Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Kwestia Interpretacji - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
25 czerwca 2026
2242 pkt
punktów Virtualo

Kwestia Interpretacji - ebook

W świecie, w którym bogowie nie zniknęli, lecz czekają na właściwą interpretację swojej woli, jeden błąd może doprowadzić do zagłady.

Renhild, wojowniczka Zakonu Pani Stali, zostaje wplątana w tajemnicę starożytnej przepowiedni. Wraz z towarzyszami próbuje ochronić kobietę, która może nosić w sobie klucz do przyszłości świata. Wszystko się zmienia, gdy na jej drodze staje Xue’xiang’shu – dawny kochanek, dziś zdrajca i nosiciel mrocznej mocy.

Uwięziona u jego boku, Renhild musi zmierzyć się nie tylko z okrucieństwem nowej rzeczywistości, ale też z uczuciem, które nie wygasło. Miłość, obowiązek i przeznaczenie splatają się w nierozwiązywalny węzeł, a granica między wyborem a losem zaciera się coraz bardziej.

„Kwestia interpretacji” to mroczna opowieść o miłości, zdradzie i cenie, jaką trzeba zapłacić za ocalenie świata.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68593-51-8
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Po świecie krążą setki opowieści o bohaterach i setki bohaterów krążą po świecie. Tak było, jest i będzie, bo bogowie, wygnani poza ramy świata, nieustannie poszukują narzędzi. Zmuszeni do rozgrywania intryg cudzymi rękami, kuszą tym, czego sami nie potrzebują.

Bitewna chwała jest im obojętna, a honor jest dla nich pustym słowem. Nie pociąga ich krótkotrwała ziemska władza, której tak bardzo pragną śmiertelnicy. Materialne bogactwo jest im zbędne, a ograniczona moc kapłanów czy magów jest niczym wobec ich potęgi.

Liczy się tylko wiara, którą się karmią. Oddanie, które mogą wykorzystać w walce o wpływy. Wszystko inne jest dla nich niczym. Pyłem na wietrze.

Lecz bogowie dobrze wiedzą, że te okruchy, którymi sami pogardzają, dla śmiertelników są pokusą nie do odparcia. Dlatego każda istota, której szczególne przymioty ciała lub ducha wyrastają ponad przeciętność, prędzej czy później staje się pionkiem w ich grze.

Zwiedziony obietnicami nieszczęśnik, na ustach mając imię swego boga, porzuca bezpieczny żywot i gna ku zatraceniu. Bez względu na to, czy kieruje nim żarliwa wiara, szlachetne pragnienie naprawiania świata, żądza wiedzy czy chorobliwa ambicja – koniec jest zawsze ten sam.

Śmierć.

A kiedy jeden ginie, jego miejsce zajmuje następny, i tak się toczy koło historii, od zarania dziejów aż po nieznany kres. Żarna boskich młynów mielą nieustannie, z doskonałą obojętnością miażdżąc kolejne żywoty.

Żadna saga nie ma prawdziwego początku ani prawdziwego końca.I POD SINYM NIEBEM

Trakt, który do tej pory biegł prosto jak strzelił przez płaskie, porośnięte wrzosem i żarnowcem pustkowie, wił się teraz jak wąż, omijając wielkie głazy rozsiane gęsto po stoku. Szczyt wzgórza porastały rachityczne brzózki, przetykane gdzieniegdzie pojedynczymi sosnami – forpocztą lasu, stanowiącą niechybny znak, że cel już niedaleko.

Skrzypiąca kolasa, eskortowana przez trzech cywili i kilku kawalerzystów, wjechała między zarośla i wkrótce zniknęła za kolejnym zakrętem, pozostawiając za sobą tumany kurzu. Na zboczu wyniesienia pozostała tylko czwórka – troje ludzi na rosłych koniach i niziołek, który nerwowo wiercił się w siodle, kurczowo ściskając wodze kudłatego kuca. Wszyscy czworo z napięciem spoglądali na rozciągającą się poniżej sino­fioletową pustać wrzosowiska, oczekując oznak nadciągającej pogoni.

– Idą! – krzyknął nagle niziołek.

Dirk van der Neer, jak każdy przedstawiciel tej rasy, obdarzony był wyjątkowo bystrym wzrokiem. Nic dziwnego, że pierwszy zauważył chmurę pyłu towarzyszącą zbliżającej się hordzie. W świetle wschodzącego słońca wydawała się nierzeczywista, falując i potężniejąc niczym kłąb różowo-złotej mgły.

– Znikaj! – syknęła kobieta dosiadająca czarnego jak noc ogiera. Jej wynędzniała twarz pobladła, a dłonie zacisnęły się na wysokim łęku kawaleryjskiego siodła.

Niziołek bez słowa wbił włochate pięty w boki kuca i pognał śladem kolasy, odprowadzany zdumionym wzrokiem dwóch pozostałych mężczyzn.

– Co jest? – Czarnowłosy barbarzyńca, którego potężną pierś okrywała doskonałej jakości kolczuga, z niedowierzaniem spojrzał na towarzyszkę. – Zlitowałaś się nad pokurczem?

Nie odpowiedziała, zbyt zajęta śledzeniem oddalającego się jeźdźca. Zakuty w ciężką zbroję rycerz, dotąd tkwiący nieruchomo u jej drugiego boku, westchnął i wychylił się w siodle.

– Dajże spokój, Einarze, jaki byłby tu z niego pożytek? – odezwał się dudniącym basem, wskazując opancerzoną dłonią w stronę wrzosowiska. – Przyjdzie nam polec chwalebną śmiercią w nierównym boju, jeden niziołek tego nie odmieni. Nawet przy całej jego odwadze...

– Tej mu nie odmawiam – przerwał tamten – ale czemu teraz, w takiej chwili? Przecież zawsze stawaliśmy razem – dodał, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Nawet Dirk nigdy się nie cofał, czemu akurat dziś podaje tyły?

– Odesłałam go – wyjaśniła kobieta.

Słysząc pełne zdumienia sapnięcia, którymi dwaj mężczyźni zareagowali na to oświadczenie, oderwała wreszcie wzrok od zarośli, wśród których zniknął niziołek. Nerwowo szarpnęła koniec jasnego warkocza. Koń zatańczył pod nią niespokojnie i parsknął w proteście, gdy silnym naciskiem kolana zmusiła go do cias­nego półobrotu.

– On musi przeżyć – powiedziała stanowczo. – Musi dostarczyć list. I jeszcze... Jeszcze może się tu przydać.

Rycerz spojrzał na nią z głębokim namysłem. Poprzedniej nocy zauważył, że jego towarzyszka gorączkowo notuje coś drobnym, zwartym pismem. Teraz domyślał się – choć bardzo mgliście – co mogą zawierać owe notatki. Natychmiast zrozumiał, jak ważne może się okazać ich dostarczenie do odpowiednich rąk. Pokiwał więc tylko głową. Z natury milczący, nie spieszył się z zadawaniem pytań.

Barbarzyńca nie podzielał tych zahamowań.

– Przyda się, przyda – burknął – bez wątpienia! Dob­rze by było, żeby nas ktoś pochował. Chyba że liczysz na cud?

– Nie. Już nie – odpowiedziała z goryczą, bezwiednie dotykając napierśnika, na którym widniał nieco zatarty symbol tarczy. – Ale liczę na tę cholerną przepowiednię.

– Przepowiednię! – wykrzyknął Einar i splunął ze złością. – Nawet jeśli faktycznie to gówno nas wszystkich tutaj ściągnęło, to co? Jak na razie tyle tylko wynikło z tej przepowiedni, że żadna kobieta nie uszła stąd żywa!

– A jak inaczej wytłumaczysz, że akurat teraz się tu wszyscy znaleźliśmy? Zrządzeniem losu?

– Chyba zrzędzeniem! – mruknął pod nosem barbarzyńca, a jego dłoń odruchowo powędrowała w dół i musnęła głowicę długiego miecza, której kunsztowne zdobienia oznajmiały światu, że właściciel tej wspaniałej broni nie jest byle kim.

Wojowniczka powtórzyła jego gest, po czym uśmiechnęła się blado. Nie pierwszy raz słyszała ten kiepski, wyświechtany żart. Zawsze go powtarzał w takich sytuacjach.

Jarl Einar Gunnarsson pochodził z Froslandu i, choć nieustraszony w boju, był przesądny jak każdy mieszkaniec północy. Szczerze nie znosił niespodzianek, przypadków i zbiegów okoliczności. Bał się tego, co niepojęte.

Ona też się bała.

– Dobrze, że nikt tu nie mieszka, a ludzie szybko się oduczyli skracania drogi przez wrzosowiska, bo inaczej nasz rzeźnik miałby pełne ręce roboty – odezwał się znowu jarl. – Do zguby go przywiedzie dziecko, pod sinym niebem urodzone – zacytował. – A gdzie to dziecko, hę?

Kobieta, zajęta poprawianiem karwasza, spojrzała na niego z nagłą złością.

– W kolasce – odparła sucho. – Dziewczyna była o włos od rozwiązania. Dlatego skracali drogę.

– Cholerni idioci! – parsknął Froslander.

Był wściekły na tych przypadkowych ludzi. Zjawili się w najgorszym możliwym momencie. Ciągnąc za sobą pogoń, popędzili na złamanie karku wprost między starannie rozmieszczone oddziały, które miały pozostać w ukryciu aż do ostatniej chwili.

– Jeśli ta szaleńcza jazda nie skończy się porodem, to ja jestem driadą. – Wojowniczka kontynuowała zaczętą myśl. – A do granicy lasu jeszcze kawałek, więc dzieciak urodzi się tutaj, na Pustaci Sinego Nieba.

– Kurwa, Ren! – Jarl miał już dość omijania najbardziej drażliwego tematu. – Co noworodek może zrobić... jemu?

– Nic. – Wzruszyła ramionami. – Ale sądzę, że dzieciak jest bez znaczenia.

Einara zatkało. A potem zaczął myśleć.

***

Od jakiegoś czasu z pogranicza spływały doniesienia o gwałtownie rozrastającej się hordzie, która opanowała tereny na północ od Niedźwiedzian. Kupcy z południa czy zachodu, zapuszczający się w te odludne okolice w nadziei na handel z elfami zamieszkującymi Krokusową Dolinę, z przerażeniem w oczach opowiadali o potwornych, wynaturzonych istotach, których ciała nie były ani w pełni ludzkie, ani do końca zwierzęce, i o siejącym grozę dowódcy, obdarzonym wyjątkową łaską któregoś z Palców Skazy.

Początkowo nikt się tym nie przejmował. W Suchomorzu, kraju rozległym i na poły dzikim, dość było miejsca dla wszystkich. Tolerowano tu obecność istot dotkniętych Skazą, a nawet i całkiem przekształconych przemieńców, zaś prawo gwarantowało swobodę wyznania. Wyrzutków zostawiono więc w spokoju. Wykorzystali to skwapliwie, przejmując na własność Pustać Sinego Nieba – obszar ziemi niczyjej, oddzielający w tym miejscu Suchomorze od Gór Granicznych. Niestety, horda musiała być liczniejsza, niż się to zrazu wydawało, bo monstra widywano coraz częściej, już nie tylko na pustkowiach, ale też na drogach łączących Niedźwiedziany z okolicznymi miastami i osadami. W końcu bestie zaczęły się pokazywać nawet na głównym szlaku handlowym, wiodącym do Wąskiej Przełęczy. Kolejne doniesienia były coraz bardziej ponure, coraz obfitsze w krwawe szczegóły, których przybywało w miarę powtarzania wieści z ust do ust. Cudzoziemscy kupcy wszczęli protest, w sprawę zaangażował się ambasador Hegemonii, aż wreszcie stało się jasne, że przemieńców nie można dłużej ignorować.

Doradcy władającego Suchomorzem chana Mikojana uważali jednak – nie bez pewnej dozy słuszności – że zbieranina wyrzutków, z których część przybyła zza zachodniej granicy, nie była bynajmniej wewnętrzną sprawą chanatu, a zagrożenie winno zostać zlikwidowane wspólnymi siłami. Ostatecznie, po krótkiej wymianie not dyplomatycznych, na Pustać Sinego Nieba postanowiono wysłać dwa oddziały. Hegemonia, związana ścisłym sojuszem z sąsiadem odgradzającym ją od Skażonych Ziem, czym prędzej wyprawiła w drogę ciężkozbrojną jazdę, z której słynęła na całym kontynencie. Kiedy dwudziestu pancernych dotarło wreszcie do Stuborów, dołączyła do nich Wichrowa Sotnia – reprezentujący Suchomorze doborowy oddział lekkiej kawalerii, na który składały się trzy dziesiątki doskonałych jeźdźców, zajadłych w boju niczym szerszenie, dowodzonych przez Einara Gunnarssona z Froslandu.

Barbarzyńca podjął się zadania z wielką ochotą. Służba w suchomorskiej armii, choć przyniosła mu niemałą sławę, z upływem lat nudziła go coraz bardziej. Od tygodni tkwił w stolicy chanatu jak kołek, bo rok był wyjątkowo spokojny, a na wschodnich i północnych rubieżach nie działo się nic godnego uwagi. Perspektywa opuszczenia miasta ucieszyła go tak bardzo, że nawet nie protestował, kiedy Dirk uparł się jechać razem z nim.

Niziołek, niegdyś obieżyświat, dziś szacowny kupiec, pojawił się w Stuborach zupełnie niespodziewanie kilka tygodni wcześniej i oświadczył, że ma zamiar pozyskać intratne stanowisko głównego zaopatrzeniowca chanowego wojska, czym rozbawił jarla niemal do łez. Przyczepił się potem do niego jak rzep do psiego ogona, licząc na wykorzystanie kontaktów sławnego dowódcy – w końcu byli przecież przyjaciółmi! – ale po krótkim starciu ze skorumpowaną administracją porzucił swoje niedorzeczne plany, a na wieść o wyprawie zupełnie zapomniał o interesach.

Być może – myślał dalej Einar – powinni zacząć coś podejrzewać, kiedy okazało się, że dwudziestką przybyłych z Hegemonii pancernych dowodzi ich dawny kompan – szlachetnie urodzony Gottlieb Peter von Silberbach, rycerz znany ze swych cnót i nieugiętej odwagi. Zapewne powinien im dać do myślenia fakt, że Gottliebowi towarzyszyła Renhild Svartblad, jedyna w oddziale apologetka, samotnie oraz całkowicie nieformalnie reprezentująca Zakon Tarczy. I z pewnością powinno im się wydać dziwne to, że to właśnie ona – zupełnym przypadkiem oczywiście – siedziała z rycerzem nad dzbanem wina akurat wtedy, gdy otrzymał rozkaz natychmiastowego wymarszu.

Von Silberbach, działając pod wpływem impulsu, zaproponował przyjaciółce udział w wyprawie na pogranicze, ta zaś, nie mając nic lepszego do roboty, zgodziła się bez wahania.

Kaprys bogów sprawił, że ich czwórka, niegdyś nierozłączna, spotkała się znowu. Kaprys bogów – a może jakiś tajemny plan?

Nie wiedzieli wtedy jeszcze, na kogo polują, a gdy to odkryli, było już za późno.

Z początku nic nie zapowiadało nieszczęścia – lecz przecież coś było nie tak.

Ślady, na które natrafili, choć zatarte i niewyraźne, wyglądały nadzwyczaj niepokojąco. Horda była o wiele liczniejsza – może nawet trzykrotnie – niż wynikało z raportów, które im przedstawiono w Stuborach. Być może należało się wycofać, ściągnąć posiłki, ale zanim decyzja została podjęta, rozesłani na wszystkie strony świata tropiciele przynieśli dobre wieści. Banda łotrów, widać czująca się pewnie na pustkowiu, podzieliła się na kilka mniejszych grup, a jedna z nich zmierzała akurat na zachód – w stronę drogi, którą nadciągała karna ekspedycja. Przemieńcy sami wchodzili wojsku w ręce, takiej okazji nie można było zmarnować.

Piaszczysty trakt, nieco zaniedbany i rozmyty przez deszcze, przecinał w tym miejscu jedną z odnóg Pustaci, by po kilku zaledwie milach ukryć się wstydliwie pomiędzy pasmami łagodnie falujących wzgórz, poroś­niętych gęstym sosnowym lasem. Stanowił najkrótszą, aczkolwiek niezbyt wygodną drogę, łączącą niewielką osadę, przytuloną do starej górskiej stanicy, z głównym szlakiem handlowym, biegnącym od Stuborów do Wąskiej Przełęczy.

Słońce chyliło się już ku zachodowi. Ukryte wśród zarośli wojsko, niewidoczne na tle ciemnej ściany drzew, czekało cierpliwie, gotowe wyrżnąć przemieńców do nogi. Dwaj dowódcy starannie wybrali miejsce zasadzki. Ze wzniesienia mieli doskonały widok na położony na wschodzie fioletowy jęzor wrzosowiska, zamknięty od północy i południa ciemnymi pasmami lasu. Wystarczyło przepuścić wyrzutków, odczekać chwilę, aż znajdą się między pagórami, a potem spaść im na plecy. Przy odrobinie szczęścia można było zlikwidować oderwaną grupę po cichu, nie alarmując pozostałych, później zaś zająć się kolejną bandą, i kolejną – aż do skutku.

Niestety, właśnie tej odrobiny szczęścia zabrakło.

Wioząca młodą kobietę kolasa, eskortowana przez jakiegoś drobnego szlachetkę z dwoma synami oraz garstką czeladzi, pojawiła się niespodziewanie na jedynej wiodącej przez pustkowie drodze i znalazła się dokładnie tam, gdzie absolutnie nie powinno jej być. Nie wiadomo, jakim cudem przeoczyli ją zwiadowcy – być może, zbytnio skupieni na obserwowaniu wroga, nie sprawdzili dalszego odcinka traktu albo uznali przypadkowych podróżnych za drobiazg niewart uwagi. Mały kamyczek pociągnął za sobą lawinę. Niewielka grupa wyraźnie znudzonych wyrzutków, do tej pory nieświadomie zmierzająca wprost w pułapkę, znienacka zmieniła kierunek marszu i pognała w stronę powozu, który – co za pech! – akurat wtedy utknął na piaszczystej drodze. Nie mogąc pozwolić na rzeź niewinnych ludzi, Einar posłał swoich kawalerzystów na ratunek. Przemieńcy dostrzegli ich natychmiast. Widząc trzydziestu zbrojnych, wycofali się czym prędzej. Upiorne zawodzenie ich kościanych piszczałek odbiło się od ściany lasu i rozeszło echem po całym wrzosowisku. Alarm!

Rozproszone siły wroga skupiły się błyskawicznie na podobieństwo ławicy drapieżnych ryb, a niedoszli myś­liwi odkryli nagle, że stali się zwierzyną. Zamiast niecałej dwudziestki, zmierzało ku nim półtorej setki potworów.

Dowódcom nawet nie przyszło do głów, że mogliby się wycofać. Biorąc pod uwagę doskonałe wyszkolenie swoich ludzi, uznali, że liczebna przewaga wroga nie będzie miała większego znaczenia. Stanęli więc do nierównej bitwy, za plecami mając przerażonych cywili, którzy na widok szykującego się do starcia wojska, zatrzymali się ledwie na moment z otwartymi z podziwu gębami, by zaraz potem wypchnąć kolaskę z piaszczystej dziury i czmychnąć jak zające w stronę zbawczych wzgórz. A kiedy skrzypienie kół umilkło w oddali, ujrzeli w końcu wodza złowrogiej hordy.

Wówczas czworo przyjaciół ogarnęła zgroza, bo przypomnieli sobie stare proroctwo, na jakie natknęli się przed laty, i w nagłym przebłysku pojęli, że znaleźli się na wskazanych w przepowiedni ziemiach.

Sine niebo...

Gdyby mieli czas na zastanowienie, zrozumieliby może więcej, ale czasu im nie dano.

***

Froslander ocknął się z zamyślenia. Żałosne niedobitki ekspedycji karnej eskortowały teraz kolasę, a ich dowódcy czekali na niechybną śmierć, mając nadzieję, że zdołają opóźnić pogoń. Pogoń za... noworodkiem?

Naraz pojął, co Renhild mogła mieć na myśli. Spojrzał na nią z niedowierzaniem.

– Do zguby go przywiedzie… – wyszeptał. – Dlaczego wcześniej nam nie powiedziałaś?

– Bo wcześniej mi to nie przyszło do głowy – odparła wojowniczka. – Chociaż cały czas miałam wrażenie, że nazwa tego miejsca z czymś mi się kojarzy. Dopiero wczoraj, przed bitwą… Wszystko nagle wróciło. Przecież też to poczułeś?

Pokiwał głową. Przeżył wczoraj niemały wstrząs, a niespodziewane spotkanie pod sinoszarym niebem wrzosowiska przywróciło mu pamięć. Przez moment znów miał w nozdrzach potworny smród smoczego leża. Widział zwój zaplamionego wilgocią pergaminu, tajemniczo lśniący w blasku pochodni. Czuł dojmujący lęk, czytając zawiły tekst, napisany w dziwnym, archaicz­nym stylu.

Wspomnienie, pogrzebane pod brzemieniem lat, nigdy się nie zatarło do końca, choć coraz rzadziej prześladowało go w mętnych i niejasnych snach, z których mało co pamiętał po przebudzeniu – ledwie kilka oderwanych zdań, z których niewiele rozumiał, a jeszcze mniej chciał zrozumieć.

– Nie było kiedy porozmawiać… – Jarl urwał i zacisnął pięści na wspomnienie rzezi i odwrotu, który zmienił się w haniebną ucieczkę.

– Nie było kiedy… – powtórzyła jak echo, nerwowo przegarniając włosy. – A potem dogoniliśmy tych ludzi i okazało się, że dziewczyna jest przy nadziei. – Rozłożyła ręce, pokręciła głową z niedowierzaniem. – Akurat tutaj i akurat teraz? Zaczęłam się zastanawiać, jakie znaczenie ma dziecko. Przecież on… – Jej głos załamał się na moment. – Do zguby go przywiedzie to nie to samo, co zgubą mu będzie – dodała, znacznie już ciszej.

Dopiero teraz Einara uderzył absurd sytuacji. Przez tyle lat unikali najmniejszej choćby wzmianki na temat przepowiedni! Nie rozmawiali o niej, nie roztrząsali jej znaczenia. Wiedzieli, że Renhild schowała pergamin w bezpiecznym miejscu. To im wystarczało.

Pierwszy kawałek układanki wskoczył na miejsce, lecz oni nadal byli ślepi. Drugi kawałek… O tak, ten drugi kawałek powinien dać im do myślenia. Zwłaszcza w połączeniu z całą resztą.

Kiedyś było ich pięcioro, jak palców jednej ręki. On sam – Einar Gunnarsson, góral z Froslandu, na równi kochający się w ciszy bibliotek, co w zgiełku bitwy. Jasnowłosa Renhild Svartblad, gwałtowna jak wicher najemniczka, starannie ukrywająca swe pochodzenie. Gottlieb von Silberbach, poważny idealista o wiecznie zatroskanym obliczu, w tamtych czasach gorliwy apologeta. Dirk van der Neer, sprytny niziołek gnany przedziwną żądzą przygód. I jeszcze jeden, ten piąty. Pogodny elf, który dla przygód porzucił dekadencki dwór ojca i karierę w elitarnym oddziale Nefrytowych Mod­liszek.

Przez długie lata nierozłączni, aż do pewnej pamiętnej wiosny. Potem…

Potem wszystko zaczęło się psuć, aż w końcu elf odszedł. Przez jakiś czas widywali go jeszcze to tu, to tam. Unikali kontaktu. Tylko Renhild nie odwróciła się od niego, nie porzuciła nadziei. Jak ćma krążąca wokół świecy. Ale i ona – z tego, co jarl wiedział – nie widziała go od co najmniej kilku miesięcy.

Einar zmarszczył brwi. Do wczoraj nie widział w tym nic dziwnego. Gdzie niby miałaby go spotkać, skoro już od dłuższego czasu siedziała kamieniem w Stahlbergu? Dawniej ciągle była w drodze, ciągle w ruchu. Aż się doigrała. Wielki Mistrz Suger, osobnik wredny i wyjątkowo nieprzychylny kobietom, pozbawił ją dowództwa – aż do odwołania, czyli zapewne na zawsze. O powodach mówiła niechętnie, ale Gottlieb twierdził, że miało to jakiś związek z kryzysem politycznym, który kilka miesięcy wcześniej wstrząsnął dworem Hegemona. W sprawę – jakżeby inaczej – zamieszani byli czciciele jednego z Palców Skazy. Działający poprzez dobrze zakamuflowanych agentów Pan Iluzji, nie bez kozery zwany też Siewcą Kłamstwa, usilnie popychał Hegemonię do wojny domowej, a Renhild – zupełnym przypadkiem oczywiście – została wplątana w skomplikowaną intrygę. Parweniuszka, nobilitowana po bitwie pod Starymi Prażuchami, nie miała pojęcia o skomplikowanej sieci pokrewieństw i układów. Nic więc dziwnego, że narozrabiała nielicho. Naraziła się kilku wysoko postawionym osobom, obracając się przy tym w towarzystwie wyjątkowo podejrzanych indywiduów, wśród których roiło się od szpiegów, złodziei i nieludzkich stworów. Na koniec Suger zapuszkował ją w klasztornej celi, kiedy zaś echa sprawy przycichły, zasugerował jej uprzejmie, by zniknęła mu z oczu i nie wracała bez wyraźnego rozkazu. Wojowniczka opuściła zatem siedzibę Zakonu Tarczy, przeniosła się na stałe do kupionego kilka lat wcześniej przytulnego domu w stolicy, po czym zajęła się studiowaniem starych ksiąg w towarzystwie niejakiego Górskiego – maga, a zapewne także i szpiega na usługach Hegemonii.

Co przecież nie oznaczało, że nie mogłaby spotkać się z tym cholernym elfem, gdyby tylko chciała. Czyżby wiedziała?

Nie. Nie mogła wiedzieć. Tego Einar był pewien. Stał tuż przy niej w chwili, gdy po raz pierwszy ukazał im się dowódca hordy. Nigdy przedtem nie widział na ludzkiej twarzy – i miał nadzieję nigdy więcej nie zobaczyć – takiej upiornej mieszaniny bólu i przerażenia.

Później, kiedy galopowali na złamanie karku, pozostawiając za sobą zwały trupów, nie było czasu na rozmowy. Ani wtedy, gdy – zatrważająco szybko – dogonili uciekającą kolaskę. A kiedy czarna jak smoła noc zmusiła ich do zatrzymania, wojowniczka głosem wypranym z emocji zażądała, by oddał jej cały zapas pergaminu, który zwykł wozić ze sobą zawsze i wszędzie. Przy wąt­łym świetle maleńkiego ogniska pisała pracowicie aż do rana, ucinając wszelkie próby nawiązania rozmowy. Nie miał pojęcia, kiedy zdążyła coś uknuć z van der Neerem, ale było jasne, że w jej głowie zrodził się jakiś plan.

Wbrew pozorom jarl nie był osiłkiem w gorącej wodzie kąpanym. Gdy było trzeba, potrafił powściągnąć swój gwałtowny temperament. Biada tym, których zmyliły pozory: hałaśliwy sposób bycia i wygląd dzikiego barbarzyńcy. Ciało, pokryte węzłami potężnych mięśni, skrywało bowiem bystry umysł, karmiony troskliwie dziesiątkami przeczytanych ksiąg – historycznych kronik i traktatów politycznych, sprawozdań podróżników oraz dzieł filozofów. Właśnie te ostatnie pozwoliły na sformułowanie myśli, która wstrząsnęła Froslanderem do głębi. Zanim jednak zdołał ją wypowiedzieć, zrobił to za niego rycerz.

– Wszyscy ją źle zrozumieliśmy – wyszeptał ze zgrozą. – Czy on też? Trzeba było patrzeć na całość! Jak te wszystkie „gdy” zastąpić przez „jeśli”, to…

– …przepowiednia może być pułapką – dokończyła Renhild. – Tylko na kogo?

– Może na nas? – Gottlieb z troską spojrzał na wojowniczkę. W jej zaczerwienionych z niewyspania oczach zobaczył odbicie własnego strachu. – Trzeba by ją przeczytać jeszcze raz… To wszystko jest w tym liście? Do kogo napisałaś? Do Sugera?

– Do Górskiego.

– Do maga? Zwariowałaś? Dlaczego nie Mistrz? – gorączkował się rycerz. Tknięty nagłą myślą, szarpnął wodzami gwałtownie, aż koń przysiadł na zadzie. – Renhild, na bogów, to ty powinnaś uciekać, nie Dirk!

– Nie. – Pokręciła głową. – Widział mnie wczoraj. Wie, że tu jestem.

Rycerz zamilkł na moment, ale jego wargi wciąż się poruszały, jakby odmawiał bezgłośną modlitwę.

– Co zrobiłaś z tym przeklętym pergaminem? – zapytał wreszcie.

– Dałam Górskiemu.

– Co!?

– Zabrałam z klasztoru wszystkie swoje rzeczy. Kiedy wpadła mi w ręce tuba ze zwojem, od razu pomyślałam, że to coś dla niego. Lubi zagadki. Ledwie rzucił okiem, zaraz zauważył, że przepowiednia wskazuje datę, tylko jeszcze nie potrafił jej dokładnie określić. Najpierw chciał rozgryźć wzmianki o artefaktach… – Przerwała, nerwowo przegarnęła sklejone potem i kurzem włosy. – Skąd miałam wiedzieć?

– Fy skabben! – zaklął bezsilnie Einar, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Wszyscy byliśmy ślepi, trzeba było od razu… Bogowie, nie ma już czasu!

Istotnie, ich czas dobiegał końca. Słońce wspinało się coraz wyżej, a nadciągająca od wschodu horda była już dobrze widoczna. Pozostało ledwie kilka chwil.

– Mag jest historykiem z zamiłowania. Uzupełni luki i przekaże Sugerowi – wyjaśniała pospiesznie wojowniczka. – Zapisałam wszystko, co mi przyszło do głowy. Nie wiem, czy mam rację. A jeśli ją mam… Pani Stali, chroń nas wszystkich! Dirk ma list. Będzie wiedział, co dalej. Obserwuje nas z bezpiecznej odległości.

– Milczcie teraz i ani słowa na ten temat! – ostro przerwał jej Einar.

W natłoku myśli jedna była jasna – przeciwnik nie mógł się dowiedzieć, co było w liście. Miał tylko nadzieję, że Renhild wie, co robi. Odgadł już to, co Gott­liebowi jeszcze nie zaświtało w głowie i modlił się, by ta myśl pozostała tajemnicą. Przynajmniej do chwili, gdy przeznaczenie się dopełni.

Uświadomił sobie bowiem, że zguba niejedno ma imię.

Rycerz na szczęście zamilkł, nie zadawał więcej pytań. Słysząc triumfalny wrzask dobywający się z dziesiątków gardeł, oderwał wzrok od twarzy towarzyszki i w jednej chwili zapomniał o wszystkim prócz zbliżającej się walki.

Einar odetchnął z ulgą.

***

Horda zatrzymała się o rzut kamieniem. Nad wrzosowiskiem rozległa się kakofonia gardłowych powarkiwań i nieartykułowanych wrzasków. Stwory, stanowiące bluźnierczą mieszaninę cech humanoidów oraz zwierząt, obdarzone przez Skazę rogami, kopytami, szponami czy mackami, pokryte łuską, sierścią bądź śluzem, rozstawiły się obszernym półkolem, a potem się rozstąpiły, tworząc przejście.

I oczom trojga skazańców znów ukazał się on: dawny towarzysz, niegdyś najbliższy przyjaciel, dziś najzaciętszy wróg. Spowity w jednolitą czerń, przepłynął przez wrzosowisko niczym cień. Pozornie nietknięty zepsuciem, wysoki, muskularny i pełen gracji.

Przeklęty elf, przez którego wszystko się stało.

Uniósł dłoń, a horda natychmiast zamilkła. W nabrzmiewającej napięciem ciszy stali tak naprzeciwko siebie – troje ludzi, elf i zgraja potworów.

Dopiero teraz mogli się przekonać, jak wysoką cenę zapłacił zdrajca za swoje wczorajsze zwycięstwo. Horda, licząca jeszcze niedawno półtorej setki głów, skurczyła się do zaledwie czterech dziesiątek. Tych wprawdzie i tak było aż nadto, by zmieść z powierzchni ziemi zuchwałą trójkę, ale świadomość, że zadali wrogowi ciężkie straty, napełniła ich serca gorzką dumą. Wiedzieli przy tym, że gdyby nie obecność Przeklętego, który kosił przeciwników niczym zboże, poprzedniego dnia horda przestałaby istnieć. I on o tym wiedział, dlatego teraz samotnie ruszył na spotkanie dawnych przyjaciół, z wyzywającym uśmiechem młynkując dwiema szablami.

Pierwszy dopadł go Einar. Ryk furii rozległ się echem po wrzosowisku, zamaszyste cięcie powędrowało ku szyi elfa. Ten zastawił się niedbale, jakby od niechcenia, okazując przeciwnikowi jawne lekceważenie. Cios był jednak tak potężny, że przełamał gardę. Ciężkie żelazo ze świstem przecięło powietrze, gdy elf, giętki niczym gałąź na wietrze, uchylił się bez większego trudu. Uśmiech zniknął z jego twarzy, ustępując miejsca skupieniu. Migotliwa kurtyna stali otoczyła dwóch szermierzy, którzy wspinali się na szczyty swych umiejętności, zasypując się nawzajem gradem ciosów, z których każdy mógł się okazać ostatnim. Dwa zakrzywione ostrza zderzały się z długim mieczem Einara, dwie pary stóp przesuwały się to w jedną, to w drugą stronę w upiornym tańcu, który zakończyć mogła tylko śmierć.

Ludzie i monstra zastygli w bezruchu, obserwując pojedynek. Słychać było jedynie łoskot stali, coraz cięższy oddech Froslandera i drwiące krakanie wron nad wrzosowiskiem.

Srebrzysta mgła zabarwiła się cieniem purpury – któreś z ostrzy otarło się o ciało. Stopy elfa przyspieszyły, taniec wzbogacił się o nowe elementy. Odskok, półprzysiad, nagły wypad, a potem znowu unik, szybszy niż myśl. I przerwa trwająca tyle, co uderzenie serca, gdy przeciwnicy patrzyli sobie prosto w oczy, czytając w nich własną śmierć.

Na niechronionym kolczugą udzie jarla pojawiła się plama czerwieni.

Renhild syknęła, Gottlieb wciągnął gwałtownie powietrze. Przez szeregi przemieńców przebiegł pomruk. A elf znów runął naprzód, zadał dwa szybkie ciosy. Einar odbił jedno ostrze, drugiego już nie zdążył. Odchylił się w ostatniej chwili, ratując głowę – krawędź szabli rozcięła tylko nos i usta. Przez mgnienie oka barba­rzyńca niemal wisiał w powietrzu, wygięty jak akrobata, potem się zachwiał, zrobił krok w tył. Zraniona wcześniej noga ugięła się pod ciężarem potężnego ciała. Potknięcie zakończyło taniec. Przeklęty doskoczył, pchnął oburącz. Dwie szable rozdarły oczka kolczugi i wgryzły się w tors wojownika jak dwa bliźniacze żądła, po czym cofnęły się, uniosły i zastygły na moment w oczekiwaniu.

Renhild rzuciła się w stronę jarla. Nim padł na ziemię, zdołała go podtrzymać.

– Nie dobijaj! – krzyknęła rozpaczliwie.

Elf milczał. Patrzył na jasną krew, spływającą z wolna między wrzosy. Z pozbawioną wyrazu twarzą obserwował, jak gasną błyski w niebieskich oczach jarla, jak życie umyka nieubłaganie. Śledził wzrokiem łzy, które ściekały po policzkach kobiety i upadały na pierś rannego, a stojące za jego plecami plugastwo czekało, zastygłe w zdumieniu, jakby dotknięte nagłą niemotą.

I kiedy jeden wojownik umierał, drugi podszedł do dawnego przyjaciela.

– Zginiesz za to! – Głos Gottlieba zadudnił z wnętrza hełmu.

W ciszy, która ogarnęła świat, słowa rozległy się głucho, potężnie, niczym wystrzał armatni.

Pierś Przeklętego uniosła się, gdy zaczerpnął powietrza, by przemówić.

– Zobaczymy, czyje ścierwo użyźni wrzosowisko.

– Stawaj i zapomnij, żeśmy się kiedykolwiek znali – odrzekł Gottlieb. – Dla mnie już nie istniejesz. Zginąłeś dawno temu.

– Prawda. – Elf pokiwał głową i odwrócił się ku niemu. – Przypomnij sobie jeszcze, kto się do tego przyczynił – wycedził jadowitym szeptem.

– Próbowałem cię ratować!

– Po to, by później móc powtarzać, jak bardzo tego żałujesz? – odciął się elf. – Myślisz, że nie wiem, co mówiłeś za moimi plecami, przyjacielu? – Ostatnie słowo wypluł, jakby parzyło go w język. – Długo czekałem na tę chwilę. Teraz mam was wszystkich – wysyczał i zakręcił młyńca szablami.

Gottlieb dobył miecza, sprawdził uchwyt tarczy. Ruszył bez pośpiechu, ostrożnie, szerokim łukiem obchodząc elfa, krok za krokiem oddalając się od Renhild i Einara.

– Chodź tu, zdrajco. Daj mi naprawić mój błąd.

Długo mierzyli się spojrzeniami, pełnymi goryczy i zadawnionego żalu. Za późno już było na wyjaśnienia, za późno na przebaczenie. Krążyli wokół siebie jak dwa wilki, szukając luk i oznak słabości. W końcu zaatakowali, obaj w tej samej chwili. Krzywe ostrze uderzyło w tarczę. Miecz trafił na szablę. Nad wrzosowiskiem znów poniósł się szczęk stali.

W tym czasie Renhild z trudem odciągnęła Einara pod kępę brzóz. Zdyszana i spocona, oparła go o powykręcany pień. Gwizdnięciem przywołała konia, wydobyła z juków zwój bandaży. Dziwnym trafem nikt jej nie przeszkadzał. Cała uwaga plugastwa skupiona była na walczących, a ci oddalali się coraz bardziej.

– Obudź się! – wyszeptała nagląco, niezbyt delikatnie poklepując barbarzyńcę po twarzy. – No, dalej, do cholery, nie waż mi się tu umierać!

Kiedy niedoszły nieboszczyk wreszcie otworzył oczy, rozejrzała się pospiesznie, po czym wyciągnęła z zanadrza maleńki flakonik.

– Pij! – rozkazała stanowczo, a następnie wlała ostrożnie połowę zawartości w rozchylone usta Froslandera, który przełknął posłusznie, nie bardzo wiedząc, co się właściwie dzieje.

I stał się cud. Zamierający oddech pogłębił się i wyrównał, krew przestała płynąć. Wojownik jęknął, wreszcie wymamrotał coś niewyraźnie.

– Ciii! – syknęła kobieta, nerwowo spoglądając w stronę zajętego walką elfa. – Leż i się nie ruszaj – poleciła, wciskając flakonik w cholewę einarowego buta. – Jeśli uda mi się ocalić Gottlieba, wlej to w niego jak najszybciej. Utrzyma was przy życiu przez jakiś czas, a potem zajmie się wami Dirk.

– Przepowiednia…Ty…

– Nie gadaj, masz przebite płuco – przerwała mu, pospiesznie zawiązując bandaże – Przepowiednia. Wiedziałam, że zrozumiesz.

Nad wrzosowiskiem zapadła nagle całkowita cisza. Renhild uniosła głowę. Człowiek i elf krążyli powoli, tocząc pojedynek na spojrzenia. Obserwowała ich, póki ponownie nie skoczyli ku sobie.

– Przeszłość? – Einar ni to stwierdził, ni to zapytał. – Żaden dobry uczynek…

– ...nie pozostanie bez kary – dokończyła. – Tak, dogoniła nas przeszłość.

– Ty... Gottlieb... nie...

– Musisz go powstrzymać, rozumiesz? Macie przeżyć! – szeptała gorączkowo – Nie wolno wam się wtrącać, stawka jest za wysoka. Musicie jak najszybciej dotrzeć do Górskiego.

– Co… stanie się… z tobą? – wyszeptał z trudem i przeklął się w duchu za to pytanie.

Drgnęła gwałtownie, ale zaraz się opanowała.

– Nieważne. Pamiętaj o przepowiedni.

Nie patrzyła na niego. Udawała, że całą jej uwagę pochłania pojedynek tamtych dwóch.

A oni nadal walczyli. Stal zgrzytała o stal, proste ostrze ścierało się z zakrzywionym, szabla ześlizgiwała się po tarczy. Któryś z przemieńców zaczął grać na kościanych piszczałkach, a upiorna melodia splotła się z rytmem kroków Przeklętego, który tańczył niezmordowanie. Ciasno spleciony warkocz ze świstem przecinał powietrze. Elf wirował, nieuchwytny jak dym na wietrze, pląsał w dzikim, chaotycznym rytmie, atakował błyskawicznie i mamił wzrok, ale wszystkie jego sztuczki, piruety czy wyskoki nie robiły wrażenia na rycerzu, który dobrze znał jego sposób walki. Gottlieb, choć zgubił już hełm i krwawił solidnie z rozciętego ucha, nie tracił opanowania. Czujny i skupiony, bronił się uważnie, piekielnie kontrując, gdy tylko pojawiał się choćby cień szansy. Kilka razy dosięgnął nawet celu, jednak cięcia nie robiły wrażenia na przeciwniku, który nawet na moment nie zmylił kroku, nie zwolnił tempa walki. Zmarszczył tylko białe brwi, jakby zirytowany stratą czasu. Lecz po rycerzu widać już było, że traci siły, a palący ból mięśni usztywnia jego ruchy. Był człowiekiem, tylko człowiekiem, w przeciwieństwie do Przeklętego podatnym na zmęczenie, zaś każda mijająca chwila działała na jego niekorzyść. Z pewnością zdawał sobie z tego sprawę – dlatego zebrał się w sobie i zaatakował ze zdwojoną mocą, przełamując narastającą słabość. Zasypał elfa gradem ciosów, naparł na niego tarczą i ciężarem ciała, wytrącił z równowagi, wybił z rytmu na mgnienie oka! Proste ostrze ominęło gardę przeciwnika, rozcięło lekką kolczugę, a twarz Gottlieba się rozjaśniła, jakby zalała go nagła euforia. Wykrzyknął i uderzył znowu, i jeszcze raz trafił, miecz ugrzązł na moment, choć zaraz uwolnił się, rozdzierając ciało... Lecz efektu nie było widać.

– Czas już. – Renhild odezwała się znienacka – Gott­lieb słabnie.

Zanim Einar zdążył coś powiedzieć, zerwała się i ruszyła w stronę, z której dobiegał szczęk oręża.

Elf ograniczał się teraz do obrony. Cofał się krok za krokiem, zbliżając się do opartego o pień brzozy Froslandera, czasem tylko zmieniając kierunek, by zmusić rycerza do przedzierania się przez płożące się po ziemi krzewiny. Jedne ciosy parował, drugich unikał, czekając cierpliwie, aż impet ataku nieuchronnie zelżeje. Oddech rycerza z każdą chwilą stawał się coraz cięższy, coraz bardziej chrapliwy. Grube krople potu spływały z szerokiego czoła, drażniąc zaczerwienione oczy. Przeklęty się zatrzymał, przeciągnął jałową, monotonną wymianę ciosów, potem odsłonił się na moment, prowokując atak. A kiedy Gottlieb, pragnąc jak najszybciej zakończyć walkę, wychylił się w dalekim wypadzie, skontrował bezlitośnie. Jedną szablą ciął zdradziecko od dołu, mierząc w pachwinę, drugą uderzył w odsłonięty kark. Obie trafiły celu. Krew trysnęła na wrzosy, rycerz zachwiał się i padł.

Wojowniczka skoczyła ku niemu. Jeszcze oddychał.

– Zostaw go! – warknęła do elfa.

Spojrzał na nią, unosząc brwi w zdumieniu. Pokręcił głową, jakby nie dowierzając własnym uszom.

– Drugi raz się wtrącasz, drugi raz na darmo. Już się nie wywiną śmierci. Przedłużasz tylko ich konanie. Liczysz na cud?

– Wszystko w rękach bogów – odpowiedziała. – Tak ci spieszno, by prześcignąć ich w okrucieństwie?

Wyszczerzył zęby w dzikim uśmiechu, słysząc cytat ze znienawidzonej przepowiedni.

– Niech będzie. Utul go i pożegnaj. Potem zajmę się tobą.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij