarepa został u Marpy, ale powiedział sobie, że nigdy nie zdoła osiągnąć stanu Buddy w tym życiu.
Bardzo lubię tę część opowieści – to znaczy Svastika bardzo ją lubi. Ale ja także. Nie ma niczego bardziej przygnębiającego od nawróconych łotrów, którym czynienie dobra przychodzi równie łatwo jak wcześniej czynienie zła. Tacy tytani świętości mnie przygnębiają.
A tak przy okazji – mówię przy okazji, ale to nie ma żadnego związku – pewnego dnia ulotna kobieta zniknęła. Może rozpłynęła się wraz ze swoim obłokiem dymu… Właściwie mnie to nie zasmuciło, wcale nie, ale wpadłem we wściekłość, kiedy kelner stwierdził, że nigdy nie było ulotnej kobiety zagubionej w papierosowym dymie przy stoliku w głębi sali! Źle to przyjąłem, bo wydawało mi się, że znakomita pamięć i zmysł obserwacyjny należą do cech świadczących o profesjonalizmie dobrego kelnera kafejki. Co do mojego starego przyjaciela ze sceptyczną fajką, on oczywiście też utrzymywał, że ta kobieta nigdy nie istniała.
– To była iluzja! To najwidoczniej była iluzja.
– Bez wątpienia – odparłem. – Ale różnica pomiędzy tobą a mną polega na tym, że ja widzę iluzje.
W czasach, kiedy czyniłem zło – myślał Milarepa, zamknięty w swojej celi i przekonany o własnej bezsilności – miałem strawę oraz dary, które mogłem ofiarować. Teraz, kiedy praktykuję religię, nie posiadam już żadnego majątku. Gdybym miał choć połowę tego złota, które dałem, żeby czynić zło, uzyskałbym inicjację i poznałbym tajemną naukę. Religia jest niedostępna dla biedaków.
Nie wierząc już w obietnice lamy, postanowił położyć kres swojemu życiu. Przygotował czarkę z trucizną.
Ponieważ w tym ciele, ciele Milarepy, nigdy nie poznam nauki i ponieważ wyłącznie popełniam kolejne błędy, zabiję się. Mam nadzieję, że na tamtym świecie narodzę się na nowo w ciele godnym religii!
Powstrzymała go żona lamy.
– Uważaj, Milarepo. Nie ma większego błędu niż samemu pozbawić się życia. Mając taką karmę, nigdy się nie uwolnisz i skończysz jako pchła lub mucha.
Kiedy lama się dowiedział, że załamany Milarepa nie zaryzykował popełnienia samobójstwa, ale nie ma już ochoty żyć, uśmiechnął się i polecił, aby go przyprowadzono. Po raz pierwszy spojrzał na swojego ucznia, nie krzywiąc się ani nie drapiąc, i przemówił do niego spokojnym tonem:
– Jak dotąd, wszystko odbyło się jak należy. Nie mogło być inaczej. W żadnym z nas nie ma obłudy. Ja jedynie poddałem próbie dawnego czarownika, którym jesteś, aby oczyścić cię z grzechów. Czasami sporo mnie kosztowało, że byłem aż tak surowy. Gdybym uległ litości, tak jak moja żona, otoczyłbym cię wyrozumiałością, szczerą, lecz bezowocną. Litość nikomu nie pozwala się poprawić. Każda wzniesiona przez ciebie baszta była wielkim aktem wiary. Nigdy nie zawiodłeś. Teraz przyjmuję cię i udzielę ci swojej nauki. Pogrążymy się w medytacji i będziemy smakować szczęścia.
Obciął mi włosy. Wreszcie i ja miałem prawo do gładkiej czaszki i okrągłej głowy, która wyraża prostotę i wyrzeczenie.
– Milarepo, twoje prawdziwe imię zostało mi objawione przez mojego mistrza Naropę we śnie, który poprzedził twoje przybycie.
Nazwał mnie Mila Blask Diamentu. Związał mnie ślubami nowicjatu i dał mi przykazanie, abym, nie zważając na swe cierpienia, zajął się pomaganiem innym, a później, po śmierci, wracał na ziemię tyle razy, ile będzie trzeba, by kontynuować to zadanie. Chciał ze mnie uczynić prawdziwego bodhisattwę.
Wybaczcie, obawiam się, że powiedziałem „ja”…
Faktycznie powiedziałem „ja”, prawda? Powiedziałem „ja, Milarepa”?
Tak, jestem pewien.
Co ciekawe, zawsze przychodzi w tej opowieści taki moment, kiedy zaczynam mówić „ja”, mając na myśli Milarepę. „Ja, Milarepa…” No nie, co za farsa! Człowiek zawsze się zaraża opowiadanymi historiami. Przez to, że przeskakuję od Simona do Svastiki, od Svastiki do Milarepy, zapominam swoich imion, swojego rodowodu, gdzieś mi się zapodziewa ten worek przyzwyczajeń i odruchów, który nazywamy
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.