-
nowość
-
promocja
Księga utraconych godzin - ebook
Księga utraconych godzin - ebook
Przestrzeń czasu to ogromna biblioteka wypełniona książkami zawierającymi wspomnienia tych, którzy odeszli. Dostęp do nich można uzyskać za pomocą specjalnych zegarków, niegdyś przekazywanych z ojca na syna, a obecnie – w USA lat 60. – znajdujących się głównie w rękach pracowników amerykańskiego rządu.
To właśnie do tej tajemniczej przestrzeni trafia w 1938 roku jedenastoletnia Lisavet Levy, która czeka na powrót swojego ojca zegarmistrza. Kiedy nie wraca, pozostaje jej dorastanie wśród książek i widm, poprzez poznawanie wspomnień tych, którzy byli tu przed nią. Uświadamia sobie, że w przestrzeni czasu działają agenci, którzy próbują zniszczyć książki i zachować własną wersję historii...
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-650-3 |
| Rozmiar pliku: | 5,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1938, Norymberga, Niemcy
W roku 1938 w Norymberdze pewien mężczyzna opowiadał córeczce bajkę na dobranoc. Ten mężczyzna był zegarmistrzem z dziada pradziada i mieszkał w żydowskiej dzielnicy miasta. Strzegł czasu, tak jak od dwóch wieków czynili to jego przodkowie.
– Pora spać, Lisavet. Dość już bajek na dziś – stwierdził zegarmistrz, kiedy córeczka poprosiła go, już po raz trzeci tego wieczoru, o kolejną opowieść.
Za oknem dawno zrobiło się ciemno i zimno, wiał listopadowy wiatr. Zegarmistrz myślał o pracy, którą musiał dokończyć w warsztacie na dole. A konkretnie o doręczonym tego ranka liście z Ameryki, który leżał na jego biurku.
– Nie jestem zmęczona – nadąsała się Lisavet. – Zaczekam, aż Klaus wróci do domu.
– Twój brat wróci dziś późno – strofował ją ojciec.
Uśmiech na jego twarzy udaremniał wszelkie próby zdyscyplinowania córki. Pogłaskał ją po włosach, wiedząc już, że z nią nie wygra. Lisavet – ze swoimi złotymi włosami i karmelowymi oczami – była kopią jego zmarłej żony.
Jej matka za życia lubiła żartować, że stworzyli sobie dwie miniaturowe wersje siebie samych, on w postaci syna, ona zaś córki. W sensie fizycznym było to prawdą, poza tym jednak Ezekiel Levy i jego syn Klaus nie mogliby bardziej się od siebie różnić. Klaus ze swoimi arystokratycznymi upodobaniami i marzeniami o studiach w stolicy przypominał raczej matkę.
A Lisavet wdała się w ojca. Często można ją było zastać przycupniętą na stołku w warsztacie. Przyglądała się, jak ojciec nakłania koła zębate i sprężyny starych zepsutych zegarków, by znów zechciały działać. To ona każdego ranka nakręcała zegary w witrynie sklepu, obserwując z milczącą czcią, jak te drewniane i metalowe arcydzieła wyśpiewują pieśń czasu. I to ona miała pewnego dnia odziedziczyć warsztat oraz rodzinne sekrety z nim związane.
– Opowiedz mi jeszcze raz o czarodziejskim zegarku – poprosiła Lisavet, z całej siły chwytając ojca za nadgarstek, gdy próbował wstać.
Jedenastoletnia Lisavet była już właściwie za duża na bajki na dobranoc i zegarmistrz wiedział, że niedługo przestanie go o nie prosić. Usiadł z powrotem na brzegu łóżka.
– Dawno, dawno temu w Niemczech żył sobie zegarmistrz imieniem Ezekiel. Mieszkał z dwójką dzieci w małym, miłym mieszkanku nad warsztatem, który od pokoleń należał do jego rodziny – zaczął niskim, głębokim głosem, huczącym niczym ogień na kominku. – Sprzedawali w swoim sklepie wspaniałe, znane na całym świecie zegary wykonane z materiałów najlepszej jakości. Ze złota, szlachetnych kamieni i rzeźbionego drewna, które połyskiwały w blasku świec oświetlających pracownię. To były wielkie stojące zegary i małe zegary stołowe, a także wszelkie inne rozmaitej wielkości. Wśród tych wszystkich niebywałych arcydzieł znajdował się czasomierz najcenniejszy ze wszystkich. Zwykły mosiężny zegarek kieszonkowy, od ponad stu lat przekazywany z ojca na syna. Wyjątkowość tego zegarka nie polegała na tym, że był wysadzany srebrem czy złotem, lecz na tym… – Ezekiel zawiesił głos i uniósł krzaczaste brwi, czekając, aż córka sama dokończy zdanie.
Bawili się tak przy różnych bajkach, które jej opowiadał, ale zwłaszcza przy tej.
– ...że dzięki niemu mogli rozmawiać z samym czasem – dopowiedziała Lisavet ściszonym głosem.
– Zgadza się. – Ezekiel uśmiechnął się i postukał ją w nosek. – Czas jest osią, wokół której kręci się świat. Ludzie liczą swoje życie w miesiącach i tygodniach, jakby takie sukcesywne odmierzanie ich egzystencji mogło ją jakimś sposobem wydłużyć. Wypadki zdarzają się w ciągu trzech ruchów sekundnika. Serca przestają bić w jednej chwili. Ale bywa też, że coś dzieje się w przestrzeni pomiędzy sekundami. Powstają całe światy. Planety stają w ogniu. Dusze gasną w okamgnieniu, a wspomnienia wpadają w przepaść i gubią się w ciszy i płomieniach. – Ściszył głos do syczącego szeptu. Lisavet otworzyła szeroko oczy. – Nie zawsze tak było. Przed wiekami to, co znikało z naszego świata i wpadało w ciszę, pozostawało ukryte. Niedostępne dla ludzkości. Odgrodzone. Niepoznane. Najbardziej oddani sprawie przeczuwali, że istnieje coś więcej, i szukali tego poprzez medytację, ocierali się o to w swoich snach, ale nigdy nie potrafili tego do końca uchwycić. W miarę jak czas stawał się bardziej namacalny i cenniejszy, zmieniała się również strefa cienia. Wraz z wynalezieniem zegarów słonecznych pojawiła się możliwość liczenia godzin, a kiedy pojawiły się prawdziwe zegary, również sekund. Jeśli coś można policzyć, można też nad tym zapanować, i wkrótce zasłona między naszym światem a tym, co z niego wypada, stała się cieńsza. Ci, którzy poznali język czasu, nazwali się jego strażnikami.
Zegarmistrz wyszeptał ostatnie słowa z nabożną czcią. Za oknem rozpętała się wichura.
– Jak Ezekiel – podchwyciła Lisavet natychmiast. – On właśnie był strażnikiem czasu.
– Zgadza się. Rodzina od lat trzymała to w tajemnicy. Aż pewnego dnia wszystko zaczęło się zmieniać…
– Nadciągała burza – podpowiedziała Lisavet.
Ezekiel zmarszczył czoło, a jego głos jeszcze się obniżył.
– Nadciągała burza. Na świecie pociemniało, zrobiło się przenikliwie zimno, a szalejąca wichura mogłaby zdmuchnąć ogień w każdym kominku. Ludzie przestali przychodzić do sklepu i kupować zegary. Ezekiel czuł postępujący mrok, który czaił się na ulicach. Ci, którzy wywołali tę burzę, byli bezlitośni, przepełnieni nienawiścią i ogniem. Kilku z nich pewnego letniego wieczoru przyszło do warsztatu Ezekiela i wypytywało o jego tajemnicę. Chcieli zagarnąć dla siebie moc, którą dysponował. Zażądali, żeby oddał im zegarek umożliwiający mu rozmowy z czasem.
– Ale Ezekiel ich przechytrzył – wtrąciła Lisavet z dumą.
– To prawda. Jego zadaniem było dochować tajemnicy, dał im więc falsyfikat. Wtedy zostawili jego zakład w spokoju, Ezekiel wiedział jednak, że wrócą, jak tylko odkryją jego podstęp. Czas był w niebezpieczeństwie, podobnie jak rodzina zegarmistrza. Napisał więc list do starego przyjaciela, innego strażnika czasu, z prośbą o pomoc.
– Dlaczego po prostu nie wyjechali? – zapytała Lisavet, marszcząc nieznacznie czoło.
Ojciec przygryzł z namysłem wargę.
– Bo ci, którzy wywołali burzę, na pewno by ich schwytali. Tak więc Ezekiel poprosił przyjaciół, żeby pomogli jego rodzinie uciec w inny sposób. Widzisz, strażnicy czasu znali pewne miejsce ukryte w fałdach czasu. Miejsce, gdzie jego rodzina mogłaby się schować i z pomocą innego strażnika czasu przedostać się stamtąd do spokojnych krajów, z dala od burzy.
– I udało się? Pomogli mu? – zapytała Lisavet, ziewając sennie.
Zawsze kiedy Ezekiel opowiadał córce tę historię, w pewnym momencie składał obietnicę, że dokończy następnego wieczoru. Dzisiaj jednak na jego biurku leżał list od przyjaciela z Ameryki. Tym razem zatem Ezekiel pocałował Lisavet w czoło i się uśmiechnął.
– Tak, kochanie. Przyjaciele odpisali mu i obiecali pomoc. Ezekiel i jego rodzina czekali na właściwy moment. Rozmawiali z najbliższymi przyjaciółmi i sąsiadami o zagrożeniach, jakie niesie nadchodząca ciemność. Chcieli zabrać ze sobą tyle osób, ile tylko zdołają. Wymagało to wielu wyjaśnień. Nie wszyscy wierzyli w ten tunel w czasie, w wielu budził lęk. Inni nie godzili się opuszczać domu bez względu na to, jak gwałtowna szalała wokół wichura. Ci, którzy zdecydowali się uciec, ustalili datę: pierwszy wieczór Chanuki, kiedy wszyscy będą razem ze swoimi rodzinami. – Tu zegarmistrz przerwał. Lisavet zaczęły zamykać się oczy. Dokończył opowieść szeptem: – Tak więc w grudniu, w blasku księżyca, wymknęli się w mroku na wolność.
Z chwilą gdy to powiedział, dwa tuziny stojących zegarów w sklepie na dole wybiły godzinę jedenastą. Ezekiel umilkł i słuchał. Gdy kuranty wybrzmiały, rozchodząc się echem po domu, jego uszy wyłowiły inne dźwięki. Krzyki na ulicach, a zaraz potem brzęk tłuczonego szkła.
– Co to było? – zapytała Lisavet, znów otwierając szeroko oczy.
Podszedł do okna i rozchylił zasłony. W dole na bruku kłębił się nadciągający ulicą niczym wicher tłum gniewnych twarzy. Ezekiel patrzył ze zgrozą, jak z mieszkań w domu naprzeciwko wybiegają sąsiedzi, dzieci boso i w nocnych koszulach.
– Tato, co się dzieje? – dopytywała Lisavet, wstając z łóżka.
– Włóż buty, Lisavet – polecił córce. – Zaraz wrócę.
Nie zważając na jej wołanie, zbiegł po schodach do swojego warsztatu. Tłum był coraz bliżej. Ezekiel słyszał łomot pięści walących w drzwi. Chrzęst miażdżonego stopami szkła. Widział już takie sceny i rozpoznał odgłosy przechowywane we wspomnieniach umarłych. Wiedział, co działo się potem. Najpierw krzyki, wybijane szyby, gniew. Potem ogień, walka, zabijanie.
Ostatni zegar w zakładzie wybił ostatni dźwięk, który zabrzmiał jak imię.
Klaus. Ezekielowi serce podeszło do gardła na myśl o synu, który jeszcze nie wrócił z synagogi. Ogarnięty paniką zastygł w bezruchu na ostatnim stopniu.
– Tato? – Głos Lisavet dobiegał ze szczytu schodów.
– Zostań tam!
Nadchodzili. Pierwsi byli już pod jego sklepem i dobijali się do drzwi. Napotkał przez szybę spojrzenia ich oczu, stalowoszarych i zimnych jak lód. Przyszli po zegarek. Po chwili uderzenia pięści przemieniły się w kopniaki, a krzyki w szyderstwa i obelgi. Ezekiel pośpiesznie chwycił list leżący na biurku. Wepchnął go do kieszeni i wyjął z szuflady pozostałe listy. Te, w których była mowa o strażnikach czasu i osobach pomagających mu w ucieczce. Wrzucił je do wiadra z wodą, której używał do mycia podłogi, a mydliny i ług zamieniły je w szarą breję. Nie tracąc nawet chwili na zamknięcie szuflady, sięgnął po płaszcz. Ledwie zdążył go włożyć, a już pierwszy kamień walnął we framugę okna. Lisavet była w połowie schodów, kiedy do niej wrócił. Schodziła, potykając się o rąbek za długiej koszuli nocnej.
– Tato!
– Na górę, Lisavet – syknął, sięgając do płaszcza po zegarek kieszonkowy.
Poczuł w dłoni znajomy mosiężny przedmiot, gładki i śliski.
Przesuwał palcami po koronce zegarka, aż wskoczyła na właściwe miejsce, po czym otworzył drzwi na oścież. To, co kiedyś było ich przytulnym mieszkankiem, przemieniło się w cichą pogrążoną w ciemności jaskinię. Lisavet złapała ojca za łokieć, przestraszona tym widokiem. Ezekiel mocno chwycił córkę za ramiona i uklęknął, żeby popatrzeć jej w oczy.
– Posłuchaj mnie, Lisavet. Pójdę poszukać twojego brata, dobrze? Chcę, żebyś tu na mnie zaczekała. Zostań w tym miejscu, tuż za drzwiami. Nie ruszaj się stąd. Obiecuję, że jak tylko znajdę Klausa, przyjdziemy tu do ciebie. Dobrze?
– Ale, tato, co to jest?
Uderzył drugi kamień. Tym razem rzut był celny i roztrzas wkał szybę.
– To ten tunel w czasie, o którym ci mówiłem – odparł Ezekiel w popłochu. – Ten, który zabierze nas gdzieś daleko stąd.
– Ale to była tylko bajka! – wykrzyknęła Lisavet, potrząsając głową, gdy on popychał ją do przodu.
Po drugiej stronie drzwi widziała jedynie ciemność.
– To nie była tylko bajka, Lisavet. Wejdź do środka. Zaraz po ciebie przyjdę, obiecuję.
Zapierała się nogami, a on podniósł ją, jak kiedyś, gdy była młodsza, i przerzucił ją sobie przez ramię. Postawił ją za drzwiami i zatrzymał się jeszcze na chwilkę, żeby pocałować ją w głowę i zarzucić swój brązowy płaszcz na jej drobne ramionka. Sięgał jej aż do ziemi i otulał stopy.
– Bądź dzielna – powiedział stłumionym głosem i przycisnął wargi do jej włosów.
– Tato? – zwróciła się do niego, a jej głos rozszedł się echem w ciemności.
Ezekiel położył palec na ustach i zostawił ją, wycofując się z powrotem za próg.
Drzwi zamknęły się za nim i nigdy już nie otworzyły.
Lisavet czekała wiele godzin. Wszędzie panowały martwa cisza i całkowity bezruch. Odliczała sekundy. Z nadejściem każdej pełnej godziny wyczekiwała z utęsknieniem, kiedy usłyszy muzykę zegarów dobiegającą z warsztatu, w którym dorastała, ale jej uszy wypełniała wyłącznie cisza. Cisza tak przemożna, że zdawała się żywa, wręcz namacalna. W mroku Lisavet niewiele widziała i nie sięgała wzrokiem dalej niż na kilka metrów, lecz to, co zdołała dostrzec, było dziwnie znajome.
Półki z książkami. Wznoszące się po obu stronach i wypełnione oprawionymi w skórę woluminami najróżniejszych rozmiarów. Niczym biblioteka. Lisavet zrobiła niepewny krok do przodu, a jej oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. „Biblioteka” nie była całkiem właściwym słowem. Istotnie znajdowały się tu książki, a ich skórzane grzbiety tworzyły schludne, równe rzędy. Gdzieniegdzie pomiędzy ciągnącymi się w nieskończoność półkami widniały sklepione przejścia i rzymskie kolumny. Lisavet powiodła wzrokiem w górę wzdłuż jednej z nich. Tam, gdzie spodziewała się ujrzeć sufit, zobaczyła atramentowe niebo wypełnione rozmytymi obrazami, jakby Michał Anioł wymalował freski z Kaplicy Sykstyńskiej bezpośrednio na gwiazdach, a jeden obraz nakładał się na drugi niczym chmury przesuwające się na wietrze.
Lisavet chętnie przeszłaby się między półkami, jednak w głowie rozbrzmiewały jej słowa ojca. Zostań w tym miejscu, tuż za drzwiami. Nie ruszaj się stąd. Gdy się odwróciła, drzwi wyglądały inaczej. Teraz wydawały się zamglone, bardziej przypominały własne odbicie w wodzie. Zaczęły znikać, ciemność pochłaniała znajome drewniane deski. Lisavet rzuciła się do klamki, ta jednak rozwiała się pod wpływem jej dotknięcia, odbierając dziewczynce wszelkie szanse powrotu do ojca. Lisavet osunęła się na podłogę i siedziała skulona. Jej ciałem wstrząsnął szloch.
Gdzieś w ciemności rozległy się szepty. Delikatne ciekawskie pobrzękiwanie, jakby cienie szukały źródła dźwięku, którego nigdy wcześniej nie słyszały. Lisavet z łomoczącym sercem otarła oczy wierzchem dłoni. Jeszcze tego nie wiedziała, ale to sam czas, z dawna hołubiony przyjaciel jej przodków, uczył się mówić do niej, a ona, niepewna i zlękniona, odpowiedziała mu.
– H-halo?! – zawołała na tyle głośno, na ile się odważyła.
Halo, odpowiedziały szepty, odsyłając echem jej własny głos.
Lisavet wstała.
– Kto tam jest? – zapytała.
Szepty znów rozbrzmiały, teraz bliżej.
Oddech Lisavet stał się szybki i płytki. Zrobiła kilka kroków w stronę ciemności, oddalając się od miejsca, gdzie zostawił ją ojciec.
– Zostań tam, gdzie jesteś – powiedziała. – Idę do ciebie.
Zostań, zostań, zostań, powtórzyły szepty.
Lisavet zanurzyła się głębiej w ciemność, wyruszając na poszukiwanie czasu.
Nikt nie przychodził.
Lisavet była tam już uwięziona przez dwa tygodnie i w tym czasie nauczyła się trzech bardzo ważnych rzeczy.
Pierwsza była taka, że najwyraźniej nie obowiązywały tu prawa natury. W ogóle nie czuła głodu. Nie chciało jej się pić ani nie musiała korzystać z łazienki. Sen w tradycyjnym sensie też nie był konieczny. Mogła spać i niekiedy robiła to dla zabicia czasu, wkrótce jednak zaczęła przedłużać chwile bez snu, żeby się przekonać, jak długo wytrzyma.
Po drugie, w tym miejscu nie było żadnych innych ukrytych drzwi, co potwierdziły kilkudniowe poszukiwania. Nie dało się stąd wyjść.
Po trzecie zaś, czas nie mieszkał tutaj, tak jak to sugerowała opowieść jej ojca. A nawet jeśli, nie służył jej żadną pomocą.
Nikt nie przychodził. Być może nikt nawet nie wiedział, że ona tu jest.
Niebo nad tym cichym miejscem było najpiękniejszym zjawiskiem, jakie Lisavet kiedykolwiek widziała. Wypełniały je wirujące kolory, które poruszały się i przemieniały niby wodne gwiazdy. Lisavet miała wrażenie, że przez wiele dni leżała na podłodze między dwoma regałami i wpatrywała się w sklepienie niebieskie. Polegała na nim, a jego bezkres i tajemniczość upewniały ją w tym, że wciąż żyje. Gdy tak leżała na podłodze, niekiedy wydawało jej się, że wśród tych wirujących obrazów w górze dostrzega twarz ojca, ale gdy tylko skupiała na niej wzrok, ta wizja znikała.
Kiedy nie ukrywała się pośród półek, spacerowała wzdłuż rzędów książek, podśpiewując sobie w nadziei, że jej głos dotrze przez znikające drzwi do jej ojca albo że czas wreszcie zwróci na nią uwagę. Pewnego dnia, snując się między regałami, zaczęła wrzeszczeć na całe gardło. Coraz głośniej i głośniej, licząc na to, że ktoś ją usłyszy.
I wreszcie ktoś usłyszał. Czy też raczej coś.
– Czemuż, na niebiosa, tak się wydzierasz? – odezwał się głos, ostry i poirytowany.
Lisavet odwróciła się na pięcie i ujrzała niewyraźną sylwetkę mężczyzny wyłaniającą się z półek. Jego cielesna postać rozciągnęła się w powietrzu, zanim dołączyła do jego reszty, niczym smuga atramentu w wodzie, zniekształcona i półprzezroczysta. Był w białej pudrowanej peruce, fioletowym fraku i mówił po niemiecku z dziwacznym akcentem.
– Szu-szukam ojca – wyjąkała Lisavet, zbyt wstrząśnięta jego nagłym pojawieniem się, żeby czuć strach.
– Nie widzisz, że go tu nie ma, dziewczynko? I dobrze. Możesz uważać się za szczęściarę.
– Szczęściarę?
– Większość obecnych tu ludzi jest martwa. Tylko umarli żyją w tym zapomnianym miejscu.
– Ale ja nie umarłam. I jestem tutaj.
Mężczyzna omiótł ją spojrzeniem z góry na dół, jakby chciał się upewnić co do prawdziwości jej słów.
– Na to wygląda. Jesteś strażniczką czasu?
– Kim?
– Strażniczką czasu – powtórzył tamten zniecierpliwiony.
– N-nie – odrzekła Lisavet niepewnie.
– Skoro nie jesteś strażniczką czasu, to kim?
– Nazywam się Lisavet Levy – przedstawiła mu się.
Mężczyzna nie odpowiedział. Nasłuchiwał bacznie czegoś w oddali.
– Ciii. – Przyłożył palec do ust. – Słyszysz?
Lisavet nastawiła uszu. Dobiegł ją szmer cichych szeptów.
– Czas! – wykrzyknęła. – Wrócił!
– Czas? – Dżentelmen w peruce uniósł brwi z rozbawieniem. – Tak nazywasz tego demona? Cóż, pewnie to równie dobre określenie jak każde inne. Czas jest potworem, który z każdego robi śmiertelnika w taki czy inny sposób. Zabiera wszystko bez względu na bogactwo czy pozycję społeczną. – To mówiąc, mężczyzna skrzywił się z goryczą, a Lisavet odniosła wrażenie, że kiedyś, zanim czas mu je zabrał, miał zarówno bogactwo, jak i wysoką pozycję społeczną. – Jeśli nie będziesz uważać, ciebie także zabierze, zanim będziesz gotowa.
– Dokąd mnie zabierze?
W końcu tego właśnie chciała. Może zabrałby ją z tego miejsca. Do Ameryki, jak w tej bajce. Ale mężczyzna potrząsnął głową.
– Nie tam, gdzie byś chciała. Uwierz mi.
Lisavet zrobiła wielkie oczy, kiedy jej rozmówca rozwiał się w nicość. Szepty stały się głośniejsze, nawoływały bezkształtnym echem, sycząc jak woda na rozgrzanych węglach. Lisavet pobiegła w przeciwną stronę, choć nie była pewna, przed czym właściwie ucieka. Schroniła się w szczególnie ciemnym kącie, gdzie książki na półkach były najbardziej zakurzone. Koniec z podśpiewywaniem. Wyłącznie cisza.
Wkrótce Lisavet znów wyruszyła na poszukiwanie ducha. Tym razem, zamiast krzyczeć, szeptała, idąc powoli między kolejnymi rzędami książek.
– Halo? – zagadywała cicho, uważając, żeby nie obudzić tamtych wcześniejszych dźwięków.
Bez odpowiedzi. Przypomniała sobie, że mężczyzna najpewniej wyłonił się spomiędzy książek na półkach. Kiedy jej palce musnęły jeden z zakurzonych obitych skórą grzbietów, odezwał się inny głos.
– Lepiej bądź ostrożna – usłyszała.
Lisavet w popłochu cofnęła rękę.
– Kto to powiedział?
– To dział średniowiecznej Anglii – podjął głos. – Jesteś na to stanowczo zbyt młoda.
Po jej lewej stronie rozmyta postać nabrała kształtów. Drobinki światła i barw połączyły się i przybrały formę mężczyzny. Ten był młodszy od poprzedniego i miał na sobie szatę z szorstkiego szarego materiału. Przyciskał dłoń do podbródka w głębokiej zadumie.
– Powinnaś raczej unikać całej średniowiecznej Europy, jeśli mam być szczery. Chociaż kilka rzeczy mogłoby się nadać. Członkowie rodzin królewskich, dajmy na to, albo… – Spojrzał w jej stronę. – A może wolałabyś okres romantyzmu? Lubisz poezję?
Lisavet wymamrotała coś nieskładnie.
– Przypuszczam, że jesteś trochę za młoda na to, żeby kochać wiersze. Powiedz, upierasz się przy Anglii czy jesteś otwarta na inne rejony? Może Włochy? Ach, Włochy latem. W epoce renesansu. Byłabyś zachwycona.
– O czym ty mówisz?
– O wspomnieniach.
– Wspomnieniach?
– Tak. O wspomnieniach w księgach. Zazwyczaj nie dbam o to, od czego zaczynają strażnicy czasu, ale… – Odwrócił się w jej stronę, a jego rozmyta postać uległa przesunięciu. – Jesteś taka młoda. Nie chciałbym, żebyś za pierwszym razem natknęła się na coś przerażającego.
– Nie jestem strażniczką czasu – zaprotestowała Lisavet.
– Nie? Och. Cóż za rozczarowanie. A już myślałem, że wreszcie zrobili się postępowi i wyznaczyli dziewczynkę. Wielka szkoda, wiesz… No ale pewnie nic się na to nie poradzi. – Najwyraźniej nie dostrzegał narastającej paniki Lisavet, gdy tak ubolewał nad jej losem. – Co tu zatem robisz?
– Jestem uwięziona. Ojciec zostawił mnie tutaj i teraz nie mogę trafić do wyjścia.
– Rozumiem – oznajmił mężczyzna.
Minę miał zatroskaną, ale nie zaoferował żadnej pomocy ani rozwiązania.
– A… a czy w ogóle jest? – naprowadziła go Lisavet.
– Czy co jest?
– Wyjście. Jakieś drzwi albo…
– Och. Nie. Obawiam się, że nie.
Lisavet poczuła, że opuszcza ją wszelka energia.
– A możesz mi przynajmniej powiedzieć, co to jest za miejsce?
– To niezupełnie miejsce. To raczej… pojęcie. Znajdujesz się w przestrzeni pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Wszędzie i nigdzie. To jest miejsce, w którym kończy się czas. Miejsce, dokąd przenosi się świadomość, kiedy ciało umiera. Istnieje w przestrzeni pomiędzy tkanką rzeczy materialnych, między jedną chwilą a kolejną. Tutaj wszystko to, co kiedykolwiek zdarzyło się na ziemi, trwa pod postacią wspomnień.
– Czyli ty jesteś wspomnieniem? – zapytała Lisavet, marszcząc czoło.
– Niestety tak.
– Czy ja jestem… martwa? – Nie była pewna, czy chce poznać odpowiedź.
– Ludzie zawsze tak się przejmują śmiercią. Jakby to był koniec.
Lisavet wpatrywała się w niego bez słowa.
Westchnął.
– Nie, nie jesteś martwa.
– Czy ja śnię?
– Nie, również nie śnisz. Zapewniam cię, że to wszystko jest jak najbardziej rzeczywiste.
– Ale właśnie powiedziałeś, że jesteś wspomnieniem. Nie możesz być rzeczywisty.
– Dlaczego nie? Wspomnienia są czymś najrzeczywistszym, co każdy z nas ma, Lisavet.
Lisavet cofnęła się o krok.
– Wiesz, jak mam na imię?
– Tak, oczywiście – odparł mężczyzna z lekkim uśmieszkiem. – Znalazłem je w twoich wspomnieniach. No wiesz. W tym czymś, co twoim zdaniem nie jest rzeczywiste.
Lisavet z zakłopotaniem przygryzła wargę.
– A jak ty masz na imię?
– Ja? Och, ja nie mam imienia. No, w każdym razie już nie. Zostało zapomniane. – Wzdrygnął się nieznacznie, wypowiadając to słowo.
– Zapomniane? – powtórzyła Lisavet.
Znowu się wzdrygnął.
– Tak, przez strażnika czasu, który nie chciał, żeby świat o mnie pamiętał.
– Nie rozumiem – przyznała Lisavet.
Mężczyzna znowu odwrócił się w stronę książek, na jego widmowej twarzy malowała się tęsknota.
– Te księgi zawierają wspomnienia każdego, kto kiedykolwiek żył na ziemi. Zanim pojawili się strażnicy czasu, te wspomnienia po prostu kłębiły się tutaj w przestrzeni czasu, pozostawione same sobie. Nie tak jak teraz, starannie uporządkowane w księgach.
Lisavet pomyślała o ojcu. O jego bajce na dobranoc. Widząc jej smętną minę, wspomnienie mężczyzny podało jej rozmytą dłoń, a jego usta rozciągnęły się w serdecznym uśmiechu.
– Jeśli chcesz, pokażę ci teraz Włochy. To naprawdę piękny kraj, a ja znam idealne wspomnienie, do którego mógłbym cię zabrać.
Gdy tylko zanurzyli się we wspomnienie, nastąpiła erupcja dźwięku. Dochodził zewsząd. Z ziemi, z budynków, ulic, z samego nieba. Po tak długiej ciszy ta nagła kakofonia była czymś więcej niż powodzią, to był huragan ogarniający każdy skrawek ciała Lisavet. Ciepłe słońce świeciło jej na twarz, łagodny wietrzyk rozwiewał jej włosy. Ciepło! Ruch! Stali na tarasie i spoglądali na jakiś festyn w dole. Ludzie śmiali się i śpiewali. Lisavet omal się nie rozpłakała na ich widok. To wszystko wydawało się prawie rzeczywiste… Prawie.
– Skąd wiedziałeś, jak tego dokonać? – zapytała Lisavet.
Wspomnienie mężczyzny obok niej patrzyło z uśmiechem na jej reakcję.
– Byłem strażnikiem czasu – odparł.
– Naprawdę?
– Pierwszym, jaki kiedykolwiek istniał. Zanim Rzymianie podbili mój naród, znalazłem przestrzeń czasu dzięki zegarom słonecznym i medytacjom. To ja jestem tym, od którego wykradziono wszystkie tajemnice.
Zabrał ją z tarasu na dół i pokazał dziewczynkę, w której wspomnieniu przebywali. Wydawała się mniej więcej w wieku Lisavet, siedziała na podwyższeniu, w strojnej jedwabnej sukience.
– To jedna z córek Medyceuszy – wyjaśnił mężczyzna. – Bardzo bogata i ważna.
Lisavet niewiele wiedziała o Medyceuszach i ich domniemanym bogactwie. Dziewczynka wydawała się jej po prostu znudzona, jakby chciała przyłączyć się do festynu, ale nie mogła. Gdy szli w tłumie ludzi, Lisavet zaczęła rozumieć, jak dziewczynka się czuje. Ona też była tu, lecz tak naprawdę jej nie było. Miała ochotę skosztować smakołyków sprzedawanych z wozów. Chciała się pobawić z dziećmi biegającymi w tłumie. Wszystko, czego dotknęła, przenikało na wylot przez jej dłonie. Spojrzenia omiatały ją obojętnie, dostrzegając w miejscu, gdzie stała, jedynie pustą przestrzeń.
Lisavet przeniosła uwagę na jedyną osobę, z którą mogła porozmawiać.
– Mogę ci zadać pytanie?
– Jeśli chcesz.
– Skoro zostałeś… zapomniany… – Lisavet wypowiedziała to słowo najłagodniej jak umiała, ale on i tak się wzdrygnął. – Jak to możliwe, że nadal cię widzę?
– Och, nie wymazali mnie całkowicie. Gdyby to zrobili, usunęliby również swoją wiedzę o przestrzeni czasu. Tak więc ta nędzna resztka moich wspomnień, która pozostała, nadal tu jest. W przestrzeni czasu.
– Trochę to zawiłe.
– Prawda? – Zmarszczył czoło, wydawał się równie zdezorientowany jak ona. – Ale mimo wszystko cieszy mnie to. Dzięki temu mogę w razie potrzeby służyć pomocą innym strażnikom czasu. Pokazuję im, jak to wszystko działa, jeśli mają z tym trudności.
– Skoro nie masz imienia, to jak powinnam się do ciebie zwracać?
Wspomnienie wzruszyło ramionami.
– Jak tylko sobie życzysz… Chyba.
Lisavet przyjrzała mu się. Jeszcze nigdy nie nadawała nikomu imienia. Nie licząc swoich lalek, ale to co innego. On był osobą. W każdym razie kiedyś. Nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, skąd pochodził. Jego skóra nie była ani szczególnie blada, ani szczególnie ciemna, miała ciepły oliwkowy odcień. Może był Włochem? To by tłumaczyło jego miłość do tego kraju. Głowę miał ogoloną. Jego szaty również nie stanowiły żadnej wskazówki. Były zwyczajne i stare, coś podobnego mógłby nosić mnich, ale ponieważ Lisavet nigdy wcześniej nie spotkała żadnego mnicha, nie miała pewności.
– Azrael – powiedziała po chwili.
Mężczyzna wydawał się rozbawiony.
– Azrael? Judeochrześcijański anioł śmierci? Trochę pretensjonalnie, co?
Lisavet się zaczerwieniła.
– Możemy wybrać coś innego.
– Nie, nie. Azrael jest w porządku. – Kilkakrotnie wypowiedział to imię na głos, jakby je przymierzał. – Właściwie chyba całkiem dobrze do mnie pasuje.
Zostali jeszcze trochę, słuchając muzyki, aż świat zaczął blaknąć po brzegach, które marszczyły się i falowały jak woda. Lisavet spojrzała na Azraela w popłochu. Potrząsnął głową.
– Nic się nie martw. Wspomnienie dobiega końca. – Wskazał taras w górze, skąd niania wyprowadzała właśnie dziewczynkę. – Wracajmy na razie do przestrzeni czasu. – Wyciągnął rękę do Lisavet.
– Nie chcę tam wracać.
Azrael zmarszczył lekko czoło.
– Nie musisz zostać tam na długo. Teraz, kiedy umiesz już wędrować w czasie, możesz wybrać się, dokąd tylko zechcesz. Ale… – Przechylił głowę i spojrzał na nią, mrużąc oczy. – Bądź ostrożna. Na świecie jest więcej zła, niż miałaś dotąd okazję się przekonać.
Lisavet obiecała, że będzie ostrożna, ale w głowie już roztrząsała różne możliwości. Myślała o wszystkim tym, czego nauczyła się w szkole na lekcjach historii. Starożytny Egipt. Niemcy, zanim stały się Niemcami. Wielka Wojna, o której tak często mówił jej ojciec. Miała to wszystko na wyciągnięcie ręki. Chwyciła dłoń Azraela i opuścili włoskie wspomnienie. Gdy wrócili, uderzyła ją kamienna cisza. Zniknęło słońce. Znikły wietrzyk, muzyka i zapachy. Znów otaczała ich nieruchoma ciemność. Lisavet stwierdziła ze zdziwieniem, że czuje również pewną ulgę wobec braku tak wielu bodźców.
– Myślisz, że w następnej kolejności mógłbyś mi pokazać swoją książkę? – zapytała, wskazując w górę na półki.
Azrael skrzywił się nieznacznie.
– Zrobiłbym to, gdybym mógł; jednakże nie mam własnej książki. Wszelkie widma, które napotkasz w przestrzeni czasu, nie zostały „zebrane”, że tak powiem, przez strażnika czasu. A to oznacza, że nie mamy swojej księgi wspomnień, w której moglibyśmy się zamknąć.
– Och. Nie zdawałam sobie sprawy, że…
Azrael podniósł rękę i przyłożył palec do ust. Wbił wzrok w coś na końcu rzędu półek. Lisavet podążyła za jego spojrzeniem i zobaczyła sylwetkę mężczyzny idącego między regałami. Jego cień nie rozciągał się tak jak cień Azraela. To była realna osoba, nie wspomnienie.
– Strażnik czasu – wymamrotał Azrael.
Lisavet wytrzeszczyła oczy. Strażnik czasu? Może mógłby pomóc jej się stąd wydostać! Ale Azrael pokręcił głową.
– Nie wydaje mi się, żeby ten chciał ci pomóc.
– Dlaczego nie?
Azrael znów ją uciszył i gestem pokazał, żeby poszła za nim. Śledzili strażnika czasu z pewnej odległości, aż zobaczyli, że znika za jednym z regałów.
– W tym dziale są Niemcy – powiedział Azrael cicho. – Dosyć blisko współczesnych czasów.
Lisavet wyczuła zmianę w jego tonie. Niemcy? Jej Niemcy? Ignorując przestrogę Azraela, minęła go i pobiegła w stronę regału, za który skręcił tamten mężczyzna. Nie zatrzymała się, dopóki nie dotarła na sam kraniec półek. Dysząc ciężko, wyjrzała zza nich. Mężczyzna stał pośrodku rzędu książek. Wyjął jedną z półki i wodził palcami po zamkniętej okładce. Jasne włosy miał krótko przycięte w wojskowym stylu, a kiedy się odwrócił z książką w dłoni, Lisavet mogła lepiej się przyjrzeć jego ubraniu. Z boku czarny mundur był nierozpoznawalny, z przodu jednak widziała wyraźnie mnóstwo srebrnych odznak i insygniów. Oraz jaskrawoczerwoną opaskę opinającą jego biceps. Nazista.
Z przerażeniem patrzyła, jak żołnierz otwiera księgę i wyjmuje z kieszeni paczkę zapałek. Przyłożył płomień do jednej ze stronic, aż zajęła się ogniem. Gdy ogień strzelił w górę, cisnął otwartą książkę na ziemię – okładką do góry, ze złamanym grzbietem.
– Strażnicy czasu niszczą wspomnienia, jeśli nie chcą, żeby świat o nich pamiętał.
Lisavet drgnęła. Azrael dogonił ją i z posępną miną obserwował teraz tę scenę ponad jej barkiem.
– Ale dlaczego? – zapytała.
Azrael wzruszył ramionami.
– Żeby utrzymać w mocy swoją ideologię. Przeszłość jest naszym lustrem. Mówi nam o tym, kim byliśmy i kim się staliśmy. Niektórym nie podoba się to, co dostrzegają w swoim odbiciu, więc zmieniają je, wymazując wspomnienia z powierzchni ziemi. Wymazując ludzi z istnienia.
– Wymazując ludzi? – powtórzyła Lisavet głosem piskliwym z przerażenia.
Żołnierz podniósł gwałtownie głowę.
– Wer ist da? – zapytał, sięgając do paska po broń.
Lisavet z łomoczącym sercem skryła się za regałem. Azrael został tam, gdzie był. Żołnierz wykrzyknął w jego stronę kilka gniewnych słów, przeklinając Azraela, że tak go przestraszył. Nazista wyjął coś z kieszeni, a Lisavet zmrużyła oczy, żeby lepiej się przyjrzeć. Szkiełko kieszonkowego zegarka odbiło blask płomieni, mrugając do Lisavet z poufałością nie do pomylenia z niczym innym. Mosiężna obudowa była wytarta ze starości, a jej patyna odzwierciedlała wiele dłoni, które trzymały wcześniej ten zegarek. Przekazywany z ojca na syna, a teraz zawłaszczony przez żołnierza. Całe ciało Lisavet zastygło na ten widok.
Żołnierz majstrował przy zegarku, aż parę kroków przed nim pojawiły się drzwi. Zniknął za nimi, obejrzawszy się po raz ostatni na płonący stos papieru. Z chwilą kiedy drzwi zasklepiły się za nim, Lisavet rzuciła się do przodu. Padła na kolana przed płonącą książką i włożyła obie dłonie w płomienie, żeby uratować z nich to, co pozostało z oprawionego w skórę tomu. Okładka była nadpalona na brzegach. Większość stron zdążyła kompletnie się zwęglić, a popiół kruszył się pod stopami Lisavet, kiedy zadeptywała ogień. Kilka jednak, z samego początku, pozostało nienaruszonych. Szeptały do Lisavet, kiedy ostrożnie ścierała z nich sadzę poparzonymi palcami. Opowiadały jej swoją historię głębokim, huczącym niczym ogień głosem. To była opowieść jej ojca. I głos jej ojca.
Oddech miała urywany i oczy piekły ją od łez. Zapomniała, że Azrael jest obok niej, dopóki się nie odezwał.
– Ten zegarek… – powiedział cicho.
Lisavet rozpłakała się. Nie chciała myśleć o tym, co to oznacza, choć przecież wiedziała, że istnieje tylko jedno wytłumaczenie tego, w jaki sposób zegarek kieszonkowy jej ojca trafił w ręce nazistowskiego żołnierza. Azrael nic nie mówił, lecz trwał przy niej, gdy tuliła do serca to, co pozostało ze wspomnień Ezekiela Levy’ego.
Nikt po nią nie przyjdzie.