Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • promocja

Księga życia. Księga Wszystkich Dusz. Tom 3 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 stycznia 2026
5950 pkt
punktów Virtualo

Księga życia. Księga Wszystkich Dusz. Tom 3 - ebook

Jeszcze raz poddajcie się urokowi Diany i Matthew w oszałamiającej kulminacji opowieści zapoczątkowanej przez "Księgę czarownic" i "Cień nocy".

Świat czarownic, demonów i wampirów. Manuskrypt zawierający tajemnice ich przeszłości i klucz do przyszłości. Historia zakazanej miłości Diany i Matthew.

Po podróży w czasie w "Cieniu nocy", drugim tomie fascynującego cyklu Deborah Harkness, historyczka i czarownica Diana Bishop i naukowiec wampir Matthew Clairmont wracają do teraźniejszości, żeby stawić czoło nowemu kryzysowi i starym wrogom. W rodzinnym domu Matthew we Francji ponownie spotykają się ze swoimi rodzinami... z jednym smutnym wyjątkiem. Ale prawdziwe zagrożenie dla ich przyszłości dopiero ma się pojawić, a wtedy naglącą sprawą stają się poszukiwania nieuchwytnego rękopisu Ashmole 782 i jego brakujących stron. Korzystając ze starej wiedzy i współczesnej nauki, Diana i Matthew w końcu dowiadują się, co przed wiekami odkryły czarownice.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68591-67-5
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Muchy nie mają dużo masy. Skła­dają się głów­nie ze wspo­mnień i serca. Na jed­nej z okrą­głych wież Sept-Tours Emily Mather przy­ci­snęła prze­zro­czy­stą rękę do piersi, którą nawet teraz dła­wił lęk.

_Czy kie­dyś będzie łatwiej?_ Jej głos był pra­wie nie­sły­szalny. _Patrze­nie? Cze­ka­nie? Wie­dza?_

_Nie zauwa­ży­łem_, odparł krótko Phi­lippe de Cler­mont. Stał nie­da­leko i wpa­try­wał się w swoje rów­nie prze­świe­ca­jące palce. Ze wszyst­kich rze­czy w byciu mar­twym, któ­rych nie lubił – tego, że nie może dotknąć żony Ysa­beau, że nie czuje jej zapa­chu ani smaku, że nie ma mię­śni, żeby sto­czyć poje­dy­nek – na szczy­cie listy znaj­do­wała się nie­wi­dzial­ność. Ona wciąż mu przy­po­mi­nała, jaki się stał nie­ważny.

Emily wydłu­żyła się mina, a Phi­lippe prze­klął się w myślach. Odkąd cza­row­nica umarła, była jego stałą towa­rzyszką, dzie­liła jego samot­ność. Co sobie myślał, żeby war­czeć na nią jak na słu­żącą?

_Może będzie łatwiej, kiedy już prze­staną nas potrze­bo­wać_, ode­zwał się Phi­lippe łagod­niej­szym tonem. Może i był bar­dziej doświad­czo­nym duchem, ale to Emily rozu­miała meta­fi­zykę ich sytu­acji. To, co mu powie­działa, zupeł­nie nie zga­dzało się z tym, co on sam myślał o zaświa­tach. Sądził, że żywi widzą zmar­łych, bo cze­goś od nich potrze­bują: pomocy, wyba­cze­nia, odpłaty. Emily twier­dziła, że to tylko ludz­kie mity i że mar­twi mogą się uka­zać żywym wyłącz­nie wtedy, kiedy ci odpusz­czą i pójdą dalej.

Dzięki tej infor­ma­cji łatwiej było mu zno­sić to, że Ysa­beau go nie widzi. Ale nie­wiele łatwiej.

– Nie mogę się docze­kać, żeby zoba­czyć reak­cję Em. – Cie­pły alt Diany popły­nął w stronę blan­ków. – Będzie taka zasko­czona.

_Diana i Mat­thew_, powie­dzieli jed­no­cze­śnie Emily i Phi­lippe, zer­ka­jąc w dół na bru­ko­wany dzie­dzi­niec ota­cza­jący château.

_Tam._ Phi­lippe wska­zał na pod­jazd. Nawet mar­twy zacho­wał wzrok wam­pira, ostrzej­szy niż ludzki. Z sze­ro­kimi ramio­nami i sza­tań­skim uśmie­chem na­dal był aż nazbyt przy­stoj­nym męż­czy­zną. Spoj­rzał z tym wła­śnie uśmie­chem na Emily, a ona nie mogła się powstrzy­mać; musiała go odwza­jem­nić. _Są piękną parą, prawda? Spójrz, jak zmie­nił się mój syn_.

Wam­piry nie powinny się zmie­niać wraz z mija­ją­cym cza­sem, dla­tego Emily spo­dzie­wała się, że zoba­czy te same ciemne włosy, czarne z gra­na­to­wym poły­skiem; te same zmienne szaro-zie­lone oczy, chłodne jak zimowe morze; tą samą bladą skórę i duże usta. Ale podob­nie jak Phi­lippe ona też zauwa­żyła kilka sub­tel­nych róż­nic. Włosy Mat­thew były krót­sze, a z brodą wyglą­dał jesz­cze groź­niej niż zwy­kle, jak pirat. Emily wydała stłu­miony okrzyk zasko­cze­nia.

_Czy Mat­thew jest… więk­szy_?

_Tak. Pod­tu­czy­łem go, kiedy on i Diana byli tutaj w tysiąc pięć­set dzie­więć­dzie­sią­tym. Przez książki robi się miękki. Musi wię­cej wal­czyć, a mniej czy­tać_. Phi­lippe zawsze uwa­żał, że ist­nieje coś takiego jak nad­miar edu­ka­cji. Mat­thew był na to żywym dowo­dem.

_Diana też wygląda ina­czej. Bar­dziej jak jej matka z tymi dłu­gimi mie­dzia­nymi wło­sami_, stwier­dziła Em, odno­to­wu­jąc naj­bar­dziej widoczną zmianę u swo­jej sio­strze­nicy.

Diana potknęła się na bruku, a Mat­thew natych­miast wycią­gnął rękę, żeby ją przy­trzy­mać. Kie­dyś Em uwa­żała jego nado­pie­kuń­czość za prze­jaw zabor­czo­ści cha­rak­te­ry­stycz­nej dla wam­pi­rów. Teraz, z nowej per­spek­tywy, zro­zu­miała, że on po pro­stu dzięki nad­na­tu­ral­nej spo­strze­gaw­czo­ści widział naj­drob­niej­szą zmianę wyrazu twa­rzy i nastroju Diany, każdą oznakę zmę­cze­nia czy głodu. Jed­nakże dzi­siaj jego tro­ska wyda­wała się zwie­lo­krot­niona.

_Zmie­niły się nie tylko jej włosy_. Na twa­rzy Phi­lippe’a odma­lo­wało się zdu­mie­nie. _Diana nosi dziecko… dziecko Mat­thew._

Emily uważ­niej przyj­rzała się sio­strze­nicy, korzy­sta­jąc z więk­szej wni­kli­wo­ści, którą dała jej śmierć. Phi­lippe miał rację, czę­ściowo. _Chcia­łeś powie­dzieć: „dzieci”. Diana będzie miała bliź­nięta._

_Bliź­nięta_, powtó­rzył z zachwy­tem Phi­lippe. Jego wzrok przy­cią­gnęła żona. _Spójrz, tam są Ysa­beau, Sara, Sophie i Mar­ga­ret_.

_Co się teraz sta­nie, Phi­lip­pie_? Serce Emily ści­skał coraz więk­szy lęk.

_Końce. Początki_. Phi­lippe celowo mówił nie­ja­sno. _Zmiana_.

_Diana ni­gdy nie lubiła zmian_, stwier­dziła Emily.

_To dla­tego, że boi się tego, czym musi się stać_, odparł Phi­lippe.

***

Mar­cus Whit­more widział wiele okrop­no­ści od tam­tej nocy w roku 1781, kiedy Mathew de Cler­mont uczy­nił go wam­pi­rem. Ale żadna nie przy­go­to­wała go na dzi­siej­szą próbę: poin­for­mo­wa­nie Diany Bishop, że jej uko­chana cio­cia Emily Mather nie żyje.

