Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Kucharka z Castamar - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
31 października 2021
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Kucharka z Castamar - ebook

ROZSMAKUJ SIĘ W HISTORII, KTÓRA UWIEDZIE TWOJE ZMYSŁY

Hiszpański serial dostępny na NETFLIX

Dostatnie życie Clary Belmonte przerywa tragiczna śmierć jej ojca. Zrozpaczona i pozbawiona protekcji młoda dziewczyna zostaje rzucona we wrogi świat.

W XVIII-wiecznej Kastylii życiem kobiet rządzą namiętności mężczyzn.Nawet arystokratki padają ofiarami ich bezlitosnych gier, a los wymaga od kobiet niewiarygodnej siły.

Ale Clara ma wyjątkowy talent. Jest pasją jest kuchnia, a dania, które gotuje, zniewalają zmysły. Gdy dziewczyna zostaje zatrudniona jako pomoc kuchenna w posiadłości Castamar, wie, że to dla niej szansa, by zawalczyć o siebie.

Tymczasem serce księcia Castamar od dawna czeka, by ktoś je obudził. Odkąd mężczyzna stracił ukochaną żonę, pokryło się lodem, a on sam, pogrążony w apatii, prawie nie opuszcza swych pokoi.

Gdy książę Diego po raz pierwszy próbuje dań swojej kucharki, budzą się jego uśpione zmysły. Również w sercu Clary ów tajemniczy mężczyzna wyzwala ciepło, którego nigdy dotąd nie zaznała. I na które nie może sobie pozwolić.

Do czego doprowadzi subtelna gra gestów i spojrzeń,

która wkrótce się między nimi rozpocznie?

Obecność pięknej kucharki burzy pozorny spokój Castamar. Posiadłość stopniowo zamienia się w kłębowisko intryg, zdrad i sekretów. A to tylko preludium do śmiertelnie niebezpiecznej burzy, która wkrótce ma się przez nią przetoczyć.

Czy Clara zdoła się ocalić, gdy znajdzie się w sercuwydarzeń?

Co się stanie, gdy między nią a księciem zrodzi się uczucie, od którego nie ma odwrotu?

***

Fernando J. Múñez tworzy fascynujący świat intryg, namiętności i zniewalających zmysły smaków. Opowiada o silnych kobietach, które buntują się przeciwko swojemu przeznaczeniu, i mężczyznach zdolnych do największej szlachetności, ale też ogromnej podłości.

Spektakularny literacki popis.

Fernando J. Múñez

Urodzony w Madrycie w 1972 roku, pisarz, scenarzysta, reżyser filmów krótkometrażowych. Ukończył filozofię i studia filmowe.

Swoją pierwszą powieść zaczął pisać w wieku czternastu lat, a pierwsze scenariusze filmowe tworzył już jako nastolatek. W 2012 roku wyreżyserował film fabularny Las nornas, który później został zaprezentowany na Festiwalu Filmowym w Alicante i Międzynarodowym Festiwalu Filmowy w Valladolid.

Autor książek dla dzieci i młodzieży. Kucharka z Castamar jest jego debiutem powieściowymdla dorosłych.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-8460-9
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1



_10 października 1720 roku, rano_

„Żadne cierpienie nie trwa wiecznie” – przekonywała często samą siebie, by zasiać w swoim sercu nadzieję, że wszystko przemija. „Ani żadna radość” – dodawała. Niewykluczone, że przez wielokrotne powtarzanie tego zdania z czasem zgubiła gdzieś jego sens i wyrażało już tylko smutek, którego w ostatnich latach nie szczędziło jej życie. Czuła się jak postrzępiona szmaciana lalka, skazana na codzienne cerowanie własnej duszy. A przecież jakoś się pozbierała, dzięki odwadze wykrzesanej z konieczności i buntowniczej naturze; musiała być twarda i żyć dalej. „Nikt nie powie, że stchórzyłam” – powtarzała sobie teraz Clara.

Szczelnie ukryta pod warstwą słomy, skupiała uwagę na kroplach deszczu spływających po snopkach. Dzięki temu udawało jej się nie zerkać na opalizujące światło, które przeciskało się przez słomę niczym przez żaluzje. Kiedy tylko na nie patrzyła, uświadamiała sobie bezmiar przestrzeni wokół furmanki, która wiozła ją do posiadłości Castamar. W takich momentach musiała kontrolować oddech, bo już na samą myśl o tym, że nie chronią jej cztery ściany, serce biło jej jak szalone. Podczas takich ataków paniki nieraz traciła przytomność. Jakże nienawidziła tej swojej słabości! Ogarniała ją wtedy niemoc, Clara wydawała się sobie taka krucha, jakby w jednej chwili miały się na nią zwalić wszystkie nieszczęścia tego świata. To właśnie przez ten lęk poczuła się rozdarta, kiedy pani Moncada przekazała jej, że w Castamar potrzebują kogoś do pracy. Tęga przełożona salowych i pielęgniarek podeszła do niej i oznajmiła, że jej dobry znajomy, don Melquíades Elquiza, marszałek dworu z Castamar, poszukuje pomocy kuchennej.

„To może być dla ciebie szansa, Claro” – powiedziała.

Clarę kusiło, by skorzystać z tej szansy, a jednocześnie paraliżował ją strach, bo musiałaby opuścić szpital, w którym pracowała i mieszkała. Wystarczyło, że pomyślała o ulicach Madrytu, o Plaza Mayor, który tylekroć przecinała z ojcem, by dostawała duszności, słabła i zaczynała się pocić. Z oczami zasłoniętymi chustką próbowała samodzielnie dotrzeć w pobliże alkazaru, wróciła jednak spanikowana do szpitala, gdy tylko dotknęła stopą bruku. Pani Moncada była tak miła, że sama spotkała się z Melquíadesem Elquizą, by opowiedzieć mu o kulinarnych talentach Clary. Podobno znali się od dawna, w młodości spotykali się na biesiadach pod gołym niebem, kiedy ona służyła u hrabiego de Benavente, on zaś u księcia de Castamar. To od niej pan Elquiza dowiedział się, że Clara odziedziczyła zamiłowanie do gotowania po matce, kuchmistrzyni kardynała Giulia Alberoniego, byłego ministra króla Filipa V. Niestety prałat popadł w niełaskę i wrócił do Republiki Genui, zabrawszy ze sobą matkę kobiety.

Clara była jej prawą ręką, straciła jednak pracę – kardynałowi pozwolono wywieźć wyłącznie kuchmistrzynię. Myślała, że szybko znajdzie zajęcie w jakimś dworze, ale ponieważ referencje wystawiła jej własna matka, kucharze odnosili się do niej nieufnie, tym bardziej gdy wychodziło na jaw, że jest wykształconą panienką. Obniżyła więc swoje aspiracje i próbowała znaleźć pracę gdziekolwiek w kuchni, a tymczasem zarabiała na życie, opiekując się chorymi w głównym szpitalu miejskim, znanym także jako szpital Zwiastowania Pańskiego.

Serce krajało jej się na myśl, że ojciec, wielce ceniony doktor Armando Belmonte, włożył tyle trudu w zapewnienie wykształcenia jej i jej siostrze po to, by spotkał ją taki los. Ale nie mogła go za to winić. Postąpił, jak przystało na światłego człowieka, którym pozostał aż do dnia swojej tragicznej śmierci, 14 grudnia 1710 roku. „Tyle nauki na nic” – ubolewała. Guwernantka Francisca Barroso od początku narzuciła dziewczynkom żelazną dyscyplinę. Dzięki temu Clara i jej siostra posiadły wszechstronną wiedzę i najrozmaitsze umiejętności, takie jak szycie, haftowanie, znajomość etykiety, geografii, historii, łaciny, greki, matematyki, retoryki, gramatyki i języków nowożytnych: angielskiego i francuskiego. Brały też lekcje gry na pianinie, śpiewu i tańca, które słono kosztowały ich rodziców, i namiętnie pochłaniały książki. Jednak po śmierci ojca całe to wykształcenie na nic im się nie zdało; były skazane na nieuchronną degradację społeczną. Za to zamiłowanie do gotowania, które Clara dzieliła z matką i na które ojciec zawsze narzekał, stało się gwarantem przetrwania rodziny.

„Moja droga Cristino, chyba po coś trzymamy kucharkę” – karcił żonę. „Nie wiem, co pomyśleliby nasi znajomi, gdyby dowiedzieli się, że ty i twoja starsza córka spędzacie całe dnie pośród oparów unoszących się znad garnków, chociaż macie aż nadto służących”.

W tamtych dobrych czasach Clara miała dostęp do wszelkiego rodzaju książek kucharskich, łącznie z przekładami dzieł arabskich i sefardyjskich, częstokroć podlegających w Hiszpanii cenzurze. Łapczywie pochłonęła _Księgę potrawek, przysmaków i zup_ kucharza Ruperta de Noli i _Cztery księgi o sztuce cukiernictwa_ Miguela de Baezy, nie mówiąc o najrozmaitszych przepisach, które wpadły w ręce jej lub matce. Od dziecka towarzyszyła kucharce, pani Cano, podczas zakupów na targowisku; dzięki temu nauczyła się wybierać najlepszą kapustę, sałatę, cieciorkę, soczewicę, pomidory, owoce i ryż. Jako mała dziewczynka uwielbiała przebierać moczącą się ciecierzycę i soczewicę, by oddzielić nadpsute nasiona, kosztować bulionu z olla podrida i próbować gorzkiej czekolady, którą ojciec zdobywał dzięki koneksjom na dworze królewskim. Tęskniła za czasami, kiedy razem z matką piekły biszkopty genueńskie i ciasta, smażyły dżemy i konfitury. Przypomniała sobie, jak przekonały ojca, żeby kazał wybudować gliniany piec opalany drewnem, w którym mogłyby przygotowywać wszelakie potrawy. Początkowo protestował, ale w końcu ustąpił pod pretekstem zaspokojenia potrzeb służby.

Zapoznawszy się z referencjami Clary przedstawionymi przez panią Moncadę, don Melquíades zgodził się przyjąć ją do pracy. Castamar było dla niej pierwszym szczeblem drabiny, powrotem do prawdziwej kuchni. Praca w pałacu księcia – który służył królowi Filipowi V i wsławił się podczas wojny o sukcesję – oznaczała bezpieczne życie pośród służby. Dowiedziała się, że to nietypowy dwór: chociaż don Diego miał tytuł granda Hiszpanii, zadowalał się zaledwie jedną trzecią służby zwykle zatrudnianej w książęcych majątkach. Podobno po śmierci żony zamknął się w domu; w ostatnich latach widziano go zaledwie na kilku dworskich wieczerzach.

Przed wyjazdem do Castamar napisała listy do siostry i matki. Dzięki temu, że król Filip zezwolił na korzystanie z poczty wszystkim poddanym (wcześniej ten przywilej przysługiwał tylko rodzinie królewskiej, arystokracji i kupcom), mogła poinformować je o przeprowadzce, obiecując, że wkrótce poda im nowy adres. Wydała skromne oszczędności, by opłacić obie przesyłki. Zazwyczaj koszty pokrywał adresat, wolała jednak oszczędzić wydatków swoim bliskim.

Po wysłaniu wiadomości musiała zaczekać, aż Pedro Ochando, woźnica i handlarz końmi z Castamar, skończy pracę i załaduje na furmankę snopy słomy. Dopisało jej szczęście: dzień był deszczowy. Mężczyzna uprzejmie zaproponował, że odbierze ją z przyszpitalnej wozowni, nie musiała więc walczyć z lękiem przed przebywaniem w otwartej przestrzeni.

„Wolałabym jechać z tyłu, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu” – powiedziała śmiało. „Będę mogła schronić się przed ulewą między snopkami. Nie mam się czym osłonić”.

Jechali już ponad trzy godziny w strugach deszczu, traktem łączącym Móstoles z Boadillą. Kiedy furmanka podskakiwała na wybojach, Clara myślała z przerażeniem, że zakrywająca ją słoma zaraz się przesunie i pozbawi ją schronienia. Tak się jednak nie stało, za to od ciągłego trzęsienia rozbolały ją mięśnie. Wreszcie wóz się zatrzymał, a niezbyt rozmowny pan Ochando oznajmił, że dotarli na miejsce.

Podziękowała mu i z zamkniętymi oczami zeszła z wozu. Zimne krople przeniknęły za haftowany kołnierz jej sukni, przyprawiając ją o dreszcz. Zaczekała, aż skrzypienie kół dostatecznie się oddali, i z duszą na ramieniu zawiązała chustką oczy. Zerkając przez wąską szparę, przez którą widziała zaledwie ziemię pod stopami, i podpierając się kijem, który pełnił funkcję laski ślepca, ruszyła w stronę niewielkiego, otoczonego murem podwórza znajdującego się na tyłach pałacu. Szła ze wzrokiem wbitym we własne buty, modliła się, by chustka ochroniła ją przed widokiem reszty majątku. Przyspieszyła kroku; serce waliło jej jak młotem, tak szybko łapała ustami powietrze, że poczuła mrowienie w kończynach. Przeszła pod łukiem prowadzącym na dziedziniec, nie zwracając uwagi na dziewki ze służby, które ze śmiechem zdejmowały ze sznurów ostatnie sztuki prania.

Nagle poczuła się zagubiona pośród tej ogromnej przestrzeni. Straciła orientację, wąziutka szparka pod chustką przestała jej wystarczać. Podniosła głowę: w głębi dziedzińca dostrzegła drewniany ganek i drzwi. Chociaż były zamknięte, puściła się biegiem w ich stronę. Brakowało jej sił, drżała na całym ciele, prosiła Boga, żeby się nie potknęła ani nie zemdlała. Kiedy znalazła się pod daszkiem, zdjęła z oczu chustkę i oparła czoło o framugę, starając się nie myśleć o tym, że za nią rozciąga się nieprzenikniona otwarta przestrzeń. Zaczęła desperacko dobijać się do drzwi.

– Co ty wyprawiasz, kobieto?

Głos rozległ się za jej plecami. Jego oschły, władczy ton sprawił, że Clarze na moment przestało bić serce. Odwróciła się, próbując zapanować nad strachem. Kiedy podniosła wzrok, napotkała surowe spojrzenie pięćdziesięcioparoletniej kobiety. Zanim spuściła głowę, zdążyła dostrzec malującą się w nim bezwzględność.

– Jestem Clara Belmonte, nowa pomoc kuchenna – powiedziała zduszonym głosem, podając kobiecie listy polecające napisane przez jej matkę i panią Moncadę.

Kobieta przez chwilę jej się przyglądała, po czym z ociąganiem sięgnęła po papiery. Clarze wydawało się, że trwa to całą wieczność. Kręciło jej się w głowie, poszukała więc ukradkiem oparcia w ścianie, żeby nie osunąć się na ziemię. Kobieta zauważyła, że Clara ledwo trzyma się na nogach – podniosła wzrok i przeszyła ją spojrzeniem, jakby chciała zanurkować w jej duszy.

– Dlaczego tak zbladłaś? Chyba nie jesteś chora? – zapytała, po czym wróciła do lektury listów.

Clara pokręciła głową. Ugięły się pod nią nogi, nie była już w stanie udawać, że wszystko jest w porządku. Wiedziała jednak, że straci tę pracę, jeżeli przyzna, że nie może przebywać w otwartej przestrzeni. Dlatego zacisnęła zęby i spróbowała wziąć głęboki oddech.

– Pan Melquíades powiedział, że przyśle mi służkę z doświadczeniem. Nie jesteś za młoda na to wszystko, co tu wypisano?

Clara dygnęła, jak przystało na dobrze wychowaną panienkę, i odpowiedziała, że nauczyła się zawodu od matki w domu jego ekscelencji Alberoniego. Kobieta z rezerwą oddała jej referencje. Zręcznym ruchem dobyła pęk kluczy, po czym otworzyła drzwi.

– Chodź ze mną – przykazała.

Clara z ulgą weszła do środka i pospieszyła za idącą energicznym krokiem kobietą. Zaczęła dochodzić do siebie. Korytarz wydał jej się bardzo szeroki – korzystając z tego, że idzie z tyłu, od czasu do czasu ukradkiem opierała się o nagie białe ściany. Klucznica poinformowała ją despotycznym tonem, że drzwi, którymi weszły, muszą być zawsze zamknięte. Wejście dla służby znajdowało się po drugiej stronie podwórza i prowadziło wprost do kuchni. Clara poczuła ulgę; nie miała zamiaru opuszczać pałacu.

Po drodze minęły trzy służki rozmawiające podniesionym tonem, kilka pokojówek, które na widok jej przewodniczki obciągnęły fartuszki i czym prędzej wbiegły na piętro, dwóch młodzików o smutnych oczach i niejakiego Jacinta Suáreza, aprowizatora odpowiadającego za zaopatrzenie kuchni. Towarzyszył mu Luis Fernández, szafarz nadzorujący spiżarnie, gdzie przechowywano podstawowe produkty spożywcze, warzywa strączkowe i jarzyny, oraz składzik na wosk, węgiel i drewno opałowe. Kobieta witała ich po imieniu, oschłym, wyniosłym tonem. Kiedy przemierzały kręte korytarze, pojawiło się dwóch służących odpowiedzialnych za oświetlenie pałacu i ogrodów; pochylili nisko głowy, dotykając brodami piersi. Natknęły się również na Galateę Borcę, pulchną dziewczynę z dołeczkami w policzkach, niosącą zestaw sosjerek. Idąca przed nią Matilde Marrón, która zarządzała kredensem i owocarnią, nerwowo wymachiwała rękami i pouczała podwładną, by dokładnie umyła karafki na ocet. Każda z mijanych osób stawała na baczność na widok gospodyni.

– Przyjmę cię na próbę, która dobiegnie końca, kiedy uznam to za stosowne. Jeżeli nie spodoba mi się twoja praca albo zaangażowanie, natychmiast odeślę cię do Madrytu. Będziesz zarabiała sześć bilonowych reali na dzień, masz prawo do trzech posiłków dziennie i jednego wolnego dnia w tygodniu; najczęściej będzie to niedziela. Tak czy inaczej w każdą niedzielę możesz chodzić na mszę. Będziesz spała w kuchni, w małej alkowie za kotarą – wyjaśniała szczegółowo kobieta, obojętnie mijając dwie praczki.

Clara skinęła głową. Mężczyzna pracujący na dworze królewskim zarabiał jedenaście bilonowych reali dziennie, ale chociaż don Diego należał do jednego z największych hiszpańskich rodów, Castamar nie było pałacem królewskim, ona zaś nie była mężczyzną. I tak miała szczęście: jej zapłata przewyższała średnie wynagrodzenie, wiele służących szorowało schody za niespełna dwa bilonowe reale dziennie. Pomyślała, że będzie mogła zaoszczędzić, na wypadek gdyby w przyszłości jej sytuacja miała ulec pogorszeniu.

– Nie toleruję lenistwa, sekretnych relacji między służącymi ani rzecz jasna potajemnych wizyt mężczyzn – ciągnęła kobieta.

Korytarzem z pięknym kasetonowym sufitem wyrzeźbionym w drewnie dotarły do podwójnych drzwi z pomarańczowej wiśni, nad którymi wisiał szyld z napisem „Kuchnie”. Wyszła przez nie służąca ze srebrną tacą, na której niosła śniadanie: bulion drobiowy, dzbanuszki z mlekiem i czekoladą, opiekany chleb z masłem przyprószony cukrem i cynamonem, jajka na miękko, bułeczki i boczek. Clara zauważyła, że w bulionie pływa za dużo ziół, że grzanki są za tłuste, jajka za bardzo ścięte, a bułeczki niedopieczone. Brakowało także ujiera, który powinien nadzorować przenoszenie sztućców, zastawy, pieczywa i jedzenia z kuchni do komnaty pana. Tylko boczek wydawał się dobrze przygotowany, właściwie ukrojony i usmażony na własnym tłuszczu. Uwagę Clary zwrócił przede wszystkim sposób podania, niegodny granda mimo ładnej wzorzystej zastawy i eleganckich srebrnych sztućców – niestety niewłaściwie ułożonych – wśród których znajdował się rzadko spotykany czterozębny widelec. Najbardziej rzucał się w oczy brak kwietnej dekoracji, nieodzownej przy śniadaniu; biała haftowana serwetka z koronką byle jak wystawała z tacy, nie było też srebrnych kloszy, które utrzymałyby ciepło bułeczek, bulionu, boczku i jajek i wprowadziły do posiłku element zaskoczenia.

Wystarczyło jedno spojrzenie klucznicy, by pokojowa się zatrzymała. Kobieta z ogromną precyzją ułożyła łyżeczkę do kawy w odpowiedniej odległości od zastawy i właściwie ustawiła srebrne dzbanuszki.

– Niech ci się tylko nic nie przesunie, Eliso – przykazała swoim budzącym trwogę głosem. – Możesz już iść.

Widać było, że gospodyni ceni sobie protokół i etykietę, choć zapewne nie znała wersalskich zasad serwowania potraw ani francuskiej sztuki kulinarnej praktykowanej na dworze króla Filipa.

– Oczywiście, doño Úrsulo – odpowiedziała Elisa i zgięła się w ukłonie mimo ciężkiej tacy. Stała tak, dopóki gospodyni i Clara nie weszły do kuchni.

Znajdujące się w środku kobiety znieruchomiały na widok gospodyni, po czym lekko się skłoniły. Najwyraźniej doña Úrsula zarządzała także kuchnią i związanymi z nią pomieszczeniami. Na jej znak służba wróciła do pracy. Clara spostrzegła dwie pomoce kuchenne zręcznie oskubujące kapłony; trzecia niedbale przyprawiała dwie młode kurki. Jakaś gruba kobieta nadzorowała je kątem oka z głębi kuchni, przygotowując sos z pieczarek do polania mięsa.

Clara pomyślała, że magnacki dwór taki jak Castamar powinien – dla prestiżu – zatrudniać więcej personelu. Przydałyby się jeszcze co najmniej trzy dziewki kuchenne i podkuchenna, należałoby także zatrudnić pachołków, młodzianów do przyuczenia i pomywaczy do mycia naczyń, zamiatania podłogi i oskubywania kapłonów. Ale skoro w pałacu mieszkali tylko książę z bratem – o czym doniosła jej pani Moncada – czteroosobowy personel kuchenny w zupełności wystarczał, mimo że cierpiał na tym splendor rodu.

Clara skinęła głową w odpowiedzi na powitanie służących, zadając sobie pytanie, jakim cudem doña Úrsula posiadła tyle władzy. W magnackim domu gospodyni zazwyczaj nadzorowała żeński personel, od pokojowych, przez łożnicze i dziewki na posyłki, po praczki i krochmalnice. Ale ochmistrzyni z Castamar zdawała się dyrygować zarówno kobietami, jak i mężczyznami. Była kimś w rodzaju administratora pilnującego porządku w pałacu, zarządzającego majątkiem i kontrolującego wydatki oraz wynagrodzenia personelu – najważniejszą spośród osób służących na królewskim dworze, zaraz po marszałku. _Bureo_ – gremium, któremu przewodniczył marszałek – tworzyli najwyżsi rangą urzędnicy na usługach władcy, tymczasem w Castamar wywodzili się oni z plebsu. Jak Clara się zorientowała, w pałacu don Diega najważniejsze funkcje pełnili Melquíades Elquiza i ta groźna kobieta, która teraz przed nią stała i która – jak się później okazało – nazywała się Úrsula Berenguer. Clarę ciekawiło, jak układają się relacje między panem Elquizą i ochmistrzynią.

– Za tydzień odbędzie się doroczna uroczystość dla uczczenia pamięci zmarłej małżonki pana, naszej drogiej doñi Alby – oznajmiła podniosłym tonem doña Úrsula. – Dla księcia to niezwykle ważny dzień. Przybędą cała madrycka arystokracja, a także jego królewska mość z małżonką. Musimy stanąć na wysokości zadania.

Clara skinęła głową, ochmistrzyni zaś spojrzała w głąb kuchni.

– Pani Escrivá – powiedziała szorstkim tonem – przedstawiam pani nową dziewkę kuchenną, pannę Clarę Belmonte. Proszę wprowadzić ją w jej obowiązki.

Gruba kucharka podeszła do Clary i zlustrowała ją swoimi oczkami dzika, jakby dziewczyna była kawałkiem mięsa. Po wyjściu ochmistrzyni w kuchni zapadła pełna napięcia cisza. Trzy pomocnice rzucały Clarze ukradkowe spojrzenia. Ona skorzystała z okazji, żeby rozejrzeć się po izbie. Matka zawsze jej powtarzała, że kuchnia jest zwierciadłem kucharza. Ponieważ widziała śniadanie przygotowane dla pana, nie zdziwił jej widok czarnych od sadzy fajerek, niewyczyszczonego pieca i okapu, porozrzucanych warząchwi, zatkanego odpływu ścieków i niebezpiecznie odsuniętej pokrywy studni. Zamknięte na klucz pojemniki z wygrawerowanymi w metalu nazwami ziół stojące na półkach w głębi pokrywała warstwa lepkiego brudu; Clara nie była w stanie dociec, według jakiego klucza zostały ustawione. Obok znajdowały się skrzynie z mąką, spod których zwisały cienkie bursztynowe nitki tłuszczu. Podwójna przeszklona ściana wychodząca na północny dziedziniec dawno utraciła przezroczystość. Blat do krojenia, który należało codziennie czyścić, nie został dość starannie oskrobany; ślady po krwi, winie, przyprawach i zwierzęcych wnętrznościach maskowały jesionowe drewno.

– Ale wątły gołąbek mi się trafił – skomentowała kucharka, rzucając jej pogardliwe spojrzenie.

Clara podskoczyła i zrobiła krok w tył. Kiedy postawiła stopę na śliskiej podłodze z płytek, usłyszała, że coś trzeszczy pod jej butem. Pani Escrivá z uśmiechem patrzyła, jak dziewczyna podnosi nogę i odkrywa na podeszwie rozgniecionego karalucha.

– Już zrobiłaś coś pożytecznego. O jednego mniej. Próbują je wytępić, ale bez skutku. To istna plaga – powiedziała kucharka, wzbudzając śmiech pozostałych służących. – Ja nazywam się Asunción Escrivá i jestem tu kuchmistrzynią, te dwie to María i Emilia, podkuchenne, a ta, która przygotowuje drób, to kucharka Carmen del Castillo. A tamto czupiradło nazywa się Rosalía. Brakuje jej piątej klepki, pan trzyma ją z litości. Posyłamy ją po różne rzeczy.

Clara odkryła pod stołem piątą osobę. Rosalía spojrzała na nią z otwartymi, ociekającymi śliną ustami i przywitała się krzywym uśmiechem. Wyciągnęła rękę, pokazując jej drugiego karalucha.

– Lubię, jak chrzęszczą – wybełkotała z trudem.

Kiedy Clara odpowiadała dziewczynce uśmiechem, kucharka podeszła do niej i brutalnie złapała ją za ramię.

– Zacznij obierać cebule! – krzyknęła. – Rusz się, dziecko, przyszłaś tu, żeby pracować, a nie gapić się na tego przygłupa.

Kobieta skojarzyła się Clarze z grubą starą maciorą kwiczącą w chlewie. W tym momencie rozwiały się jej nadzieje na pracę pod kierunkiem wielkiego kuchmistrza. Gdy tylko spojrzała na paznokcie pani Escrivy, poczerniałe od resztek jedzenia i sadzy, zrozumiała, że niewiele się od niej nauczy. Było oczywiste, że książę de Castamar przywykł do rutyny posiłków przygotowywanych bez należytej staranności i higieny. Żaden przyzwoity dwór magnacki nie pozwoliłby sobie na takie zapuszczenie.

_10 października 1720 roku, po południu_

Úrsula wiedziała, że mężczyźni lubią mieć władzę; doświadczyła tego na własnej skórze. Postanowiła, że już nigdy nie pozwoli, by którykolwiek z nich narzucił jej swoją wolę. Dlatego przybycie nowej pomocy kuchennej, której nie zaakceptowała i o której zatrudnieniu nawet jej nie poinformowano, wzbudziło w niej taki gniew. Melquíades Elquiza od czasu do czasu kwestionował jej władzę nad służbą, ale nikt nie miał w pałacu tak mocnej pozycji jak ona i marszałek dworu doskonale o tym wiedział. Nie mógł się jej sprzeciwić: miał do stracenia znacznie więcej niż tylko pracę. Powinien był już dawno stąd wyjechać, zabierając ze sobą swój mroczny sekret. Wtedy całe Castamar znalazłoby się pod jej pieczą i funkcjonowałoby jak dobrze nakręcony zegar.

Pogrążona w tych rozmyślaniach, pokonała korytarz, mijając schody prowadzące na wyższe piętra, i stanęła przed drzwiami gabinetu marszałka dworu. Zapukała cicho, by ukryć to, co wrzało w jej wnętrzu. Głęboki głos pana Elquizy zaprosił ją do środka. Weszła, zamykając za sobą drzwi. Zgodnie z protokołem lekko skinęła głową i zwróciła się do niego po imieniu. Don Melquíades notował coś w jednym ze swoich szkarłatnych pamiętników, których nikt nie miał nigdy przeczytać. Musiała to być żałosna proza: na pewno nadużywał górnolotnych słów, by wyjść na oczytanego, i nie szczędził szczegółów, starając się przelać na papier poświęcenie, z jakim wykonywał funkcję marszałka. Zdaniem Úrsuli upływ czasu rozmył to oddanie, czyniąc go nawykłym do rutyny sługą bez ambicji. Zaczekała, aż podniesie głowę znad zeszytu. Przez chwilę jak zwykle trwali w przepełnionym żalem milczeniu, które tak bardzo ją irytowało. Wreszcie don Melquíades nieznacznie uniósł wzrok i odezwał się, nie przestając notować.

– Ach, to pani – stwierdził lakonicznie.

Zignorowała jego pogardliwy ton i niczym zwierz czyhający w ciemności na ofiarę czekała, by poniżyć go za nieudaną próbę narzucenia jej swojej woli.

– Przyszłam pana poinformować, że dziewka kuchenna już przyjechała – powiedziała uprzejmie. – Domyślam się, że posiada więcej niż odpowiednie kwalifikacje i…

– Posiada, wystarczy przeczytać jej referencje – przerwał oschle, nie podnosząc głowy.

Zamilkła. Don Melquíades uniósł jedną ze swoich krzaczastych brwi i zlustrował ją wzrokiem, jakby chciał ją onieśmielić. Przeczekała to wyzwanie, pewna, że potyczka zakończy się jej zwycięstwem.

– Może należałoby przygotować jeden z salonów we wschodnim skrzydle na doroczną kolację jego ekscelencji – zmieniła temat.

Marszałek nie odpowiedział, dalej pisał w swoim dzienniku. Na pewno czuł się wszechmocny w swoim milczeniu, jakby naprawdę uważał, że Úrsula musi go prosić o pozwolenie. Mimo to zacisnęła usta, kiedy cisza przedłużała się o kolejne sekundy.

– Jeśli uzna to pani za stosowne – odparł wreszcie.

Odczekała chwilę, zanim zadała ostateczny cios. Podeszła do sekretarzyka, patrząc na marszałka jak na insekta.

– Czy mógłby pan na chwilę przerwać pisanie i poświęcić mi należytą uwagę? – poprosiła grzecznym tonem.

– Pani wybaczy – odrzekł natychmiast, udając roztargnienie.

Powstrzymała uśmiech i podeszła jeszcze bliżej. Czuła, że don Melquíades staje się przez to mniejszy, bardziej skurczony. Łagodnym tonem wypowiedziała bolesne słowa, świadoma, że właśnie one najdotkliwiej zranią jego dumę jako mężczyzny i służącego.

– Proszę, żeby zachowywał się pan, jak przystoi na marszałka dworu Castamar…

Mężczyzna poczerwieniał i gniewnie zerwał się z krzesła.

– Zwłaszcza w mojej obecności – dokończyła.

Don Melquíades zatrząsł się jak wyłożona na talerz galareta. Úrsula umyślnie zwlekała z wypowiedzeniem kolejnego zdania. Odezwała się dopiero wtedy, kiedy otwierał usta, żeby jej odpowiedzieć.

– W przeciwnym razie będę zmuszona porozmawiać z jego ekscelencją o pana małym sekrecie – nie dopuściła go do głosu.

Don Melquíades wiedział, że musi ustąpić w obliczu takiej groźby. Sposępniał, mimo to próbował zachować godność i wyzywająco wbił w ochmistrzynię urażony wzrok.

Úrsula uniosła w uśmiechu kąciki ust. Od lat w ten sam sposób odnosiła nad nim zwycięstwa, od czasu do czasu należało mu o tym przypominać. Zwycięstwa nad męską władzą, nad represyjnym społeczeństwem, które niegdyś wyrządziło jej tyle krzywd. Takie reakcje ze strony don Melquíadesa były coraz rzadsze. Liczyła na to, że któregoś dnia przywyknie, iż najważniejsze decyzje dotyczące Castamar przechodzą przez jego gabinet wyłącznie jako informacje. Odwróciła się z zamiarem odejścia, jednak kiedy dotarła do drzwi, pomyślała, że to wyzywające spojrzenie zasługuje na bardziej dotkliwą karę.

– Proszę się tak nie złościć – dodała. – Oboje wiemy, kto rządzi w tym domu. Jesteśmy jak źle dobrane małżeństwo: po prostu zachowujemy pozory.

Don Melquíades przygładził wąsy. Na jego twarzy malował się smutek pokonanej duszy. Przed wyjściem Úrsula dostrzegła kątem oka, jak mężczyzna opada na swój papierowy tron.

Olla podrida (hiszp.) – potrawka z warzyw strączkowych, jarzyn, kiełbas i mięs (przyp. tłum.).

Real bilonowy (hiszp. _real de vellón_) – hiszpańska moneta ze stopu miedzi i srebra wprowadzona w XVII wieku. W różnych okresach na jeden srebrny real składały się dwa lub dwa i pół reala bilonowego (przyp. tłum.).

Ujier de vianda (hiszp.) – pałacowy służący, który towarzyszył pokojówce przy wynoszeniu zastawy z kredensu i posiłków z kuchni (przyp. tłum.).ROZDZIAŁ 3



_12 października 1720 roku, rano_

Clara przyglądała się, jak doña Úrsula drugi dzień z rzędu sprawdza kuchnię. Wizyta ochmistrzyni wskazywała, że jej uwadze nie umknie żadna, nawet najdrobniejsza zmiana. Kiedy gospodyni stwierdziła, że jest czysto, rzuciła Clarze szybkie spojrzenie; dziewczyna poczuła się jak na cenzurowanym. Doña Úrsula obejrzała nawet pojemniki na zioła, chociaż zrobiła to już poprzedniego ranka. Pani Escrivá schyliła kark tak nisko, jakby stała przed samym księciem. Clara poszła w jej ślady. Tylko Rosalía siedziała w kącie z podniesioną głową i uśmiechała się nie wiedzieć do kogo ociekającymi śliną ustami. Ochmistrzyni z pogardą spojrzała na kucharkę.

– Zgłosi się pani przed południem do mojego gabinetu.

Korpulentna pani Escrivá zbladła i głośno przełknęła ślinę. Obie lekko zgięły kolana. Kiedy imponująca postać ochmistrzyni zniknęła za drzwiami, Clara poczuła, że kuchnia odzyskała nieco swojego uroku, jakby wiatr rozwiał czarne chmury, przepuszczając promień słońca. Nawet Rosalía wybuchnęła śmiechem, wydawało się, że nagle odzyskała radość życia. Kiedy Clara przygotowała szmatkę, żeby przecedzić przez nią masę z żółtek, skrobi i cukru, kucharka podeszła do niej, oglądając się na drzwi w obawie przed niespodziewanym powrotem doñi Úrsuli.

– Mam nadzieję, że nie narobiłaś mi znowu problemów – zagroziła, piorunując ją wzrokiem.

Clara spojrzała na nią w milczeniu. Kucharka odwróciła się i kopnęła wiadro do mycia podłogi.

– Zróbże wreszcie coś pożytecznego i idź na podwórze, kanał ściekowy się zapchał – poleciła jej opryskliwie.

Rozkaz sprawił, że Clarę przeszedł dreszcz i na moment znieruchomiała. Nie dlatego, że odpychanie kanału nie należało do obowiązków dziewki kuchennej: gdyby wyszła na zewnątrz, kucharka dowiedziałaby się o jej przypadłości. Miałaby doskonały pretekst, by wyrzucić ją na zbity pysk, na dodatek bez referencji.

– Mówię, żebyś wyszła! – warknęła niczym rozjuszony dzik.

Clara wzięła drewniane wiadro. Po czole ściekał jej zimny pot, do głowy cisnęły się obrazy otwartej przestrzeni, która wkrótce miała się przed nią rozciągnąć. Dziewczyna przeklęła swój pech: została sama z kuchmistrzynią, bo Carmen del Castillo i dwie pomoce pojechały na targ do Madrytu z aprowizatorem Jacintem Suárezem i tragarzami. Wyminęła Rosalíę, która bawiła się swoimi włosami. Przyspieszył jej puls, poczuła silne mdłości. Ociężale ruszyła w stronę wyjścia na podwórze, brudna woda w wiadrze kołysała się niczym wzburzone morze. Dziewczynka coś powiedziała, ślina skapnęła do kałużki, która przez cały ranek zbierała się na jej spódnicy. Clara odwróciła od niej wzrok i skupiła go na drzwiach. Serce waliło jej jak oszalałe. Położyła dłoń na klamce i wzięła głęboki oddech. Kiedy zbierała się na odwagę, by wyjść na zewnątrz, drzwi gwałtownie się otworzyły, uderzając w wiadro z wodą, która polała się na podłogę.

– Weź no uważaj – skarciła ją kucharka, mlaskając językiem.

Rosalía z groteskowym grymasem pokazała ją palcem, chichocząc niczym postać z komedii Lopego de Vegi. Clara cofnęła się, żeby przepuścić krzepkiego mężczyznę w podeszłym wieku, który pojawił się w progu kuchni. W odpowiedzi na jej dygnięcie zdjął kapelusz, odsłaniając siwe włosy i ogorzałą twarz. Widać było, że jeszcze nie do końca stracił młodzieńczą siłę. Trzymane w ręku grabie i stojąca za nim drewniana taczka wskazywały, że jest ogrodnikiem. Miał grube, żylaste ręce zakończone ogromnymi, kościstymi dłońmi o długich palcach i twardych paznokciach, poczerniałych od grzebania w ziemi i w nawozie. Clara nadal ciężko oddychała. Podniosła wzrok na twarz nieznajomego i wydało jej się, że dostrzega na niej dobroć i urok właściwe prostym ludziom. Kiedy uśmiechnął się do niej przyjaźnie, ukazując niekompletne uzębienie, jej strach częściowo zniknął, jakby spojrzenie szarych oczu staruszka na chwilę ją znieczuliło.

– Ale ze mnie niezdara – powiedział, po czym spojrzał na wiadro z wodą. – Przepraszam, pozwól, że ci pomogę. Odpływ nadal jest zatkany? Powinnyście go wreszcie udrożnić, w ten sposób pozbyłybyście się nieprzyjemnego zapachu, który się tu czasem unosi.

– To nie jest robota dla mnie, tylko dla wyrobników – odpowiedziała pani Escrivá.

Staruszek westchnął, podniósł cebrzyk z brudną wodą i wylał ją do ścieku na podwórzu. Clara podziękowała Bogu za ten szczęśliwy finał. Teraz to ona uśmiechnęła się do mężczyzny.

– Panna Clara Belmonte – powiedziała i dygnęła zgodnie z etykietą. – Dziękuję za fatygę.

– Simón Casona, główny ogrodnik. I na Boga, to żadna fatyga – odparł lekko skonfundowany.

– Bardzo mi miło. Proszę wybaczyć – odpowiedziała, chcąc jak najszybciej wrócić w głąb kuchni.

Zauważyła, że kucharkę rozbawił sposób, w jaki się przedstawiła. Clara wzięła wiadro i z ulgą weszła do środka.

– Po kiego diabła żeś tu pan przylazł? – wypaliła pani Escrivá.

Ogrodnik uśmiechnął się spokojnie, jakby przywykł do otaczającego kucharkę chlewu. Odwrócił się i spojrzał na nią kątem oka. Clara wolała się nie wtrącać: wzięła suchą szmatę i zaczęła zbierać wodę z podłogi, powoli dochodząc do siebie.

– Przyszedłem zapytać, czy może mi pani dać trochę popiołu z pieca, jeżeli jeszcze nie zabrano go na ług – wyjaśnił cierpliwie. – Potrzebny mi do nawożenia.

Clara podniosła głowę; ogrodnik spojrzał na nią przelotnie, posyłając jej kolejny uśmiech, na który ona nieśmiało odpowiedziała.

– Bierz pan, ile chcesz – odrzekła pani Escrivá, jakby był jej podwładnym, po czym zwróciła się do Clary: – Przesyp no popiół do wiadra i pomóż panu Casonie zanieść go do ogrodu, ja nie mogę kazać czekać doñi Úrsuli.

Clara poczuła, że znów przyspiesza jej tętno. Rosalía piskiem powitała ogrodnika, jakby dopiero teraz zauważyła jego obecność. Staruszek odpowiedział jej uprzejmie i podprowadził taczkę pod drzwiczki popielnika, małego pomieszczenia przy wyjściu na podwórze, z dala od pieca.

– Wie panienka, że ogrody Castamar są powodem do zazdrości dla przyjaciół księcia? – zapytał rozbrajająco, wypełniając taczkę.

Clara wyczuła w jego słowach dumę. Jej mięśnie znów ogarnął bezwład, kiedy spojrzała w stronę podwórza. Zacisnęła szczęki i skoncentrowała się na popiele, który przesypywała do wiadra małą szufelką. Staruszek ciężko westchnął; wyglądał na zmęczonego. Rzucił coś o utraconej młodości i podszedł do drzwi. Wbiła wzrok w jego szerokie plecy i, skostniała, podążała tuż za nim. Ale kiedy pan Casona przekroczył próg i poczuła, że spowija ją szare światło, stanęła jak wryta. Targana przez lęki, zmusiła się, żeby zrobić krok do przodu mimo ostrzeżeń o niebezpieczeństwie, którymi sama się zasypywała. Chociaż nie zdawała sobie w pełni sprawy, że ma nierówny oddech, i nie czuła mrowienia w piersiach, które podnosiły się i opadały, zrozumiała, że powinna cofnąć się do środka, zanim zemdleje.

Staruszek stanął i odwrócił się w jej stronę. Mimo łańcuchów przykuwających ją do progu Clara odwzajemniła jego spojrzenie, zanim ponownie zamknęła oczy, ostatecznie utraciwszy kontrolę nad własnym lękiem.

– W sumie, panno Belmonte, lepiej dziś nie wychodzić na podwórze, bruk jest nieco śliski. Proszę pozwolić, że sam zawiozę popiół do ogrodu – szepnął, łapiąc ją za ramiona i prowadząc w stronę drewnianego zydla. – Zanim przyjechałem do miasta, mieszkałem w wiosce Robregordo niedaleko Buitrago. Miałem tam znajomego, Melchora, który strasznie nie lubił zostawać sam w ciemnościach.

Clara wreszcie otworzyła oczy. Próbowała dojść do siebie i skupić uwagę na panu Casonie, który ukucnął przy niej i gładził ją po rękach, z taką samą naturalną czułością, z jaką do niej przemawiał. Nie miało dla niej znaczenia, że jego dłonie są brudne i szorstkie – ciepło, które wydzielały, działało pokrzepiająco.

– Kiedy Melchor otwierał oczy w środku nocy, darł się wniebogłosy i budził połowę wsi – ciągnął. – Wielu ludzi myślało, że ma nie po kolei w głowie, aż któregoś dnia moja babka, świeć, Panie, nad jej duszą, znalazła sposób na jego problem. – Przerwał z nadzieją, że wciągnie ją do rozmowy i odwróci jej uwagę od tego, co budziło w niej lęk.

Wbiła w niego oczy i lekko się uśmiechnęła. Nadal drżała, ale czuła się już lepiej.

– I… co to było? – zapytała wreszcie.

– Doradziła mu, żeby spał przy zapalonym ogarku – zakończył, podnosząc się z kucek. – Do takich rzeczy najlepiej podchodzić ze spokojem. Widzę, że już się panience poprawiło; jeżeli panienka pozwoli, wrócę do swoich zajęć.

Skinęła głową i otarła pot z czoła płócienną ściereczką. Na moment przytrzymała rękę ogrodnika, nie pozwalając mu odejść. Delikatnie objęła dłońmi jego ogromne łapsko i wyszeptała ledwo słyszalne „dziękuję”. Staruszek posłał jej rozbrajający uśmiech.

– Do widzenia, Rosalío! – powiedział z czułością, po czym opuścił kuchnię swoim powolnym krokiem.

Clara odczekała, aż uspokoi jej się oddech. Kiedy odzyskała siły, wstała z zydla i zabrała się za przygotowywanie budyniu. Oddzielając żółtka za pomocą małego cedzaka, zorientowała się, że kucharka powinna była już dawno wrócić. Podeszła do pieca opalanego drewnem, otworzyła pogrzebaczem żelazne drzwiczki i sprawdziła, czy chleb ułożony pod jagnięciną przesiąkł już wydzielanymi przez mięso sokami. Czując na policzkach ciepło ognia, patrzyła, jak w glinianym naczyniu bulgocze tłuszcz. Pomyślała, że ten szary dzień odzwierciedla jej stan ducha. Przeczuwała, że długa nieobecność pani Escrivy nie wróży niczego dobrego.

_12 października 1720 roku, po południu_

Enrique podejrzewał, że ochłodzenie zwiastuje nadejście zimy. Na szczęście odkąd dzień wcześniej opuścili Valladolid, ani razu nie złapał ich deszcz. Dojechali do Segowii traktem przez Cokę, a następnego ranka znów ruszyli w drogę, przez budzącą strach przełęcz Fuenfría: chwila nieuwagi i powóz mógł się stoczyć w przepaść. Żeby wspiąć się pod górę, musieli wyprzęgnąć konie, które nie były w stanie ciągnąć karety, i założyć chomąta mułom. Enrique słyszał, że król Filip planuje wybrukowanie tych nieprzejezdnych wertepów – na niektórych odcinkach berlinki jechały z dwoma kołami zawieszonymi nad przepaścią. Enrique kilkakrotnie kazał dworzanom doñi Mercedes de Castamar zatrzymać powóz i sadzał starszą panią na swoim wspaniałym rumaku, zaskoczony, że nie straciła wigoru mimo podeszłego wieku. Księżna de Rioseco y Medina bez większego trudu wysiadała z powozu i szła po kamienistej drodze, nawet nie podpierając się kijem.

„Jest pani nieustraszoną niewiastą” – pochwalił ją. „To dla mnie ogromna przyjemność móc towarzyszyć pani w tej podróży”.

„Zachowałam formę dlatego, że kiedy byłam młoda, odbywaliśmy z moim świętej pamięci mężem długie przechadzki po naszych włościach i wybieraliśmy się na piesze wycieczki w sąsiednie góry Guadarrama” – odpowiedziała.

Enriquego zadowoliła ta odpowiedź, niewątpliwie zgodna z prawdą, jako że damie niestraszne były wysokość ani starość. On też nie skłamał, chwaląc jej odwagę, jednakże towarzyszył doñi Mercedes do Castamar nie dla przyjemności, ale przez wzgląd na jej syna Diega, którego nienawidził z całej duszy.

Początkowo jego niechęć wynikała z rozbieżnych interesów politycznych. Od śmierci ojca największym pragnieniem Enriquego było przyozdobienie rodowego nazwiska tytułem granda Hiszpanii i wejście do grona najwybitniejszych magnackich rodzin. Dlatego potajemnie pomagał zwolennikom arcyksięcia Karola, przekazując im informacje dotyczące dworu króla Filipa. Z kolei don Diego zawsze był wiernym sojusznikiem monarchy. Jednak polityczna rywalizacja i sukcesy księcia de Castamar budziły w nim zaledwie lekką irytację: inni arystokraci popierający Burbona tylko przejściowo byli jego wrogami. Niechęć zamieniła się we wrogość kilka lat później, kiedy don Diego ożenił się z jedyną istotą, którą Enrique kiedykolwiek kochał: z Albą de Montepardo. Wrogość zaś ostatecznie przerodziła się w głęboką nienawiść 2 października 1711 roku, kiedy jego umiłowana Alba straciła życie podczas jazdy na koniu. „Zginęła z winy swojego męża, dlatego musi on ponieść karę” – powtórzył sobie kolejny raz.

Od tamtej pory obsesyjnie pragnął zemsty, którą starannie przygotował. Dlatego dwa lata wcześniej nawiązał przyjaźń z księżną matką. Wpadał na nią niby to przypadkiem na wydawanych w stolicy przyjęciach. Żeby zaskarbić sobie jej względy, kilkakrotnie zaprosił ją na organizowane przez siebie poczęstunki, które uświetniła swoją obecnością. Parę razy spotkali się na jakiejś komedii wystawianej w madryckim pałacu Buen Retiro, na wieczerzy w alkazarze, przy gorącej czekoladzie i słodkościach. Od czasu do czasu łapał się na tym, że czuje szacunek do tej sześćdziesięciolatki o łabędziej szyi, nie był on jednak na tyle duży, by zniweczyć zamiary, jakie miał wobec jej syna. Stara księżna była tylko jednym z narzędzi, których potrzebował do dokonania zemsty. Pojechał po nią do Valladolid, by w jej towarzystwie udać się do Castamar.

„Prawdziwy z pana rycerz, markizie” – mówiła mu od czasu do czasu. „Gdybym miała córkę, bez wahania bym ją za pana wydała. Znalazł już pan sobie żonę?”

„Moja droga, wybiorę tylko taką, która się pani spodoba” – odpowiadał. „W tej kwestii będę potrzebował pani pomocy. Nikt nie zna się na tym lepiej niż pani”.

„Ma pan słuszność. Gdyby tylko mój syn myślał tak jak pan”.

„Proszę się nie martwić, pani syn się ożeni. Należy do rodu Castamarów i zna swoje powinności” – pocieszał ją z uśmiechem, uprzejmie podając jej ramię podczas przechadzki po Valladolid.

Pokonali wąską przełęcz i późnym popołudniem dotarli do Escorialu. Drugą noc spędzili w La Granjilla de La Fresneda. Dzięki temu, że księżna przyjaźniła się z królową Elżbietą Farnese i że jej rodzina nosiła tytuł grandów od czasów cesarza Karola I Habsburga, w czasie podróży mogła korzystać z gościny w królewskiej posiadłości; uznali, że będzie im się tu spało wygodniej niż w przydrożnej gospodzie. Posłaniec przywiózł wiadomość od zarządcy majątku, który przyjął ich z należytymi honorami.

Enrique pożegnał się z księżną. Kiedy został sam, poinformował swojego pokojowego, że wybierze się na przechadzkę poza teren posiadłości. Tak naprawdę zamierzał się spotkać ze swoim zaufanym człowiekiem, Hernaldem de la Marcą, którego wezwał tu listownie.

Strażnicy już spali. Zostawił za sobą zespół budynków i zbliżył się do zagajnika. Czekał w mroku. Jego człowiek jak zawsze nadszedł od strony, z której się go nie spodziewał.

– Markizie – rozległ się szept Hernalda, po czym zza drzew wyłoniła się lampka ledwo oświetlająca jego ogorzałą twarz.

Enrique podszedł do sługi i zapytał, czy ten wykonał jego rozkazy. Hernaldo – weteran wojenny po czterdziestce, który przed laty służył w Tercios – przytaknął po żołniersku.

– Tak jest, wasza wielmożność. Zgodnie z waszym rozkazem administrator przejął wszystkie długi panienki. Jest już w drodze do Madrytu.

– Mówiłeś, że był ktoś, kto nie chciał ich sprzedać.

– Po mojej wizycie sprzedał i on – odparł Hernaldo naturalnym tonem człowieka nawykłego do zadawania śmierci.

Hernaldo nie znał się na polityce, przyświecała mu prosta wizja świata. Zdobiąca jego prawy policzek blizna nadawała mu wygląd złoczyńcy, ale tak naprawdę wcale nim nie był. Enrique znał się na ludziach jak na niczym innym i wiedział, że choć Hernaldo posłał do grobu nieprawdopodobną liczbę ofiar, nie ma mrocznej duszy. Jako pragmatyk po prostu starał się przeżyć. Był dozgonnie wdzięczny swojemu panu i rewanżował mu się bezwzględną lojalnością. Już sam widok jego ogromnych, żylastych dłoni, obtartych, jakby wygarbowanych knykci i twardych jak kamień ramion wystarczał, by poczuć nieodpartą chęć ucieczki.

– Co z drugim zleceniem?

Hernaldo skinął głową.

– Myślę, że to już długo nie potrwa. Dostarczę go wam, kiedy trafi w moje ręce.

Enrique splótł palce, żeby naciągnąć rękawice. Szykował się do odejścia.

– Jeszcze jedno: wreszcie mamy nazwisko – uprzedził, myśląc już o czymś zupełnie innym. – Niedługo złożysz wizytę markizie Sol Montijos.

– Wystarczy, że dacie mi znać.

Hernaldo zniknął równie niepostrzeżenie, jak się pojawił, a Enrique ruszył w drogę powrotną nieco spokojniejszy. Postanowił zjeść coś przed snem: nakazał lokajowi, żeby przyniósł mu do sypialni ser i marynaty. Zdjął rękawice i szustokor, ale zanim wezwał służącego, żeby pomógł mu się rozebrać, wyjrzał przez okno na ciągnący się w dole krużganek. Kiedy się odwrócił, jego wzrok padł na wysoki na metr obraz przedstawiający króla z czasów, kiedy w Hiszpanii trwała wojna o tron. Był ubrany w czerwony myśliwski kaftan, miał

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij