Księżniczka - ebook
Gdy nadchodzą niespokojne czasy, miłość jest ratunkiem.
Młodziutka Charlotte jest ukochaną córką królewskiej pary. Jednak pełną splendoru przyszłość, do której dorasta, zaprzepaszczają tragiczne wydarzenia. Kiedy druga wojna światowa zaczyna zbierać krwawe żniwo, kochający rodzice wysyłają córkę do wiejskiej posiadłości.
Trzecia w kolejce do tronu, Charlotte musi ukrywać swą prawdziwą tożsamość, by być bezpieczna. Nie wie, że pobyt u zaufanej rodziny szlacheckiej zmieni jej życie na zawsze. To tam, w hrabstwie Yorkshire, pozna smak prawdziwej przyjaźni, miłości i straty.
Czy Charlotte już zawsze będzie musiała żyć w ukryciu?
I czy mężczyzna, który zdołał poruszyć jej serce, okaże się wart uczuć księżniczki?
Najnowsza powieść Danielle Steel to trzymająca w napięciu historia o przyjaźni, miłości i zawikłanych ludzkich losach.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-7320-7 |
| Rozmiar pliku: | 684 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W czerwcu 1943 roku już od trzech lat trwały regularne naloty niemieckiej Luftwaffe na Anglię i bombardowanie brytyjskich miast i wsi. Zaczęły się siódmego września 1940 roku wielką ofensywą lotniczą na Londyn, która doprowadziła do ogromnego zniszczenia miasta; na pierwszy ogień poszedł East End, następne były West End, Soho, Piccadilly, a ostatecznie ucierpiały wszystkie dzielnice. Nie zostały oszczędzone nawet przedmieścia. Trzynastego września, czyli sześć dni po rozpoczęciu ataków, zrzucono bomby na pałac Buckingham. Pierwsza spadła na pałacowy dziedziniec, druga rozbiła szklany sufit, kolejna wybuchła w kaplicy. Król i królowa przez cały czas byli w środku.
Na celowniku niemieckich bombowców znalazły się kolejne historyczne miejsca. Pałac Westminsterski, Whitehall, National Gallery, Marble Arch, parki, ulice handlowe, domy towarowe, Leicester, Sloane i Trafalgar Square nie uniknęły pocisków. Do grudnia 1940 roku prawie każdy ważniejszy londyński zabytek został w mniejszym lub większym stopniu uszkodzony, budynki legły w gruzach, zatrważająca liczba obywateli odniosła rany, straciła dach nad głową lub życie.
Zmasowane naloty trwały osiem miesięcy, aż do maja 1941 roku. Potem nastąpił czas względnego „spokoju”, bo choć nie zaprzestano codziennych ataków, były zdecydowanie mniej intensywne niż na początku. Nadal odnotowywano zniszczenia i straty w ludziach. Przez ostatnie dwa lata londyńczycy robili, co w ich mocy, żeby się przystosować, nocowali w schronach przeciwlotniczych, wyciągali z rumowisk sąsiadów, zaciągali się na ochotnika do cywilnej ochrony przeciwlotniczej, pomagali usuwać miliony ton gruzu tarasującego ulice. W ruinach budynków często znajdowano oderwane kończyny i trupy.
W pierwszym roku nalotów bomby spadały także na osiemnaście innych miast, dotkliwie ucierpiały rozległe przedmieścia oraz wsie w hrabstwach Kent, Sussex i Essex. Zaciekle i nieustannie szturmowano wybrzeża. Nigdzie nie było bezpiecznie. Premier Winston Churchill, król Frederick i królowa Anne ze wszelkich sił starali się podtrzymywać morale i wspierać poddanych, aby nie tracili wiary. Anglia została rzucona na kolana, ale jeszcze nie pokonana, nie godziła się z porażką. Po zmasowanych nalotach prowadzących do ogromnych zniszczeń Hitler planował inwazję na Wyspy, ale rząd postanowił pokrzyżować plany wroga. W wakacje 1943 roku sytuacja była napięta, straty poważne, ale Anglicy nie zamierzali się poddać.
Niemcy równie wzmożone działania wojenne prowadzili na wschodnim froncie, co dawało Anglii odrobinę wytchnienia.
Przeciągłe wycie syren po raz kolejny rozległo się w ciemnościach, jak niemal każdej nocy. Król i królowa z trzema córkami zeszli do prywatnego schronu przeciwlotniczego, który utworzono w pałacu Buckingham w pokojach wcześniej należących do ochmistrzyni, a teraz wzmocnionych stalowymi wspornikami i ze stalowymi okiennicami zamontowanymi w wysokich oknach. Pozłacane krzesła, kanapa z okresu regencji, duży mahoniowy stół, przy którym mogli usiąść, a na ścianach kilofy, lampy naftowe, latarki elektryczne i niewielka apteczka. Obok znajdował się schron dla członków dworu królewskiego i służby, gdzie nawet wstawiono fortepian. O pałac dbał personel liczący ponad tysiąc osób, dlatego korzystano też z innych schronów. Wszyscy czekali na odwołanie alarmu, już prawie tysiąc razy ukrywali się przed pociskami wroga. Dwie starsze królewskie księżniczki w chwili rozpoczęcia nalotów miały po szesnaście i siedemnaście lat.
Zachęcano rodziców, aby wysyłali dzieci na wieś dla bezpieczeństwa, ale królewskie księżniczki zostały w Londynie, gdzie kontynuowały naukę, a po ukończeniu osiemnastego roku życia podjęły pracę dla kraju. Kiedy naloty się nasilały, król i królowa wyprawiali córki do zamku w Windsorze na krótki odpoczynek. Księżniczka Alexandra, która miała już dwadzieścia lat, jeździła ciężarówką i okazała się zaskakująco kompetentnym mechanikiem samochodowym, a dziewiętnastoletnia księżniczka Victoria pracowała w szpitalu, gdzie przejmowała podstawowe obowiązki pielęgniarek, żeby je odciążyć i umożliwić im zajęcie się ciężko rannymi. Ich młodsza siostra Charlotte miała czternaście lat, gdy naziści rozpoczęli ataki. Król z królową rozważali wówczas odesłanie jej do Windsoru lub Balmoral, szkockiej rezydencji królewskiej, ale ich najmłodsze dziecko było wątłe i słabowite, dlatego królowa postanowiła zatrzymać dziewczynkę w domu, przy rodzinie. Księżniczka od dziecka cierpiała na astmę, jej matka nie chciała się z nią rozstawać, wolała mieć ją blisko siebie. Nawet teraz, choć skończyła już siedemnaście lat, nie mogła pójść w ślady sióstr i pracować dla kraju ani nawet robić rzeczy, którymi one się zajmowały w jej wieku. Wciąż wiszący w powietrzu pył ze zburzonych budynków i gruzu zalegającego na ulicach źle wpływał na jej płuca. Astma księżniczki systematycznie się nasilała.
Następnego dnia, po kolejnym ciężkim bombardowaniu, król i królowa ponownie dyskutowali nad sytuacją Charlotte. Była praprawnuczką królowej Wiktorii i mimo dość odległego pokrewieństwa odziedziczyła niski wzrost swej znamienitej przodkini. Wydawało się mało prawdopodobne, żeby Charlotte zasiadła na tronie – była dopiero trzecia w kolejności po starszych siostrach. Irytowały ją ograniczenia narzucane przez rodzinę i królewskiego lekarza. Była żywą i pełną werwy panną, świetnie jeździła konno i chciała wspomóc ojczyznę w wysiłku wojennym, pomimo niewielkiego wzrostu i astmy, lecz rodzice uparcie jej tego zakazywali.
Pył zanieczyszczający powietrze był tego dnia szczególnie gęsty. Królowa osobiście podała córce lekarstwo i wieczorem znów rozmówiła się z królem, żeby podjąć decyzję w sprawie najmłodszego dziecka.
– Odesłanie Charlotte na wieś posłuży za przykład innym – zauważył zbolałym głosem monarcha, a jego żona tylko pokręciła głową.
Przez ostatnie cztery lata, od wybuchu wojny, wiele rodzin odesłało najmłodszych, ulegając namowom rządu. W nalotach śmierć poniosła zatrważająca liczba dzieci, dlatego zachęcano rodziców, aby pozwolili swoim pociechom wyjechać do mniejszych miejscowości uznanych za bezpieczniejsze. Niektórzy się zgodzili, inni bali się rozstania, nie potrafili znieść myśli o pożegnaniu. Przemieszczanie się po kraju było utrudnione, krzywo patrzono na podróżnych, benzyna podlegała reglamentacji, a ci, którzy odesłali dzieci, nie widzieli ich już od kilku lat. Zdecydowanie odradzano sprowadzanie dzieciarni do domu na wakacje z obawy, że rodzice drugi raz nie zdecydują się na rozłąkę. Ale Londyn i inne miasta były bezsprzecznie bardziej niebezpieczne niż obszary wiejskie, gdzie umieszczano dzieci u dobrych ludzi, którzy otwierali przed nimi swoje domy. Niektórzy przygarniali całkiem spore gromadki.
– Nie wierzę, żeby pamiętała o przyjmowaniu leków, jeśli ją odeślemy. Dobrze wiesz, że tego nie cierpi, poza tym marzy, aby pracować jak siostry – zauważyła dobrodusznie królowa.
Najstarsza Alexandra, która pewnego dnia miała zasiąść na tronie, doskonale rozumiała niepokój matki i nalegała, aby Charlotte przestrzegała ograniczeń podyktowanych stanem zdrowia. Victoria okazywała mniej empatii. Od zawsze rywalizowała z młodszą siostrą i od czasu do czasu oskarżała ją, że symuluje ataki astmy, żeby uniknąć pracy na rzecz kraju, mimo że Charlotte tak rozpaczliwie, choć jak dotąd bezskutecznie, o nią zabiegała. Między księżniczkami często dochodziło do kłótni. Victoria była zazdrosna o Charlotte od dnia, w którym młodsza siostra przyszła na świat, i traktowała ją jak intruza, ku niezadowoleniu rodziców.
– Nie sądzę, żeby było jej tu lepiej. Mimo leków, które przyjmuje, często miewa ataki – zauważył król, a jego żona nie mogła zaprzeczyć, bo w jego słowach tkwiło ziarno prawdy.
– Ale nie wiem, do kogo moglibyśmy ją odesłać. Nie chciałabym, żeby siedziała w Balmoral sama, czy nawet z guwernantką. Doskwierałaby jej samotność. Nie przychodzi mi też do głowy żaden znajomy, który wciąż może przyjąć dzieci, choć jestem pewna, że nie brakuje chętnych, tylko o nich nie wiemy. Moglibyśmy ogłosić, że odsyłamy najmłodszą córkę, żeby dać przykład, ale narazimy ją na niebezpieczeństwo, jeśli ludzie się dowiedzą, dokąd trafi – zauważyła słusznie królowa Anne.
– Temu akurat można zaradzić – odpowiedział spokojnie król i następnego dnia rano przekazał sprawę swojemu prywatnemu sekretarzowi, Charlesowi Williamsowi.
Dworzanin zobowiązał się do dyskretnego zasięgnięcia informacji, na wypadek gdyby królowa jednak zmieniła zdanie i przystała na rozłąkę z córką. Rozumiał, na czym polega problem. Księżniczkę należało powierzyć opiece zaufanej rodziny, która utrzyma jej tożsamość w tajemnicy, a poza tym mieszka w regionie mniej intensywnie bombardowanym, w odróżnieniu od najbliższego sąsiedztwa stolicy.
Dwa tygodnie później Charles przekazał królowi nazwisko właścicieli rozległej rezydencji w Yorkshire. Było to starsze arystokratyczne małżeństwo o nieposzlakowanej opinii, za które rodzina prywatnego sekretarza ręczyła słowem, choć oczywiście nie zdradził nikomu żadnych szczegółów ani nie powiedział, kto miałby zostać powierzony ich opiece, ograniczając się do stwierdzenia, że szuka niezawodnych, godnych zaufania i dyskretnych ludzi.
– To cichy zakątek w Yorkshire, Wasza Królewska Mość – dodał uniżenie sekretarz, kiedy został sam na sam z monarchą. – Jak dotąd naloty na obszary wiejskie są zdecydowanie rzadsze, choć oczywiście hrabstwo także ucierpiało od bomb. Małżeństwo, o którym mowa, mieszka w ogromnej posiadłości należącej do rodziny od czasów podbojów normańskich, kilka większych gospodarstw jest dzierżawionych pod uprawę. – Zawahał się na krótką chwilę, a potem opowiedział historię rodziny. – Szczerze mówiąc, od zakończenia pierwszej wojny znajdują się w trudnym położeniu. Choć majątek jest duży, brakuje im gotówki, ale bardzo się starają, aby zachować ziemię w całości, nie chcą jej sprzedawać po kawałku. Powiedziano mi, że dom jest w kiepskim stanie i pewnie jeszcze podupadł, od kiedy młodzi mężczyźni wyjechali cztery lata temu. Małżonkowie prowadzą dom praktycznie sami, przy niewielkiej pomocy służby. Są już w podeszłym wieku, pani domu ma sześćdziesiąt kilka lat, a jej mąż niedawno skończył siedemdziesiąt. Ich jedyny syn jest w wieku księżniczki Charlotte. Za kilka miesięcy, po swoich osiemnastych urodzinach, zostanie powołany do wojska. Na początku wojny przygarnęli młodą dziewczynę ze skromnego londyńskiego domu, nie uchylają się od patriotycznych obowiązków. Jestem przekonany, że chętnie udzielą księżniczce Charlotte schronienia i może… – Przerwał, ale król zrozumiał. – Może pomoc natury praktycznej z naszej strony pomoże im utrzymać majątek.
– Oczywiście – zgodził się monarcha.
– Myślę, że będzie tam bezpieczna – dodał Charles – a z oficjalnymi dokumentami wystawionymi na inne nazwisko absolutnie nikt, poza earlem i jego małżonką, nie musi wiedzieć, kim jest naprawdę. Czy mam się z nimi skontaktować, sir?
– Najpierw porozmawiam z żoną – poinformował go cicho król.
Sekretarz skinął głową. Wiedział, że królowa nie chce odesłać córki, poza tym sama zainteresowana z pewnością będzie stanowczo przeciwna pomysłowi. Księżniczka Charlotte wolałaby zostać z rodziną w pałacu Buckingham, miała nadzieję przekonać rodziców, żeby pozwolili jej podjąć pracę na rzecz kraju, kiedy tylko skończy osiemnaście lat, czyli za niecały rok.
– Gdyby księżniczka mogła zabrać do Yorkshire jednego ze swoich koni, to jestem przekonany, że choć w niewielkim stopniu złagodziłoby to cios.
Charlotte uwielbiała konie i była świetnym jeźdźcem, pomimo astmy i niewielkiego wzrostu. Uwielbiała przebywać w stajni, panowała nad każdym wierzchowcem, niezależnie od temperamentu zwierzęcia.
– Rzeczywiście mogłoby to pomóc – przyznał król, choć wiedział, że jego córka przedstawi szereg argumentów przemawiających za tym, żeby nie wyjeżdżać.
Charlotte chciała zostać w Londynie i miała nadzieję, że wkrótce otrzyma pozwolenie na przejęcie pewnych obowiązków i pójdzie w ślady sióstr. Odesłanie jej nawet na rok, aż do osiągnięcia pełnoletności, przyniosłoby ogromną ulgę królowi. Nieustanne bombardowanie i astma córki sprawiały, że Londyn stał się dla niej – jak zresztą dla każdego – zbyt niebezpieczny. Dwie starsze księżniczki wykonywały pożyteczną pracę, co tłumaczyło ich obecność w stolicy, ale żadna nie była równie delikatnego zdrowia co Charlotte.
Wieczorem król przedstawił plan żonie, która od razu mu się przeciwstawiła, wysuwając tyle argumentów, ile spodziewał się usłyszeć od córki. Królowa Anne naprawdę nie chciała się rozstawać z Charlotte, bo obawiała się, że mogą jej nie zobaczyć przez cały rok. Oboje z królem uważali, że jest to bardziej niż prawdopodobne. Tymczasem nie mogli wymagać, aby obdarzano księżniczkę szczególnymi względami, gdyż ludzie z jej otoczenia mogliby się domyślić, kim jest, co ściągnęłoby na nią niebezpieczeństwo. Byłaby traktowana jak wszyscy inni, tak samo jak dziewczyna z Londynu, która już mieszkała w rezydencji. Królowej nie spodobało się także, że przyszli opiekunowie mają syna, praktycznie rówieśnika Charlotte, bo chłopak był niecały rok starszy od księżniczki. Jej matka uznała to za wielce niestosowne i posłużyła się tym argumentem w dyskusji z mężem.
– Nie bądź niemądra, kochanie. – Król zbył jej obawy uśmiechem. – Jestem przekonany, że ten młodzieniec myśli wyłącznie o wstąpieniu do wojska za kilka miesięcy. Kawalerowie w jego wieku błagają, żeby ich wysłać na front, nie są teraz zainteresowani zalecaniem się do panien. Nie musisz się tym niepokoić aż do zakończenia wojny. Charles Williams ręczy za nich, to znakomita, powszechnie szanowana rodzina, a chłopak jest dobrze wychowany.
Zresztą oboje wiedzieli, że Charlotte o wiele bardziej zajmują konie niż mężczyźni. To raczej ich średnia córka, księżniczka Victoria, była niepoprawną kokietką i król nie mógł się wręcz doczekać końca wojny, żeby wydać ją za mąż po powrocie żołnierzy do domu. Potrzebowała małżonka, który by ją poskromił, a dzieci zapewniłyby jej zajęcie. Victoria flirtowała, od kiedy skończyła szesnaście lat, i ojciec się niepokoił, że w czasie pracy dla kraju styka się z mężczyznami, lecz nic nie mógł na to poradzić. Na każdym spoczywały teraz obowiązki, a królowa miała oko na córkę. Księżniczka Alexandra natomiast nigdy nie dawała rodzicom powodów do zmartwień. Była rozsądna i odpowiedzialna, ani na moment nie zapominała o roli, którą przyjdzie jej odgrywać po odziedziczeniu tronu. Była poważną młodą kobietą, bardzo przypominała swojego ojca. Króla niezmiennie dziwiło, że jego dzieci tak się różnią.
Następnego dnia, po spacerze w towarzystwie guwernantki w obrębie bram pałacowych, Charlotte dostała duszności tuż po powrocie do domu. Bez słowa skargi przyjęła lekarstwo, bo atak astmy był naprawdę poważny. Wieczorem rodzice poinformowali córkę, że zamierzają ją oddać pod opiekę earla i hrabiny na Ainsleigh w Yorkshire, z rodu Hemmingsów. Charlotte na samą myśl wpadła w popłoch. Była jasnowłosą blondynką o bladej, porcelanowej cerze i ogromnych niebieskich oczach, które szeroko otworzyła, gdy usłyszała, jakie plany mają wobec niej rodzice.
– Dlaczego, ojcze? Dlaczego mnie karzecie? Za kilka miesięcy będę mogła podjąć pracę, tak jak moje siostry. Dlaczego do tego czasu chcecie się mnie pozbyć?
– Nikt się ciebie nie pozbywa, Charlotte, poza tym osiemnaście lat skończysz za trochę więcej niż kilka miesięcy. Musi minąć jeszcze prawie rok. Proponujemy, abyś spędziła ten czas w spokoju w Yorkshire, gdzie się wzmocnisz. Na wsi mniej będziesz cierpieć na duszności. Do rozmowy o twoim powrocie, a także zaangażowaniu w wysiłek wojenny wrócimy, jak już będziesz pełnoletnia. Razem z twoją matką i lekarzem jesteśmy zgodni, że nie służy ci londyńskie powietrze ani pył unoszący się w powietrzu z gruzowiska, w które obróciło się miasto. Wciąż jesteś młoda, Charlotte. Gdyby nie wojna, nie wychodziłabyś z sali lekcyjnej do ukończenia osiemnastu lat. Wciąż czeka cię dużo nauki.
Charlotte zadarła podbródek, gotowa, by walczyć.
– Królowa Wiktoria miała osiemnaście lat, kiedy zasiadła na tronie i zaczęła panowanie – wysunęła argument, który jej ojciec szybko odrzucił.
– To prawda, ale nie miała siedemnastu lat, nie toczyła się wojna, a Luftwaffe nie bombardowało Anglii. Sytuacja jest obecnie dużo bardziej skomplikowana, a niebezpieczeństwo grozi każdemu, szczególnie tobie.
Ojciec wiedział, że najmłodsza córka jest zafascynowana życiem swojej praprababci, królowej Wiktorii, być może dlatego, że wszyscy je porównywali, były bowiem do siebie podobne nie tylko pod względem postury, ale też charakteru – Charlotte była równie rezolutna i odważna, jak jej sławna przodkini, która panowała w Anglii przed stu laty. Księżniczka, jako trzecia w kolejności do tronu, wiedziała, że jest bardzo mało prawdopodobne, aby została królową, ale szczerze podziwiała znamienitą antenatkę, stawiała ją sobie za wzór.
Pod koniec tygodnia król i królowa podjęli decyzję mimo zaciętego sprzeciwu ze strony córki. Trochę ją udobruchali, pozwalając zabrać na wieś ulubionego konia. Jakby dla poparcia słuszności ich planu naloty się zintensyfikowały, wróg zbombardował centrum miasta, co tylko umocniło postanowienie króla, żeby odesłać córkę.
Monarcha zwrócił się do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych o wydanie dokumentów potrzebnych dla zapewnienia księżniczce bezpieczeństwa. Earl i hrabina znali tożsamość swojego gościa i przyrzekli dochować tajemnicy, bo od teraz Charlotte miała się posługiwać nazwiskiem White, a nie Windsor, co zapewniało jej anonimowość.
W wieczór przed wyjazdem Charlotte, która w milczeniu i ze łzami w oczach siedziała z rodziną, starając się nie upadać na duchu, obie starsze córki zostały wtajemniczone w cały plan. Księżniczka Alexandra przytuliła siostrę dla dodania otuchy, a księżniczka Victoria z szelmowskim uśmiechem delektowała się myślą, że wreszcie aż na długi rok pozbędzie się intruza.
– Mam nadzieję, że nie potraktują cię jak Kopciuszka i nie każą czyścić kominków. Pewnie muszą sobie radzić bez pomocy służby, jak wszyscy inni. Sądzisz, że uda ci się wytrwać i nie zdradzić, kim naprawdę jesteś? – zapytała złośliwie Victoria, szczerze w to wątpiąc.
– Nie będzie miała innego wyjścia – wtrącił król. – Znalazłaby się w wielkim niebezpieczeństwie, gdyby ktokolwiek poznał jej prawdziwą tożsamość. Zamierzamy ogłosić, że Charlotte została odesłana na wieś, podobnie jak wiele innych dzieci, ale nie ujawnimy miejsca jej pobytu. Nikt nie będzie wiedział, kim jest, poza jej opiekunami i nią samą.
– Wrócisz do nas, nim się spostrzeżesz – zapewniała ją dobrodusznie starsza siostra.
Później w nocy Alexandra przyszła do pokoju Charlotte, żeby jej podarować kilka swoich ulubionych swetrów i książek. Zdjęła też cienką złotą bransoletkę z serduszkiem ze swojej ręki i włożyła na nadgarstek siostry.
– Będę za tobą strasznie tęsknić – przyznała ze smutkiem Alexandra i mówiła szczerze.
Otaczała ją opieką, od kiedy Charlotte przyszła na świat. Victoria była utrapieniem rodziców, ale Charlotte miała pogodne usposobienie, a Alexandra wrażliwą duszę i więcej siły, niż można by przypuszczać. Pewnego dnia będzie jej potrzebować, gdy zostanie królową i przejmie po ojcu tron. Victoria była z natury zawistna, zazdrościła zarówno starszej, jak i młodszej siostrze. Nienawidziła bliskiej relacji, która obie łączyła.
Alexandra miała ciemne włosy, Charlotte jasne, a Victoria była ruda. Cała trójka odziedziczyła delikatne, arystokratyczne rysy, charakterystyczne dla ich rodu. Obie siostry Charlotte oraz jej rodzice byli wysocy. Ona natomiast, podobnie jak ich praprababcia, królowa Wiktoria, mierzyła zaledwie nieco ponad sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu, była jednak bardzo zgrabna. Drobna, niska, ale pełna wdzięku.
Następnego dnia rano cała rodzina zebrała się w prywatnej bawialni królowej, aby pożegnać Charlotte. Charles Williams, królewski sekretarz, wraz z wiekową już guwernantką Felicity, zostali wyznaczeni, aby towarzyszyć jej w podróży. Oboje byli godni zaufania, bez najmniejszych obaw można było im powierzyć sekret dotyczący miejsca pobytu księżniczki przez następne dziesięć, jedenaście miesięcy. Earl i hrabina już ich oczekiwali. Podróż miała trwać cztery, pięć godzin. Jechali prywatnym samochodem Charlesa Williamsa, zwykłym austinem, żeby nie przyciągać uwagi. Łzy rzęsiście spływały po policzkach Charlotte, gdy siadała z tyłu. Kilka chwil później ruszyli. Wolno wytoczyli się przez pałacową bramę, a księżniczka zastanawiała się, kiedy ponownie zobaczy dom. Dręczyło ją niemiłe przeczucie, że już nigdy nie wróci. Ale każdy mieszkaniec Londynu myślał podobnie, ludzie żyli z dnia na dzień, nocą bomby niszczyły ich domy, a ich najbliżsi znikali lub umierali.
– To tylko rok – szeptała cichutko, żeby się uspokoić, gdy mijali niedawno zburzone budynki, kierując się poza granice miasta.
Charlotte zabrała ze sobą lekarstwa, szyby jednak były zasunięte, żeby jej nie narażać, ale może na skutek emocji po pożegnaniu rodziny lub pyłu wewnątrz auta czuła tak wielki ciężar miażdżący płuca, że ledwo mogła oddychać. Zamknęła oczy, myślała o rodzicach i siostrach, dzielnie walczyła, aby powstrzymać łzy.
Przez prawie całą dłużącą się drogę z Londynu do Yorkshire Charlotte drzemała. Felicity, jej guwernantka, spakowała kosz piknikowy z jedzeniem. Wywiad wojskowy poradził Charlesowi Williamsowi, aby unikali postojów w przydrożnych pubach i restauracjach, dzięki czemu nie będą ryzykować rozpoznania Jej Królewskiej Wysokości i nie zostawią żadnych wskazówek dotyczących miejsca jej pobytu. Za dzień lub dwa pałac wyda oświadczenie, że została odesłana na wieś na kilka miesięcy, aby do czasu urodzin ochronić ją przed bombardowaniem. Zarówno Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, jak i służby bezpieczeństwa dbały o to, żeby nie zdradzić dokładnego adresu księżniczki w Yorkshire. Nikt nie chciał, żeby podobna informacja wpadła w ręce Niemców, co było kolejnym czynnikiem, który należało brać pod uwagę. Gdyby naziści porwali księżniczkę albo, co gorsza, zabili ją, Brytyjczycy upadliby na duchu, nie wspominając o rodzinie królewskiej.
Charlotte zjadła kanapki z rukwią i ogórkiem przygotowane przez pałacowego kucharza, a także kilka plasterków kiełbasy, która stanowiła prawdziwy rarytas, nawet na królewskim stole. Zapadała w drzemkę, z której od czasu do czasu się wybudzała, znudzona obserwowaniem wiejskiego krajobrazu ciągnącego się za oknami.
Wreszcie dotarli do łagodnych wzgórz Yorkshire. Dzień był ciepły, świeciło słońce. Charlotte patrzyła na krowy, konie, owce na pastwiskach i próbowała sobie wyobrazić, jak będzie wyglądało jej nowe życie. Trzy dni wcześniej jej koń, Faraon, został wysłany do posiadłości pod opieką doświadczonego masztalerza i jednego ze stajennych, którzy po powrocie poinformowali, że uwielbiany przez księżniczkę temperamentny wierzchowiec czystej krwi angielskiej bez najmniejszych problemów zadomowił się w nowym otoczeniu. Najwyraźniej polubił rozległe łąki, po których mógł swobodnie biegać. W Ainsleigh Hall, posiadłości Hemmingsów i rodowej siedzibie earla na Ainsleigh, końmi opiekowali się jedynie pewien staruszek, który już dawno przeszedł na emeryturę, i czternastoletni chłopak. W stajni zostało zaledwie kilka koni: hunter należący do syna Hemmingsów i kilka starych szkap. Ani earl, ani jego żona od dawna nie jeździli konno. Swojego czasu pan na Ainsleigh był wielkim amatorem polowań, ale wybuch wojny położył im kres, a hrabina dziesięć lat wcześniej niefortunnie upadła, poważnie złamała nogę i od tamtej pory nie siadała w siodle. Wszystkie te informacje pochodziły od emerytowanego stajennego.
Charlotte przypomniała sobie, że jej opiekunowie nie byli młodzi, Charles o tym uprzedzał. Ich syn Henry był późnym i niespodziewanym dzieckiem, które przyszło na świat, gdy hrabina miała już czterdzieści dziewięć lat. Teraz liczyła sobie sześćdziesiąt siedem, a jej mąż siedemdziesiąt. Charles powiedział, że chłopak jest światłem ich życia i bardzo się martwili, że za kilka miesięcy dołączy do pułku piechoty i trafi na front. Oczekiwał wezwania tuż po swoich osiemnastych urodzinach, które zbliżały się wielkimi krokami. Miał wyjechać jeszcze przez świętami Bożego Narodzenia, a jego rodzice zostaną wtedy w domu z dwoma młodymi kobietami, które wzięli pod opiekę.
Charlotte prawie nic nie wiedziała o dziewczynie, która już od trzech lat mieszkała u Hemmingsów, przekazano jej tylko, że pochodziła z East Endu i straciła oboje rodziców w trakcie nalotów, tuż po swoim wyjeździe z miasta. Podobnie jak niejedno brytyjskie dziecko została osierocona. Były z Charlotte prawie rówieśnicami, co mogło się okazać dużą zaletą, jeśli by się polubiły, a księżniczka sobie nie wyobrażała, że mogłoby się stać inaczej.
Charlotte nigdy nie uczęszczała do zwykłej szkoły, pobierała nauki w domu. Niekiedy lekcje ją nudziły, szczególnie gdy siostry ukończyły naukę i została sama. Francuska guwernantka uczyła księżniczkę języka, rysunku oraz tańca. Profesor z Eton College wprowadzał w historię i wykładał podstawy matematyki, inny akademik z Cambridge przybliżał literaturę, przerabiali twórczość wszystkich brytyjskich pisarzy i poetów. Miała nadzieję, że nie będzie musiała kontynuować studiów w Yorkshire, choć obiecała ojcu, że przeczyta wszystkie dostępne na miejscu książki oraz wybrane przez niego lektury dotyczące historii parlamentu, które przywiozła na wieś. Król chciał, żeby jego córki dobrze się orientowały w ustroju państwa. Podkreślał, że są dziećmi monarchy, dlatego należy to do ich obowiązków.
O wiele większą przyjemność sprawiała Charlotte jazda konna, w tej dziedzinie nie potrzebowała żadnych lekcji. Była odważnym, utalentowanym jeźdźcem i wielokrotnie towarzyszyła ojcu podczas królewskich polowań, w których brał udział przed wybuchem wojny. Miała w sobie więcej brawury niż starsze siostry. Zamierzała teraz jeździć po męsku, w normalnym siodle, a nie damskim, nie było tu nikogo, kto mógłby ją powstrzymać ani ubolewać, jakie to nieprzyzwoite. Za każdym razem, gdy tego próbowała w Windsorze, na swoim koniu lub ojca, była upominana. Nie wolno jej było jeździć na koniu okrakiem na terenie królewskich ośrodków treningowych, pozwalano na to jedynie od czasu do czasu podczas pobytu na wsi. Gdy jednak tylko jej rodzice to zauważali, udzielali jej reprymendy i kazali wybierać damskie siodło, którego używały jej matka i siostry.
Królowa Anne również uwielbiała jazdę konną, ale w mniejszym stopniu niż jej najmłodsza córka, poza tym z racji swej pozycji musiała się zadowolić statecznymi przejażdżkami po pałacowym parku. Król z żoną często jeździli razem, Charlotte wolała poranne wycieczki w towarzystwie stajennego, dzięki temu nie było nikogo, kto mógłby patrzeć, jak zmusza wierzchowca do galopu i pędzi niczym wiatr. Podczas pobytu w Yorkshire zamierzała spędzać dużo czasu w siodle i miała nadzieję, że opiekunowie nie zorganizują dla niej lekcji, skoro na miejscu nie będzie nauczyciela. Zastanawiała się, czy druga dziewczyna, jej rówieśnica, także lubi konie, czy w ogóle umie na nich jeździć. Jeśli nie, była chętna ją nauczyć.
Przyjechali do Ainsleigh Hall, akurat gdy gospodarze kończyli lunch. Earl, hrabina i Henry wyszli, żeby przywitać gościa i się przedstawić. Charlotte posługiwała się teraz nazwiskiem White. Kiedy Hemmingsowie dokonywali prezentacji, Lucy Walsh, dziewczyna z Londynu, trzymała się na uboczu, zbyt onieśmielona, żeby odezwać się do gościa jako pierwsza. Zadowoliła się obserwowaniem Charlotte na odległość. Zauważyła jej prostą ciemnoniebieską sukienkę i dobrze skrojony płaszcz, także buty na obcasach, niewielki, elegancki ciemnoniebieski kapelusz z aksamitu i rękawiczki. Królewska córka włosy zebrała w luźny kucyk, który miękko opadł na kark. Była dobrze i modnie ubrana, uprzejmie przywitała się z gospodarzami i Lucy oraz podziękowała za zaproszenie pod ich dach. Zafascynowany Henry, syn earla, patrzył na nią w niemym podziwie. Nigdy wcześniej nie spotkał podobnej dziewczyny, ostatni raz był w Londynie jako małe dziecko. Jego rodzice wybrali życie na wsi, a był jeszcze za młody, żeby udzielać się towarzysko, w najbliższym czasie zresztą nie było ku temu okazji, bo wkrótce miał zasilić szeregi armii. Wszystkie przywileje związane z jego pozycją i tytułem muszą poczekać do zakończenia wojny. Podobnie było w przypadku jego przyjaciół. Filigranowa sylwetka Charlotte zaskoczyła go, widział przecież jej konia w stajni. Był ciekawy, jak zdoła jeździć na równie narowistym i dużym wierzchowcu. Wyglądała na delikatną i skromną, wręcz nieśmiałą – takie odniósł wrażenie, gdy razem ruszyli do środka. Księżniczka z uśmiechem zerknęła na Lucy, nie zwracała się bezpośrednio do Henry’ego. Nie była przyzwyczajona do prowadzenia rozmów z chłopcami. Earl sprawiał wrażenie pogodnego człowieka, przywitał ją bardzo wylewnie. Wyglądał na dużo starszego, niż był, hrabina lekko utykała – była to pamiątka po upadku z konia. Miała serdeczny uśmiech i śnieżnobiałe włosy, lecz gdy Charlotte ją porównała do własnej matki, która była dużo młodsza od gospodyni, wydała się dziewczynie sędziwą staruszką. Księżniczka pomyślała, że Hemmingsowie bardziej przypominają dziadków niż rodziców Henry’ego.
– Jesteśmy zachwyceni, mogąc cię u nas gościć, Wasza Królewska Wysokość – szepnęła jej do ucha hrabina tak, aby nikt inny nie usłyszał.
Charles Williams wypakował bagaże Charlotte, które chłopiec do pomocy z jednego z dzierżawionych gospodarstw wniósł na górę. W kuchni przygotowano jedzenie dla Felicity i Charlesa, żeby się posilili przed wyjazdem. Charlotte podziękowała, bo jadła w podróży, miała też nadzieję na przejażdżkę na Faraonie przy sprzyjającej pogodzie. Kiedy tylko rozpakuje się w swoim pokoju, guwernantce ani sekretarzowi ojca nie pozostanie nic więcej do zrobienia jak się pożegnać.
– Masz naprawdę wspaniałego konia – powiedział w końcu Henry, idąc obok niej w stronę domu.
Podziękowała mu, skromnie spuszczając wzrok.
Rodzice młodzieńca od razu zauważyli, że dziewczyna ma nienaganne maniery. Była księżniczką w każdym calu, choć od teraz nikt nie będzie jej tak tytułował, żeby nie zdradzić jej tożsamości. Ich syn nie miał najmniejszego pojęcia, z kim ma do czynienia, uważał ją po prostu za córkę londyńskich arystokratów, znajomych rodziców, którzy chcąc trzymać dziecko z dala od niebezpieczeństwa, wysłali je do Yorkshire.
Lucy w ogóle się do niej nie odzywała, trzymała się z tyłu, za gospodarzami. Po wejściu do środka zniknęła w kuchni, gdzie czuła się zdecydowanie swobodniej. Henry nie zwracał na nią uwagi, całkowicie pochłonięty nowym gościem. Charlotte wydawała mu się bardzo dojrzała, wypili razem herbatę z jego rodzicami w bibliotece, a potem pożegnał się i pojechał na jedną z farm, gdzie pomagał przy naprawie płotu, bo nie było nikogo innego, kto mógłby się tym zająć. Wyjaśnił, że ostatnio często pracuje w gospodarstwach, lubił to i miał zajęcie.
– Obawiam się, że trochę brakuje nam ludzi, także w obejściu – przyznała przepraszającym tonem hrabina. – Od pierwszej wojny nie było już tak jak dawniej, boję się też, że obecny międzynarodowy konflikt okaże się gwoździem do trumny dla majątków podobnych naszemu. Poprzednim razem nie wróciło wielu młodych, po zakończeniu walk zostali w miastach. Podejrzewam, że historia się powtórzy albo będzie nawet gorzej, kiedy tym razem to się skończy. W fabrykach potrzebują rąk do pracy i zatrudniają kobiety, dlatego nawet młode dziewczyny wyjechały ze wsi i przeprowadziły się do miast. Lucy okazała się dla nas wielką pomocą. Bez niej bylibyśmy zgubieni. Mamy nadzieję, że zostanie, nie ma już przecież żadnych krewnych w Londynie. Bardzo to smutne. Straciła rodziców podczas bombardowania, gdy zawalił się budynek, w którym mieszkali. Szczęśliwie była już tutaj.
Charlotte skinęła głową, współczuła Lucy, choć się nawet nie znały. Wydawała się prostą, nieśmiałą dziewczyną. Księżniczka miała nadzieję, że się zaprzyjaźnią.
Po wypiciu herbaty hrabina zabrała gościa na górę, żeby pokazać sypialnię, i dziewczyna przeżyła lekki szok.
– Wolałabym oddać wam jeden z pokoi gościnnych, Wasza Królewska Wysokość – wyjaśniła cicho – ale nie chcieliśmy, aby ktokolwiek domyślił się waszej pozycji. Pani matka w liście, który mi przesłała, szczególnie to podkreśliła, dlatego przygotowaliśmy pokój sąsiadujący z sypialnią Lucy.
Była to dawna izba dla służby na poddaszu, skąd rozciągał się piękny widok na wzgórza, lasy i jezioro należące do posiadłości. Była wystarczająco duża, aby pomieścić łóżko, komodę, niewielkie biurko i krzesło. Przed wojną mieszkała w niej jedna z pokojówek. Teraz w domu służyły tylko dwie kobiety. Zajmowały pokoje w końcu korytarza, które nie były lepsze od sypialni Charlotte. Księżniczka nigdy nie odwiedzała pokoi personelu zatrudnionego w pałacach jej rodziców, więc nie miała pojęcia, czy się różniły od tego. Był to ciasny, ponury pokoik o gołych ścianach, którego nic nie wyróżniało. Wchodząc na górę, zauważyła, że rezydencja wymaga gruntownego remontu, zasłony są postrzępione, a niektóre dywany w wielu miejscach wytarte. Meble były piękne, ale dom ciemny, przewiewny, chłodny w lato i bez wątpienia lodowaty zimą, grzano jedynie w kominkach na parterze. Pokój, który przydzielono Charlotte, nie był z całą pewnością taki, do jakiego przywykła, dlatego z przerażeniem wymalowanym na twarzy schodziła na dół, żeby pożegnać Felicity i Charlesa. Planowali wyjechać zaraz po posiłku, żeby wrócić do Londynu przed zmrokiem i obowiązkowym zaciemnieniem. Zamierzali jak najszybciej wyruszyć. Wymienili uścisk dłoni, Charlotte podziękowała za odwiezienie na miejsce. Charles musiał się powstrzymać, żeby się nie ukłonić, Felicity niestety się zapomniała i lekko dygnęła, ale tylko hrabina była świadkiem pożegnania. Nie towarzyszył im nikt inny.
Charlotte wróciła na górę, żeby rozpakować bagaże. Część ubrań musiała zostawić w walizce, bo nie było szafy ani półek, jednak wcale jej to nie przeszkadzało. Przebrała się w strój jeździecki i właśnie zapinała toczek, gdy do pokoju weszła Lucy, bacznie się jej przyglądając. Ubiór księżniczki był prosty, ale widać było, że wszystko, co miała, było najwyższej jakości, doskonale skrojone, z najlepszych materiałów i idealnie leżało na drobnej sylwetce dziewczyny.
– Czy to byli twoi rodzice? – zapytała Lucy, mając na myśli Felicity i Charlesa.
Charlotte w odpowiedzi pokręciła głową niepewna, co powiedzieć, jak wyjaśnić, kim byli. Od razu wyłapała wschodniolondyński akcent Lucy.
– To przyjaciele, którzy zaoferowali, że mnie przywiozą, mają samochód, a moi rodzice nie, poza tym nie mogli wyjechać ze stolicy.
Tylko to przyszło jej do głowy w ramach wytłumaczenia, ale wystarczyło dobrze się przyjrzeć, żeby rozpoznać, że byli podwładnymi, na szczęście umknęło to uwadze Lucy. Niczego nie podejrzewała, choć widziała, że Charlotte pochodzi z szacownego rodu, zdradzały ją maniery, akcent i ubrania. Księżniczka zwracała się do niej bardzo uprzejmie.
– Czy jeździsz konno?
Lucy pokręciła głową wyraźnie spanikowana.
– Boję się koni. Są wielkie i przypominają groźne bestie. Czym zajmują się twoi rodzice?
Chciała jak najwięcej dowiedzieć się o intrygującym gościu. Mówiły z zupełnie innym akcentem, Charlotte z dykcją charakterystyczną dla
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.