Mar­cus ode­brał tele­fon od Ysa­beau, kiedy razem z Natha­nie­lem Wil­so­nem oglą­dali w rodzin­nej biblio­tece wia­do­mo­ści tele­wi­zyjne. Żona Natha­niela Sophie i ich córka Mar­ga­ret drze­mały na kana­pie.

– Świą­ty­nia – rzu­ciła naglą­cym tonem Ysa­beau. – Przyjdź. Natych­miast.

Mar­cus bez pyta­nia posłu­chał babki. W dro­dze do drzwi zatrzy­mał się tylko po to, żeby zawo­łać swo­jego kuzyna Gal­low­glassa i ciotkę Verin.

W let­nim przed­wie­czor­nym świe­tle dotarł do polany na szczy­cie wzgó­rza, roz­ja­śnio­nej przez nad­przy­ro­dzony blask, który prze­są­czał się mię­dzy drze­wami. Od wiszą­cej w powie­trzu magii Mar­cu­sowi zje­żyły się włosy.

Potem wyczuł obec­ność wam­pira Ger­berta z Auril­lac. I jesz­cze kogoś. Cza­row­nicy.

Lek­kie, zde­cy­do­wane kroki roz­brzmiały na kory­ta­rzu, prze­no­sząc Mar­cusa z powro­tem do teraź­niej­szo­ści. Cięż­kie drzwi otwo­rzyły się ze skrzy­pie­niem.

– Cześć, kocha­nie.

Mar­cus odwró­cił wzrok od kra­jo­brazu Ower­nii i wziął głę­boki wdech. Zapach Pho­ebe Tay­lor przy­po­mi­nał mu gęstwinę bzów, które rosły przed czer­wo­nymi drzwiami jego rodzin­nej farmy. Deli­katny, ale zde­cy­do­wany aro­mat zapo­wia­dał wio­snę po dłu­giej zimie Mas­sa­chu­setts i zawsze przy­wo­ły­wał obraz jego od dawna nie­ży­ją­cej matki i jej wyro­zu­mia­łego uśmie­chu. Teraz koja­rzył mu się jedy­nie ze sto­jącą przed nim drobną kobietą o żela­znej woli.

– Wszystko będzie dobrze. – Pho­ebe popra­wiła mu koł­nie­rzyk. Jej oliw­kowe oczy były pełne tro­ski.

Prze­rzu­cił się na bar­dziej ofi­cjalne ubra­nia niż T-shirty mniej wię­cej w tym cza­sie, kiedy zaczął pod­pi­sy­wać listy imie­niem i nazwi­skiem Mar­cus de Cler­mont zamiast Mar­cus Whit­more, pod któ­rym to nazwi­skiem znała go Pho­ebe, zanim opo­wie­dział jej o wam­pi­rach, ojcach liczą­cych sobie tysiąc pięć­set lat, fran­cu­skim zamku peł­nym groź­nych krew­nych i o cza­row­nicy Dia­nie Bishop. Według Mar­cusa z cudem gra­ni­czyło to, że dziew­czyna z nim została.

– Nie będzie. – Mar­cus poca­ło­wał ją w dłoń. Pho­ebe jesz­cze nie poznała Mat­thew. – Zostań tu z Natha­nie­lem i resztą. Pro­szę.

– Mówię ci po raz ostatni, Mar­cu­sie Whit­more, że będę stała u two­jego boku, kiedy będziesz witał swo­jego ojca i jego żonę. Nie wie­rzę, że na­dal musimy o tym dys­ku­to­wać. – Pho­ebe wycią­gnęła do niego rękę. – Idziemy?

Mar­cus ujął jej dłoń, ale zamiast ruszyć do drzwi, tak jak narze­czona się spo­dzie­wała, przy­cią­gnął ją do sie­bie. Pho­ebe popa­trzyła na niego zasko­czona, z jedną ręką w jego dłoni, drugą przy­ci­śniętą do jego serca.

– Dobrze. Ale jeśli ze mną pój­dziesz, musisz speł­nić pewne warunki. Po pierw­sze, przez cały czas będziesz ze mną albo z Ysa­beau.

Pho­ebe otwo­rzyła usta, żeby zapro­te­sto­wać, ale uci­szyło ją poważne spoj­rze­nie Mar­cusa.

– Po dru­gie, jeśli każę ci wyjść z pokoju, zro­bisz to. Bez zwłoki. Bez pytań. Idź pro­sto do Fer­nanda. On będzie w kaplicy albo w kuchni. – Mar­cus przyj­rzał się jej twa­rzy i zoba­czył na niej nie­pew­ność, ale też akcep­ta­cję. – Po trze­cie, pod żad­nym pozo­rem nie znaj­dziesz się w zasięgu ręki mojego ojca. Zgoda?

Pho­ebe poki­wała głową. Jako dobra dyplo­matka była gotowa prze­strze­gać jego zasad… na razie. Jed­nakże jeśli ojciec Mar­cusa okaże się takim potwo­rem, za jakiego uwa­żano go w tym domu, ona zrobi to, co musi.

***

Fer­nando Gonçalves wylał ubite jajka na gorącą patel­nię, pokry­wa­jąc nimi sma­żone ziem­niaki. Jego tor­tilla espa­ńola była jedną z nie­wielu potraw, którą jadała Sarah Bishop, a aku­rat dzi­siaj wdowa potrze­bo­wała sił.

Gal­low­glass sie­dział przy kuchen­nym stole i wydłu­by­wał kro­ple wosku z pęk­nięć w sta­rych deskach. Z blond wło­sami się­ga­ją­cymi do koł­nie­rza i musku­larną budową wyglą­dał jak ponury niedź­wiedź. Jego przed­ra­miona i bicepsy pokry­wały kolo­rowe zawi­jasy tatu­aży. Ich tema­tyka sta­no­wiła odbi­cie tego, co Gal­low­glass myślał w momen­cie ich robie­nia, ponie­waż na wam­pi­rze tatu­aże utrzy­my­wały się przez zale­d­wie kilka mie­sięcy. Teraz wiel­ko­lud naj­wy­raź­niej myślał o swo­ich korze­niach, bo jego ręce były pokryte cel­tyc­kimi węzłami, runami i baśnio­wymi stwo­rze­niami z nor­we­skich i gaelic­kich mitów i legend.

– Prze­stań się mar­twić. – Głos Fer­nanda był cie­pły i doj­rzały jak sherry sta­rzone w dębo­wych becz­kach.

Gal­low­glass pod­niósł na chwilę wzrok i wró­cił do swo­jego zaję­cia.

– Nikt nie prze­szko­dzi Mat­thew w tym, co on musi zro­bić. Pomsz­cze­nie śmierci Emily to sprawa honoru.

Fer­nando wyłą­czył kuchenkę i pod­szedł do stołu, sunąc bez­sze­lest­nie bosymi sto­pami po kamien­nej pod­ło­dze. Idąc, odwi­nął rękawy bia­łej koszuli, nie­ska­zi­tel­nie czy­stej mimo godzin spę­dzo­nych tego dnia w kuchni. Wepchnął koszulę za pasek dżin­sów i prze­cze­sał pal­cami ciemne falu­jące włosy.

– Mar­cus spró­buje wziąć na sie­bie winę, prze­cież wiesz – stwier­dził Gal­low­glass. – Ale śmierć Emily to nie wina chło­paka.

Scena, którą ujrzał na górze, była dziw­nie spo­kojna, zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści. Gal­low­glass przy­był do świą­tyni chwilę po Mar­cu­sie. Zastał tam tylko ciszę i Emily Mather klę­czącą w kręgu wyty­czo­nym przez jasne kamie­nie. Za nią stał cza­row­nik Peter Knox z rękami na jej gło­wie i wyra­zem ocze­ki­wa­nia – nawet głodu – na twa­rzy. Ger­bert z Auril­lac, wam­pir i naj­bliż­szy sąsiad de Cler­mon­tów, przy­glą­dał się im z zain­te­re­so­wa­niem.

– Emily! – Udrę­czony krzyk Sarah prze­szył powie­trze z taką siłą, że nawet Ger­bert cof­nął się o krok.

Zasko­czony cza­row­nik puścił Emily Mather, a ona osu­nęła się na zie­mię nie­przy­tomna. Sarah zaata­ko­wała Knoksa tak potęż­nym zaklę­ciem, że ten prze­le­ciał przez całą polanę.

– Nie, Mar­cus jej nie zabił – powie­dział Fer­nando. – Ale jego zanie­dba­nie…

– Brak doświad­cze­nia – prze­rwał mu Gal­low­glass.

– Zanie­dba­nie – powtó­rzył Gonçalves – ode­grało rolę w tej tra­ge­dii. Mar­cus o tym wie i bie­rze na sie­bie odpo­wie­dzial­ność.

– Mar­cus nie pro­sił o przy­wódz­two – zagrzmiał Gal­low­glass.

– Nie. Ja wyzna­czy­łem go na to sta­no­wi­sko, a Mat­thew zgo­dził się, że to słuszna decy­zja. – Fer­nando krótko uści­snął ramię olbrzyma i wró­cił do kuchenki.

– To dla­tego przy­je­cha­łeś? Bo czu­łeś się winny, że odmó­wi­łeś kie­ro­wa­nia zako­nem, kiedy Mat­thew popro­sił cię o pomoc?

Nikt bar­dziej od Gal­low­glassa nie był zasko­czony, kiedy Fer­nando zja­wił się w Sept-Tours. Gonçalves uni­kał tego miej­sca, odkąd ojciec Gal­low­glassa Hugh de Cler­mont umarł w czter­na­stym wieku.

– Jestem tutaj, bo Mat­thew był przy mnie, kiedy fran­cu­ski król kazał stra­cić Hugh. – Zosta­łem wtedy sam na całym świe­cie, nie licząc mojej żałoby. – Głos Fer­nanda był szorstki. – A odmó­wi­łem dowo­dze­nia Ryce­rzami Świę­tego Łaza­rza, bo nie jestem de Cler­mon­tem.

– Byłeś part­ne­rem mojego ojca! – zapro­te­sto­wał Gal­low­glass. – Jesteś tak samo de Cler­mon­tem jak Ysa­beau albo jej dzieci!

Fer­nando sta­ran­nie zamknął drzwi pie­kar­nika.

– Jestem part­ne­rem Hugh – oświad­czył na­dal odwró­cony ple­cami do stołu. – Twój ojciec ni­gdy nie będzie dla mnie prze­szło­ścią.

– Prze­pra­szam – powie­dział ze smut­kiem Gal­low­glass. Choć Hugh nie żył od pra­wie sied­miu wie­ków, Fer­nando ni­gdy nie prze­bo­lał straty. A on wąt­pił, czy to kie­dy­kol­wiek się sta­nie.

– A jeśli cho­dzi o to, czy jestem de Cler­mon­tem – cią­gnął Fer­nando, wpa­tru­jąc się w ścianę nad kuchenką – Phi­lippe się na to nie zga­dzał.

Gal­low­glass znowu zaczął ner­wowo wysku­by­wać wosk ze szpar. Fer­nando nalał dwa kie­liszki czer­wo­nego wina i zaniósł je do stołu.

– Pro­szę. – Wrę­czył jeden pasier­bowi. – Ty też będziesz dzi­siaj potrze­bo­wał sił.

W tym momen­cie do kuchni wpa­dła Mar­the. Gospo­dyni Ysa­beau rzą­dziła tą czę­ścią château i nie była zado­wo­lona, że widzi w niej intru­zów. Posław­szy Fer­nan­dowi i Gal­lo­glas­sowi kwa­śne spoj­rze­nie, pocią­gnęła nosem i otwo­rzyła pie­kar­nik.

– To moja naj­lep­sza bryt­fanna! – rzu­ciła oskar­ży­ciel­skim tonem.

– Wiem – powie­dział Fer­nando i napił się wina. – Dla­tego jej uży­wam.

– Pań­skie miej­sce nie jest w kuchni, _dom_ Fer­nando. Pro­szę iść na górę i zabrać ze sobą Gal­low­glassa.

Mar­the się­gnęła do półki nad zle­wem po paczkę her­baty. I wtedy zoba­czyła imbryk owi­nięty w ścierkę, sto­jący na tacy obok fili­ża­nek, spodków, mleka i cukru. Mars na jej twa­rzy się pogłę­bił.

– Co jest nie w porządku w mojej obec­no­ści tutaj? – zapy­tał Fer­nando.

– Nie jest pan słu­żą­cym – odparła Mar­the. Zdjęła pokrywkę z imbryka i podejrz­li­wie pową­chała zawar­tość.

– Ulu­biona Diany. Mówi­łaś mi, co ona lubi, pamię­tasz? – Fer­nando uśmiech­nął się ze smut­kiem. – I wszy­scy w tym domu służą de Cler­mon­tom, Mar­the. Jedyna róż­nica polega na tym, że ty, Alain i Vic­to­ire dosta­je­cie za to sowitą zapłatę. Reszta z nas ma być wdzięczna za ten przy­wi­lej.

– I nie bez powodu. Inni _man­ja­sang_ marzą o tym, żeby być czę­ścią tej rodziny. Pro­szę pamię­tać o tym na przy­szłość, _dom_ Fer­nando. – Mar­the poło­żyła nacisk na jego wiel­ko­pań­ski tytuł. Wzięła tacę. – I o cytry­nie. A przy oka­zji, jajka się palą.

Gonçalves sko­czył im na ratu­nek.

– Jeśli cho­dzi o cie­bie – Mar­the wbiła wzrok w Gal­low­glassa – nie powie­dzia­łeś nam o Mat­thew i jego żonie tego, co powi­nie­neś.

Gal­low­glass wpa­try­wał się ze skru­szoną miną w swoje wino.

– Twoja babka póź­niej się z tobą poli­czy. – Po tej mro­żą­cej krew w żyłach zapo­wie­dzi Mar­the wyma­sze­ro­wała z kuchni.

– Co znowu zro­bi­łeś? – zapy­tał Fer­nando, sta­wia­jąc na kuchence tor­tillę, jesz­cze nie spa­loną, _Alham­dul­lil­lah._ Doświad­cze­nie nauczyło go, że cokol­wiek nabroił Gal­low­glass, miał dobre inten­cje i cał­ko­witą pogardę dla moż­li­wych kon­se­kwen­cji.

– Nooo… – Gal­low­glass prze­cią­gnął samo­gło­skę, jak to tylko Szkot potrafi – być może pomi­ną­łem w opo­wie­ści jedną czy dwie rze­czy.

– Na przy­kład? – naci­skał Fer­nando, wyczu­wa­jąc pośród domo­wych kuchen­nych zapa­chów woń kata­strofy.

– Na przy­kład to, że cio­teczka jest w ciąży… i to z nikim innym jak z Mat­thew. I że dzia­dek ją adop­to­wał. Panie, jego przy­sięga krwi była ogłu­sza­jąca. – Gal­low­glass się zamy­ślił. – Myślisz, że na­dal będziemy mogli ją usły­szeć?

Fer­nando stał z roz­dzia­wio­nymi ustami.

– Nie patrz tak na mnie. Podzie­le­nie się nowiną o dziecku wyda­wało mi się nie­wła­ściwe. Kobiety potra­fią być dziwne w takich spra­wach. A Phi­lippe przed śmier­cią powie­dział cio­teczce Ver­tin o przy­się­dze krwi i ona też nie pisnęła o tym słowa od tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stego pią­tego!

Powie­trze roz­darł huk, jakby zde­to­no­wano nie­wielką bombę. Coś zie­lo­nego i ogni­sto­ru­dego prze­mknęło za kuchen­nym oknem.

– Co to było, do dia­bła? – Fer­nando gwał­tow­nie otwo­rzył drzwi i osło­nił oczy przed jasnym bla­skiem słońca.

– Pew­nie wku­rzona wiedźma. – Ton Gal­low­glasa był posępny. – Sarah musiała powie­dzieć Dia­nie i Mat­thew o Emily.

– Nie eks­plo­zja, tylko to! – Fer­nando wska­zał na dzwon­nicę w Saint-Lucien.

Okrą­żała ją skrzy­dlata dwu­nożna istota zie­jąca ogniem. Gal­low­glass wstał, żeby lepiej się przyj­rzeć.

– To Corra – powie­dział rze­czo­wym tonem. – Ona jest zawsze tam, gdzie cio­teczka.

– Ale to prze­cież smok. – Fer­nando spoj­rzał na pasierba dzi­kim wzro­kiem.

– To żaden smok. Nie widzisz, że ma tylko dwie nogi? Corra to smok ogni­sty. – Gal­low­glass wykrę­cił ramię, żeby zade­mon­stro­wać tatuaż ze skrzy­dlatą istotą, która bar­dzo przy­po­mi­nała lata­jącą bestię. – Wła­śnie taki. Mogłem pomi­nąć ze dwa szcze­góły, ale ostrze­ga­łem wszyst­kich, że cio­teczka Diana nie będzie taką samą cza­row­nicą jak wcze­śniej.

***

– To prawda, skar­bie. Em nie żyje.

Stres zwią­zany z wyzna­niem prawdy Dia­nie i Mat­thew naj­wy­raź­niej oka­zał się dla niej zbyt silny. Sarah mogłaby przy­siąc, że widzi smoka. Fer­nando miał rację. Powinna ogra­ni­czyć whi­skey.

– Nie wie­rzę ci. – Głos Diany był piskliwy i ostry.

Prze­szu­kała salon Ysa­beau, jakby się spo­dzie­wała, że znaj­dzie Emily ukrytą za jedną z ozdob­nych sof.

– Emily nie ma. – Ści­szony głos Mat­thew był pełen żalu i czu­ło­ści. – Ode­szła.

– Nie. – Diana pró­bo­wała go omi­nąć, ale on chwy­cił ją w ramiona i przy­tu­lił.

– Tak mi przy­kro, Sarah – powie­dział.

– Nie mów, że ci przy­kro! – krzyk­nęła Diana, pró­bu­jąc się uwol­nić z sil­nego uści­sku. Zabęb­niła pię­ścią w ramię męża. – Em żyje! To kosz­mar. Obudź mnie, Mat­thew, pro­szę! Chcę się obu­dzić w tysiąc pięć­set dzie­więć­dzie­sią­tym pierw­szym.

– To nie jest kosz­mar – Dłu­gie, samotne tygo­dnie uświa­do­miły Sarah, że śmierć Em to straszna prawda.

– Więc wybra­łam nie­wła­ściwy zakręt… albo zawią­za­łam zły węzeł w zaklę­ciu. Nie tutaj mie­li­śmy tra­fić! – Diana cała się trzę­sła z żalu i szoku. – Em obie­cała, że ni­gdy nie odej­dzie bez poże­gna­nia.

– Em nie miała czasu się poże­gnać… z nikim. Ale to nie zna­czy, że cię nie kochała. – Sarah przy­po­mi­nała to sobie setki razy w ciągu dnia.

– Diana powinna usiąść – stwier­dził Mar­cus, przy­cią­ga­jąc krze­sło.

Syn Mat­thew teraz też wyglą­dał jak dwu­dzie­sto­pa­ro­letni sur­fer, który zeszłej jesieni w paź­dzier­niku zja­wił się w domu Bisho­pów. Skó­rzany rze­myk z dziwną kolek­cją przed­mio­tów zbie­ra­nych przez stu­le­cia na­dal wisiał na jego szyi wplą­tany w blond włosy. Na sto­pach Mar­cus miał ulu­bione converse’y. Nowy był jedy­nie smutny, pełen rezerwy wyraz jego oczu.

Sarah była wdzięczna za obec­ność Mar­cusa i Ysa­beau, ale osobą, którą naprawdę pra­gnęła mieć w tej chwili przy sobie, był Fer­nando. W tym trud­nym okre­sie oka­zał się dla niej opoką.

– Dzię­kuję, Mar­cu­sie – powie­dział Mat­thew, sadza­jąc żonę na krze­śle.

Pho­ebe pró­bo­wała wci­snąć jej do ręki szklankę wody. Kiedy Diana spoj­rzała na nią pustym wzro­kiem, Mat­thew wziął naczy­nie i posta­wił je na stole.

Wszy­scy patrzyli na wdowę.

Sarah nie czuła się pew­nie w takich sytu­acjach. To Diana była w rodzi­nie histo­ryczką. Wie­działa, od czego zacząć i jak upo­rząd­ko­wać ciąg zagma­twa­nych wyda­rzeń w spójną opo­wieść ze wstę­pem, roz­wi­nię­ciem i zakoń­cze­niem, może nawet z wia­ry­god­nym wytłu­ma­cze­niem, dla­czego Emily umarła.

– Nie ma łatwego spo­sobu, by to opo­wie­dzieć – zaczęła Sarah.

– Nic nie musisz nam mówić – ode­zwał się Mat­thew z oczami peł­nymi współ­czu­cia. – Wyja­śnie­nia mogą pocze­kać.

– Nie. Oboje musi­cie wie­dzieć. – Sarah się­gnęła po szkla­neczkę whi­skey, którą zwy­kle miała pod ręką. Teraz jej nie zna­la­zła. Z niemą prośbą spoj­rzała na Mar­cusa.

– Emily umarła w sta­rej świą­tyni – powie­dział Mar­cus, bio­rąc na sie­bie trudne zada­nie.

– Tej poświę­co­nej bogini? – zapy­tała szep­tem Diana, marsz­cząc w sku­pie­niu czoło.

– Tak. – Sarah zakasz­lała, żeby usu­nąć gulę z gar­dła. – Emily spę­dzała tam ostat­nio coraz wię­cej czasu.

– Była sama? – Wyraz twa­rzy Mat­thew już nie był cie­pły i pełen zro­zu­mie­nia. Jego głos stał się lodo­waty.

W pokoju zapa­dła cisza, tym razem ciężka i nie­zręczna.

– Emily nie pozwa­lała nikomu ze sobą cho­dzić – wyja­śniła Sarah, sta­wia­jąc na szcze­rość. Gdyby minęła się z prawdą, Diana od razu by się zorien­to­wała. Też była cza­row­nicą. – Mar­cus pró­bo­wał ją prze­ko­nać, żeby kogoś ze sobą zabie­rała, ale Emily odma­wiała.

– Dla­czego chciała być sama? – spy­tała Diana, widząc nie­po­kój ciotki. – Co się działo, Sarah!

– Od stycz­nia Em zwra­cała się ku wyż­szej magii. – Sarah odwró­ciła wzrok od wstrzą­śnię­tej sio­strze­nicy. – Miała straszne prze­czu­cia śmierci i nie­szczę­ścia. Chciała je zro­zu­mieć.

– Ale Em zawsze mówiła, że wyż­sza magia jest zbyt mroczna, żeby cza­row­nice mogły bez­piecz­nie się nią posłu­gi­wać – powie­działa Diana sil­niej­szym gło­sem. – Mówiła, że cza­row­nica, która uważa, że jest odporna na zagro­że­nia, prze­kona się bole­śnie, jak potężne są te moce.

– Mówiła z doświad­cze­nia – potwier­dziła Sarah. – Ta magia potrafi uza­leż­niać. Ona poznała jej atrak­cyj­ność, ale nie chciała, żebyś o tym wie­działa, skar­bie. Od dzie­się­cio­leci nie dotknęła kamie­nia do wróżb ani nie pró­bo­wała wzy­wać duchów.

– Wzy­wać duchów? – Mat­thew zmru­żył oczy. Z ciemną brodą wyglą­dał naprawdę groź­nie.

– Myślę, że pró­bo­wała wezwać Rebeccę. Gdy­bym zda­wała sobie sprawę, jak daleko posu­nęła się w tych swo­ich pró­bach, sta­ra­ła­bym się ją powstrzy­mać. – Oczy Sarah wypeł­niły się łzami. – Peter Knox musiał wyczuć moc Emily, a wyż­sza magia zawsze go fascy­no­wała. Gdy ją zna­lazł…

– Knox? – powtó­rzył Mat­thew cicho, a Sarah zje­żyły się wło­ski na karku.

– Kiedy ją zna­leź­li­śmy, Knox i Ger­bert też tam byli – wyja­śnił Mar­cus z nie­szczę­śliwą miną. – Em dostała ataku serca. Musiała być w ogrom­nym stre­sie, kiedy pró­bo­wała sta­wić opór Knok­sowi. Była ledwo przy­tomna. Pró­bo­wa­łem ją reani­mo­wać. Sarah rów­nież. Ale nic nie mogli­śmy już zro­bić.

– Dla­czego Knox i Ger­bert tam byli?! – krzyk­nęła Diana. – I co, u licha, Knox chciał uzy­skać, zabi­ja­jąc Em?

– Nie sądzę, żeby Knox chciał ją zabić, kocha­nie – powie­działa Sarah. – Czy­tał w jej myślach albo usi­ło­wał to zro­bić. Jej ostat­nie słowa brzmiały: „Znam tajem­nicę Ash­mole’a nr 782, a ty ni­gdy jej nie poznasz”.

– Ash­mole’a nr 782? – Diana osłu­piała. – Jesteś pewna?

– Tak. – Sarah żało­wała, że sio­strze­nica zna­la­zła ten ręko­pis w Biblio­tece Bodle­jań­skiej. Wła­śnie on był powo­dem więk­szo­ści ich obec­nych pro­ble­mów.

– Knox twier­dził, że de Cler­mon­to­wie mają bra­ku­jące strony manu­skryptu i znają jego sekrety – ode­zwała się Ysa­beau. – Verin i ja mówi­ły­śmy mu, że się myli, ale jedyne, co odcią­gało go od tego tematu, to dziecko. Mar­ga­ret.

– Natha­niel i Sophie poszli za nami do świą­tyni – wyja­śnił Mar­cus w odpo­wie­dzi na zdu­mione spoj­rze­nie Mat­thew. – Mar­ga­ret była z nimi. Zanim Emily upa­dła nie­przy­tomna, Knox zoba­czył Mar­ga­ret i zapy­tał, jakim cudem dwa demony spło­dziły cza­row­nicę. Powo­łał się na przy­mie­rze. Zagro­ził, że Kon­gre­ga­cja prze­pro­wa­dzi śledz­two, czy nie doszło, jak to okre­ślił, do „poważ­nego naru­sze­nia prawa”. Gdy my pró­bo­wa­li­śmy ocu­cić Emily i zabrać dziecko w bez­pieczne miej­sce, Ger­bert i Knox się wymknęli.

Do nie­dawna Sarah zawsze uwa­żała Kon­gre­ga­cję i przy­mie­rze za zło konieczne. Nie było łatwo trzem gatun­kom z innego świata – demo­nom, wam­pi­rom i cza­row­ni­kom – żyć wśród ludzi. Wszyst­kie one w któ­rymś momen­cie histo­rii padały ofiarą ludz­kiego stra­chu i prze­mocy, więc już dawno temu zgo­dziły się na przy­mie­rze w celu zmi­ni­ma­li­zo­wa­nia ryzyka, że ich świat przy­cią­gnie nie­po­trzebną uwagę. Ogra­ni­czało ono bra­ta­nie się gatun­ków, a także udział w ludz­kiej poli­tyce czy reli­gii. Dzie­wię­cio­oso­bowa Kon­gre­ga­cja wpro­wa­dziła te usta­le­nia w życie i pil­no­wała, żeby byty ich prze­strze­gały. Teraz, kiedy Diana i Mat­thew wró­cili do domu, Kon­gre­ga­cja mogła iść do dia­bła i zabrać ze sobą swoje przy­mie­rze, jeśli cho­dzi o Sarah.

Diana odwró­ciła głowę, a po jej twa­rzy prze­mknął wyraz nie­do­wie­rza­nia.

– Gal­low­glass? – wyszep­tała, czu­jąc w salo­nie zapach morza.

– Witaj w domu, cio­teczko.

Złota broda zalśniła w bla­sku słońca. Diana przez chwilę ze zdu­mie­niem patrzyła na wiel­ko­luda, potem wyrwał się jej szloch.

– No, no! – Gal­low­glass porwał ją w niedź­wie­dzi uścisk. – Minęło tro­chę czasu od chwili gdy mój widok dopro­wa­dził kobietę do łez. Poza tym to ja powi­nie­nem pła­kać. Jeśli cho­dzi o cie­bie, roz­ma­wia­li­śmy zale­d­wie parę dni temu, a dla mnie minęły wieki.

Wokół Diany zami­go­tał tajem­ni­czy blask, jakby powoli roz­pa­la­ją­cej się świecy. Sarah zamru­gała. Naprawdę będzie musiała odsta­wić alko­hol.

Mat­thew i jego bra­ta­nek wymie­nili spoj­rze­nia. Kiedy łzy Diany popły­nęły więk­szym stru­mie­niem, a blask wokół niej stał się inten­syw­niej­szy, na twa­rzy jej męża odma­lo­wała się jesz­cze więk­sza tro­ska.

– Niech Mat­thew zabie­rze cię na górę. – Gal­low­glass się­gnął do kie­szeni i wyjął z niej pognie­cioną żółtą ban­danę. Podał ją Dia­nie.

– Wszystko z nią dobrze? – zanie­po­ko­iła się Sarah.

– Jest tro­chę zmę­czona – odparł Gal­low­glass, pro­wa­dząc razem z Mat­thew Dianę do pokoju w odle­głej wieży.

Gdy wszy­scy troje wyszli, Sarah stra­ciła resztki kru­chego opa­no­wa­nia i zaczęła pła­kać. Codzien­nie wciąż na nowo prze­ży­wała śmierć Em, ale roz­mowa z Dianą oka­zała się jesz­cze bar­dziej bole­sna. Fer­nando zbli­żył się do niej z zatro­skaną miną, przy­tu­lił ją i powie­dział cicho:

– Wszystko w porządku, Sarah. Wyrzuć to z sie­bie.

– Gdzie byłeś, kiedy cię potrze­bo­wa­łam? – zapy­tała Sarah, szlo­cha­jąc gło­śno.

– Teraz jestem. – Fer­nando zaczął koły­sać ją deli­kat­nie. – A Diana i Mat­thew wró­cili bez­piecz­nie do domu.

***

– Nie mogę prze­stać się trząść. – Dia­nie szczę­kały zęby, a nogi i ręce dygo­tały, jakby pocią­gały je nie­wi­dzialne sznurki.

Gal­low­glass zaci­snął usta i odsu­nął się na bok, kiedy jego stryj otu­lał żonę kocem i maso­wał jej ramiona.

– To szok, _mon coeur_ – powie­dział cicho Mat­thew, cału­jąc ją w poli­czek. Nie cho­dziło tylko o śmierć Emily, ale rów­nież o wspo­mnie­nie wcze­śniej­szej, trau­ma­tycz­nej utraty rodzi­ców. – Możesz przy­nieść tro­chę wina, Gal­low­glas­sie?

– Nie powin­nam. – Wyraz twa­rzy Diany zmie­nił się rap­tow­nie, wró­ciły łzy. – Dzieci… Ni­gdy nie poznają Em. Nasze dzieci będą dora­stać, nie zna­jąc Em.

– Pro­szę. – Gal­low­glass podał stry­jowi srebrną pier­siówkę.

Mat­thew spoj­rzał na niego z wdzięcz­no­ścią.

– Jesz­cze lepiej – powie­dział, wyj­mu­jąc korek. – Tylko łyk, Diano. Nie zaszko­dzi bliź­nię­tom, a pomoże ci się uspo­koić. Każę Mar­the przy­nieść czarną her­batę z dużą ilo­ścią cukru.

– Zabiję Petera Knoksa – rzu­ciła gwał­tow­nie Diana, kiedy wypiła odro­binę whi­skey. Blask wokół niej poja­śniał.

– Nie dzi­siaj – uciął twardo Mat­thew, odda­jąc pier­siówkę bra­tan­kowi.

– Czy _glaem_ cio­teczki jest taki jasny, odkąd wró­ci­li­ście? – Gal­low­glass wpraw­dzie nie widział Diany Bishop od 1591 roku, ale nie pamię­tał, żeby wtedy ten blask był tak zauwa­żalny.

– Tak, ale nosiła czar masku­jący. Szok musiał go osła­bić. – Mat­thew posa­dził żonę na kana­pie. – Diana chciała, żeby Emily i Sarah cie­szyły się tym, że zostaną bab­ciami, nim zaczną wypy­ty­wać o jej więk­szą moc.

Gal­low­glass zmełł w ustach prze­kleń­stwo.

– Lepiej? – zapy­tał Mat­thew, muska­jąc war­gami palce żony.

Diana poki­wała głową, choć zęby na­dal jej szczę­kały. Gal­low­glass cier­piał na samą myśl, ile wysiłku musi ją kosz­to­wać pano­wa­nie nad sobą.

– Tak mi przy­kro z powodu Emily – powie­dział Mat­thew, ujmu­jąc w dło­nie twarz żony.

– Czy to nasza wina? Zosta­li­śmy w prze­szło­ści zbyt długo, tak jak uwa­żał tata? – Diana mówiła tak cicho, że nawet Gal­low­glass z tru­dem ją sły­szał.

– Oczy­wi­ście, że nie – rzu­cił szorstko. – Zro­bił to Peter Knox. Nikogo innego nie można obwi­niać.

– Nie mar­twmy się tym, kogo obwi­niać – rzekł Mat­thew, ale jego spoj­rze­nie było gniewne.

Gal­low­glass poki­wał głową. Wie­dział, że jego stryj będzie miał dużo do powie­dze­nia o Knok­sie i Ger­ber­cie… póź­niej. Teraz trosz­czył się o żonę.

– Emily chcia­łaby, żebyś sku­piła się na sobie i Sarah. Na razie to wystar­czy. – Mat­thew odgar­nął mie­dziane pasma przy­kle­jone do mokrych od łez policz­ków.

– Powin­nam zejść na dół – stwier­dziła Diana, przy­kła­da­jąc do oczu żółtą ban­danę Gal­low­glassa. – Sarah mnie potrze­buje.

– Zostańmy tu jesz­cze tro­chę. Pocze­kajmy, aż Mar­the przy­nie­sie her­batę. – Mat­thew usiadł obok żony.

Diana oparła się o niego. Jej oddech był ury­wany, kiedy pró­bo­wała powstrzy­my­wać łzy.

– Zosta­wiam was – mruk­nął Gal­low­glass.

Mat­thew ski­nął mu głową w nie­mym podzię­ko­wa­niu.

– Dzię­kuję, Gal­low­glas­sie – powie­działa Diana, odda­jąc mu ban­danę.

– Zatrzy­maj ją.

Wiel­ko­lud ruszył w stronę scho­dów.

– Jeste­śmy sami – powie­dział Mat­thew. – Teraz już nie musisz być silna.

Gal­low­glass zosta­wił stryja i jego żonę sple­cio­nych ze sobą w obję­ciach, z twa­rzami wykrzy­wio­nymi z bólu i smutku, doda­ją­cych sobie nawza­jem otu­chy, któ­rej oddziel­nie by nie zna­leźli.

***

_Nie powin­nam cię tu wzy­wać. Trzeba było zna­leźć inny spo­sób, żeby uzy­skać odpo­wie­dzi_. Emily odwró­ciła się do naj­lep­szej przy­ja­ciółki. _Powin­naś być ze Ste­phe­nem_.

_Wolę być tutaj z córką niż gdzie indziej_, odparła Rebecca Bishop. _Ste­phen rozu­mie_. Spoj­rzała na Dianę i Mat­thew, na­dal smut­nych i sple­cio­nych w obję­ciach.

_Nie bój się. Mat­thew się nią zaopie­kuje_. Phi­lippe na­dal pró­bo­wał roz­gryźć Rebeccę Bishop, która oka­zała się istotą bar­dzo trudną i rów­nie wprawną w strze­że­niu tajem­nic jak wam­piry.

_Nawza­jem o sie­bie się zatrosz­czą_, stwier­dziła Rebecca, trzy­ma­jąc rękę na sercu. _Wie­dzia­łam, że tak będzie_.ROZDZIAŁ 4

Zamie­rza­łeś w ogóle mi powie­dzieć, że jesteś zabójcą w rodzie de Cler­mon­tów? – spy­ta­łam, się­ga­jąc po sok grejp­fru­towy.

Mat­thew spoj­rzał na mnie nad kuchen­nym sto­łem, na któ­rym Mar­the zosta­wiła mi śnia­da­nie. Prze­my­cił do środka Hec­tora i Fal­lona i teraz psy z zain­te­re­so­wa­niem śle­dziły naszą roz­mowę… i mój posi­łek.

– I o związku Fer­nanda z twoim bra­tem Hugh? Zosta­łam wycho­wana przez dwie kobiety. Nie ukry­wa­łeś przede mną tej infor­ma­cji z obawy, że mogła­bym tego nie akcep­to­wać.

Hec­tor i Fal­lon spoj­rzały na swo­jego pana, cze­ka­jąc na odpo­wiedź. Kiedy się jej nie docze­kały, prze­nio­sły wzrok na mnie.

– Verin wydaje się miła – stwier­dzi­łam, pró­bu­jąc spro­wo­ko­wać męża.

– Miła? – Mat­thew uniósł brew.

– No cóż, nie licząc tego, że była uzbro­jona w nóż. – Byłam zado­wo­lona, że moja stra­te­gia się spraw­dziła.

– Noże – popra­wił mnie Mat­thew. – Jeden miała w bucie, drugi przy pasie i trzeci w sta­niku.

– Czy Verin była skautką? – Teraz z kolei ja unio­słam brwi.

Zanim mąż zdą­żył odpo­wie­dzieć, do kuchni wpadł Gal­low­glass, wir błę­kitu i czerni, a za nim Fer­nando. Mat­thew wstał. Kiedy psy poszły w jego ślady, poka­zał im pod­łogę, a one natych­miast go posłu­chały.

– Dokończ śnia­da­nie, a potem idź na wieżę – powie­dział Mat­thew, zanim wyszedł z kuchni. – Zabierz ze sobą psy. I nie schodź na dół, póki po cie­bie nie przyjdę.

– Co się dzieje? – zapy­ta­łam gospo­dy­nię w nagle opu­sto­sza­łym pomiesz­cze­niu.

– Bal­dwin jest w domu. – Mar­the nic wię­cej nie dodała, jakby taka odpo­wiedź powinna mi w zupeł­no­ści wystar­czyć.

– Mar­cus. – Przy­po­mnia­łam sobie, że Bal­dwin wró­cił, żeby zoba­czyć się z synem Mat­thew. Zerwa­łam się od stołu, psy wstały z pod­łogi. – Gdzie on jest?

– W gabi­ne­cie Phi­lippe’a. – Mar­the zmarsz­czyła brwi. – Nie sądzę, żeby Mat­thew chciał tam panią widzieć. Może dojść do roz­lewu krwi.

– To całe moje życie. – Mówiąc to, patrzy­łam przez ramię i w rezul­ta­cie wpa­dłam na Verin. Towa­rzy­szył jej star­szy dżen­tel­men, wysoki i chudy, o łagod­nych oczach. Pró­bo­wa­łam ich wymi­nąć. – Prze­pra­szam.

– Dokąd idziesz? – zapy­tała szwa­gierka, tara­su­jąc mi drogę.

– Do gabi­netu Phi­lippe’a.

– Mat­thew kazał ci iść na wieżę. – Verin zmru­żyła oczy. – Jest twoim part­ne­rem, a ty masz go słu­chać jak przy­stało na żonę wam­pira. – Jej akcent był nie­miecki… ale nie czy­sto nie­miecki, może austriacki, szwaj­car­ski… Albo pocho­dził ze wszyst­kich trzech języ­ków.

– Jaka dla was szkoda, że jestem cza­row­nicą. – Wycią­gnę­łam rękę do męż­czy­zny, któ­rzy przy­słu­chi­wał się naszej roz­mo­wie z ledwo masko­wa­nym roz­ba­wie­niem. – Diana Bishop.

– Ernst Neu­mann. Jestem mężem Verin. – Akcent Ern­sta wska­zy­wał na pocho­dze­nie z oko­lic Ber­lina. – Dla­czego nie chcesz puścić Diany, _Schatz_? Dzięki temu też będziesz mogła tam pójść. Wiem, jak nie lubisz tra­cić dobrej kłótni. Ja zacze­kam w salo­nie.

– Dobry pomysł, kocha­nie. Nie mogą mnie winić, że cza­row­nica ucie­kła z kuchni. – Verin spoj­rzała na męża ze szcze­rym podzi­wem i go poca­ło­wała. Choć wyglą­dała jak jego wnuczka, było oczy­wi­ste, że ona i Ernst są bar­dzo w sobie zako­chani.

– Cza­sami je mie­wam – przy­znał mąż z weso­łymi iskier­kami w oczach. – Ale zanim Diana uciek­nie, a ty pobie­gniesz za nią, powiedz mi, czy mam wziąć nóż, czy pisto­let, na wypa­dek gdyby jeden z two­ich braci wpadł w szał?

Verin się zasta­no­wiła.

– Myślę, że wystar­czyłby tasak Mar­the. Ger­berta kie­dyś spo­wol­nił, a jego skóra jest dużo grub­sza niż Bal­dwina czy Mat­thew.

– Wziął pan tasak na Ger­berta? – Coraz bar­dziej lubi­łam męża Verin.

– To byłaby prze­sada – stwier­dził Ernst, lekko różo­wie­jąc z zakło­po­ta­nia.

– Boję się, że Pho­ebe pró­buje dyplo­ma­cji – wtrą­ciła Verin, kie­ru­jąc mnie w stronę bija­tyki. – To ni­gdy nie działa na Bal­dwina. Musimy iść.

– Jeśli Ernst bie­rze nóż, ja biorę psy. – Pstryk­nę­łam pal­cami na Hec­tora i Fal­lona i ruszy­łam szyb­kim kro­kiem, a psy pobie­gły za mną, powar­ku­jąc i macha­jąc ogo­nami, jakby świet­nie się bawiły.

Podest dru­giego pię­tra, który pro­wa­dził do rodzin­nych apar­ta­men­tów, był pełen gapiów, kiedy tam dotar­ły­śmy z Verin. Stali na nim Natha­niel, Sophie z Mar­ga­ret na rękach, Hamish w jedwab­nym szla­froku w kratę, z tylko jedną połową twa­rzy ogo­loną, i Sarah, którą chyba obu­dziły hałasy. Ysa­beau miała znu­dzoną minę, jakby takie rze­czy działy się przez cały czas.

– Wszy­scy do salonu – powie­dzia­łam, cią­gnąc Sarah w kie­runku scho­dów. – Ernst tam do cie­bie dołą­czy.

– Nie wiem, co tak poru­szyło Mar­cusa. – Hamish ręcz­ni­kiem wytarł z brody krem do gole­nia. – Bal­dwin go wezwał i z początku wszystko wyda­wało się w porządku. Potem zaczęli na sie­bie wrzesz­czeć.

Mały pokój, któ­rego Phi­lippe uży­wał jako gabi­netu, był pełen wam­pi­rów i testo­ste­ronu. Mat­thew, Fer­nando i Gal­low­glass prze­py­chali się, wal­cząc o lep­szą pozy­cję. Bal­dwin sie­dział na krze­śle wind­sor­skim i odchy­lony razem z nim do tyłu, trzy­mał skrzy­żo­wane nogi na biurku. Mar­cus opie­rał się o drugą stronę biurka, czer­wony na twa­rzy. Jego part­nerka Pho­ebe Tay­lor – bo młoda kobieta sto­jąca obok była tą, którą nie­ja­sno pamię­ta­łam z pierw­szego dnia po naszym powro­cie, pró­bo­wała zała­go­dzić spór mię­dzy głową rodu de Cler­mont i wiel­kim mistrzem Zakonu Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza.

– Ta dziwna zbie­ra­nina cza­row­nic i demo­nów, które tu spro­wa­dzi­li­ście, musi natych­miast stąd znik­nąć – oświad­czył Bal­dwin, bez powo­dze­nia sta­ra­jąc się poha­mo­wać gniew. Tylne nogi krze­sła opa­dły z hukiem na pod­łogę.

– Sept-Tours należy do Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza! – krzyk­nął Mar­cus. – Ja jestem wiel­kim mistrzem, a nie ty. Ja mówię, co tu może się dziać!

– Daj spo­kój, Mar­cu­sie. – Mat­thew wziął syna za łokieć.

– Jeśli nie zro­bi­cie dokład­nie tego, co każę, nie będzie żad­nych Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza! – Bal­dwin wstał, tak że oba wam­piry zna­la­zły się twa­rzą w twarz.

– Prze­stań mi gro­zić, Bal­dwi­nie – powie­dział Mar­cus. – Nie jesteś moim ojcem ani panem.

– Nie, ale jestem głową tej rodziny. – Bal­dwin rąb­nął pię­ścią w biurko. – Posłu­chasz mnie, Mar­cu­sie, albo ponie­siesz kon­se­kwen­cje swo­jego nie­po­słu­szeń­stwa.

– Dla­czego wy dwaj nie może­cie usiąść i poroz­ma­wiać roz­sąd­nie? – Pho­ebe odważ­nie pod­jęła wysi­łek, żeby roz­dzie­lić dwa wam­piry.

Bal­dwin wark­nął na nią ostrze­gaw­czo, a Mar­cus sko­czył mu do gar­dła.

Mat­thew chwy­cił Pho­ebe i odcią­gnął ją na bok. Dziew­czyna drżała, choć bar­dziej z gniewu niż ze stra­chu. Fer­nando zła­pał Mar­cusa i przy­szpi­lił jego ramiona do boków. Gal­low­glass zaci­snął dłoń na ramie­niu Bal­dwina.

– Nie rzu­caj mu wyzwa­nia – ostrzegł Fer­nando, kiedy Mar­cus pró­bo­wał się uwol­nić. – Chyba że jesteś gotowy wyjść z tego domu i ni­gdy nie wró­cić.

Po dłuż­szej chwili wam­pir ski­nął głową. Gonçalves go puścił, ale został w pobliżu.

– Te groźby są absur­dalne – stwier­dził Mar­cus tro­chę bar­dziej opa­no­wa­nym tonem. – Zakon Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza i Kon­gre­ga­cja od lat cho­dzą ze sobą do łóżka. My doglą­damy ich spraw finan­so­wych, nie wspo­mi­na­jąc o pomocy w zapro­wa­dza­niu porządku wśród wam­pi­rów. Z pew­no­ścią…

– Z pew­no­ścią Kon­gre­ga­cja nie zary­zy­kuje zemsty rodu de Cler­mont? Nie pogwałci azylu, któ­rym zawsze było Sept-Tours? – Bal­dwin pokrę­cił głową. – Oni już to zro­bili, Mar­cu­sie. Kon­gre­ga­cja tym razem się nie bawi. Od lat szu­kała powodu, żeby roz­wią­zać Zakon Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza.

– Robią to teraz, bo ofi­cjal­nie oskar­ży­łem Petera Knoksa o śmierć Emily? – zapy­tał Mar­cus.

– Tylko czę­ściowo. Kon­gre­ga­cja nie mogła znieść two­jego uporu w spra­wie anu­lo­wa­nia przy­mie­rza. – Bal­dwin cisnął mu zwój per­ga­minu. Trzy pie­czę­cie zako­ły­sały się lekko na to bru­talne trak­to­wa­nie. – Roz­wa­ży­li­śmy twoją prośbę… ponow­nie. Została odrzu­cona. Ponow­nie.

To jedno słowo „my” wyja­śniło pewną tajem­nicę. Odkąd w dwu­na­stym wieku utwo­rzono Kon­gre­ga­cję i pod­pi­sano przy­mie­rze, wśród trzech wam­pi­rów zasia­da­ją­cych przy stole narad zawsze był jakiś de Cler­mont. Do tej pory nie zna­łam jego toż­sa­mo­ści. Teraz oka­zało się, że jest nim brat Matt­thew.

– Szkoda, że wam­pir wmie­szał się w spór dwojga cza­row­ni­ków – cią­gnął Bal­dwin. – Żąda­nie odszko­do­wa­nia za śmierć Emily Mather było głu­pie, Mar­cu­sie, ale dal­sze pod­wa­ża­nie przy­mie­rza nie­wy­ba­czal­nie naiwne.

– Co się stało? – zapy­tał Mat­thew. Prze­ka­zał Pho­ebe pod moją opiekę, choć jego spoj­rze­nie mówiło, że nie cie­szy go mój widok.

– Mar­cus i inni uczest­nicy jego małej rebe­lii wezwali w kwiet­niu do unie­waż­nie­nia przy­mie­rza. Twój syn ogło­sił, że rodzina Bisho­pów znaj­duje się pod bez­po­śred­nią ochroną Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza, stąd zaan­ga­żo­wa­nie zakonu.

Mat­thew ostro spoj­rzał na Mar­cusa. Nie wie­dzia­łam, czy chce uca­ło­wać syna za jego wysiłki, by chro­nić rodzinę, czy skar­cić go za zbytni opty­mizm.

– W maju… cóż, sam wiesz, co wyda­rzyło się w maju – mówił dalej Bal­dwin. – Mar­cus okre­ślił śmierć Emily jako wrogi akt człon­ków Kon­gre­ga­cji, mający na celu wywo­ła­nie otwar­tego kon­fliktu mię­dzy bytami. Uznał, że Kon­gre­ga­cja zechce ponow­nie roz­wa­żyć jego wcze­śniej­szą prośbę o anu­lo­wa­nie przy­mie­rza w zamian za rozejm z Zako­nem Ryce­rzy Świę­tego Łaza­rza.

– Była to cał­kiem roz­sądna prośba. – Mar­cus roz­wi­nął doku­ment i prze­biegł go wzro­kiem.

– Roz­sądna czy nie, za wnio­skiem były dwa głosy, sie­dem prze­ciw – rela­cjo­no­wał Bal­dwin. – Ni­gdy nie dopro­wa­dzaj do gło­so­wa­nia, któ­rego wyniku nie możesz z góry prze­wi­dzieć, Mar­cu­sie. Do tej pory powi­nie­neś odkryć tę nie­miłą prawdę na temat demo­kra­cji.

– To nie­moż­liwe, bo ozna­cza, że tylko ty i matka Natha­niela gło­so­wa­li­ście za moją pro­po­zy­cją – stwier­dził oszo­ło­miony Mat­thew. Aga­tha Wil­son była jedną z trójki demo­nów wśród człon­ków Kon­gre­ga­cji.

– Inny demon poparł Aga­thę – powie­dział zimno Bal­dwin.

– Ty gło­so­wa­łeś prze­ciw? – Mar­cus naj­wy­raź­niej liczył na popar­cie rodziny.

Na pod­sta­wie swo­ich nie­licz­nych kon­tak­tów z Bal­dwi­nem mogła­bym powie­dzieć synowi mojego męża, że nie­po­trzeb­nie łudził się nadzieją.

– Zobaczmy. – Mat­thew wyrwał per­ga­min z ręki Mar­cusa, wzro­kiem doma­ga­jąc się wyja­śnień od brata.

– Nie mia­łem wyboru – oświad­czył Bal­dwin. – Wiesz, jakich szkód naro­bił twój syn? Od tej pory będzie się szep­tać o tym, jak młody par­we­niusz z pod­rzęd­nej gałęzi rodu de Cler­mont pró­bo­wał zakwe­stio­no­wać tysiąc­let­nią tra­dy­cję.

– Pod­rzęd­nej? – Wstrzą­snęła mną znie­waga, któ­rej Bal­dwin dopu­ścił się wobec Ysa­beau.

Jed­nakże moja teściowa w ogóle nie wyda­wała się poru­szona. Jeśli już, to wyglą­dała na jesz­cze bar­dziej znu­dzoną. Przy­pa­try­wała się ide­al­nie wypie­lę­gno­wa­nym dłu­gim paznok­ciom.

– Za daleko się posu­wasz, Bal­dwi­nie – wark­nął Gal­low­glass. – Nie było cię tutaj, kiedy w maju przy­je­chali dwaj zbun­to­wani człon­ko­wie Kon­gre­ga­cji i zabili Emily…

– Ger­bert i Knox nie są zbun­to­wani! – Bal­dwin pod­niósł głos. – Należą do dwóch trze­cich więk­szo­ści.

– Nic mnie to nie obcho­dzi – ode­zwał się z kamienną twa­rzą Mar­cus. – Naka­zy­wa­nie cza­row­ni­kom, wam­pi­rom i demo­nom, żeby trzy­mali się osobno, nie ma już sensu… jeśli w ogóle kie­dy­kol­wiek miało. Roz­wią­za­nie przy­mie­rza jest wła­ściwą rze­czą.

– A od kiedy to ma zna­cze­nie? – Bal­dwin wyda­wał się znu­żony.

– Tu jest mowa, że Peter Knox został potę­piony – stwier­dził Mat­thew, pod­no­sząc wzrok znad doku­mentu.

– Co wię­cej, zmu­szono go do rezy­gna­cji. Ger­bert i Satu argu­men­to­wali, że został spro­wo­ko­wany do dzia­ła­nia prze­ciwko Emily, ale Kon­gre­ga­cja nie mogła zaprze­czyć, że ode­grał pewną rolę w śmierci cza­row­nicy. – Bal­dwin usiadł z powro­tem za biur­kiem ojca. Choć był męż­czy­zną słusz­nej postury, nie wyda­wał się godny, żeby zaj­mo­wać miej­sce Phi­lippe’a.

– A więc to Knox zabił moją cio­cię. – Wzbie­rały we mnie gniew i moc.

– On twier­dzi, że tylko pytał ją o miej­sce pobytu Mat­thew i o to, gdzie znaj­duje się manu­skrypt z Biblio­teki Bodle­jań­skiej, ponoć święty tekst, który wam­piry nazy­wają Księgą Życia – wyja­śnił Bal­dwin. – Knox mówił, że Emily się zde­ner­wo­wała, kiedy odkrył, że córka Wil­so­nów jest cza­row­nicą, choć jej rodzice są oboje demo­nami. O jej atak serca obwi­nia stres.

– Emily była zdrowa jak koń – oświad­czy­łam.

– A jaką cenę Knox zapłaci za zabi­cie członka rodziny mojej żony? – zapy­tał spo­koj­nie Mat­thew, kła­dąc dłoń na moim ramie­niu.

– Knox został na zawsze wyklu­czony z Kon­gre­ga­cji – odparł Bal­dwin. – Mar­cus przy­naj­mniej w tej kwe­stii posta­wił na swoim, ale nie jestem pewien, czy tego nie poża­łu­jemy.

Bra­cia wymie­nili dłu­gie spoj­rze­nia. Naj­wy­raź­niej coś waż­nego prze­ga­pi­łam.

– Kto zaj­mie jego miej­sce? – zapy­tał Mat­thew.

– Za wcze­śnie, żeby na to odpo­wie­dzieć. Cza­row­nice upie­rają się przy kimś ze Szko­cji, na tej pod­sta­wie, że Knox nie dokoń­czył kaden­cji. Janet Gow­die jest oczy­wi­ście za stara, zatem sta­wiam pie­nią­dze na któ­reś z McNi­ve­nów, może Kate. Albo Jenny Horne.

– Szkoci pło­dzą potężne cza­row­nice – stwier­dził Gal­low­glass – a Gow­die, Horne’owie i McNi­ve­no­wie są naj­bar­dziej sza­no­wa­nymi rodzi­nami na pół­nocy.

– Może nie być tak łatwo nimi ste­ro­wać jak Knok­sem – zauwa­żył Bal­dwin. – I jedno jest jasne: cza­row­nice są zde­ter­mi­no­wane, żeby dostać Księgę Życia.

– Zawsze chciały ją mieć – powie­dział Mat­thew.

– Nie tak bar­dzo jak teraz. Knox zna­lazł w Pra­dze pewien list. Podobno jest w nim dowód, że macie albo mie­li­ście księgę o pocho­dze­niu… czy też ory­gi­nalną księgę cza­rów, jeśli woli­cie jego wer­sję – wyja­śnił Bal­dwin. – Powie­dzia­łem Kon­gre­ga­cji, że to jedy­nie fan­ta­zja cza­row­ni­ków spra­gnio­nych wła­dzy, ale mi nie uwie­rzyli. Naka­zali pełne śledz­two.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij