Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Kwiat paproci i inne legendy słowiańskie - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
21 czerwca 2023
Ebook
43,99 zł
Audiobook
43,99 zł
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Kwiat paproci i inne legendy słowiańskie - ebook

Znane autorki związane nie tylko z nurtem fantastyki i literatury słowiańskiej po raz kolejny tworzą niesamowitą antologię. Zebrane opowiadania wzruszą, przestraszą, a przede wszystkim sięgną do nieznanych legend i podań słowiańskich.

Przed wami zamierzchła przeszłość i zapomniane rytuały w nowoczesnym wydaniu.

Autorki opowiadań zawartych w antologii: Paulina Hendel, Aneta Jadowska, Marta Kisiel, Marta Krajewska, Agnieszka Kulbat, Katarzyna Berenika Miszczuk, Martyna Raduchowska, Jagna Rolska, Małgorzata Starosta, Anna Szumacher.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67341-42-4
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PAULINA HENDEL – pochodzi z Miastka. Jest autorką postapokaliptycznej serii dla młodzieży _Zapomniana księga_. Od najwcześniejszych lat ma słabość do literatury fantastycznej. Pasjonuje się wierzeniami ludowymi oraz słowiańską demonologią, co znajduje odzwierciedlenie w jej twórczości. Owocem tej pasji jest cykl _Żniwiarz_ (czwarty tom, _Droga dusz_, zdobył tytuł Książki Roku 2019 w kategorii fantastyka młodzieżowa w plebiscycie Książka Roku Lubimyczytac.pl). Godzinami potrafi opowiadać o dawnych wierzeniach, zabobonach oraz metodach leczenia najróżniejszych dolegliwości.

Ktoś dobijał się do drzwi, lecz Egon postanowił zignorować natręta, który najwyraźniej nie wiedział, że stoi pod domem wariata. Pukanie jednak nie ustawało.

– Kogo demony nadały?! – Egon wytarł brudne ręce w spodnie i ze złością szarpnął za klamkę.

Pierwsze, co zobaczył, to szeroki uśmiech.

– To ty – mruknął, mierząc podejrzliwym spojrzeniem młodą kobietę w sportowym stroju. Jej rude włosy jak zwykle były upięte w ciasny kok, a błękitne oczy przywodziły na myśl niebo latem.

– Mam pączki. – Uniosła papierową torbę.

Egon zerknął za siebie. Kuchnia wyglądała jak rzeźnia w trakcie uboju.

– Usiądźmy na ganku – zaproponował, zamykając za sobą drzwi.

– Czy to… krew? – Ida wpatrzyła się w jego dłonie.

– Królika sprawiałem – rzucił oschle.

– Hodujesz króliki? – zdziwiła się.

– Już nie. – Opłukał ręce w misce z deszczówką, po czym usiadł na krześle.

Ida usadowiła się na barierce i poczęstowała go pączkiem.

– W mieście przygotowują się do jakiejś imprezy – zaczęła mówić między kolejnymi kęsami. – Rozkładają scenę i rozwieszają dekoracje. Wybierasz się? Jak cię znam, to pewnie nie. Ja w każdym razie pójdę…

Egon jak zwykle słuchał jej tylko jednym uchem. Ida była strasznie gadatliwa. Zamieszkała w pobliskim, dotąd opuszczonym domu zaledwie miesiąc wcześniej, a już wiedział, że ma na nazwisko Szczygieł, jest rozwódką, pisze kryminały i szuka tu natchnienia do nowej książki. Zdążyła też poznać wszystkie plotki z poblis­kiego miasta. Ale jego ta paplanina nie obchodziła. Zapatrzył się na jezioro. Ciemna powierzchnia wody zmarszczyła się, jakby tuż pod nią przepłynęło coś dużego. „Pieprzone topielce” – pomyślał i splunął na deski.

– Ogłady to ci nie brakuje – rzuciła ironicznie Ida.

– Jakbym słyszał własnego ojca – mruknął. – Egonie Raj! Zachowuj się jak przystało na twój status społeczny! – zacytował pompatycznym tonem.

– Jesteś z Rajów? – Ida nagle się wyprostowała. – Tych Rajów?! Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałeś?!

Wzruszył ramionami. Od rodziny odciął się dawno temu i nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. Tylko dziadek go rozumiał, ale zmarł, kiedy Egon był nastolatkiem.

– Jeśli liczysz, że złapiesz mnie w swoje sidła, to wiedz, że ojciec mnie wydziedziczył. – Raj sięgnął po leżący na deskach patyk i zaczął go ostrzyć nożem, który zawsze nosił przy pasku.

– E tam. – Ida machnęła ręką. – Jeden były mąż mi wystarczy. A poza tym nie przyjechałam na to odludzie szukać faceta.

Wciągnęła w płuca haust powietrza pachnącego jeziorem i świerkami.

– Po ciemnym lesie poniósł się szloch – odezwała się nieobecnym tonem. – Wiedziała, że to koniec. Oprawca w masce na twarzy stał nad nią. W jego oczach dostrzegała żądzę mordu. Uniósł ostrze, w którym odbiło się srebrne światło księżyca. „Nie, błagam”, szepnęła, czując zimną stal na gardle. Krew skapnęła… nie, krew chlusnęła na suche liście, a stare drzewa zaszumiały beznamiętnie. – Ida zamilkła, wpatrując się w pobliskie świerki. – Co o tym sądzisz? Prolog zacznę chyba od śmierci ofiary…

I znów zaczęła mu opowiadać, o czym będzie jej następna książka.

„Poszłabyś ze mną na polowanie, to poznałabyś prawdziwy strach, poczuła zapach krwi i strzał adrenaliny we własnym ciele” – pomyślał z przekąsem. Ponoć ludzie lubili jej książki, ponoć nieźle na nich zarabiała. On sam jednak nie sięgał po taką literaturę. Nawet nie było okazji, żeby dowiedzieć się więcej o pisarce i jej dziełach, bo nie miał tu ani internetu, ani nawet telefonu komórkowego. Zresztą, inne rzeczy zaprzątały jego głowę.

Naraz usłyszał szelest w kuchni. „Kurwa”.

– A ty dokąd? – zapytała Ida, gdy ruszył do drzwi.

– Muchy mi do mięsa nasrają – rzucił przez ramię. – Dzięki za pączka.

Ida, wcale nie urażona, zeskoczyła z barierki i zaczęła się rozciągać.

– Do jutra! – zawołała i truchtem oddaliła się leśną drogą.

Egon patrzył przez chwilę za nią, po czym wyciągnął z pieńka do rąbania drewna siekierę i wszedł do domu.

– A ty dokąd? – zapytał.

Zakrwawiona łapa stoczyła się właśnie ze stołu i wbiła czarne pazury w podłogę, kierując się ku reszcie truchła. Egon odkopnął ją pod same szafki i stanął nad cielskiem młodej strzygi, którą ubił w nocy. Widział, jak pod skórą zaczynają drgać mięśnie. Gałki oczne poruszyły się pod zamkniętymi powiekami. Krew z poderżniętego gard­ła dawno temu już zaschła, a rana zaczęła się zasklepiać.

Egon zerknął na zegarek. Sześć godzin. Tyle czasu potrzebowała strzyga, żeby się odrodzić. Mężczyzna rozejrzał się, a jego wzrok padł na stary dywanik. I tak miał go wyrzucić. Zwinął go w rulon i podłożył pod kark demona. Uniósł siekierę, dobrze wycelował i opuścił ostrze. Dało się słyszeć głuche łupnięcie, gdy przecinał kręgosłup, posoka chlusnęła na podłogę i ścianę. Łeb strzygi potoczył się po kafelkach, zostawiając za sobą krwawy ślad. Paszcza otworzyła się, jakby chciała kogoś ukąsić, po czym znieruchomiała.

„Co za syf. Powinienem to robić na zewnątrz”. Tak jak tydzień wcześniej, kiedy zabił w lesie oszalałego z wściek­łości borutę, ale wtedy wciąż miał wrażenie, że ktoś go obserwuje. Zawsze w takich chwilach obawiał się, że napatoczy się jakiś durny zbłąkany turysta, który od razu wezwie policję, a Egon miał już dość tłumaczenia tym idiotom, że właśnie zabił demona i tym samym po raz kolejny uratował niczego nieświadomych mieszkańców Świętowic.

*

Pierwsze promienie słońca przebiły się przez warstwę chmur. Egon otworzył oczy i dostrzegł złote drobinki kurzu fruwające w słupie światła padającym na trawę tuż przed jego twarzą. Gdzie on, do wszystkich demonów, był? Z jego gardła dobył się głuchy jęk. Spróbował poruszyć rękoma. Zabolało, ale miał władzę w ramionach. Dźwignął się i usiadł, opierając o pień drzewa. Jego ubranie było przesiąknięte zaschniętą już krwią.

– Przeklęty mesza… – burknął Egon.

Jego dom znajdował się za najbliższym zakrętem. Szkoda, że nie udało mu się tam dotrzeć w nocy. Dał sobie jeszcze chwilę na odpoczynek, po czym wstał i na chwiejnych nogach ruszył przed siebie. Te kilkaset metrów zdawało się ciągnąć w nieskończoność. Wreszcie zza zakrętu wyłoniła się jego chata z dachem porośniętym mchem. Raj odetchnął. Wkrótce stanął przed czterema schodkami prowadzącymi na ganek. Spróbował unieść nogę, ale stracił równowagę i runął jak długi na ziemię.

– To ja tu chwilę poczekam – stwierdził, siadając na stopniu.

W pamięci spróbował odtworzyć polowanie na meszę – demona przypominającego skrzyżowanie psa ze szczurem. Stwór był wychudzony, jego skóra płatami odchodziła od ciała, a cuchnął tak, jakby już za życia się rozkładał. Nic dziwnego, że niegdyś ponoć przepowiadał zbliżające się głód i choroby. Bestia była jednak bardzo cwana i niewiele brakowało, a by go załatwiła.

– Egon! – rozległ się krzyk pełen paniki. – Co się stało?!

Zamrugał i nagle pojawiła się przed nim twarz Idy.

– Jesteś ranny!

– Co ty nie powiesz – burknął.

Pociągnęła go za ręce, zarzuciła jego ramię na własne barki i głośno stękając, zaprowadziła do domu.

– Wezwę pogotowie – sapnęła, gdy opadł na kanapę.

– Nie! – Natychmiast odzyskał werwę.

Ida zastygła z telefonem w ręku.

– Nie potrzebuję pogotowia – powiedział twardo.

– I tak nie mam zasięgu – stwierdziła, chowając komórkę do kieszeni. Jej wzrok padł na telefon stacjonarny.

– Nie waż się nigdzie dzwonić! – warknął, a Ida wzruszyła ramionami.

– Co się stało? – Przykucnęła przed nim. – Wyszłam sobie skoro świt na biegi, myślałam, że jeszcze śpisz, a ty… – Rozłożyła ręce.

– I tak byś nie uwierzyła – odparł.

– Zdejmuj koszulkę – poleciła. – Nie chcesz pogotowia, ale i tak trzeba obejrzeć te rany.

Zrobił, co kazała. A gdy tylko odsłonił swój umięśniony tors, syknęła cicho, i to na pewno nie z zachwytu.

– Co cię tak urządziło? – zapytała.

– Wilki – skłamał. – Wypiłem trochę, wybrałem się w nocy na spacer i chyba wlazłem na ich teren czy coś.

Ida pokręciła głową, jakby mu nie wierzyła.

– Gdzie masz apteczkę?

Machnął ręką w stronę łazienki.

Zanim się obejrzał, oczyściła wszystkie rany, a te głębsze zakleiła stripami. W jej ruchach nie było ani krzty wahania, jakby robiła to nie po raz pierwszy.

– Przeżyjesz. – Klepnęła go w ramię.

– Skąd się na tym znasz? – zapytał, ubierając się.

– Jestem pisarką. Muszę znać się na wszystkim. – Dotknęła palcem skroni.

Tak naprawdę to spodziewałby się po niej, że na widok krwi spanikuje i ucieknie.

– A teraz tak na serio – odezwała się po chwili ciszy. – Co to było? Bo jeżeli wilki, to trzeba ostrzec ludzi z miasteczka. Jeżeli były wściekłe, powinieneś zgłosić się na obserwację czy coś…

– I tak byś nie uwierzyła – powtórzył niczym mantrę.

Nikt nigdy mu nie wierzył. Nawet ci, których dosłownie uratował ze szponów demona. Tylko dziadek go rozumiał. On widział potwory. „To nasze przekleństwo – mawiał. – Ale też wielki dar, bo możemy ocalić choć jedno ludzkie życie”.

– Piszę kryminały, nic mnie nie zaskoczy – rzuciła lekko.

– To był mesza.

Sam nie wiedział, dlaczego jej to zdradził. Może miał nadzieję, że go wyśmieje i sobie pójdzie, a może liczył, że jako jedyna żyjąca osoba na świecie mu uwierzy?

– Mesza? – Zmarszczyła brwi. – Co to jest?

Później zrzucał to na karb tego, że został ranny i nie myślał trzeźwo, ale powiedział jej wszystko. Dosłownie wszystko. O polowaniu na meszę, o tym, że już jako dziecko widywał różne stwory. To dziadek wyjaśnił mu, że pogańskie demony nie dość, że naprawdę istniały, to jeszcze przetrwały do teraz i choć są niewidoczne dla większości ludzi, co noc zbierają krwawe żniwo.

– I co? Uciekniesz teraz z krzykiem? – zadrwił na koniec.

– Trudno w to uwierzyć – przyznała, kiwając głową. – Daj mi czas, żebym to sobie jakoś poukładała, dobrze?

Wstała z kanapy i zaczęła krążyć po pokoju, co chwilę zerkając na niego. Egon patrzył na jej skupioną minę, na usta wypowiadające po cichu jakieś słowa, aż w końcu odpłynął w krainę nieświadomości.

*

Ocknął się, kiedy zmierzchało. Wstał z kanapy, rozprostowując zesztywniałe mięśnie. Idy już dawno nie było, ale na stole w kuchni stał talerz pełen kanapek. Zwiała. Jak każdy, kto usłyszał prawdę o demonach. Ale i tak miło z jej strony, że zrobiła dla niego kolację. Egon najpierw napił się wody bezpośrednio z kranu, a później zjadł wszystko, co przygotowała.

Z ostatnią kanapką wyszedł na ganek i zerknął w lewo na drogę niknącą między gęstymi świerkami. Gdzieś tam, dwa kilometry dalej, znajdował się domek, w którym zamieszkała Ida Szczygieł, autorka kryminałów. Sympatyczna, wesoła kobieta. Do tej pory sądził, że go drażniła. Te jej niezapowiedziane wizyty z kawą albo pączkami, to jej gadulstwo. Naprawdę miał jej dość. Teraz jednak, gdy wiedział, że już nigdy prawdopodobnie jej nie zobaczy, zaczęło mu jej brakować. Myślał, że jest samotnikiem, łowcą demonów, który w pojedynkę musi mierzyć się z bestiami, ale okazało się, że nawet on łaknął towarzystwa drugiej osoby.

Potrząsnął głową. Zawsze był i będzie sam. Wytarł o spodnie palce tłuste od masła, a w jego głowie zaczęły pojawiać się wspomnienia. To, jak ojciec go wyśmiał, kiedy powiedział mu o demonach. Jak starszy brat mu dokuczał, przebierając się za potwory. Jak matka stała bez ruchu z poszarzałą twarzą, kiedy zamykali go w szpitalu psychiatrycznym.

– Dosyć – warknął Egon. Musiał wziąć się w garść.

Demony rzadko odpoczywały i ktoś zawsze musiał stać na straży. Nawet gdy wszyscy uznawali go za wariata.

Egon zacisnął dłonie na barierce, uspokajając oddech. Dziadek mu wierzył i zostawił w spadku nie tylko ten dom i dziesiątki hektarów lasu, ale również misję zabijania potworów.

– I bogowie mi świadkami, że nie zawiodę – szepnął.

Wyprostował plecy i choć zabolały go liczne zadrapania oraz ugryzienia meszy, nadal czuł, że ma powód do życia.

*

Dni mijały jeden za drugim. Egon powoli dochodził do siebie. Rany się zabliźniły, siniaki pożółkły, a Ida nadal nie pojawiła się na jego progu. Zaczął przywykać do myśli, że ich krótka znajomość się skończyła.

Jak zwykle wieczorem wyszedł na ganek, żeby odetchnąć wczesnojesiennym powietrzem. Liście na drzewach pożółkły, a nad ciemną taflą jeziora unosiła się biała mgła. Egon odruchowo zerknął za dom. Właśnie tam zakopywał truchła demonów, które z różnych przyczyn zaciągnął aż tutaj. Strzyga po odrąbaniu łba nie mogła się odrodzić, ale codziennie na wszelki wypadek sprawdzał, czy ziemia w miejscu jej pochówku nie była poruszona.

Rozprostował ręce. Rozpuścił długie do ramion ciemnoblond włosy i ponownie związał je w niedbały kucyk. Jeszcze dzień lub dwa i znowu wyruszy na polowanie.

Już miał wracać do domu, kiedy jego uwagę przykuł cichy dźwięk. Ktoś lub coś nadchodziło leśną drogą. Słyszał stłumione kroki i przyspieszony oddech. Zszedł z ganku i wziął do ręki siekierę. Cokolwiek się zbliżało, był gotów stawić temu czoła.

Zza zakrętu wypadła blada Ida. Jej ruchy były chaotyczne, a w oczach czaił się obłęd.

– Egon! – sapnęła, wpadając w jego ramiona.

Jej włosy, do tej pory zawsze upięte w ciasny kok, teraz były rozczochrane, tkwiły w nich drobne gałązki i świerkowe igły.

– Co się stało? – zapytał, podtrzymując ją, żeby nie upadła, a jednocześnie zerkając na drogę.

– Ktoś… coś… – zaczęła. – Ktoś próbował… się do mnie włamać!

Zaprowadził ją do swojego domu. Nadal trzęsła się w jego ramionach, jej błędny wzrok strzelał na boki.

– Ida! Opanuj się! – nakazał pewnym głosem. – Oddy­chaj głęboko.

Spojrzała mu prosto w oczy i wzięła kilka wdechów.

– Dobrze – pochwalił. – Jesteś bardzo dzielna.

Po raz pierwszy byli tak blisko siebie i dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, jaka była drobna. Miał wrażenie, że gdyby tylko mocniej zacisnął wokół niej ramiona, mógłby ją zgnieść.

– Co się stało? – powtórzył, kiedy przestała się już trząść.

– Coś hałasowało pod moim domem – wyrzuciła z siebie, jej oddech znów przyspieszył.

– Spokojnie, tu jesteś bezpieczna – zapewnił.

– Myślałam, że to jakieś zwierzę, chciałam je przegonić, ale… – Urwała.

– Ale?

– Nie wiem! – jęknęła i opadła na kanapę. – Wydawało mi się, że zobaczyłam człowieka. Ale był bardzo chudy i wysoki. I… nagi.

W głowie Egona zapaliła się czerwona lampka.

– Tak…? – zachęcił.

– I on… ja uciekłam do domu, zamknęłam wszystkie zamki, ale… – Potrząsnęła głową, jakby sama nie wierzyła w to, co mówiła. – Ale nagle coś zaczęło hałasować na piętrze – wyrzuciła z siebie jednym tchem.

– Opisz mi dokładnie, jak on wyglądał – polecił Egon.

Ida spojrzała na niego nieprzytomnie.

– Jak wyglądał? – powtórzyła. – Ja muszę zadzwonić na policję! – Zerwała się z kanapy, jakby ocknęła się z głębokiego snu. – W komórce nie mam zasięgu w tym przeklętym lesie! – Ruszyła do telefonu wiszącego na ścianie.

– Nie! – Egon stanął jej na drodze. – Nikt ci nie uwierzy.

– Ktoś włamał się do mojego domu! Muszę wezwać policję!

– Ida, poczekaj. – Złapał ją za ramiona, ale mu się wyrwała i dopadła do telefonu.

Egon westchnął ciężko i machnął ręką, kiedy wykręcała numer alarmowy.

– Dzień dobry – odezwała się do słuchawki. – Tak, chciałabym zgłosić napaść. To znaczy włamanie. Jakiś człowiek, no może to było zwierzę, bo nie miało ubrania… Nie, nie dzwonię z mojego domu. Uciekłam do sąsiada… – Jej twarz stężała. – Jaki masz adres? – szepnęła do Egona. – Świętowice 23 – powtórzyła za nim. – Tak, jestem w domu Egona Raja… Że co proszę?! Ale jakie żarty?! Halo!

Oderwała słuchawkę od ucha i na nią spojrzała.

– Rozłączyła się – powiedziała powoli. – Ta durna baba powiedziała, żebym nie robiła sobie żartów, i się rozłączyła!

Ida z hukiem odwiesiła słuchawkę na widełki.

– Co za wstrętny babsztyl! – wrzasnęła. – Nie uwierzyła mi! A powinna wysłać tu jakiś patrol!

– Ida – odezwał się Egon.

– Napiszę na nią skargę! – Zaczęła krążyć po pokoju.

– Ida!

– Co?! – Zatrzymała się gwałtownie.

– Opisz mi, jak to coś wyglądało – polecił spokojnie.

– Nie wiem! – Rozłożyła gwałtownie ręce. – Było ciemno! A on był nagi i brązowy, i chudy! I miał taką twarz jakby… jakby…

– Jakby co?

Ida skrzyżowała ręce na klatce piersiowej.

– Nie uwierzysz mi – mruknęła.

– To ja z naszej dwójki jestem ponoć wariatem – przypomniał.

– Miał taką jakby pergaminową skórę i ona wyglądała, jakby się na nim topiła – powiedziała spokojnie, po czym spojrzała mu wyzywająco w oczy.

Egon skinął głową i bez słowa ruszył do swojego gabinetu.

– Ej, ale dokąd ty idziesz?! – zawołała Ida, ruszając za nim. – O cholera… – Gwałtownie zatrzymała się w progu.

Egon nikogo nie wpuszczał do swojego gabinetu. Na jednej ścianie znajdowała się wszelaka broń, zaczynając od noży, poprzez maczety, na kuszy kończąc. Były tam też pułapki, takie jak na niedźwiedzie. Na kolejnej wisiały trofea. Może nie powinien ich zbierać, w końcu jego misją było tylko ratowanie ludzi i życie w cieniu, ale nie potrafił sobie odmówić tej małej przyjemności. Tak więc można było tam zobaczyć ususzoną łapę strzygi, kawałek futra meszy, łańcuch zwida, jęzor żądlicy, czaszkę lejina i wiele innych „pamiątek” po licznych polowaniach. Teraz jednak Egon skierował się do olbrzymiego regału pełnego książek. Szybko namierzył dziennik dziadka i go otworzył.

– Czy on tak wyglądał? – zapytał, pokazując Idzie rysunek.

Kobieta przekrzywiła lekko głowę i zmarszczyła brwi.

– Może trochę – przyznała. – Miał dłuższe łapy i większe szpony… ale tak. W sumie był bardzo podobny. – Jej wzrok powędrował na sąsiednią stronę, na której znajdowały się notatki. – Łepi? Co to znaczy?

– Łepi – powtórzył Egon. – Albo ópi, kaszubski demon. Często błędnie utożsamiany z wampirem. Bardzo krwiożerczy. Gdy zawitał do jakiejś wsi, ginęli wszyscy jej mieszkańcy. A ja tropię tę bestię już od kilku lat.

Z hukiem zamknął dziennik, aż Ida podskoczyła ze strachu.

– Tej nocy w końcu ubiję dziada. – Ściągnął ze ściany maczetę i sprawdził ostrze.

– Poczekaj! – Ida ruszyła za nim przez korytarz. – Nie możesz ot tak…

– Czego nie mogę? – Odwrócił się w drzwiach. – Jestem myśliwym, a on zwierzyną. Już raz zabił w moim lesie i nie pozwolę, żeby zrobił to ponownie. Poczekaj u mnie, tu jesteś bezpieczna.

Zgarnął jeszcze z szafki woreczek z solą i ziołami, po czym ruszył w mrok, czując na plecach spojrzenie Idy.

*

Szybko dotarł do domku ukrytego na polanie w lesie. Z niewielkiego ogrodu docierał do niego oszałamiający zapach jesiennych kwiatów. Biała elewacja, duże okna i zadbane obejście – jakże ten budynek różnił się od jego starej chaty. Ich domy, tak samo jak oni, reprezentowali dwa zupełnie różne światy.

Drzwi wejściowe były otwarte. W salonie paliło się światło. Egon, trzymając przed sobą maczetę, przekroczył próg. Jego słuch był wyczulony do granic możliwości, mięśnie aż drżały z napięcia, był gotów stawić czoła wszystkiemu.

– Gdzie jesteś, cholero jedna? – zapytał szeptem, przemierzając pomieszczenia na parterze.

Nic jednak nie zwróciło jego uwagi. Ostrożnie wszedł na piętro, ale tutaj również nie było nawet śladu po demonie.

– Zwiał – stwierdził pół godziny później, opierając maczetę o ramię.

Zszedł na parter i jeszcze raz dokładnie wszystkiemu się przyjrzał. W kuchni dostrzegł na kafelkach błotnisty odcisk stopy.

– Czyli jednak tu byłeś – ocenił.

Ida nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jakie miała szczęście. Tak niewiele brakowało, a padłaby ofiarą łepiego.

Egon podszedł do biurka, na którym stał laptop. Z czys­tej ciekawości trącił palcami myszkę i ekran rozbłysnął. Pojawił się na nim plik tekstowy.

– Anna biegła boso przez las – przeczytał. – Drobne gałązki uderzały ją w twarz, lecz nie czuła bólu. Co chwilę oglądała się za siebie…

Egon odsunął się od komputera.

– Też miałbym stracha, jakbym pisał takie rzeczy, a tu nagle łepi wlazłby mi do domu – ocenił, na powrót wychodząc w mrok nocy.

*

Ida, zawinięta w koc, stała na ganku jego domu.

– I co? – zapytała, gdy tylko do niej podszedł.

– Łepi był w twoim domu – odparł Egon.

– Chyba sobie jaja robisz – jęknęła.

– Chodź do środka, zrobię nam kawę – zaproponował.

W progu jeszcze obejrzał się za siebie, czy nic nie szło jego tropem. Na szczęście jego dom był zabezpieczony antydemonicznie i nic nie miało prawa się tu wedrzeć.

– Opowiedz mi o tym łepim – poprosiła Ida, siadając przy stole.

Egon postawił czajnik na gazie.

– Czatuję na niego już od dawna – odparł. – Diabelec jest sprytny i wie, jak mnie unikać. Jakieś dwa lata temu byłem o tyle od dorwania go. – Pokazał kciuk i palec wskazujący znajdujące się zaledwie o centymetr od siebie. – Prawie go dorwałem, ale zabił jednego faceta, po czym ukrył się na dobre.

Ida patrzała na niego szeroko otwartymi oczami, ale nie kryła się w nich drwina, tylko autentyczne zainteresowanie. Pod wpływem spojrzenia jej błękitnych oczu Egon znów się otworzył. Opowiedział dokładny przebieg polowania na łepiego i o fiasku, jakim się skończyło. A później język sam mu się rozwiązał i zaczął mówić o swoim dzieciństwie w domu bogatych rodziców, którzy w ogóle go nie rozumieli. O byciu hospitalizowanym wbrew jego woli, o ucieczce ze szpitala i o tym, jak ojciec się go wstydzi.

– Poczytaj sobie o mojej wesołej rodzince w internecie – rzucił gorzko. – Nie znajdziesz tam informacji o Egonie Raju. O nie. Moi starzy wszędzie twierdzą, że mają tylko jednego syna. A mój przeklęty braciszek jest ideałem doskonale wpasowującym się w obrazek wspaniałej rodziny. To on przejmie firmę i majątek po ojcu. – Egon odstawił pusty już kubek po kawie, po czym wyjął z szafki dwie szklanki i whisky. – Dzisiaj przyda się nam coś mocniejszego.

Ida, nadal zawinięta w koc, skinęła głową i od razu upiła duży łyk, po czym skrzywiła się lekko.

– Możesz zawsze walczyć o zachowek – poradziła.

– I na co mi ich pieniądze? – Egon roześmiał się. – Wystarczy mi ta stara chałupa po dziadku, kawał lasu i jezioro, które należą tylko do mnie. Kiedyś ojciec chciał mi nawet to odebrać, ale mu się nie udało. Dziadek dobrze skonstruował testament. Tutaj jestem nietykalny.

– No dobra, a co z tym łepim i mężczyzną, którego zabił? – Na samo wspomnienie o demonie kobieta zadrżała i odruchowo obejrzała się na zamknięte drzwi. – Nikt go nie szukał?

– Nie, bo to był jakiś bezdomny, więc mieli na niego wylane – odparł Egon, siadając wygodniej w fotelu. Zakręcił szklanką i zapatrzył się na bursztynowy trunek. – Tylko ja chciałem go ocalić. Ale dupa z tego wyszła. Facet zginął w szponach demona i wiesz, co jest w tym wszystkim najlepsze? – Zaśmiał się gorzko. – Że to mnie posądzono o morderstwo!

– Że co proszę? – Ida wyprostowała się. – To dlaczego nie siedzisz za kratkami?

– Bo mój tatuś wszystko zatuszował – rzucił gorzko. – Nie obchodziła go śmierć tamtego człowieka. To było akurat w czasie, kiedy otwierał nową filię swojej przeklętej firmy i nie zamierzał pozwolić, aby po świecie rozeszły się plotki o jego synu mordercy. Przekupił lokalną policję i kogo tam trzeba było, żeby zamknęli gęby na kłódkę, i tyle. Sprawa załatwiona. Biedaka pochowali w bezimiennym grobie, a mnie zabronili wyściubiać nosa z moich terenów.

– Przykro mi. – Ida wstała z kanapy i położyła dłoń na ramieniu Egona, lecz szybko ją cofnęła. Sięgnęła po butelkę i dolała im whisky. – To byłby dopiero materiał na książkę – westchnęła pół żartem, pół serio.

– I to na kilka tomów – dodał Egon. – Wiesz, co u mnie zdiagnozował doktor Wawrzyniec?

– Kto?

– Przyjaciel mojej rodziny, ponoć najlepszy psychiatra w kraju – prychnął, opróżniając swoją szklankę. – Psychoza maniakalno-depresyjna.

– Choroba afektywna dwubiegunowa – dodała Ida. – Jej podłożem są zaburzenia neurotransmisji…

Egon zmarszczył brwi.

– A ty skąd…?

– Autorka kryminałów, pamiętasz? – Uśmiechnęła się słabo. – Kiedyś pisałam powieść o mordercy, który właśnie na to cierpiał. W początkowej fazie manii cechowało go lekkie pobudzenie psychoruchowe i gadatli­wość, ale za to był czarujący dla kobiet i dobry w łóżku. Ostatecznie porywał je i więził w piwnicy swojego wielkiego domu, po czym zabijał. A w fazie depresji obwiniał siebie o ich śmierć i nieraz usiłował popełnić samobójstwo…

– Wypisz wymaluj ja – rzucił sarkastycznie Egon.

– _Epizod_, taki ma tytuł – ciągnęła Ida. – W sumie sprzedaje się najlepiej ze wszystkich moich książek. – Wzruszyła ramionami, jakby to był nic nieznaczący szczegół. – Ale skoro jesteś taki „chory” – zaznaczyła palcami w powietrzu cudzysłów – to dlaczego cię jeszcze nie hospitalizowali?

– Bo już raz im nawiałem. – Zaśmiał się gorzko. – A niedawno mój ojciec założył organizację charytatywną, w której pewnie pierze pieniądze ze swoich lewych interesów i ostatnie, czego chce, to jakikolwiek negatywny rozgłos, jak na przykład to, że jego syn uciekł z wariatkowa. Woli więc, kiedy siedzę w swoim lesie i nie sprawiam mu kłopotów.

Ida opróżniła szklankę do reszty.

– Powiedz mi wszystko o tym łepim. I o innych… demonach – poprosiła.

– Chodź. – Egon dźwignął się z fotela i zaprowadził ją do swojego gabinetu. – Siadaj. – Wskazał jej fotel za biurkiem i zaczął zdejmować książki z półek.

Ida otworzyła jedną z nich na losowej stronie.

– Żądlica – przeczytała. – Ma wygląd kobiety i długi jęzor, na którego końcu znajduje się śmiercionośne żądło. Coś takiego też istnieje? – Skrzywiła się, podnosząc wzrok znad tomiszcza.

– Tam masz jej jęzor. – Egon wskazał przeciwległą ścianę.

– No nie do uwierzenia – westchnęła, przypatrując się trofeum.

– Swoją drogą, całkiem szybko oswoiłaś się z istnieniem demonów – zauważył.

– Od dziecka miałam otwarty umysł – odparła. – I zawsze wiedziałam, że świat kryje przed nami więcej tajemnic, niż podejrzewamy.

– Szkoda, że moja rodzina tego nie rozumie – rzucił z żalem Egon.

*

Egon gwałtownie poderwał się z łóżka. Z gabinetu dochodziły ciche dźwięki. Wziął do ręki siekierę, którą ostatnimi czasy trzymał przy sobie, i w samych bokserkach ruszył przez korytarz. Ostrożnie uchylił drzwi i zajrzał do środka, w każdej chwili gotów odeprzeć atak. Ku jego zaskoczeniu za biurkiem siedziała Ida.

– Nie spałaś? – zapytał, chowając siekierę za plecy.

– Co? – Podniosła nieprzytomne spojrzenie znad stosu książek. – To już rano? – zdziwiła się. – Te książki mnie wciągnęły…

Zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów, a Egon poczuł się bardzo nieswojo. Od dawna żadna kobieta nie widziała go prawie nagiego. Wiedział, że dzięki ciągłym polowaniom i ćwiczeniom jest umięśniony, ale wolał ukrywać przed światem swoje liczne blizny.

– Ogarnij się – rzucił może nieco zbyt oschle. – Zjemy coś, a potem czeka nas mnóstwo roboty.

Godzinę później stanęli pod domem Idy.

– Zabezpieczymy go tak, że żaden demon się nie wślizgnie – obiecał, zaglądając do swojej torby.

– Czy to jest…? – Ida zmarszczyła nos.

– Krowie łajno. – Ułożył wysuszony placek w metalowej miseczce i posypał mieszanką ziół. Znalazły się wśród nich ruta, przywrotnik, bagno i wiele innych. – Najpierw okadzimy cały budynek. – Wyjął zapalniczkę i przyłożył ją do roślin. Ku niebu powędrowała szara smużka dymu.

Egon ruszył wzdłuż ściany budynku, zamawiając pod nosem. Ida szła krok w krok za nim, krzywiąc się, jakby nie do końca mogła uwierzyć w to, co robią.

Później usypali wąskie ścieżki z soli oraz suszonych ziół na wszystkich parapetach i przy progach. Nad głównym wejściem Egon powiesił „aromatyczną” srokę.

– Czy to nie przegięcie? – zapytała Ida.

– A chcesz, żeby oprócz łepiego do domu wlazła ci jeszcze zmora?

Pokręciła głową, po czym pobiegła do salonu i wróciła z tabletem w ręku.

– Czyli sroka jest przeciw zmorze? – upewniła się, notując. – A jakie zioła wymieszałeś z solą?

– Po co ci to? – naskoczył na nią Egon, gotów wyrwać jej tablet z rąk.

– Nie jestem pewna – odparła z wahaniem. – Po pros­tu nie zawsze będziesz w pobliżu, a ja chciałabym wiedzieć… jak się bronić.

Niechętnie skinął głową.

– Mam tutaj miętę, rutę, dziurawiec… – zaczął wymieniać.

Wkrótce dom Idy był zabezpieczony na wszelkie możliwe sposoby. Egon przekonywał, że żaden demon już do niego nie wejdzie, ale kobieta nadal miała wątp­liwości.

– Jak chcesz, dziś też możesz nocować u mnie – zaproponował niechętnie.

– Naprawdę? – Spojrzała na niego z nadzieją w błękitnych oczach. – Dziękuję! – Sprawiała wrażenie, jakby z wdzięczności chciała rzucić mu się w ramiona, więc na wszelki wypadek cofnął się o krok.

Na szczęście Ida okazała się niewymagającym gościem. Gdy tylko wrócili do niego, zaszyła się w gabinecie, by przeglądać kolejne książki i robić notatki, a wieczorem wyszła do salonu z wypiekami na twarzy.

– Wiem, co zrobię! – oświadczyła.

– Taa? – mruknął bez entuzjazmu, pakując plecak.

– Napiszę książkę fantastyczną! – powiedziała i z emocji zaczęła krążyć po pokoju. – Może wydawnictwo nie będzie zachwycone, w końcu fantastyka jest bardziej niszowa niż kryminał, ale jaki to ma potencjał! – Wyrzuciła ramiona w górę.

– Ida, zwolnij. Po co ci taka książka?

– Sam mówisz, że ludzie codziennie padają ofiarami demonów i często nawet nie zdają sobie z tego sprawy – powiedziała. – A gdyby tak podprogowo przekazać im odpowiednie narzędzia? To byłoby dopiero coś!

Egon wyprostował się i skrzyżował umięśnione przedramiona na piersi.

– Nie rozumiesz? – Pisarka aż trzęsła się z emocji. – Napiszę książkę o demonach! Przedstawię ją jako zupełną fikcję, ale umieszczę w niej prawdziwe sposoby na potwory. Opowiem chociażby o tej soli albo o okadzaniu domu! Czytelnikom na pewno zapadnie to w pamięć, a jak trafią na takiego demona, choć w przybliżeniu będą wiedzieli, jak sobie z nim poradzić!

– Nie jestem pewien, czy to dobry… – zaczął Egon.

– To jest genialny pomysł! – Ida wyglądała, jakby za chwilę miała unieść się w powietrze. – Wystarczy, że w taki sposób ocalę choć jedną osobę, a będzie warto!

Egon się zamyślił. Jemu nikt nigdy nie wierzył, ale jeśli ludzie dowiedzą się o magii obronnej przeciw demonom od prawdziwej pisarki, to może się uda? Nagle poczuł, jakby ktoś zdjął z jego barków olbrzymi ciężar.

– Ubieraj się – polecił. – Idziemy na polowanie. Tylko nie zapomnij tego swojego tabletu.

*

– Ostrożnie! – Egon złapał Idę za rękę, żeby się nie przewróciła.

Poczuł, jak przez jego ramię przebiega prąd, i cofnął dłoń, gdy tylko kobieta odzyskała równowagę. Za żadne demony nie chciał się angażować w związek ani nic podobnego.

Czasami zastanawiało go, dlaczego inni ludzie nie mają tak wyostrzonych zmysłów jak on. Nie widzieli tak dobrze w ciemnościach, mieli gorszy słuch i węch. Może lata polowań zrobiły swoje, a może to natura wyposażyła go w odpowiednie narzędzia do walki z demonami?

– Teraz musimy zachować absolutną ciszę – szepnął.

Ida pokiwała głową, a on wyczuwał bijące od niej podekscytowanie wymieszane ze strachem.

– Przy mnie jesteś bezpieczna – zapewnił.

Ruszyli dalej przez ciemny las. Kobieta co jakiś czas potykała się o korzenie lub spróchniałe gałęzie, a on za każdym razem był przy niej i pilnował, żeby nie upadła. Nagle się zatrzymał i wciągnął powietrze głęboko do płuc. Czuł charakterystyczny zapach, którego nigdy nie potrafił opisać.

– Jesteśmy na miejscu – szepnął wprost do ucha Idy, aż zadrżała.

Nie musieli długo czekać, gdy między drzewami pojawiły się słabe, błękitne światła.

– Co to? – szepnęła Ida.

– Nieochrzczeniec – odparł. Po lesie poniosło się ciche kwilenie dziecka.

Przez jakiś czas obserwowali niezwykłe zjawisko, aż Egon namierzył wzrokiem miejsce, w którym było najwięcej ogników. Natychmiast ruszył w jego stronę, a światełka zniknęły.

– Co teraz? – zapytała Ida.

– Muszę się upewnić, czy to odpowiednie miejsce. – Egon wbił saperkę w ściółkę leśną.

Odrzucał na bok kolejne warstwy ziemi, aż trafił na to, czego szukał.

– Kości – szepnęła Ida, przyświecając mu latarką.

Skinął głową ze smutkiem. Zawsze nurtowało go, co zmuszało matkę do pochowania jej poronionego lub martwo urodzonego dziecka w takim miejscu. Jakie tragiczne historie kryły się za takimi czynami?

Egon wyjął z kieszeni szklaną buteleczkę ze święconą wodą i skropił szczątki dzieciątka.

– Jeśliś chłopiec, nadaję ci imię Adam – odezwał się głośno. – Jeśliś dziewczynka, nadaję ci imię Ewa.

Kwilenie, które do tej pory im towarzyszyło, nagle umilkło. A to znaczyło, że dobrze wykonał swoją robotę. Pozwolił sobie jeszcze na chwilę ciszy, po czym zaczął zakopywać szczątki.

– To było niesamowite – odezwała się Ida w drodze powrotnej. – Miałam wrażenie, jakbym czuła… – Rozłożyła ręce, nie potrafiąc opisać własnych emocji.

– Warto dać się zepchnąć na sam margines społeczeństwa chociażby dla tego uczucia – odparł z lekkim uśmiechem. – Dziś ocaliliśmy jedną duszyczkę przed wiecznymi katuszami.

*

Ida wróciła do swojego domu, ale na dobrą sprawę tylko tam nocowała. Całe dnie spędzała z Egonem albo przesiadywała w jego gabinecie, czytając. Wciąż nosiła przy sobie tablet, w każdej chwili gotowa robić notatki. Dla mężczyzny przyzwyczajonego do samotniczego trybu życia było to dość niezwykłe, ale szybko doszedł do wniosku, że jej towarzystwo wcale mu nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – gdyby nagle musiała wyjechać, brakowałoby mu jej. Również zapalił się do jej planu napisania książki i wciąż podpowiadał jej nowe pomysły na demony, które mogą zaatakować bohaterów książki. Zabrał ją na kolejne polowania na niegroźne bestie, a ona wciąż notowała.

– Mam pączki – oświadczyła z uśmiechem, wracając z porannej przebieżki.

Nie do końca podobało mu się, że sama biega każdego ranka do miasta, ale nie chciał jej ograniczać. Zaparzył mocną kawę i razem usiedli na ganku.

– Myślę, że mogę zacząć pisać – powiedziała. – Już wszystko ułożyłam sobie w głowie, stworzyłam całą drabinkę wydarzeń i mam tyle notatek, że wystarczy mi na co najmniej pięć tomów. – Zaśmiała się. Ładnie się śmiała.

Egon pokiwał głową.

– Usiądę do komputera chyba dziś wieczorem – dodała.

– Tak, to dobry pomysł – przytaknął.

On sam z kolei czuł, że łepi jest coraz bliżej. Raj od wielu dni rozglądał się za jego śladami i choć na żadne nie natrafił, podświadomie wiedział, że demon wkrótce zaatakuje. Dlatego wolał wyjść mu naprzeciw, szczególnie tej nocy, gdy Ida będzie bezpiecznie siedziała w swoim gabinecie, pochłonięta tworzeniem nowej książki.

*

Zmierzchało, gdy Egon stanął na ganku przed domem. Jesienne słońce już jakiś czas temu skryło się za horyzontem. Samotna ryba wyskoczyła nad powierzchnię jeziora, tworząc kręgi rozchodzące się po wodzie. Może uciekała przed topielcem? Egon już dawno chciał na niego zapolować, ale zabrakło mu czasu. Od kilkunastu tygodni demony dbały o to, żeby się nie nudził. Może zimą zdoła odpocząć? Będzie razem z Idą przesiadywać przed kominkiem i opowiadać jej o kolejnych potworach, a ona będzie wszystko spisywać. Niedługo stuknie mu czterdziestka i nie zapowiadało się, żeby kiedykolwiek miał dzieci. Dobrze więc będzie móc przekazać komuś swoją wiedzę.

Wziął kilka głębszych wdechów chłodnego powietrza i ruszył w las. Suche liście szeleściły pod jego butami. Świerki w oddali zaszumiały złowieszczo. Łepi był w pobliżu. Egon wyczuwał go jako natarczywe swędzenie pod skórą. Zdawało się, jakby wszystkie jego zmysły jeszcze bardziej się wyczuliły. Słyszał odległe pohukiwanie puszczyka, widział w ciemności ziemię zbuchtowaną przez dziki. Nieco dalej dostrzegł tropy jeleni, lecz ani śladu łepiego.

Egon odnalazł miejsce w samym środku boru, gdzie demon przed dwoma laty zabił bezdomnego.

– Gdzie jesteś, diable jeden? – szepnął z irytacją.

Nic nie przykuło jego uwagi. Krążył więc po lesie, swędzenie pod skórą przybierało na sile, stawało się niemal nie do wytrzymania, ale demon się nie pojawił. Raj spojrzał na księżyc w pełni prześwitujący przez korony drzew. Miał ochotę zawyć ze złości. Gdzieś na granicy jego zmysłów czaił się ten potwór, zagrażał mieszkańcom miasteczka oraz Idzie, a Egon nie potrafił go dopaść. Jego myśli podążyły ku kobiecie, która teraz pewnie siedziała przed komputerem, całkowicie pochłonięta pisaniem. Dlaczego łepi włamał się do jej domu? Dlaczego pozwolił jej wtedy uciec? A jeśli znów ją zaatakuje?

W głowie mężczyzny zaczęły pojawiać się coraz to koszmarniejsze wizje ataku potwora. „Sam zabezpieczyłem jej dom – przekonywał siebie Egon. – Jest bezpieczna”. Lecz ziarno niepewności zostało zasiane. Jego stopy jakby wyczuły jego obawy i same skierowały się na drogę wiodącą do domu Idy. Wkrótce między pniami dostrzegł światło wylewające się przez okna na podwórze. Egon stanął na skraju lasu i oparł się bokiem o pień drzewa. Zobaczył ją przez okno, jak siedziała przed swoim laptopem. Na jej policzkach wykwitły rumieńce, a palce śmigały po klawiaturze. Nagle podniosła głowę i zmar­sz­czyła brwi, jakby coś ją zaniepokoiło. Egon drgnął nerwowo, kiedy kobieta wstała od biurka i skierowała się do kuchni, znikając mu z oczu.

– Co robisz? – szepnął, stukając z niecierpliwością palcami w trzonek siekiery.

Wtem w polu jego widzenia pojawił się łepi. Miał ponad dwa metry wzrostu. Był strasznie chudy, wręcz zagłodzony, a jego pergaminowa skóra sprawiała wrażenie, jakby się na nim topiła. Demon rozglądał się po pokoju, za czymś węszył.

Egon, niewiele myśląc, ruszył pędem do drzwi. Szarpnął za klamkę i znalazł się w szerokim przedpokoju.

– Ida! – wrzasnął.

Odpowiedziała mu cisza. Miał nadzieję, że nie przybył za późno. W kilku susach znalazł się na progu gabinetu. Łepi natychmiast zwrócił ku niemu paskudny pysk.

– Dzisiaj cię dopadnę – zagroził Egon, mocniej zacis­kając palce na trzonku siekiery.

Demon otworzył paszczę naszpikowaną ostrymi zębami i oblizał się. W jego oczach tliła się żądza mordu.

Egon zaszarżował. Uniósł siekierę i wykonał zamach, ale łepi odskoczył do tyłu. Z jego paszczy dobył się niski warkot. Machnął długą łapą, a jego pazury o milimetry minęły klatkę piersiową przeciwnika. Raj schylił się, unikając drugiego ciosu. Wykonał obrót i wbił siekierę w udo demona. Po domu poniósł się basowy ryk wściekłości.

Egon zaśmiał się obłąkańczo. Znów mógł zmierzyć się ze swoim największym wrogiem. W jego ciało wstąpiły nowe siły. Ciął siekierą, a łepi zaczął ustępować mu pola, aż został przyparty do ściany. Raj uniósł ostrze nad głowę, adrenalina buzowała w jego ciele. W takich chwilach czuł, że żyje. Już miał wbić siekierę w łeb demona, gdy ten gwałtownie go odepchnął i przemknął pod jego ramieniem, po czym wskoczył na kanapę i przebiegł po niej. Egon zaś chwycił szklaną kulę leżącą na biurku i cisnął nią prosto w plecy stwora, który stracił równowagę i stoczył się na dywan.

Raj dopadł do niego i uderzył obuchem siekiery w skroń. Demon zaczął się czołgać po dywanie, zostawiając za sobą krwawy ślad. Egon stanął nad nim niczym kat i opuścił ostrze wprost na jego łeb. Usłyszał trzaśnięcie pękających kości, a stwór padł bezwładnie na podłogę.

Egon nabrał do płuc powietrza, z jego gardła dobył się pierwotny wrzask. Wyciągnął siekierę i wbił ją w kręgosłup potwora. Na podłodze zaczęła tworzyć się kałuża krwi wymieszanej z mózgiem i odłamkami kości.

Raj jeszcze nigdy nie czuł się tak silny, wręcz niezwyciężony. Mógł przenosić góry. Już chciał ruszyć na poszukiwania Idy, kiedy usłyszał buczenie na biurku. Odruchowo spojrzał w tamtą stronę i zobaczył telefon z podświetlonym ekranem. _Nowa wiadomość od Abelard Raj._

Egon potrząsnął głową. To niemożliwe. Dlaczego je­go ojciec miałby pisać do Idy? Przecież nie mogła mieć jego numeru zapisanego w telefonie! Ostrożnie podszedł do biurka i zapatrzył się na ciemny już wyświetlacz. Obejrzał się jeszcze na zakrwawione ciało demona, ale ten nie wyglądał, jakby chciał uciec, więc wziął komórkę do ręki. Kilka razy widział, jak Ida ją odblokowywała, a że miał doskonałą pamięć, bez problemu wpisał kod zabezpieczający.

_wtorek, 25 paź_ ■ _2:14_

_Powodzenia. Kolejna transza_

_jutro będzie na Pani koncie._

– Co, do wszystkich demonów?! – Egon nie rozumiał, co to miało znaczyć. Bez zastanowienia zaczął czytać wcześniejsze wiadomości.

_wtorek, 25 paź_ ■ _1:23_

_Jutro wprowadzę REM-X._

– pisała Ida.

_sobota, 22 paź_ ■ _16:48_

_Spokojnie, wszystko mam pod kontrolą. Myślę,_

_że łepi będzie naszym punktem kulminacyjnym._

_sobota, 22 paź_ ■ _16:41_

_Mam nadzieję, że nikt nie ucierpiał._

_sobota, 22 paź_ ■ _13:16_

_W ciągu ostatnich dwóch tygodni_

_„polowaliśmy” na zwida, zmorę i żądlicę._

_czwartek, 20 paź_ ■ _22:36_

_Epizod manii się nasila. Wkrótce będę_

_mogła zakończyć podawanie MD-V._

_wtorek, 4 paź_ ■ _8:27_

_Dziś w nocy skropiliśmy wodą święconą_

_kości zakopane w lesie. Pobieżna analiza wskazała,_

_że to szczątki psa. Pacjent prawdopodobnie sam_

_je tam zakopał, choć tego nie pamięta._

_poniedziałek, 3 paź_ ■ _14:13_

_Proszę się nie martwić, to nie pierwszy_

_taki przypadek, z jakim się spotykam._

_poniedziałek, 3 paź_ ■ _14:05_

_Tylko niech Pani uważa._

_poniedziałek, 3 paź_ ■ _12:55_

_Leczenie idzie po naszej myśli. U Pacjenta nasila_

_się irracjonalne zachowanie i wiara we własną misję._

_niedziela, 2 paź_ ■ _23:14_

_Spokojnie, mam znajomego patologa._

_On zidentyfikuje wszystkie ludzkie szczątki._

_niedziela, 2 paź_ ■ _22:43_

_Niepokoją mnie trofea na ścianie._

_Po wszystkim będzie trzeba wezwać do nich eksperta._

_czwartek, 22 wrz_ ■ _23:12_

_Na kilka dni odstawię MD-V._

_czwartek, 22 wrz_ ■ _22:46_

_Moi ludzie znaleźli w lesie truchła dwóch wilków._

_czwartek, 22 wrz_ ■ _14:54_

_Znalazłam Pacjenta na progu domu. Był ranny._

_Twierdzi, że walczył z meszą. Ślady na jego ciele_

_wskazywały na atak wilka albo dużego psa._

_środa, 21 wrz_ ■ _13:00_

_Dziś Pacjent rąbał siekierą we własnej kuchni_

_ciało jakiegoś zwierzęcia. Podejrzewam, że to był dzik._

_poniedziałek, 12 wrz_ ■ _21:16_

_Tylko niech będą bardzo ostrożni. Urojenia_

_i halucynacje mogą sprawić, że weźmie ich za potwory._

_poniedziałek, 12 wrz_ ■ _20:54_

_Chryste… Wyślę tam swoich ludzi,_

_żeby mieli na niego oko._

_poniedziałek, 12 wrz_ ■ _19:39_

_Dziś Pacjent oskórowywał w lesie kota._

_Był przekonany, że to demon._

_piątek, 9 wrz_ ■ _8:27_

_Co drugi dzień podaję Pacjentowi leki._

_Nie ma żadnych powikłań._

_sobota, 3 wrz_ ■ _18:13_

_Nawiązałam kontakt._

_Pacjent przyjął pierwszą dawkę MD-V._

_środa, 10 sie_ ■ _14:55_

_Wspaniale, jeszcze dziś prześlę Pani_

_pierwszą transzę. Proszę informować_

_mnie na bieżąco o wszelkich postępach._

_środa 10 sie_ ■ _14:46_

_Przez kilka tygodni będę podawać MD-V, aby nasilić wszelkie objawy choroby i przeciążyć system nerwowy. To bardzo innowacyjne podejście, ale odkryliśmy, że jest skuteczne. Gdy chory znajduje się na skraju epizodu, wdrażamy leczenie REM-X. Poprzednie dziewięć wersji leku dało satysfakcjonujące rezultaty. Na tym etapie zaczniemy psychoterapię, która razem z lekiem będzie prowadzić do całkowitej remisji._

_środa, 10 sie_ ■ _14:34_

_Bardzo dziękuję, że zdecydowała się Pani_

_nam pomóc. Doktor Wawrzyniec bardzo Panią_

_polecał. Proszę jeszcze opisać w kilku prostych_

_słowach działanie tych leków, żebym umiał_

_wytłumaczyć to żonie. Z poważaniem, Abelard Raj_

– Że co, kurwa?! – Egon odrzucił telefon i wpatrywał się w niego jak w obrzydliwego robaka. Nic z tego nie rozumiał, a jednocześnie podświadomie czuł…

Jego mięśnie zaczęły drżeć, głowa zrobiła się taka ciężka. Zapomniał już o truchle łepiego, zapomniał, że miał szukać Idy. W jego umyśle pojawiły się czarne burzowe chmury. Przetoczył się po nich grzmot, niosąc ze sobą dobrze mu znaną treść: _Znów cię zdradzili!_

Egon spojrzał w bok, na laptopa. Poruszył myszką, aż zniknął wygaszacz ekranu, a w jego miejsce pojawiła się tapeta w kwiaty. Po lewej u góry znajdował się folder REM. Raj od razu go otworzył, a w nim znalazł kolejne pliki. Szybko namierzył ten zatytułowany REM-X, a jego oczom ukazał się jasny plik tekstowy.

_REM-X_

_Dr prowadząca: Ida Pliszka_

_Pacjent nr 47 cierpi na nasiloną chorobę afektywną dwubiegunową, przy czym występujące u niego epizody są mieszane. Pojawiają się objawy psychotyczne – urojenia i halucynacje (zawsze dotyczą słowiańskich demonów). Pacjent przejawia manię wielkości, cechuje go lekka anhe­donia, podejmuje niebezpieczne działania zagrażające jego życiu oraz życiu postronnych osób, jest przekonany, że ma wyostrzone zmysły._

_Zostanie wprowadzony MD-V, a po nasileniu objawów REM-X…_

Plik miał co najmniej czterdzieści stron. Egon nie był w stanie czytać tego dalej. Poderwał się z krzesła i odepchnął od siebie laptopa, a ten z głośnym łupnięciem wylądował na podłodze.

– Jakie, kurwa, urojenia?! – wrzasnął. – Jakie halucynacje?!

Dopiero teraz spojrzał na środek dywanu, gdzie w kałuży krwi, z rozrąbaną czaszką leżała… Ida Szczygieł, a raczej doktor Pliszka. W głowie Egona coś zaczęło tępo pulsować. Zamknął oczy i je otworzył, pewien, że to umysł płata mu figle, ale nie było tam łepiego. Może nigdy nie istniał?

Za oknem rozległ się hałas. Egon kątem oka zobaczył ruch. Ktoś lub coś go obserwowało.

Wziął kilka głębokich wdechów. Miał wrażenie, jakby nagle znalazł się obok własnego ciała i patrzył na swoje ruchy, nie mając na nie żadnego wpływu. Podszedł do zamordowanej lekarki, oparł o nią stopę i wyciągnął z jej kręgosłupa siekierę, po czym skierował się ku drzwiom.

Nieważne, czy stanie naprzeciw całej hordy demonów, czy ludzi ojca, tej nocy wszystko się rozstrzygnie.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: