Łańcuch Pokarmowy - ebook
Huragan piątej kategorii uderza w mroczne bagna Luizjany. Lucas Vance, naiwny, początkujący strażnik więzienny, bierze udział w desperackiej ewakuacji zakładu karnego. Gdy opancerzony autobus wypada z trasy i tonie w wezbranym rozlewisku, chłopak traci klucze do łańcucha ewakuacyjnego. Zostaje nierozerwalnie skuty z dwoma skrajnie niebezpiecznymi skazańcami: prymitywnym, brutalnym olbrzymem oraz wybitnie inteligentnym psychopatą, Eliasem Thorne'em. Zaczyna się mordercza walka o przetrwanie. Uwięzieni w zalanym lesie, ścigani przez rosnący poziom wody i głodne drapieżniki, mężczyźni muszą zawrzeć kruchy sojusz. Jednak prawdziwe zagrożenie nie kryje się pod powierzchnią czarnej wody, lecz na drugim końcu łańcucha. Elias rozpoczyna sadystyczną grę psychologiczną, powoli i metodycznie testując granice moralności młodego strażnika.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 886 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wiatr nie wył. On skowyczał, jakby żywe stworzenie było obdzierane ze skóry tuż za potężnymi, betonowymi murami zakładu karnego. Ostrzeżenia meteorologiczne, migające od dwóch dni na ekranach w pokoju socjalnym strażników, nie przygotowały nikogo na tę furię. Huragan kategoria piąta. Miał uderzyć w wybrzeże ponad sto mil stąd, ale w nocy nagle zmienił kurs, kierując swoje potworne oko prosto na serce bagien Luizjany.
Lucas Vance stał w śluzie bloku C, czując, jak woda z nieszczelnego świetlika kapie mu na kark. Lodowata strużka spływała pod sztywny kołnierz munduru. Zacisnął dłoń na policyjnej pałce tak mocno, że knykcie zbielały pod czarną skórą rękawiczki. Nie daj po sobie poznać, że się boisz, powtarzał w myślach radę ojca. Zwierzęta czują strach. A ty pracujesz w klatce pełnej zwierząt.
Więzienie tonęło w chaosie. Czerwone światła awaryjne obracały się leniwie, rzucając krwawe refleksy na zalaną wodą posadzkę, a syreny alarmowe niemal ginęły w ogłuszającym ryku burzy. Ewakuacja, która miała przebiegać według rygorystycznych, ćwiczonych dziesiątki razy protokołów, zamieniła się w paniczną ucieczkę. Braki w personelu były drastyczne; połowa nocnej zmiany uciekła do swoich rodzin, gdy tylko ogłoszono najwyższy stopień zagrożenia.
– Vance! – Głos sierżanta Millera przebił się przez zgiełk. Starszy strażnik był przemoczony do suchej nitki, a jego twarz przypominała maskę czystej furii. – Gdzie ty do cholery jesteś myślami?! Mamy ostatni autobus na dziedzińcu. Zabierasz "szczególny nadzór" z izolatek.
– Ja, sir? – Lucas przełknął ślinę. Miał dwadzieścia dwa lata i odznakę przypiętą do piersi zaledwie od ośmiu miesięcy. – Przecież do transferu maksimum potrzeba trzech uzbrojonych…
– Nie ma trzech! Nie ma nawet dwóch! – wrzasnął Miller, chwytając Lucasa za kamizelkę taktyczną i przyciągając do siebie. Przez zapach mokrej wełny i potu Lucas wyczuł odór zwietrzałego tytoniu. – Zostałeś tylko ty. Autobus odjeżdża za trzy minuty, inaczej woda zaleje jedyną przejezdną drogę do autostrady. Zepnij ich łańcuchem transportowym, tym długim skurwysynem. Zapnij ich razem, a na końcu przypnij siebie. Jak któryś spróbuje spierdolić w tym burdlu na zewnątrz, to pociągnie cię za sobą, a ty wtedy strzelasz w łeb. Zrozumiano?!
– Tak jest, sir.
Lucas odwrócił się i ruszył korytarzem w stronę sekcji wysokiego ryzyka. Świetlówki nad jego głową migotały konwulsyjnie, by po chwili zgasnąć całkowicie. Zostało tylko krwawe, pulsujące światło awaryjne. Kiedy dotarł do ciężkich, stalowych drzwi celi numer cztery, jego serce waliło jak oszalałe. Przekręcił klucz i szarpnął dźwignię.
Z mroku wynurzyła się góra mięśni. Briggs. Był gigantyczny, z klatką piersiową przypominającą zderzak ciężarówki i ramionami pokrytymi wyblakłymi tatuażami więziennych gangów i nazistowskich symboli. Miał na sobie tylko pomarańczowe spodnie, a jego skóra lśniła od potu pomimo panującego w korytarzu chłodu. Oddychał ciężko, jak rozjuszony byk, wypuszczając powietrze przez złamany wielokrotnie nos.
– Zdejmij to gówno, młody – warknął Briggs, wskazując podbródkiem na kajdanki zwisające z pasa Lucasa. – Przez tę burzę nikt nic nie widzi. Rozkuję jednego strażnika po drodze i nawet mnie nie zauważą w ciemnościach. Bądź mądry.
– Ręce na ścianę, Briggs. Nogi szeroko – głos Lucasa drżał, choć bardzo starał się go ustabilizować. Sięgnął po gruby, stalowy łańcuch ewakuacyjny.
Briggs splunął gęstą śliną na buty strażnika.
– Wiesz, ile razy skręciłem kark komuś w twoim wieku? Nawet nie zdążysz krzyknąć. Jesteś martwy, krawężniku. Jak tylko wyjdziemy na zewnątrz…
– Powiedział, żebyś położył dłonie na ścianie, przyjacielu – rozległ się cichy, wręcz jedwabisty głos z sąsiedniej celi.
Drzwi z numerem pięć były otwarte. W progu stał Elias Thorne. Był przeciwieństwem Briggsa – wysoki, chudy jak patyk, z siwiejącymi włosami zaczesanymi do tyłu i twarzą o ostrych, arystokratycznych rysach. Jego pomarańczowy drelich był idealnie zapięty, w przeciwieństwie do reszty więźniów. Patrzył na Lucasa ciemnymi, niewzruszonymi oczami, które zdawały się pochłaniać resztki światła w korytarzu. To był "Kaznodzieja". Człowiek, który przez dekadę manipulował swoimi ofiarami, zmuszając je do makabrycznych aktów, zanim sam je kończył.
– Ty też stul pysk, dziadu – warknął Briggs, ale ku zaskoczeniu Lucasa, powoli odwrócił się do ściany i oparł na niej dłonie.
Lucas podszedł ostrożnie. Zatrzasnął ciężkie obręcze na przegubach wielkoluda, po czym przeciągnął łańcuch przez ucho w jego pasie. Zapinał zamek, modląc się, by Briggs nie szarpnął się w tej chwili. Potem przeniósł drugi koniec łańcucha do Eliasa. Thorne wyciągnął nadgarstki sam, z niemal uprzejmym uśmiechem.
– Serce bije ci bardzo szybko, oficerze Vance – powiedział cicho Elias, gdy Lucas zaciskał stal na jego kościach. Z bliska zapach Kaznodziei był dziwnie sterylny, pachniał szarym mydłem i starym papierem. – Słyszę je stąd. Tętno jak u schwytanego, małego ptaka. Ojciec nie uczył cię, jak opanować oddech w chwilach stresu?
Lucas zamarł, a klucz w jego dłoni zgrzytnął o metal.
– Skąd wiesz o moim ojcu? – zapytał, starając się nadać głosowi twardy ton.
– O, nie wiem nic o twoim ojcu, chłopcze – uśmiech Eliasa poszerzył się minimalnie. – Ale to sposób, w jaki stoisz. Wypinasz klatkę piersiową, starasz się wyglądać na szerszego, niż jesteś. Kopiujesz kogoś z autorytetem. Kogoś, kogo desperacko próbujesz zadowolić. Zgaduję, że to ojciec, policjant lub wojskowy. Ale oczy… oczy zdradzają wszystko. Boisz się, Lucasie. Boisz się, że nie jesteś do niego podobny. I słusznie. Bo w głębi duszy jesteś bardzo miękki.
– Zamknij się – wycedził Lucas, przypinając środek łańcucha do ciężkiego pasa Eliasa. Zostało mu około dwóch metrów wolnego ogniwa. Wziął głęboki oddech i zatrzasnął ostatnią, najgrubszą kłódkę na swoim własnym pasie taktycznym. Stali się teraz jednym, pokracznym organizmem połączonym hartowaną stalą.
Ruszyli korytarzem. Z zewnątrz dobiegał ogłuszający huk, jakby pękało niebo. Wyszli na dziedziniec i natychmiast uderzyła w nich ściana wody. Deszcz nie padał z góry; wiatr miotał nim poziomo, tnąc skórę niczym drobne szkło. Poziom wody na placu sięgał już do połowy łydek, pokrywając asfalt gęstym, czarnym szlamem naniesionym z pobliskich bagien.
Przedarli się do wielkiego, opancerzonego autobusu z włączonym silnikiem. Spaliny z rury wydechowej mieszały się z zapachem ozonu i gnijącej roślinności. Wewnątrz panował półmrok. Inni więźniowie byli już przypięci do siedzeń, krzycząc do siebie ponad rykiem silnika i uderzeniami deszczu o blachę. Strażnik za kierownicą, blady jak ściana, ponaglał ich gestem ręki.
Lucas wepchnął Briggsa i Eliasa na same tyły pojazdu, na długą, pozbawioną pasów ławkę na samym końcu. Briggs opadł ciężko, uderzając zakutymi dłońmi w siatkę zabezpieczającą okno, podczas gdy Elias usiadł z gracją, niemal nie poruszając łańcuchem. Lucas zajął miejsce tuż obok nich, na składanym krzesełku konwojenta. Dzielił ich niecały metr mosiężnych i stalowych ogniw.
– Ruszaj! – krzyknął Lucas w stronę kabiny kierowcy.
Autobus szarpnął brutalnie i ruszył w stronę otwartej bramy zakładu. Wycieraczki walczyły z potopem, piszcząc rozpaczliwie, ale przednia szyba przypominała wodospad. Jechali przez absolutną ciemność, rozświetlaną jedynie sporadycznymi błyskawicami, które wyrywały z mroku upiorne kształty powalonych drzew i zgiętych słupów wysokiego napięcia. Wnętrze autobusu było przerażająco duszne. Smród mokrych ciał, taniego mydła więziennego, diesla i wszechobecnego strachu gęstniał z każdą minutą.
Briggs szarpał co jakiś czas łańcuchem, by przetestować jego wytrzymałość, sprawiając, że Lucas musiał zapierać się nogami, żeby nie stracić równowagi na twardym siedzeniu.
– Jesteśmy martwi – mruknął wielkolud, patrząc przez porysowane pleksi na zewnątrz. – Droga zaraz całkowicie zatonie. Woda już jest na asfalcie.
– Strach to bardzo prymitywny mechanizm, prawda, Briggs? – odezwał się Elias, opierając tył głowy o wibrującą blachę autobusu. – Odbiera ci godność. Zobacz, jak się pocisz. Zobacz, jak ten młody chłopiec po twojej prawej przełyka ślinę co pięć sekund. Obydwaj myślicie, że natura jest okrutna. Natura nie jest okrutna. Jest po prostu głodna. Oczyszcza stół.
– Zamknij mordę, psycholu, bo ci ją zaraz sam zamknę – warknął Briggs.
– Bądźcie cicho! – krzyknął Lucas. Czuł, jak pot spływa mu po plecach pod kamizelką. Spojrzał na swoje dłonie – drżały bez opamiętania. Sprawdził po raz kolejny kłódkę na swoim pasie. Trzymała mocno. Zbyt mocno. Nagle poczuł absurdalny, klaustrofobiczny impuls, by odpiąć łańcuch. Perspektywa bycia uwiązanym do dwóch drapieżników w pędzącej w ciemność stalowej puszce zaczęła go przytłaczać.
Siedzieli w milczeniu przez kolejne dwadzieścia minut. Opony autobusu z głośnym sykiem przecinały głębokie kałuże, a wiatr co jakiś czas uderzał w bok pojazdu z taką siłą, że cała karoseria jęczała, a koła na ułamek sekundy traciły przyczepność. Szum opon nagle zmienił ton na głuchy warkot – zjechali z głównego asfaltu na obwodnicę biegnącą bezpośrednio przez estakady nad bagnami.
Piorun uderzył w ziemię gdzieś bardzo blisko, na sekundę zamieniając noc w upiorny, fioletowy dzień.
W tym samym ułamku sekundy Lucas zobaczył to przez przednią szybę autobusu. Reflektory wyłoniły z wodnej ściany ogromną ciężarówkę jadącą z naprzeciwka. Jej naczepa z żebrowanej blachy była podnoszona przez wiatr. Kierowca tira stracił panowanie – kabina złożyła się wpół jak scyzoryk, a wielotonowa naczepa, niesiona pędem i siłą huraganu, zjechała prosto na ich pas.
Kierowca autobusu więziennego zareagował instynktownie. Szarpnął kierownicą w prawo, uciekając przed czołowym zderzeniem. Opony straciły przyczepność na zalanym wodą i błotem asfalcie. Ciężki pojazd wpadł w poślizg.
Lucas poczuł brutalne szarpnięcie w klatce piersiowej. Briggs ryknął, a Elias jedynie zamknął oczy. Pisk opon zagłuszył na sekundę wycie wiatru. Nastąpiło głuche, potworne uderzenie metalu o beton. Autobus przebił barierę ochronną estakady, niszcząc ją jak zapałki.
Potem nastało uczucie absolutnej, przerażającej nieważkości.
Lucas poczuł, że unosi się z siedzenia. Łańcuch naprężył się brutalnie, łącząc trójkę mężczyzn w zawieszonym w powietrzu tańcu. Czas zwolnił. Przedmioty, śmieci, a nawet odpięci strażnicy fruwali po kabinie w zwolnionym tempie. A potem, z siłą uderzenia pociągu towarowego, autobus uderzył w taflę rozlewiska.
Szkło z tysięcy okien prysło w drobny mak. Metal zgrzytnął i wgiął się do środka. Zanim Lucas zdążył nabrać powietrza w płuca, lodowata, błotnista i mroczna woda z rykiem wdarła się do wnętrza, natychmiast sięgając im do kolan, a ułamek sekundy później – do pasów. Świat zatonął w czarnym szlamie i ogłuszającym wrzasku tonącego żelaza.ROZDZIAŁ DRUGI
Woda nie miała temperatury, miała jedynie gęstość i smak. Smakowała jak zmiażdżone żelazo, ropa naftowa i tysiące lat gnijących pod powierzchnią liści. Lucas krztusił się, wypluwając z płuc czarny szlam. Otworzył piekące, zalane błotem oczy, ale to niczego nie zmieniło – mrok wokół niego był niemal namacalny, zwarty jak mokra ziemia. Słyszał bulgotanie, przeraźliwy wrzask wyginanej blachy i zgiełk kilkudziesięciu topiących się ludzi. Głosy łamały się, przechodziły w charkot i gasły pod powierzchnią, zastępowane przez głuche, rytmiczne uderzenia dłoni i czoł o poliwęglanowe szyby.
Woda sięgała mu już do klatki piersiowej i wciąż wdzierała się do wnętrza z szumem przypominającym ryk silnika odrzutowego. Autobus szybko osiadał w mule, niebezpiecznie przechylając się na lewą burtę.
Szukaj klucza. Ta jedna, logiczna myśl przebiła się przez tętniącą w skroniach panikę. Lucas zanurzył dłonie pod lodowatą, gęstą ciecz, macając drżącymi, sztywniejącymi palcami swój pas taktyczny. Kabura z teleskopową pałką – jest. Kieszeń na gaz pieprzowy – pusta, wyrwało ją przy uderzeniu. Mała, nabijana ćwiekami skórzana ładownica na klucze ryglowe. Otworzył nap.
Pusto.
Nie, nie, nie. Boże, nie. Wsunął palce głębiej, desperacko drapiąc grube szwy materiału, po czym zaczął gorączkowo przeszukiwać głębokie kieszenie spodni. Zimna woda wdzierała się pod jego mundur, paraliżując mięśnie, zaciskając gardło niewidzialną pętlą. Klucza nie było. Wypadł, gdy potężny pojazd koziołkował na nasypie, i zniknął gdzieś na zawsze w mętnej otchłani tego żelaznego grobowca.
– Odepnij mnie! Odepnij to, kurwa, zdejmij! – Ryg głuchy, nieludzki ryk przetoczył się przez tył zrujnowanego autobusu.
Briggs. Góra mięśni rzucała się w ciemności. Woda sięgała mu już do szyi, ponieważ uwięziony był po stronie, w którą najmocniej przechylił się wrak.
Lucas poczuł brutalne, fizyczne szarpnięcie, które wyrwało mu z płuc resztki powietrza. Żelazny łańcuch napiął się nagle, uderzając o jego żebra z siłą uderzenia młota. Został pociągnięty w lewo i drastycznie w dół. Mętna, cuchnąca woda wdarła się do jego ust i nosa, gdy stracił równowagę, uderzając kolanami o zalaną, ryflowaną podłogę. Szarpał się, próbując wstać na równe nogi, ale Briggs ważył grubo ponad sto dwadzieścia kilogramów i w absolutnej panice walczył z łańcuchem jak potężne dzikie zwierzę uwięzione we wnykach. Wielkolud zapierał się potężnymi udami o stalowe konstrukcje foteli, ciągnąc złącze ze ślepą, tępą furią.