Kundel - ebook
Śmiały literacki portret człowieka w czasach moralnej katastrofy.
Łódź, czas okupacji. Miasto, które zdradziło samo siebie.
Albert Danner – dawny polski policjant, dziś śledczy w służbie III Rzeszy – prowadzi dochodzenie w sprawie serii tajemniczych zabójstw nazistowskich działaczy. Trop wiedzie przez fabryki i urzędy, wille dygnitarzy i robotnicze klitki, przez miasto, w którym niemieccy sąsiedzi zwrócili się przeciwko Polakom i Żydom. Symbolem tej przemiany staje się kamienica przy ulicy Nawrot – mieszkanie przejęte przez Dannera po żydowskiej rodzinie.
W świecie, w którym prawda jest towarem deficytowym, a życie ludzkie nie ma ceny, Danner prowadzi podwójną grę. Uzależniony od Pervitinu i Eukodalu, rozdarty między lojalnością a strachem, staje się narzędziem systemu, który wymaga od niego zdrady i okrucieństwa. Jego relacja z rzeczywistością staje się niepewna, a on sam – narratorem, któremu nie można w pełni ufać.
Porywająca i duszna opowieść noir o winie i współudziale, o banalności zła i złudzeniu wyboru. O tożsamości rozpiętej między lojalnościami i strachem.
O pytaniu, które nie daje spokoju: czy w świecie zbrodni można jeszcze ocalić siebie?
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-287-4108-9 |
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Miałem dziewięć lat, kiedy po raz pierwszy usłyszałem: „Łódź – miasto czterech kultur” (polskiej, niemieckiej, żydowskiej i rosyjskiej). To brzmiało jak opowieść z innego świata. Do tamtej pory nie znałem nikogo, kto nie byłby Polakiem. Powidoki dawnej Łodzi docierały do mnie w zaskakującej formie – przez kibolskie napisy na murach. „Żydzew”, „ŁKS Jude” widniały na elewacjach bloków i kamienic. Jako dziecko byłem więc przekonany, że „Żyd” to po prostu wyzwisko, którym obrzuca się kibiców przeciwnej drużyny.
Przed II wojną światową jedynie nieco ponad połowa Łodzian uważała się za Polaków. Miejską inteligencję i burżuazję stanowili głównie Niemcy oraz Żydzi. Wszystko zmieniła okupacja. Łódź, wcielona do III Rzeszy 11 kwietnia 1940 roku, została przemianowana na Litzmannstadt – na cześć generała Karla Litzmanna, bohatera bitwy o miasto z czasów I wojny.
_Kundel_ to próba odtworzenia świata wielokulturowej Łodzi – zatrzymanej w kadrze dokładnie wtedy, gdy zaczyna się rozpadać. Rewolucja społeczna nie była wspólnym przedsięwzięciem mieszkańców. Nadeszła z wojną, okupacją i traumą. Jej skutkiem było pęknięcie wspólnoty. Sąsiedzi zwrócili się przeciwko sobie w imię fałszywych ideologii lub domagającej się ofiar religii.
W centrum tej historii stoi bohater powieści Albert Danner – dawny polski policjant, teraz niemiecki śledczy. Przemierza żydowskie Bałuty, niemieckie Śródmieście i polski Widzew – świat nasycony poczuciem fatalizmu. Świat korupcji, upadku i przemocy, w którym każdy ma coś do ukrycia.
W tych warunkach musi rozwiązać kryminalną zagadkę. Od tego śledztwa zależy jego życie.
AutorSPIS POSTACI
GŁÓWNE POSTACIE FIKCYJNE
NIEMIECKA POLICJA:
ALBERT DANNER – SS-Scharführer (podoficerski stopień paramilitarny; odpowiednik sierżanta), Kriminaloberassistent (nadasystent) niemieckiej policji kryminalnej; dawny przodownik polskiej policji.
ZILLMANN – SS-Hauptsturmführer (odpowiednik kapitana), Kriminalsekretär (sekretarz) niemieckiej policji kryminalnej; były funkcjonariusz grupy operacyjnej SS z terenów ZSRR.
EMIL LAUBERBACH – SS-Untersturmführer (podporucznik), Kriminalobersekretär (nadsekretarz) Gestapo; oficer prowadzący śledztwo w sprawie morderstwa Josepha Fielmanna.
HORST KIRCHER – Kriminalassistent (asystent) Gestapo; młody podwładny Lauberbacha.
JOHANN SAWKO – kierowca Gestapo.
GOSPODAREK – Angestellte (pomocnik) Gestapo.
RIEDEL – chemik, konsultant policji.
------------------------------------------------------------------------
INNI:
MAGDA WILCZEK – partnerka Alberta; jego przedwojenna miłość.
JAN DANNER – stryj Alberta; pracownik administracyjny III Rzeszy, były oficer Selbstschutzu (niemieckich bojówek paramilitarnych) w Łodzi.
KARL OLAV DANNER – ojciec Alberta; były Oberleutnant (porucznik) niemieckiego Pułku Ułanów w czasie I wojny światowej, weteran walk o Łódź.
JOSEPH FIELMANN – właściciel zakładu krawieckiego na Schlageterstraße (Zielonej).
WIKTOR LEBETT – kuzyn Josepha Fielmanna; przedwojenny polski żołnierz.
WILHELM MANNINGER – wysokiej rangi urzędnik administracyjny Rzeszy.
WŁADYSŁAW CHOROSIŃSKI – przedwojenny polski oficer.
MAKSYMILIAN BLUMSZTAJN – przedwojenny polski podoficer żydowskiego pochodzenia.
LUCYNA BLUMSZTAJN – żona Maksymiliana Blumsztajna.
TADEUSZ ZIELIŃSKI – przedwojenny policjant; najbliższy przyjaciel Alberta z czasów przedwojennych.
RYSZARD STRZEGOMSKI – przedwojenny policjant; były współpracownik Alberta, obecnie strażnik więzienny.
GŁÓWNE POSTACIE HISTORYCZNE
CHAIM MORDECHAJ RUMKOWSKI – przewodniczący narzuconej przez Niemców administracji żydowskiej w getcie łódzkim.
HENRYK NEFTALIN – przed wojną prawnik, po jej wybuchu znalazł się w getcie łódzkim, współpracownik Rumkowskiego.
HANS BIEBOW – cywil, szef niemieckiej administracji getta; brał udział w deportacji mieszkańców (m.in. do obozu zakłady Chełmno nad Nerem/Kulmhof, a później do Auschwitz).
DR OTTO BRADFISCH – SS-Obersturmbannführer (odpowiednik podpułkownika); Kommandeur der Sicherheitspolizei und des SD; dowódca aparatu bezpieczeństwa (i terroru) w Łodzi.
WALTER PELZHAUSEN – Revierleutnant (porucznik policji); komendant więzienia na Radogoszczu (Radegast).
JÓZEF HEINRICH PS. „KRWAWY JÓZIO” – nadzorca zmiany wachmańskiej; volksdeutsch; jeden z najbardziej brutalnych członków załogi więzienia na Radogoszczu.
JÓZEF FLESCHER PS. „ROLOWANY” – SS-Hauptsturmführer (stopień paramilitarny, odpowiednik kapitana), nadzorca zmiany wachmańskiej; współodpowiedzialny za systemowe znęcanie się nad więzieniami na Radogoszczu.
GÜNTER FUCHS – SS-Hauptsturmführer_;_ szef referatu żydowskiego w łódzkim Gestapo.ROZDZIAŁ I
Znów mam dwanaście lat, pada deszcz, a ja biję bachura po twarzy.
Wlatujemy jak szarańcza na podwórze żydowskiego domu modlitwy u Kalińskiego. Tam dopadam chłopaka – jest nieco starszy ode mnie, a mimo to bez trudu go powalam i wcieram mu błoto w policzki. Wcale się nie broni, tylko patrzy na mnie z wyrzutem, jak kundel kulący się przed ciosem.
Herszt mojej bandy, Eberhard Frenkel, wyrywa mu sidur. Próbuje go podpalić, lecz zmoczone strony modlitewnika nie chcą zająć się ogniem. Czuję swąd zwęglonej wilgotnej celulozy – jest niepokojąco podobny do woni przypalonego ciała.
Z bożnicy wybiegają chazan i woźny. Z białymi tałesami na karkach wyglądają jak zjawy. Klną, chyba po hebrajsku, ale my się ich nie boimy – chrześcijańskie dziecko z przetrąconym karkiem to byłby dla nich wyrok, w pogromie ich domy poszłyby z dymem.
Nagle – dźwięk policyjnego gwizdka. Zrywam się do biegu, lecz reszta chłopaków jest szybsza. Odwracam głowę i widzę dorosłego Tadka Zielińskiego. Niemożliwe, przecież wychowaliśmy się na jednym podwórku. Gdy miałem dwanaście lat, Tadek był szesnastolatkiem.
A mimo to mój przyjaciel nosi mundur polskiego aspiranta i goni mnie z pałą w dłoni. Na środku jego czoła zieje głęboka, zakrwawiona dziura. Twarz ma trupio bladą, jedynie błękit oczu wydaje się żywy i błyszczący – choć u nieboszczyków rogówki matowieją, a gałki wysychają.
Słyszę za sobą coraz głośniejsze szuranie buciorów policjanta i obserwuję, jak rośnie jego cień, rzucany na brudnoszare kamieniczki. To sen, więc to ja jestem najwolniejszy i to ja wpadam w łapy basiora, wyławiającego z rudla najwolniejszą sarnę. Zaczynam płakać.
Aspirant Zieliński dopada mnie pod kamienicą, w której mieści się teatrzyk Ararat. Wystawiają tam komedyje i szmoncesy w jidysz – Żydzi śpiewają, tańcują, orkiestra gra. Jeżdżą nawet do Warszawy i za granicę. Akurat z teatru wychodzą kobiety w sukniach wieczorowych i mężczyźni w surdutach.
– Ja przepraszam! Ja już nigdy… już nigdy więcej… – chlipię zalany łzami, ale policjant pozostaje niewzruszony. Na oczach przechodniów ściąga mi spodenki i grzmoci pałą po gołych udach. Wali tak, by kulosów nie połamać, choć każde uderzenie zostawia purpurową pręgę. Chce, bym poczuł upokorzenie, które wryje się we mnie na zawsze.
– Ciekawsze przedstawienie niż to bezbożne wycie! – śmieje się gruby puryc, wyciągając z futerału cygaro równie pękate jak on.
Budzę się z wrzaskiem.
A przecież, Edwardzie, my tu nie możemy wrzeszczeć. Wrzask oznacza śmierć. Śmiech oznacza śmierć. Nawet kaszlnięcie oznacza śmierć.
Możemy tylko szeptać w ciemności.
Następnym razem musisz mnie obudzić. Albo przynajmniej zatkać mi usta.
Ci, którzy są na zewnątrz, nie mogą nas usłyszeć.ROZDZIAŁ II
Mój upadek zaczął się od morderstwa Josepha Fielmanna. A było to tak…
Najpierw rozdzwonił się telefon.
W urzędzie mieliśmy stare aparaty Fulda. Kojarzysz je? Kiedyś to robiono porządne, bakelitowe telefony. Jak ci się ktoś włamywał do mieszkania, to mogłeś mu przypieprzyć słuchawką w łeb. Potem przyszedł Bauhaus i wszystko zepsuł – nowoczesność przyniosła plastikowe aparaty z zacinającymi się tarczami i pękającymi obudowami.
Fuldy miały tylko jedną wadę – nieznośnie jazgotały. Brzmiały, jakby ktoś szorował paznokciem po szkolnej tablicy. Wybudził mnie ten cholerny wizg, więc podniosłem słuchawkę, zaspany i osowiały, i mruknąłem coś pod nosem.
Głos frau Bergmann był jeszcze bardziej skrzekliwy niż dzwonek aparatu – odruchowo odsunąłem słuchawkę od ucha. Chwyciłem ołówek, otworzyłem notatnik na chybił trafił i zapisałem najważniejsze informacje.
_Ofiara: Joseph Fielmann_
_Lat: 47_
_Adres: Heerstrastraße 240_
Mruknąłem coś w odpowiedzi – „zrozumiałem” lub „zaraz tam będę”. Zerknąłem na zegarek. Wybiła osiemnasta trzydzieści. Moja zmiana skończyła się pół godziny temu. Gdybym nie przysnął, telefon dzwoniłby w opustoszałym biurze.
Potrzebowałem pobudzenia. Wsadziłem ręce do kieszeni, pomacałem, poszperałem palcami, przeszukałem zakamarki munduru. Na próżno. Zerknąłem do szuflady. Bingo! Wyciągnąłem pudełeczko Pervitinu, otworzyłem rozochocony. Puste. Cholera, mruknąłem do siebie. Musiałem zostawić resztę w domu. Albo Magda zabrała mi ostatni zapas.
Nikomu już nie zależy na produkowaniu ładnych rzeczy. Teraz pudełka robi się z szarobrązowej, chropowatej papki, a kiedyś niemiecki przemysł dbał o detale. Opakowanie musiało być nie tylko funkcjonalne, ale i estetyczne. Nawet pudełeczko z tabletkami metamfetaminy miało wyglądać apetycznie – niczym tabliczka Schokakoli. Kusiło feerią żywych, niebiesko-biało-czerwonych barw. Gdy na nie patrzyłem, wyobrażałem sobie łopoczący na wietrze amerykański sztandar, prowadzący mnie przez euforyczne dni i bezsenne noce.
Przed przyjazdem na miejsce zbrodni musiałem odnaleźć swojego przełożonego. Sekretarz Zillmann zazwyczaj przychodził do biura spóźniony i rozdygotany. Siadał przy biurku, a minę miał taką, jakby mu właśnie kazano szturmować Leningrad. Chwytał przypadkowy zbiór akt, otwierał je w losowym miejscu i udawał, że czyta. Często razem siedzieliśmy i obaj udawaliśmy, że coś robimy, z czymś się zapoznajemy, śmiertelnie zajęci.
Zillmann wytrzymywał najwyżej dwie godziny tej maskarady. Potem zarzucał bluzę mundurową i bez słowa wybiegał z biura, jakby mu diabeł pięty palił.
Na szczęście wiedziałem, gdzie zwykł marnować swój czas.
Do knajpy Der Rote Hahn¹ podjechałem służbowym Oplem. Trzeciak² najczęściej odwiedzali Niemcy rumuńscy i bałtyccy, ściągnięci siłą do przemysłowej Łodzi, do Litzmannstadt. Zdarzali się też polscy szmuglerzy, choć nad wejściem wisiała tabliczka _Zutritt für Polen verboten_³. Zillmann praktycznie zamieszkał w tej norze, podczas gdy inni oficerowie bawili się w porządnych lokalach przy Adolf-Hitler-Straße, dawnej Piotrkowskiej. Sekretarza nie interesowały biesiady, na których pito wiekowy koniak i tańczono z polskimi dziwkami do podłych aranżacji piosenek Lale Andersen. Wolał chlać gołdę – a gdy zjawiał się w mundurze, knajpa momentalnie pustoszała. Siedział więc samotnie, król i eremita.
Na mój widok bufetowy Murawski poderwał się z zydla i wyciągnął rękę w salucie, obnażając mankiety koszuli upaćkane żółtą mazią. Zillmann, jedyny gość w lokalu, leżał z twarzą wbitą w stół przykryty czerwoną ceratą. Obok głowy stygł półmisek z golonką i kleksem musztardy. Na blacie leżał też nieotwarty numer „Völkischer Beobachter”⁴ z trzydziestego sierpnia czterdziestego drugiego roku. Okładkowy tytuł głosił:
ROOSEVELT ZAMIERZA SPRZEDAĆ STANY ZJEDNOCZONE KOMUNISTOM I MURZYNOM!
Poniżej widniała notka, że Elbrus właśnie stał się najwyższym szczytem Rzeszy. Na prawo zamieszczono fotografię powiewającej na jego czubku flagi ze swastyką. Zważywszy na jakość zdjęcia, Goebbels równie dobrze mógł zlecić sesję zgierskiej Górki Wilamowskiej.
– _Möchten Sie, dass wir den Herrn Offizier zum Auto bringen?_⁵ – zapytał Murawski.
Potaknąłem. Wziąłem Zillmanna pod ramię, bufetowy chwycił z drugiej mańki i na _eins, zwei, drei_ podnieśliśmy go. Oficer ocknął się na moment, machnął ręką, jakby odganiał natrętną muchę, po czym znów osunął się w otchłań.
Murawski przytrzymał wiotkiego Zillmanna, gdy ja mocowałem się z drzwiami od strony pasażera. Wreszcie wrzuciliśmy ochlapusa na fotel.
– Zapłacił? – zapytałem po polsku.
– Panie kochany, pan się nie wygłupia. To sama przyjemność gościć pana oficera…
Nachyliłem się nad Zillmannem i przeszukałem jego kieszenie. Znalazłem czarny pulares, z którego wyciągnąłem dwadzieścia marek i wcisnąłem w dłoń bufetowego. Mało się nie zapluł z wrażenia – chciał całować po rękach, po czubkach butów.
Wyrwałem się z jego uścisku i pieprznąłem drzwiami. Przestraszyłem się, że już ich nie otworzę i Zillmann będzie tam drzemał do końca świata. Obszedłem samochód, wsiadłem za kierownicę i ruszyłem.
Oficer wydawał dziwne odgłosy – zupełnie jak stary mops stryja, który podczas snu zwykł skomleć i popiskiwać. W miejscu jego nosa ziała dwukomorowa dziura, która potęgowała to obleśne charczenie i czyniła go łudząco podobnym do rzeczonego mopsa. Służył kiedyś w oddziałach specjalnych, gdzieś w głębokiej Ukrainie. Gadano, że jakiś mołojec odrąbał mu pół nochala.
– Jak sardynki! – wrzasnął, gdy byliśmy już prawie na miejscu.
– Co pan powiedział?
– Zapakować ich… jak sardynki… – wycharczał, po czym obrócił się na drugi bok.
– Pieprzę twoje sardynki – mruknąłem, parkując przed dziewiętnastowieczną willą, stylizowaną na sarmacki dworek.
Posiadłość wyglądała na zaniedbaną, może opustoszałą, a z pewnością na nawiedzoną. Ściany porastał dziki bluszcz, przed gankiem dogorywał na wpół uschnięty dąb o powykręcanych gałęziach, które wdzierały się za pordzewiałe barierki balkonu, smagając przy podmuchach wiatru brudne ściany i okna.
Minąłem grządki, na których hortensje przegrywały nierówny bój z chwastami. Przed wejściem do willi stał czarny Mercedes 260. O auto opierał się kierowca, Sawko. Podałem mu rękę, bo spośród wszystkich z bandy gnoi w Gestapo zawsze wydawał się prawym człowiekiem. Choć wyglądał ledwie na czterdziestkę, miał w sobie coś z dystyngowanego angielskiego majordomusa. Na jego twarzy malowała się łagodność, zupełnie niepasująca do miejsca, w którym pracował.
– Niezły samochód – mruknąłem, kładąc dłoń na wciąż ciepłej masce.
– Dali nam, jak Himmler przyjechał wizytować getto – odparł z dumą. – Pod maską pierwszy silnik Diesla masowej produkcji. Przy odpalaniu na zimno furczy jak lokomotywa parowa. A pan co? Nadal Opelek Kadett? Dwadzieścia koni mechanicznych?
– Dwadzieścia trzy – poprawiłem z przekąsem. – Mógłby mi spieprzyć nawet Jezus Chrystus na osiołku. Kogo pan przywiózł?
– Lauberbacha. Niech pan uważa, jest wkurwiony jak szerszeń pod szklanką. Zgarnąłem go z bankietu w Germanii. À propos jedzenia, mam nowego szmuglera mięsa. Szynki, kiełbasy i leberka. Zainteresowany?
Pomyślałem o wiecznie głodnej Magdzie, mojej Magdzie. Polaków karmiono gorzej niż psy. Kiwnąłem głową.
– Jutro go panu nadam, dobrze? – powiedział. – Kiedyś mi się pan odwdzięczy.
Na nadsekretarza Lauberbacha natknąłem się już w holu. Oglądałeś może te durne filmy kryminalne? Na przykład _Szpiegów_? Albo _Tajnego agenta_ Hitchcocka? No to wyobraź sobie Oskara Homolkę, ale z jeszcze bardziej kanciastą szczęką, bo pysk Lauberbacha wyglądał jak różowy kwadrat. Facet przylazł w garniturze w szkocką kratę glencheck, z różyczką w butonierce. Brakowało tylko faceta we fraku, by dopełnić tę rewię mody nad trupem.
Obok niego stał kryminolog Riedel – jego twarz z kolei przypominała śliwkę z doczepionymi sumiastymi wąsami. Miał na sobie esesmański mundur bez dystynkcji. Znałem go z pracy dla poprzedniej władzy.
Wyprostowałem się, po czym wyrzuciłem dłoń w salucie.
– Heil Hitler! Melduje się nadasystent Albert Danner, policja kryminalna!
– Heil Hitler – mruknął Lauberbach. – Gdzie Zillmann?
– Pan sekretarz jest… niedysponowany…
– Gdyż zachlał i nie udało się go tu przytargać? – dokończył za mnie Riedel.
– Przytargać przytargałem. Chrapie w samochodzie.
– To już moja żona ma więcej miejsca w naszym łożu niż ten biedaczyna w Opelku! – zażartował kryminolog.
Nawet bym się uśmiechnął na ten leciwy dowcip, gdyby nie spojrzenie Lauberbacha. Było mętne i matowe, jakbym patrzył w oczy topielca.
– Przysięgam, że załatwię mu powrót na front! – warknął.
Człowiek nie jest w stanie tak naturalnie warczeć. Musiał sterczeć przed lustrem i ćwiczyć te szczeknięcia.
– Tak jest – mruknąłem.
Jak dla mnie mogli zesłać Zillmanna choćby na koło podbiegunowe.
– Ciało leży w salonie – rzekł Lauberbach. – Znalazł je taki tępy chłopak. W jego dokumentach widnieje nazwisko Müller, ale ledwo duka po niemiecku. Zrozumieliśmy tyle, że denat jest jego wujem. Przesłuchaj go po oględzinach ciała.
Riedel zaprowadził mnie do salonu. Pachniało dębiną, choć w powietrzu czuć już było mdławo-ziemistą woń rozkładu – słodycz zgniłej gruszki zmieszaną z siarką.
Fielmann leżał na plecach. Był nagi. Obok niego walały się: koszula bez kołnierza, bawełniane chinosy, zapaskudzona bielizna oraz drewniana laska. Chude nogi i boki ciała pokryły się już brązowym _livor mortis._ Prawa noga wydawała się krótsza – kolano było wklęsłe, a piszczel wykręcona pod kątem około dwudziestu stopni.
Podszedłem bliżej. Morderca rozpłatał mu gardło niemal od ucha do ucha. Twarz ofiary zastygła w grymasie przerażenia, a stężenie pośmiertne wywołało skurcze na policzkach i brodzie. Wyglądało to tak, jakby Fielmann założył zbyt małą maskę, spod której wyłaziły wybałuszone oczy.
– To ktoś polityczny? – zapytałem Riedla.
– Nie wiem. Na Hermanna Göringa to on mi nie wygląda – odparł, drapiąc się po brzuchu. – Za chudy i z tą kulosą trudno by mu było samolot pilotować.
– Po co zaangażowano Gestapo?
– A skąd mam wiedzieć? Myślisz pan, że podoba mi się chodzenie na smyczy Lauberbacha? Przecież on zna się na pracy w Mordkommission⁶ jak świnia na gwiazdach. Słyszał pan, że uczył historii w szkole powszechnej?
– Nie – odparłem. Nic mnie to nie obchodziło. – Zadzwoniliście po tego esesmańskiego medyka, Uphoffa?
– Uphoff zgłosił się do Wehrmachtu. Wyjechał pełnić zaszczytną służbę jako chirurg polowy Szóstej Armii pod Stalingradem. – Riedel obniżył głos do ledwie słyszalnego szeptu: – I dzięki Bogu, bo co to za lekarz, który tylko siedzi przy plutonie egzekucyjnym i sprawdza, czy ofiara przeżyła dwadzieścia strzałów w głowę. A tam może uratuje paru chłopaków.
– Czyli nie było lekarza?
– Nie no, kogoś musieliśmy wezwać. Przylazł jakiś dzieciak po akademii medycznej, Steyer czy inny Stermann. Czas zgonu oszacował na wczorajszy wieczór.
– I już sobie poszedł?
– Wyrzuciłem tego cymbała po tym, jak wlazł buciorami w ślady krwi. Zobacz, o tutaj, odcisk jego lakierków. Podpisał jakiś świstek i dał go Lauberbachowi, więc do czego więcej miałby się przydać? Na zawał to ten Fielmann nie zszedł. Krtań i tchawica rozpłatane jak u cielaka zarżniętego przez szojcheta na Paschę.
– Prokurator był?
– Żartujesz pan? – prychnął Riedel. – Jutro Lauberbach zawoła Gintera, a ten podpisze, co trzeba. O ile staruch jeszcze potrafi utrzymać pióro w dłoni.
– Mamy cokolwiek, czego można się chwycić?
– A gówno tam mamy. Wiemy tyle, że Fielmann był torturowany. – Riedel przykucnął na szeroko rozstawionych nogach. – No, przesadziłem z tą torturą. Zgaszono na nim papierosa. Na podłodze zostało nieco tytoniu, może uda mi się zbadać niedopalone resztki. Jeśli to jakaś Reemtsma⁷, sprawcą pewnie był Niemiec. Jeśli jednak susz jest żyłkowaty i niechlujnie pomielony, wtedy stawiałbym na Polaka albo innego gołodupca. Żaden ze mnie Hirszfeld, ale krew też zbadamy. Choć myślę, że wszystko, co tu widzisz – dodał, wskazując na rdzawe plamy – wyciekło z Fielmanna. Najgorsze, że w okolicy nikt nie mieszka.
– Może traseologia by coś wykazała?
Riedel popatrzył na mnie bez zrozumienia. Nie był prawdziwym śledczym, tylko farmaceutą prowadzącym prowizoryczne laboratorium chemiczno-rozpoznawcze.
– Pozostawiono jakieś ślady? – doprecyzowałem.
– Okna są zamknięte, szyby całe, na parapetach brak śladów, tak samo jak na trawie pod oknem. Fielmann musiał wpuścić zabójcę. Może kogoś znajomego?
– A co z odciskami?
– Znaleźliśmy pudełko zapałek, które mogło należeć do sprawcy. Problem w tym, że Polska Centrala Służby Śledczej zniszczyła większość rejestrów z registratur jednopalcowych. Popytam, gdzie to wysłać. Może zdążyli odbudować jakąś bazę daktyloskopijną w Poznaniu… – Kryminolog wstał i podrapał się po łysej głowie. – Prawie bym zapomniał. Chciałem pokazać panu coś jeszcze.
Wyszliśmy z salonu i wspięliśmy się po krętych schodach. Riedel zaprowadził mnie do pozbawionego mebli pokoju. Na podłodze leżał zmięty koc.
– Zabrakło pieniędzy na wykończenie sypialni? – zapytałem.
– Raczej Fielmann postanowił zostać ascetą. Dalej będzie jeszcze ciekawiej – mruknął, krocząc przez pomieszczenie.
We wnęce znajdowały się drzwi do dawnej bezokiennej garderoby. Oświetlenie nie działało, więc Riedel wyciągnął z kieszeni prochowca latarkę. Snop światła padł na wielopoziomowy drewniany ołtarz z kilkoma niszami, w które wstawiono świece. W górnej części ołtarza stała figurka Matki Boskiej. Na jej policzkach ktoś domalował krwawe łzy.
Kryminolog przekierował światło latarki na obraz w bocznej niszy.
– Co to, u diabła, jest? – zapytałem.
– Akeda.
– Co?
– Ofiarowanie Izaaka przez Abrahama – odparł Riedel ze zdumieniem. – Pan jest katolikiem czy luteraninem?
– Przypowieść o Abrahamie znam – odparłem wymijająco. – Ale te postacie wyglądają jak diabły, nie ludzie.
Przypomniało mi się, jak uciekłem z lekcji, nawciągałem się eteru i poszedłem do kina Rialto, by obejrzeć ekranizację _Alicji w Krainie Czarów_. Abraham, Izaak i anioł uśmiechali się przerażająco, a zarazem groteskowo – zupełnie jak Kot z Cheshire.
– Za ołtarzem był sejf – dodał Riedel. – Został rozwiercony przez techników. Było w nim ze dwa tysiące marek i trochę nielegalnych dolarów. No i zdjęcia. Większość z nich to fotografie rodzinne, więc osoby na nich się powtarzają. Wybrałem te najciekawsze.
Pierwsza fotografia: śmiertelnie poważny mężczyzna w garniturze trzyma dłoń na ramieniu śmiertelnie poważnego chłopca. Obok stoi wysoka naburmuszona dziewczyna. Twarze mają beznamiętne, jakby wnioskowali w banku o kredyt ziemski.
– Ojciec, syn i córka? – zapytałem.
– Chyba tak.
Druga fotografia: na środku facet z poprzedniego zdjęcia; jego bokobrody zdążyły już osiwieć. Po prawej syn, który nieco urósł, lecz niewiele zmężniał. Po lewej mężczyzna z sumiastymi wąsami i paskudnie zrośniętą blizną na czole.
– Kto to może być? – Wskazałem na faceta z blizną.
– Cholera wie.
Trzecia fotografia: polski podoficer, chyba kapral, uchwycony w ruchu. Patrzy w obiektyw wyłupiastymi oczami spod usztywnionej rogatywki. Maszeruje przez Piotrkowską, w tle widać kolekturę Loterii Państwowej.
– Polski żołnierz?
– Na to wygląda – odparł Riedel. – Fielmann był oddanym nazistą. Nie podejrzewałem go o kontakty z polskim wojskiem.
Czwarta fotografia: intymna, jakże odmienna od pozostałych. Uwieczniono na niej młodego mężczyznę w białych kalesonach, bosego, bez koszuli. Siedzi na ogrodowym krześle. Ma krótkie ciemne włosy i lekko zapadniętą klatkę piersiową. Wzrok utkwił w grządkach, jakby wstydził się spojrzeć w obiektyw.
– Fielmann nie miał żony, prawda? – zagadnąłem.
– Mhm, nie miał. Właśnie tak sobie pomyślałem, czy nie był pederastą. Może ten tutaj to jego kochanek?
– Jeśli tak, pewnie wylądował w Dachau.
– Może. I jeszcze jedno. – Riedel skierował światło latarki w prawy róg pokoju. – Podłoga w tym miejscu jest jaśniejsza. Wygląda, jakby coś tu leżało. Kształt pasowałby do materaca albo siennika.
– Ukrywał kogoś?
Riedel nie zdążył odpowiedzieć, gdyż do pokoju wparował Lauberbach.
– Danner! Rozkazałem ci przesłuchać chłopaka. A nie włóczyć się po sypialniach.
– Myślałem…
– Miałeś tłumaczyć. Nie myśleć.
Zszedłem po schodach i podążyłem za gestapowcem do gabinetu, który znajdował się na końcu holu. Lauberbach trzasnął drzwiami, a chłystek aż podskoczył na fotelu. Był ryży, pryszczaty i anemicznie blady.
– Porozmawiaj z nim – sarknął Lauberbach.
Przerażony rudzielec zakrył piegowatą twarz ramionami.
– Czy mógłby pan opuścić pokój? – zapytałem po chwili wahania.
Przez twarz Lauberbacha przemknął grymas, który obnażył jego zęby. Nic, tylko skurwysyna uśpić.
– Chłopiec jest zbyt… przestraszony pańską obecnością, by cokolwiek powiedzieć – dodałem.
– Wyjdźmy razem – odparł Lauberbach. – Teraz.
Wróciliśmy do holu.
– Wiesz, jaka jest między nami różnica? – zapytał Lauberbach.
– No… Ja należę do policji kryminalnej. Pan do państwowej.
– I co z tego?
– Mnie sprawy państwowe nie interesują…
– Błąd. – Skrzywił się. – W tym kraju wszystkie sprawy są państwowe. A ja wciąż zachodzę w głowę, jakim cudem polski posterunkowy dostał się do niemieckiej policji…
– Przodownik – wtrąciłem się. – A moi rodzice byli Niemcami.
– Twoi rodzice byli zdrajcami. Woleli gnić w tym śmierdzącym mieście niż uczciwie pracować dla ojczyzny. Twoje miejsce jest na wschodzie, nie tutaj.
Milczałem, bo perspektywa wysyłki na front wschodni budziła we mnie najgłębszy strach. Od tygodni nie mogłem spać – za każdym razem, kiedy zamykałem oczy, widziałem oblepioną sadzą lokomotywę, łypiącą na mnie cyklopim reflektorem. Lokomotywę, która miała mnie zabrać tam, skąd się nie wraca.
– Siebeck wylądował w Smoleńsku – kontynuował. – Krick odmraża sobie dupę pod Leningradem, a von Abel pewnie zdycha ze strachu pod Kurskiem. Wiesz, ilu policjantów w ostatnim roku trafiło do Rosji?
Wzruszyłem ramionami.
– Odpowiadaj! – ryknął.
– Pięciu? – strzeliłem.
– Dwunastu. A siedmiu już nie żyje. Każdy z nich był lepszym Niemcem od ciebie.
Lauberbach zrobił krok w moją stronę. Chciałem odsunąć się od jego przekrwionych oczu, kwadratowej szczęki, zapachu brylantyny. Od kolczastej róży w butonierce. On to wyczuł, bo zacisnął dłoń na moim ramieniu.
– Jeszcze raz spróbuj mi się sprzeciwić, a wpakuję cię do armaty i wypierdolę pod samą Moskwę jak carewicza Dymitra. A teraz idź do tego chłystka i módl się, żeby wyśpiewał coś ciekawego.
Wróciłem do chłopaka. Kucnąłem naprzeciwko niego, by nasze twarze znalazły się na tej samej wysokości.
– Palisz? – zapytałem po polsku, podtykając mu pod nos zieloną paczkę Ecksteinów.
Dobrze jest obdarzyć czymś przesłuchiwanego – poczuje się wtedy zobligowany do okazania wdzięczności. Kiedyś kupowałem takie cukierki rybki – z jednej strony czerwone, z drugiej białe. Za trzydzieści sztuk płaciłem dziesięć groszy, a bałuckie dzieciaki potrafiły sprzedać skitranego złodzieja za jedną tytkę.
Chłopak pokręcił głową, nie podnosząc wzroku utkwionego w podłodze.
– Może i dobrze! – Zaśmiałem się nieszczerze. – Mój ojciec powtarzał: nie pal, bo nie urośniesz.
Nie była to prawda – mój vati nie dawał mi żadnych życiowych rad, bo mój los miał w dupie. Przynajmniej palił porządne cygarety, które regularnie podkradałem. Tęsknię za nimi, za ich ziemisto-korzennym smakiem. Do kawy albo po tłustym żarciu smakowały lepiej niż cynamonka. A tytoń jest zdrowszy, bo nie ma cukru.
– Posłuchaj mnie – powiedziałem, wtykając papierosa do ust. – Staraj się odpowiadać pełnymi zdaniami. Mów szczerze, a przyrzekam, że nic złego ci się nie stanie. Joseph Fielmann to twój wujek, prawda?
– Brat mamy – odpowiedział cicho, a ja nagrodziłem jego wysiłek promiennym uśmiechem.
– Podobno masz niebieski dowód – powiedziałem, strząsając popiół na podłogę. Nadal byliśmy na miejscu zbrodni, ale ja już miałem to gdzieś. – Dlaczego nie mówisz po niemiecku?
– Mój tatko jest Polakiem – odparł, podając dokument. – Nazywa się Stanisław Młynarczyk i wyjechał na roboty do Niemiec.
W dowodzie jak byk widniało – Vorname: Felix; Name: Müller. Nie wiem, jak to było u ciebie, ale u nas niebieski ausweis dostawali folksdojcze, którzy mówili po niemiecku i działali na rzecz Rzeszy. Byle mieszaniec mógł liczyć tylko na trzecią albo czwartą kategorię – dostawał wtedy zielony lub czerwony dokument.
– Mama nie nauczyła cię niemieckiego?
– Nie. Dziadkowie ją wy… wydzie… No, wie pan. Pogniewali się na nią. To myśmy po polsku gadali.
– A wujek? Miał coś przeciwko temu, że mama wyszła za Polaka?
– Noo… przez kilka lat ze sobą nie rozmawiali. Ale niedawno wujek, znaczy onkel Joseph, zaczął nam pomagać. Załatwił mi robotę w salonie przy Zielonej. Znaczy, kiedyś to była Zielona, teraz Schla-ge-ter-stra-ße. Wuj jest strasznym śmotruchem, więc przychodziłem do willi, żeby sprzątać. W zamian uczył mnie niemieckiego.
– Co robiłeś wczoraj wieczorem? – zapytałem, otwierając notes. Czarny, z wytłoczoną na okładce sentencją _Blut und Ehre_⁸. Zastanawiałem się, czy nie pomylono zamówień i ta partia notesów nie powinna trafić do Hitlerjugend.
Chłopak zerknął nieufnie na ogryzek ołówka, jakby wyczuł, że teraz zaczyna się prawdziwe przesłuchanie.
– Pracowałem w salonie krawieckim. Potem siedziałem w domu, z mamą. Ona może potwierdzić!
– Czy to ty zgłosiłeś śmierć wuja?
– Nie. – Oczy znowu mu się zaszkliły. – Moja mama. Zadzwoniłem do niej z telefonu wuja, a ona was powiadomiła. Pracę skończyłem o szesnastej, podjechałem czwórką na krańcówkę, resztę trasy przeszedłem. Zdziwiło mnie, że drzwi wejściowe były uchylone. Wszedłem do środka i zawołałem. Nikt nie odpowiedział. W salonie zobaczyłem wujka…
Chłopak się rozkleił. Próbowałem zadawać kolejne pytania: o znajomych Fielmanna albo czy widział coś nietypowego przed wejściem do willi. Ale on kręcił przecząco głową, coraz bardziej przygaszony. Może myślał, że rozzłoszczę się jak Lauberbach.
Westchnąłem ciężko i podniosłem się z klęczek. Już miałem wyjść z gabinetu, gdy mój wzrok padł na kartkę na biurku. Widniał na niej adres: Rembrandtstraße 9.
Zadrżałem.
Rembrandtstraße – dawna ulica Jakuba – znajdowała się na terenie żydowskiego getta. Nie byłem w tej części miasta od trzech lat i naiwnie wierzyłem, że nigdy więcej nie będę musiał tam wrócić.
Nie przypuszczałem jednak, że właśnie wtedy Lauberbach wyda rozkaz tak okrutny, że wypali ze mnie resztki człowieczeństwa.
------------------------------------------------------------------------
_KONIEC DARMOWEGO FRAGMENTU
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI_