Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kulti - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 stycznia 2026
55,90
5590 pkt
punktów Virtualo

Kulti - ebook

Znana historia w nowej oprawie!

„Wierz mi, miałam ochotę walnąć cię raz czy dwa… albo pięć”.

Reiner Kulti był legendą futbolu, a dla Sal Casillas kimś na miarę bóstwa, szczególnie kiedy dorastała. Stał się dla niej idolem, zwłaszcza że dziewczyna związała z piłką nożną swoją zawodową przyszłość.

Teraz Kulti zostaje jej trenerem. To powinno okazać się spełnieniem jej marzeń… ale wystarczył tydzień, by dwudziestosiedmioletnia Sal zaczęła się zastanawiać, co właściwie widziała w tej międzynarodowej ikonie sportu: dlaczego miała jego plakaty na ścianach i nawet sobie wyobrażała, że za niego wyjdzie i będzie matką jego dzieci?

Ten gburowaty mężczyzna nie jest kimś, kogo Sal mogłaby darzyć takim uwielbieniem. Trudno jej nawet go tolerować.

Przed kobietą sezon pełen potyczek słownych i znoszenia fochów mężczyzny, którego kiedyś podziwiała, a może nawet… kochała?

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                    Opis pochodzi od Wydawcy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8418-328-1
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Zamrugałam, zaskoczona. A potem mrugnęłam ponownie.

– Co ty właśnie powiedziałeś?

Mężczyzna siedzący za biurkiem powtórzył swoje słowa.

Ale ja i tak gapiłam się na niego, nie komentując. Usłyszałam go dobrze już za pierwszym razem. Bez problemu. Mówił głośno i wyraźnie, ale mój mózg nie był w stanie przyswoić znaczenia zdania, które właśnie wyszło z jego ust. Rozumiałam każdy jeden wyraz z osobna, ale oczekiwanie, że złożę je w całość, wydawało się równie sensowne, jak powiedzenie osobie niewidomej, żeby szybko rzuciła na coś okiem.

Krótko mówiąc: bez szans.

– Potrzebuję cię, Sal – upierał się trener Gardner. Mężczyzna wymagający ode mnie niemożliwego.

Odchyliłam się na oparcie krzesła w jego biurze i powiodłam wzrokiem po siwiejących włosach na jego głowie, gładkiej, niepoznaczonej zmarszczkami twarzy oraz koszulce Houston Pipers, którą miał na sobie. Jak na faceta dobiegającego pięćdziesiątki, nadal nieźle wyglądał. Może i był niezrównoważony, i najwyraźniej właśnie kompletnie mu odbiło, ale nie dało się zaprzeczyć, że jest przystojny.

Ale Jeffrey Dahmer¹ też był atrakcyjny, więc wygląd nie jest może najlepszym wskaźnikiem do oceny czyjegoś zdrowia psychicznego.

Spokojnie. Głęboki wdech i weź się w garść, Sal.

Skup się!

Musiałam się na czymś skupić, by się rozluźnić. Wybrałam ściany biura.

Po prawej – wiszące w schludnym rządku dyplomy. Po obu stronach – zdjęcia trenera z synem oraz kilka oprawionych fotografii Dudziarek na boisku. Moją ulubioną była ta zrobiona w zeszłym roku, kiedy zdobyłyśmy mistrzostwo Zawodowej Ligi Kobiet. Gardner znajdował się na nim w środku, otoczony drużyną, i unosił wysoko nad głową wielki, mierzący trzy stopy – a przy tym paskudny – puchar. Ja stałam tuż obok z piłką pod pachą. Drugą ręką obejmowałam Jenny, naszą bramkarkę. Takie samo zdjęcie miałam u siebie w mieszkaniu – po to, aby przypominało mi o tym, że dwadzieścia lat ciężkiej pracy przyniosło efekty. Oraz by motywowało mnie rano do wstania i wyjścia na codzienną pięciomilową przebieżkę, choć siadałam na krawędzi łóżka, wyglądając i czując się bardziej martwa niż żywa.

– Sal – powtórzył trener. – Nigdy dotąd mnie nie zawiodłaś. No weź! – strofował żartobliwie niskim głosem, mogącym sprawiać wrażenie, jakby dawał mi wybór.

Nie dawał.

Na samą myśl o tym, czego ode mnie chciał, moje serce zaczynało nerwowo dudnić. Mój układ nerwowy zwolnił w chwili, kiedy wypowiedział słowa: „ty” i „konferencja prasowa” w jednym zdaniu ledwie minutę temu. A potem, kiedy dodał: „dziś”, mózg życzył mi powodzenia i kompletnie się wyłączył. Straciłam zdolność do robienia czegokolwiek poza gapieniem się na trenera z otępiałą miną.

Ja. Konferencja prasowa. Dziś.

Wolałabym raczej leczenie kanałowe zęba, oddanie nerki do przeszczepu albo zatwardzenie. Serio.

Kiedy Gardner zadzwonił do mnie ubiegłego wieczoru, nawet szczególnie się nie zastanawiałam, czego może chcieć. Bez zastanowienia zgodziłam się przyjść do jego biura w siedzibie Dudziarek, bo chciał omówić to osobiście. Powinnam była raczej udać, że mam zatrucie pokarmowe albo dokuczają mi skurcze i się wykręcić, ale oczywiście teraz okazało się, że na to już za późno.

Weszłam prosto w pułapkę. Fizycznie i emocjonalnie.

Kamery. Mnóstwo kamer.

O Boże, mdliło mnie na samą myśl.

Moją pierwszą reakcją było: „Nie. Proszę, nie”.

Niektórzy ludzie boją się wysokości, ciemności, klaunów, pająków czy węży. Nigdy nie żartowałam sobie z kogoś z powodu jego lęków. Ale przez ten okropny strach przed wystąpieniami przed kamerami i grupą obserwujących ludzi setki razy nazywano mnie mięczakiem. Głównie przez mojego brata, ale i tak się liczy.

– Chyba nie powiesz, że nie możesz tego zrobić? – Trener Gardner uniósł brew, potwierdzając tym samym, że wcale nie daje mi wyboru, a jednocześnie prowokuje. Wiedział, że się nie wycofam. Zjawiłam się w jego biurze o dziesiątej rano, bo chciał tutaj właśnie mnie, a nie kogoś innego.

Sukinsyn.

Gdybym okazała się słabsza, moja dolna warga zaczęłaby drżeć. Może nawet zamrugałabym i zamknęła oczy, by powstrzymać łzy, bo oboje wiedzieliśmy, że nie mogłam mu odmówić. Że mu nie odmówię.

Nawet gdyby miało mnie to zabić, zrobię to, czego oczekuje. I on też nie miał co do tego wątpliwości. Bo byłam idiotką, która nigdy nie cofała się przed otrzymanym wyzwaniem. Złamana ręka po tym, jak ktoś powiedział, że nie dam rady wspiąć się na wysokie drzewo, kiedy miałam jedenaście lat, powinna była mnie nauczyć, że czasem warto i należy się wycofać. Ale nie nauczyła.

W duchu nakazałam sobie wziąć się w garść. Robiłam tak od dziecka. A dokładniej od chwili, kiedy tata powiedział, że to określenie brzmi jednak lepiej niż: „zebrać się do kupy”.

– Zrobię to. – Skrzywiłam się. Pewnie wyglądałam teraz tak, jakby ktoś robił mi lewatywę. – Ale… G, dlaczego Grace nie może się tym zająć? Albo Jenny? Przecież one zwykle ogarniają wywiady i całą resztę.

Sama unikałam ich jak ognia, szczególnie tych przed kamerą.

– Nie poprosiłem jej, bo uważam, że najlepiej, abyś to ty się tym zajęła – wyjaśnił. Grace była naszą kapitanką i weteranką w drużynie. – A Jenny wraca dopiero w niedzielę.

Zamrugałam ponownie. Znalazłam się o krok od porzygania się i zesrania jednocześnie. Noga zaczęła mi niespokojnie podrygiwać, więc przycisnęłam dłoń do uda, żeby ją powstrzymać.

Gardner uśmiechnął się łagodnie, opierając splecione ręce o duży, szklany blat biurka.

– Nie zapytałaś, czego ma dotyczyć konferencja.

Jakby mnie to, kurwa, obchodziło. Nawet gdyby chodziło o to, że ktoś wynalazł lek na raka, nie miałoby to znaczenia. I tak starałabym się nie odejść od zmysłów. Moje serce przyśpieszyło na samo wspomnienie słowa na K, ale zmusiłam się, by nie wyglądać, jakbym właśnie powstrzymywała atak paniki.

– Niech ci będzie. Czego ma ona dotyczyć? – zapytałam powoli.

Za półtora tygodnia zaczynał się okres przygotowawczy do sezonu, więc chyba podświadomie założyłam, że właśnie to okaże się tematem. Ale jak tylko to pytanie wypłynęło z moich ust, trener zaczął się uśmiechać i szeroko otworzył brązowe oczy. Wychylił się w przód i powiedział coś, co było równie złe, jeśli nie gorsze, od poproszenia mnie o udział w konferencji prasowej. Trzynaście słów, na których usłyszenie nie zdołałam się przygotować. Trzynaście słów. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że zmienią moje życie.

– Właśnie dostaliśmy potwierdzenie, że Reiner Kulti obejmie posadę asystenta trenera w tym sezonie – wyjaśnił znaczącym tonem. – To najlepsze, co mogło się nam przydarzyć.

Moja twarz mówiła jednak: „Nie. Do cholery! Wcale nie”.

Minęła dobra minuta, zanim uśmiech zniknął z jego oblicza, ustępując miejsca dezorientacji, ale w końcu tak się stało. Niczym upadek wieży w Jendze – powoli, ale nieuchronnie.

Spojrzał na mnie poważnie.

– Skąd ta mina?

Miałam siedem lat, kiedy pierwszy raz zobaczyłam Reinera Kultiego w telewizji. Dokładnie zapamiętałam moment, gdy pojawił się na ekranie. To wydarzyło się w półfinale Altus Cup – organizowanego co trzy lata turnieju, w którym występują wszystkie drużyny narodowe, eliminując się stopniowo w kolejnych rundach. Jest on najszerzej transmitowanym wydarzeniem sportowym na świecie.

Jak mogłoby być inaczej? Piłka nożna, zwana także „prawdziwym” futbolem, to najpopularniejszy sport uprawiany na wszystkich zamieszkanych kontynentach. Nikogo nie dyskryminuje. Można być wysokim, niskim, chudym, biednym albo bogatym. Potrzeba jedynie przynajmniej w miarę napompowanej piłki i czegoś, z czego można zrobić bramkę, a może to być naprawdę cokolwiek. Puszki po kawie. Puszki po Coli. Śmietniki. Cokolwiek. Można być chłopcem albo dziewczyną. Mieć strój sportowy albo go nie mieć. Jak mawia tata, nie potrzebujesz nawet butów, jeśli chcesz grać naprawdę dobrze technicznie.

Ponieważ piłkę nożną uprawiał i kochał mój brat – a ja z jakiegoś powodu uważałam go wtedy za najfajniejszą osobę na całym świecie – kiedy miałam około sześciu lat, zmusiłam rodziców, żeby zgłosili mnie do drużyny. Mama nieco się tym wtedy przeraziła, więc zapisała mnie też na karate i pływanie. Ale jakaś część mnie zawsze wiedziała, że lubię piłkę nożną bardziej niż cokolwiek innego.

Tata pochodzi z długiej linii fanatyków piłki nożnej. Casillasowie wprawdzie nie grali, ale byli zapalonymi kibicami. Z wyjątkiem mojego starszego brata. On podobno wykazał zainteresowanie piłką oraz talent do tego sportu już w chwili, gdy stawiał pierwsze kroki, wszyscy pozostali jedynie oglądali.

Pamiętałam dobrze – a powtarzane sto razy opowieści taty to potwierdzały – że przed tamtym meczem on i mój brat rozmawiali o tym, czy Hiszpania wdepcze Niemcy w podłogę, czy nie. Niedługo po rozpoczęciu drugiej połowy kilku graczy drużyny niemieckiej musiało zostać zmienionych z powodu kontuzji.

– Już po Niemcach – orzekł wtedy Eric.

Ale tata twierdził, że nadal jest czas, by jedna z drużyn zdobyła bramkę.

Zupełnie jakby to wydarzyło się wczoraj, potrafiłam zwizualizować sobie młodą twarz dziewiętnastolatka wchodzącego wtedy na murawę. Jego, jako ostatniego zawodnika w drużynie, ktokolwiek spodziewałby się ujrzeć na boisku. Pierwszy raz występował na arenie międzynarodowej. Z tymi swoimi jasnobrązowymi włosami, które wydawały się jeszcze jaśniejsze na ekranie naszego starego telewizora kineskopowego, pozbawioną zarostu twarzą i wysokim, szczupłym ciałem… O mamuniu! Wydał mi się najbardziej uroczym, najmłodszym graczem, jakiego kiedykolwiek widziałam w Altus Cup.

Prawdę mówiąc, rzeczywiście powinno być już po Niemcach. Wszystko przemawiało przeciwko nim. Nawet ich własni kibice pewnie już tak uważali.

Ale najwyraźniej nikt nie powiedział o tym drużynie.

Gdzieś pomiędzy czterdziestą szóstą minutą, kiedy zaczęła się druga połowa, a dziewięćdziesiątą, kończącą regulaminowy czas gry, tamten szczupły chłopak ze słodką twarzą, który nie mógł być o wiele starszy ode mnie, a jednak był, zdołał odebrać piłkę hiszpańskiemu napastnikowi, atakującemu niemiecką bramkę, i zaczął biec. Biegł i biegł, i biegł, i jakimś cudem wymijał wszystkich członków przeciwnej drużyny, gdy ci próbowali go zatrzymać.

A potem oddał najpiękniejszy, najbardziej bezwzględny strzał w prawy górny narożnik bramki. Piłka wydawała się szybować w powietrzu, jakby miała bilet w jedną stronę prosto do księgi sportowych rekordów.

Mój tata krzyczał. Eric wrzeszczał. Cały cholerny stadion i komentatorzy oszaleli. Chłopak, który nigdy wcześniej nie zagrał w spotkaniu o taką stawkę, zrobił coś, czego nikt się po nim nie spodziewał.

Ta chwila okazała się jednym z tych momentów przepełniających człowieka euforią. Jasne, to nie ty zrobiłeś coś wyjątkowego, ale tak się właśnie czujesz. Odnosisz wrażenie, że mógłbyś zrobić naprawdę wszystko, ponieważ ktoś inny właśnie tego dokonał.

Takie momenty przypominają, że wszystko jest możliwe.

Stałam wtedy razem z tatą i krzyczałam tak samo jak on, bo wydawało mi się to najbardziej właściwe. Ale przede wszystkim pomyślałam, że ten Kulti z reprezentacji Niemiec, choć wyglądał, jakby dopiero co dorósł na tyle, by móc zdobyć prawo jazdy, okazał się w tamtym sezonie najbardziej niesamowitym zawodnikiem na świecie.

Bo żeby zrobić coś takiego, kiedy nikt nie wierzył, że cię na to stać…

Jezu. Teraz, jako dorosła, spoglądałam wstecz i potrafiłam zrozumieć, dlaczego miał na mnie taki wielki wpływ. To wszystko nabrało sensu. Ludzie nadal mówili o tamtym golu, kiedy poruszali temat najwspanialszych momentów w historii Altus Cup.

Co okazało się moim punktem zwrotnym? Kiedy zdecydowałam się podążać za marzeniami o murawie, dwóch bramkach i jednej piłce w czarno-białe łatki? Tamten moment. Tamten gol zmienił wszystko. To w tamtej chwili zdecydowałam, że chcę być taka jak ten chłopak. Bohater.

Poświęciłam swoje życie, czas i ciało sportowi, a wszystko to z powodu zawodnika, którego karierę zaczęłam śledzić. To jemu kibicowałam i kochałam go całym swoim małym serduszkiem. Mój własny święty, patron piłki nożnej: Reiner Kulti. Tamta chwila okazała się dla niego przełomowa. Został zbawcą Niemiec, ich gwiazdą. Przez kolejne dwadzieścia lat kariery stał się najlepszym, najbardziej popularnym i najbardziej znienawidzonym graczem.

A w moim życiu zaczęła się faza, w czasie której aż do ukończenia siedemnastu lat miałam cały pokój obklejony jego plakatami i powtarzałam wszystkim, że kiedyś wyjdę za niego za mąż.

Jeszcze jednak przed plakatami i zawiadomieniami o ślubie wydarzyły się listy. Pamiętam to dobrze, pisałam je do niego jako dziecko. „Jestem Twoją fanką nr 1” – nagryzmoliłam pisakami i kredkami na kartce z bloku technicznego. Nigdy nie doczekałam się odpowiedzi.

Nikomu o tym nie wspomniałam.

Poza tym minęło dziesięć lat, od kiedy podarłam plakaty w ataku furii, bo mężczyzna, którego kibice uwielbiali jako Reinera „Króla” Kultiego, jednego z najbardziej wybuchowych i kreatywnych zawodników w historii sportu, się ożenił.

Ale jak to?! Czyżby nie wiedział, że mieliśmy wziąć ślub i spłodzić bandę grających w piłkę superdzieciaków? Że pewnego dnia miał usiąść obok w samolocie i natychmiast się we mnie zakochać? Cóż, najwyraźniej nikt go o tym nie poinformował, skoro poślubił jakąś aktorkę z cyckami wydającymi się przeczyć prawu grawitacji.

A potem, niecały rok później, zrobił kolejne rzeczy, których nie mogłam mu wybaczyć.

Gardner jednak nie miał o tym wszystkim pojęcia.

Wyprostowałam się na krześle naprzeciw mężczyzny, pod okiem którego trenowałam przez ostatnie cztery lata, i wzruszyłam ramionami. Skąd moja mina? Jakbym w ogóle nie czuła się podekscytowana?

– G, wiesz, co się wydarzyło pomiędzy nim a moim bratem?

Spodziewałam się chyba, że nie wie, bo inaczej nie okazywałby aż takiego entuzjazmu, informując, że zatrudnili Reinera Kultiego. Ale Gardner tylko potaknął i wzruszył ramionami, nadal spoglądając w moją stronę ze zdezorientowaną miną.

– Oczywiście, że wiem. Właśnie dlatego jesteś idealną osobą do udziału w tej konferencji, Sal. Obok Jenny i Grace pozostajesz najbardziej rozpoznawalną i najbardziej lubianą zawodniczką w drużynie. Jak cię nazywają? Naszym lokalnym Skarbkiem?

Skarbek. Ohyda. Czułam się, jakbym wróciła do liceum i startowała w konkursie na królową balu, chociaż wszystkie bale opuściłam, bo zwykle grałam wtedy mecze.

– Kulti złamał…

– Wiem, co zrobił. Na wczorajszym zebraniu, na którym powiedzieli nam, że to on został zatrudniony, dział PR poruszył już temat tego, co wydarzyło się między nim i Erikiem. Nikt nie chce, by ten sezon zmienił się w operę mydlaną, więc staniesz przed kamerami i się uśmiechniesz, bo właśnie firmowego uśmiechu Sal potrzebuje teraz twoja drużyna. To nic wielkiego. Potrzebujemy wspólnego zaangażowania, aby cała uwaga skupiła się na zespole, a nie na dramacie sprzed lat. Konferencja potrwa dziesięć, może dwadzieścia minut. Ty, ja i on. Odpowiesz na kilka pytań i po wszystkim. Przysięgam, że więcej nie będę tego od ciebie wymagał.

Moja pierwsza myśl brzmiała prosto: „Wszystko to wina kości piszczelowej i strzałkowej Erica!”.

Miałam ochotę przywalić głową w biurko oddzielające mnie od Gardnera, ale jakoś się powstrzymałam. Poczułam, jak w moim wnętrzu rozlewa się strach. Poczułam przez niego ucisk w żołądku, aż musiałam przyłożyć dłoń do brzucha, żeby złagodzić ból. Westchnęłam ponownie i zaakceptowałam rzeczywistość, kryjącą się za słowami trenera.

Liga stawiała na wartości rodzinne, zasady i szeroko rozumiane zdrowe postawy. Zdążyłam się już tego nauczyć, i to w mało przyjemny sposób, więc nie zamierzałam uchylać się od zrobienia tego, czego wymagało podtrzymanie pozorów. Pozostawałam realistką i wiedziałam, że są dziewczyny, które podcięłyby mi gardło, by tylko wskoczyć na moje miejsce. Może spotkanie z Kultim tuż przed konferencją prasową to właśnie to, czego potrzebowałam?

Musiałam to po prostu zrobić, żeby mieć z głowy i móc się zająć swoim życiem. Przez ostatnią dekadę właściwie nie śledziłam jego losów. Dwa lata temu zakończył karierę w Lidze Europejskiej. Potem zmienił się w celebrytę i zaczął zarabiać na kontraktach reklamowych. Nadszedł taki czas, że nie dało się wejść do supermarketu, by nie natknąć się na jego twarz w kampanii jakiegoś produktu.

– Rozumiem – jęknęłam i odchyliłam głowę, wbijając wzrok w sufit. – Zrobię to.

– Moja dziewczynka!

Z trudem wygrałam bitwę z samą sobą, żeby nie nazwać go sadystycznym dupkiem za to, że zmusza mnie do zrobienia czegoś, od czego dostaję pokrzywki.

– Nie mogę obiecać, że nie będę się jąkać przez cały wywiad ani że nie zwymiotuję na osoby w pierwszym rzędzie, ale dam z siebie wszystko.

A potem, przy pierwszej okazji, przywalę Ericowi pięścią w pieprzoną nerkę. Niech go szlag!

Możesz to zrobić, Sal! Możesz to zrobić.

Kiedy byłam mała, a tata prosił mnie o zrobienie czegoś, na co nie miałam ochoty – co zwykle oznaczało coś, czego się bałam, jak choćby zabijanie gigantycznych karaczanów zakradających się do naszego domu – wskazywał na mnie palcem i mówił po hiszpańsku: ¡Sí puedes! Możesz. A ja, mimo że płakałam, wchodząc uzbrojona w but do pokoju, gdzie czaił się jeden z tych potworów z piekła rodem, posuwałam się do tego, czego wcześniej nie chciałam.

„Mogę to zrobić i zrobię to” – tak brzmiało motto najbliższe mojemu sercu przez te wszystkie lata. Nie lubiłam, kiedy ludzie mówili, że czegoś nie mogę, nawet jeśli wcale nie miałam na to ochoty. Właśnie tak trener Gardner wymusił na mnie zgodę na ten wywiad.

Potrafiłam tam pójść. Zdobędę się, by przebywać w jednym pomieszczeniu z Reinerem Kultim. Usiądę o kilka miejsc od niego po raz pierwszy w życiu, i to przed kamerami kilku stacji telewizyjnych. Nic wielkiego.

W środku jednak zwinęłam się w kuleczkę jak martwy pająk i błagałam samą siebie, by jak najszybciej obrócić się w proch. Moja obawa, moja fobia pozostawała aż tak irracjonalna. Nikt nie powiedział, że strach jest logiczny, bo to przecież nieprawda. Jest głupi i bezzasadny. W skali beznadziejności od jednego do dziesięciu dałabym mu jakieś pięćdziesiąt.

– Gotowa? – zapytał trener Gardner, kiedy czekaliśmy na rozpoczęcie konferencji.

Dziennikarze prasowi i telewizyjni w sali obok zachowywali się tak głośno, że zaczynało mnie mdlić. Jak, do cholery, w ogóle do tego doszło? Zwykle znajdowałam się gdzieś na końcu listy zawodniczek zapraszanych na eventy promocyjne, i to nie bez powodu.

Mogłam grać na oczach tysięcy ludzi, ale w chwili, gdy w promieniu dziesięciu stóp ode mnie pojawiały się kamery, po prostu się wyłączałam. Byłam jak Ricky Bobby² Zawodowej Ligi Kobiet. Nie miałam wątpliwości, że gdzieś w internecie krążyło nagranie, na którym w czasie wywiadu robię jakieś okropne gesty. Jąkanie się, pocenie i podrygiwanie – te trzy demony zstąpiły na ziemię, mając na celu mnie nękać.

Dłonie miałam mokre, jakbym wytarła nimi plecy po długim biegu, pociły mi się pachy… No i drżały mi nogi. Obie. Kiedy do tego dochodziło, wiedziałam, że jest naprawdę źle.

Ale zamiast przyznać, że się denerwuję, wsunęłam ręce do kieszeni, dziękując Bogu w niebiosach, że spodnie dresowe są na tyle szerokie, by ukryć, że moje nogi żyją własnym życiem, i przywołałam na twarz wymuszony uśmiech.

– Gotowa – skłamałam przez zaciśnięte zęby.

Niestety Gardner znał mnie wystarczająco dobrze, aby się zorientować, że kłamię, więc tylko głośno się zaśmiał. Położył mi dłoń na ramieniu i lekko potrząsnął.

– Jesteś w rozsypce. Wszystko będzie dobrze.

Ktoś z działu PR, wyznaczony do organizacji konferencji, wyjrzał zza rogu i zmarszczył brwi, a po chwili ponownie zniknął.

Nie mogłam tego zrobić.

Mogłam to zrobić.

Dostałam napadu suchego kaszlu, ale potem powiedziałam sobie: Mogę to zrobić. Naprawdę.

Kolana zadrżały mi jeszcze mocniej, kiedy rozległ się głos w sali obok:

– Potrzebujemy jeszcze chwili. Proszę o cierpliwość.

O Boże.

– Chyba właśnie cofnęło mi się śniadanie – wymamrotałam bardziej do siebie niż do Gardnera.

– Wszystko będzie dobrze – zapewnił ponownie ze współczującym uśmiechem.

Odkaszlnęłam i pokiwałam głową, błagając samą siebie o spokój. Zrobiłam kilka szybkich wdechów i wydechów, a potem zaczerpnęłam głęboko powietrza i zatrzymałam je w płucach, jak robiłam to zwykle przed meczem, kiedy czułam się za bardzo nabuzowana.

Nie pomogło.

Zawartość żołądka podeszła mi do gardła i musiałam przełknąć żółć.

– A tak właściwie to gdzie on jest? – zapytałam.

Trener rozejrzał się, jakby moje pytanie go zaskoczyło.

– Wiesz, że nie mam pojęcia? Chyba kazali mu poczekać w innej sali.

Odpowiedź dostaliśmy sekundę później, kiedy ten sam PR-owiec, który zaglądał do nas wcześniej, znów się pojawił. Z nietęgą miną.

– Mamy problem.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij