Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Księgowa z Radomia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 października 2026
29,99 zł
2999 pkt
punktów Virtualo

Księgowa z Radomia - ebook

Grażyna, 35-letnia księgowa z Radomia, zamiast w łóżku z tanim romansem, ląduje w sali tronowej królestwa Edrin. Magowie mieli przywołać mitycznego Herolda Ognia. Przywołali kogoś, kto wie, co to podwójne księgowanie i kontrola budżetu. Kraj tonie w długach, a młody król Lucian stoi przed wyborem: małżeństwo z polityczną przeciwniczką albo bankructwo i wojna. Grażyna, uzbrojona w sarkazm i znajomość finansów, proponuje trzecie wyjście. Problem w tym, że jej największym wrogiem nie jest skarbnik-oszust ani intrygi dworu – ale własne serce, które zaczyna bić szybciej na widok 18-letniego władcy. Romans, polityka i reforma skarbu w jednym. Bo najseksowniejsza rzecz w fantasy to zbilansowany budżet. Tagi: #romantasy, #isekai, #girlsPower, #slowburn, #romansFantasy, #forbiddenLove, #oldYoung. Przy tworzeniu niniejszej treści oraz materiałów towarzyszących wykorzystano narzędzia sztucznej inteligencji. Strona autorska: kossowski.eu

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Biuro pachniało tanią kawą i papierem ze starych faktur, których Grażyna nie zdążyła wprowadzić do KSEF-u. Dwa biurka, segregatory z etykietami „DO ZROBIENIA” i „ZROBIONE” – różnica między nimi była już bardziej filozoficzna niż praktyczna. Na ekranie laptopa, którego ramka była sklejona taśmą po pęknięciu z zeszłego roku, migał wygaszacz z logo Windows. Z kalendarza ściennego „Kolorowy Zakątek dla Dzieci” krzyczał luty, mimo że był czerwiec. Grażyna nie miała siły go przekartkować.

Nagle rozległo się pukanie. Najpierw ciche, nieśmiałe. Potem głośniejsze. W końcu pięść uderzyła w szybę okna tak mocno, że rama jęknęła.

– Otwierać! – Głos był ochrypły, wkurzony. – Wiem, że pani tam jest!

Grażyna zamarła. Długopis wypadł jej z palców i potoczył się po podłodze, zostawiając czarną smugę atramentu na pękniętych deskach. Biuro przy ulicy Warszawskiej w Radomiu miało tylko jedno wejście od frontu. Jedno okno wychodzące na ulicę. I żadnych tylnych drzwi, o których komornik by nie wiedział.

A jednak.

Kobieta wstała bezszelestnie. Dresowa bluza po mężu – za duża, z wystrzępionymi mankietami, prosta spódnica, rajstopy ze Stonki. Wyglądała jak urzędniczka z gminy w Pułtusku, ale z lat 90-tych. Przez osiem godzin dziennie siedziała w tym zatęchłym biurze, licząc cudze długi, podczas gdy jej własne rosły. ZUS. Karta kredytowa. Trzy wezwania do zapłaty. I teraz on.

– Diabli cię nadali, frędzlu jeden... – wyszeptała, ale reszty nie dokończyła. Zamknęła oczy. Oddech. Jeden. Drugi. Praktyczne ćwiczenia kontroli stresu z jutuba.

Komornik zmienił pozycję i taktycznie przemieścił się w stronę schodów. Teraz walił w drzwi wejściowe. Przez wąską szczelinę pod drzwiami Grażyna dostrzegła jego cień – gruby, rozlany. Facet z połyskującą łysiną. Jego oddech zaparował szkło od zewnątrz, kiedy znowu zajrzał do środka przez okno, próbując dostrzec coś przez opuszczone żaluzje.

– Widzę panią! – wrzasnął. – Jak pani nie otworzy, to wzywam policję!

Grażyna wiedziała, że dług jest realny. Firma „Grażyna Nowak Biuro Rachunkowe" działała od pięciu lat. Przez pierwsze trzy szło dobrze. Potem rząd zrobił takie ułatwienia, że wiele firm się pozamykało. Zmiany w przepisach, klienci zaczęli znikać, a ona zamiast szukać nowych, twardo stała na stanowisku, że „jakość się obroni”. Jakość się jakoś nie obroniła. Zostały zaległości czynszowe i faktura od dostawcy tonerów, który najwyraźniej nie uwierzył w jej plan naprawczy. Miała co prawda jakieś oszczędności, ale nie na komornika. Na biurku leżał ostatni list od innego klienta. Kolejny, który upadł. Firma „Transportex”, trzy lata rachunków, osiemdziesiąt tysięcy złotych do odzyskania. Klient zniknął. Faktury sfałszowane. A ona została z tym gównem.

Wzięła list. Zmięła go. Włożyła do kieszeni dresu. I wtedy zobaczyła klucz. Nie swój. Zostawiony tydzień temu przez Zosię z księgowości obok, gdy pomagała jej przesuwać regały. Od piwnicy, która łączyła się z sąsiednim budynkiem przez nieużywany szyb wentylacyjny.

Pukanie pięścią zamieniło się w pukanie młotkiem.

– Ostatnie ostrzeżenie!

Grażyna przekręciła klucz w zamku od drzwi prowadzących na zaplecze. Nie tych głównych. Tych, za którymi stały kartony z aktami i stary ekspres do kawy. Tymczasem komornik przeszedł od słów do czynów i kopnął w drzwi główne. Deska pękła. Stary Radom, stare budownictwo, stare drzwi, a za nimi stara baba.

Graża przecisnęła się między kolumnadą kartonowych pudeł z dokumentami. Zapach wilgotnego papieru i zaschniętej kawy uderzył ją w nos. Drzwi zamknęła za sobą bez żadnego dźwięku. Nauczyła się tego przez dziesięć lat nieudanego małżeństwa i nadpobudliwego męża. Technikę cichego wychodzenia z mieszkania opanowała do perfekcji. A teraz, po rozwodzie, mieszkała w nim sama. Tylko tyle zostało jej po mężu dzięki sędzinie, której życie też nie rozpieszczało.

W piwnicy było zimno. Betonowe schody ciągnęły się w dół, oświetlone jedną żarówką, która mrugała jak konająca świeczka. Światło padało na jej dłonie – wyschnięte od papieru, pomarszczone z braku kremu, z popękanymi od liczenia cudzych pieniędzy opuszkami.

Nad sobą usłyszała trzask. Komornik wszedł do biura. Jego kroki niosły się po podłodze ciężkie, tupiące. Przeklinał pod nosem. Przesuwał meble. Otwierał szuflady. Grażyna stała w mroku piwnicy, w dresie po mężu, który odszedł dwa lata temu z inną; z sińcami pod oczami od kolejnej nieprzespanej nocy i z ośmioma tysiącami złotych długu na karcie kredytowej. Jedyne, co miała, to klucz do wyjścia ewakuacyjnego, które wymyśliła sobie w ostatniej sekundzie.

– Gdzie się pchasz, ciulu – szepnęła do siebie, ale nie dokończyła. „Gdzie się pchasz, ciulu, przecież widzisz, że zamknięte” – miało paść głośno. Nie padło. Nie odważyła się.

– Czekam na policję – warknął głos gdzieś z góry.

Kobieta odwróciła się w stronę korytarza piwnicznego. Wąski, ciemny, prowadzący pod sąsiedni budynek. Kiedyś przerzucali nim węgiel. Teraz leżały tam puste butelki po wódce.

„O, nasi tu byli” – zacytowała w myślach klasykę. Włączyła tryb surviwalowy i przystąpiła do działania. Wcisnęła się w przesmyk, przygarbiona, z dresem ocierającym o wilgotne cegły. Nad głową słyszała kroki komornika. Pod stopami chrzęst szkła.

Prawie potknęła się o puszkę po fasoli – czyjąś, nie swoją – i zahaczyła nogą o wystający pręt. Rajstopy zareagowały charakterystycznym „pruk”. Stanęła. Spojrzała w dół. Przez dziurę w prawym udzie wyglądała blada skóra. Poczuła pierwszy impuls, żeby się zdenerwować, ale stłumiła go tym samym mechanizmem, co na widok komornika.

„To tylko rajstopy, kupisz nowe. W Stonce są jakieś cały czas.”

Potem dotarło do niej, że to jej ostatnie rajstopy, bo na nowe jej nie stać. Nawet takie ze Stonki. Oddech. Jej. Szybki, płytki. Pachniało stęchlizną i myszami. Temperatura spadała z każdym metrem w głąb. Mimo to szła dalej.

Z piwnicy w sąsiednim bloku wypełzła jak szczur z dziury. Kolana bolały od czołgania się przez zasypany szyb wentylacyjny, w którym na odcinku trzech metrów musiała wciągnąć brzuch i przestać oddychać. Na szczęście komornik ważył tyle, że nawet gdyby chciał, nie zmieściłby się tam za nią. Gruby cieć. Gdyby została, złapałby ją na sto procent.

Klatka schodowa w sąsiednim budynku pachniała kapustą i mokrym psem. Światło jarzeniówki migało rytmicznie, jakby za chwilę miało zgasnąć na zawsze. Była to jednak obietnica równie pewna, jak zapewnienia jej byłego męża o dozgonnej miłości. Przeciągnęła ręką po twarzy – sadza z piwnicy została jej na policzkach. Wyglądała jak strach na wróble po przejściach.

– A kto to taki brudny? – Głos był przesłodzony. Taki, od którego człowiekowi robi się mdło. – Halinka patrzy!

Sąsiadka. Siedemdziesiąt lat, gęste kręcone włosy farbowane na rudo i wzrok jak u sępa. W ręku trzymała smycz, a smycz trzymała cziłałę o wybałuszonych oczach. Jakby mu kto jądra ścisnął rzemykiem.

– Pani Halinko… – zaczęła Grażyna, ale ta nie dała jej dokończyć.

– Ty uważaj na siebie, kobieto – powiedziała, wskazując na jej nogi. – Rajstopy ci się podarły. A wiesz, w Stonce mają teraz promocję. Jak chcesz, to ci przechowam jedną parę, bo ja i tak jutro idę.

– Dziękuję, pani Halinko. Przeżyję jakoś.

– Komornik był! – oznajmiła ta z satysfakcją, jakby opowiadała, że wygrała w totka. – Cała ulica słyszała. Pukanie, walenie. A pani gdzie się wybiera?

Pies zaszczekał głośniej. Odór niestrawionej karmy dla zwierząt i środka czyszczącego doszedł do niej nawet z poziomu podłogi. Skąd te małe mają tyle siły? Wyjdzie taki na ulicę i drze swoją psią japę: „Trzymajcie mnie, hau, hau! Trzymajcie, bo im wpierdolę! Hau, hau…”.

– Pani Halinko, niech pani idzie z psem na spacer. Nie ma tu nic do oglądania.

– Oj, widziałam ja niejedno – pokiwała tamta głową, a pies obwąchiwał buty Grażyny, szykując się wyraźnie do oddania na nie moczu. – Jak się mieszka naprzeciwko biura rachunkowego, to się wie, kto płaci, a kto nie płaci. Podobno pani męża już nie ma. Wrócił do matki?

Zignorowała ją. Skierowała się w stronę wyjścia. Halinka za nią. Pies za Halinką.

– A pani to gdzie? – dopytywała. – Do komornika? Bo on pewnie jeszcze czeka pod drzwiami. Policję wezwał.

Grażyna zatrzymała się przy drzwiach. Cisza. Słyszała własny oddech, oddech Halinki, ziajanie psa i smętną muzykę z radia w mieszkaniu na pierwszym piętrze. Odwróciła się.

– Jadę na wakacje – powiedziała płynnie, patrząc jej prosto w oczy. – Wymarzony urlop. Bilety kupione dawno temu. Komornik? Nie mam pojęcia, o czym pani mówi.

Halinka zmrużyła powieki. Wiedziała. Zawsze wiedziała.

– Wakacje? Z komornikiem na karku?

– Niech panią szlag trafi, Halinko – wyrwało się Grażynie głośno. Przeklinała ją w myślach codziennie od trzech lat, ale na głos po raz pierwszy.

Oczy Halinki rozszerzyły się. Grażyna zrobiła to. Powiedziała. Stało się. Ale nie miała czasu na wyrzuty sumienia.

– Pani Grażyno, no co pani... – jęknęła obrażona.

– Przepraszam – rzuciła przez ramię, biegnąc już stronę drzwi. – Bardzo przepraszam, ale muszę złapać samolot.

Kłamstwo za kłamstwem. Samolot. Wakacje. Wszystko. Za plecami słyszała oburzone sapanie Halinki i warkot cziłały.

Wyjście na ulicę było odświeżające. Grażyna czuła się jak nurek wynurzający się na powierzchnię po zbyt długim czasie pod wodą. Światło dnia, zapach spalin i rozgrzanego asfaltu. Samochody. Ludzie. Cudze życie, które toczyło się dalej, choć jej własne runęło w gruzy. Stanęła na chodniku i odwróciła się. Przez szybę sąsiedniej klatki schodowej widziała cień komornika. Wciąż tam był. Wciąż czekał. Frajer.

Halinka wyszła za nią na chodnik. Pies szczekał.

Grażyna nie miała samochodu. Nie miała pieniędzy na taksówkę. Karta kredytowa zablokowana. W portfelu dwadzieścia złotych i bilet miesięczny, który stracił ważność trzy dni temu. Musiała iść pieszo. Ruszyła więc przed siebie. W dresie, z porwanymi rajstopami, z długiem na karcie i z niczym więcej. Za nią krzyk Halinki.

– Komornik idzie!

Grażyna przyspieszyła.Rozdział 1

Uciekła. Pieszo. Przez osiedle, wzdłuż bloków, potem na skróty przez park, gdzie bezdomni pili w altance i nawet na nią nie spojrzeli. Dwadzieścia minut marszu. Spocona dotarła do domu. Blok z wielkiej płyty, klatka druga, czwarte piętro, drzwi z płyt wiórowych i wizjer zaklejony taśmą od środka. To była jej twierdza. Jedyna, jaka jej została. W środku cisza. Trzy zamki. Przekręciła je wszystkie, choć ręce trzęsły jej się tak, że klucz dwa razy wypadł z palców i brzęknął o podłogę na korytarzu. Mieszkanie pachniało starymi papierosami i płynem do mycia podłóg. Ostatni raz ktoś tu sprzątał tydzień temu. I to była ona. Zresztą i tak nikt nie przychodził. Przez ostatnie trzy miesiące tylko listonosz i upomnienia z ZUS-u.

Opadła na łóżko. Materac jęknął. Sprężyny wystawały z boku, tak że przy każdym ruchu wbijały się w udo. Przykryła je starą kołdrą po mamusi, tą z różami – wzór tak wyblakły, że kwiaty wyglądały jak sine plamy. Wreszcie mogła oddychać. Tu, w czterech ścianach, nikt nie zapuka. Nikt nie wejdzie. Podeszła do okna. Światło sączyło się przez brudną szybę. Nie było na co patrzeć. Usiadła przy stole. Pocztę rozłożyła na blacie. Listy. Wezwania. Żółte kartki z poczty, że przesyłka do odbioru – na sto procent kolejne upomnienie. Liczyła. Karta kredytowa, ZUS, komornik. Chwilówka z Żurawia, którą wzięła na leczenie mamy, a która już dawno odeszła, bo leczenie nie pomogło. Razem: sześćdziesiąt siedem tysięcy. Mniej więcej.

Zamknęła oczy. Jej pensja jako głównej księgowej – trzy tysiące osiemset na rękę. Po opłatach zostawało jej tysiąc dwieście. Na życie. Na raty. Na jedzenie. Gdyby przestała jeść, spłaciła by dług za jakieś sześć lat.

Otworzyła oczy i poszła do kuchni. Była wąska, ale funkcjonalna – kuchenka na dwa palniki, lodówka z zamrażarką w środku, w której trzymała lody na złe dni, zlew z cieknącym kranem, który miała naprawić od roku. Na blacie stały trzy słoiki z przyprawami, które miały swoje intymne daty ważności, ale Graża uznała, że przyprawy się nie psują. W lodówce pół cebuli i kawałek pleśniowego sera, który właśnie zaczynał stawiać pytania egzystencjalne.

– No pięknie – mruknęła do pustego pokoju. – Gdybym była wróżką, pewnie wyczarowałabym sobie paczkę makaronu. Albo przystojnego psychiatrę.

Rozejrzała się po kuchni z dezaprobatą.

– Kiedyś miałam plany – powiedziała do lodówki, która właśnie zaterkotała, jakby próbowała ją przedrzeźniać. – Wiesz, jakie były moje plany, stara? Że będę miała emeryturę. Że nie będę musiała wybierać między jedzeniem a czynszem.

Lodówka nie odpowiedziała.

Kobieta zrobiła herbatę. Woda w czajniku zagotowała się z charakterystycznym świstem, który w tym mieszkaniu był jedynym dźwiękiem obok tykania zegara. Miała dwa kubki – jeden z napisem „Super Babka!”, drugi biały z pęknięciem, który służył jako pojemnik na długopisy, z atramentem na dnie. Wybrała ten z napisem.

Herbata była z torebki, która leżała w pudełku od dwóch lat. Czarna, z bergamotką, a przynajmniej tak było napisane. W rzeczywistości smakowała głównie jak kurz po deszczu. Wlała wodę, poczekała trzy minuty (zawsze trzy, bo w książkach o herbacie pisali, że trzy, ale ona nigdy nie czuła różnicy), wyjęła torebkę i wyrzuciła ją do zlewu.

Usiadła znów na sofie. Sprężyny zareagowały skrzypieniem, które znała lepiej niż własny głos. Z prawej strony była zapadnięta – tam siadała zawsze, więc materiał się wyrobił. Z lewej strony stała poduszka, która pamiętała dzień, w którym wprowadzali się z jej byłym. Pełni nadziei i wielkich planów na życie. Dopóki śmierć ich nie rozdzieli. Slogan.

Na szafce obok leżała książka. Sięgnęła po nią. „Namiętność Lorda Darkmore’a” – okładka z mężczyzną w rozpiętej koszuli, który patrzył gdzieś przed siebie, jakby właśnie kogoś uwiódł albo zamordował. Czwarty raz czytała tę książkę. Wiedziała, że jest głupia. Wiedziała, że dialogi są sztuczne, że lord Darkmore jest nierealistyczny, że zakończenie jest przewidywalne. I wiedziała, że to jedyna rzecz, która sprawia, że jej mózg przestaje myśleć o fakturach.

Książka była wytarta na grzbiecie, na stronach widniały ślady po kawie, a na stronie 147 miała zakładkę z wizytówką, która już nie obowiązywała. Lord Darkmore na okładce uśmiechał się tak, jakby wiedział, że ona wróci.

Przebrała się w podomkę (flanelowa, w kratę, rozciągnięta przy szyi, ulubiona) i położyła się na sofie. Romansidło otworzyła na stronie z zakładką – fragment, w którym lord Darkmore mówi bohaterce, że „jej oczy są jak dwa jeziora, w których można utonąć”. Za każdym razem myślała: „Gdybyś ty widział moje oczy po pięciu godzinach nad księgami, to byś utonął w czerwonych żyłkach.”

Zasnęła po trzech akapitach. Książka wysunęła się z jej dłoni, uderzyła o nos, potem o brodę, i wylądowała na twarzy. Kobieta otworzyła oczy na ułamek sekundy, wyciągnęła ją spod nosa i przewróciła się na bok.

Herbata wystygła. Zegar na ścianie wskazywał 19:48. Za oknem zrobiło się dziwnie szaro, jakby ktoś wyłączył kontrast. Latarnia na osiedlu nie zapaliła się jeszcze. Światło było dziwne. Grażyna z trudem uniosła powieki, ale nie zdążyła krzyknąć. Wciągnęło ją. Jak odkurzacz. Jak dźwig. Jak ręka, która chwyciła za kark i poderwała do góry. Odruchowo pożegnała się myślami z Radomiem, choć nie wiedziała, dlaczego. Zresztą, może to i dobrze? Nie miała czasu zastanawiać się nad dziwnym światłem, bo w mostku poczuła ssanie. To nie były mdłości czy zawroty – to było fizyczne ciągnięcie, jakby ktoś wbił hak pod mostek i pociągnął do przodu. Ściany mieszkania zafalowały. Szwy między płytami gipsowymi rozjechały się, pokój zrobił się dłuższy, potem krótszy, a ona leżała na sofie i patrzyła, jak sufit odpływa w górę.

W ręku wciąż trzymała książkę. Lord Darkmore patrzył na nią z okładki. Jego oczy – niebieskie, nierealne – wydawały się mówić: „No, w końcu coś się dzieje.”

Potem było ciemno.

A potem było zimno.

Leciała.

To nie było podobne do niczego, czego doświadczyła wcześniej. Nie samolot z międzynarodowego lotniska w Radomiu, nie sen, nie upadek z wysokości własnego wzrostu. To było jakby ktoś wziął jej ciało i rozciągnął je wzdłuż tęczy, a potem złożył z powrotem, ale nie do końca tak samo. Kolorowe smugi przelatywały obok niej – fioletowe, zielone, złote. Niektóre były ciepłe, inne zimne jak lód. Próbowała krzyczeć, ale dźwięk nie wydobywał się z jej ust. Albo wydobywał, ale gubił się gdzieś między jednym światem a drugim.

Kapcia zgubiła. Lewego. W starej podomce, porwanych rajstopach i w jednym kapciu leciała przez coś, co musiało być portalem. Albo tunelem. Albo wymyślną karą za to, że oszukiwała w rocznych zeznaniach podatkowych. Ale jak tu nie oszukiwać? Rząd cię oszukuje, ty oszukujesz rząd. Jak Kuba Bogu...

Bezpostaciowe głosy szeptały dookoła. Nie rozumiała ich. Może świntuszyły? Brzmiały jak szum radia na złej częstotliwości – raz bliżej, raz dalej. Jeden z nich powiedział coś, co zabrzmiało chyba jak „kolejna”, a inny odpowiedział czymś w rodzaju „znowu zła skóra”.

– A niech to – wyrwało się jej w końcu, gdy zobaczyła, że jej lewy kapeć się znalazł, ale właśnie odpływa gdzieś w fioletową smugę poza jej zasięgiem.

Głosy zamilkły.

Nagle zrobiło się jasno. Oślepiająco. I uderzyła w coś twardego. Ból rozszedł się od kości ogonowej aż po kark. Jęknęła, przewracając się na bok. Język przygryzła do krwi – poczuła metaliczny posmak na wargach. Podłoga była zimna, gładka, zrobiona z kamienia. Nie z paneli. Z prawdziwego kamienia, który pachniał wilgocią i czymś jeszcze... czymś starym. Bardzo starym. Jak w piwnicy w kościele, do którego chodziła z babcią, gdy miała dziesięć lat.

Otworzyła oczy. Faktycznie kamień. Surowy, nierówny, lodowaty. Z lewej strony czuła coś ciepłego. Coś, co po chwili zidentyfikowała jako drugą nogę. Na prawej wciąż kapeć. Na lewej nie. Zacisnęła palce na książce, żeby mieć coś rzeczywistego w dłoni. Papier był szorstki. Lord Darkmore patrzył na nią zadziornie.

Podniosła się z trudem, jak stara baba. Stała na podwyższeniu. Kamiennym. Ołtarzu. W podomce, w jednym kapciu, z rozczochranymi włosami i romansidłem w dłoni. Przed nią – mężczyźni w szatach. Trzech. Może dwóch, nie liczyła, bo patrzyli na nią z wyrazem twarzy, który widziała wcześniej tylko raz. Kiedy w banku powiedzieli jej, że nie ma zdolności na kredyt hipoteczny. Rozczarowanie. I zdziwienie, że w ogóle mogą być rozczarowani.

Sala była ogromna. Wysokie sklepienie ginęło gdzieś w mroku, a ściany z polerowanego marmuru mieniły się w blasku setek świec i kryształowych kul, które unosiły się pod sufitem. Kolumny – grube, rzeźbione, pokryte wzorami, które wiły się jak węże – podtrzymywały konstrukcję, która wyglądała jak z najdroższego snu architekta. Na podłodze, pod jej dłońmi, wirowały symbole – koła w kołach, wyryte w kamieniu i wypełnione bladym błękitem.

Podniosła głowę wyżej i zobaczyła tron. Stał na podwyższeniu z czarnego kamienia, wysoki, masywny, z oparciem w kształcie skrzydeł. A na nim siedział mężczyzna, który sprawił, że Grażyna zapomniała, co chciała powiedzieć.

Młody. Bardzo młody – może dwadzieścia lat, może mniej. Włosy ciemne, prawie czarne, opadały mu na ramiona, a szczęka była tak ostra, że można było nią kroić chleb. Głębokie, bursztynowe oczy z odcieniem złota patrzyły wprost na nią, a w ich spojrzeniu było coś, co sprawiło, że Grażynie zaschło w gardle. Był piękny. Nie „ładny” czy „przystojny” – to było słowo z innej kategorii. Piękny, jak posąg, jak obraz, jak coś, czego nie powinno się oglądać zbyt długo, bo zaczyna się śnić po nocach, a ślina cieknie z ust. Miał na sobie ciemną tunikę haftowaną srebrem, a na ramionach płaszcz podbity futrem. Wyglądał jak książę z bajki, który właśnie zjechał z okładki. I Grażyna poczuła to.

Serce zaczęło bić nierówno, jakby ktoś przestawił je w inny rytm. Dłonie lekko drżały, a oddech przyspieszył, choć stała nieruchomo. Światło kryształów tańczyło na jego ramionach, kładło się cieniami na mocnej linii szczęki, a brew rzucała cień, który sprawiał, że jego oczy wyglądały jeszcze głębiej. Grażyna pomyślała przez moment, że wygląda jak obraz van Gogha – tylko żywy, pełen ruchu i żaru, który bił od niego jak z ogniska. I ta fala gorąca w niej wzbierała, nieproszona, niekontrolowana. Ciepło w żołądku. Uderzenie pulsu w skroniach. Nogi zrobiły się dziwnie miękkie, a ona sama zapomniała na chwilę, że ma długi, że jest w podomce, że przed chwilą wyciągnęli ją z tęczowego piekła.

– O kurczę – szepnęła pod nosem.

Jej mózg próbował jakoś uruchomić mechanizm obronny. Zaczęły się wymówki.

„No tak. Typowy przystojny książę z bajki. Prince Charming, można by powiedzieć…”

Ale ciało nie dało się oszukać. Skóra zaczęła mrowić na dłoniach, zupełnie jakby prąd przeszedł przez jej palce. Czas zwolnił. Widziała każdy ruch jego rzęs, każde drgnięcie światła w jego oczach. Uśmiech pojawił się na jej ustach, zanim zdążyła go powstrzymać. Nieświadomy, głupi, zdradziecki. Ugryzła się w wewnętrzną stronę policzka, żeby go zgasić.

„Kurwa, Grażyna, ogarnij się! Zobacz, jaki czysty, jaki wypoczęty. Na bank ma jakąś księżniczkę na boku. Albo harem. Pewnie królestwo zadłużone po uszy, a on sobie siedzi na tronie i ładnie wygląda. Nie, dziękuję. Znam ten typ. Nie ja, nie dzisiaj. Dzisiaj jestem tylko zmęczoną kobietą w podomce, która chce wiedzieć, gdzie jest i czy można stąd zadzwonić na miasto. Odwróć wzrok, Grażyna. Odwróć i pomyśl o zaległym czynszu.”

Oto ona, zadłużona po uszy, w bluzie od dresu, podomce i jednym kapciu, stoi jak nastolatka i gapi się na pierwszego lepszego króla, który pojawił się w jej życiu. Przypomniała sobie Pawła, którego spotkała w Ciechocinku – mówił, że ją kocha, a potem zniknął z pożyczonymi pieniędzmi. Facet też był ładny. Też czarował. Skończyło się tak samo. O byłym mężu nie wspominając.

Tymczasem przed nią stali trzej mężczyźni w szatach. Jeden – starszy, z długą siwą brodą i laską, która iskrzyła na końcu – patrzył na nią z takim wyrazem twarzy, jakby ktoś mu właśnie napaskudził brązem w kieszeń. Dwaj pozostali – młodsi, w niebieskich szatach – wymieniali między sobą spojrzenia, które mówiły wszystko.

Nie tego się spodziewali.

– Herold Ognia? – usłyszała słowa starca. Brzmiały jak pytanie.

– Herold Ognia? – powtórzyła jak echo. – Brzmi jak nazwa zespołu grającego karaoke.

Starzec zmarszczył brwi i zwrócił się do młodszych. Rozmawiali szybko, nerwowo, a Grażyna wyłapała tylko jedno słowo, które powtórzyli kilka razy: „Herold Ognia” – brzmiało tak, jakby wymawiali je z trwogą.

Nikt się nie zaśmiał. Magowie wciąż patrzyli na nią, jakby czekali, aż zacznie rzucać piorunami albo oświadczy, że to pomyłka. Grażyna westchnęła i znów spojrzała w stronę tronu. Król – jeśli to był król – nie spuszczał z niej wzroku. W jego oczach nie było rozczarowania. Było coś innego. Zaciekawienie, może nawet rozbawienie. Uniósł brew, jakby czekał, aż ona zrobi coś więcej niż tylko bezradne stanie i gapienie się na niego z opadniętą szczęką. Grażyna znów uśmiechnęła się odruchowo kącikiem ust. Szybko, ledwo zauważalnie. A potem schowała uśmiech, bo przypomniała sobie, że ona tu nie jest na wakacjach.

– Spokojnie Graża – szepnęła do siebie. – Przecież i tak nie masz na taksówkę do domu.

Magowie wciąż naradzali się między sobą, a ona stała na środku sali, w tej swojej podomce, z książką przyciśniętą do piersi jak tarcza, i czekała, aż ktoś wreszcie powie jej, co ma robić, zanim sama zacznie rozdawać faktury na oślep.Rozdział 2

Czas płynął niemiłosiernie. Grażyna stała na środku sali tronowej i czuła się jakby ktoś włożył ją do mikrofalówki, a potem zapomniał wyjąć. Magowie mówili między sobą w języku, którego dźwięk przypominał przesuwane po kamiennej podłodze meble. Głosy niskie, gardłowe, pełne sylab, których ucho kobiety nie umiało rozdzielić na pojedyncze dźwięki. Stała na chłodnym kamieniu i patrzyła, jak ten najstarszy pokazuje ją pozostałym dwóm, jakby to miało być dowodem zbrodni.

Jeden z nich wzruszył ramionami. Drugi westchnął.

To westchnienie rozumiała bez tłumacza. Znała je z biura, z sal konferencyjnych, z momentu gdy menedżer przekonywał sam siebie, że to excel zrobił błąd, a nie on.

„Coś poszło nie tak” – mówiły jego plecy, ramiona. Potem zaczęli gestykulować. Jeden z nich – starszy, z siwymi włosami na skroniach – wskazał na ołtarz, potem na Grażynę, potem zrobił ręką ruch, który nie pozostawiał wątpliwości.

„Wróć…”

To było wyraźne jak numer rachunku: palec wskazujący skierowany w dół, dwa szybkie okrążenia nadgarstkiem, jakby kręcił korbą starego młynka do kawy, potem wymach w jej stronę, który znaczył:

„…tam, skąd przyszłaś.”

Czekała.

Wszyscy czekali.

Magowie.

Król.

Dworzanie.

Cóż za rozczarowanie. Nic się nie stało.

Starszy mag zmarszczył brwi. Spróbował jeszcze raz – tym razem energiczniej, z dodatkowym okrążeniem, jakby pierwsze nie zadziałało przez niedostateczną liczbę obrotów. Wciąż nic. Młodszy powiedział coś, co brzmiało jak „to nie działa” w takim tonie, w jakim mówi się „to nie działa” po czterech godzinach debugowania kodu aplikacji. Starszy prychnął. Spojrzał na Grażynę. Spojrzał na podomkę. Na jeden kapeć. Na książkę w jej dłoni.

Wymienił spojrzenia z pozostałymi.

To była narada bez słów, którą rozumiała doskonale. Widziała ją na odprawach po nieudanym kwartale: „czy to nasza wina?”, „czy to wina systemu?”, „czy możemy to zrzucić na kogoś innego?”

Zwyciężyła opcja trzecia.

Starszy mag wskazał drzwi. Nie w stronę ołtarza, tylko w bok, w głąb zamku. Potem zrobił gest, który oznaczał: „zabierzcie ją stąd, gdzieś, gdzie nie będzie nam przeszkadzać”.

Innymi słowy: do piwnicy.

Grażyna westchnęła. Nie głośno. Tylko tak, żeby oni nie usłyszeli, ale żeby sama poczuła, że robi coś z tą sytuacją.

„A co wy myślicie?” – pomyślała, zaciskając palce na romansidle – „że ja chciałam tu być?”

W końcu najmłodszy z magów oderwał się od pozostałych i ruszył w stronę drzwi. Machnął jeszcze na Grażynę z wyraźną intencją: „bierz babo dupę w troki i ruszaj za mną”. Kobieta odwróciła się na pięcie stopy, tej bez kapcia i ruszyła za nim. Krok za krokiem. Stopa w kapciu, stopa boso – bo lewy kapeć zaginął przecież gdzieś między Radomiem a ołtarzem i pewnie leżał teraz w jakimś międzywymiarowym kącie, obok zagubionych skarpetek i długopisów bez wkładu. Podomka, której materiał nie był przeznaczony na dworskie salony, marszczyła się przy każdym jej kroku i łaskotała w uda.

Korytarz był długi i chłodny. Kamienne ściany, miejscami wilgotne, miejscami pokryte gobelinami, które pamiętały lepsze czasy – kolory wyblakłe, nici wystrzępione na krawędziach, scena myśliwska, w której jeleniowi brakowało już jednej nogi, a psu prawie całego pyska. Światło dawały świece w żelaznych kandelabrach co kilka metrów – ale tylko co druga się paliła, a te, które się paliły, były łojowe, nie woskowe. Grażyna znała tę różnicę z faktur dostawców. Łój kosztuje taniej, śmierdzi bardziej, daje mniej światła. Ktoś tu oszczędzał na każdym szczególe.

Przodem szedł mag ubrany w szaty, które musiały być drogie, ale wyglądały na znoszone. Zużyte mankiety – widziała to, gdy uniósł rękę, żeby poprawić kaptur. Plamy przy dole, jakby nosił je w deszczu i suszył przy ogniu, za blisko. Tkanina z dobrej wełny, ale prana już tyle razy, że straciła sprężystość. Jak księgowy z Radomia, którego stać tylko na jeden garnitur i już trzeci rok nosi go na wszystkie okazje.

Mijali skrzyżowanie korytarzy. Po prawej szerokie schody, marmurowe, z rzeźbioną balustradą w kształcie wijących się węży. Po lewej wąskie, kręcone, kamienne, bez poręczy. Mag skręcił w lewo. Oczywiście. Marmur to fasada dla gości. Kamień to robocza prawda codzienności.

Na ścianie po prawej, przed zakrętem, wisiała zbroja – pełna, od hełmu po nagolenniki, wypolerowana do lustrzanego połysku. Światło łojowych świec odbijało się w napierśniku, tworząc żółtawą poświatę. Strażnik przy niej stał żywy, z hełmem pod pachą i twarzą bez wyrazu. Chyba pilnował tej zbroi. Albo tego zakrętu. Albo Grażyny.

Przelotnie zobaczyła własne odbicie w napierśniku. Wypolerowany metal pokazywał wszystko: rozczochrane włosy, które od tygodnia nie widziały dobrej odżywki, podomkę w kolorze wyblakłego różu, która w tym świetle wyglądała jakby ktoś wyprał ją z krwią, i prawy kapeć – jedyny ocalały, który teraz wyglądał jak relikwia, a nie obuwie. Lewa stopa, bosa, była brudna od kamieni i czerwona od zimna.

Grażyna zatrzymała się na sekundę dłużej. Strażnik nie zareagował. Mag też nie – oddalał się już, nie oglądając za siebie. Ona spojrzała na swoje odbicie. Postać w podomce, z romansidłem w dłoni, z miną kogoś, kto właśnie uznał, że ten dzień nie może być gorszy, więc właściwie wszystko od teraz to potencjalny zysk.

Odwróciła wzrok. Dogoniła maga.

Korytarze skręcały w lewo, potem w prawo, potem w dół. Schody kamienne, strome, z wyślizganymi stopniami, które pamiętały setki stóp – służby, dostawców, ludzi którzy nie mieli prawa wchodzić marmurowymi. Mag nie zwalniał. Mruknął coś przez ramię – ton podobny do „zostań tutaj” albo „to nie mój problem” – i wskazał drzwi. Te zaś były niskie, drewniane, z żelaznymi okuciami, które rdza zaczynała już nadgryzać. Cuchnęło od nich jedzeniem. I ludźmi. I cebulą. Otworzyła je.

Kuchnia miała miejscami sufit tak niski, że musiała lekko schylić głowę, choć sama nie była wysoka. Piece kamienne, dymiące, dwa ogromne kotły – jeden z wodą, drugi z czymś, co pachniało zupą, ale nie była pewna jakiego rodzaju. Przy stole siekała cebulę dziewczyna, która początkowo nawet nie podniosła wzroku.

– No pięknie – mruknęła pod nosem Grażyna. – No pięknie, z Radomia na dno dupy. Tutaj też śmierdzi jak na Glinicach za komuny.

– Nessa – rzucił młody mag. Jedno słowo. Tonem, jakim mówi się „sprzątnij to”.

Kobieta, dziewczyna właściwie, o imieniu Nessa skinęła głową i podeszła do Grażyny. Nie uśmiechnęła się. Chwyciła ją za łokieć i pociągnęła w stronę stołu. Grażyna pomyślała, że to wszystko jest zbyt surrealistyczne. Jeszcze chwila, a zacznie myśleć, że to sen – ale sen nie pachnie wilgocią, starym kamieniem i posiekaną cebulą. Jej dotychczasowe życie nagle wydało się odległe, jakby należało do kogoś innego. W głowie wciąż wirowały obrazy z mieszkania w Radomiu – szara tapeta, stos rachunków na stole, ciasna kuchnia. A potem złote światło, ucisk w mostku i… to.

Zamek. Magowie. Król, który siedział na tronie i patrzył na nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy, a zarazem jakby czekał na nią od dawna. Graża odgoniła myśl, zanim ta zdążyła się rozwinąć. Miała trzydzieści pięć lat, niespłacony kredyt na mieszkanie i komornika na karku. Nie była bohaterką żadnej przepowiedni. Była pomyłką.

– Tutaj – powiedziała Nessa, wskazując drewniany taboret przy stole.

– Nie wiem, czego ode mnie chcecie – mruknęła w stronę służącej. – Zostałam porwana, nie przyszłam tu dobrowolnie. Chcę wrócić do domu.

Nessa spojrzała na nią z wyrazem, który mógł być litością. Albo irytacją. Przy tym oświetleniu ciężko było stwierdzić.

– Nikt nie wraca – powiedziała cicho. – Nikt, kogo przywołali.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij