-
nowość
Łabędzia córa - ebook
Łabędzia córa - ebook
Przypuszczalnie dość nieszczęśliwa historia miłosna.
Książę Arris wie, że małżeństwo oznacza wyrok śmierci. Przez jedno niefortunnie sformułowane życzenie rządy na Wyspie Malys od pokoleń może objąć tylko ten, kto zdobędzie serce i rękę następcy tronu – bez względu na to, czy wybranek to przeżyje. Jedyną szansą Arrisa na długie życie jest więc prawdziwa miłość.
Gdy rodzice ogłaszają turniej o jego rękę, do zamku przybywa tłum pięknych kandydatek. Arris nie potrafi jednak odróżnić, która z nich kieruje się miłością, a która żądzą władzy.
Ostatnią nadzieją księcia okazuje się Demelza, łabędzica veritas, która schroniła się w zamku, szukając azylu.
Dzięki swej pieśni dziewczyna ma moc poznania prawdy, toteż ci dwoje zawierają układ: Arris zapewni jej kryjówkę w zamian za pomoc w przejrzeniu intencji potencjalnych panien młodych.
Lecz gdy miłość i prawda splatają się tak nierozłącznie, nadchodzi czas, by zdecydować, co jest ważniejsze: samo przetrwanie czy pogoń za życiem wartym przeżycia.
Zdaje się wręcz snem. – Isabel Ibanes
Książka, która wyrwie ci serce. – Holly Black
Iskrzy się magią. – Catherine Doyle
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368181432 |
| Rozmiar pliku: | 12 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nie było właściwie żadnego powodu, dla którego Araminta miałaby podejrzewać, że z pisklakami może być cokolwiek nie tak. Czekała na wylęg ponad sto lat i teraz, gdy wreszcie nadeszła ta chwila, nie chciała czuć nic poza radością.
Jak to bywa u łabędzi veritas, z których rodu wywodziła się Araminta, wylęg trwał sześć lat. Jej długie złote włosy stawały się coraz gęstsze i bardziej lśniące, aż w końcu skóra na głowie zaczęła okrutnie swędzieć. Przez cały miesiąc Araminta krążyła niespokojnie po wypolerowanej kamiennej posadzce Cichego Dworu. Jej mąż, czarnoksiężnik Prava, sporządzał kolejne mikstury, by ją uspokoić, a ona – chyba po raz pierwszy w życiu – nie wzbraniała się przed nimi i potulnie zażywała jego medykamenty.
Lecz cały ich tuzin zupełnie nic nie zmienił.
– Tak po prostu musi być – rzekła ze smutkiem i podrapała się po głowie.
Prava był może potworem, ale uważał się za dobrego męża i swoje obowiązki wypełniał z niezwykłą powagą.
– Co mogę uczynić, żeby ci ulżyć, miłości? – dopytywał.
Araminta westchnęła i popatrzyła tęsknie przez rzeźbione okno. Gdyby ktoś spojrzał na Cichy Dwór z daleka, mogłoby mu się wydawać, że posiadłość ta została zbudowana wprost na chmurach. Być może potrząsnąłby głową z niedowierzaniem, przekonany, że to tylko złudzenie, iluzja wywołana pogodą. Tak się jednak składa, że Cichy Dwór rzeczywiście został zbudowany na chmurach. Dawno temu garstce leniwych cirrusów i cumulusów nie chciało się pozostać na niebie, więc spadły jak jabłka do Krainy Niemych Jezior. Tam powoli twardniały, aż stały się tak solidne jak otaczające je czarne dęby i srebrne wiązy. I choć zamieszkały na Wyspie Malys, nie zmieniły swej chmurnej natury. Wieczorami grzmiały, a przez ich przezroczyste, sine brzuchy przemykały błyskawice. I choć wcale już nie zamierzały pływać po niebie, czasami dryfowały nieco przez sen. Zdarzało się więc, że wieczorem spojrzało się przez okno, by zobaczyć Żałosny Staw, a tu nagle o świcie za tym samym oknem widziało się Morze Bezdźwięczne.
To tu postanowił osiąść czarnoksiężnik Prava. W jego przekonaniu wybranie tej odizolowanej lokalizacji było gestem czułości wobec żony – miała jej przypominać o chmurach, które kiedyś były jej domem. Zwykle jednak Araminta odbierała to raczej jako okrucieństwo niż czułość, choć w tym tygodniu była akurat wdzięczna za wszystko, co stanowiło swego rodzaju pamiątkę po niebie.
– Potrzebuję miejsca na gniazdo – oświadczyła Araminta. – Kiedy wyklują się nasze córki, chcę, by ich pierwszy oddech pełen był tylko najsłodszego i najzimniejszego powietrza.
Prava ujął ciepłą dłoń żony i ją pocałował.
– Miłości moja, nim zapadnie noc, będę miał dla ciebie najcudowniejsze gniazdo.
Araminta chrząknęła tylko i znów podrapała się po głowie.
Czarnoksiężnik Prava pospieszył do swoich komnat, które zajmowały całe północne skrzydło Cichego Dworu. Miał tu gabinet, salę do eksperymentów, komnatę luster, w której komunikował się z innymi ważnymi czarnoksiężnikami, oraz – co najważniejsze – bibliotekę. Biblioteka znajdowała się pod kopułą z polerowanego kryształu. Podłoga niemal w zupełności zasłana była barwnymi, tkanymi z jedwabiu dywanikami, na nich stały pikowane fotele. Prava nie pamiętał już, jak wyglądały ściany, bo od dawna wszędzie piętrzyły się obite w skórę księgi i zwoje pergaminu, a tu i ówdzie zdarzały się niepokojące powieści wydrukowane na cienkich kawałkach kości zszytych ludzkimi włosami.
Gdy tylko przekroczył próg, księgi załopotały z ekscytacji. Skłonne do stanów lękowych powieści uroniły nawet kilka stron – zwykle z prologów, które uważane były za zupełnie bezużyteczne – w nadziei, że to zwróci jego uwagę. Niektóre jego książki już nawet nie liczyły na to, że zostaną przeczytane – wystarczyłoby im, żeby użył ich jako podkładki pod kubek z herbatą, której upijał łyk czy dwa, nim stygła bezpowrotnie na ołtarzu notorycznej zadumy.
– Spokój, spokój – rzucił czarnoksiężnik. – Rozpoczął się wylęg, muszę więc wyczarować dla żony gniazdo. Która z was mi pomoże?
Książki zadrżały. Kilka kulinarnych z rezygnacją opadło z powrotem na swoje zakurzone półki. Po chwili przyfrunął do czarnoksiężnika nieśmiały, chudy, zupełnie biały zeszyt. Był lodowaty, a jego stronice wydawały się delikatne niczym szron. Zapełniono je drobnym pismem mędrców z Gór Aatos. Prava otworzył zeszyt i poczuł, jak jego umysł zalewają tajemnice wiatru i śniegu.
Uśmiechnął się.ROZDZIAŁ 2 CZARNOKSIĘŻNIK ZOSTAJE OJCEM
Nim zapadł zmrok, wieża gniazdownicza była gotowa. Dobrze się złożyło, bo do tego czasu Araminta rwała już sobie włosy z głowy dosłownie garściami. Prava zastał ją w kuchni, gdzie krążyła wokół wielkiego paleniska. Zwykle nie zapuszczała się na tak niskie poziomy Cichego Dworu, ale wylęg budził w niej dziwne zachcianki. Kucharze zaoferowali jej potrawkę na kości szpikowej i pożywne bochny pełne mielonych nasion, maślane babki i owsiankę z owocami leśnymi. Araminta jednak nie chciała nawet o tym słyszeć.
– Och, na samą myśl żołądek mi się wywraca! – jęczała. – Nie mamy żadnych wodorostów ze stawu? Albo słonych porostów? Co ja bym dała za małą soczystą kijankę! Albo za ciasto z glonów! Może chociaż kilka pająków…
Kiedy zaczęła szukać po kątach w kuchni chrabąszczy, służba uciekła w popłochu.
– Kochana moja! – zawołał Prava.
Araminta zagulgotała. Uroda kobiet z rodu łabędzi veritas zapierała dech w piersiach. Ich natura jednak była nadal dość łabędzia, co przejawiało się między innymi w tym, że miały duże skłonności do dzikiej agresji i gulgotania.
– Jeśli nie przychodzisz do mnie z koszem rupii i ważek, to muszę cię prosić, byś wyszedł – oświadczyła.
– Mam coś lepszego – odparł Prava.
Strzelił palcami i u stóp Araminty pojawiły się schody z delikatnego szkła. Za każdym razem, gdy Prava wykonywał jakąś magiczną sztuczkę, Araminta czuła mieszaninę zachwytu i obrzydzenia. Spojrzała na męża. Uśmiechał się. Byli małżeństwem już od jakiegoś czasu. Gdy tylko się w nim zakochała, przestał ukrywać przed nią swoją prawdziwą postać.
Prava był wysoki i szczupły, kasztanowe loki sięgały mu aż do linii szczęki i podkreślały jego smukłe kły. Oczy miał zielone z pionowymi, czarnymi, przypominającymi ślepia węża szczelinami. Był przystojny i wyglądał na kogoś w trzeciej dekadzie życia, choć był znacznie starszy. W młodości wymienił pewną magiczną księgę na inną i w ten sposób odkrył, jak z własnych kości można rzeźbić czas. Nadal był śmiertelnikiem – co doprowadzało go zresztą do szału – ale czas nie miał nad nim władzy. Była to jedna z wielu magicznych mocy, które posiadał, a zarazem powód, dla którego Araminta zarówno kochała go, jak i nienawidziła.
Setki lat temu Prava znalazł ją nad lśniącymi słonymi stawami w labiryncie chmur wysoko ponad Wyspą. Nikt nigdy nie słyszał o tym, by jakiemuś śmiertelnikowi udało się znaleźć drogę do nieba, a tym bardziej odnaleźć słone stawy łabędzi veritas. Araminta była pod takim wrażeniem, że puściła mimo uszu słowa matki przestrzegającej ją przed mężczyznami z Wyspy.
– Zły los czeka te, które wychodzą za ludzi – krakała matka. – A jeszcze gorszy te, które ich pokochają.
– Jaki los? – dopytywała Araminta.
Matka tylko kręciła głową.
– Los tak straszny, że nikt nie zdołał jeszcze o nim opowiedzieć, moja kochana.
To Aramincie wydało się po prostu zupełną bzdurą. Poza tym wiedziała przecież, jaka jest potężna. Potrafiła zmienić się w łabędzia i odlecieć, gdy tylko tego zapragnęła. Jej głos wywoływał prawdę. Ten mężczyzna nie stanowił dla niej żadnego zagrożenia, a poza tym… był piękny.
Nie powiedziała siostrom. Była środkowym pisklęciem, dlatego często udawało jej się umykać przed czujnymi spojrzeniami rodziny. Zmuszona była dzielić się wszystkim, co miała. Ale to, te schadzki…
One należały tylko do niej.
Prava zostawiał jej podarunki z marzeń zapieczonych w cukierki, które wprost rozpływały się na języku. Nanizał na naszyjnik gwiazdy, które migotały teraz na jej szyi. Zasadził cały ogród piosenek, które wyśpiewywały jej imię w chmurach perfum. Na czas zalotów zatuszował magią swoje kły, a oczy przywdział jasnoniebieskie jak u śmiertelnika. Dopiero później przyznał jej się, że wyłupił je jakiemuś księciu, który sprzedał mu je za możliwość smakowania muzyki z powietrza.
Pewnego dnia Araminta mu zaśpiewała, a wtedy Prava padł na kolana i zapłakał. Araminta czuła, jak w powietrzu wokół nich drga magia jej pieśni. Prava nie miał szans się jej oprzeć. Araminta wiedziała, że zmusi go do wyjawienia całej prawdy.
– Czego ode mnie chcesz? – zapytała go wtedy.
– Miłości – wyznał pokornie Prava. – Chcę jedynie twojej miłości.
Dawała mu ją więc pomału, wierząc, że jej nigdy nie skrzywdzi. Przecież ją kochał. Minęły całe lata, nim uświadomiła sobie, że zadała mu niewłaściwe pytanie.
Pewnego dnia, gdy siedzieli nad słonym stawem, Prava powiedział jej, że ją kocha, a Araminta poczuła w swoim sercu, że odwzajemnia to uczucie. Gdy tylko wypowiedziała te słowa, w dłoni Pravy pojawił się naszyjnik z małym kluczykiem ze skrzydłami.
Araminta poczuła ucisk na szyi. Zupełnie jakby ktoś nałożył jej obrożę, choć gdy dotknęła szyi, niczego tam nie było. Wtedy po raz pierwszy ogarnął ją niepokój.
– Co to? – spytała. – Czy to dla mnie?
Sięgnęła po kluczyk, ale Prava zamknął go w pięści. Uśmiechnął się. Po raz pierwszy zauważyła wtedy długość jego zębów.
– Miłości moja, to jesteś ty.
Strach przeszył ją aż do szpiku kości, a gdy próbowała zamienić się w łabędzia i umknąć… okazało się, że nie potrafi tego zrobić. Wytężała siły, by rozłożyć skrzydła, które przecież kryły się w niej złożone, ale zamiast nich drgnęły tylko te delikatne szklane piórka na filigranowym naszyjniku.
– Co się ze mną dzieje? – wydyszała.
Prava poruszał szyją, pozbył się jasnych, błękitnych oczu śmiertelnego księcia – och, ile razy śniła o tych oczach – i ukazał jej swoje zielone, wężowe ślepia. Araminta musiała w duchu przyznać, że nadal był piękny, a on zdawał się to wiedzieć, bo uśmiechnął się szeroko.
Być może nie powinna była dotykać prawdy. Wiedza nic nie zmieniała. I w tamtej chwili Araminta zrozumiała, że jej dotychczasowe życie przepadło na zawsze. Że w jakiś sposób została uwięziona. Zaśpiewała – a była to ostatnia pieśń, na jaką Prava pozwolił jej w swojej obecności – i powietrze zaiskrzyło od jej magii. Prava zadrżał od tej siły, a jego wężowe oczy się zaszkliły. Przez krótką chwilę był jej niewolnikiem.
– Coś ty zrobił? – spytała. – I dlaczego?
Prava oblizał wargi. Do tej pory jakoś nie zauważyła, że ma rozwidlony język.
– Nic ci nie zrobiłem… przynajmniej jak dotąd – powiedział. – Starałem się o twoją rękę w nadziei, że się we mnie zakochasz. Na chwilę dałaś mi swoje serce, przekazałaś mi kontrolę nad sobą. Nie wiedziałaś, że to w ogóle możliwe, za co jestem ci wdzięczny, bo taka wiedza ogromnie by mi wszystko utrudniła.
Araminta usłyszała echo słów matki: Zły los czeka te, które wychodzą za ludzi. Och, jakże tęskniła teraz za matką.
Nie mogła jej jednak zawołać. Tak jak nie mogła poprosić o pomoc żadnej z sióstr.
– Niewielu wie o tym, że coś takiego jest w ogóle możliwe. Ja studiowałem zapomniane teksty i umiem odnaleźć ziarno prawdy ukryte w sercu legendy – powiedział Prava z wyniosłym uśmiechem. – Pragnę mocy, moja droga. Nieograniczonej mocy. A do tego potrzebuję czegoś cenniejszego niż moja własna magia. I w tym właśnie mi pomożesz.
– Zamierzasz mnie zabić – wyszeptała Araminta.
– Z początku może i tak było – przyznał. – Prawda jest jednak taka, że się w tobie zakochałem. Na twoim miejscu nie oddychałbym z tego powodu z ulgą, ponieważ nadejdą chwile, gdy będziesz wolała śmierć od mojej miłości. Będę trzymał cię blisko przy sobie, kochana, ale zapewnię ci wszelkie wygody. Jeśli spróbujesz uciec, połamię ci skrzydła, a wszelkie okrucieństwo, którego doznasz z mojej ręki, wymażę z twojej pamięci.
Aramincie ścisnął się żołądek.
– Jesteś potworem.
– Tak, ale ty i tak mnie kochasz, widzę to w twoich oczach. Podoba ci się ostrość moich zębów. Podoba ci się to, że choć cię usidliłem, gotów byłbym spalić niebiosa za twój jeden uśmiech – rzekł Prava. – Jestem potworem, to prawda, ale będę twoim i tylko twoim potworem. A teraz chodź, miłości moja. Pora na nasz ślub.
Z czasem Araminta zrozumiała, że naszyjnik nie kontrolował jej woli, lecz jedynie formę. Prava mógłby trzymać ją w postaci łabędzia, gdyby tylko miał taką zachciankę. Nie robił tego jednak często, bo kochał ją zbyt mocno, by znosić długie rozłąki. Bez znaczenia było to, ile razy powtarzała sobie, że jej mąż jest potworem i zniszczył jej życie. Prava był zbyt potężny i nie zniżał się do wulgarnej siły czy pogróżek. Trzymał ją w swoich sidłach w znacznie subtelniejszy sposób.
Każdego ranka przynosił jej filiżankę herbaty, do której dodawał kroplę nadziei.
– Pij – mówił. – Bez tego umrzesz.
Araminta rozważała już nawet odejście z tego świata, ale w Cichym Dworze aż się roiło od duchów, a ostatnie, na co miała ochotę, to być tu uwiezioną również po śmierci. Myślała też o tym, czy nie zabić męża, ale zgon ukochanego jest dla łabędzia veritas równoznaczny z jego własnym odejściem. Jakże okrutną pułapką jest miłość.
– To sprawi, że twoje życie na Wyspie będzie przyjemniejsze – mawiał Prava, podając jej herbatę.
– Masz na myśli moje uwięzienie na Wyspie.
– Zawsze mogło być gorzej. – Prava wzruszał ramionami.
I tak każdego dnia Araminta sączyła nadzieję. Ufała, że Prava się zmieni. Że ją uwolni. Poza tym wierzyła, że to, co powiedział, było prawdą.
Zawsze mogło być gorzej.
Wieża do gniazdowania Araminty była rzeczywiście zachwycająco piękna. Szklane schody prowadziły na zawieszoną w chmurach marmurową platformę w kształcie gwiazdy. W każdym narożniku stał rzeźbiony filar z onyksu, podtrzymujący wiszący ogród, który łukiem rozciągał się nad podłogą. Araminta ujrzała pnącza falujących lilii i mrocznych fiołków, porosty kostne i wielkie kępy dryfujących róż. Ścisnęło jej się serce, ponieważ kwiaty te nie rosły na Wyspie Malys. Należały do królestwa nieba i rosły na brzegach słonych basenów.
Araminta nie miała pojęcia o macierzyństwie, lecz podczas lęgu obudził się w niej jakiś pradawny instynkt. Gdy tylko ujrzała wieżę lęgową, usiadła na środku podłogi i zaczęła czesać włosy, aż zgromadziła coś, co wyglądało jak stos złotych kosmyków. Nuciła i śpiewała, zaplatała warkocze i tkała. Z gabinetu Pravy zabrała szklane bombki, a z biblioteki – upadłe prologi, które szeleściły i szeptały, gdy wplatała je w pasma włosów. Gromadziła bele słomy i jedwabne suknie, pajęczyny i pióra do kaligrafii. Przez całe dwa dni czekała na skraju platformy, łapiąc płatki śniegu z nieba, aby jej córki mogły położyć głowy na najdelikatniejszej koronce. Gdy jej gniazdo było gotowe, wczołgała się do środka.
Dwanaście dni później Prava postanowił sprawdzić, co u żony. Zgodnie z jej prośbą zostawiał dotąd przed jej ogromnym gniazdem kosze z kijankami i trawą bagienną. Dzisiaj było tam głośno. Prava usłyszał ciche piski i świergotanie. Wstrzymał oddech.
– Chodź! Zobacz! – zawołała męża Araminta.
Prava podszedł do gniazda. Była to ogromna konstrukcja w kształcie ula, z wiszącym ogrodem służącym jako żywy sufit. Ciepłe gniazdo wypełniał zapach lilii. Ściany wokół lśniły od włosów Araminty wplecionych w tysiące książek i bombek. Podłoga była usiana wielobarwnymi skorupkami – miętowymi i persymonowymi, szafirowymi i granatowymi.
I ten dźwięk. Choć były to ledwie pisklęta, potężna magia prawdy migotała w powietrzu niczym gwiazdy sproszkowane na drobny pył.
I tak oto czarnoksiężnik Prava po raz pierwszy ujrzał swoje córki. Ponieważ w części należały do gatunku łabędzi veritas, nie były czerwone i pomarszczone jak typowe noworodki, lecz wyglądały bardziej jak małe dzieci. Były pulchne i ruchliwe, miały rumiane policzki i jasne oczy, a między łopatkami widać było złożoną parę puszystych skrzydeł. Pisklęta siedziały pośród szczątek skorup jaj, tak że wyglądało to, jakby wyłoniły się z rozbitej tęczy. Po matce miały duże, wilgotne oczy i usta w kształcie pączka róży. Miłość, którą poczuł w tej chwili, była inna niż wszystko, co dotąd było mu dane poznać.
– Są… są doskonałe – powiedział. Odwrócił się do Araminty i pocałował jej dłonie. – Dziękuję.
W pierwszej chwili Araminta promieniała z dumy. Nie mogła oderwać wzroku od swoich piskląt. Zdawało jej się wręcz, że lada chwila padnie pod ciężarem tej nowej miłości. W oczach Pravy widziała tę samą rodzicielską miłość… choć miłość potwora jest jego własną klatką.
Dziękuję.
Jej umysł potknął się na tej myśli. Przełknęła ślinę.
Tymczasem Prava wszedł do gniazda. Usiadł wśród piskląt, szeptał do nich, liczył palce u rąk i nóg, dmuchał na ich małe brzuszki. Po chwili zaczął nadawać im imiona:
– Eulalia, Euphemia, Evadne, Eustacia, Dulcinea i… – Na jego kolana wpakowało się pisklę o kasztanowych kędziorach i dołeczku na policzku. Prava pogłaskał je po skrzydłach. – A ty będziesz miała na imię Corisande – rzekł, delikatnie odkładając ją pomiędzy siostry.
– Co zamierzasz z nimi zrobić? – spytała Araminta.
– Jak to co? Wykorzystać oczywiście! Cóż innego robi się z córkami? – zdziwił się Prava. – Staną się moją najpotężniejszą bronią. Będą zrównywać imperia z ziemią i niszczyć królów. Zdobędą dla mnie sekrety wszechświata, a wszystko to dzięki temu…
Serce jej zamarło. Była zbyt wyczerpana, żeby wcześniej to zauważyć. Cienki łańcuszek na szyi każdej z córek nie pozostawiał żadnych złudzeń. Prava podniósł jeden z łańcuszków, ukazując wisiorek w kształcie małego, skrzydlatego klucza.
– Ale to nie jest… to nie może być… – wyszeptała Araminta.
Prava zebrał naszyjniki swoich córek. Dzięki nim przejął kontrolę nad ich zdolnością do przemiany. Pisklęta nawet tego nie zauważyły. Senne, przeczołgały się po rozbitych skorupkach jaj, aby zebrać się w miękką, puchatą kupkę.
– Ja również nie myślałem, że to możliwe – przyznał tonem tak obojętnym, jakby rozmawiali o pogodzie. – Natknąłem się na tę teorię w tekście utkanym z mgły, który pojawił się na wrzosowiskach na zaledwie tydzień, po czym zniknął, prawdopodobnie na następne dziesięć lat. – Naszyjniki zwisające z pięści Pravy zadźwięczały niczym dzwoneczki. – Cóż to za potężna koncepcja, że ze związku śmiertelnika i łabędzia veritas może się narodzić potomstwo, którego przemiana nie będzie uzależniona od miłości. Wyobrażasz to sobie, Araminto? Wystarczy mieć naszyjnik, by posiąść wszystkie moce łabędzia veritas. Wyobraź sobie, co zrobiłby niejeden władca odległej krainy, aby mieć taką piękność na swoim dworze! Kurtyzanę, która potrafi śpiewać przy wrogach i wydobywać z nich wszystkie sekrety ich strategii wojskowej! Bezcenne. Wyobraź sobie, co by mi za to zaoferował…
Uśmiechnął się.
– Jesteś gotowy je sprzedać! – zdumiała się Araminta. – Pozostawić je bezsilne…
– Uczynię je niezwyciężonymi – zapewnił ją Prava, klepiąc jedno z piskląt po głowie. – Bynajmniej nie będą bezsilne. Będą miały magię swojej pieśni i siłę moich nauk. Zostaną sprzedane, owszem, ale uzbrojone w takie umiejętności, wkrótce przejmą władzę nad tymi, którym zostaną poślubione. Nasze córki będą nie do powstrzymania.
W tej samej chwili rozległ się cichy chrzęst. Prava uniósł brew. Dźwięk dochodził z krawędzi gniazda. Araminta podążyła za nim i ujrzała małe jajko, prawie całkowicie zasłonięte przez porośnięty mrocznymi fiołkami trejaż. Jajko było szmaragdowe, całe pokryte złotymi żyłkami. Było piękne i eleganckie, a także mniejsze od pozostałych. Pośrodku skorupki pojawiło się pęknięcie.
– Spóźnialska! – ucieszył się zachwycony Prava. – Sześć naszyjników już przerastało moje wszelkie oczekiwania, ale siedem? Jeszcze lepiej!
Gdy przed chwilą wykluwały się córki Araminty, ich śpiew był najpiękniejszą muzyką, jaka rozbrzmiewała w okolicy Niemych Jezior od setek lat. Zachwycone ptaki zamierały w locie. Słońce zatrzymało swój bieg.
Dźwięk dochodzący z ostatniego jajka był dla Araminty pierwszą wskazówką, że coś jest bardzo nie w porządku. Nazwanie tego śpiewem byłoby obrazą dla muzyki. Brzmiało to tak, jakby jakiś kot usiłował wydobyć sobie z gardła przeklęty dzwonek. Prava zakrył uszy dłońmi.
– Co, na litość Wrate’a! – zaklął i zadrżał.
Górna część skorupki odpadła. Pisklę w środku pisnęło. W przeciwieństwie do wszystkich swoich sióstr Demelza okazała się wręcz sobowtórem ojca. Miała jego rudawą czuprynę, ale dzięki eterycznej naturze matki wyglądała, jakby jej loki były utkane z samego zachodu słońca. Miała jego zielone oczy węża, choć jej źrenice nie były pionowymi szczelinami. Odziedziczyła też jego perłową skórę, tak różną od złocistych odcieni cery jej rodzeństwa. Kiedy mała Demelza wydostała się ze skorupki, jej rodzice zamarli.
Demelza nie miała skrzydeł.
A kiedy rodzice ją podnieśli, okazało się, że na jej szyi nie ma klucza. Był on głęboko, głęboko zamknięty w jej sercu. I jak w przypadku każdego łabędzia veritas mogła go przywołać tylko jedna rzecz.
Miłość.ROZDZIAŁ 3 BIADA, BIADA, BIADA, ZAPŁACZĄ CI, KTÓRZY WAS POZNAJĄ!
Demelza uwielbiała śpiewać.
To, że wychodziło jej to fatalnie, było właściwie bez znaczenia, ponieważ i tak rzadko miała słuchaczy. Zanim jej siostry opuściły rodzinne gniazdo, organizowały konkursy, aby sprawdzić, która z nich najdłużej wytrzyma śpiew Demelzy, nim w końcu zakryje uszy dłońmi. Ta, która wytrwała najdłużej, mogła wybrać bajkę na dobranoc.
– Ojciec mógłby cię oddać za żonę jakiemuś wojownikowi, siostro. Wszyscy jego wrogowie z pewnością woleliby zginąć od miecza, niż znosić ten pisk – powiedziała kiedyś Eulalia z podziwem w głosie.
Eulalia była najbardziej agresywną córką Araminty i Pravy. W swoich misternie zaplecionych złotych włosach nosiła szklane kolce, a zęby spiłowała na ostro. Dawno temu została obiecana baronowi z dalekiego kraju w zamian za… podarty zwój. Baron miał czarnoksiężnika Pravę za głupca, ponieważ podarty kawałek pergaminu był tylko jakimś mętnym przepisem kulinarnym przekazywanym z dziada pradziada jako osobliwość, nic poza tym.
Prava nie kłopotał się wyjaśnianiem baronowi prawdziwego znaczenia tego przedmiotu (a był to element układanki prowadzącej do życia wiecznego). Po zawarciu umów małżeńskich podziękował losowi, że to jednak baron jest głupcem. Prava bowiem kochał swoje córki i miał nadzieję, że sprawnie pozbędą się mężów, choćby po to, by mogły jak najszybciej wrócić do domu.
Gdy tylko skrzydła Eulalii staną się białe, zostanie wydana za mąż za barona. Ten planował wykorzystać ją do wyciągnięcia od swoich braci ich tajemnic i przejęcia kontroli nad ojcowizną. Co przyniesie przyszłość, tego nikt nie wiedział. Narzeczony Eulalii mógł się łudzić, że zdobył nad nią kontrolę, ponieważ posiadał jej łabędzi klucz, choć tak naprawdę nie był wystarczająco potężny, by móc nad nią panować.
Z wyjątkiem Demelzy wszystkie siostry zostały obiecane władcom odległych krain. Dzień, w którym opuszczą rodzinne gniazdo, wisiał nad nimi wszystkimi jak miecz. Tylko Demelzie taka możliwość wydawała się odległa jak horyzont. Przynajmniej do czasu, aż nagle… wszystko się zmieniło.
Z początku odmienność Demelzy nie miała większego znaczenia. Liczyły się tylko ciepło puchowych, mglistych skrzydeł jej sióstr, śpiew matki i szum wiatru wśród mrocznych fiołków nad nimi. W ciemnym gnieździe jedynym źródłem światła dla piskląt były wplecione między gałązki włosy Araminty, płatki śniegu oraz strony książek, które tworzyły żywą smugę słońca. Każdej nocy ich ojciec Prava całował je w głowy i śpiewał im na dobranoc kołysankę:
Me strachy słodkie, moje kochane,
zdobędziecie dla nas światy nieznane.
Wasze kluczyki są moją mocą,
pieśń wasza ukaże prawdę mym oczom.
Biada, biada, biada,
zapłaczą ci, którzy was poznają!
Śpijcie, niech się wam siła przyśni.
Śpijcie, zwiększajcie moc waszej pieśni.
Kiedyś z gniazda wyfruniecie,
okiem moim się staniecie,
za górami, za rzekami,
będziecie moimi szpiegami.
Oto marzenia me prawdą się stają!
Biada, biada, biada,
zapłaczą ci, którzy was poznają!
Ostrzcie zęby, rozkładajcie skrzydła,
nie sposób, by świata moc nam zbrzydła.
Dorośniecie na moich zasadach,
zatrzęsie się świat w posadach.
Biada, biada, biada,
zapłaczą ci, którzy was poznają!
Demelza pamiętała dobrze ten dzień, gdy zrozumiała, że nie jest taka jak siostry. Była wczesna wiosna. Miały sześć lat. Właśnie skończyły pałaszować na śniadanie prażone mszyce i kleik miodowy i bawiły się w gnieździe w chowanego. Uśmiechnięta Araminta siedziała pośrodku i szyła, podczas gdy jej córki potykały się o siebie, próbując się schować. Nagle usłyszały znajomy gwizd. Mógł oznaczać tylko jedno.
– Ojciec idzie! – wykrzyknęła zachwycona Corisande i wyskoczyła ze swojej kryjówki.
Reszta poszła za jej przykładem, zatrzepotały ich skrzydełka. Wizyty ojca stanowiły zawsze atrakcję dnia. Prava przynosił im prezenty z całej wyspy. Kawałki błyszczących wstążek zebranych z dziwnych kwiatów rosnących w Dolinie Sylke, wysadzane klejnotami plastry miodu od pszczół jaskiniowych z Poświatonii, nietopiące się lalki wyrzeźbione z lodu z wysokich Gór Aatos oraz sznury opalizujących pereł morskich z dna Morza Głodomerii.
Ojciec nigdy nie odwiedzał ich rano, często dołączał do nich dopiero podczas kolacji. Ale kiedy już był z córkami, nigdy nic nie odwracało jego uwagi. Bawił się z nimi, czytał im bajki, kąpał je – zawsze zwracając szczególną uwagę na miejsce pod skrzydłami – i śpiewał piosenki, więc to jego widziały jako ostatniego, nim wieczorem zamykały oczy.
Tak jak pozostałe siostry Demelza chciała powitać ojca, ale potknęła się o sznur pereł. Kiedy wstawała z ziemi, ujrzała twarz matki. Araminta nie ruszyła się ze swojego miejsca w samym środku gniazda. Ręce miała elegancko złożone na kolanach, usta wygięte w uśmiechu, a oczy… Jej oczy były szeroko otwarte i lśniące. Demelza znała już ten wyraz twarzy matki. Kiedyś jej siostra Evadne spadła ze schodów, a wówczas Araminta krzyknęła i dopóki Evadne nie wydała z siebie zranionego pisku, oczy jej rodzicielki też były takie dzikie. W tamtej chwili Demelza uzmysłowiła sobie, że tak wygląda strach.
Dlaczego jednak matka miałaby się bać ojca?
– Spokojnie, moje słodkie – rzekł Prava, stając w progu.
Gniazdo było ciekawym tworem. Wieczorami zwijało się, otulając pisklęta jak koc. W ciągu dnia się rozszerzało. Platforma o kształcie gwiazdy, na której stało, wyciągała się ku niebu. Gniazdo nieustannie dostosowywało się do potrzeb potomstwa Araminty. Czasami dziewczynki marzyły o labiryntach do biegania, a ostatnio zapragnęły mieć małe łóżeczka do spania, zamiast tłoczyć się razem w środku. Kiedy Prava wszedł do gniazda, zaskrzypiało, rozszerzając się jeszcze bardziej. Kilka falujących lilii straciło przyczepność i odpadło z ogrodowego sufitu na podłogę.
Prava miał na sobie długi czarny surdut z błyszczącymi złotymi guzikami. W uszach połyskiwały mu złote kolczyki, a rude włosy opadały na ramiona w potarganych kosmykach. Jego zmrużone oczy były pełne ciepła.
– Dziś jest wyjątkowy dzień – obwieścił, klepiąc je po główkach.
– Prezenty! – pisnęła Eulalia.
– Prosimy! – dodała Dulcinea, łopocząc szarymi skrzydłami.
– Prezenty, prezenty, prezenty! – wołały Evadne, Eustacia, Corisande i Euphemia.
– To coś lepszego niż prezenty – rzekł z uśmiechem Prava. – Wiedziałem, że będziecie miały kluczowe znaczenie dla moich planów, a teraz mam na to dowód! Dzisiaj stawiacie pierwszy krok ku wspaniałej mocy, moje maleństwa, ponieważ zawarłem umowę na każdy z waszych kluczy, a dzięki sekretom, które mi przyniesiecie, nieśmiertelność wreszcie będzie moja!
Eulalia zmarszczyła brwi.
– Czyli że nie ma prezentów? – spytała.
– Moc to prezent sam w sobie, moja droga – rzekł Prava.
– Czy da się ją zjeść, ojcze? – zapytała Corisande.
– Cóż… nie, nie do końca.
Corisande wydęła usta.
– To ja jej nie chcę!
Uśmiech na twarzy Pravy prysł. Czarnoksiężnik przykucnął na wysokości Corisande i ponownie się uśmiechnął. Wokół jego szyi błyszczało sześć delikatnych srebrnych łańcuszków. Prava dotknął jednego z nich, a Corisande jęknęła, gdy jej skrzydła wystrzeliły i wydłużyły się, otaczając ją trzepotem piór. Nim Demelza mrugnęła, jej siostra już była łabędziątkiem. Corisande krzyknęła – czy raczej zaskrzeczała – a ich matka rzuciła się ku niej.
– Araminto! – syknął Prava, unosząc dłoń. – Niech dziewczynka poczuje swoje emocje. Musi się nauczyć. Wszystkie musicie się tego nauczyć.
Wziął Corisande w ramiona, delikatnie ją przytulił i pogładził po głowie.
– Teraz rozumiesz, moja droga? Nie chodzi o to, czego pragniesz. Na twoje pragnienia przyjdzie pora później. Jeśli dobrze odegrasz swoją rolę, wystarczy świata dla nas wszystkich.
Corisande drżała.
– Nie rób takiej minki – zbeształ ją Prava. – Przecież dostaniesz swoje miodowe mszyce i melasę z lukrecji, ale przez następną godzinę pozostaniesz w tej postaci, żeby móc się w spokoju zastanowić nad niewdzięcznością, jaką okazałaś swemu kochającemu ojcu. – Prava obrzucił spojrzeniem pozostałe córki. – Czy któraś chce mi jeszcze coś powiedzieć?
Pozostałe siostry Demelzy zbiły się w zwartą kupkę. Popatrywały na skrzydła innych z podobnym wyrazem niepokoju na twarzach. Wszystkie oprócz jednej. Jako jedyna spośród sióstr Demelza nie miała skrzydeł.
Oczywiście już wcześniej to zauważyła, ale wydawało jej się to dotąd bez znaczenia. Potrafiła wspinać się i biegać tak samo dobrze jak siostry. Nie potrafiła unosić się kilka centymetrów nad ziemią, ale umiała skakać bardzo wysoko. Czyż to nie było to samo? Tego dnia po raz pierwszy Demelza boleśnie odczuła ich brak.
Prava odłożył Corisande i klasnął w dłonie.
– A teraz czas na moje niespodzianki! Dzisiaj nauczycie się latać! Chodźcie, chodźcie.
Potomstwo Araminty wywędrowało z gniazda, a Corisande podreptała za siostrami. Demelza ruszyła za nimi, ale Prava dotknął jej ramienia.
– Nie ty, kochanie.
Demelza patrzyła, jak siostry znikają na schodach. Poczuła jakaś dziwną gulę w gardle. Jej dłonie były gorące.
– No już, już, Demelzo, nie płacz – powiedział Prava, przytulając ją czule.
Pachniał gorącym metalem i dymem z torfowiska. Ktoś mógłby pomyśleć, że czarnoksiężnik cuchnie śmiercią. Córka potwora zna go jednak tylko siedzącego obok niej każdej nocy i śpiewającego jej kołysanki. Nie interesuje jej, jak spędza resztę czasu.
– Ja też chcę… – Demelza zawahała się, szukając w pamięci słowa, którego użył ojciec. – Też chcę być kluczowa, ojcze! Chcę latać.
– Otrzyj łzy, moje dziecko – rzekł Prava. – Każdy z nas ma inny talent. Teraz zazdrościsz swoim siostrom, ale jestem pewien, że kiedyś one będą zazdrościć tobie. Podczas gdy ich dni będą rygorystycznie wypełnione zajęciami, ty będziesz miała swobodny dostęp do całego terenu dworu i jezior. Poleciłem mojej bibliotecznej wywernie, aby opracowała również dla ciebie program samodzielnej nauki. Czyż to nie świetny pomysł?
Demelza pociągnęła nosem. Bieganie na świeżym powietrzu i czytanie w bibliotece wydały jej się naprawdę przyjemne. Może nie będzie tak źle. Przytuliła się do ojca, a Prava pocałował ją w czubek głowy.
– Nie obawiaj się, moja dziwna ptaszyno – powiedział. Kły musnęły skórę jej głowy. – Jeszcze mi się przydasz.