Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • promocja
  • Empik Go W empik go

Lalkarz. Tom 1 - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
10 maja 2023
1990 pkt
punktów Virtualo

Lalkarz. Tom 1 - ebook

Podchodzę do łóżka i pochylam się. Zapach staje się mocniejszy. W tej samej chwili pierwsze symptomy dają o sobie znać. Serce wali jak młot kowalski, zasycha mi w ustach, a ręce drżą. Jest coraz gorzej.

Kari Sorjonen, komisarz elitarnej jednostki policji w Helsinkach, nie lubi trupów. Z każdą sprawą coraz trudniej przychodzi mu panowanie nad sobą, kiedy patrzy na ciało zmarłej osoby. I choć obdarzony jest genialnym instynktem do wykrywania zbrodni, potrzebuje odmiany.

Wraz z dochodzącą do siebie po ciężkiej chorobie żoną oraz nastoletnią córką przeprowadzają się do Lappeenranta, miejscowości malowniczo położonej na Pojezierzu Fińskim, przy granicy rosyjskiej. W ich marzenia o idyllicznym krajobrazie i wolniejszym życiu szybko jednak wkrada się brutalna rzeczywistość. Młoda dziewczyna śmiertelnie odurzona lekami nasennymi, sprzedawca samochodów zastrzelony w pokoju o wygłuszonych ścianach – zło na prowincji jest równie namacalne jak w dużym mieście, a porządni obywatele potrafią skrywać niewyobrażalne wręcz tajemnice. Czy Sorjonen zechce ponownie stawić czoło swoim lękom? Czy zdoła powstrzymać falę zbrodni zanim sięgnie ona jego własnej rodziny?


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-272-7705-3
Rozmiar pliku: 918 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Pro­log

Mar­twa dziew­czynka leży w swoim łóżku, ubrana w pidżamę.

Tak ją uło­żono. Włosy sta­ran­nie ucze­sane, ręce skrzy­żo­wane na piersi. W pokoju jest duszno i mrocz­nie, zasłony są zacią­gnięte. Uno­sząca się w powie­trzu woń nie pasuje do pokoju dziecka, coś pach­nie słod­kawo i ostro. Wszyst­kie moje zmy­sły krzy­czą, bym wyco­fał się z pomiesz­cze­nia, ale to nie wcho­dzi w grę. Ucieczka ozna­cza­łaby dla mnie koniec kariery zawo­do­wej.

Pod­cho­dzę do łóżka i pochy­lam się. Zapach staje się moc­niej­szy. W tej samej chwili pierw­sze symp­tomy dają o sobie znać, na to cze­ka­łem. Serce wali mi jak młot kowal­ski, zasy­cha w ustach, a ręce drżą. Jest coraz gorzej. Jeżeli mam szczę­ście, nikt aku­rat nie patrzy i ujdzie mi to pła­zem.

Przy­my­kam na chwilę oczy.

W ciągu ostat­nich mie­sięcy zaczą­łem myśleć, że zde­rze­nie z naj­brzyd­szą stroną ludz­kiej natury jest jak eks­po­zy­cja na pro­mie­nio­wa­nie radio­ak­tywne. Pod­czas służby dosta­łem już taką jego dawkę, że skutki zaczy­nają być widoczne. Po każ­dym napro­mie­nio­wa­niu staję się tro­chę słab­szy, wypruty z uczuć. Coraz czę­ściej mam wra­że­nie, że poświę­cam się na próżno. Świat zmie­rza w stronę pogłę­bia­ją­cej się z każdą chwilą ciem­no­ści, a moje dzia­ła­nia nie mają na to żad­nego wpływu.

Naj­gor­sze, że poświę­cam nie tylko sie­bie, ale i rodzinę.

Prze­ły­kam to i patrzę na dziew­czynkę bez sen­ty­mentu, bez emo­cji. Pul­sują we mnie szcze­góły. Wnio­ski nasu­wają mi się same.

_Oczy zaszyte kor­don­kiem, podob­nie usta. Na bla­dej skó­rze odci­nają się czarne uko­śne szwy. Świetna robota, jakby maszyną. Wła­ści­wie nie widać krwi. Dla­czego? Może zszy­wane obszary znie­czu­lono? To zapo­biega krwo­to­kom. Sprawca jest naj­wy­raź­niej psy­cho­patą, ale posiada wie­dzę medyczną. Pie­lę­gniarka? Lekarz?_

Patrzę na uszy dziew­czynki. Zatkano je woskiem, w który wbito gwoź­dzie. Widok jest zatrwa­ża­jący. Wszystko, co zro­biono temu dziecku, jest neu­ro­tycz­nie sta­ranne, pedan­tyczne. W pew­nym sen­sie jest w tym miłość – cał­ko­wi­cie pozba­wiona sensu.

Teraz dozna­nia ata­kują mnie z pełną siłą, moc­niej niż kie­dy­kol­wiek. Muszę się o coś oprzeć. Czuję się nie­swojo, jak­bym miał spaść w bez­denną czerń. Muszę wstać. Paroma nie­pew­nymi kro­kami pod­cho­dzę do wąskiego okna i otwie­ram je. Ktoś pyta, czy wszystko w porządku. Głos docho­dzi z oddali, jakby spod powierzchni wody. Przy­trzy­muję się ramy okna i wcią­gam do płuc rześ­kie powie­trze.

Tracę poczu­cie czasu. Może minęła minuta, może pięć. Powoli atak mija i wra­cam do rze­czy­wi­sto­ści. Po pokoju kręcą się moi kole­dzy i mun­du­rowi. Pytają mnie, czego szu­kać. Dom już prze­trzą­śnięto. Każę wszyst­kim iść do dia­bła i mi nie prze­szka­dzać. Pomiesz­cze­nie szybko pusto­szeje.

Sytu­acja wygląda nastę­pu­jąco: z ojcem dziew­czynki już się skon­tak­to­wano, nie jest podej­rzany. Jej matka nato­miast znik­nęła, to ona mogła być sprawcą. Nie wie­rzę w to ani przez chwilę, taki spo­sób myśle­nia to leni­stwo. Nic w jej prze­szło­ści ani w zacho­wa­niu z ostat­nich dni nie wska­zuje na jej winę.

Ocie­ram z czoła zimny pot, pod­cho­dzę z powro­tem do łóżka i obser­wuję.

_Na biurku stoi zdję­cie rodzi­ców z córką. Matka ma brą­zowe włosy i nie­bie­skie oczy, podob­nie ojciec. Córka ma brą­zowe oczy i blond włosy. Adop­cja? Nad łóż­kiem wiszą rysunki. Do ich przy­cze­pie­nia zużyto dużo taśmy i przy­le­piono je krzywo. To dziew­czynka je powie­siła. Naj­now­szy rysu­nek jest przy­kle­jony na wierz­chu pozo­sta­łych, uśmie­cha się na nim jakaś blon­dynka. Stoi w małym pokoju na końcu dłu­gich scho­dów. W pokoju jest okno i łóżko._

Po raz ostatni spo­glą­dam na dziew­czynkę. Nie widzi, nie sły­szy, nie mówi. Olśnie­nie.

Idę do drzwi i roz­ka­zuję mun­du­ro­wemu udać się na strych. Sły­chać skrzyp. Krzy­czą, że na pod­da­szu jest pusto. Każę im szu­kać dalej. Coś tam musi być, wiem o tym. Klną, a potem zabie­rają się do prze­su­wa­nia mebli, opu­ki­wa­nia ścian i omia­ta­nia pomiesz­cze­nia latar­kami.

Pod­czas gdy oni się męczą, jesz­cze raz powta­rzam fakty. Z każdą chwilą utwier­dzam się w swoim prze­ko­na­niu.

To matka ją zabiła.

Nie ta ze zdję­cia, tylko ta bio­lo­giczna, blon­dynka. _Au pair_. Chciała być bli­sko niej, ale nie potra­fiła zataić prawdy przed wła­snym dziec­kiem. To nia­nia jest matką. Ale córka nie może tego zdra­dzić. Matka jest na­dal w budynku, nie mogła tak zosta­wić córki. Prze­cież kocha ją – na swój chory spo­sób – ponad wszystko inne.

Poświę­ciła wła­sne dziecko.

Ta myśl zako­rze­nia się w moim umy­śle i już się jej nie pozbędę.

W tej samej chwili z pod­da­sza dobie­gają głosy. Stu­ka­nie nagle ustaje. Za to głosy mówią z nara­sta­ją­cym oży­wie­niem, na bocz­nym stryszku coś zna­le­ziono. Kogoś. Coraz wię­cej mun­du­ro­wych wdziera się na górę. Odgłosy aresz­to­wa­nia: bieg, szum, ostrze­że­nia, mro­żące krew w żyłach wycie kobiety.

Na koniec cisza.ROZDZIAŁ 1

1

Przy drzwiach na oddział trzeba się zatrzy­mać. Są jak brama do innego świata, w któ­rym wszystko jest trud­niej­sze. Cho­dze­nie, mówie­nie, oddy­cha­nie. Na wszyst­kim spo­czywa cię­żar. Przy­ci­ska do ziemi, nie­ła­two trzy­mać tu pro­sto głowę.

Na szy­bie wiszą zna­jome kartki: godziny wizyt, przy­po­mnie­nie o obo­wiązku dezyn­fek­cji rąk, ostrze­że­nie o epi­de­mii grypy żołąd­ko­wej. Poza tym ktoś przy­piął kartkę z dwoma czer­wo­nymi świą­tecz­nymi skrza­tami.

_Zagięte rogi, ciemny kolor, na kar­to­nie ślady po taśmie i nie­bie­skiej naklejce. Wycięta na początku tej dekady. Tępymi nożycz­kami. Nie­jedno miej­sce już widziała. Zna­la­zła się nawet w pobliżu świecy – czapka jed­nego ze skrza­tów nosi ślady ste­aryny._

Gram na czas, wstyd się przy­znać.

– Cześć – mówi ktoś za ple­cami.

To zna­joma pie­lę­gniarka idzie na oddział. Otwiera drzwi i przy­trzy­muje je dla mnie.

– Dzię­kuję – odpo­wia­dam. – Fajne skrzaty.

– Tutaj też nastają święta – śmieje się na odchod­nym.

Kiwam głową i pod­sta­wiam ręce pod pompkę do dezyn­fek­cji. Wcie­ram śro­dek w dło­nie i ruszam dłu­gim kory­ta­rzem, od któ­rego odcho­dzą drzwi do sal pacjen­tów. Ude­rza mnie zna­jomy, zimny zapach kli­ma­ty­za­cji. Mie­sza się ze środ­kiem do czysz­cze­nia i szpi­tal­nym jedze­niem, lekami i lino­leum. Za nimi, gdzieś w głębi jest jesz­cze coś ludz­kiego, co świad­czy o tym, że za ponu­me­ro­wa­nymi drzwiami znaj­dują się ludzie.

Z prze­ciwka idą dwie pie­lę­gniarki w czer­wo­nych czap­kach. Sta­ram się do nich uśmiech­nąć, ale rezul­tat nie jest zbyt prze­ko­nu­jący. Docie­ram pod salę numer dwa­na­ście, w któ­rej jest Pau­liina.

Ostroż­nie otwie­ram cięż­kie drzwi i wcho­dzę do środka. W małym przed­po­koju pom­puję jesz­cze na ręce tro­chę płynu do dezyn­fek­cji, cho­ciaż stary nawet nie zdą­żył wyschnąć. W pokoju panuje wieczny, zie­lon­kawy mrok. Słońce ni­gdy tu nie dociera, żalu­zje nie­mal cał­kiem blo­kują dostęp świa­tłu dzien­nemu.

Spo­strze­gam Janinę. Sie­dzi na krze­śle w pół­śnie, owi­nięta w nie­bie­ską szpi­talną płachtę.

– Na­dal tu jesteś – dzi­wię się.

Janina otrząsa się, pod­nosi palec do ust i szep­cze:

– Mama śpi.

– O kur­czę – szep­czę w odpo­wie­dzi – sorry.

Pau­liina poru­sza się i pró­buje odkaszl­nąć. Pod­cho­dzę do łóżka. Na policz­kach czuję pełne wyrzutu spoj­rze­nie Janiny.

– Jesz­cze przez wiele dni będzie osła­biona – mówi. – To nor­malne. Roz­ma­wia­łam z pie­lę­gniarką.

– To była skom­pli­ko­wana ope­ra­cja. Długa nar­koza.

Patrzę na Pau­liinę. Na­dal ma spuch­niętą twarz, ale zde­cy­do­wa­nie mniej niż w pierw­szych dniach po ope­ra­cji. Już nie wygląda tak obco. Jej głowę oplata cia­sny opa­tru­nek, a do wierz­chu dłoni przy­cze­piona jest rurka. W tej chwili pły­nie przez nią tylko sól fizjo­lo­giczna, prze­rwa w lekach.

Pau­liina otwiera oczy i patrzy na mnie.

– Cześć – chrypi. – Wpu­ścili cię.

Chciał­bym uści­snąć jej dłoń, ale boję się dotknąć igły. Drugą rękę ma scho­waną pod koł­drą. Po chwili zasta­no­wie­nia ści­skam łydkę ople­cioną w prze­ciw­za­krze­pową szpi­talną skar­petę. Potem odwra­cam się i mówię do Janiny:

– Może pój­dziesz się przejść. Mogła­byś zejść do auto­matu po lemo­niadę.

– Dla cie­bie?

– Dla cie­bie.

Janina nie chce, mówi, że przed chwilą wypiła her­batę w kuchni. Zdra­dzam, że to tylko pre­tekst. Chciał­bym przez chwilę pobyć z wła­sną żoną sam na sam.

– Kiep­ski pre­tekst – wzdy­cha i wstaje z krze­sła.

Zatrzy­muje się przede mną i wyciąga do mnie rękę. Nie wiem, co ma zna­czyć ten gest. Klasz­czę w jej dłoń.

– Co to było?

– Piątka.

Janina kręci głową.

– Cza­sem się zasta­na­wiam, jakim cudem jesz­cze cię nie wywa­lili z tej kry­mi­nal­nej. Prze­cież nie chcia­łam piątki, tylko pie­nią­dze do auto­matu.

Wycią­gam z kie­szeni parę monet i daję jej.

Pau­liina czeka, aż drzwi zamkną się za Janiną.

– Czy coś się stało? – pyta z tro­ską.

Teraz muszę to powie­dzieć, nade­szła wła­ściwa chwila. Mówie­nie o tym jest jed­nak trud­niej­sze, niż przy­pusz­cza­łem. Czuję, jak moje spoj­rze­nie męt­nieje, a zatro­ska­nie na twa­rzy Pau­liiny rośnie. Przy­cią­gam do łóżka krze­sło i sia­dam. Sta­ram się mówić bez­tro­sko, ale w wyle­wa­ją­cych się ze mnie sło­wach jest gęsto od emo­cji.

– Czy Janina zgo­dzi­łaby się na prze­pro­wadzkę z nami?

– Dokąd?

– Daleko.

Pau­liina patrzy na mnie długo. Mru­gam prędko oczami.

– Strasz­nie suche tu powie­trze – mówię i pró­buję się uśmiech­nąć.

Pau­liina chyba zaczyna coś rozu­mieć.

– To ty zna­la­złeś tę dziew­czynkę.

To stwier­dze­nie, nie pyta­nie. Pau­liina jest dobra, lep­sza niż wielu moich kole­gów.

Coraz uważ­niej mi się przy­gląda.

– Znów nie chcesz mówić. Mógł­byś wię­cej opo­wia­dać o swo­jej pracy, dobrze by ci to zro­biło.

– Kiedy nie mam nic do powie­dze­nia.

– Nie martw się, wytrzyma – mówi Pau­liina i wska­zuje ręką na głowę. – Ty też mnie w tym wspie­ra­łeś.

Roz­mowa zmie­rza w złą stronę. Pró­buję skie­ro­wać ją na wła­ściwe tory.

– Zna­leź­li­śmy sprawcę, zwy­kły dzień. To co z tą prze­pro­wadzką?

– A co by miało być?

No to teraz. Zaczy­nam wymie­niać powody. W gło­wie mam wszystko jasno poukła­dane już od dłuż­szego czasu, ale kiedy wymie­niam je Pau­lii­nie, brzmi to nie­zgrab­nie. Moje argu­menty są nie­spójne, nie­pewne, cho­ciaż ni­gdy nie czu­łem się o niczym bar­dziej prze­ko­nany.

– Nie cho­dzi tylko o twoją rekon­wa­le­scen­cję – tłu­ma­czę się – tylko o nas wszyst­kich. O mnie, o Janinę, o cie­bie, o naszą rodzinę. Mógł­bym wam poświę­cić wię­cej czasu. Gdzie indziej praca byłaby… No nie wiem, mniej szar­pana. Spo­koj­niej­sza. Może.

Pau­liina mil­czy, ale jej spoj­rze­nie napeł­nia mnie odwagą, jest w nim tro­chę cie­pła. Zro­zu­mie­nia.

– Myśla­łem o twoim daw­nym domu rodzin­nym – mówię. – Nie jest w takim złym sta­nie.

Dłoń Pau­liiny ląduje na mojej. Orien­tuję się, że przez cały czas ści­skam ramę łóżka, bar­dzo mocno. Luzuję chwyt.

W kąci­kach oczu ma łzy. Zdą­ży­łem to zauwa­żyć, zanim je otarła.

– Strasz­nie suche tu powie­trze – odpo­wiada i uśmie­cha się. Po raz pierw­szy od dawna.ROZDZIAŁ 2

2

Od Luumäki delek­tuję się kra­jo­bra­zem. Świeci słońce, równa, świeżo wyas­fal­to­wana nawierzch­nia kra­jo­wej szóstki szumi pod kołami.

Czuję się lekko, jak w dzie­ciń­stwie, kiedy zaczy­nały się waka­cje. Przede mną nowy etap życia, wydaje mi się, że z każ­dym kilo­me­trem zrzu­cam z sie­bie cały cię­żar. Nie pamię­tam, kiedy tak dobrze się czu­łem. Na pewno nie przez ostat­nie lata, może nawet dekadę. Bez wąt­pie­nia nie od czasu cho­roby Pau­liiny. Spo­glą­dam na nią. Ład­nie jej w tych krót­kich wło­sach, wygląda mło­dziej. Rekon­wa­le­scen­cja roz­po­częła się obie­cu­jąco.

– Spójrz­cie na te lasy – zachwy­cam się. – Mia­łoby się ochotę w nich znik­nąć.

Janina uśmie­cha się na tyl­nym sie­dze­niu.

– Wła­śnie tak myślą moi kum­ple. Zni­kam w karel­skich lasach.

– Po matu­rze możesz wró­cić do Hel­si­nek.

– O ile nie pożre mnie wcze­śniej niedź­wiedź. Albo roso­mak.

Cho­ciaż Janina się skarży, w jej gło­sie sły­chać roz­ba­wie­nie. Tro­chę drwiny nie zaszko­dzi. Odkąd wysłu­chała naszego uza­sad­nie­nia, w ogóle nie zapro­te­sto­wała, ani razu. Bar­dzo mnie to zasko­czyło, byłem przy­go­to­wany na ostrą walkę.

Po lewej lśni woda. Napawa mnie to coraz więk­szą rado­ścią.

– Jezioro Saimaa!

Pau­liina spo­gląda w jego kie­runku i spo­koj­nie oznaj­mia:

– To Kivijärvi. Saimaa będzie póź­niej.

Przy­cho­dzi mi do głowy pewien pomysł. Że też wcze­śniej na to nie wpa­dłem.

– Prze­cież ty nas możesz opro­wa­dzić po mie­ście – pro­po­nuję. – Zro­bimy wycieczkę. Poka­żesz nam nawie­dzone domy, fajne miej­sca do pły­wa­nia i naj­lep­sze budki z hot dogami. I takie tam.

Pau­liina wygląda na zasko­czoną. Kiedy jej matka jesz­cze żyła, jeź­dzi­li­śmy do niej kilka razy w roku.

– Prze­cież ty to wszystko znasz – mówi.

– Ale nie jako mia­sto do życia.

– Niech będzie – zga­dza się Pau­liina. Po chwili dodaje: – W grun­cie rze­czy jesz­cze w szkole byłam prze­wod­ni­kiem. W waka­cje.

Janina się oży­wia, pochyla się do przodu:

– Ni­gdy o tym nie sły­sza­łam.

– Mama ma tam pew­nie jesz­cze wysoko posta­wio­nych zna­jo­mych – mówię. – Może i tobie zała­twi pracę.

Pau­liina nie komen­tuje tego, spo­gląda na kra­jo­braz. Chyba się tro­chę zaga­lo­po­wa­łem. Rekon­wa­le­scen­cja trwa.

– Oczy­wi­ście nie ma pośpie­chu – dodaję. – Przed nami całe lato. Powo­lutku się zado­mo­wimy.

– Jutro zaczy­nasz pracę.

– No to wy powo­lutku się zado­mo­wi­cie.

– Musimy roz­pa­ko­wać sto kar­to­nów.

Spo­glą­dam na Pau­liinę. Ona spo­gląda na mnie i się uśmie­cha. Wszystko w porządku.

– Dobrze wie­dzieć – wzdy­cha Janina, macha­jąc na dro­go­wskaz z napi­sem LOT­NI­SKO – że w razie potrzeby można się stąd szybko wydo­stać.

Zaraz za zjaz­dem na lot­ni­sko poja­wia się ogromny bil­l­bo­ard.

„Lap­pe­en­ranta – mia­sto dobrych ludzi”.

Śmieję się na cały głos. Jak dotąd wszystko dobrze.ROZDZIAŁ 3

3

Nastał wie­czór, słońce chy­liło się ku rosyj­skim lasom igla­stym. Ściany budynku na przej­ściu gra­nicz­nym oświe­tlało słabe, czer­wo­nawe świa­tło.

W Nuija­mie nie było tłoku.

Ciemny mini­van prze­je­chał przez gra­nicę celną z Fin­lan­dią, przy­spie­szył i włą­czył się do ruchu. Z obu stron samo­chód zdo­biły nalepki „Esa­car”. Esa Kupa­ri­nen, wła­ści­ciel salonu samo­cho­do­wego, był misio­wa­tym, nieco nie­zgrab­nym męż­czy­zną. W gór­nym lusterku zer­k­nął na sie­dzącą z tyłu brą­zo­wo­włosą nasto­latkę. Ze znu­dzoną miną obser­wo­wała świat za szybą. Było cicho. Już od dawna, od Wyborga.

Po raz kolejny Esa poczuł na karku nie­na­wiść i podejrz­li­wość, którą darzyła go pasa­żerka. Zawsze mu to prze­szka­dzało. A prze­cież dla prze­wo­żo­nych dziew­czy­nek chciał zawsze dobrze, w ten spo­sób im poma­gał. Ludzki try­bik w maszy­nie. Znał swoje zada­nie na tyle dobrze, by mieć co do tego pew­ność. Tylko jakoś nikt nie zda­wał się tego rozu­mieć, a Esa nie potra­fił tego tym dziew­czyn­kom wytłu­ma­czyć. Mię­dzy nim a pasa­żerkami ist­niała bariera. Wszyst­kie próby roz­mowy odbi­jały się od lodo­wa­tego pan­ce­rza ochron­nego. Naj­więk­szą prze­szkodę sta­no­wiła bariera języ­kowa, ale w przy­padku Katii było ina­czej: oprócz rosyj­skiego znała jesz­cze fiń­ski, ale to i tak nic nie poma­gało. Jej matka miała fiń­skie korze­nie. Zdo­by­cie tej szcząt­ko­wej infor­ma­cji kosz­to­wało Esę wiele czasu i zachodu.

Cisza dzia­łała mu na nerwy. Był przy­zwy­cza­jony do roz­mowy.

– Słu­chaj, Katia – ode­zwał się. – Czy mówi­łem ci, że jesteś bar­dzo podobna do mojej córki? Tylko tro­chę star­sza.

Spoj­rze­nia Katii i Esy spo­tkały się w lusterku.

– Za każ­dym razem.

Esa poczuł się ura­żony. Zna­jome, cięż­kie uczu­cie spły­nęło na dno żołądka. Mie­szanka zmę­cze­nia, nie­czu­ło­ści i nie­po­wstrzy­ma­nej zło­ści, może także żalu. Coś w pod­świa­do­mo­ści wysy­łało mu ostrze­gaw­cze sygnały, kiedy zapro­po­no­wano mu te zle­ce­nia. Wtedy nie znał jesz­cze szcze­gó­łów, ale tajem­ni­czość i bez­wa­run­kowy, groź­nie brzmiący nakaz mil­cze­nia nie zapo­wia­dały niczego dobrego.

Teraz Esa wie­dział znacz­nie wię­cej. Wiele razy życzył sobie, żeby ni­gdy nie dowie­dział się tego wszyst­kiego.

Potrzą­snął głową ze zgry­zoty. Zaczy­nało mu to już wcho­dzić w krew. Nawet w domu zaczęto się nie­po­koić: pod­czas kola­cji Liisa bła­gała, żeby Esa wresz­cie opo­wie­dział, co go drę­czy, zamiast w mil­cze­niu zapy­chać sobie usta jedze­niem. To prze­cież musiało być coś poważ­nego, skoro krę­cił głową jak głupi.

Esa sku­pił się na dobrych stro­nach zle­ce­nia, w końcu to dla­tego je przy­jął. Naj­waż­niej­sze były oczy­wi­ście pie­nią­dze. Za prze­jazdy pła­cono hoj­nie, gotówką, bez zbęd­nej księ­go­wo­ści. Pliki bank­no­tów ukryte w sie­dzi­bie firmy od roku łatały dziury w rodzin­nym budże­cie. Teraz co prawda zaczy­nało wyglą­dać na to, że nawet one nie wystar­czą. Nastały trudne czasy.

W tunelu ciem­nych myśli poja­wiało się tylko jedno świa­tełko: Roosa. Na myśl o córce natych­miast popra­wiał mu się humor, prze­sta­wał uża­lać się nad sobą. Robił wszystko dla jej dobra. Dla niej gotów był na wszystko, no pra­wie.

Im dokład­niej Esa się nad tym zasta­na­wiał, tym lepiej rozu­miał, że pomaga też innym dzie­ciom, tym, które prze­wozi. Prze­cież to tylko dzieci, nie­któ­rzy z pasa­że­rów byli tak mło­dzi, że Esie nie­mal serce pękało. Gdyby to nie on zgo­dził się na prze­wozy, może robiłby to jakiś potwór.

Esa wziął głę­boki oddech. Potem wyjął ze schowka kopertę i podał ją dziew­czy­nie mię­dzy sie­dze­niami. Katia wzięła ją i wytrzą­snęła z niej tabletkę. Nic innego w środku już nie było.

Katia zła­pała tabletkę w dwa palce i przyj­rzała się jej.

Taka sama jak wcze­śniej: mała, biała, na wierz­chu dwie litery i numer. Wszyst­kim dziew­czy­nom takie dawali, tak mówił Esa. Lek otę­piał umysł, powieki sta­wały się cięż­kie jak ołów, jed­no­cze­śnie czło­wiek się uspo­ka­jał. Zmar­twie­nia i strach zni­kały w mięk­kiej mgle.

Katia zamy­śliła się, jej ciemne oczy nabrały poważ­nego wyrazu. Choć był to już jej czwarty wyjazd, na­dal nie podo­bała jej się cała orga­ni­za­cja. Wszystko znaj­do­wało się w rękach innych, ona nie miała na nic żad­nego wpływu. Trak­to­wano ją jak bez­wolny ładu­nek. To nie było przy­jemne uczu­cie.

Spró­bo­wała się uspo­koić, ukła­da­jąc w gło­wie pro­gram wie­czoru. Wszyst­kie wyjazdy zda­wały się prze­strze­gać tego samego porządku i ta prze­wi­dy­wal­ność wcale jej nie pocie­szała. Nie bała się bólu, zresztą dużo go nie odczu­wała. Naj­gor­sze oka­zało się cze­ka­nie. A potem uczu­cie, że już po wszyst­kim. Żad­nej ulgi, że prze­żyła, ani rado­ści z zaro­bio­nych pie­nię­dzy. Znaj­do­wała się na wiel­kim pust­ko­wiu, posęp­nym i dziw­nym. Uczu­cie wyob­co­wa­nia trwało wiele dni, a towa­rzy­szący mu ból głowy nie popra­wiał sytu­acji ani na jotę.

Katia wola­łaby, żeby był tam tylko Matias. Parę razy roz­ma­wiali, tro­chę się już poznali. Matias, młody i bez­po­średni, w prze­ci­wień­stwie do Esy nie sta­rał się za bar­dzo.

Obecny przy dru­gim zle­ce­niu męż­czy­zna wzbu­dził jej strach, trzy­mał się z boku i cały czas uwa­żał, żeby Katia nie mogła mu się za dobrze przyj­rzeć. Ale i tak czuła jego obec­ność. Pro­mie­nio­wała z niego niema, nie­ludzka groza, jak u zjawy z kosz­maru. Matias też się go oba­wiał, wyraź­nie mu usłu­gi­wał i nad­ska­ki­wał. Zapewne męż­czy­zna trzy­mał Matiasa w gar­ści.

Esa spoj­rzał nie­cier­pli­wie na Katię w lusterku.

– No łykaj. Jesz­cze zdąży zadzia­łać.

Ock­nęła się. Na­dal trzy­mała tabletkę w pal­cach.

– Ile ma lat? – spy­tała.

– Kto?

– Twoja córka, Roosa.

– Dzie­sięć, a teraz, bła­gam, weź to lekar­stwo.

Samo­chód minął wybu­do­wany nad brze­giem Saimy główny budy­nek ośrodka wypo­czyn­ko­wego i skrę­cił w wąską dróżkę pro­wa­dzącą do domku let­ni­sko­wego. Świa­tła omia­tały piasz­czy­stą nawierzch­nię i zwi­sa­jące nad nią gałę­zie. Za ostat­nim zakrę­tem widać było zgrabny domek z bali wznie­siony kilka lat temu. Przy drzwiach przy­cze­piono oświe­tloną tabliczkę z nume­rem sześć­dzie­siąt sześć.

Esa zatrzy­mał się i spoj­rzał na tylne sie­dze­nie. Katia chyba drze­mała.

– Jeste­śmy na miej­scu.

Nie otwie­rała oczu.

Na weran­dzie poja­wił się młody męż­czy­zna w skó­rza­nej kurtce. Esa wysiadł i poma­chał do niego ręką. Potem otwo­rzył tylne drzwi samo­chodu i ostroż­nie potrzą­snął Katię za ramię. Ock­nęła się i spoj­rzała męt­nie dokoła.

– Idziemy – zako­men­de­ro­wał Esa. – Matias czeka.

Wziął Katię pod rękę i pomógł jej wysiąść.

– Naj­wy­raź­niej śro­dek już działa – powie­dział Matias.

– Połknęła go pół godziny temu – odpo­wie­dział Esa, pod­trzy­mu­jąc Katię, kiedy wcho­dziła po scho­dach.

Matias popro­wa­dził ją do środka, a Esa bez­rad­nie stał na weran­dzie. Drzwi zamknęły mu się przed nosem.

– Jadę stąd – powie­dział do sie­bie.

Katia stała dość otu­ma­niona na środku pokoju. Drzwi do jed­nej sypialni były zamknięte, do dru­giej otwarte.

– Jeste­ście dzi­siaj we dwie – wyja­śnił Matias. – Walen­tina też tu jest.

W spoj­rze­niu Katii poja­wił się błysk.

– Mogę z nią poroz­ma­wiać?

Matias pokrę­cił głową.

– Już śpi. Zaraz zaczy­namy.

Katia wyglą­dała na roz­cza­ro­waną. Nie­pew­nym kro­kiem ruszyła w stronę otwar­tych drzwi.

– Roz­bierz się spo­koj­nie – oznaj­mił Matias. – Powiedz, kiedy będę mógł wejść.

W sypialni znaj­do­wały się fotel i łoże mał­żeń­skie przy­ozdo­bione różo­wym bal­da­chi­mem, niczym w kom­na­cie księż­niczki. Na nic wię­cej nie było już miej­sca. Katia przy­sia­dła na kra­wę­dzi łóżka i ścią­gnęła buty. Usta­wiła je rów­niutko jeden obok dru­giego pod fote­lem. Na mebel rzu­ciła spodnie, bluzę, sta­nik i majtki. Kiedy przyj­rzała się ster­cie ubrań, jej nastrój zaczął się pogar­szać. Pode­szła do fotela i scho­wała bie­li­znę pod spodniami.

Potem spoj­rzała w stronę zamknię­tych drzwi i wśli­zgnęła się pod koł­drę. Upew­niw­szy się, że cała jest przy­kryta różową satyną, krzyk­nęła:

– Możesz wejść.

Matias wszedł do pokoju, trzy­ma­jąc w ręce małe skó­rzane etui. Pod­szedł do Katii i wyjął wąską strzy­kawkę z długą igłą, zdjął z niej pla­sti­kową nasadkę i napeł­nił lekar­stwem z małej bute­leczki. Dzia­łał spo­koj­nie, ruty­nowo.

– Teraz podaj mi rękę.

Katia cho­wała się pod koł­drą.

– Nie byłoby mnie tutaj – wymru­czała – gdyby Walen­tina mi o tym nie powie­działa. Że to…

Nie chciała dokoń­czyć zda­nia.

– Łatwe pie­nią­dze – powie­dział Matias. – Nie ma się czego wsty­dzić. Wszystko, co fajne, kosz­tuje.

Spoj­rzał nie­cier­pli­wie na Katię.

– No daj tę łapkę. Zaraz zaśniesz.

Katia nie była jed­nak gotowa.

– Dla­czego to robisz? – spy­tała ze stra­chem.

Matias wyglą­dał na zdez­o­rien­to­wa­nego, zmru­żył oczy. Zaraz jed­nak odzy­skał pano­wa­nie nad sytu­acją.

– Też lubię te pie­nią­dze – powie­dział z uśmiesz­kiem.

Katia prze­łknęła ślinę. Następne pyta­nie było jesz­cze trud­niej­sze.

– Kim jest ten męż­czy­zna?

– Jaki męż­czy­zna?

– Ten, który tu przy­szedł za dru­gim razem.

Matias podra­pał się w czoło wyraź­nie nie­za­do­wo­lony. Katia także mil­czała. Oboje wie­dzieli, że zada­wa­nie pytań jest surowo wzbro­nione.

Minęła chwila. Od jeziora docho­dził wrzask mew.

– Wszystko w porządku? – spy­tał wresz­cie Matias.

– Jasne – odpo­wie­działa Katia i odsło­niła rękę.ROZDZIAŁ 4

4

Sala kon­fe­ren­cyjna poli­cji jest pełna osób, które życzą mi potknię­cia. Przy­go­to­wa­łem się na to, a jed­nak czuję się zasko­czony.

Pau­liina mówi, że lepiej znam się na przed­mio­tach i zwło­kach niż na żywych ludziach. Jej zda­niem bra­kuje mi anteny odbie­ra­ją­cej ludz­kie czę­sto­tli­wo­ści. Nie zga­dzam się z tym. Teraz na przy­kład nie­mal nosem czuję uprze­dze­nie kole­gów w Lap­pe­en­ran­cie. Ich rezerwa pra­wie unosi się w powie­trzu. Pierw­szy rząd krze­seł zieje pustką, nikt nie sie­dzi – wolą stać w głębi pomiesz­cze­nia wojow­ni­czo pod­parci pod boki. Sły­chać szepty i śmie­chy.

Dobrze ich rozu­miem. Zasta­na­wiają się, kim jest ten zmal­tre­to­wany facet w dżin­sach, który przy­je­chał tutaj z Hel­si­nek i ma czel­ność im opo­wia­dać o ich wła­snej pracy.

Do sali wcho­dzi Taina Hent­tu­nen, kie­row­nik nowego Wydziału Zbrodni. Staje przede mną.

– Zaczy­namy – ogła­sza. – To jest Kari Sor­jo­nen, wspar­cie z Cen­tral­nego Biura Śled­czego. Część z was już go zna.

Obraca się w moją stronę.

– Kari obie­cał, że opo­wie nam o naj­now­szych meto­dach. Zatem do rze­czy.

Taina idzie usiąść w ostat­nim rzę­dzie. Chyba nie można było mnie kró­cej przed­sta­wić. Pew­nie myśli o mnie to samo co jej załoga.

Na sali panuje cisza, wszy­scy patrzą na mnie wycze­ku­jąco. Czuję zde­ner­wo­wa­nie, pocą mi się dło­nie.

– Dzień dobry – mówię.

Kilka osób mru­czy coś na kształt powi­ta­nia.

– Cie­szę się, że udało mi się wyrwać z Hel­si­nek do mia­sta dobrych ludzi.

Roz­le­gają się poje­dyn­cze śmie­chy.

– Tutaj nawet prze­stęp­stwa są przy­jemne – rzuca ktoś spod ściany.

Znowu śmie­chy. To by było na tyle. Prze­su­wam pal­cem po touch­pa­dzie, żeby wzno­wić pracę kom­pu­tera. Pilo­tem włą­czam pro­jek­tor. Na płót­nie za moimi ple­cami poja­wia się twarz męż­czy­zny. Okrą­głe oku­lary, włosy w nie­ła­dzie, ele­gancka koszula z koł­nie­rzy­kiem, dziwny uśmiech. Janina powie­dzia­łaby o nim „nerd”.

– Daniel Tam­met – mówię. – Czy ktoś o nim sły­szał?

Naj­wy­raź­niej nikt.

– Nie szko­dzi – pocie­szam ich. – Mało kto go zna.

Tłu­ma­czę, kim jest Tam­met i co potrafi. Zna jede­na­ście języ­ków i wymy­ślił jeden nowy, dla zabawy. Wyzwano go, żeby nauczył się islandz­kiego w tydzień, i mu się udało. Po tygo­dniu sie­dział w islandz­kim pro­gra­mie roz­ryw­ko­wym i jakby ni­gdy nic kon­wer­so­wał po islandzku. Ale języki obce to nie jedyny jego talent. Jesz­cze bar­dziej zaska­ku­jące są jego zdol­no­ści w zakre­sie liczb i obli­czeń. Widzi numery jako kształty i pej­zaże. Odpo­wie­dzi jakby same z sie­bie wyła­niają się z kra­jo­bra­zów, nie musi liczyć.

– Czy ma autyzm? – pyta ktoś z publicz­no­ści.

– Lekki – odpo­wia­dam. – Na co dzień daje sobie radę raczej nor­mal­nie.

Tłu­ma­czę, że Tam­met to sawant, jest obda­rzony nie­zwy­kłą pamię­cią. Nie­stety pra­wie każdy sawant cierpi na autyzm albo inne zabu­rze­nia, czę­sto bar­dzo poważne.

– Cza­sami upo­śle­dze­nie to dar – pod­su­mo­wuję.

Publicz­ność patrzy na mnie w mil­cze­niu. W powie­trzu wisi pyta­nie. Wresz­cie wypo­wiada je sto­jący w drzwiach męż­czy­zna w uni­for­mie.

– Jaki to ma zwią­zek z nami? – pyta aro­gancko.

Taina rzuca mu ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie.

– Dobre pyta­nie – spie­szę z odpo­wie­dzią.

Tłu­ma­czę, że Tam­met opra­co­wał tech­niki zapa­mię­ty­wa­nia, które mogą się przy­dać rów­nież tak zwa­nym nor­mal­nym ludziom.

– Także poli­cjan­tom – mówię. – Jeżeli uznać nas za nor­mal­nych.

Obie­cuję wyja­śnić, o co mi cho­dzi.

Mówię, że na moją prośbę Taina zebrała na pen­dri­vie infor­ma­cje o pra­cow­ni­kach jed­nostki. Zdję­cia, for­mu­la­rze, poda­nia, co się aku­rat tra­fiło. Po kilka doku­men­tów o każ­dym. Nie widzia­łem ich wcze­śniej. Pro­szę Tainę o potwier­dze­nie.

– O ile nie jesteś hake­rem – śmieje się i podaje mi pen­drive’a.

Wsu­wam go do portu i włą­czam pre­zen­ta­cję. Pręd­kość usta­wi­li­śmy tak, żeby każdy obraz był widoczny na ekra­nie około trzech sekund.

Na płót­nie prze­su­wają się dowody oso­bi­ste, for­mu­la­rze z danymi per­so­nal­nymi, zdję­cia ze służby i z imprez miko­łaj­ko­wych. Oglą­dam je pod odpo­wied­nim kątem. Publicz­ność szybko reaguje: foto­gra­fie komen­tują śmie­chem, wspo­mi­nają chwile zapi­sane na zdję­ciach.

Hałas prze­szka­dza. Przy­ci­skam dło­nie do uszu i zaczy­nam nucić. To już pew­nie prze­sada, ale co z tego. To takie efek­towne.

– A do tego jesz­cze pod­kład muzyczny – wypala ktoś.

Sły­szę to. Podej­rze­wam, że auto­rem dow­cip­nego komen­ta­rza jest bro­dacz z dru­giego rzędu.

Oglą­dam do końca pre­zen­ta­cję, a potem zamy­kam ją. Odwra­cam się do widowni. Już się nie dener­wuję, jestem zre­lak­so­wany i pewny sie­bie. Jestem na swoim podwórku.

– Muzyka może poma­gać w zapa­mię­ty­wa­niu – mówię, spo­glą­da­jąc na bro­da­cza – jeżeli odpo­wied­nio się ją sto­suje. Dla osób muzy­kal­nych naj­lep­sza jest kla­syczna. Może być też jazz, ale tylko fusion. Muzyka musi mieć jasną struk­turę.

Kobieta obok bro­da­tego kręci się nie­cier­pli­wie.

– Tak. Jak wia­domo, prze­stęp­stwa tropi się jaz­zem – pry­cha.

Przy­glą­dam się jej tak, by poczuła się zmie­szana.

– Johanna Metso – mówię. – Prawda?

– Tak.

Zamy­kam oczy i przy­kła­dam opuszki pal­ców do skroni. Tego też wcale nie muszę robić. Ale tak działa pamięć.

– Spóź­nione wszyst­kiego naj­lep­szego. W zeszłym tygo­dniu mia­łaś uro­dziny.

– Dzię­kuję.

– Roz­wie­dziona, bez­dzietna. To dobrze z punktu widze­nia pracy. Tak myśli Taina, ale prze­cież nie może powie­dzieć tego na głos.

Mru­gam poro­zu­mie­waw­czo i patrzę na Tainę. Jej mina nic nie mówi. Sta­ram się przy­wo­łać obrazy doty­czące Johanny, widzę je coraz wyraź­niej.

– Poja­wi­łaś się na sze­ściu zdję­ciach. Twoja czapka elfa pod­czas miko­ła­jek miała zabawne sztuczne war­ko­cze, sta­łaś po pra­wej z tyłu. Twoje hobby to łowiec­two, foto­gra­fo­wa­nie natury i węd­ko­wa­nie pod lodem. Dobrze się czu­jesz w tere­nie.

Mniej wię­cej tyle. Jesz­cze raz prze­glą­dam zebrane infor­ma­cje. Już nic god­nego uwagi. Opusz­czam ręce i patrzę na publicz­ność. Jest dość cicho, wresz­cie bro­daty pyta:

– Ile lat skoń­czyła Johanna?

– Trzy­dzie­ści pięć. Wspa­niały wiek. Czyż nie, Niku Kri­stia­nie Uusi­talo?

Bro­dacz nie odpo­wiada. Patrzy na mnie wyzy­wa­jąco, mru­żąc oczy.

– Jesteś młod­szy od Johanny o czter­dzie­ści osiem dni. Prawda?

Cisza. Tylko świe­tlówka bzy­czy pod sufi­tem.

– Tak – potwier­dza wresz­cie Johanna.

Kiwam głową i zamy­kam oczy. Tym razem ręce pozo­stają na dole.

– Dobrze się czu­jesz w biu­rze, nie prze­raża cię papier­kowa robota.

– To nie­prawda – pro­te­stuje Niko.

Nie daję się zbić z tropu.

– To pew­nie z powodu rodzi­ców – cią­gnę. – Ojciec w Mini­ster­stwie Spraw Wewnętrz­nych, matka w Sądzie Naj­wyż­szym. Zło­ży­łeś poda­nie o prze­nie­sie­nie do Wydziału Zbrodni, ponie­waż to dobry roz­bieg do dal­szej kariery.

– To już gruba prze­sada – stwier­dza Johanna.

Pew­nie ma rację. Zosta­wiam Nika w spo­koju i patrzę na Tainę.

– Mie­li­śmy razem wybrać osoby do wydziału, ale widzę, że ty już pod­ję­łaś decy­zję.

– Nie będę tego komen­to­wać – odpo­wiada Taina.

Ludzie spo­glą­dają po sobie. Wyświe­tlam na ekra­nie sche­mat opi­su­jący moją mne­mo­tech­nikę. Przy­po­mina roz­kład miesz­ka­nia. W jed­nym pokoju są zdję­cia, w dru­gim dowody oso­bi­ste, w trze­cim poda­nia, w czwar­tym pozo­stałe doku­menty.

– Tę metodę wymy­ślili sta­ro­żytni Grecy – tłu­ma­czę. – Legenda głosi, że kiedy liryk Symo­ni­des z Keos jadł z przy­ja­ciółmi kola­cję, zawa­lił się dach budynku. Przy­wa­lo­nych śmier­tel­nych ofiar nie można było roz­po­znać, mimo to udało się usta­lić ich toż­sa­mość, ponie­waż Symo­ni­des potra­fił przy­po­rząd­ko­wać miej­sca przy stole do gości.

Na sali panuje cisza. Prze­wra­cają oczami. Szep­czą: „Czy on zwa­rio­wał?”.

– Ta tech­nika może się przy­dać każ­demu – mówię – dla nas naj­waż­niej­sza jest inter­pre­ta­cja infor­ma­cji. Na pod­sta­wie zgro­ma­dzo­nych danych twier­dzę, że Taina już wybrała Johannę i Nika do nowego wydziału, przy­naj­mniej w myślach. Naj­wię­cej infor­ma­cji jest wła­śnie o nich.

W tym momen­cie Taina wstaje, pod­cho­dzi do mnie i dzię­kuje zebra­nym za uwagę. Potem odwraca się do mnie i mówi:

– Chodźmy do mojego gabi­netu.

Jest w złym humo­rze. Nie trzeba być psy­chia­trą, żeby to stwier­dzić. Macha rękami jak młoc­kar­nia, jej kostium trzesz­czy w szwach, wyso­kie obcasy nie­mal krze­szą iskry. Kiedy docie­ramy do jej gabi­netu, ener­gicz­nie otwiera drzwi i każe mi wejść do środka.

– Co to miało być? – pyta, gdy tylko opada na krze­sło. – Johanna i Niko to świetny zespół. Bar­dzo szorstko ich potrak­to­wa­łeś.

Roz­glą­dam się po pokoju. _Poło­żony w rogu budynku, widok na dwie strony, typowy gabi­net przy­wódcy. Na stole kom­pu­ter z dużym moni­to­rem i bez­prze­wo­dową kla­wia­turą. Pojem­nik na przy­bory do pisa­nia z trzema meta­licz­nie pobły­sku­ją­cymi pió­rami. Żad­nych papie­rów, nota­tek, dzie­cię­cych rysun­ków, zdjęć, żad­nego bała­ganu. Regały też są schludne. Prze­pisy, segre­ga­tory, teczki. Wszystko poukła­dane w równe rzędy, ani śladu kurzu. Biuro jest urzą­dzone jak gabi­net zwierzch­nika. Tutaj nie tropi się prze­stępstw, tutaj się rzą­dzi._

– Johanna i Niko mogliby pra­co­wać w twoim zespole – mówi Taina. Po chwili dodaje: – Mógł­byś tu spoj­rzeć?

Patrzę na sze­fową i pró­buję się uśmiech­nąć. Nie jestem pewien uzy­ska­nego rezul­tatu.

– Johanna udaje, że jest kimś innym niż w rze­czy­wi­sto­ści – zauwa­żam – a Niko to karie­ro­wicz.

Taina sie­dzi przez chwilę w ciszy. Potem mówi:

– Czemu chcia­łeś się tutaj prze­nieść? Deli­kat­nie mówiąc, masz zbyt wyso­kie kwa­li­fi­ka­cje.

– Uza­sad­nie­nie jest w poda­niu. Inte­re­suje mnie nowa jed­nostka. Poza tym czło­wiek powi­nien zmie­niać miej­sce pracy i zamiesz­ka­nia co sześć lat, żeby zapo­biec ruty­nie. Udo­wod­niono to naukowo.

– Ach tak. Cho­dziło mi o praw­dziwy powód.

Taina przy­gląda mi się uważ­nie. Coś w jej spoj­rze­niu daje mi do zro­zu­mie­nia, że nie warto krę­cić.

A zatem karty na stół.

Tłu­ma­czę naszą sytu­ację rodzinną. Opo­wia­dam o ope­ra­cji Pau­liiny i dłu­gim zwol­nie­niu lekar­skim, o jej związ­kach z Lap­pe­en­rantą. Mówię o szkole Janiny i o tym, jak szybko prze­stała być małą dziew­czynką.

– W Hel­sin­kach przy­cho­dzi­łem do domu tylko po to, żeby się prze­spać. Prze­ga­pi­łem całe dzie­ciń­stwo córki.

Przy­znaję nawet, że chciał­bym zacząć wszystko na nowo. Z wie­kiem świat pokrywa patyna. Wszystko jest takie zna­jome, mecha­niczne – lata mijają od urlopu do urlopu. Chciał­bym zła­pać szczę­ście, zanim będzie za późno. Chciał­bym pożyć przez chwilę i cie­szyć się rodziną, póki jesz­cze ją mam. W Hel­sin­kach wszystko bie­gnie w takim tem­pie, że rodzina scho­dzi na dal­szy plan.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij