Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Kurs czwartoletni (1843-1844) literatury Sławiańskiej wykładanej w Kollegium Francuzkiem - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
Czytaj fragment
Pobierz fragment
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Kurs czwartoletni (1843-1844) literatury Sławiańskiej wykładanej w Kollegium Francuzkiem - ebook

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 375 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

LEK­CYA PIERW­SZA

(22 grud­nia 1843).

Przy wstę­pie w dal­szy za­wód mo­je­go wy­kła­du, mam to po­krze­pie­nie, że mogę wska­zać na fakt, któ­ry przed­miot jego czy­ni mniej ob­cym dla pu­blicz­no­ści tu­tej­sze­go kra­ju. Fak­tem tym jest in­te­res, jaki i w za­kre­sie po­li­ty­ki wyż­szej, li­te­ra­tu­ry i na­wet po­tocz­ne­go ży­cia, za­czy­na obu­dzać wszyst­ko co się ścią­ga do ru­chu lu­dów sła­wiań­skich. Po­dró­że po Ros­syi i kra­jach au­stry­ac­kich, książ­ki roz­pra­wia­ją­ce o przy­szło­ści Au­stryi i Prus, wy­cho­dzą jed­ne po dru­gich i mają licz­nych czy­tel­ni­ków. Au­to­ro­wie tych dzieł, wszy­scy pra­wie zga­dza­ją się z sobą nie­któ­rych punk­tach głów­nych; wszy­scy twier­dzą, że w pół­noc­nej i środ­ko­wej Eu­ro­pie go­tu­ją się zmia­ny, któ­re mu­szą wy­wrzeć wpływ na stan jej, a za­tem i na stan ca­łe­go glo­bu; wszy­scy tak­że uwa­ża­ją za rzecz na­głą, dać o tem znać Fran­cyi, po­wo­łać ją do za­ję­cia sta­no­wi­ska od­po­wied­nie­go jej si­łom, tak wi­do­mym, jako i tym co ukry­te jesz­cze, dają się prze­wi­dzieć lu­dziom idą­cym bar­dziej za czu­ciem wy­tę­żo­nem w przy­szłość, ni­że­li ubi­te­mi ściesz­ka­mi prze­szło­ści.

Rzecz god­na uwa­gi, że je­den pi­sarz nie­miec­ki, w świe­żo ogło­szo­nem zna­ko­mi­tem dzie­le swo­jem o Au­stryi, na­zna­cza Fran­cyi pierw­szą rolę w ro­bo­cie prze­bu­do­wa­nia Eu­ro­py *.

Prze­szłe trzy lata po­świę­ci­li­śmy nie­ja­ko na uto­ro­wa­nie dro­gi umy­sło­wi fran­cuz­kie­mu do tych kra­in nie­zna­nych, gdzie się przy­szłość wy­ra­bia.Oka­za­li­śmy że prze­czu­cie bliz­kiej ru­iny pań­stwa au­stry­ac­kie­go, tak nie­gdyś groź­ne­go Fran­cyi, że nie­pew­ność da­ją­ca się po­strze­lić w kro­kach mo­nar­chii pru­skiej, że szum­na nad­staw­ność jaką Ros­sya chce tłu­mić świat i wła­sne oba­wy, że sło­wem wszyst­kie te symp­to­ma po­cho­dzą z jed­nej przy­czy­ny z obu­dze­nia się du­cha rodu sła­wiań­skie­go.

–-

* Dzie­ło to pod ty­tu­łem: Oester­re­ich und se­ine Zu­kanft, jest już tłó­ma­czo­ne na ję­zyk fran­cuz­ki.

Ród ten pra­gnie żyć, przy­cho­dzi do ży­cia, a ży­cie to w ża­den spo­sób nie może się po­go­dzić by­tem państw trzy­ma­ją­cych go pod swo­imi rzą­da­mi. Ży­ciu temu na pole roz­wi­nię­cia się jest wy­zna­czo­na przy­szłość, a rzą­dy co swo­im cię­ża­rem gnio­tą Sła­wiańsz­czy­zną, po­cho­dzą cał­kiem z prze­szło­ści, po­le­ga­ją na niej, krę­pu­ją się do niej z za­pa­mię­ta­łym upo­rem roz­pa­czy.

Bar­dzo trud­no było po­znać dąż­no­ści, po­trze­by i ży­cze­nia ple­mie­nia sła­wiań­skie­go, bo róż­ne jego ludy od­osob­nio­ne jed­ne od dru­gich, strze­żo­ne przez rzą­dy, nie mogą in­a­czej po­ro­zu­mie­wać się mię­dzy sobą, jak rzu­ca­jąc na­wza­jem książ­ki fi­lo­zo­fii i po­ezyi. Ksią­żek tych le­d­wo uryw­ki do­la­tu­ją na Za­chód, a jesz­cze żeby i z tych uryw­ków dojść cze­go, trze­ba znać skry­to­ści tam­to­stron­nych kłót­ni i na­dziei, jak trze­ba było umieć skła­dać i sztu­ko­wać owe kart­ki sy­hil­lij­skie, co wiatr wy­no­sił z ja­skiń, żeby wy­czy­tać z nich przy­szłość.

Ple­mię to, samo jesz­cze nie zna swe­go prze­zna­cze­nia: woła w tej mie­rze o po­moc, któ­rą tyl­ko Za­chód dać mu może.

Nie przy­szedł na­wet jesz­cze czas po­wie­dze­nia wszyst­kie­go o Sła­wia­nach. Opatrz­ność cho­wa naj­waż­niej­sze ta­jem­ni­ce na­ro­do­we na sta­now­czą chwi­lę dzia­ła­nia, i nie­wol­no czy­nie z nich przed­mio­tu cie­ka­wo­ści pu­blicz­nej.

Do­peł­niw­szy pierw­sze­go za­kre­su na­szych usi­ło­wań, któ­rych ce­lem było oka­zać Sła­wia­nom sa­mym, co się dzie­je i co się go­tu­je w róż­nych odła­mach wła­snej ich lud­no­ści, od­kryć im ta­jem­ni­ce przy­szłe­go ich za­wo­du, za­koń­czy­li­śmy ode­zwa­niem się do nich, aby sta­ra­li się po­jąć jaki szcze­gól­niej znak wi­dzieć na­le­ży w za­ło­że­niu tej ka­te­dry.

Te­raz po­rzu­ca­my spra­wy wy­łącz­ne i in­te­re­sa miej­sco­we Sła­wiańsz­czy­zny, przy­stę­pu­je­my do dru­giej czę­ści na­sze­go kur­su, za­bie­ra­my się wy­peł­nić obo­wią­zek naj­istot­niej­szy, naj­święt­szy, nie­zbęd­ny dla tego, kto się od­wa­ża sta­wać jako or­gan ogrom­nych lu­dów.

Przy­szła już pora uczy­nić za­dość tym wy­ży­wom od­bie­ra­nym z kra­jów sła­wiań­skich, w któ­rych do­po­mi­na­no się u mnie, abym wy­brnął ze szcze­gó­łów, a dał głos du­cho­wi sła­wiań­skie­mu do gie­niu­szu Wiel­kie­go Na­ro­du, abym wy­wo­łał tego du­cha, i wy­wnę­trzył jego skry­to­ści.

Po­wi­nie­nem tak­że od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie ja­kie Fran­cya ma pra­wo nam uczy­nić: "Sła­wia­nie, cóż no­we­go nam przy­no­si­cie? Z czem­że przy­by­wa­cie na wi­dow­nią świa­ta?" Od­po­wiedź na to py­ta­nie, któ­re od­daw­na wy­czy­ta­łem w mo­jem su­mie­niu, mam już wska­za­ną w tem co się koło nas dzie­je, i po­bud­ki ze­wnętrz­ne na­wet skła­nia­ją mię abym wy­ra­ził ją z całą szcze­ro­ścią.

Kie­dy wi­dzę tych au­to­rów, o któ­rych nad­mie­ni­łem, kie­dy sły­szę pu­bli­cy­stów za­chod­nich ze­wsząd za­po­wia­da­ją­cych nie­bez­pie­czeń­stwo od Pół­no­cy, a kie­dy przy­tem pa­trzę ja­kim­to to­nem mó­wią oni o tem prze­ra­ża­ją­cem, nie­zrów­na­nem nie­bez­pie­czeń­stwie, czę­sto­kroć dreszcz mnie prze­bie­ga z oba­wy o Za­chód. Pu­bli­cy­ści ci nie­zdol­ni wznieść się im szcze­bel od­po­wied­ni wy­so­ko­ści tego o co tu idzie, uwia­da­mia­ją o po­stę­pie tej groź­nej po­tę­gi z taką krwią zim­ną, z jaką nie­daw­no le­ka­rze do­no­si­li o sze­rze­niu się owej strasz­li­wej za­ra­zy, co ze ste­pów azy­atyc­kich kro­czy­ła ku nam zmia­ta­jąc ty­sią­ce lu­dzi, i za­ty­ka­jąc po mia­stach swój sztan­dar czar­ny. W tych dru­kach, w tych za­po­wie­dziach, w tych ostrze­że­niach, nie prze­bi­ja się na­wet ten za­pal, ja­kim drga na­ród wa­lecz­ny na samą myśl spo­dzie­wa­nej wal­ki, bądź ma­te­ry­al­nej, bądź mo­ral­nej. Ani w pi­smach, ani w sło­wach ich nie­masz zgo­ła tego tonu, któ­ry po­ka­zu­je moc we­wnętrz­ną.

Na­szą po­win­no­ścią jest za­tem do­wieść, że ten za­pał, to obu­rze­nie się, te wszyst­kie zna­ki siły znaj­du­ją się w jed­nym wiel­kim na­ro­dzie; i je­że­li nie­przy­ja­ciel gro­zi wam z tam­tej stro­ny, ma­cie tam­że go­to­wych sprzy­mie­rzeń­ców: wzy­wa­ją oni was, i mo­że­cie po­le­gać na przy­mie­rzu z nimi.

Do­tąd, – wie­my o tem, przy­mie­rza państw i lu­dów opie­ra­ły się je­dy­nie na tak zwa­nym in­te­re­sie ma­te­ry­al­nym, han­dlo­wym, wo­jen­nym. Nie­kie­dy da­wa­no im za pod­sta­wę jed­no­staj­ność niby za­sad po­li­tycz­nych, a jak­by ra­czej po­wie­dzieć na­le­ża­ło, form rzą­du. Ależ, masz że to tak być za­wsze? W sto­sun­kach ży­cia po­wsze­dnie­go, nie­wcho­dzi­my z ni­kim w spół­kę da­ją­cą nam we­wnątrz swo­bo­dę peł­ne­go za­ufa­nia, aż do­pie­ro kie­dy po­zna­my że ten co się chce ze­spo­lić z nami, ma taki sam za­rod ży­cia jaki nas oży­wia, aż kie­dy po­czu­je­my in­stynk­to­wie i mi­mo­wol­nie, że czło­wiek któ­ry ma stać się na­szym przy­ja­cie­lem, to­wa­rzy­szem bro­ni, jest na­szym bra­tem w du­chu. Je­śli więc je­ste­śmy lak wy­ma­ga­ją­cy w do­bo­rze na­szych związ­ków oso­bi­stych, nie prze­sta­nie­myż nig­dy za ka­mień wę­giel­ny przy­mie­rzy po­mię­dzy lu­da­mi kłaść tyl­ko in­te­res­sów zni­ko­mych? Tak być nie może. Trze­ba by­ło­by chy­ba od­rzu­cie precz Ewan­gie­lią i z dusz na­szych wy­drzeć skar­by ży­wo­tów w nich zło­żo­ne; in­a­czej ludy mu­szą przyjść ko­niecz­nie do pil­no­wa­nia się w swo­ich związ­kach tych sa­mych prawd we­wnętrz­nych.

Dla­te­goż, ludy sła­wiań­skie ogól­nie, a Pol­ska w szcze­gól­no­ści, mają pra­wo wy­ma­gać po mnie, abym dal wam żywe świa­dec­two tego pędu, tej mi­ło­ści ja­kie tkwią w nich ku Fran­cyi; mają pra­wo do­po­mi­nać się u mnie, abym usi­ło­wał wy­do­być z mo­je­go du­cha choć iskier­kę, choć pro­myk, któ­ry­by słu­żył wam za do­wod do­ty­kal­ny, że jest wiel­ki pło­mień, wiel­kie świa­tło. Idzie tu o to że­by­ście po­czu­li, że za­rod mo­ral­ne­go ży­cia w nas, jako w na­ro­dzie, jest ten sam któ­ry sta­no­wi pier­wia­stek na­ro­do­wo­ści fran­cuz­kiej.

I nie­wol­no mi już prze­ko­ny­wać o tem tyl­ko z ksią­żek, za po­mo­cą roz­bio­ru sys­te­mów, wy­szu­ku­jąc sta­ran­nie po dru­kach Za­cho­du, ja­kem czy­nił do­tąd, coby mo­gło to­ro­wać pu­blicz­no­ści ściesz­ki pro­wa­dzą­ce w stro­nę gdzie leży przy­szłość… uła­twiać jej po­ję­cie co jest świę­te­go, wiel­kie­go i sil­ne­go w dąż­no­ściach na­sze­go ludu.

Z ja­kim­że do­wo­dem mam wy­stą­pić, któ­ry­by był głów­nym i za­wie­rał treść wszyst­kich in­nych? Do­wod ten przy­no­szę w so­bie sa­mym, w mo­jej oso­bie, w mo­jej du­szy, w mo­jem su­mie­niu. Nie­znam nig­dzie w świe­cie dru­giej ta­kiej pu­blicz­no­ści, do któ­rej­by w ten spo­sob prze­ma­wiać moż­na było. Fran­cu­zi tyl­ko są zdol­ni ro­zu­mieć, że mowa, ton… głos są to rze­czy nie­za­wo­dzą­ce nig­dy, że dźwięk gło­su jest do­wo­dem tego co się mówi. Po­wi­nie­nem więc z wnij­ściem w sa­me­go sie­bie za­py­tać mo­ich słu­cha­czy: Czy czu­je­cie że każ­de moje sło­wo jest wy­do­by­te z mo­je­go wnę­trza? Sko­ro duch wasz od­po­wie wam że tak , wte­dy bę­dzie­cie obo­wią­za­ni na­tę­żyć cala wa­szą uwa­gę, ja zaś uży­ję wszyst­kich spo­so­bów żeby ją wzbu­dzić i utrzy­mać. Cho­ciaż­by mi przy­szło ob­ra­zić na­wyk­nie­nia mo­ich słu­cha­czy, cho­ciaż­bym mu­siał wresz­cie na gwałt krzy­czeć, będę krzy­czał. Krzy­ki te nie będą mo­je­mi wła­sne­mi: ja oso­bi­stość moją po­świę­ci­łem na ofia­rę; wy­dzie­ra­ją się one z głę­bi du­cha wiel­kie­go ludu. Od sa­me­go dna jego wszyst­kich po­dań, prze­biw­szy się przez duch mój, upad­ną tu po­mię­dzy wami jak strza­ły dy­mią­ce się jesz­cze krwią i zno­jem.

Nie­ina­czej tyl­ko ży­ciem da­jąc wam do­wod rze­czy­wi­sto­ści ży­cia, i po­ka­zu­jąc na oko że istot­nie jest siła, na któ­rej po­le­gać mo­że­cie, będę mógł być pew­nym wa­sze­go współ­czu­cia; a wy z wa­szej stro­ny tak­że, po­zna­cie wte­dy jak wiel­kiej ceny może być współ­czu­cie ludu, co żyje tak da­le­ko i tak mało zna­ny.

Ileż to razy w nie­bez­pie­czeń­stwie, w omdle­niu z tru­du, głos żoł­nie­rza przy­bie­ga­ją­ce­go nam na po­moc, wi­dok przy­ja­cie­la, obu­dza w nas siły! Tak to ży­cie sta­je się za­sił­kiem ży­cia. W tem jest osta­tecz­ny wy­pa­dek ży­wo­ta po­je­dyn­czych lu­dzi i na­ro­dów. Lu­dzie – po­wia­da po­eta ła­ciń­ski – prze­cho­dzą szyb­ko po­da­jąc jed­ni dru­gim lam­pę ży­cia, lam­pa­da vita . Po­dob­nież dzie­je się i z na­ro­da­mi.

Czło­wiek któ­re­mu dano wznieść tę lam­pę, tę cza­rę ży­cia, po­wi­nien trzy­mać ją czy­sto i wy­so­ko, żeby się mo­gła na­peł­nić tre­ścią ca­łej ży­wot­no­ści i mocy na­ro­du. Po­wi­nien wte­dy za­po­mnieć o so­bie. Za­po­mnieć, to mało jest po­wie­dzieć: po­wi­nien za­trzeć sa­me­go sie­bie wśród swo­jej pu­blicz­no­ści. Do ta­kiej ofia­ry wy­zwa­ny jest sto­ją­cy na­tem miej­scu.

Ile zdo­ła­łem na­są­czyć w moją du­szę za­pa­łu, mi­ło­ści, siły, po­wo­ła­ny je­stem tu wy­lać. Wzno­szę tę cza­rę że­bym ją wy­chy­lił na uro­czy­stą li­ba­cyą dla gie­niu­szu wiel­kie­go na­ro­du, dla gie­niu­szu Fran­cyi, po speł­nie­niu ta­kiej ofia­ry wol­no do­pie­ro tego gie­niu­sza wy­wo­ły­wać.

Tym tyl­ko spo­so­bem mogę od­zy­wać się do wa­sze­go współ­czu­cia. Bez tego współ­czu­cia nie po­dob­na­by mi było za­wią­zać mię­dzy wami tej spół­ki w du­chu, bez któ­rej ży­cie mó­wią­ce­go nie może udzie­lać się słu­cha­ją­cym, i na­wza­jem.

Nic mam żad­ne­go pra­wa wy­ma­gać po was tego współ­czu­cia; po­wi­nie­nem za­ro­bić na nie, po­wi­nie­nem je zdo­być. Pod tym tyl­ko wa­run­kiem wol­no mi mó­wić do was.

Jak od­daw­na już za­tar­łem w so­bie uczu­cie, któ­re mo­gło­by mnie od­dzie­lać od mo­ich po­bra­tym­ców Sła­wian, tak te­raz skła­dam z sie­bie moją na­ro­do­wość i ple­mien­ność. Będę za­pa­try­wał się na spra­wę Sła­wiańsz­czy­zny oczy­ma Fran­cu­za, i będę usi­ło­wał po­łą­czyć w mym du­chu siłę Jaką gie­niusz sła­wiań­ski przy­no­si, z umie­jęt­no­ścią kie­ru­ją­cą Za­cho­dem. Je­że­li nie zdo­łam przy­pro­wa­dzić was do wspól­ne­go ze mną drgnię­cia, na­ten­czas po­win­no­ścią moją bę­dzie we­zwać tego z po­mię­dzy mo­ich spół­ziom­ków, kto się po­czu­je być lep­szym Fran­cu­zem, lep­szym Sła­wia­ni­nem, kto się po­czu­je mieć wię­cej siły, albo wię­cej praw­dy ode mnie. Po­wo­łam go aby mię za­stą­pił; bo to miej­sce opusz­czo­ne być nie może. Uzna­łem je na­przód za em­ble­ma­tycz­ną arkę przy­szłe­go zjed­no­cze­nia się lu­dów sła­wiań­skich; zmie­ni­ło się po­źniej w mow­ni­cę do ob­ja­wia­nia praw­dy hi­sto­rycz­nej; dzi­siaj sta­je się już sta­no­wi­skiem wo­jen­nem, basz­tą po­wie­rzo­ną od gie­niu­szu Fran­cyi du­cho­wi sła­wiań­skie­mu, sprzy­mie­rzeń­co­wi na­ro­du fran­cuz­kie­go.LEK­CYA DRU­GA.

(26 grud­nia 1843).

Pod­czas wiel­kiej re­wo­lu­cyi fran­cuz­kiej, wi­dy­wa­no na ob­ra­dach pu­blicz­nych oso­by, któ­re po kil­ka i kil­ka­na­ście mie­się­cy nie­odzy­wa­jąc się nig­dy, ski­nie­niem tyl­ko albo okrzy­kiem da­wa­ły znak, że co zgro­ma­dze­nie czu­ło, to zga­dza­ło się z ich uczu­ciem. Ży­cie ich we­wnętrz­ne szło sil­niej i prę­dzej od roz­praw ust­nych. Z cza­sem przy­cho­dzi­ła pora że i ci lu­dzie mil­czą­cy mu­sie­li wy­stą­pić na mow­ni­cę, bo już w mo­wach swo­ich spół­to­wa­rzy­szy, nie sły­sze­li tego, co im wła­sne su­mie­nie mó­wi­ło.

Po­dob­nie bywa i z lu­da­mi: wiel­ki je­den ród, wiel­ki odłam ludz­ko­ści, znaj­du­je się w po­ło­że­niu tych pu­bli­cy­stów nie­mych. Fi­lo­zo­fia i po­ezya jego są to tyl­ko zna­ki, ski­nie­nia, któ­re­mi zda­le­ka do­da­je bodź­ca albo po­ta­ku­je Za­cho­do­wi; a i te zna­ki sta­ją się co­raz rzad­sze, bo lód ten sku­pia się w so­bie, go­tu­je się do za­bra­nia gło­su. W na – szy­to za­wo­dzie tłó­ma­cze­nia ży­cia we­wnętrz­ne­go Sła­wian, zo­sta­li­śmy na­ko­niec i od po­ezyi i od fi­lo­zo­fii opusz­cze­ni.

Po­śród tej ci­szy, jed­no tyl­ko pi­smo nam przy­by­ło, pi­smo bez­i­mien­ne, ale sama jego wiel­kość wska­zu­je źró­dło z któ­re­go po­cho­dzi. Pusz­czo­ne bez­i­mien­nie jak więk­sza część te­go­cze­snych dziel sła­wiań­skich, zo­sta­ło na­wet ogło­szo­ne dru­kiem bez wie­dzy au­to­ra. Zdra­da ta po­słu­gu­jąc za na­rzę­dzie Opatrz­no­ści, uczy­ni­ła je na­byt­kiem pu­blicz­nym. Ty­tuł tego pi­sma jest Bie­sia­da. Weź­mie­my je za osno­wę na­sze­go kur­su te­go­rocz­ne­go.

Z po­mię­dzy fi­lo­zo­fów, nie przy­to­czy­my wię­cej żad­ne­go, prócz Ciesz­kow­skie­go Po­la­ka i Emer­so­na Ame­ry­ka­ni­na, któ­rzy nam po­mo­gą dać po­jąć pu­blicz­no­ści, co w wy­żej wspo­mnia­nem pi­śmie mo­gło­by być dla niej rze­czą zbyt nad­zwy­czaj­ną.

Z po­ezyi, po­dej­mie­my nie­któ­re miej­sca dwóch po­ema­tów pol­skich, ma­ją­cych ty­tuł Przed­świt i Sen Ce­za­ry.

Ale że­bym od­wa­żył się po­dać wam wy­rób jaki po­wi­nie­nem wy­pra­co­wać z lej osno­wy, że­bym śmiał prze­czy­tać wam choć je­den wy­raz tego pi­sma, mu­szę na­przód po­rzu­cić me­to­dę pa­nu­ją­cą dzi­siaj we wszyst­kich po­li­tycz­nych i re­li­gij­nych roz­pra­wach na Za­cho­dzie, me­to­dę roz­bio­ro­wą, tor ubi­ty, na­ło­gi po­wzię­te z pra­wi­deł szko­lar­skich. Przed dwu­dzie­stu laty nie ośmie­lił­by się nikt tu­taj od­czy­tać po­ema­tu cu­dzo­ziem­skie­go, tra­ge­dyi Szek­spi­ra na­przy­kład; bo trze­ba mu by­ło­by pier­wej wie­dzieć, do ja­kiej szko­ły słu­cha­cze na­le­żą: czy są ro­man­ty­ka­mi, czy klas­sy­ka­mi, czy trzy­ma­ją się Bo­ile­au. Szczę­ściem, pu­blicz­ność pod tym wzglę­dem uczy­ni­ła po­stęp, i mo­gli­śmy już z ka­te­dry czy­tać utwo­ry śle­pych dzia­dów serb­skich i pa­stu­chów li­tew­skich.

Te­raz po­ru­sza­my przed­miot da­le­ko waż­niej­szy, przed­miot w któ­rym zbie­ga­ją się wszyst­kie in­te­re­sa, wszyst­kie za­gad­nie­nia na­szej epo­ki: nie mo­że­my przy­jąć pola ja­kie nam po­da­ją dok­try­ny i dok­try­ne­ro­wie Za­cho­du. Pi­smo któ­re­go ty­tuł wy­mie­ni­łem, wy­po­wia­da woj­nę wszyst­kim dok­try­nom, wszyst­kim ukła­dom ro­zu­mo­wym. Bo i cóż­to jest dok­try­na, co dok­try­ner?

Od ści­słe­go ozna­mio­no­wa­nia dok­try­ny, za­le­ży wię­cej ni­że­li może mnie­ma­ny. Owoż, pa­trz­my co zna­czy szu­kać praw­dy, a co dok­try­no­wać. Wszel­ka praw­da nowa wy­ma­ga po czło­wie­ku no­we­go pod­nie­sie­nia się do niej; wszel­ka praw­da nowa, to jest wszel­ka cząst­ka ży­cia no­we­go, wy­zy­wa czło­wie­ka do ofia­ry z cząst­ki ży­cia daw­ne­go. Nie­moż­na pod­nieść się wy­żej, nie opu­ściw­szy szcze­bla niż­sze­go, albo nie bę­dąc gwał­tem z nie­go wy­rwa­nym. Wszyst­ko co zwia­stu­je przy­szłość, od­ry­wa nas od prze­szło­ści; i dla­te­goż każ­da praw­da ro­dzi się w bolu, każ­da praw­da za­da­je ból; dla­te­goż każ­da praw­da nie żyje i nie utrzy­mu­je się in­a­czej jak tyl­ko pra­cą, któ­ra tak­że jest bo­lem, cier­pie­niem.

Ewan­gie­lia przy­rów­na­ła praw­dę do tych ta­len­tów, któ­rych nie mo­że­my utrzy­mać, nie pra­cu­jąc na po­mno­że­nie ich do­rob­kiem.

Jak­że dok­try­na po­stę­pu­je so­bie, i co to jest dok­try­ner? Dok­try­ner, je­st­to czło­wiek któ­ry chce ska­zać praw­dę na bez­płod­ność, bo chce uwol­nić nas od wszel­kiej pra­cy. Sko­ro czu­je­my się szczę­śli­wi i dum­ni z osią­gnie­nia ja­kiej praw­dy, dok­try­na za­raz przy­cho­dzi nam mó­wić: nie­ma­cie po­trze­by pra­co­wać wię­cej, zdo­by­li­ście już wszyst­ko, przy świe­tle tego jed­ne­go pro­my­ka mo­że­cie iść do koń­ca świa­ta; po­zo­sta­je wam tyl­ko cie­szyć się skar­bem, utrzy­mać na­by­tek i umieć go urzą­dzić: cała rzecz jest już w ręku, cho­dzi tyl­ko o wy­do­sko­na­le­nie szcze­gó­łów, spe­cy­al­no­ści!… Dok­try­na po­da­je for­mu­ły.

Zwod­ni­cza ta mowa uj­mu­je czło­wie­ka i po­ma­łu wy­cią­ga z nie­go cale ży­cie. Tym to po­rząd­kiem, po apo­sto­łach i cu­do­twor­cach na­stę­pu­ją teo­lo­go­wie i ka­zu­iści, a wte­dy przy­cho­dzi na­wet do utrzy­my­wa­nia, że cuda i dary Du­cha, je­dy­ny do­wod jego bytu, są już nie­po­trzeb­ne wię­cej dla ludz­ko­ści, że ludz­kość ma w pod­ręcz­nych zbio­rach teo­lo­gii wszyst­ko, co tyl­ko jej prze­zna­czo­no wie­dzieć o zie­mi i nie­bie, o te­raź­niej­szym i przy­szłym świe­cie.

Tym to po­rząd­kiem, po wiel­kich pra­wo­daw­cach na­stę­pu­ją praw­ni­cy i ad­wo­ka­ci ze swo­je­mi for­mu­ła­mi i wy­ra­że­nia­mi uku­te­mi raz na za­wsze. Tym po­rząd­kiem, po wiel­kich wo­jow­ni­kach, po mę­żach na­tchnio­nych, zaj­mu­ją miej­sce lu­dzie na­ucza­ją­cy, że po­kój przedew­szyst­kiem, że każ­dy u sie­bie i dla sie­bie. Przyj­ście tego ro­dza­ju lu­dzi, jest pra­wie za­wsze zna­kiem upad­ku du­cha ludz­kie­go. Tak koń­czył się świat gier­ki, i tak koń­czy się świat za­chod­ni.

Dok­try­na ła­two się przyj­mu­je, bo nie na­ra­ża du­cha na ża­den koszt, nie wy­ma­ga po nim żad­nej ofia­ry z mi­ło­ści wła­snej. Dok­try­ner po­wia­da ci: Do­wiesz się wiel­kich, pięk­nych rze­czy, sta­niesz się mą­drym i po­tęż­nym, a nie bę­dziesz obo­wią­za­ny po­świę­cić, na­wet w czem­kol­wiek zmie­nić two­ich prze­ko­nań. Każ­dy tedy, trzy­ma­jąc na stro­nie swój ego­izm ob­wa­ro­wa­ny, rad uda­je się po wie­dzę, pe­wien że ją otrzy­ma i otrzy­maw­szy ob­ró­ci na do­go­dze­nie so­bie.

Za­chod dusi się w swo­ich dok­try­nach. Gdy­by ple­mię wy­stę­pu­ją­ce te­raz na sce­nę świa­ta, nie mia­ło nie wię­cej zro­bić tyl­ko do­rzu­cić nową książ­kę do nie­prze­br­nio­nych sto­sów ksią­żek, tyl­ko do­dać nowe sys­te­ma do nie­zli­czo­nych sys­te­mów, któ­re was obar­cza­ją, przy­by­wa­ło­by z ni­czem, po­czy­na­ło­by od lego na czem zwy­kle się koń­czy.

Ale tak nie jest. Ple­mię to nie przyj­mu­je żad­ne­go z wa­szych sys­te­mów, i samo żad­ne­go na­strę­czać wam nie my­śli. Naj­kosz­tow­niej­szy i naj­doj­rzal­szy owoc spa­da­ją­cy z drze­wa ży­wo­ta tego rodu, nie­ma nic wspól­ne­go z tem, co po­spo­li­cie po­da­ją wam pod po­sta­cią wy­ro­bów fi­lo­zo­ficz­nych i li­te­rac­kich.

Płod, wzię­ty prze­ze mnie za przed­miot pra­cy wy­ni­ka z tej gór­nej kra­iny, któ­rą fi­lo­zo­fo­wie w ję­zy­ku swo­im na­zy­wa­ją in­tu­icyą. Kra­inę tę, fi­lo­zof pol­ski, Ciesz­kow­ski, wska­zał za je­dy­ne źró­dło wszel­kiej praw­dy spo­dzie­wa­nej; do te­goż przy­szedł i fi­lo­zof ame­ry­kań­ski, Emer­son.

Żeby wszak­że wznieść się w tę kra­inę, żeby się w niej roz­go­ścić jak w oj­czyź­nie, żeby śmia­ło mową po­spo­li­tą od­da­wać naj­wyż­sze, naj­święt­sze po­wzię­cia du­cho­we, mu­szę zro­bić uro­czy­sta ode­zwę do uczu­cia fran­cuz­kie­go mo­jej pu­blicz­no­ści, do jej du­cha drga­ją­ce­go ła­two.

Sko­ro się to uczu­cie obu­dzi, uj­rzy­cie że się wam nie przy­no­si nic no­we­go. Trze­ba tyl­ko żeby gie­niusz fran­cuz­ki wszedł w sa­me­go sie­bie. Je­st­to gie­niusz naj­wię­cej do­by­wa­ją­cy ze swo­je­go wnę­trza. Wcho­dze­nie w sie­bie, ła­twe chwy­ta­nie lego co każ­da chwi­la na­strę­cza i co z każ­dej chwi­li wy­cią­gnąć moż­na… czy­ni gie­niusz fran­cuz­ki lak sa­mo­dziel­nym. Nie­chaj was nie uwo­dzi dok­try­na raz wraz pra­wią­ca wam o spe­cy­al­no­ściach, jak gdy­by prze­zna­cze­niem mło­dzie­ży dzi­siej­szej nic było nic wię­cej, tyl­ko udo­sko­na­lać dro­bia­zgo­we szcze­gó­ły prze­my­słu. Nikt bar­dziej od nas nie uno­si się nad cu­da­mi ja­kie prze­mysł wy­ra­bia, nad tą jego nie­zmier­ną siłą, któ­ra musi opa­no­wać zie­mię; ale idzie tu o cóś da­le­ko waż­niej­sze­go: idzie o to, kto zgar­nie w swo­ją dłoń te wszyst­kie ogrom­ne środ­ki prze­my­sło­we, jaki duch obej­mie rzą­dy glo­bu? Ar­se­na­ły nie mają opi­nii, słu­żą na uży­tek każ­de­mu zdo­byw­cy. Du­chy na­ro­dów są te­raz w wal­ce. Przy kim zo­sta­nie zwy­cięz­two, przy kim pa­no­wa­nie, a za­tem i wła­dza kie­ro­wa­nia po swo­je­mu temi wszyst­kie­mi na­rzę­dzia­mi siły ma­te­ry­al­nej? Czy duch An­glii albo Ros­syi, czy duch Fran­cyi bę­dzie nam roz­ka­zy­wał? Fran­cya po­win­na my­ślić, o tem; ona jest po­wo­ła­na roz­wią­zać waż­ne to za­gad­nie­nie. Fran­cu­zi! ja­kiż to ma być ten duch po­tęż­ny, któ­re­mu do­sta­ną się w za­rząd te wszyst­kie dro­gi, ma­chi­ny, okrę­ty?

Ludy pół­noc­ne nic pro­szą was o in­ży­nie­rów, nie żą­da­ją od was ma­chin. Mło­dzi fran­cuz­ka! Pół­noc nie roz­sta­je się z tem prze­ko­na­niem, że Fran­cuz jest re­pre­zen­tan­tem my­śli szla­chet­nych, uczuć li­be­ral­nych, jest re­pre­zen­tan­tem ru­chu. To jed­no tyl­ko za­pew­nia wam po­wa­ża­nie u niej, to jed­no spra­wu­je że się jej oczy i na­dzie­ie ob­ra­ca­ją ku wam. Co po­eta rzym­ski wy­rzekł do swo­ich spół­ro­da­ków, upo­mi­na­jąc ich aby Gre­kom zo­sta­wi­li sztu­ki i rze­mio­sła a pa­mię­ta­li że ich rze­czą jest rzą­dzić: Im­pe­rio re­ge­re Ro­man­ce me­men­to , tego nie­prze­sta­nie­my po­wta­rzać gie­niu­szo­wi fran­cuz­kie­mu. Ta­jem­ni­ca wa­szej po­tę­gi, któ­rą po­win­ni­ście od­zy­skać, je­że­li nie­chce­cie jej zrzec się, loży w wa­szym du­chu; a wszyst­kie dok­try­ny bez wy­jąt­ku, wszyst­kie sys­te­ma go­dzą tyl­ko na to, żeby was wy­cią­gnąć z tej świą­ty­ni i po­pro­wa­dzić na ma­now­ce szcze­gó­łów i drob­no­stek.

Cały zbiór ma­te­ry­al­nych sil prze­my­słu wpa­dał za­wsze pod wła­dzę lego, kto po­tra­fił roz­wią­zać głów­ne za­da­nie ludz­ko­ści.

Cen­tu­ry­on rzym­ski, nie­umie­jęt­ny i nie­okrze­sa­ny, ale dum­ny bo re­prze­zen­to­wał roz­wią­za­nie naj­wyż­szej kwe­styi po­li­tycz­nej za cza­sów sta­ro­żyt­nych, ka­zał wo­łać do sie­bie uczniów naj­sław­niej­szych me­cha­ni­ków i geo­me­trów grec­kich, uczniów Ar­chi­me­da, Eu­kli­de­sa, i ki­jem na­pę­dzał ich żeby mu wy­ty­ka­li dro­gi, ro­bi­li ma­chi­ny. Z miast prze­pysz­nych, któ­rych zwa­li­ska są jesz­cze dzi­siaj po­dzi­wem, za­bie­rał ar­chi­tek­tów etru­skich, i ki­jem zmu­szał żeby bu­do­wa­li świą­ty­nie, sta­wi­li bra­my try­um­fal­ne w Rzy­mie; bo miał on na­by­te pra­wo roz­ka­zy­wa­nia i rzą­dze­nia, pra­wo naj­wyż­sze, któ­re daje się tyl­ko w na­gro­dę temu, kto po­świę­cił wszyst­ko, aby wznieść się do wy­so­ko­ści, z któ­rej moż­na wi­dzieć roz­wią­za­nie za­gad­ki swo­je­go cza­su.

W was Fran­cu­zach, jest cóś tego du­cha rzym­skie­go. Za­rzu­ca­ją wam lek­ce­wa­że­nie spe­cy­al­no­ści; wzru­sza­ją ra­mio­na­mi na to, że u was czę­sto­kroć od razu wy­cho­dzi na mi­ni­stra taki, co nie stra­wił ży­cia przy bió­rze; mają wam za złe, że po­wier­za­cie do­wódz­two ar­mii je­ne­ra­łom nie­wy­szłym ze szkół woj­sko­wych. Słusz­nie jed­nak tak ro­bi­cie. Je­ste­ście wier­ni w tem wa­sze­mu gie­niu­szo­wi na­ro­do­we­mu; bo zna­cie, że na po­wie­dze­nie sło­wa sto­sow­ne­go do oko­licz­no­ści i chwi­li, trze­ba wię­cej siły i mocy, ni­że­li na wbi­cie so­bie w gło­wę wszyst­kich ma­nu­ałów ka­me­ra­li­sty­ki au­stry­ac­kiej i pru­skiej. Wiedz­cież przy­tem, że tyl­ko na tej dro­dze za­pa­łu i we­wnętrz­ne­go po­czu­cia, ród sła­wiań­ski bę­dzie mógł po­ro­zu­mieć się z Fran­cyą przy­szłą. Sła­wiańsz­czy­zna zna wa­szych po­etów, wa­szych mow­ców i wa­szych wo­jow­ni­ków; nie­po­trzeb­ni jej na nic wasi agen­ci prze­my­sło­wi, wasi en­cy­klo­pe­dy­ści, wasi jak ich na­zy­wa­cie lu­dzie spe­cy­al­ni. Po­wta­rzam, że tyl­ko na tej je­dy­nej dro­dze po­tra­fi­my po­ro­zu­mieć się z sobą. Nie przy­no­si­my wam nic no­we­go.

Przy­to­czę tu przy­kład jaki mamy na czło­wie­ku naj­prak­tycz­niej­szym w sta­ro­żyt­no­ści po­gań­skiej, na naj­więk­szym tak­ty­ku grec­kim, na Xe­no­fon­cie. Xe­no­font jak wia­do­mo nie był nig­dy woj­sko­wym, znaj­do­wał się przy­pad­kiem po­śród dzie­się­ciu ty­się­cy oto­czo­nych przez nie­przy­ja­cioł wgłę­bi Azyi. Jak­że się to sta­ło, że na­gle jed­ne­go po­ran­ku obu­dził się z go­to­wym pla­nem wy­ba­wie­nia tego woj­ska, zo­stał jego wo­dzem, i wy­ko­nał ów sław­ny od­wrót za­dzi­wia­ją­cy stra­te­gi­ków dzi­siej­szych? Sam on to nam opo­wia­da. " Mia­łem sen, mówi, zro­zu­mia­łem co zna­czył, i po­bie­głem na­tych­miast do na­czel­ni­ka i żoł­nie­rzy. W na – tchnie­niu otrzy­ma­nem przez ten znak z nie­ba, prze­ło­ży­łem im co trze­ba czy­nić. Zro­bi­li mię swo­im wo­dzem. " Jed­nej chwi­li Xe­no­font uj­rzał swo­je po­wo­ła­nie, po­znał swo­je obo­wiąz­ki, i od razu wy­uczył się sztu­ki na­czel­ne­go wo­dza.

Tym spo­so­bem tak­że wasi wiel­cy lu­dzie wie­ków śred­nich i no­wo­żyt­nych, tym spo­so­bem nie­któ­rzy dy­plo­ma­ci za cza­sów kon­wen­cji, tym spo­so­bem Na­po­le­on, na­by­wa­li zna­jo­mo­ści spraw ca­łej Eu­ro­py, i ca­łe­go świa­ta.

Nie sądź­cie żeby te środ­ki sztucz­ne, któ­re zda­ją się te­raz uła­twiać sto­sun­ki mię­dzy pań­stwa­mi, zbli­ża­ły na­ro­dy jed­ne do dru­gich. By­najm­niej; duch tyl­ko może je zbli­żyć. Nig­dy ludy nie były bar­dziej jak dzi­siaj po­od­dzie­la­ne, po­roz­kru­sza­ne, po­róż­nio­ne mo­ral­nie.

Dam wam tego do­wod hi­sto­rycz­ny. W owych wie­kach, któ­re na­zy­wa­ją bar­ba­rzyń­skie­mi, je­den z wa­szych mo­nar­chów, Ka­rol Wiel­ki, sie­dząc w swo­jej sto­li­cy nad Re­nem, za­przą­tał się bez­u­stan­ku spra­wa­mi lu­dów miesz­ka­ją­cych nad Odrą i Wi­słą. Są trak­ta­ty za­war­te mię­dzy nie­któ­re­mi ich po­ko­le­nia­mi a Fran­cyą: mo­że­cie je wi­dzieć w wa­szych kro­ni­kach śre­dnio­wie­ko­wych. Znał on na­wet szcze­gó­ły do­mo­we­go urzą­dze­nia się tych lu­dów, znał o co się kłó­ci­ły z sobą. Py­tam­że się, czy wasi dzi­siej­si po­li­ty­cy i dy­plo­ma­ci, przy po­mo­cy kart je­ogra­ticz­nych i do­nie­sień do­star­cza­nych przez po­słów, wie­dzą tyle o tam­tych stro­nach ile Ka­rol Wiel­ki wie­dział? Od­po­wiedź ła­twa, bo mia­rą świa­do­mo­ści dy­plo­ma­cyi jest prze­wa­ga po­li­tycz­na, a wpływ wasz na Pół­no­cy jest ża­den. – Ten­że sam Ka­rol Wiel­ki pa­trząc jed­ne­go razu na oce­an, i wi­dząc zda­le­ka snu­ją­cych się kil­ka łó­dek nor­mandz­kich, za­lał się Iza­mi w obec zdu­mio­nych dwo­rzan, któ­rzy nie mo­gli zgad­nąć zkąd­by ten na­gły smu­tek po­cho­dził. Łód­ki te były wzwia­da­mi nad­cho­dzą­cej strasz­nej na­pa­ści, któ­ra mia­ła wkrót­ce za­bu­rzyć po­koj Fran­cyi, i w mgnie­niu oka ce­sarz prze­wi­dział całą gro­zę tego nie­bez­pie­czeń­stwa.

Zką­dże on brał tę wie­dzę i tę moc, co mu nada­wa­ły dzia­łal­ność się­ga­ją­cą lak da­le­ko! Oto wcho­dził głę­bo­ko w sa­me­go sie­bie i tam czer­pał siłę do wznie­sie­nia się w górę. Naj­więk­szy z wa­szych, i naj­więk­szy z no­wo­żyt­nych wo­jow­ni­ków, kie­dy go py­ta­no od cze­go za­le­ży zwy­cięz­two, od­po­wia­dał że od iskry mo­ral­nej, od tej chwi­li we­wnętrz­ne­go po­czu­cia, któ­rą on na­zy­wał iskrą mo­ral­ną. Wszyst­ko tedy co­kol­wiek wiel­kie­go i pięk­ne­go ma­cie w wa­szych dzie­jach, zwra­ca was w kra­inę in­tu­icyi, to jest w kra­inę we­wnętrz­ną du­cha.

W na­szych stro­nach rol­ni­czych wia­do­mo to z do­świad­cze­nia, że ga­tun­ki zbo­ża po pew­nym prze­cią­gu lat zwo­dzą się i nędz­nie­ją, a wte­dy żeby je od­no­wić trze­ba spro­wa­dzić na­sie­nie z kra­iny, któ­ra ma to do sie­bie, że wy­da­je za­wsze ziar­no zdro­we i buj­ne.

Zie­mia czę­sto tu przez nas wspo­mi­na­na, zie­mia we­dle słów po­etów na­szych, ko­py­ta­mi zry­ta, cia­ła­mi po­le­głych utłusz­czo­na, ko­ść­mi ich za­sia­na, jest tą kra­iną mę­czeń­ską, ma­ją­cą przy­wi­lej do­star­cza­nia zbo­ża na usiew oko­li­com naj­le­piej upraw­nym.

W świe­cie du­chów po­dob­nież jest kra­ina ta­jem­ni­cza, do któ­rej trze­ba uda­wać się po to ziar­no na­sien­ne, z któ­re­go­by moż­na roz­ple­nić moc, ży­cie i wie­dzę. Ku tej to kra­inie po­wo­łu­ją was wy­ro­by du­cha sła­wiań­skie­go.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: