Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Kwiat dalekiej północy - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
Czytaj fragment
Pobierz fragment
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Kwiat dalekiej północy - ebook

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 356 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZ­DZIAŁ I DUŻO MOŻ­LI­WO­ŚCI

Co za oczy! Co za wło­sy! Co za kar­na­cja! Śmiej się je­śli chcesz, Whit­te­mo­re, ale ja mó­wię, że nig­dy nie wi­dzia­łem tak pięk­nej dziew­czy­ny!

Wy­ra­zi­sta twarz Greg­so­na, gdy pa­trząc przez stół na przy­ja­cie­la za­pa­lał rów­no­cze­śnie pa­pie­ro­sa, pro­mie­nia­ła wprost en­tu­zja­zmem.

– Nie ra­czy­ła na mnie zer­k­nąć, mimo że ga­pi­łem się na nią otwar­cie! – wzdy­chał. – I nie było rady! Wprost nie mo­głem od niej oczu ode­rwać! Daję sło­wo, wy­ma­lu­ję ją ju­tro na okład­kę dla Bur­ke­go. Bur­ke prze­pa­da za okład­ka­mi do swe­go mie­sięcz­ni­ka przed­sta­wia­ją­cy­mi pięk­ne ko­bie­ty. Słu­chaj sta­ry, dla­cze­go ty wła­ści­wie tak chi­cho­czesz?

– By­najm­niej nie z po­wo­du tej jed­nej hi­sto­rii! – tłu­ma­czył Whit­te­mo­re. – A wi­dzisz, my­ślę so­bie…

Po­wiódł wzro­kiem po wnę­trzu ubo­giej cha­łu­py, oświe­tlo­nej tyl­ko jed­ną lam­pą olej­ną zwi­sja­ją­cą u su­fi­tu. Gwizd­nął ci­cho przez zęby.

– My­ślę, czy znaj­dziesz na zie­mi taki za­ką­tek, gdzie nie gro­zi­ło­by spo­tka­nie z naj­pięk­niej­szą isto­tą świa­ta. Ostat­nia była w Rio Pe­dras, praw­da Tom? Hisz­pan­ka czy Kre­ol­ka? Zda­je się mam jesz­cze przy so­bie twój list, więc ci go ju­tro prze­czy­tam. Wca­le mnie zresz­tą nie zdzi­wi­łeś. W Por­to Rico są istot­nie prze­ślicz­ne dziew­czę­ta. Ale nie są­dzi­łem, że po­tra­fisz na­wet tu­taj, w głu­szy…

– Ach, ta do­praw­dy bije wszyst­kie inne! – od­parł ar­ty­sta, otrzą­sa­jąc po­piół z pa­pie­ro­sa.

– Na­wet tę dziew­czy­nę z Va­len­cji, hę? Roz­ba­wio­ny Fi­lip Whit­te­mo­re prze­chy­lił się nie­co przez stół, przy czym na jego przy­stoj­ną, ogo­rza­łą od wi­chru i mro­zu twarz pa­dło ja­śniej­sze świa­tło lam­py. Tom Greg­son sta­no­wił z nim zu­peł­ny kon­trast; po­licz­ki miał gład­kie, okrą­głe, wą­skie, wy­piesz­czo­ne ręce i bu­do­wę tak de­li­kat­ną, że nie­omal ko­bie­cą. Po raz dwu­dzie­sty chy­ba tego wie­czo­ru moc­no uści­snę­li so­bie dło­nie.

– Ty tak­że nie za­po­mnia­łeś Va­len­cji, co? – cie­szył się ma­larz.

– Daję sło­wo, ależ rad je­stem, że cię zno­wu wi­dzę, Fil! Zda­je mi się, jak by­śmy się nie spo­ty­ka­li od wie­ków, a toć to jesz­cze nie ma trzech lat od po­wro­tu z Po­łu­dnio­wej Ame­ry­ki. Va­len­cja! Czy o niej kie­dyś po­tra­fi­my za­po­mnieć! Gdy Bur­ke wrę­czył mi przed mie­sią­cem pierw­sze, znacz­niej­sze ho­no­ra­rium, mó­wiąc: Tom ro­bisz się sław­ny, po­trze­bu­jesz te­raz wy­po­czyn­ku – po­my­śla­łem o Va­len­cji, i za­tę­sk­ni­łem gorz­ko do tych daw­nych dni, gdy we dwój­kę omal nie roz­pę­ta­li­śmy re­wo­lu­cji. Le­d­wo nie stra­ci­li­śmy głów przy oka­zji. Cie­bie wy­ra­to­wa­ła od­wa­ga, a mnie pięk­na dziew­czy­na!

– No i zim­na krew! – ro­ze­śmiał się Whit­te­mo­re. – Wten­czas wła­śnie do­sze­dłem do prze­ko­na­nia, że je­steś czło­wie­kiem o naj­zim­niej­szej krwi, ja­kie­go so­bie tyl­ko moż­na wy­obra­zić. Czy pró­bo­wa­łeś do­wie­dzieć się, co po­ra­bia don­na Iza­bel­la?

– Umie­ści­łem dwu­krot­nie jej por­tret w mie­sięcz­ni­ku Bur­ke­go. Raz jako Bo­gi­nię Po­łu­dnio­wych Re­pu­blik, a dru­gi raz jako Dziew­czy­nę z Va­len­cji. Wy­szła po­tem za mąż za tę nie­cie­ka­wą kre­atu­rę, plan­ta­to­ra z Ca­ra­bo­bo, i są­dzę, że są szczę­śli­wi.

– Zda­je mi się, że były jesz­cze inne… – roz­wa­żał Whit­te­mo­re z uda­ną po­wa­gą. – Na przy­kład ta w Rio, któ­ra mia­ła przy­nieść ci ma­ją­tek, byle ze­chcia­ła tyl­ko pozo – wać do por­tre­tu. W za­mian za ten kom­ple­ment mąż jej za­mie­rzał ci wsa­dzić sześć cali noża pod że­bro, lecz wy­tłu­ma­czy­łem mu w porę, że je­steś mło­dy, nie­do­wa­rzo­ny, i na­wet nie­speł­na ro­zu­mu…

– Wy­tłu­ma­czy­łeś mu pię­ścią! – ra­do­śnie wrza­snął Greg­son. – Ależ to był wspa­nia­ły cios! Wi­dzę jesz­cze ten nóż! Za­czy­na­łem wła­śnie mó­wić Oj­cze Nasz, gdy bac! I ru­nął na pod­ło­gę. Za­słu­żył so­bie na to w zu­peł­no­ści. Nie uczy­ni­łem prze­cież nic złe­go. Moją naj­lep­szą hisz­pańsz­czy­zną po­pro­si­łem tyl­ko pięk­ną pa­nią, czy nie ra­czy mi chwi­lę po­zo­wać? Kie­go dia­bła uznał te nie­win­ne sło­wa za obe­lgę? A ona na­praw­dę była pięk­na!

– Oczy­wi­ście! – przy­znał Whit­te­mo­re. – Je­śli so­bie do­brze przy­po­mi­nam, była naj­pięk­niej­szą isto­tą na zie­mi. Ale póź­niej przy­szły jesz­cze inne. Co naj­mniej ze dwa­dzie­ścia, każ­da bar­dziej cza­ru­ją­ca niż jej po­przed­nicz­ka.

– Z tego się skła­da moje ży­cie – rzekł Greg­son, przy czym głos miał o wie­le po­waż­niej­szy niż przed­tem. – Mogę ma­lo­wać tyl­ko ko­bie­ty, i to ma­lo­wać do­brze. Po­czy­tał­bym za wa­ria­ta tego wy­daw­cę, któ­ry za­mó­wił­by u mnie ry­su­nek bez ład­nej twa­rzycz­ki. Niech im Bóg da zdro­wie! Są­dzę, że nie tak pręd­ko za­brak­nie na świe­cie ład­nych ko­biet. Gdy w ja­kiejś ko­bie­cie nie do­strze­gam nic pięk­ne­go, chciał­bym umrzeć…

– Tyl­ko po co pod­no­sić każ­dą rzecz do naj­wyż­szej po­tę­gi?

– Kie­dy wła­śnie o to cho­dzi! Je­śli przy­pad­kiem jest na­zbyt bla­da, jak na przy­kład don­na Iza­bel­la, w my­śli oży­wiam jej cerę i mam pięk­no bez za­rzu­tu! Lecz moja dzi­siej­sza nie­zna­jo­ma jest na­praw­dę bez za­rzu­tu! Chciał­bym je­dy­nie wie­dzieć co to za jed­na?

– To zna­czy, gdzie moż­na ją zna­leźć i czy ze­chce po­zo­wać do paru szki­ców oraz jed­ne­go por­tre­tu na okład­kę? – wtrą­cił Whit­te­mo­re. – Prze­cież o to cho­dzi?

– Wła­śnie. Masz wy­raź­ne zdol­no­ści wni­ka­nia w isto­tę rze­czy, Fil!

– Bur­ke ka­zał ci prze­cież wy­po­cząć.

Greg­son po­su­nął w stro­nę przy­ja­cie­la pu­deł­ko z pa­pie­ro­sa­mi.

– Bur­ke jest po­etycz­nym po­czciw­cem nie­na­wi­dzą­cym żmij, pa­ją­ków i dra­pa­czy chmur. Po­wie­dział mi: Greg­gy, wy­pocz­nij so­bie na ło­nie na­tu­ry ze dwa ty­go­dnie w ci­szy i sa­mot­no­ści zu­peł­nej. Jako je­dy­ne to­wa­rzy­stwo weź zmia­nę ubra­nia i bie­li­zny oraz parę skrzyń piwa. Wy­po­czy­nek, przy­ro­da, piwo co za ba­nał! A ja ma­rzy­łem wła­śnie o Va­len­cji, o don­nie Iza­bel­li, o kra­jach gdzie sama na­tu­ra pie­ni się i mu­su­je usta­wicz­nie, jak­by od za­ra­nia dzie­jów po­jo­no ją szam­pa­nem. Tak Fil, twój list przy­był w samą porę!

– A był prze­cież la­ko­nicz­ny! – rzekł Fi­lip. Wstał i nie­spo­koj­nie po­czął prze­mie­rzać po­kój wszerz i wzdłuż. – Obie­ca­łem ci tro­chę przy­gód oraz pro­si­łem abyś przy­był sko­ro ci tyl­ko czas po­zwo­li. Dla­cze­go? Hm, dla­cze­go?…

Za­wró­cił ostro, sta­nął i spoj­rzał na Greg­so­na.

– Chcia­łem cię mieć, gdyż to co się przy­tra­fi­ło w Va­len­cji, i to co w Rio, to były frasz­ki w po­rów­na­niu do pie­kła, któ­re się tu roz­pę­ta nie­ba­wem. Po­trze­bu­ję po­mo­cy, ro­zu­miesz? I nie o za­ba­wę idzie! Pro­wa­dzę sam je­den grę na stra­co­nej pla­ców­ce. Je­śli kie­dyś przy­dać mi się może wier­ny druh, to wła­śnie te­raz! Dla­te­go do cie­bie pi­sa­łem.

Greg­son od­su­nął krze­sło i wstał. Był o gło­wę niż­szy od to­wa­rzy­sza i ra­czej wą­tły. Ale w chłod­nych sta­lo­wo­błę­kit­nych oczach, w twar­dym za­ry­sie bro­dy miał coś przy­ku­wa­ją­ce­go uwa­gę. Szczu­płe pal­ce uści­snę­ły dłoń Fi­li­pa niby sta­lo­we klesz­cze.

– Wresz­cie przy­stę­pu­jesz do rze­czy, Fil! Cze­ka­łem cier­pli­wie niby Hiob albo niby nasz przy­ja­ciel Bob­by Tuc­kett, je­śli go pa­mię­tasz, któ­ry po­czął za­bie­gać przed sied­mio­ma laty o wzglę­dy Min­nie Shel­don, a oże­nił się z nią na­za­jutrz po dniu, gdy otrzy­ma­łem twój list. Za­nad­to by­łem po­chło­nię­ty do­cie­ka­niem, co się kry­je mię­dzy wier­sza­mi two­jej epi­sto­ły, aby móc iść na ślub. Nic zresz­tą nie od­ga­dłem. Gło­wi­łem się na­wet da­rem­nie całą dro­gę z La Paz. We­zwa­łeś mnie! Przy­by­łem. O co cho­dzi?

– W pierw­szej chwi­li wy­dam ci się wa­ria­tem, Greg­gy! – za­chi­cho­tał Whit­te­mo­re, za­pa­la­jąc faj­kę. – Two­ja es­te­tycz­na na­tu­ra bę­dzie nie­wąt­pli­wie ura­żo­na. Spójrz!

Chwy­cił Greg­so­na za ra­mię i po­wiódł go do drzwi.

Chłod­ne nie­bo pół­noc­ne ja­rzy­ło się od gwiazd. Cha­ta, któ­rej ścia­ny to­nę­ły w splą­ta­nej gę­stwi­nie wy­ro­słych w cią­gu lata pną­czy, sta­ła u szczy­tu wy­nio­słe­go wzgó­rza, na Da­le­kiej Pół­no­cy no­szą­ce­go szum­ne mia­no góry. Wo­kół le­ża­ła dzi­ka głu­sza, bia­ło­sza­ra w po­bli­żu, czar­na w od­da­li. Do­cho­dził z niej mo­no­ton­ny płacz­li­wy szmer wod­ne­go przy­pły­wu. Fi­lip, oparł­szy dłoń na ra­mie­niu Greg­so­na, wska­zał na sa­mot­ną pust­kę.

– Nie tak znów wiel­ka od­le­głość dzie­li nas od Oce­anu Lo­do­wa­te­go – rzekł. – Czy wi­dzisz to świa­tło po­dob­ne do ogni­ska, któ­re raz przy­ga­sa, to znów pnie się w górę? Czy nie przy­po­mi­na ci tej nocy, pod­czas któ­rej zmy­ka­li­śmy z Ca­ra­bo­bo, a don­na Iza­bel­la wska­zy­wa­ła nam dro­gę uciecz­ki? Wten­czas świe­cił nam księ­życ. Te­raz jest zo­rza pół­noc­na. Sły­szysz ło­skot przy­bo­ru w za­to­ce? A w po­wie­trzu czuć na­wet bli­skość gór lo­do­wych. Za prze­łę­czą gór­ską, o ka­ra­bi­no­wy strzał, leży fort Chur­chill. Po­mię­dzy nami a cy­wi­li­za­cją, na prze­strze­ni czte­ry­stu mil, nie ma nic prócz in­diań­skich osie­dli oraz fak­to­rii Kom­pa­nii Za­to­ki Hud­so­na. Co za spo­kój po­zor­ny, co za ci­sza! Tss, sły­szysz, jak w fort Chur­chill wyją psy po­cią­go­we? To głos dzi­czy, głos tego kra­ju! I ten przy­pływ oce­anu, tak pe­łen ta­jem­ni­czo­ści. Gwa­rzy o spra­wach dla czło­wie­ka nie­po­ję­tych i w mo­wie dla nas nie zro­zu­mia­łej. Znasz się na pięk­nie, Greg­gy, to cię musi nie­co wzru­szać.

– Owszem. Ale do­kąd ste­ru­jesz, Fil?

– Do celu, Greg­gy, wprost do celu, tyl­ko bez po­śpie­chu. Za­mie­rzam ci wy­ja­wić dla­cze­go spro­wa­dzi­łem cię tu­taj. Wa­ham się z wy­po­wie­dze­niem ostat­nie­go sło­wa. Wy­glą­da tak try­wial­nie wo­bec tego ca­łe­go pięk­na, wo­bec two­jej fi­lo­zo­fii ży­cio­wej. Jak­że tu bo­wiem przejść od don­ny Iza­bel­li, do ryb!

– Do ryb?

– Wła­śnie, do ryb.

Za­pa­la­jąc no­we­go pa­pie­ro­sa, Greg­son trzy­mał przez chwi­lę za­pał­kę w ten spo­sób, by oświe­tlić nią twarz przy­ja­cie­la.

– Słu­chaj no! – wy­buch­nął. – Nie spro­wa­dzi­łeś mnie tu chy­ba dla ry­bo­łów­stwa?

– I tak, i nie. Ale je­śli na­wet tak, cóż w tym złe­go? Ujął Greg­so­na za ra­mię i z twar­de­go uści­sku pal­ców ma­la­rza po­znał, że Fi­lip tym ra­zem mówi po­waż­nie.

– Przy­po­mnij so­bie, co roz­pę­ta­ło re­wo­lu­cję w Hon­du­ra­sie, dwa ty­go­dnie po na­szym przy­by­ciu do Por­to Bar­rios? Dziew­czy­na, praw­da?

– Słusz­nie, dziew­czy­na i na­wet nie­zbyt ład­na.

– I o jaki dro­biazg po­szło! Przy­po­mnij so­bie ten plac w Ce­iba ocie­nio­ny pal­ma­mi. Pre­zy­dent Be­li­ze pije wino z ku­zyn­ką, na­rze­czo­ną ge­ne­ra­ła O'Kel­ly Bo­nil­la, pół Ame­ry­ka­ni­na, pół Ir­land­czy­ka, wo­dza sił zbroj­nych Re­pu­bli­ki i naj­ser­decz­niej­sze­go przy­ja­cie­la w do­dat­ku. W chwi­li, gdy po­zor­nie nikt nie zwra­ca na nich uwa­gi, Be­li­ze ca­łu­je ku­zyn­kę, do­praw­dy je­dy­nie po ku­zy­now­sku. Lecz wła­śnie nie­po­strze­że­nie nad­cho­dzi O'Kel­ly i przy­jaźń jego do pre­zy­den­ta zmie­nia się w gorz­ką nie­na­wiść o po­sma­ku za­zdro­ści. W cią­gu trzech ty­go­dni roz­pę­tał po­tem re­wo­lu­cję, po­bił woj­ska rzą­do­we, wy­gnał Be­li­ze'a ze sto­li­cy, wcią­gnął do za­mie­szek Ni­ka­ra­guę oraz zmu­sił do in­ter­wen­cji trzy fran­cu­skie, dwa nie­miec­kie i dwa ame­ry­kań­skie okrę­ty wo­jen­ne. Sześć ty­go­dni po owym nie­win­nym po­ca­łun­ku O'Kel­ly sam zo­stał ob­wo­ła­ny pre­zy­den­tem. Po­myśl Greg­gy, taka bła­ha przy­czy­na i taki re­zul­tat! Dla­cze­go ryba nie mia­ła­by wy­wo­łać znacz­nie więk­szej hecy?!

– Do­praw­dy za­czy­na mnie to in­te­re­so­wać! – rzekł Greg­son. – Jaz­da Fil, przy­stąp do rze­czy. Nie prze­czę, że ryby kry­ją w so­bie wie­le moż­li­wo­ści. Ga­daj!ROZ­DZIAŁ II ROZ­WÓJ WY­PAD­KÓW

Trwa­li obaj chwi­lę w mil­cze­niu, na­słu­chu­jąc po­sęp­ne­go ło­sko­tu przy­pły­wu hu­czą­ce­go poza ciem­ną li­nią boru. Po­tem Fi­lip pierw­szy za­wró­cił ku cha­cie.

Greg­son po­szedł w ślad za przy­ja­cie­lem. W świe­tle wiel­kiej lam­py olej­nej zwi­sa­ją­cej u su­fi­tu za­uwa­żył w twa­rzy Whit­te­mo­re'a nie­do­strze­żo­ny po­przed­nio wy­raz: twar­dy skurcz szczęk, nie­po­kój oczu, bez­pod­staw­ne na po­zór wzru­sze­nie. Pe­wien był, że te ce­chy po­ja­wi­ły się do­pie­ro w ostat­nich paru se­kun­dach. Ra­dość z po­wo­du dzi­siej­sze­go spo­tka­nia, po dwu­let­niej nie­mal roz­łą­ce, roz­wia­ła na krót­ko tro­skę gro­ma­dzą­cą się te­raz na nowo.

Przy­po­mniał so­bie por­tret Whit­te­mo­re'a na­szki­co­wa­ny z pa­mię­ci, jako wspo­mnie­nie owych cza­sów, któ­re obaj pa­mię­ta­li tak wy­raź­nie: chłod­ne, nie­ugię­te rysy i rów­no­cze­śnie po­god­ny zu­chwa­ły uśmiech, zda­ją­cy się drwić z wszel­kich prze­ciw­no­ści losu; uśmiech czło­wie­ka za­wsze go­to­we­go do wal­ki z żar­tem na ustach. Dał ten ry­su­nek do mie­sięcz­ni­ka Bur­ke­go, opa­tru­jąc go ty­tu­łem: Dziel­ny Czło­wiek. Bur­ke skry­ty­ko­wał go z po­wo­du uśmie­chu wła­śnie. Ale Greg­son wie­dział, co robi. Por­tret przed­sta­wiał prze­cież Whit­te­mo­re'a.

Coś się te­raz zmie­ni­ło w Fi­li­pie. Po­sta­rzał się, po­sta­rzał za­dzi­wia­ją­co. Wo­kół oczu miał głę­bo­kie zmarszcz­ki, a po­licz­ki mu za­pa­dły. Znikł ży­wio­ło­wy do­bry hu­mor, a oży­wie­nie sprzed kwa­dran­sa było za­le­d­wie nie­udol­nym wspo­mnie­niem daw­nej bez­tro­ski. Te dwa lata mu­sia­ły wpleść w eg­zy­sten­cję Fi­li­pa wie­le spraw nie­zro­zu­mia­łych, to­też Greg­son za­sta­no­wił się chwi­lę, czy wła­śnie tym spra­wom na­le­ży za­wdzię­czać, że z wy­jąt­kiem ostat­nie­go li­stu, przez cały ten czas nie otrzy­mał od szkol­ne­go ko­le­gi ani jed­ne­go sło­wa.

Sko­ro za­ję­li miej­sce po obu bo­kach sto­łu, Fi­lip wy­jął z kie­sze­ni nie­wiel­ki zwi­tek pa­pie­rów. Spo­śród nich wy­cią­gnął mapę, któ­rą z ko­lei wy­gła­dził dło­nią.

– Tak – po­wie­dział w za­du­mie. – Ryby kry­ją w so­bie wie­le moż­li­wo­ści. – Nie po to cię zresz­tą spro­wa­dzi­łem, byś wal­czył z wia­tra­ka­mi. Obie­ca­łem ci praw­dzi­wą wal­kę. Czyś wi­dział kie­dy schwy­ta­ne­go w pu­łap­kę szczu­ra? Drzwi pu­łap­ki sto­ją otwo­rem, lecz u wy­lo­tu stró­żu­je krwio­żer­czy ter­rier. Pod­nie­ca­ją­cy sport dla więź­nia, nie ma co ga­dać. Wy­obraź so­bie te­raz na mo­ment, że więź­niem jest isto­ta ludz­ka!

– Są­dzi­łem, że bę­dzie­my mó­wić o ry­bach – wtrą­cił Greg­son. – Tym­cza­sem po­wiesz mi za­raz, że w pu­łap­ce sie­dzi dziew­czy­na albo że ktoś schwy­tał dziew­czy­nę na węd­kę…

– A je­śli na­wet tak – Fi­lip uważ­nie ob­ser­wo­wał to­wa­rzy­sza. – Je­śli ci po­wiem, że w pu­łap­ce sie­dzi ko­bie­ta… dziew­czy­na… nie­jed­na dziew­czy­na na­wet, tyl­ko dzie­sięć, sto ko­biet i dziew­cząt. Co wten­czas. Greg­gy?!

– Wal­ka oczy­wi­ście! I to co za wal­ka!

– Na to się też za­no­si, Greg­gy! Nie­co­dzien­na wal­ka i nie­co­dzien­ne za­mie­sza­nie. Przy tym weź pod uwa­gę, że ła­two nam przyj­dzie zgi­nąć, to­bie i mnie. Jest nas prze­cież tyl­ko dwóch. A za­mie­rzam sta­wić czo­ło po­tę­dze, wo­bec któ­rej siły za­an­ga­żo­wa­ne w re­wo­lu­cjach po­łu­dnio­wo­ame­ry­kań­skich wy­glą­da­ją jak cent przy do­la­rze. A te­raz spójrz!

Pod­su­nął mapę Greg­so­no­wi, wska­zu­jąc coś na niej pal­cem.

– Czy wi­dzisz tę czer­wo­ną smu­gę? To nowa li­nia ko­le­jo­wa do Za­to­ki Hud­so­na. Daw­no mi­nę­ła już La Paz, przy czym jej twór­cy pra­gną wy­koń­czyć pra­cę do wio­sny. To naj­wspa­nial­szy twór tego ro­dza­ju na kon­ty­nen­cie ame­ry­kań­skim, naj­wspa­nial­szy, bo tak po­trzeb­ny, i tak dłu­go od­wle­ka­ny. Oko­ło stu mi­lio­nów lu­dzi nie za­uwa­ży­ło do­tych­czas jego gi­gan­tycz­ne­go zna­cze­nia i rap­tem otwo­rzy­ły się im oczy. Ten szlak wio­dą­cy po­przez czte­ry­sta ty­się­cy mil dzi­kiej głu­szy, otwie­ra do­stęp do kra­ju zaj­mu­ją­ce­go nie­mal po­ło­wę tej prze­strze­ni co całe Sta­ny Zjed­no­czo­ne, a bo­gac­twa mi­ne­ral­ne za­war­te w tej zie­mi da­dzą wię­cej w cią­gu lat pięć­dzie­się­ciu niż oko­li­ce Ju­ko­nu lub Ala­ska w cią­gu ca­łe­go okre­su ich eks­plo­ata­cji. Dro­ga z Mont­re­alu, Du­luth, Chi­ca­go do Li­ver­po­olu i in­nych por­tów eu­ro­pej­skich skra­ca się o peł­nych ty­siąc mil. Za­to­kę Hud­so­na po­czną na­wie­dzać licz­ne stat­ki, na brze­gach jej po­wsta­ną por­to­we mia­sta, a pod krę­giem po­lar­nym wy­ro­sną ol­brzy­mie huty. Czy wiesz, że same oko­li­ce bie­gu­na za­wie­ra­ją dość rudy że­la­za i wę­gla ka­mien­ne­go, by za­spo­ko­ić za­po­trze­bo­wa­nie ca­łej kuli ziem­skiej w cią­gu se­tek lat. To tyl­ko część ko­rzy­ści, Greg­gy, ja­kie przy­no­si świa­tu otwar­cie no­wej ko­lei. Pa­mię­tasz, jak przed dwo­ma laty wy­bie­ra­łem się w te stro­ny i pro­po­no­wa­łem ci, byś je­chał ze mną? Szu­ka­łem przy­gód, ale nie śni­ło mi się na­wet…

Umilkł, uśmie­cha­jąc się jak daw­niej zu­chwa­le i bez­tro­sko.

– Nie śni­ło mi się na­wet, do ja­kich za­dań los mnie prze­zna­cza. Dą­ży­łem dro­gą wy­ty­czo­ną dla no­wej li­nii ko­le­jo­wej, wy­glą­da­jąc zaj­mu­ją­cej oka­zji. Ka­na­da spa­ła wten­czas i nie nada­rza­ło się nic, co by mnie mo­gło nę­cić. Na wschód od przy­szłej ko­lei to­wa­rzy­stwa prze­my­sło­we wzię­ły już opcję na góry za­wie­ra­ją­ce rudę że­la­za lub na pola kry­ją­ce zło­ża wę­gla ka­mien­ne­go. Na za­cho­dzie wa­łę­sa­łem się ja sam. Spę­dzi­łem sześć mie­się­cy po­śród fran­cu­skich osad­ni­ków, In­dian i Me­ty­sów. By­łem z nimi, po­lo­wa­łem, na­uczy­łem się nie­co fran­cu­skie­go i na­rze­cza Cree. Czu­łem się tam do­sko­na­le. Sta­łem się z du­szy i ser­ca czło­wie­kiem Pół­no­cy jak­kol­wiek bra­kło mi nie­co do­świad­cze­nia. Klu­by, bale, miej­skie roz­ryw­ki zni­kły z mo­jej pa­mię­ci. Pa­mię­tasz zresz­tą, że nie­na­wi­dzi­łem za­wsze sie­dzą­ce­go try­bu ży­cia i że wpły­wa­ło to na mnie fa­tal­nie. Tu znie­na­wi­dzi­łem go jesz­cze bar­dziej. By­łem po pro­stu szczę­śli­wy. I wten­czas. Zwi­nął pierw­szą mapę, wy­jął na­to­miast spo­śród pa­pie­rów dru­gi plan, tym ra­zem na­ry­so­wa­ny ołów­kiem.

– I wten­czas Greg­gy – rzekł, roz­pro­sto­wu­jąc plan na sto­le – zna­la­złem to cze­go szu­ka­łem. Ob­ja­wie­nie zstą­pi­ło na mnie pew­nej gwiezd­nej nocy, gdy sie­dzia­łem przy ogni­sku przed na­mio­tem. Spójrz na tę mapę i po­wiedz mi co na niej wi­dzisz?

Greg­son słu­chał jak urze­czo­ny. Szczy­cił się, że w żad­nej sy­tu­acji nie tra­ci gło­wy ani nie ujaw­nia mio­ta­ją­cych nim uczuć. Ta po­zor­na obo­jęt­ność mo­gła mu cza­sem sil­nie za­szko­dzić. Obec­nie jed­nak ni­cze­go nie uda­wał; był moc­no prze­ję­ty. W pal­cach trzy­mał nie za­pa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa. Nie spusz­czał oczu z twa­rzy to­wa­rzy­sza. Cze­kał na re­we­la­cję. Wo­bec za­chę­ty Fi­li­pa spoj­rzał na roz­ło­żo­ną przed sobą mapę.

– Nie ma tu nic szcze­gól­ne­go – rzekł. – Tyl­ko rze­ki i je­zio­ra.

– Słusz­nie! – wy­krzyk­nął Fi­lip. Ze­rwał się nie­spo­dzia­nie i po­czął ner­wo­wo prze­bie­gać po­kój. – Rze­ki i je­zio­ra! Set­ki, co mó­wię, ty­sią­ce rzek i je­zior. Greg­gy, po­mię­dzy nami a cy­wi­li­za­cją, nie­da­lej jak czter­dzie­ści mil od no­wej ko­lei, leży do trzech ty­się­cy je­zior! Z tych, dzie­więć dzie­sią­tych roi się od ryb, aż niedź­wie­dzie za­miesz­ku­ją­ce po­brze­ża sta­le śmier­dzą rybą. Pstrą­gi, Greg­son, naj­pięk­niej­sze pstrą­gi! Ogól­nie bio­rąc, lu­stro wód na tej ca­łej prze­strze­ni ma ob­szar trzy­krot­nie więk­szy niż pięć Wiel­kich Je­zior ra­zem wzię­tych. Ni­ko­mu ja­koś do­tych­czas nie przy­szło na myśl, co to za bo­gac­two! Prze­cież tu­tej­szą rybą moż­na cały świat na­kar­mić! Prze­cież to mi­lio­no­wa war­tość! Ta oto myśl spa­dła na mnie po­śród nocy i roz­wa­ży­łem za­raz, że gdy­bym tak mógł za­pew­nić so­bie wy­łącz­ność na tych paru je­zio­rach za­nim się zbu­du­je ko­lej…

– Zo­stał­byś mi­lio­ne­rem – pod­dał Greg­son.

– Nie tyl­ko to! – wtrą­cił Fi­lip, przy­sta­jąc na chwi­lę po­środ­ku izby. – Na ra­zie do­praw­dy nie my­śla­łem o pie­nią­dzach. Były sta­now­czo na dru­gim pla­nie w mo­ich ro­je­niach noc­nych. Zo­ba­czy­łem na­to­miast, co za cios mo­gła­by wy­mie­rzyć Da­le­ka Pół­noc, jak grzmot­nąć w za­chłan­nych afe­rzy­stów mo­no­po­li­zu­ją­cych han­del żyw­no­ścią na ca­łej prze­strze­ni Sta­nów! Prze­cież te nie­zmie­rzo­ne za­pa­sy ryby da­ło­by się sprze­dać w No­wym Jor­ku, Bo­sto­nie lub Chi­ca­go z du­żym zy­skiem, a mimo to o po­ło­wę ta­niej niż sprze­da­je trust! Nie myśl, że je­stem wy­łącz­nie fi­lan­tro­pem! Spo­strze­głem oka­zję do upo­ko­rze­nia lu­dzi, któ­rzy zruj­no­wa­li mego ojca, aż zła­ma­ny umarł. Za­bi­li go! Okra­dli mnie w parę lat póź­niej. Tak więc, opusz­cza­jąc na krót­ko Da­le­ką Pół­noc, uda­łem się wpierw do Ot­ta­wy, a po­tem do To­ron­to i Win­ni­peg. Zna­la­złem Bro­ka­wa, sta­re­go ko­le­gę mego ojca i wta­jem­ni­czy­łem go we wszyst­ko. Wspo­mi­na­łem ci kie­dyś o Bro­ka­wie, jed­nym z naj­dziel­niej­szych, naj­zręcz­niej­szych i naj­bar­dziej za­ja­dłych bo­jow­ni­ków za­cho­du. Rok po śmier­ci mego ojca stał już na no­gach rów­nie moc­no jak wprzó­dy. Bro­kaw zna­lazł jesz­cze paru war­to­ścio­wych wspól­ni­ków i po­czę­li­śmy za­bie­gać o kon­ce­sję. Od razu szło jak z ka­mie­nia. Le­d­wo pro­jek­ty na­sze do­szły do wia­do­mo­ści ogó­łu, trud­no­ści jęły się pię­trzyć ze­wsząd. Z dnia na dzień po­wsta­ło Ka­na­dyj­skie To­wa­rzy­stwo, za­sob­ne w ka­pi­tał i po­czę­ło się ubie­gać o tę samą kon­ce­sję co my. Oczy­wi­ście Ka­na­dyj­skie To­wa­rzy­stwo słu­ży­ło do my­dle­nia oczu, a dzia­łał spo­za nie­go trust! Cze­go tam nie było, oszczer­stwa, kam­pa­nia pra­so­wa! I mimo to…

Twarz Whit­te­mo­re'a zmię­kła. Ro­ze­śmiał się, wy­jął z kie­sze­ni faj­kę i za­pa­lał ją uważ­nie.

– Nie po­tra­fi­li dać nam rady, Greg­gy! Po­ję­cia nie mam jak się Bro­kaw do tego za­brał, wiem tyl­ko, że prze­cią­gnął na na­szą stro­nę trzech człon­ków par­la­men­tu i pół tu­zi­na in­nych po­li­ty­ków co nas zresz­tą kosz­to­wa­ło sto ty­się­cy do­la­rów! Ale nasi opo­nen­ci pod­nie­śli taki gwałt, do­wo­dząc że rdzen­ni Ka­na­dyj­czy­cy będą obu­rze­ni na in­wa­zję ob­ce­go ele­men­tu, iż otrzy­ma­li­śmy je­dy­nie kon­ce­sję pro­wi­zo­rycz­ną i to z za­strze­że­niem, że rząd ma pra­wo cof­nąć ją na­wet przed upły­wem ter­mi­nu. Mało mnie to obe­szło, by­łem bo­wiem pe­wien, że pro­wa­dząc in­te­res uczci­wie, po upły­wie pół roku prze­cią­gnie­my na swo­ją stro­nę całą lud­ność. Na koń­co­wym ze­bra­niu wy­ra­zi­łem moje po­glą­dy, po czym po­dzie­li­li­śmy się pra­cą. Bro­kaw i pię­ciu dal­szych wspól­ni­ków mia­ło pro­wa­dzić in­te­re­sy na Po­łu­dniu, ja zaś mia­łem wy­łącz­ne kie­row­nic­two spraw na Da­le­kiej Pół­no­cy. Nie mi­nął mie­siąc, a już pra­co­wa­łem. O, tu­taj – tu po­chy­lo­ny nad ra­mie­niem Greg­so­na wska­zał pal­cem skra­wek mapy – roz­bi­łem głów­ną kwa­te­rę ma­jąc do po­mo­cy Mac Do­ugal­la, szkoc­kie­go in­ży­nie­ra. W cią­gu pół roku mie­li­śmy nad je­zio­rem Śle­pe­go In­dia­ni­na stu pięć­dzie­się­ciu ro­bot­ni­ków, a pół set­ki ło­dzi zwo­zi­ło za­pa­sy. Wszyst­ko szło na­wet gła­dziej niż my­śla­łem. Zbu­do­wa­li­śmy już przy­stań, dwa skła­dy, lo­dow­nie, ma­ga­zy­ny i wy­kań­cza­li­śmy wła­sną bocz­ni­cę ko­le­jo­wą. Za­tra­ci­łem się w pra­cy. Za­po­mnia­łem na­wet o ist­nie­niu wspól­ni­ków. Go­spo­da­rzy­łem tak oszczęd­nie, że wy­da­łem nie­speł­na sto ty­się­cy do­la­rów. Po sze­ściu mie­sią­cach, gdy za­mie­rza­łem wła­śnie wy­je­chać na po­łu­dnie, je­den z na­szych ma­ga­zy­nów wraz z to­wa­rem war­to­ści dzie­się­ciu ty­się­cy spło­nął nie­spo­dzia­nie. Było to pierw­sze nie­po­wo­dze­nie, gry­złem się więc na­le­ży­cie. Le­d­wo spo­tka­łem Bro­ka­wa, le­d­wom się z nim przy­wi­tał, wy­gar­ną­łem od razu złą wieść.

Sta­nął przed Greg­so­nem, nie­co bla­dy, i spo­glą­dał nań uważ­nie.

– Wiesz co mi od­po­wie­dział, Greg­gy? Ob­ser­wo­wał mnie chwi­lę ma­jąc w ką­tach ust za­gad­ko­wy uśmie­szek, po czym rzekł: To wszyst­ko głup­stwo, Fi­li­pie, nie ma się czym tak przej­mo­wać! Za­ro­bi­li­śmy już prze­cież na tej ry­biej kam­pa­nii okrą­gły mi­lion do­la­rów!…

Greg­son wy­pro­sto­wał się na krze­śle.

– Mi­lion do­la­rów! Ba­ga­te­la!

– Mi­lion! – po­twier­dził Fi­lip z uśmie­chem. – W Ban­ku Na­ro­do­wym mia­łem otwar­ty ra­chu­nek na sto ty­się­cy do­la­rów. Miła nie­spo­dzian­ka, co?

Greg­son odło­żył pa­pie­ro­sa. Obie ręce oparł na sto­le. Mil­cząc ocze­ki­wał dal­sze­go cią­gu.ROZ­DZIAŁ III RE­KI­NY GIEŁ­DO­WE

Fi­lip prze­cha­dzał się do­brą mi­nu­tę wzdłuż i w po­przek izby. Przy­sta­nął znów.

– Mi­lion, Greg­gy! Sto ty­się­cy czy­ste­go zy­sku dla mnie! Pod­czas gdy ja ha­ro­wa­łem dniem i nocą chcąc po­ka­zać spo­łe­czeń­stwu i rzą­do­wi co mo­że­my i chce­my zro­bić – pod­czas gdy w my­śli świę­ci­łem zwy­cię­stwo nad łap­czy­wym tru­stem – oni rów­nież nie za­sy­pia­li gru­szek w po­pie­le. Bro­kaw i wspól­ni­cy za­ło­ży­li przed­się­bior­stwo pod na­zwą Wiel­kie Pół­noc­ne To­wa­rzy­stwo Ry­bac­kie, za­re­je­stro­wa­li je w New Jer­sey i zdą­ży­li sprze­dać ak­cje za mi­lion do­la­rów! Gdy przy­by­łem, ruch wrzał w ca­łej peł­ni. Po­nie­waż Bro­kaw miał upo­waż­nie­nie do wy­stę­po­wa­nia w moim imie­niu, więc oka­za­ło się rap­tem, że je­stem wi­ce­prze­wod­ni­czą­cym naj­więk­szej im­pre­zy zło­dziej­skiej ostat­nie­go dzie­się­cio­le­cia. Wię­cej pie­nię­dzy szło na re­kla­mę, niż na istot­ny roz­wój przed­się­bior­stwa. Moje li­sty pi­sa­ne z Pół­no­cy, peł­ne za­chwy­tu dla pod­ję­te­go dzie­ła, od­bi­ja­no w set­kach ty­się­cy eg­zem­pla­rzy, i my­dlo­no nimi lu­dziom oczu. Wy­ra­zi­łem się w jed­nym li­ście, że gdy­by eks­plo­ato­wać je­dy­nie po­ło­wę zna­nych mi je­zior, da­ło­by to jesz­cze oko­ło mi­lio­na ton ryb rocz­nie. Ale w pro­spek­cie Bro­kaw wy­kre­ślił ustęp na­stę­pu­ją­cy: „Dla eks­plo­ato­wa­nia po­ło­wy tych je­zior trze­ba by mieć oko­ło pięt­na­stu ty­się­cy ro­bot­ni­ków, ty­siąc wa­go­nów chłod­ni i roz­po­rzą­dzać ka­pi­ta­łem pię­ciu mi­lio­nów do­la­rów“. Roz­miar ich ło­tro­stwa oszo­ło­mił mnie na ra­zie, gdy zaś za­gro­zi­łem, że po­psu­ję im szy­ki, Bro­kaw tyl­ko par­sk­nął śmie­chem. Ło­try, nie za­nie­dba­li żad­nej ostroż­no­ści! Za­zna­czy­li we wszyst­kich pro­spek­tach, że To­wa­rzy­stwo po­sia­da je­dy­nie pro­wi­zo­rycz­ną li­cen­cję, któ­rą rząd może cof­nąć w ra­zie ja­kichś wy­kro­czeń. I ta klau­zu­la zjed­na­ła im za­ufa­nie drob­nych ciu­ła­czy. Ta bie­do­ta wła­śnie, któ­rą chcia­łem po­ra­to­wać ta­nią żyw­no­ścią, wy­su­pła­ła krwa­wo oszczę­dza­ny grosz na mi­lion do­la­rów z górą. Oszu­ka­no ich go­rzej, niż­by to uczy­nił trust, bo­wiem trust zwra­ca część wkła­dów w for­mie pro­cen­tów, a tu nie­wąt­pli­wie ak­cjo­na­riu­sze mie­li wszyst­ko stra­cić. I to była moja wina, Greg­gy! Ja by­łem za to od­po­wie­dzial­ny! Ja wy­my­śli­łem całą tę kom­bi­na­cję! Moje li­sty zro­bi­ły re­kla­mę temu to­wa­rzy­stwu! Fi­gu­ro­wa­łem przy tym wszę­dzie jako za­ło­ży­ciel i wi­ce­prze­wod­ni­czą­cy!

Upadł na krze­sło. Twarz lśni­ła mu od potu, choć w izbie pa­no­wał ra­czej ziąb.

– Zo­sta­łeś mimo to? – spy­tał Greg­son.

– Mu­sia­łem zo­stać. Co mia­łem ro­bić? Nie mo­głem za­ha­czyć Bro­ka­wa w ża­den spo­sób. W prze­bie­gło­ści i spry­cie moi wspól­ni­cy prze­ści­gnę­li Bi­smarc­ka. Nie prze­kro­czy­li przy tym pra­wa. Sprze­da­li ak­cje za mi­lion, pod­czas gdy wkła­dy wy­no­si­ły do­tych­czas sto ty­się­cy, ale gdy zro­bi­łem Bro­ka­wo­wi ten za­rzut, uśmiech­nął się tyl­ko. „Ale my ce­ni­my samą kon­ce­sję na prze­szło mi­lion!“ Miał ra­cję. Usta­wa nie prze­szka­dza­ła im ce­nić kon­ce­sji na mi­lion albo na­wet wy­żej! Cóż mo­głem zro­bić wo­bec tego? Zre­zy­gno­wać ze sta­no­wi­ska, z tych stu ty­się­cy i ogło­sić pu­blicz­nie, co mnie do tego skła­nia. Omal tego nie uczy­ni­łem, ale w porę przy­szła re­flek­sja. Ist­nia­ła jesz­cze moż­li­wość dać To­wa­rzy­stwu uczci­wy do­chód. Bro­kaw i kom­pa­nia zo­sta­li po pro­stu za­sko­cze­ni moją de­cy­zją. Prze­ko­na­łem ich co do wiel­kich ist­nie­ją­cych na­praw­dę moż­li­wo­ści. Ob­li­czy­łem, że w cią­gu dwóch lat To­wa­rzy­stwo po­win­no wy­pła­cić udzia­łow­com pięć­dzie­siąt cen­tów od ak­cji dzie­się­cio­do­la­ro­wej. Trzech człon­ków za­rzą­du wy­co­fa­ło się jed­nak i to z ogrom­nym zy­skiem. Za­gra­bi­li cu­dze pie­nią­dze, a ja by­łem tego mi­mo­wol­nym spraw­cą.

Za­ci­snął ręce tak sil­nie, że błę­kit­ne żyły na­pęcz­nia­ły na nich jak po­stron­ki.

– Po­tem…

– Co po­tem?… – nie­śmia­ło spy­tał Greg­son. Fi­lip roz­luź­nił pal­ce.

– Gdy­by się na tym skoń­czy­ło, nie wzy­wał­bym cię – rzekł. – Wał­ko­wa­łem dłu­go tę spra­wę, chcia­łem bo­wiem byś ją do­brze od po­cząt­ku po­jął. Po­że­gna­łem więc Bro­ka­wa i przy­by­łem znów na Pół­noc. Mia­łem te­raz wy­star­cza­ją­ce środ­ki do po­sta­wie­nia przed­się­wzię­cia na wła­ści­wej sto­pie. Zwer­bo­wa­łem jesz­cze dwu­stu lu­dzi, za­ło­ży­łem dwa­dzie­ścia no­wych sta­cji ry­bac­kich, zbu­do­wa­łem dru­gą bocz­ni­cę do li­nii ko­le­jo­wej i po­czą­łem wzno­sić ol­brzy­mią tamę na je­zio­rze Śle­pe­go In­dia­ni­na. Mie­li­śmy już trzy­dzie­ści koni przy­gna­nych z La Paz przez pusz­czę, a dwa­dzie­ścia dal­szych za­przę­gów było w dro­dze. Nie li­czy­łem te­raz na więk­sze trud­no­ści, pe­wien, że dal­sza pra­ca pój­dzie gład­ko, gdy Bro­kaw ob­wie­ścił mi nowy, gor­szy ka­wał.

Nie­mal na­tych­miast po moim wy­jeź­dzie na­pi­sał list, któ­ry zresz­tą dłu­go błą­dził w dro­dze. Po­wia­da­miał w nim, że wy­krył spi­sek ma­ją­cy na celu roz­bi­cie na­sze­go To­wa­rzy­stwa, że po­tęż­ne siły wcho­dzą tu w grę i mają nam szko­dzić gdzie­kol­wiek się ru­szy­my. Był naj­wi­docz­niej w wiel­kim stra­chu. Po­tęż­ny trust, z któ­rym ośmie­li­li­śmy się za­drzeć, przy­stę­po­wał do li­kwi­da­cji na­szej spół­ki. Wy­sła­li już na Pół­noc swo­ich emi­sa­riu­szy. Szło o wy­wo­ła­nie za­mie­szek po­mię­dzy nami, a miej­sco­wą lud­no­ścią, któ­re zmu­si­ły­by rząd do wkro­cze­nia. Pa­mię­tasz, że na­sza li­cen­cja była je­dy­nie cza­so­wa? Wła­ści­wie lud­ność mia­ła zde­cy­do­wać, czy mo­że­my tu zo­stać dłu­żej, czy nie. Je­śli wy­buch­nie an­ta­go­nizm, rząd wkro­czy nie­wąt­pli­wie i stra­ci­my kon­ce­sję.

Zra­zu list Bro­ka­wa za­nie­po­ko­ił mnie je­dy­nie w drob­nej mie­rze. Zna­łem prze­cież lud­ność miej­sco­wą. Wie­dzia­łem, że In­dia­nie, Me­ty­si, Fran­cu­zi są rów­nież nie­czu­li na prze­kup­stwo jak Bro­kaw na głos su­mie­nia. Lu­bi­łem tu­ziem­ców; ufa­łem im. Uczci­wość jest wśród nich przy­sło­wio­wa, mimo że nie po­sia­da­ją tak jak my ko­ścio­ła na każ­dym rogu i ka­zno­dziei na każ­dej uli­cy, pod otwar­tym nie­bem na­wet. Pe­łen obu­rze­nia od­pi­sa­łem Bro­ka­wo­wi, że ci dzi­ku­si, jak ich na­zy­wa, nie da­dzą się z pew­no­ścią sku­sić ani pie­niędz­mi, ani wód­ką. A jed­nak…

Otarł czo­ło z potu. Zmarszcz­ki wo­kół ust po­głę­bi­ły się sil­niej.

– Greg­gy, w ty­dzień po otrzy­ma­niu prze­stro­gi od Bro­ka­wa, spło­nę­ły nam dwa skła­dy nad je­zio­rem Śle­pe­go In­dia­ni­na. A je­den skład stał od dru­gie­go o trzy­sta jar­dów. Nie wąt­pi­łem ani chwi­li, że pa­dły ofia­rą pod­pa­le­nia!

Cze­kał mil­cząc, lecz Greg­son nadal ob­ser­wo­wał go rów­nież w mil­cze­niu.

– Tak się za­czę­ło przed trze­ma mie­sią­ca­mi. Od­tąd, na każ­dym kro­ku czu­ję obec­ność złej siły. Ty­dzień po po­ża­rze skła­dów spło­nę­ły warsz­ta­ty prze­zna­czo­ne do bu­do­wy ło­dzi, któ­re wy­sta­wi­li­śmy znacz­nym kosz­tem u uj­ścia Sza­re­go Bo­bra. Nie­co póź­niej, przy­pad­ko­wy rze­ko­mo i nie­wąt­pli­wie przed­wcze­sny wy­buch dy­na­mi­tu, przy­spo­rzył dwa ty­go­dnie pra­cy dla pięć­dzie­się­ciu lu­dzi oraz dzie­sięć ty­się­cy do­la­rów wy­dat­ków. Zor­ga­ni­zo­wa­łem spe­cjal­ną służ­bę bez­pie­czeń­stwa zło­żo­ną z pół set­ki naj­zau­fań­szych ro­bot­ni­ków, ale wy­nik był na­praw­dę ża­den. Nie­daw­na po­wódź zmy­ła trzy mile toru ko­lej­ki do­jaz­do­wej. U szczy­tu wzgó­rza, opo­dal było małe je­zior­ko; otóż czy­jaś zbrod­ni­cza ręka za­ło­ży­ła tam po­tęż­ną minę i wy­buch roz­sa­dza­jąc skal­ną kra­wędź wy­zwo­lił całą masę wód. Kim­kol­wiek są nasi wro­go­wie nie­wąt­pli­wie orien­tu­ją się zna­ko­mi­cie w na­szych po­czy­na­niach i ude­rza­ją za­wsze w miej­sce naj­czul­sze a naj­sła­biej strze­żo­ne. A naj­cie­kaw­sze, mimo iż usi­łu­ję za­ta­ić na­sze stra­ty, wieść o tych za­ma­chach roz­le­wa się co­raz sze­rzej i do­tar­ła już do Chur­chill. Lu­dzie plo­tą, że tu­ziem­cy wy­po­wie­dzie­li nam woj­nę i chcą nas prze – go­nić za wszel­ką cenę. Dwie trze­cie ro­bot­ni­ków już w to wie­rzy. Mój in­ży­nier, Mac Do­ugall skła­nia się tak­że w stro­nę pe­sy­mi­stów. Po­śród ro­bot­ni­ków: Fran­cu­zów, In­dian i Me­ty­sów sze­rzy się po­dejrz­li­wość i fer­ment. Nie­po­kój, nie­za­do­wo­le­nie ro­sną z go­dzi­ny na go­dzi­nę. Je­śli tak da­lej pój­dzie, nas cze­ka zu­peł­na ru­ina, a wro­gów na­szych nie­wąt­pli­we zwy­cię­stwo. Je­śli nie zdo­ła­my po­ło­żyć temu kre­su, to w cią­gu mie­sią­ca naj­da­lej cała zie­mia od for­tu Chur­chill po pust­ko­wie spły­nie krwią, bu­do­wa ko­lei sta­nie w mar­twym punk­cie, a roz­wój tego kra­ju cof­nie się o do­brych sto lat. I ta zbrod­nia, ta pod­łość…

Fi­lip bla­dy, sku­pio­ny, za­ci­ska­jąc szczę­ki, wy­jął z kie­sze­ni ob­szer­ny list pi­sa­ny na ma­szy­nie. Po­dał go Greg­so­no­wi.

– Ten list za­wie­ra ostat­nie sło­wo – wy­ja­śnił. – Prze­czy­taj go, a do­wiesz się rze­czy, któ­rych nie zdą­ży­łem po­wie­dzieć. Nie jest prze­zna­czo­ny dla mnie, ale przy­pad­ko­wo otrzy­ma­łem go wraz ze swo­ją pocz­tą i spo­strze­głem omył­kę do­pie­ro po otwar­ciu ko­per­ty. Po­cho­dzi ze szta­bu na­szych prze­ciw­ni­ków, a szedł pod ad­re­sem ich głów­ne­go agen­ta.

Umilkł i ob­ser­wo­wał jak Greg­son po­chy­lo­ny, czy­ta szczel­nie za­pi­sa­ne ar­ku­sze. Spo­strzegł skurcz pal­ców przy­ja­cie­la w chwi­li ob­ra­ca­nia pierw­szej kart­ki. Za­uwa­żył, jak bled­nie twarz mło­de­go ma­la­rza, jak mu sztyw­nie­ją ra­mio­na i ręce. Skoń­czyw­szy czy­tać Greg­son pod­niósł gło­wę.

– O, Boże! – wes­tchnął.

Po czym obaj męż­czyź­ni spo­zie­ra­li na się dłu­go bez sło­wa.ROZ­DZIAŁ IV PLA­NY WRO­GÓW

Fi­lip prze­mó­wił pierw­szy.

– Te­raz już ro­zu­miesz?

– Ależ to nie­moż­li­we! – wy­ją­kał Greg­son. – Nie mogę w to uwie­rzyć! Po­dob­ne rze­czy dzia­ły się być może przed ty­sią­cem lat, ale nie te­raz! Na mi­łość bo­ską, czło­wie­ku nie mó­wisz mi chy­ba, że ty bie­rzesz to na se­rio?!

– A jed­nak tak! – oświad­czył Fi­lip krót­ko.

– To nie­moż­li­we! – mó­wił Greg­son, mnąc list w ręku. – Nie wie­rzę, by ist­niał czło­wiek zdol­ny do roz­pę­ta­nia po­dob­nej klę­ski!

Fi­lip uśmiech­nął się po­sęp­nie.

– A jed­nak taki czło­wiek żyje i dzia­ła. Greg­gy, zna­łem lu­dzi, któ­rzy wy­rzu­ca­li mi­lio­ny, po­świę­ca­li ho­nor i uczci­wość, wy­da­wa­li na śmierć gło­do­wą ty­sią­ce ko­biet i dzie­ci po to je­dy­nie, by zwy­cię­żyć w ja­kiejś kom­bi­na­cji fi­nan­so­wej. Zna­łem afe­rzy­stów ła­mią­cych nie­omal każ­de pra­wo bo­skie czy ludz­kie. No, a ty? Czyż nie sty­ka­łeś się z nimi nie­jed­no­krot­nie, czy nie roz­ma­wia­łeś z nimi, nie pa­li­łeś ich cy­gar, nie sie­dzia­łeś przy ich sto­le? Spę­dzi­łeś prze­cież ty­dzień w wiej­skiej po­sia­dło­ści Sel­de­na, a któż jak nie Sel­den spe­ku­lo­wał przed trze­ma laty na psze­ni­cy i pod­niósł sztucz­nie cenę chle­ba o dwa cen­ty na fun­cie? To Sel­den wy­wo­łał za­miesz­ki gło­do­we w Chi­ca­go, No­wym Jor­ku i dwu­dzie­stu in­nych mia­stach, a po­tem za­peł­nił wię­zie­nia tłu­mem nę­dza­rzy! A Sel­den jest prze­cież za­le­d­wie jed­nym z ty­sią­ca ży­ją­cych dziś re­ki­nów! Mi­nę­ły cza­sy ro­man­tycz­ne, Greg­gy! Te­raz wszech­wład­nie pa­nu­je do­lar! Do­lar nie zna ła­ski ani po­bła­ża­nia! Lu­dzie po­kro­ju Sel­de­na nie dba­ją o łzy ko­biet i dzie­ci! Do­lar z poń­czo­chy nę­dzar­ki ma dla nich tę samą wagę, co pie­niądz z kie­sze­ni two­jej lub mo­jej. Cóż ich w ogó­le po­wstrzy­ma?!

Greg­son rzu­cił na stół list zmię­ty niby szma­tę.

– Mu­szę jesz­cze coś wy­ja­śnić! – rzekł, pa­trząc uważ­nie w bla­dą twarz Fi­li­pa. – Spra­wia prze­cież wra­że­nie, że to­czy­ła się ob­szer­na ko­re­spon­den­cja mię­dzy tymi oso­ba­mi, a list któ­ry mi da­łeś pie­czę­tu­je ją nie­ja­ko. Wy­ni­ka­ło­by stąd, że twoi wro­go­wie po­tra­fi­li już pod­ju­dzić prze­ciw to­bie lud­ność miej­sco­wą. Te­raz ob­my­śla­ją cios osta­tecz­ny…

Prze­rwał, ma­jąc w oczach wy­raz prze­ra­że­nia. Fi­lip ski­nął gło­wą twier­dzą­co.

– Wi­dzisz, Greg­gy, tu pa­nu­je jed­no pra­wo, nie­pi­sa­ne. Przed ro­kiem od­wie­dzi­łem Prin­ce Al­bert i sie­dzia­łem so­bie kie­dyś na we­ran­dzie sta­re­go Ho­te­lu Wind­sor. To­wa­rzy­stwo skła­da­ło się wy­łącz­nie z my­śli­wych i tra­pe­rów przy­by­łych na parę dni do mia­sta z głu­szy le­śnej. Więk­szość spo­śród nich żyła w le­sie okrą­gły rok. Dwóch od pię­ciu lat prze­by­wa­ło w głę­bi bar­ren. Gdy tak sie­dzie­li­śmy, na uli­cy po­ja­wi­ła się ko­bie­ta. Skrę­ci­ła w na­szą stro­nę. Od razu roz­mo­wy umil­kły, a ten i ów nie­spo­koj­nie po­ru­szył się na krze­śle. W chwi­li, gdy nas mi­ja­ła, wszy­scy, co do jed­ne­go po­rwa­li się na nogi i sta­li tak dłu­go z od­kry­ty­mi gło­wa­mi, aż ko­bie­ta prze­szła. Ja je­den tyl­ko sie­dzia­łem nadal. Otóż Greg­gy, to jest wła­śnie pra­wo tu­tej­sze, moc­ne choć nie­pi­sa­ne: cześć męż­czy­zny dla ko­bie­ty. Wol­no ci kraść, za­bi­jać, ale nie wol­no ko­bie­ty znie­wa­żyć! Zło­dzie­ja lub mor­der­cę ści­ga tyl­ko po­li­cja; ten kto zła­mie naj­wyż­sze pra­wo, ma prze­ciw­ko so­bie całą lud­ność. I wła­śnie ten list za­wie­ra plan spi­sku, któ­ry by ob­ra­ża­jąc w naj­wyż­szym stop­niu uczu­cia le­śnych miesz­kań­ców cały ich gniew ob­ró­cił prze­ciw­ko nam! Je­śli plan się po­wie­dzie, je­ste­śmy zgu­bie­ni!

Te­raz Greg­son ze­rwał się z krze­sła. Prze­biegł po­kój, sta­nął, za­pa­lił ner­wo­wo pa­pie­ro­sa i spoj­rzał w twarz Whit­te­mo­re'a.

– Ro­zu­miem już! – rzekł. – Je­śli plan się po­wie­dzie miesz­kań­cy le­śni ze­trą was z po­wierzch­ni zie­mi. Ale – tu za­sta­no­wił się chwi­lę – dla­cze­go nie od­dasz tej spra­wy w ręce władz albo w ręce po­li­cji? Prze­cież chy­ba mu­sisz wie­dzieć dla kogo list był prze­zna­czo­ny?

Fi­lip wrę­czył mu przy­bru­dzo­ną ko­per­tę, z ro­dza­ju tych, w ja­kich prze­sy­ła się za­zwy­czaj do­ku­men­ty urzę­do­we.

– Tu masz ad­res?

Greg­son gwizd­nął ci­cho przez zęby.

– Lord Fit­zhugh Lee! – prze­czy­tał wol­no jak gdy­by wła­snym oczom nie wie­rząc. – Na mi­łość Bo­ską an­giel­ski ary­sto­kra­ta?

Fi­lip uśmiech­nął się cy­nicz­nie.

– Może i ary­sto­kra­ta. Ale je­śli za­miesz­ku­je tę oko­li­cę to w każ­dym ra­zie nikt go tu nie zna. Nikt o nim nie sły­szał. Po­li­cja po­czy­ta rzecz całą za głu­pi ka­wał. Co zna­czy je­den list, bez żad­nych in­nych do­wo­dów? A zwra­cać się do sfer rzą­do­wych, na to znów nie star­czy cza­su. Za da­le­ko i za wol­no idzie pro­ce­du­ra. Co do po­li­cji zaś: na ca­łej tej prze­strze­ni mamy trzech przed­sta­wi­cie­li wła­dzy, któ­rzy pa­tro­lu­ją ob­szar pięt­na­stu ty­się­cy mil kwa­dra­to­wych: gąsz­czy le­śnych, gór i pre­rii. Nie Greg­gy, owe­go lor­da Fit­zhugh mu­si­my zna­leźć my sami. I to zna­leźć bez zwło­ki…

– A je­że­li nam się nie po­wie­dzie, co wten­czas?

– Trze­ba się bę­dzie strzec. Wiesz obec­nie tyle samo co i ja. Wy­stę­pu­ją jed­nak dal­sze za­gad­ki. Są­dzi­łem na ra­zie, że ro­zu­miem po­wód, dla któ­re­go nas tak zwal­cza­ją. Ale obec­nie wi­dzę, że mu­sia­łem się jed­nak my­lić. Je­że­li zruj­nu­ją na­sze To­wa­rzy­stwo w tak ohyd­ny spo­sób, za­mkną tym sa­mym na dłu­gie lata do­stęp każ­dej in­nej kom­pa­nii. Więc musi tu być coś jesz­cze…

– Nie­wąt­pli­wie – po­wie­dział Greg­son. Fi­lip za­wa­hał się z od­po­wie­dzią.

– Tak nie­wąt­pli­wie – rzekł wresz­cie. – Słu­chaj Greg­son, wy­snuj te­raz wła­sne wnio­ski, a po­tem ze­sta­wi­my na­sze po­dej­rze­nia. Klu­czem do sy­tu­acji jest lord Fit­zhugh Lee. Kto­kol­wiek kie­ru­je ak­cją, lord Fit­zhugh jest głów­nym jej wy­ko­naw­cą. Mniej mnie ob­cho­dzi ten kto pi­sał list, niż ten dla któ­re­go był prze­zna­czo­ny. Jak wi­dzisz ad­re­so­wa­no go do Chur­chill, ale lord Fit­zhugh Lee wca­le się tam nie po­ka­zał. Spraw­dza­łem już te rze­czy. Mam wra­że­nie, że ta­jem­ni­czy An­glik nie był tam nig­dy.

– Dał­bym rok ży­cia za eg­zem­plarz „Dod's Pe­era­ge“ albo „Who's Who“ – roz­wa­żał Greg­son, strzą­sa­jąc po­piół z pa­pie­ro­sa. – Ki dia­beł, ten lord Fit­zhugh? Co za An­glik ba­wił­by się w ogó­le w po­dob­ne świń­stwa?

Fi­lip po­we­se­lał wy­raź­nie.

– Jak wi­dzę – rzekł – za­czy­nasz już ła­mać so­bie gło­wę. W cią­gu ostat­nich trzech dni nie­jed­no­krot­nie za­da­wa­łem so­bie to py­ta­nie i nie zdo­ła­łem wy­my­ślić od­po­wie­dzi. Gdy­by na­zwi­sko brzmia­ło po pro­stu Tom Brown lub Bill Jo­nes, spra­wa by­ła­by ja­sna. Ale co ma tu do ro­bo­ty lord Fit­zhugh Lee?!

Po­zo­sta­wa­li chwi­lę obaj w mil­cze­niu.

– Na­su­wa mi się myśl… – za­czął Greg­son.

– Słu­cham!

– Że spra­wa jest bar­dziej jesz­cze skom­pli­ko­wa­na niż się nam wy­da­je. Może te ryby i wa­sze To­wa­rzy­stwo sto­ją na dal­szym pla­nie, a głów­ną kwe­stią jest… bo ja wiem co? W każ­dym ra­zie coś nie­zmier­nie waż­ne­go…

– Ja też tak są­dzę! – po­twier­dził Fi­lip spo­koj­nie.

– Czy po­dej­rze­wasz cho­ciaż, o co wła­ści­wie cho­dzi?

– Nie mam zie­lo­ne­go po­ję­cia. Wiem tyl­ko, że ka­pi­tał bry­tyj­ski jest bar­dzo za­in­te­re­so­wa­ny zło­ża­mi mi­ne­ral­ny­mi, po­ło­żo­ny­mi na wschód od przy­szłej li­nii ko­le­jo­wej. Ale oni nie mają żad­ne­go przed­sta­wi­cie­la w Chur­chill. Kie­ru­ją wszyst­kim agen­ci z Mont­re­alu i To­ron­to.

– Czy pi­sa­łeś do Bro­ka­wa w spra­wie tego li­stu?

– Je­steś pierw­szym czło­wie­kiem, któ­re­go w ogó­le wta­jem­ni­czam w tę spra­wę. Za­po­mnia­łem nad­mie­nić, że Bro­kaw tak się prze­jął tu­tej­szą pra­cą, że sam przy­by­wa na Da­le­ką Pół­noc. Sta­tek Kom­pa­nii Za­to­ki Hud­so­na, kur­su­ją­cy dwa razy do roku, od­wie­dzi nie­ba­wem Ha­li­fax i je­śli Bro­kaw nie zmie­nił zda­nia to po­wi­nien się zja­wić lada dzień, ści­ślej mó­wiąc mniej wię­cej za ty­dzień. Ale, ale – tu Fi­lip wstał, pra­co­wi­cie grze­biąc w kie­sze­ni i uśmie­cha­jąc się do przy­ja­cie­la – cie­szy mnie, że obok przy­krych rze­czy, mogę ci tak­że do­nieść coś przy­jem­ne­go. – Pan­na Bro­kaw przy­by­wa wraz z oj­cem. Jest bar­dzo ład­na.

Greg­son, za­pa­la­jąc wła­śnie pa­pie­ro­sa, trzy­mał za­pał­kę w pal­cach tak dłu­go, aż mu spa­rzy­ła pal­ce.

– Se­rio? Sły­sza­łem na­wet o niej!

– Oczy­wi­ście, mu­sia­łeś sły­szeć o jej uro­dzie. Nie je­stem ta­kim ko­bie­cia­rzem jak ty, Greg­gy, ale tu skła­niam gło­wę. Przy­znasz nie­wąt­pli­wie, że jest to naj­pięk­niej­sza ko­bie­ta jaką wi­dzia­łeś kie­dy­kol­wiek i ze­chcesz ma­lo­wać jej por­tret na okład­kę do mie­sięcz­ni­ka Bur­ke­go. Bę­dziesz się tyl­ko dzi­wił, po co tu w ogó­le przy­jeż­dża. Ja rów­nież nie mogę tego zro­zu­mieć.

Miał istot­nie za­my­ślo­ny wy­raz oczu. Ale Greg­son wstał wła­śnie i pod­szedł­szy do drzwi spo­glą­dał w mrok noc­ny.

– Po­wiedz mi Fil – spy­tał – skąd się tu bio­rą ta­kie ogrom­ne i tak sil­nie błysz­czą­ce gwiaz­dy?

– Po pro­stu po­wie­trze jest przej­rzyst­sze niż gdzie in­dziej. W po­rów­na­niu do na­szej, miej­skiej at­mos­fe­ry, to tak jak krysz­ta­ło­wa szy­ba wy­pu­co­wa­na do czy­sta.

Greg­son gwiz­dał chwi­lę po ci­chu. Po­tem rzekł nie od­wra­ca­jąc gło­wy.

– Mu­sia­ła­by być istot­nie nie­zwy­kłą pięk­no­ścią, by się rów­nać z dziew­czy­ną wi­dzia­ną prze­ze mnie dziś wie­czór. Mó­wię o pan­nie Bro­kaw.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: