Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Kuriozalia piłkarskie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

Kuriozalia piłkarskie - ebook

„Kuriozalia piłkarskie” nie są książką o sporcie. A raczej — nie są książką tylko o sporcie. Są książką o ludzkiej naturze, opisaną przez pryzmat najbardziej szalonych, najbardziej niebezpiecznych, najbardziej nieuzasadnionych aktywności, jakie wymyślił gatunek, który — przypomnijmy — potrafi budować teleskopy kosmiczne, komponować symfonie i leczyć raka, ale który jednocześnie postanawia grać w piłkę nożną. Książka została utworzona z pomocą AI

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-758-7
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Przedmowa

Kiedy Wydawnictwo przekazało mi maszynopis książki „Kuriozalia piłkarskie” z prośbą o napisanie przedmowy, zrobiłem to, co robi każdy rozsądny człowiek, któremu wręczono grubą księgę o piłce nożnej granej w brzuchu wieloryba, na rozżarzonym koksie i na przewodach wysokiego napięcia — odłożyłem ją na półkę i postanowiłem zignorować. Miałem swoje książki do napisania. Miałem swoje tematy. Miałem swoje uporządkowane, racjonalne, bezpieczne życie, w którym sport rozgrywany jest na płaskich, horyzontalnych powierzchniach, w butach, przy udziale rozsądnej liczby zawodników i bez udziału skorpionów.

Tydzień później — nie mogąc zasnąć z powodów, które nie mają związku z tą książką — sięgnąłem po maszynopis. Przeczytałem pierwszy rozdział. Potem drugi. O trzeciej w nocy czytałem o ludziach wiszących na przewodach elektroenergetycznych pod napięciem dwustu dwudziestu tysięcy woltów i kopiących piłkę nożną w okolicach Konina, i płakałem. Nie ze strachu. Nie ze smutku. Z czegoś, na co nie mam dobrego słowa — z poczucia, że oto ktoś napisał książkę o tym, czym naprawdę jest człowiek, ale zrobił to pod pozorem pisania o sporcie.

Bo „Kuriozalia piłkarskie” nie są książką o sporcie. A raczej — nie są tylko książką o sporcie. Są książką o ludzkiej naturze, opisaną przez pryzmat najbardziej szalonych, najbardziej niebezpiecznych, najbardziej nieuzasadnionych aktywności, jakie wymyślił gatunek, który — przypomnijmy — potrafi budować teleskopy kosmiczne, komponować symfonie i leczyć raka, ale który jednocześnie postanawia grać w piłkę nożną na pionowej ścianie skalnej, w stalowej rurze o średnicy jednego jarda i na boisku zasypanym rozgrzanym do czerwoności koksem.

Autor tej książki — którego nazwiska nie wymienię, bo sam prosił o anonimowość, twierdząc, że „książka powinna mówić sama za siebie, a autor powinien stać z boku i nie przeszkadzać” — zrobił coś, co wydaje mi się niezwykłe. Napisał książkę reportażową, która czyta się jak powieść przygodową. Napisał książkę o sporcie, która czyta się jak traktat filozoficzny. I napisał książkę o szaleństwie, która czyta się jak list miłosny — list miłosny do ludzkości, do jej uporu, do jej absurdalnej, nieredukowalnej potrzeby gry.

Bo czym jest gra? Czym jest sport? Pytanie to — stare jak cywilizacja, stawiane przez Platona, Huizingę, Caillois’a — w „Kuriozaliach piłkarskich” otrzymuje odpowiedź tak prostą i tak głęboką, że mógłby ją sformułować dziecko albo mędrzec: gra jest tym, co robimy, kiedy nie musimy. Kiedy nikt nas nie zmusza. Kiedy racjonalność mówi „nie”, a coś głębszego — coś starszego niż racjonalność, starszego niż język, starszego niż myśl — mówi „tak”.

Ludzie w tej książce mówią „tak”. Mówią „tak” pionowym ścianom skalnym, na których wspinają się, żeby kopnąć piłkę. Mówią „tak” żołądkom wielorybów, w których grają w piłkę po mokrej, różowej, pulsującej powierzchni. Mówią „tak” spadaniu z pięciu i pół tysiąca metrów z piłką i wiklinowym koszem na plecach. Mówią „tak” stalowym rurom, w których czołgają się ze skorpionami pod stopami. Mówią „tak” rozgrzanemu koksowi, po którym tańczą boso. Mówią „tak” kontenerom zasypanym pod sześćdziesięcioma metrami ziemi. Mówią „tak” boiskom, na których stoi cztery tysiące ludzi, otoczonym barierą pod napięciem. Mówią „tak” bagnom Pantanalu, gdzie grają na szczudłach w towarzystwie stu jaguarów i stu kapibar. Mówią „tak” szklane sufitom, pod którymi biegają w kucki. Mówią „tak” workom cementu na plecach, chodzeniu na rękach i rozsuwającym się dachom, z których spadają, śpiewając hymny swoich drużyn.

Mówią „tak”, choć każdy rozsądny argument mówi „nie”.

I to „tak” — to irracjonalne, niewymuszone, piękne „tak” — jest tematem tej książki.

Muszę powiedzieć kilka słów o stylu, bo styl tej książki jest jednym z jej największych osiągnięć. Autor pisze jak ktoś, kto siedzi naprzeciwko ciebie w barze — nie w eleganckim barze, nie w koktajlbarze, lecz w takim barze, w którym stoły są lepkie, piwo jest ciepłe i rozmowy trwają do rana. Pisze prosto, ale nie prostacko. Pisze z humorem, ale nigdy nie kosztem bohaterów. Pisze o śmierci — a w tej książce ludzie umierają, bo sporty kuriozalne są sporty niebezpiecznymi — z szacunkiem, bez patosu, bez taniej sensacji.

Dialogi — prowadzone w konwencji, która od pierwszej strony wciąga czytelnika w intymność rozmowy — są żywe, różnorodne, pełne charakterów. Kiedy mówi Arjun Mahato, twórca piłki nożnej żarowej z Jamshedpuru, słychać ciepło i dumę człowieka, którego stopy znają ogień. Kiedy mówi sir Reginald Fortescue-Hawthorne, twórca piłki gromadnej, słychać chłodną precyzję arystokraty, który uważa, że sport powinien być dla wszystkich, nawet, jeśli „wszystkich” oznacza cztery tysiące ludzi na jednym boisku. Kiedy mówi Serhij Bondarenko, ukraiński górnik grający w piłkę w kontenerze pod sześćdziesięcioma metrami ziemi — a grający w czasie, kiedy nad ziemią spadały rosyjskie rakiety — słychać ciszę, która jest głośniejsza niż jakikolwiek krzyk.

Autor ma dar — rzadki, cenny, niezbywalny — pisania o ludziach z szacunkiem. Każda postać w tej książce — od genialnych szaleńców, którzy wymyślili te sporty, przez zawodników, którzy w nich grają, po lekarzy, którzy potem naprawiają to, co sporty zepsują — jest potraktowana jako pełny, złożony, trójwymiarowy człowiek. Nie ma tu karykatur. Nie ma błaznów. Są ludzie, którzy robią niesamowite, absurdalne, niebezpieczne rzeczy — i którzy robią je z powodów, które, kiedy siedzisz naprzeciwko nich i słuchasz, okazują się głębokie, osobiste i ludzkie.

Jest w tej książce motyw, który pojawia się raz za razem, w każdym rozdziale, jak refren pieśni — motyw granicy. Każdy sport kuriozalny jest przekroczeniem granicy. Granicy fizycznej — bo ludzkie ciało nie jest zaprojektowane do wiszenia na przewodach wysokiego napięcia ani do biegania po rozgrzanym koksie. Granicy psychicznej — bo ludzki umysł protestuje, kiedy zamykasz go w kontenerze pod ziemią lub wyrzucasz z samolotu z wiklinowym koszem na plecach. Granicy społecznej — bo świat mówi „nie rób tego”, a oni robią. Granicy śmiertelności — bo w kilku sportach opisanych w tej książce ludzie ginęli, i autor nie ukrywa tego faktu, nie bagatelizuje go, nie romantyzuje.

Ale jest też granica inna — granica między tym, co absurdalne, a tym, co wzniosłe. I „Kuriozalia piłkarskie” poruszają się po tej granicy z gracją linoskoczka, nie spadając ani w jedną, ani w drugą stronę. Książka nigdy nie staje się parodią — bo autor szanuje swoich bohaterów zbyt głęboko, żeby się z nich śmiać. I nigdy nie staje się panem — bo autor ma zbyt dobre poczucie humoru, żeby traktować piłkę nożną w brzuchu wieloryba z powagą traktatu naukowego.

Wynik jest rzadki i cenny: książka, która jest jednocześnie zabawna i poważna. Która sprawia, że się śmiejesz — a chwilę później, w tym samym akapicie, sprawia, że zaciskasz gardło i mrugasz, bo w oczach pojawiła się wilgoć, której się nie spodziewałeś.

Kilka rozdziałów zasługuje na szczególne wyróżnienie — choć wyróżnianie poszczególnych rozdziałów w książce, w której każdy jest arcydziełem gatunku, jest jak wybieranie ulubionego dziecka. Mimo to.

Rozdział o piłce nożnej napowietrznej — siedemdziesiąt sekund meczu rozgrywanego w swobodnym spadaniu z pięciu i pół tysiąca metrów — jest, moim zdaniem, jednym z najlepszych tekstów o sporcie ekstremalnym, jakie kiedykolwiek napisano. Scena finałowa, w której Jake Morrison łapie piłkę rękoma — celowy faul, absurdalny gest — i tłumaczy, dlaczego to zrobił, jest momentem literackim tak czystym i tak prawdziwym, że trudno uwierzyć, iż opisuje sport, który większość ludzi uznałaby za szaleństwo.

Rozdział o piłce nożnej podziemnej — mecz w kontenerze pod sześćdziesięcioma metrami ziemi, w czasie rosyjskiej inwazji na Ukrainę — jest czymś więcej niż reportażem sportowym. Jest świadectwem. Świadectwem tego, co ludzie robią, kiedy świat się wali — kiedy nad głowami spadają bomby, a jedynym bezpiecznym miejscem jest stalowe pudełko pogrzebane w ziemi, z piłką, dwudziestoma dwoma ludźmi i stu dwudziestoma skorpionami.

Rozdział o piłce nożnej cementowej — Nigeryjczycy grający z pięćdziesięciokilogramowymi workami cementu na plecach — jest portretem godności ludzi, których świat nie widzi. Scena, w której Okafor klęczy na murawie po strzeleniu gola i płacze, bo chce, żeby jego ojciec — murarz, który nosił cement przez trzydzieści lat — usłyszał oklaski, jest jedną z najbardziej poruszających scen w całej literaturze sportowej.

A rozdział o piłce nożnej dachowej — o rozsuwającym się dachu Singapurskiego Stadionu Narodowego, o kurczącym się boisku, o ostatnim zawodniku, który stoi na pasku metalu sześćdziesiąt metrów nad ziemią i śpiewa hymn swojej drużyny — jest poetycki w sposób, który wykracza daleko poza to, czego oczekujemy od literatury faktu. Kiedy Park Sung-ho śpiewa „Arirang” na dachu stadionu, stojąc na krawędzi nicości, i kiedy pięćdziesiąt pięć tysięcy ludzi na trybunach milknie, żeby słuchać — czytelnik milknie razem z nimi. I w tej ciszy — w ciszy książki, bo książka potrafi być cicha — słychać coś, co jest większe niż sport, większe niż literatura, większe niż cokolwiek, co potrafimy nazwać.

Muszę powiedzieć jeszcze jedno. „Kuriozalia piłkarskie” są książką, która zmienia perspektywę. Przed przeczytaniem jej myślałem, że wiem, czym jest sport. Że sport to rywalizacja, sprawność fizyczna, zasady, wynik. Po przeczytaniu — wiem, że sport jest czymś znacznie prostszym i znacznie głębszym. Sport jest odpowiedzią na pytanie, które ludzkość zadaje sobie od zarania dziejów: co zrobię z wolnością? Co zrobię z ciałem, które mam? Co zrobię z czasem, który mi został?

Ludzie w tej książce odpowiadają: kopnę piłkę. Na pionowej ścianie. W żołądku wieloryba. Spadając z nieba. W rurze. Pod ziemią. Na ogniu. Na rękach. Pod szkłem. Z cementem na plecach. Na drutach pod napięciem. Na bagnie, na szczudłach, w towarzystwie jaguarów.

Kopnę piłkę, bo piłka jest jedyną rzeczą, która ma sens w świecie, który sensu nie ma.

To jest przesłanie tej książki. I to jest przesłanie, które — kiedy zamkniesz ostatnią stronę i odłożysz książkę na stolik — zostanie z tobą. Nie na godziny. Nie na dni. Na zawsze.

Czytajcie „Kuriozalia piłkarskie”. Czytajcie powoli, bo ta książka nie lubi pośpiechu. Czytajcie z otwartym umysłem, bo ta książka wymaga otwartości. I czytajcie z szacunkiem — dla autora, dla bohaterów, dla piłki, która krąży gdzieś między niebem a ziemią, między sensem a absurdem, między życiem a śmiercią.

I która zawsze — zawsze — jest warta kopnięcia.

Warszawa, wiosna 2025Piłka nożna pionowa

Są takie dyscypliny sportowe, które rodzą się z nudy. Są takie, które powstają z desperacji. I są wreszcie takie, które mogą narodzić się wyłącznie w głowach ludzi, którzy spojrzeli na pionową ścianę skalną i pomyśleli: a gdyby tak zagrać tutaj w piłkę nożną?

Piłka nożna pionowa — bo tak właśnie, bez żadnych ozdobników i eufemizmów, nazywa się ta dyscyplina — jest sportem, który łamie wszystkie zasady zdrowego rozsądku. Łamie je z rozmachem, z premedytacją i z pewnego rodzaju radosnym szaleństwem, które towarzyszy ludziom zdolnym do postawienia na głowie czegoś, co przez ponad sto pięćdziesiąt lat funkcjonowało w pozycji horyzontalnej. Ktoś wziął boisko, obrócił je o dziewięćdziesiąt stopni i powiedział: gramy.

I zaczęli grać.

Zanim jednak opowiem o tym, jak wygląda mecz piłki nożnej pionowej — a wygląda, zapewniam, jak coś, czego żaden scenarzysta Hollywood nie odważyłby się zaproponować producentowi — muszę cofnąć się do początków. A początki, jak to zwykle bywa w przypadku najbardziej szalonych pomysłów ludzkości, są zaskakująco prozaiczne.

Rok 2011. Miasteczko Castelmezzano we włoskiej Basilicacie. Region, który przez dekady był synonimem biedy, emigracji i zapomnienia. Dolomity Lukańskie — spektakularne iglice skalne sterczące nad miasteczkiem jak palce olbrzyma wbite w ziemię — przyciągały wprawdzie turystów, ale nie na tyle wielu, żeby zapełnić opustoszałe domy i zapewnić pracę młodym ludziom, którzy uciekali do Neapolu lub Rzymu, skoro tylko skończyli szkołę.

Marco Beltrami, burmistrz Castelmezzano, człowiek o posturze niedźwiedzia i temperamencie dynamitu, miał obsesję na punkcie promocji swojego miasteczka. To on wcześniej doprowadził do powstania słynnego Volo dell’Angelo — tyrolki rozpiętej między Castelmezzano a sąsiednim Pietrapertosa, na której turyści przelatywali nad przepaścią z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę. Ale Beltrami chciał czegoś więcej. Czegoś, co byłoby tak absurdalne, tak niepowtarzalne, że media z całego świata nie mogłyby tego zignorować.

Legenda głosi — a w przypadku sportów kuriozalnych legenda jest często jedynym wiarygodnym źródłem — że pomysł narodził się podczas niedzielnego obiadu, kiedy Beltrami oglądał w telewizji mecz Serie A i jednocześnie słuchał swojego szwagra Tonina, który opowiadał o weekendowej wyprawie wspinaczkowej.

— Te twoje skały — powiedział podobno Beltrami, nie odrywając wzroku od ekranu, na którym Juventus atakował bramkę Napoli — są do niczego, jeśli nie postawisz na nich bramki.

Tonino, który akurat wkładał do ust widelec z rigatoni, zastygł w bezruchu.

— Jakiej bramki? — zapytał.

— Piłkarskiej — odpowiedział Beltrami z absolutną powagą. — Właściwie to dwóch bramek. Jednej na górze, drugiej na dole.

Tonino odłożył widelec. Przez dłuższą chwilę patrzył na szwagra, próbując ustalić, czy ten żartuje. Beltrami nie żartował. Beltrami nigdy nie żartował, kiedy chodziło o promocję Castelmezzano.

Żona Beltramiego, donna Lucia, kobieta o niezwykłej cierpliwości i jeszcze większej zdolności do ignorowania szalonych pomysłów męża, zabrała ze stołu talerze i rzuciła przez ramię:

— Marco, jedź lepiej do Poterry i kup mi mąkę, zamiast gadać głupoty.

Ale głupoty, które głosi człowiek z obsesją, mają to do siebie, że czasem zamieniają się w rzeczywistość.

Sześć miesięcy później, w marcu 2012 roku, na wschodniej ścianie skały La Civita — trzydziestometrowej, niemal pionowej płycie skalnej o nachyleniu osiemdziesięciu pięciu stopni — zamontowano dwie konstrukcje bramkowe. Jedna u szczytu, wbudowana w krawędź, z siatką zwisającą w dół. Druga u podnóża, osadzona w skale na wysokości dwóch metrów nad ziemią, z siatką odchyloną na zewnątrz, żeby łapać piłki spadające z góry. Na środku ściany, na wysokości piętnastu metrów, zamontowano specjalny uchwyt — magnetyczny zaczep, w którym umieszczano piłkę przed każdym rozpoczęciem gry.

Piłka. O piłce trzeba powiedzieć osobno, bo piłka w piłce nożnej pionowej jest obiektem tak osobliwym, że zasługuje na własny akapit. Otóż jest to standardowa piłka nożna rozmiar piąty, ale z jedną kluczową modyfikacją: ma wbudowany rdzeń magnetyczny o regulowanej sile przyciągania. Przed rozpoczęciem meczu piłka jest przymocowana do centralnego uchwytu na ścianie. Kiedy sędzia daje sygnał — gwizdek, ale wzmocniony megafonem, bo na pionowej ścianie tradycyjny gwizdek ginie w szumie wiatru — magnes zostaje dezaktywowany zdalnie i piłka odpada od ściany. Od tego momentu zaczyna się piekło.

Bo piłka nożna pionowa rządzi się tymi samymi zasadami co jej horyzontalna krewna — z wyjątkiem jednej, fundamentalnej różnicy. Boiskiem jest ściana. Grawitacja działa na piłkę i na zawodników. I każdy, kto odpadnie od skały — bez względu na okoliczności, bez względu na to, czy został popchnięty, czy sam stracił chwyt — jest natychmiast i bezapelacyjnie dyskwalifikowany. Nie ma drugiej szansy. Nie ma VAR-u dla grawitacji.

Pierwsze oficjalne rozgrywki odbyły się dwunastego maja 2012 roku. Grały dwa zespoły pięcioosobowe — bo na trzydziestometrowej ścianie jedenastu zawodników po prostu nie zmieściłoby się w żaden sensowny sposób. Drużyna Górna, umieszczona na szczycie ściany, schodziła w dół w kierunku piłki. Drużyna Dolna, startująca od podnóża, wspinała się ku górze. Bramka drużyny Górnej znajdowała się na dole — musiała bronić dolnej bramki, atakując jednocześnie tę na górze. Drużyna Dolna broniła górnej bramki i atakowała dolną.

Brzmi to jak przepis na chaos. I jest to przepis na chaos.

Ale chaos — jak przekonali się widzowie pierwszego meczu, zgromadzeni na małym placu u podnóża La Civita — ma swoją własną, hipnotyczną logikę.

Rozmawiałem z Gianlucą Ferrarinim, jednym z pięciu zawodników, którzy zagrali w tym historycznym pierwszym meczu, w drużynie Dolnej. Ferrarini jest z zawodu przewodnikiem wspinaczkowym, ma czterdzieści siedem lat, twarz pooraną zmarszczkami jak mapa topograficzna i dłonie, które wyglądają jak wykonane z surowej skóry. Spotkaliśmy się w barze na głównym placu Castelmezzano, przy espresso tak mocnym, że łyżeczka niemal stała w filiżance pionowo.

— Pamiętasz ten pierwszy mecz? — zapytałem.

Ferrarini roześmiał się. Był to śmiech człowieka, który widział rzeczy, których nie powinien był widzieć.

— Pamiętam, że byłem przerażony — powiedział. — I pamiętam, że udawałem, że nie jestem przerażony, bo Angelo, nasz kapitan, powiedział przed meczem coś, czego nigdy nie zapomnę.

— Co powiedział?

— Powiedział: chłopaki, na tej ścianie nie ma miejsca na strach. Strach waży za dużo. Zostawcie go na dole.

Angelo Cataldi, legendarny kapitan pierwszej drużyny Dolnej, człowiek, który później stał się twarzą piłki nożnej pionowej, nie żyje od trzech lat. Zginął nie na ścianie — co byłoby przewrotnie poetyckie — ale w wypadku samochodowym na autostradzie A3, wracając z zawodów we Francji. Miał czterdzieści jeden lat. Kiedy rozmawiałem z ludźmi, którzy go znali, każdy bez wyjątku mówił to samo: Angelo nie bał się niczego oprócz nudy.

— Angelo miał taką filozofię — opowiadał mi Ferrarini, kręcąc filiżanką na spodku — że sport, który nie może cię zabić, nie jest wart uprawiania. Mówił to z uśmiechem, więc nigdy nie wiadomo było, czy żartuje. Z perspektywy czasu myślę, że nie żartował.

Pierwszy mecz trwał dwadzieścia trzy minuty. Regulaminowy czas gry wynosił dwa razy po piętnaście minut, ale mecz został przerwany w dwudziestej trzeciej minucie, kiedy trzech z pięciu zawodników drużyny Górnej odpadło od ściany w ciągu jednej akcji. Nikt nie odniósł poważnych obrażeń — pod ścianą rozłożone były materace asekuracyjne, takie same jak te używane w boulderingu — ale organizatorzy uznali, że kontynuowanie gry w składzie dwóch przeciwko czterem mija się z celem.

Wynik: trzy do jednego dla drużyny Dolnej.

Jedynego gola dla drużyny Górnej strzelił — a właściwie powinno się powiedzieć: zrzucił — Matteo Bianchi, dziewiętnastoletni student z Matery, który jednocześnie grał w piłkę nożną w lokalnej lidze amatorskiej i wspinał się po skałach od dziecka. Bianchi kopnął piłkę z wysokości dwunastu metrów, celując w dolną bramkę. Piłka odbiła się od ściany, zmieniła kierunek, trafiła w ramię jednego z obrońców drużyny Dolnej — który na skutek uderzenia o mało nie stracił chwytu i cudem utrzymał się na ścianie — a następnie wpadła do siatki bramki dolnej.

Tłum na placu oszalał.

— To było jak oglądanie czegoś, co nie powinno istnieć — powiedział mi później Bianchi, dziś trzydziestodwuletni trener piłki nożnej pionowej i współwłaściciel szkoły wspinaczkowej w Materze. — Jak oglądanie kota grającego na pianinie. Wiesz, że to jest absurdalne, ale nie możesz oderwać oczu.

Zasady piłki nożnej pionowej ewoluowały przez lata, ale ich rdzeń pozostał zaskakująco wierny oryginalnemu pomysłowi Beltramiego. Boisko to pionowa ściana skalna o wysokości od dwudziestu do czterdziestu metrów i szerokości od dziesięciu do dwudziestu metrów. Ściana musi mieć nachylenie nie mniejsze niż siedemdziesiąt pięć stopni — poniżej tego progu gra traci swój pionowy charakter i zamienia się, jak to ujął jeden z krytyków, w zwykłą zabawę na pochyłej łące.

Drużyny liczą po pięciu zawodników. Każdy zawodnik jest ubrany w strój wspinaczkowy — buty wspinaczkowe z lepką gumą na podeszwach, kask, uprząż z linką asekuracyjną przymocowaną do ściany. I tu dochodzimy do jednego z najbardziej kontrowersyjnych elementów gry: asekuracja. Oficjalny regulamin Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej Pionowej — tak, taka federacja istnieje, założona w 2014 roku z siedzibą, jakżeby inaczej, w Castelmezzano — stanowi wyraźnie, że linka asekuracyjna służy wyłącznie do ochrony zawodnika po upadku. Nie może być używana do utrzymywania się na ścianie, do huśtania się w kierunku piłki ani do blokowania przeciwników. Zawodnik, który odpadnie od ściany i zawiśnie na lince, jest dyskwalifikowany — linka ratuje mu życie, ale nie ratuje go przed wyrzuceniem z meczu.

To rozróżnienie — linka chroni ciało, ale nie chroni przed dyskwalifikacją — jest jednym z tych genialnych paradoksów, które nadają piłce nożnej pionowej jej unikalny charakter. Zawodnik wisi bezpiecznie na lince po upadku, ale z perspektywy rywalizacji sportowej już nie istnieje. Jego mecz się skończył. Musi zostać opuszczony na ziemię lub wyciągnięty na szczyt, w zależności od tego, co jest bliżej, i usiąść na ławce rezerwowych, obserwując, jak jego drużyna walczy w osłabieniu.

— To jest właśnie piękno tego sportu — powiedziała mi kiedyś Yuki Tanaka, japońska wspinaczka i zawodniczka piłki nożnej pionowej, która w 2019 roku zdobyła z reprezentacją Japonii brązowy medal na mistrzostwach świata w Arco we Włoszech. — W tradycyjnej piłce nożnej możesz udawać kontuzję, możesz symulować, możesz oszukiwać sędziego. Tutaj nie oszukasz grawitacji. Albo trzymasz się ściany, albo spadasz. I kiedy spadasz, to koniec. Nie ma dyskusji.

Yuki Tanaka jest postacią, o której trzeba powiedzieć więcej, bo uosabia typ sportowca, który mógł narodzić się wyłącznie w piłce nożnej pionowej. Ma metr pięćdziesiąt cztery wzrostu i waży czterdzieści siedem kilogramów. W tradycyjnej piłce nożnej byłaby zbyt drobna, zbyt lekka, zbyt — powiedzmy to wprost — mała. Ale na pionowej ścianie jej rozmiar jest atutem. Jest szybka jak gekon, precyzyjna jak chirurg i potrafi wcisnąć się w szczeliny skalne, w które żaden stukilogramowy napastnik nie zmieściłby nawet ręki.

— Kiedy pierwszy raz zobaczyłam nagranie piłki nożnej pionowej — opowiadała mi przy herbacie w tokijskiej dzielnicy Shinjuku — pomyślałam, że to fake. Że to komputerowe efekty specjalne. Potem obejrzałam drugi raz. I trzeci. I za czwartym razem zaczęłam szukać informacji, jak mogę w tym zagrać.

— I jak zareagowali twoi bliscy?

— Moja matka powiedziała, że powinnam iść do psychiatry. Mój ojciec powiedział, że powinnam iść do psychiatry, ale że on pójdzie ze mną, bo też chciałby spróbować.

Mecz piłki nożnej pionowej jest widowiskiem, które działa na zmysły z intensywnością, jakiej nie oferuje żaden inny sport. Wyobraźcie sobie: pionowa ściana skalna, oświetlona — jeśli mecz odbywa się wieczorem — potężnymi reflektorami zamontowanymi na przeciwległym zboczu. Na ścianie dziesięcioro ludzi w kolorowych strojach, przyczepionych do skały jak kolorowe owady na tablicy entomologa. Na środku ściany piłka — biała z czarnymi łatami, klasyczna, absurdalnie normalna na tle tego całego szaleństwa — przymocowana magnetycznie do centralnego uchwytu.

Gwizdek sędziego. Magnes się wyłącza. Piłka odpada od ściany i zaczyna spadać.

I wtedy rozpętuje się piekło.

Drużyna Dolna — wspinacze, którzy startują od podnóża — rzuca się w górę, próbując dotrzeć do piłki, zanim ta spadnie zbyt nisko. Drużyna Górna — zawodnicy, którzy zaczynają od szczytu — zjeżdża w dół, schodząc po ścianie z kontrolowaną desperacją, próbując przechwycić piłkę w powietrzu lub na jednej z półek skalnych.

Bo piłka w piłce nożnej pionowej nie leci prosto w dół. Ściana jest nierówna, pełna występów, zagłębień, rys i półeczek, od których piłka się odbija, zmieniając kierunek w sposób absolutnie nieprzewidywalny. Jednym z kluczowych elementów gry jest czytanie trajektorii piłki — umiejętność, którą weterani opisują jako coś pomiędzy intuicją a jasnowidzeniem.

— Musisz myśleć jak piłka — powiedział mi Ricardo Gomez, Argentyńczyk, trzykrotny mistrz świata, uważany za najlepszego zawodnika w historii tej dyscypliny. — Musisz czuć, jak skała ją odbije, zanim to nastąpi. To nie jest coś, czego można się nauczyć z podręcznika. Albo to czujesz, albo nie.

Gomez jest fenomenem. Ma metr osiemdziesiąt pięć, waży osiemdziesiąt kilogramów — zdecydowanie za dużo jak na wspinacza, zdecydowanie za mało jak na klasycznego napastnika — i porusza się po ścianie z gracją, która zaprzecza fizyce. Kiedy gra, wygląda, jakby grawitacja zawarła z nim osobisty układ: ja cię nie ściągnę, a ty daj ludziom coś, na co warto patrzeć.

— Ricardo jest kosmitą — powiedział o nim Ferrarini, a z ust człowieka, który sam jest legendą tego sportu, to słowa, które nie padają lekko. — Widziałem, jak kopnął piłkę wisząc na jednej ręce, na wysokości dwudziestu metrów, z taką precyzją, że wpadła do górnej bramki, nie dotykając siatki po bokach. To było niemożliwe. A on to zrobił.

Taktyka w piłce nożnej pionowej jest fascynująca, bo musi uwzględniać wymiar, którego tradycyjna piłka nożna nie zna: pionowość. W klasycznej piłce nożnej masz długość i szerokość boiska. Tutaj masz wysokość i szerokość. I wysokość zmienia wszystko.

Drużyna Dolna ma naturalną przewagę w obronie dolnej bramki — jest bliżej, może szybciej reagować. Ale ma ogromną wadę: musi wspinać się w górę, żeby atakować, co jest nieporównanie trudniejsze i wolniejsze niż schodzenie w dół. Drużyna Górna może atakować szybko — schodzenie jest łatwiejsze niż wspinanie — ale za to jest narażona na coś, co w żargonie piłki nożnej pionowej nazywa się efektem lawiny.

Efekt lawiny to sytuacja, w której zawodnik drużyny Górnej, schodząc zbyt szybko, traci kontrolę i spada, uderzając po drodze w swoich kolegów z drużyny i powodując kaskadową dyskwalifikację. W historii rozgrywek zdarzały się mecze, w których cała drużyna Górna została wyeliminowana w ciągu jednej akcji — jeden zawodnik spadł na drugiego, ten na trzeciego, i w ciągu kilku sekund pięciu ludzi wisiało na linkach asekuracyjnych, machając bezradnie nogami nad przepaścią.

Najbardziej spektakularny przypadek efektu lawiny miał miejsce podczas półfinału mistrzostw świata w 2021 roku w Kalymnos w Grecji. Drużyna Niemiec, faworyt turnieju, prowadziła dwa do zera z Koreą Południową. W trzydziestej drugiej minucie kapitan Niemiec, Hans-Peter Krüger, ruszył w dół z agresywnym podaniem, próbując rozegrać piłkę z Maxem Brennerem, który czekał na niego pięć metrów niżej. Krüger stracił chwyt na mokrej — padał lekki deszcz, co jest koszmarem w tej dyscyplinie — płycie skalnej i runął w dół.

Brenner, który patrzył w górę, próbując śledzić piłkę, nie zdążył się usunąć. Krüger uderzył w niego ramieniem. Brenner odpadł. Obaj spadli na Lukasa Webera, obrońcę, który wisząc na niewielkiej półce, czekał na rozwój akcji. Weber odpadł. Trójka spadających zawodników minęła — cudem — czwartego Niemca, Felixa Hartmanna, który wcisnął się w szczelinę i patrzył z przerażeniem, jak jego trzej koledzy przelatują obok niego. Piąty Niemiec, bramkarz Thomas Engel, stojący na stabilnej półce tuż nad dolną bramką, zdążył tylko powiedzieć jedno słowo — które mikrofony zarejestrowały z boleśnie wyraźną precyzją — zanim piłka, odbita od kolana spadającego Krügera, wpadła mu między nogami do bramki.

To słowo, którego nie przytoczę ze względu na czytelników niepełnoletnich, stało się jednym z najczęściej cytowanych momentów w historii piłki nożnej pionowej.

Korea Południowa wygrała ten mecz cztery do dwóch.

Nie sposób pisać o piłce nożnej pionowej, nie poruszając tematu, który jest słoniem w pokoju — a właściwie słoniem na ścianie: bezpieczeństwa. Krytycy tego sportu — a jest ich wielu, głośnych i zdeterminowanych — wskazują, że jest to dyscyplina z natury niebezpieczna, w której kontuzje są nie tyle ryzykiem, co gwarancją.

Mają rację. Statystyki mówią same za siebie: w ciągu pierwszych dziesięciu lat istnienia piłki nożnej pionowej odnotowano siedemset dwadzieścia trzy kontuzje podczas oficjalnych rozgrywek, w tym czterdzieści dwa złamania, sto osiemnaście skręceń, dwieście sześćdziesiąt jeden otarcia i zadrapania na tyle poważne, że wymagały interwencji medycznej, oraz — i tu głos krytyków staje się szczególnie donośny — trzy przypadki urazów kręgosłupa.

Nikt nie zginął. Ten fakt obrońcy sportu powtarzają jak mantrę, i jest to mantra, która ma w sobie siłę. Nikt nie zginął, bo system asekuracji działa, bo materace u podnóża ściany są grube i profesjonalne, bo zawodnicy są przeszkoleni, bo regulamin jest surowy, a sędziowie bezwzględni w egzekwowaniu zasad bezpieczeństwa.

— Ludzie giną grając w tradycyjną piłkę nożną — powiedział mi Beltrami, kiedy spotkaliśmy się w jego biurze w ratuszu Castelmezzano. — Ludzie giną jeżdżąc na rowerze, pływając, biegając maratony. My mamy zero zgonów w dziesięciu latach. Zero. Pokaż mi inny sport ekstremalny z takim rekordem.

— Ale trzy urazy kręgosłupa… — zacząłem.

— Trzy — przerwał mi Beltrami, pochylając się nad biurkiem z intensywnością człowieka, który prowadził tę dyskusję już tysiąc razy. — Trzy, w ciągu dziesięciu lat, przy tysiącach rozegranych meczów. W futbolu amerykańskim masz trzy urazy kręgosłupa w ciągu jednego weekendu. Nikt nie zamyka NFL.

Argument Beltramiego jest celny, choć nie do końca uczciwy — skala piłki nożnej pionowej i futbolu amerykańskiego jest nieporównywalna. Ale faktem jest, że sport ten ma znacznie lepszy bilans bezpieczeństwa, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Linka asekuracyjna, choć nie chroni przed dyskwalifikacją, chroni przed śmiercią. I to jest kompromis, na który zawodnicy godzą się świadomie i z pełną odpowiedzialnością.

Jest jednak aspekt piłki nożnej pionowej, o którym mówi się zdecydowanie za mało, a który jest — moim zdaniem — prawdziwą istotą tego sportu. Jest to aspekt psychologiczny.

Rozmawiałem z dr Eleną Rossi, psycholog sportową z Uniwersytetu w Bolonii, która od 2016 roku pracuje z zawodnikami piłki nożnej pionowej i jest autorką jedynej jak dotąd monografii naukowej na ten temat: „Vertical Minds: The Psychology of Upward Football”.

— Piłka nożna pionowa robi z mózgiem coś, czego żaden inny sport nie robi — powiedziała mi dr Rossi, poprawiając okulary w czerwonych oprawkach, które nadawały jej wygląd raczej artystki niż naukowca. — Zmusza mózg do jednoczesnego przetwarzania dwóch sprzecznych zestawów informacji. Z jednej strony mózg musi zarządzać wspinaczką — chwytami, pozycją ciała, równowagą, asekuracją. Z drugiej strony musi zarządzać grą — pozycją piłki, ruchami przeciwników, taktyką. Te dwa zadania wykorzystują częściowo te same zasoby neurologiczne, i mózg musi nieustannie przełączać się między nimi. To jest wyczerpujące w sposób, którego żaden inny sport nie replikuje.

— Jak to wpływa na zawodników?

— Na dwa sposoby. Niektórzy się łamią. Dosłownie — ich mózg nie wytrzymuje obciążenia i albo zapominają o wspinaczce i spadają, albo zapominają o grze i stoją na ścianie jak posągi. Ale ci, którzy się nie łamią, osiągają stan, który w psychologii sportu nazywamy przepływem, flow — ale w wersji tak intensywnej, jakiej nie obserwujemy nigdzie indziej. Moi badani opisują to jako uczucie, że czas się zatrzymuje, że widzą wszystko jednocześnie, że ściana, piłka i przeciwnicy stają się jednym spójnym obrazem. To jest — i mówię to jako naukowiec, nie jako poetka — rodzaj transcendencji.

Transcendencja na pionowej ścianie skalnej, z piłką odbijającą się od kamieni nad głową i przeciwnikiem próbującym kopnąć cię w bark — brzmi to absurdalnie, ale ci, którzy tego doświadczyli, mówią o tym z nabożnym szacunkiem.

— Był taki moment — opowiadał mi Gomez, a jego zwykle ironiczne oczy na chwilę złagodniały — podczas finału mistrzostw świata w 2022 roku. Wisiałem na ścianie, na wysokości może osiemnastu metrów, na jednej ręce i jednej nodze. Piłka leciała w moją stronę, odbiła się od występu skalnego i zmieniła kierunek. I ja wiedziałem — nie zgadywałem, nie liczyłem, nie myślałem — po prostu wiedziałem, dokąd poleci. Puściłem jedną nogę, odbiłem się od ściany i kopnąłem piłkę w locie, wisząc na jednej ręce, dwadzieścia metrów nad ziemią. I piłka wpadła do bramki. I przez tę jedną sekundę, kiedy byłem w powietrzu, czułem się absolutnie wolny. Wolny od grawitacji, wolny od strachu, wolny od wszystkiego. To był najpiękniejszy moment mojego życia.

Następnie dodał, po dłuższej pauzie:

— A potem złapałem się z powrotem ściany i prawie zwymiotowałem ze strachu. Ale to już jest inna historia.

Piłka nożna pionowa rozrosła się od tamtego pierwszego meczu w Castelmezzano w sposób, którego nikt — łącznie z Beltramim — nie przewidział. W 2024 roku federacja zrzeszała dwadzieścia sześć krajów członkowskich, od Włoch przez Japonię po Argentynę i Norwegię. Mistrzostwa świata odbywają się co dwa lata, za każdym razem w innej lokalizacji — dotychczas grano w Castelmezzano, Kalymnos, Arco, Fontainebleau i Siurana. Rośnie liczba ścian sztucznych budowanych specjalnie na potrzeby tego sportu, co pozwala na treningi i rozgrywki w miejscach, gdzie nie ma naturalnych formacji skalnych.

Ale purystom — a w każdym sporcie kuriozalnym purystów jest proporcjonalnie więcej niż w sportach mainstreamowych — ściany sztuczne nie smakują.

— To nie jest to samo — powiedział mi Ferrarini, kręcąc głową z dezaprobatą, kiedy zapytałem go o sztuczne ściany. — Sztuczna ściana jest przewidywalna. Wiesz, gdzie jest każdy chwyt, każdy występ. Naturalna skała jest żywa. Zmienia się z pogodą, z porą roku, z wilgotnością. Jeden dzień jest sucha i trzyma jak klej. Następnego dnia jest mokra i śliska jak mydło. To jest właśnie piękno tego sportu — nieprzewidywalność. Zabierz nieprzewidywalność, a zostanie ci cyrk.

Ferrarini jest w mniejszości. Większość zawodników, trenerów i działaczy federacji widzi w sztucznych ścianach przyszłość sportu — sposób na demokratyzację, na otwarcie drzwi dla zawodników z krajów, gdzie nie ma naturalnych ścian skalnych. Debata ta — naturalna kontra sztuczna, tradycja kontra postęp — jest jedną z tych, które definiują obecny moment piłki nożnej pionowej.

Jest jeszcze jedna historia, którą muszę opowiedzieć, zanim zamknę ten rozdział. Historia, która — moim zdaniem — mówi więcej o istocie piłki nożnej pionowej niż jakiekolwiek statystyki, regulaminy i analizy taktyczne.

Podczas mistrzostw świata w Siurana w Hiszpanii, w 2023 roku, w meczu grupowym między Włochami a Brazylią, doszło do zdarzenia, które przeszło do legendy. W dwudziestej siódmej minucie, przy stanie jeden do jednego, brazylijski napastnik Rafael dos Santos ruszył w dół ściany z piłką — trzymając ją między stopami, co jest jednym z najtrudniejszych manewrów w piłce nożnej pionowej — i natarł na włoskiego obrońcę, Marca Colombo. Colombo, próbując zablokować dos Santosa, wykonał desperacki ruch w bok i stracił chwyt lewą ręką.

Wisiał na jednej ręce, dwadzieścia dwa metry nad ziemią. Sędzia sięgnął po gwizdek, żeby przerwać grę — bo regulamin pozwala sędziemu przerwać grę w sytuacji bezpośredniego zagrożenia — ale zanim zdążył zagwizdać, dos Santos zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał.

Zatrzymał się.

Puścił piłkę — która potoczyła się w dół ściany, daleko od dolnej bramki — i wyciągnął rękę do Colombo.

— Łap — powiedział.

Colombo złapał. Dos Santos pomógł mu odzyskać stabilną pozycję na ścianie. Przez chwilę obaj wiszieli obok siebie, Brazylijczyk i Włoch, dysząc ciężko, patrząc sobie w oczy z odległości kilkunastu centymetrów.

— Dzięki — powiedział Colombo.

— Nie ma sprawy — odpowiedział dos Santos. — Ale następnym razem nie wchodź mi w drogę.

Sędzia nie przerwał gry. Piłka potoczyła się daleko od bramki i wyszła poza linie boiska — namalowane na ścianie fluorescencyjną farbą. Był rzut z boku. Gra toczyła się dalej.

Brazylia wygrała ten mecz trzy do dwóch. Dos Santos strzelił zwycięskiego gola w ostatniej minucie, akrobatycznym kopnięciem z przewrotki — co na pionowej ścianie wygląda jak coś, co wymyślił szalony bóg geometrii. Ale to nie gol zapamiętali widzowie. Zapamiętali moment, w którym napastnik puścił piłkę, żeby ratować przeciwnika.

Po meczu, na konferencji prasowej, ktoś zapytał dos Santosa, dlaczego to zrobił. Dlaczego zrezygnował z niemal pewnego gola, żeby pomóc rywalowi?

Dos Santos wzruszył ramionami.

— Bo na ścianie — powiedział — wszyscy jesteśmy po tej samej stronie.

— Jakiej stronie? — zapytał dziennikarz.

— Tej, która nie jest dołem.

Piłka nożna pionowa jest sportem absurdalnym. Jest niebezpieczna, niepraktyczna, kosztowna w organizacji i trudna do oglądania dla kogoś, kto ma lęk wysokości. Jej zasady brzmią jak żart, jej zawodnicy wyglądają jak szaleńcy, a jej przyszłość jest tak niepewna jak chwyt na mokrej skale.

Ale jest w niej coś, czego nie ma w żadnym innym sporcie na świecie. Jest w niej prawda — surowa, dosłowna, nienegocjowalna prawda grawitacji. Na pionowej ścianie nie da się udawać. Nie da się symulować. Nie da się kupić sędziego, bo sędzią jest fizyka. Albo trzymasz się skały, albo spadasz. Albo kopiesz piłkę, albo ją tracisz. Albo jesteś na ścianie, albo już cię nie ma.

W świecie sportu pełnym milionowych kontraktów, sponsorów, dopingu, korupcji i cynizmu, piłka nożna pionowa pozostaje enklawą czegoś pierwotnego. Czegoś, co ma więcej wspólnego z zabawą dzieci na podwórku niż z wielkim biznesem. Jest to sport ludzi, którzy spojrzeli na ścianę i zobaczyli nie przeszkodę, ale boisko. Ludzi, którzy wzięli najpopularniejszą grę świata i powiedzieli: a teraz spróbujmy to zrobić na stojąco.

Marco Beltrami, zapytany o to, czym jest piłka nożna pionowa, odpowiedział z prostotą, która jest jego znakiem firmowym:

— To jest piłka nożna. Tylko trudniejsza. I z lepszym widokiem.

Trudno się z tym nie zgodzić. Widok z dwudziestu metrów nad ziemią, z piłką mknącą obok twojej głowy i przeciwnikiem wspinającym się tuż pod tobą, jest — jak zapewniają ci, którzy go widzieli — niezapomniany.

Pod warunkiem, że nie patrzysz w dół.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij