Łapiduch - ebook
Poznajcie lek na ludzką zarazę
W odizolowanej od świata posiadłości, najdalej na północy, jak to tylko możliwe, umarł lekarz barona. Jego zastępca musi rozwiązać zagadkę: odkryć, jak to się stało, że Instytut stracił z oczu jedno ze swoich licznych ciał.
Przez setki lat Międzyprowincjonalny Instytut Medyczny rósł w siłę, zapuszczając korzenie w młodych umysłach i przekształcając je w lekarzy, którzy zastąpili wszystkich ludzkich medyków. Instytut chce pomagać ludzkości, leczyć i kroić, tulić i chronić cały gatunek przed apokaliptycznym koszmarem rozpętanym przez przodków.
Na skutej lodem północy należące do Instytutu ciało odkryje rywala, który chce zająć najwyższy szczebel ewolucyjnej drabiny. Pasożyta, który rozplenił się w zamku barona, mrocznym przybytku pełnym sekretów, kłamstw, przemocy i strachu. Ta dwójka stoczy wojnę, a polem bitwy stanie się ludzkie ciało. Ktokolwiek wygra, ludzkość czeka kolejna klęska.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68591-69-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
I
Widok tego starego wagonu kolejowego napawa mnie smutkiem, chociaż nie potrafię powiedzieć dlaczego. W grzechocie pustych drewnianych siedzeń, podobnych do ławek w opuszczonym kościele, jest coś niewypowiedzianego, co wywołuje we mnie poczucie samotności. Nietypowe uczucie, zważywszy na to, że zawsze mam towarzystwo.
Poszarpane górskie grzbiety wznoszą się i opadają za oknem, upstrzone białymi drzewami i nielicznymi schroniskami, które dawno temu wydano na pastwę natury. Minęła godzina i czterdzieści dwie minuty, odkąd ostatni okryty śniegiem ślad cywilizacji pojawił się na horyzoncie, i miną trzy kwadranse, zanim pojawi się kolejny. Zakładając, że nie dojdzie do opóźnień, wypadków, awarii, lawin czy wykolejeń wywołanych przez ruchy sejsmiczne.
W wagonie oprócz mnie siedzi tylko chłopiec, tak grubo okutany, że bardziej przypomina kulę. Jest sam, ponieważ nie udało mu się wysiąść razem z matką na przedostatniej stacji, ale nie sprawia wrażenia zmartwionego. Konduktor obiecał, że wysadzi go na właściwym dworcu podczas podróży powrotnej na południe, a malec w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami, nieśmiało gryząc palec solidnie przeżutej rękawiczki.
Pociąg dwukrotnie się zatrzymuje, by robotnicy mogli usunąć śnieg z torów, co, według mojego czasomierza, wydłuża podróż o czterdzieści jeden minut. Zima nie jest jeszcze tak sroga, by takie opóźnienie okazało się zabójcze, jednak dotrę do celu niebezpiecznie blisko zmierzchu. Być może tak będzie lepiej. Mężczyzna, z którym zamierzam się spotkać na dworcu, raczej nie będzie tam o czasie, zwłaszcza że się mnie nie spodziewa. Możliwe, że nawet nie wie o śmierci, która sprowadza mnie na północ.
Obsypane śniegiem jodły skłaniają głowy i sypią drobinkami światła, gdy słońce prześlizguje się między dwoma szczytami na zachodzie. Chłopiec wygląda przez okno i mrużąc oczy, rysuje szczegółowe zarysy gór na zaparowanej szybie, po czym równie entuzjastycznie je ściera. Przyglądam się tej zabawie, zwracając uwagę na jego ruchy i zachowanie, zaczerwienione policzki oraz rany od opryszczki w kąciku ust. Cóż za urocze stworzenie.
Krzyżuje ze mną spojrzenie, oblewa się rumieńcem i zaciska prawą piąstkę w czteropalczastej rękawiczce. Spodziewam się, że wieczorem w pociągu zrobi się zimniej, więc zdejmuję swoje rękawiczki i proponuję mu wymianę. Bez słowa porównuje je do własnej pary. Wsuwa dłoń do środka, a kiedy okazuje się, że mniej więcej na niego pasują, przyjmuje ofertę. Gdy pociąg znów rusza z głośnym rykiem, chłopiec uśmiecha się z zadowoleniem, a ja zauważam ciemne luki po brakujących zębach. Przez resztę drogi na zmianę zdejmuje rękawiczki, wiąże i rozplątuje supły na palcach, wywraca je na lewą stronę i ponownie wkłada. Kiedy za oknem pojawia się cel mojej podróży, malec już żuje jeden ze skórzanych palców.
Pociąg zatrzymuje się z jękiem. Żegnam się z dzieckiem i nagle ogarnia mnie pragnienie, by zamienić się z nim miejscami równie łatwo jak rękawiczkami. Chcę zamiast niego pojechać na południe, zaznać jego beztroski, wniknąć do kapryśnego mózgu, który rozwija się w jego czaszce. Być może pewnego dnia to zrobię.
Ale na razie muszę zająć się własnym umysłem. Podążyć za zawirowaniami ciemności, które zakłóciły bieg moich myśli i otworzyły dziurę, która połknęła część mojej pamięci. Pozostał tylko trup, ciało, które powinno umrzeć, lecz zamiast agonii doświadczyło jedynie niejasnego, pełnego napięcia rozchwiania.
Zbieram myśli i wysiadam z pociągu. Robotnicy ciągną przez śnieg kilkadziesiąt skrzyń z zapasami, a ja podążam ich śladem do budy o trzech ścianach, która pełni rolę dworca. Nie zapewnia zbytniej ochrony przed zimnem, więc dygoczę między skrzyniami i pojemnikami, masując zdrętwiały palec wskazujący i podwijając zmrożone palce u stóp w niewygodnych butach. Pociąg zawraca, wypluwając kłęby czarnego dymu, i ponownie znika w labiryncie gór. Wraz ze zmierzchem zapada cisza, a nadciągające cienie barwią śnieg na bezkresny, monotonny błękit.
Baker zgodnie z przewidywaniami się spóźnia. Jak zawsze jest skąpany w spalinach swojego gąsienicowego pojazdu, siedzi bokiem na podartym piankowym siedzisku, a sosnowa gałązka – kiepski zamiennik cygaretek, które poprzysiągł rzucić – sterczy krzywo z jego oszronionej brody. Za nim poskrzypują własnoręcznie wykonane sanie z drewna i metalu, na których wozi zapasy między dworcem a miasteczkiem.
Powstrzymując niespodziewane ukłucie niepokoju, patrzę, jak z grzechotem podjeżdża do budy. Drżąca rura wydechowa maszyny rzęzi i pluje dymem. Podnoszę dłoń w powitalnym geście.
Baker ześlizguje się z siedzenia. Rozgląda się w obie strony, jakby miał nadzieję, że dojrzy kogoś, kto wyjaśni mu moją obecność. Oczywiście mnie nie rozpoznaje.
– Pewnie z Instytutu? – odzywa się.
Kiwam głową.
– Piekielnie szybko. Ledwo dwa dni temu wysłali list z posiadłości. – Porozumiewa się surowym dialektem romańskim, a ja znam tę mowę, chociaż mój młody język nie przywykł do jej fonemów. – Nie myślałem… zresztą nieważne. Jestem Baker.
Udaję, że jeszcze tego nie wiem. Wyciąga rękę, a ja ją przyjmuję.
– Brakuje palca – zauważa. – Mogę kupić rękawiczki w miasteczku. To niedaleko. Jakiś bagaż?
– Nie.
Unosi krzaczastą brew.
– No to proszę siadać do tyłu. Jutro wrócę po rzeczy. Dzikie zwierzęta nie rozkradną nowej porcelany barona. – Klepie skrzynię futrzaną rękawicą i zachęca mnie do wejścia na rozsypujące się sanie. Kiedy bezpiecznie na nich siedzę, wydmuchuje dwie smugi pary z nozdrzy i uruchamia silnik.
Mrużąc oczy, patrzę na zardzewiałą gąsienicę, która wyrzuca za siebie poplamiony smarem śnieg. Żłobienia lśnią jak noże, a ja próbuję sobie nie wyobrażać, jak wyglądałoby wciągnięte pod nią ciało, rozerwane, zmasakrowane i nierozpoznawalne. Wiem, że nie warto przywoływać takich myśli, ale fobie, podobnie jak odporność, rozwijają się wcześnie i trudno je wymazać. Pomimo logicznych impulsów świadomego umysłu ciało i tak się boi.
Podróż jest nieprzyjemna, ale niezbyt długa. Po kilku minutach za wierzchołkami drzew pojawia się las kominów, które wznoszą się pośród pochyłych blaszanych dachów górniczych domów. Sosny się rozstępują i wpuszczają nas do tunelu z krzywych kamiennych budynków skutych lodem. Pędzimy zaśnieżonymi ulicami, mijając na wpół zasypane magazyny, plujące dymem kominy i pompujące turbiny, które nie znają snu nawet w środku zimy, a następnie wspinamy się na zbocze wysokiego wzgórza. Na jego szczycie zatrzymujemy się przed bramą z kutego żelaza. Dwaj mężczyźni wyłaniają się z podupadłej stróżówki; jeden trzyma w dłoniach łopatę, a drugi karabin. Zamieniają kilka słów, zerkając na mnie, a następnie z wysiłkiem otwierają bramę wiszącą na zmrożonych zawiasach. Wyższy z mężczyzn, któremu broń zwisa z ramienia jak złamana kończyna, gestem zaprasza nas do środka i z terkotaniem silnika wjeżdżamy na zaniedbany, skuty lodem teren Château de Verdira.
Z setki okien tylko kilkanaście jest rozświetlonych. Posiadłość, zapewne podobna do innych luksusowych hoteli, którymi te góry niegdyś były usiane, niemal całkowicie pogrążyła się w ciemności, a jej zewnętrzne skrzydła oddano na pastwę żywiołów bądź zmieniono w zimowe schronienia dla zwierząt. Dziś wieczorem nie śpi jedynie krzywa środkowa wieża. Pochyla się nad nami, jakby chciała lepiej się przyjrzeć zbliżającym się gościom, wytrzeszczając najwyżej położone okno, oczywiście należące do komnaty barona. W słabym świetle bijącym od gmachu Baker prowadzi mnie po ośnieżonych stopniach do dębowych drzwi, a następnie trzykrotnie puka. Jego kapota z futer świstaków błyskawicznie przemyka mi przed oczami, gdy mężczyzna wycofuje się do swojego pojazdu. Silnik ryczy, biegi zgrzytają i maszyna znika w ciemności.
Pukam jeszcze dwukrotnie, po czym pokojówka otwiera drzwi. Mruży oczy, widząc mój ciepły płaszcz i nieznajomą twarz, po czym bez słowa zaprasza mnie do środka. Ma na imię Sylvie, ale przedstawi mi się później, kiedy już zdobędę jej zaufanie. Na razie zachowuje uśmiechy i uprzejmości dla siebie i każe mi zaczekać pod jadeitową kopułą holu. Zdejmuję kapelusz i dla zabicia czasu liczę pęknięcia na kamieniach, ale docieram zaledwie do dziewięćdziesięciu trzech, zanim wraca razem z Didierem, jedynym synem barona Verdiry.
Didier prawie siebie nie przypomina. Jego przystojna twarz zmarniała podczas mojej krótkiej nieobecności, a oczy kryjące się za popękanymi szkłami binokli są zaczerwienione ze zmęczenia.
– Zapewne przybył pan jako zastępstwo – odzywa się. – Nie spodziewałem się pana jeszcze przez co najmniej kilka dni. A co dopiero o tak późnej porze… Do diabła, mam nadzieję, że nie szedł pan pieszo od dworca.
– Baker był na tyle uprzejmy, że mnie przywiózł – odpowiadam.
– Gdybym wiedział, że pan tak szybko przyjedzie, posłałbym kogoś. Z pewnością jeszcze przed zmierzchem. – Bohatersko próbuje się uśmiechnąć. – Na pewno jest pan wyczerpany. Zaraz przyrządzimy coś ciepłego. Proszę spocząć w salonie, a ja naleję panu drinka.
Zdejmuję rękawiczki oraz płaszcz i kładę je na wyciągniętych rękach Sylvie.
– Najpierw wolę zobaczyć ciało.
– To z pewnością może zaczekać.
– Obawiam się, że nie, monsieur.
Didier zerka mi w oczy, próbując odgadnąć powód mojego pośpiechu, ale nie mam dla niego żadnej odpowiedzi. Tak się składa, że wiem jeszcze mniej niż on.
– Jeśli tego pan sobie życzy. Ułożyliśmy go w chłodzie, żeby… no cóż, z pewnością nie jest panu obcy… proces rozkładu.
– Zgadza się.
Didier bierze lampę oliwną ze świecznika i rusza przodem, nie wiedząc, że znam te korytarze od lat. Prowadzi mnie odsiebnymi żyłami posiadłości, przez ciemność gęstą od pajęczyn i kurzu. Schodzimy krętymi schodami, mijamy rzędy pomieszczeń, w których od wieków nikt nie mieszkał, i docieramy do wysokich metalowych drzwi bez zdobień.
– Służący przyniesie jego dawne narzędzia, jeśli chce go pan… otworzyć. – Didier przez chwilę mocuje się z zamkiem. – Ale biorąc pod uwagę jego ranę, nietrudno odgadnąć, jak umarł.
Nie pamiętam żadnej rany.
– W każdym razie chętnie skorzystam z narzędzi.
Kiwa głową i otwiera drzwi pośród fali lodowatego powietrza. Wchodzimy do pomieszczenia, które kiedyś mogło być częścią kuchni, ale obecnie służy jako składzik na mięso. Zwierzęce udźce i korpusy oraz napoczęte pasy dziczyzny i wieprzowiny wiszą na hakach. Stalowe pręty ciągną się wzdłuż popękanych fragmentów ścian, broniąc dostępu mięsożercom, wliczając w to głodnych mieszkańców miasteczka. Na żelaznym rzeźnickim stole leży znajome ciało, bezwładne i sine.
Kiedy widzę jego zapadniętą twarz i ciemną ranę kłutą na szyi, w moim umyśle odbijają się echem liczne głosy, niektóre zmartwione, inne spokojne, ale wszystkie racjonalne. Setka ust szepcze dwukrotnie więcej pytań i przez chwilę – nie pierwszy raz w życiu, chociaż to rzadkość – czuję całkowite zagubienie.
– Kto jest za to odpowiedzialny? – pytam.
– Nie mam pojęcia – odpowiada Didier. Stoi przy drzwiach, ale na mnie nie patrzy. – Nikt nie miał do niego żadnych zastrzeżeń, może poza moim ojcem. Ale on ma zastrzeżenia do każdego, a zresztą z trudem wstaje z łóżka, żeby coś zjeść, więc nie byłby w stanie wbić komuś skalpela w szyję. Nabieram podejrzeń… – Didier na chwilę milknie. – Że sam sobie to zrobił.
Nic nie mówię. Nie mogę potwierdzić jego teorii ani jej zaprzeczyć, ponieważ nie pamiętam tego wydarzenia. Nie było mnie tutaj i właśnie to mnie przeraża.
– Za chwilę wrócę – mówi Didier i znika.
Biorę głęboki wdech, uciszając wszystkie głosy, i przyglądam się zwłokom. Rejestruję każdy detal w swoim archiwum zgonów. Patrzę na poczerniałe palce u stóp, zmarniałe genitalia, brakujące paznokcie i zęby trzonowe – typowe ślady wyjątkowego schorzenia, które dotknęło to ciało za życia. Tylko dwie rzeczy odbiegają od normy: równa rana kłuta w przednio-bocznej części szyi oraz cienkie czarne ślady rozchodzące się od obu powiek. Pierwsza niewątpliwie stanowi bezpośrednią przyczynę śmierci, ale te drugie mogą być jej prawdziwym powodem.
Zastanawiam się nad potencjalnym znaczeniem odbarwionych naczyń krwionośnych, gdy Didier wraca w towarzystwie młodego sługi. Milczący chłopiec wręcza mi moją torbę i z napięciem patrzy, jak wkładam rękawiczki i maseczkę. Mam ochotę zadać mu kilka pytań, ponieważ wiem z doświadczenia, że służący często wiedzą o życiu swoich panów więcej niż sami panowie, ale wiem, że nie może mi odpowiedzieć.
– Proszę mi zrelacjonować, co się stało – zwracam się do Didiera.
Wzdryga się, kiedy odchylam jedną z powiek, by obejrzeć poczerniałą spojówkę.
– No cóż, zachorował mniej więcej tydzień temu, może wcześniej… Niewykluczone, że to była grypa. Nie przywiązywaliśmy do tego wielkiej wagi.
Podobnie jak ja.
– Dziwne – mruczę pod nosem.
Źrenice trupa mają niepokojącą barwę, ale nie wiem, czy to skutek urazu, czy reakcji chemicznej. Jeden z głosów sugeruje zwykłe pośmiertne zmętnienie rogówki, podczas gdy inny podejrzewa infekcję. Pojawiają się przede mną wizje moich książek, otwartych na odpowiednich stronach, ale w tej chwili nie potrafię skupić się na słowach. Moje oczy są zajęte.
– Mnie to również zdziwiło – ciągnie Didier. – Był ostatnią osobą, u której spodziewałbym się choroby, ale niedawno zaczęły mu dokuczać dolegliwości związane z wiekiem. Spędził kilka dni w łóżku…
– Ile?
– Hmm… chyba trzy. U mojego ojca to trwało tyle samo.
Sięgam po wspomnienia z ostatniego tygodnia. Napływają do mnie nieostre wizje wieczornej niemocy typowej dla sezonowego zakażenia wirusowego. To znajome i niezbyt niepokojące objawy. Choroba nie jest mi obca. Żadne ludzkie ciało nie jest odporne na inwazję.
– Czas zgonu? – pytam.
– Nie… nie jestem pewien. Émile… ten chłopiec… znalazł go przedwczoraj rano około szóstej. Ciało wciąż było ciepłe.
Oglądam się na sługę. Wpatruje się w trupa ciemnymi oczami, które, choć wytrzeszczone, pozostają suche. Krzyżuje ręce na piersi, a o jego nerwowości świadczy jedynie fakt, że zaciska jedną z szarych dłoni w pięść.
– Co pan wie o tych śladach? – pytam.
Didier spuszcza wzrok na zapadnięte policzki trupa i sam też blednie.
– Nic o nich nie wiem. Miał takie cienie pod oczami od… chyba dwóch tygodni. Nie przyglądałem się im. Podejrzewałem, że jest zmęczony. Za każdym razem, gdy pojawiał się w pokoju mojego ojca, wyglądał coraz gorzej.
Przy wtórze odgłosu, który przyprawiłby o mdłości nawet człowieka o najsilniejszym żołądku, wyłupuję lewe oko trupa. Stawia opór, a gdy wyrywam je z mięśni zewnątrzgałkowych, kilka strużek ciemnego płynu skapuje z odbarwionej twardówki. Jakaś czarna, przypominająca włosy substancja, której nie rozpoznaję, przywarła do zerwanego nerwu wzrokowego. Oplątała cały oczodół i nie ustępuje, gdy ciągnę ją szczypcami. Mój umysł wypełniają teorie i wspomnienia – dotyczące skupisk martwej tkanki, glejaków albo kłębów włosów, jakie czasami wyciągam z żołądków dzieci – ale każda z tych myśli natychmiast się rozwiewa.
Za moimi plecami Didier wierci się niespokojnie. Wiem, że nie lubi takich widoków. Nawet kiedy wspina się na wieżę do pokoju ojca, żeby pomóc w oczyszczeniu rurek i wymianie filtrów, nie potrafi ukryć odrazy. Ale zostaje, żeby odpowiedzieć na moje pytania, chociaż drży z zimna i dyskomfortu.
– Zauważył pan jakieś nietypowe zachowania? – pytam, dźgając tajemniczą substancję.
– Zachowywał się, jakby bolała go głowa, i mocno dygotał. Pod koniec nie był w pełni… obecny. Mówił do siebie… Ale często to robił.
– To by się zgadzało. – Zmęczenie, ból mięśni, nieostre widzenie, zaburzenia procesów myślowych i komunikacji to typowe objawy działania tysiąca nieśmiercionośnych patogenów. Naiwnością byłoby nie brać pod uwagę jakiejś bardziej złośliwej infekcji.
Zbadawszy kanał wzrokowy, chwytam narośl końcówkami szczypiec. Początkowo stawia opór, ale obracam szczypce i wyrywam malutkie kosmyki z tkanki łącznej. Spora część masy oddziela się, a wtedy czarne włoski rozszerzają się i wyciągają w stronę czegoś, co musi być ciałem jakiegoś organizmu. Rozlega się cichy trzask, kiedy odciągam narośl od kości i przez oczodół wyciągam ją na zimne powietrze.
Z krtani Didiera wydobywa się zduszone westchnienie, a po chwili słyszę podobny, ale cichszy odgłos ze strony Émile’a.
– Poproszę o pojemnik – mówię, gdy czarne kosmyki drżą na końcu szczypiec.
Sługa wydobywa z mojej torby cienką fiolkę i przytrzymuje ją, gdy umieszczam w środku istotę. Kiedy zamykam pojemnik i zdejmuję rękawiczki, stworzenie już nie żyje.
Głosy nakazują ostrożność, ale zarazem podsycają ciekawość. Niektóre sugerują, że mam do czynienia z grzybowymi strzępkami, inne skłaniają się ku wiciom, jeszcze inne nie są pewne i przerzucają strony tysiąca biologicznych tekstów, penetrując głębię mojej wiedzy. Ale wszystkie zmierzają ku podobnej, przerażającej konkluzji.
Wygląda na to, że mam konkurencję.ROZDZIAŁ II
II
Trzysta trzydzieści mil na południe od Verdiry – mniej więcej, biorąc pod uwagę nieprzewidywalne, a czasem katastrofalne wstrząsy, które marszczą bądź rozprostowują krajobraz niczym obrus na stole – leży pozbawione śniegu miasto, gdzie czerwienie i brązy ziemi lśnią jak rzeki. To sieć spieczonych słońcem cegieł i rubinowych brukowców, ożywiana przez pachnący oliwą wiatr i nieustanny szum elektryczności. To skarbiec, w którym przechowywana jest ocalała wiedza znanego świata, oś łącząca szprychy linii kolejowych oraz ołtarz, na którym gorliwi poeci składają swoje serca. Potrafi bez trudu odzwierciedlać ich uczucia. W Inultusie został mój mózg.
Otoczona sklepioną czaszką z marmuru i jadeitu, moja biblioteka jest labiryntem nadgryzionych zębem czasu tomów, wiekowych dzienników i licznych okazów, składnicą wszystkich medycznych i biologicznych faktów znanych ludzkości. Jeśli istnieje jakiś opis czarnego organizmu, który lubi gnieździć się w kanale wzrokowym, jeśli jakiś dawno nieżyjący ekspert kiedyś nakreślił ilustrację istoty małej jak palec dziecka o dziesiątkach kończyn zwężających się w cienkie jak włos włókna, to z pewnością znajdę je na tych półkach.
Podczas gdy stoję jak skamieniały w chłodni Château de Verdira, wpatrując się w nieruchomą zawartość fiolki w dłoniach sługi, biblioteka rozbrzmiewa hałasem. Buty stukają na marmurze zalanym blaskiem księżyca, grzbiety nieotwieranych od wieków tomów skrzypią boleśnie, raz jeszcze ujawniając swoje stronice, gwar setek głosów wylatuje przez okna na ciepłe powietrze. W suchym, elektrycznym pulsie miasta można wyczuć paniczny wstrząs, który niesie się od Międzyprowincjonalnego Instytutu Medycznego, ponad krytymi dachówką budynkami, między wysokimi wykwitami czerwonawych liści i wzdłuż tras grzechoczących tramwajów, które wyją jak koty w nocy. Zaskoczenie rozprzestrzenia się po mieście, w ciągu ułamka sekundy docierając do każdego lekarza w Inultusie.
Cichy szok dyskretnie roznosi się po większej części miasta – tu i ówdzie jakiś doktor nagle poważnieje, a pacjent mylnie uznaje jego minę za zwiastun niekorzystnej prognozy, albo chirurg waha się przez chwilę przed idealnym cięciem, nic więcej. Chociaż większość serca podeszła mi do gardła, moje stetoskopy nie odsuwają się od klatek piersiowych, a oczy nie odrywają się od książek.
Tylko jedno ciało, wyczerpane po całym dniu pracy w laboratorium aeronautycznym burmistrza Inultusa, poddaje się ciężarowi mojego zaskoczenia. W zamglonym czerwonym świetle fabryki sterowców zataczam się, a rączki noszy wyślizgują mi się z rąk. Mój pacjent krzyczy, gdy uderza o podłogę z szeroko rozpostartymi kończynami, których stawy, według wszystkich podręczników na Ziemi, znajdują się w miejscach, w których nie powinny. Przetacza się, stękając tak donośnie, że niepokoi stadko szpaków gnieżdżących się w przewodach wentylacyjnych.
– Co pan wyprawia? – Drugi człowiek trzymający nosze, surowy inżynier, pochyla się, żeby pomóc swojemu upadłemu towarzyszowi. – Dziesięć minut temu dźwignął pan połowę silnika, która przygniatała tego człowieka, a teraz nie może go pan utrzymać?
Patrzę na obłok ptaków, które wylewają się ze ścian laboratorium i okrążają olbrzymią, na wpół złożoną kopułę sterowca. Waham się, szukając wytłumaczenia, ale żadne nie przychodzi mi do głowy, więc po prostu wpycham rannego technika z powrotem na nosze i dźwigam je z ziemi.
– Proszę wybaczyć – mówię. – Proszę wybaczyć. – W małej chłodni Château de Verdira mój głos jest bezbarwny i stłumiony. – Émile’u, będziesz musiał przez chwilę potrzymać tę fiolkę.
Młodzieniec kiwa głową i ostrożnie bierze naczynie do ręki, jakby jego zawartość mogła w każdej chwili wrócić do życia. Mocno ściąga wąskie usta i wprawnie odzyskuje spokój, jak przystało na sługę.
Chyba nie zauważa, że trzymane przeze mnie szczypce drżą, gdy odkładam je na stół. To tylko lekkie drganie skądinąd pewnych palców, ale cieszę się, że powierzyłem mu delikatne zadanie trzymania fiolki. Żadna z moich dłoni nie trzęsła się tak od co najmniej pół wieku.
***
Pewien pacjent powiedział mi kiedyś, że istnieje tyle rodzajów śmierci, co kropli w morzu kwasu. Nie zgadzam się. Chociaż morze jest ogromne, z pewnością ma kres.
Łatwo jest przypisać zgon jakiemuś schorzeniu, księżycowej gorączce, czarnym robakom, sepsie, niedokrwieniu, morderstwu, samobójstwu. Tak naprawdę za każdą śmiercią stoi cały zbiór bezpośrednich i ostatecznych czynników, nagłych i stopniowych, przypadkowych i celowych. Kiedy jedno z moich ciał kończy życie, zawsze jestem w stanie odkryć przyczynę, często nawet na poziomie komórkowym. Od czasu do czasu samodzielnie inicjuję ten proces, jeśli żywiciel jest bezpowrotnie uszkodzony albo upośledzony za sprawą wieku. Ale kiedy niszczę ciało, robię to od środka, minimalizując ból i rozlew krwi. Robię to z taką samą niechęcią, z jaką osoba z gangreną odcina sobie palec. Nikt nie robi czegoś takiego, dopóki nie wyczerpie innych możliwości, a ja nie jestem wyjątkiem.
Ta śmierć nie była moim dziełem. Wykluczone są także wypadek, napaść albo próba ucieczki przed bólem zakażenia przez uszkodzoną korę mózgową. Wiem, że nie mogę kierować wszystkich podejrzeń ku czemuś tak prostemu jak zakrwawiony skalpel. Działam w tej branży zbyt długo, by pomylić mechanizm z przyczyną.
Oczywiście trzymam organizm w zamknięciu. Szklana fiolka jest bezpieczna w dłoniach Émile’a, gdzie jak latarnia odbija migoczące światła świeczników. Młodzieniec na nią nie patrzy, tylko trzyma wysoko głowę, jakby wierzył w stare porzekadło, które Sylvie zawsze powtarza przed snem bliźniaczym córkom Didiera: dopóki nie patrzymy potworowi w oczy, nie może nam zagrozić. Dobrze go znam, więc dostrzegam strach kryjący się pod maską stanowczości. W obecności nowego gościa chce zachować nienaganne maniery. Z czasem się do mnie przekona, ale na razie dopuszczam takie formalności. Jak mawia baron, dobrego sługę charakteryzuje umiejętność godnego znoszenia trudów swej pracy.
Émile prowadzi mnie do moich dawnych komnat, umiejscowionych w sercu posiadłości. To skromne lokum, ale nie mam dużych wymagań. Jeden pokój do mieszkania i spania, jeden do mycia, jeden na moje książki, mikroskop i inne niezbędne przybory. Wszystkie trzy są podłączone do kapryśnej sieci elektrycznej i, mam nadzieję, zostały dokładnie wyczyszczone ze śladów krwi.
Émile wpuszcza mnie do rozświetlonych płomieniami komnat i stawia fiolkę z organizmem na półce, obok rzędów znajomych narzędzi i leków. Cofa się do wyjścia, jakby nie chciał odwrócić się do niej plecami. Po drodze mi się kłania, a ja mówię mu, by nie kłopotał się przynoszeniem kolacji. Chociaż ten żołądek potrafi hałasować tak, że drżą kamienne ściany, teraz jest dziwnie spokojny. Uciszyły go wyczerpanie i troski.
W rozświetlonym blaskiem księżyca Inultusie liczne mózgi niestrudzenie pracują. Niektóre zachęcają mnie do natychmiastowej sekcji organizmu i przesłania próbki do miasta. Inne upierają się, że najlepszym wyjściem jest kwarantanna. Jeszcze inne przesyłają mi przebłyski i fragmenty słów oraz wykresów, wyblakłych stron wiekowych tekstów. Moje myśli są bezładne i rozmyte za sprawą odległości, jaka dzieli obiekt badania od moich ksiąg, ale nie wpadam w panikę.
Mózg, który mi tutaj towarzyszy, jest analityczny i dociekliwy. Pracuje sprawnie i elegancko. Zachowuje użyteczne informacje i odrzuca zbędną wiedzę, konsekwentnie i precyzyjnie. Dłonie są pewne, wzrok jest ostry, ciało silne. To jeden z moich najlepszych żywicieli.
Ale z pewnością czuję zmęczenie. Choć gdzie indziej nie śpię, choć ślęczę nad księgami, choć opiekuję się pechowym technikiem, który spadł z noszy w fabryce sterowców, tutaj wślizguję się do łóżka. Zwijam się w kłębek pod pościelą, jak ciepły i bezwładny obolały mięsień, zamykam oczy i patrzę, jak blask księżyca przenika witraże w oknach mojej biblioteki. Słyszę siedemnaście uderzeń zegara w Verdirze, zanim pachnące palmami powietrze utula to ciało do głębokiego snu.ROZDZIAŁ III
III
– Ludzie umierają – mówi baron. – Przyjechał pan po to, by zastąpić mojego lekarza, a nie go opłakiwać.
Staruszek rzęzi i poprawia się na poduszkach, skąpany w delikatnych oparach. Chór maszyn szumi i terkocze wokół niego, pompując płyny przez prymitywne rurki przeplatające jego skórę. Kiedy odsuwa zaplamioną chustkę od niebieskawych ust, wydobywa się z nich paskudny smród.
– Wrzućcie go do pieca i gotowe.
Didier towarzyszy mi przy łóżku swojego ojca, być może po to, by bronić mnie przed jego werbalnymi atakami. Nie wie, że znam barona. To już drugi raz, gdy mam wątpliwą przyjemność mu się przedstawić.
– Monsieur, za pozwoleniem, wolę zachować zwłoki w chłodni i przeprowadzić szczegółową sekcję – odpowiadam.
– Co tam jest jeszcze do oglądania? Draniowi znudziło się opróżnianie basenów, więc się stąd zabrał. – Baron milknie, żeby zakasłać, a może zaśmiać się w chustkę. – Bez trudu mógł się dźgnąć w tę… żyłę, która prowadzi do mózgu.
Dźgnięcie nie było tak precyzyjne, jak można by się spodziewać po akcie samobójczym, ale drżąca dłoń czasem nie trafia w cel.
Didier odchrząkuje.
– Wciąż nie jest jasne, czy on… sam sobie to zrobił.
– A kto inny miałby za tym stać? Émile? Bliźniaczki? Ja?
– Oczywiście, że nie – odpowiadam. Jeśli chodzi o zlecanie egzekucji, baron jest równie kreatywny, jak płodny, ale nawet on niechętnie naraża się Instytutowi. Przynajmniej postarałby się o nowego lekarza przed pozbyciem się starego.
– Dziwi mnie, że nie skończył ze sobą wcześniej. – Baron ociera smużkę śluzu z nosa. – Ale po piętnastu zimach w końcu się załamał.
– Pèren, proszę – syczy Didier. – Są powody, by dokładniej zbadać tę sprawę. Wygląda na to, że coś… coś rosło wewnątrz… – Zatrzymuje się przed tym konwersacyjnym urwiskiem i prosi mnie wzrokiem o pomoc.
– To jakaś narośl w tylnej części oczodołu – tłumaczę. – Być może nowotwór albo pasożyt. – Pomimo całej nocy spędzonej na przeszukiwaniu biblioteki wciąż nie znam szczegółów. Nawet w tej chwili setka palców przesuwa się po linijkach tekstów, ale nikomu nie udało się postawić zadowalającej diagnozy. To nieznana mi choroba, niewykluczone, że zaraźliwa.
– Na kogo się przeniosła? – Baron spluwa w chustkę i rzuca ją na podłogę, skąd zbiera ją Émile, szybki i cichy jak ulotna myśl.
– Wygląda na to, że na nikogo – odpowiadam. – Wszyscy, którzy mieli kontakt ze zwłokami, wydają się zdrowi. A skoro nikt inny w posiadłości nie zgłosił żadnych objawów, do zakażenia prawdopodobnie doszło na zewnątrz. Być może poza Verdirą…
– Znakomicie, a zatem niech zima to zabije – stwierdza baron. – Tylko szaleniec włóczyłby się poza miastem o tej porze roku.
– Z całym szacunkiem, szaleńcy również znajdują się pod moją opieką – ripostuję.
Baron najwyraźniej mnie nie słyszy.
– Powinniśmy byli to przewidzieć. On nigdy nie żył zbyt zdrowo, czyż nie? Stale gdzieś się włóczył, zbyt blisko zmierzchu, zawsze z odkrytą twarzą. Nie był w najlepszej formie. Kiedy był tutaj ostatnim razem, zostawił paznokieć w mojej nerce. – Wskazuje sękatą dłonią jakąś okrągłą, furkoczącą maszynę. – Pieprzony nieudacznik.
Oczywiście nigdy nie dopuszczam się takich niedbałości, ale nie sprzeciwiam się baronowi. Ze wszystkich swoich bogactw najbardziej ceni sobie prawo do narzekania.
– Jeśli źle się pan czuje, monsieur…
– Nic mi nie jest. Cieszę się doskonałym zdrowiem, choć nie dzięki pańskiemu poprzednikowi. – Przez chwilę dokładnie mi się przygląda zamglonymi oczami, które kiedyś były nieskazitelnie niebieskie, a dziś zblakły do matowej żółtawej szarości. – A pan sprawia wrażenie najwyżej w połowie tak kompetentnego jak on. Psiakrew, co Instytut sobie myślał, kiedy tu pana posyłał? Wygląda pan, jakby dopiero tydzień temu wypluł maminy cycek.
– Pèren… – zaczyna Didier.
– Spod jakiego kamienia Instytut was wyciąga?
– Muszę nalegać…
– Zamknij się, Didier. Zadałem pytanie. Spod jakiego kamienia?
Nie pierwszy raz słyszę takie pytania. Tysiąc starszych patriarchów kierowało je do mnie, próbując zyskać przewagę, rozgryźć mnie i zrozumieć dziwaczną naturę lekarzy z Międzyprowincjonalnego Instytutu Medycznego. Czasami skupiają się na aspektach mojego wyglądu, odcieniu mojej skóry, płci, zmarszczkach na twarzy albo nieodmiennie niewielkim wzroście. Nie wiem, czy cokolwiek z tego ma znaczenie dla barona. Już wcześniej zadał mi to pytanie, identycznie je formułując. Wygląda na to, że jest jedną z głównych broni w jego arsenale półobelg.
Chcę zobaczyć, jak unosi brwi, a wskaźniki przy jego maszynach drgają, więc odpowiadam identycznie jak podczas naszego pierwszego spotkania.
– Spod takiego, który najłatwiej obrócić.
Baron trzęsie się pod wpływem czegoś, co przypomina śmiech.
– Równie nieznośny jak jego poprzednicy – kwituje, po czym milknie, żeby złapać oddech, a spod jego odchylonych warg wyłaniają się szare zęby. – Spodziewam się, że wkrótce skończy pan tak samo.
Niemal słyszę trzask stawów Didiera, który napina wszystkie mięśnie, od szyi po kostki.
– Pèren, nie godzi się tak mówić do swojego lekarza…
– Dam panu pół dnia na pokrojenie trupa – wtrąca się baron. – Potem niech się pan go pozbędzie. W tym domu jest już wystarczająco dużo bezużytecznych ciał.
– Monsieur, pół dnia to za mało – zaczynam. – Najpierw muszę…
– Proszę mi oszczędzić wymówek. Niech pan zajmie się tą katastrofą i więcej o niej nie wspomina w mojej obecności. Mam już dosyć kłopotów z zarządzaniem tą całą błazenadą. – Wyciąga sinawą dłoń i potrząsa nią, czekając, aż Émile poda mu czystą chustkę. – A teraz, jeśli łaska, proszę wyjść. Służący także. Cuchniesz jak pies.
Wszyscy kłaniamy się baronowi i wycofujemy się, omijając skupiska rurek i wibrujących maszyn. Wychodzimy na spiralne schody i zaczynamy schodzić z wieży, a kiedy znajdujemy się poza zasięgiem wciąż wyostrzonego słuchu barona, Didier głośno wzdycha.
– Proszę mu wybaczyć. Jest zgorzkniały, ponieważ bardzo cierpi… Nie chcę o tym myśleć, ale sądzę, że zostało mu już bardzo mało czasu.
Didier, tak jak reszta mieszkańców domostwa, z pewnością nie ma oporów, by o tym myśleć, chociaż śmierć barona jest jedynie odległą perspektywą. Ostrożnie szacując, daję mu jeszcze czterdzieści lat. Nie zaskoczyłoby mnie, gdyby przeżył Didiera, karmiąc się jedynie nieustępliwą złośliwością. Takie rzeczy już się zdarzały i dotyczyły ludzi bardziej schorowanych od barona.
Mam sporą kolekcję podobnych pacjentów, którzy furkoczą i rzężą na całym zamieszkanym świecie, od Misulah po wybrzeże, i choć stoją po kolana w grobie, nie mają zamiaru zapaść się głębiej. Szczodrze płacą za możliwość przedłużenia swojego cierpienia, a ja się im nie sprzeciwiam. Muszę utrzymać dziesiątki klinik i wykarmić setki gąb.
– Każdy umiera inaczej – mówię. – Niektórzy bardziej godnie od innych.
– A ten tydzień nie wpłynął najlepiej na jego nastrój. – Didier kręci głową. – Chciałbym szybko się uporać z tym… incydentem. Zależy mi na sprawnym i bezbolesnym przejściu, zapewne tak samo jak panu. Jeśli więc czegoś pan ode mnie potrzebuje, czegokolwiek, proszę śmiało zwracać się do Émile’a.
– Tak zrobię. Dziękuję, monsieur.
– On zawsze potrafi mnie znaleźć. Jest dobrze wychowany i bardzo kompetentny. Chociaż mam nadzieję, że nie przeszkadza panu futro. O proszę… – Służący lekko się krzywi, gdy Didier zdejmuje szary kłaczek z rękawa. – Pomaga sprzątać psie budy.
– Rozumiem.
– Może go pan wysłać do miasta po wszystko, czego pan potrzebuje. Nie musi pan sam opuszczać posiadłości. W samym środku zimy lepiej nie utknąć za murami. Szkoda byłoby stracić dwóch lekarzy w ciągu tygodnia.
W pewnej małej klinice na prerii mózg o paranoicznych skłonnościach próbuje wyczytać w tych słowach groźbę, podczas gdy inny wyśmiewa taką myśl. Didier mi nie grozi, a przynajmniej nie tak sprawnie jak jego ojciec.
– Nie stracicie mnie – odpowiadam szczerze. Żywiciel może ulec mroźnym burzom i upośledzającym chorobom, jakie przynosi zima, ale mnie to nie grozi.
***
Émile się nie odzywa, być może nie potrafi mówić. Ale to nie przeszkadza mu w byciu znakomitym rozmówcą. Jasno przekazuje swoje myśli, marszcząc czoło i kiwając głową, poruszając brwiami, wyginając łokcie i nadgarstki. Jest mistrzem wykuwania żartów i układania trudnych pytań, a także niezwykle wprawnie się uśmiecha, choć nie robi tego często.
Z łatwością ponownie wchodzi w rolę asystenta lekarza. Pomagał mi już wiele razy, przytrzymywał bliźniaczki podczas szczepień, regulował dźwignie i wskaźniki w maszynerii barona, ściskał drżącą dłoń żony Didiera podczas jej nieszczęsnego porodu. Sam Émile być może nie zdaje sobie sprawy, w jak znajomej sytuacji się znalazł, ale jego dłonie to czują.
Towarzyszy mi, gdy rozbieram swoje ciało na części. Jego dłonie w rękawiczkach stukają w chrząstki, mierzą przekroje, przekrzywiają lancet, by spytać za pomocą niebieskawych błysków, gdzie i kiedy wykonać cięcia. Dobrze maskuje obrzydzenie, ale znam go wystarczająco długo, by dostrzegać, jak delikatnie marszczy brew i nerwowo zaciska usta, by skubać zębami wewnętrzną część wargi. Jego ciemne oczy zerkają na zapadniętą twarz trupa, na cienkie ucięte kończyny pasożyta, które kurczowo trzymają się pustego oczodołu. Przywykł do widoku tej twarzy w ruchu, do jej uśmiechniętych ust i refleksyjnie zmarszczonego czoła.
Mnie również smuci, że muszę rozłożyć na czynniki pierwsze swojego dawnego żywiciela, rozebrać tę maszynerię na części, wymazać to, co czyniło ją wyjątkową. Jak każde ciało, również to doznało wielu urazów, unikatowych jak linie papilarne. Znam każdą bliznę, każde pęknięcie, oparzenie czy rozcięcie, każdy ślad rozkładu, który wywołała moja obecność. To ciało dobrze mi służyło i mogłoby przetrwać jeszcze wiele dni, gdyby nie kapryśny skalpel.
Nie widzę śladów walki, a kąt, pod którym ostrze wniknęło w ciało, wskazuje na samookaleczenie. Ludzka anatomia jest głęboko zakorzeniona w moim mózgu, więc moja ręka z pewnością instynktownie trafiłaby w tętnicę szyjną. To zupełnie nie w moim stylu uciekać się do takich metod eliminacji ciała, ale nie mogę zaprzeczyć dowodom, które mam przed oczami. Nie mam pojęcia, kto miałby mnie zabić i z jakiego powodu, więc muszę zakładać, że to moje dzieło, choć uczynione nieświadomie.
Po pobraniu próbek i dokładnym zbadaniu pokrojonych zwłok okrywam je cienkim materiałem. Kiwam głową do Émile’a i zdejmujemy fartuchy oraz maseczki. Wszystko, czego nie da się wysterylizować, ma spłonąć razem z ciałem.
Sługa pomaga mi zanieść okazy do mojej kwatery. Barwimy tkanki i układamy je na szkiełkach w niespokojnej ciszy, a olejne lampy płoną wokół ołtarzyka poświęconego mojemu mosiężnemu mikroskopowi. To wiekowa i rozregulowana maszyneria, zwykła zabawka w porównaniu ze sprzętami, którymi dysponuję w domu, ale zawsze staram się mieć takie urządzenie pod ręką. Warto jest mieć wgląd w samego siebie.
Jeśli natniecie ciało mojego żywiciela, rozsmarujecie jego krew i powiększycie cienką próbkę tkanki w wystarczająco mocnym świetle, przez krótką chwilę, zanim rozpocznie się proces rozkładu, zobaczycie idealnie kuliste białe drobinki. Jeśli każecie im się uśmiechnąć, kąciki ust żywiciela posłusznie się uniosą. Stanie się tak dlatego, że w głębi niezliczonych rdzeni swojej istoty lubię sprawiać innym przyjemność.
Kiedy patrzę w okular mikroskopu, zgodnie z oczekiwaniami zauważam skurczone fragmenty moich komórek. Nie dostrzegam śladów intruza, żadnych czarnych kresek ani pozwijanych wici. Skóra, śluz, tkanka płucna, tkanka żołądkowo-jelitowa – kładę kolejne próbki pod badawczymi soczewkami, ale nie zauważam żadnych oznak patologii. Mój nowy konkurent najwyraźniej potrafi zacierać ślady.
W mojej bibliotece dłonie o długich palcach tańczą po klawiszach maszyny do pisania, zapisując słowa, które wypowiadają moje usta, gdy wpatruję się w mikroskop. Niewiele mogę przekazać, ponieważ ograniczają mnie dostępne substancje chemiczne wykorzystywane do barwienia, rozpuszczania i konserwowania próbek oraz mój sprzęt. _Twór ma 2,5 cm długości i waży 17 gramów_, piszę. _Pod mikroskopem na pierwszy rzut oka przypomina wici, ale w większym powiększeniu ukazuje się bardziej złożona prążkowana budowa. Nie potrafię przyporządkować próbki do żadnej kategorii taksonomicznej. Niektóre cechy wskazują na tkankę grzybiczą, inne na zwierzęcą. Nie dysponuję danymi dotyczącymi zwyczajów rozrodczych ani sposobu przenoszenia. Na razie…_ – moje palce nieruchomieją, gdy rozważam różne możliwości – _…mogę orzec jedynie, że tkanka najwyraźniej łączy w sobie cechy kilku różnych królestw organizmów. Być może nawet tego, do którego ja należę._
– Czymkolwiek ono jest – mruczę pod nosem. Pozostałości niegdyś rozległej światowej bazy danych jak dotąd nie przyniosły odpowiedzi na to pytanie, pomimo moich nieustających poszukiwań. – Myślę, że mogę przesłać próbkę tej istoty do Inultusa. Baker może zespawać odpowiedni pojemnik.
Kilka par ust entuzjastycznie się zgadza, ale większość ostrzega mnie, że odesłanie do miasta potencjalnie zaraźliwego patogenu, o którym niczego nie wiem, to głupota. Muszę przyznać sobie rację.
_Rozsmarowanie fragmentu tkanki pobranego z jednego z odsiebnych przydatków ujawnia fragmenty włóknistej struktury, która przypomina włókna mięśniowe. Być może jest niezbędna dla ruchu lub służy jako mechanizm umożliwiający wniknięcie do organizmu żywiciela. W pobranej próbce ludzkiej tkanki nie odnotowano obecności biczyków, spor, larw ani innych rozpoznawalnych zakaźnych komórek. Jedyną patologiczną nieprawidłowością jest sam makroskopijny organizm._
Sto siedemdziesiąt dwie mile na południowy zachód od Verdiry wyciągam tasiemca długiego jak moja ręka z gardła syna karawaniarza.
– Być może nie ma w tym niczego więcej ponad to, co widzę – mówię do siebie spoza jałowej prerii. Mój pacjent, biedne dziecko, rozwiera pięści i próbuje się uśmiechnąć z tasiemcem w ustach. Nie wie, że nie mówię o pasożycie, którego większa część zapewne wciąż wije się w jego wnętrznościach. – Nawet tasiemiec takich rozmiarów początkowo ma postać pojedynczej komórki, która unosi się na powierzchni stojącej wody. Ale wielu z jego kuzynów nie podlega tak drastycznej przemianie.
– No i po co pan mu to mówi? – pyta matka pacjenta, ściskając jego ramiona dłońmi w skórzanych rękawiczkach. – Proszę po prostu ciągnąć.
Dostrzegam sens w swoich słowach. Może to kłębowisko czarnych odnóży zawsze tak wyglądało? Może wydawało mi się, że to tylko kłaczek wypluty przez jednego ze stale krztuszących się kotów mieszkających w posiadłości.
– Ale czegoś takiego nie da się zapomnieć – wyrzucają z siebie moje usta w Verdirze, a Émile zerka na mnie z zaciekawieniem.
Wijące się wici wnikające w jednego z moich żywicieli przez otwór w ciele z pewnością zwróciłyby moją uwagę. Taki widok zapisałby się w mojej pamięci, podobnie jak doznania towarzyszące wchłonięciu obcego organizmu i jego zagnieżdżaniu się pod skórą. Chyba że ta malutka istota wydrążyła dziury w moim mózgu i spowodowała luki w pamięci, dosłownie i w przenośni.
To absurd, że coś takiego niezauważenie żyło we mnie przez całe dnie – a może nawet tygodnie – rozrywając starannie budowane obwody nerwowe. Mam za sobą pół wieku tańczenia wzdłuż tych żył, patrzenia tymi oczami, unoszenia się na falach emocji i logiki w cudownych sieciach aksonów. To ciało było dla mnie domem, tak jak dla miliardów innych mieszkańców, dla królestw i społeczności delikatnych biczyków i sztywnych pręcików, dla placówek drobinek i protistów, które handlowały ze sobą, rozmawiały i toczyły bitwy. Ale teraz mam wrażenie, że wszystkie pomieszczenia i klatki schodowe w tym znajomym budynku pozamieniały się miejscami pod moją nieobecność.
Moje westchnienie, tak ciężkie, że odbija się echem od Verdiry aż po zalewiska na południu, najwyraźniej wystraszyło młodego sługę. Staje na baczność z pincetą w jednej dłoni i miską pełną środka odkażającego w drugiej.
– Émile’u – odzywam się. – Domyślam się, że po raz pierwszy masz do czynienia z taką istotą? – Nie muszę wskazywać fiolki.
Kiwa głową.
– To… coś nowego. – Większość moich ust podpowiada kolejne określenia, niektóre rozsądne, inne nie bardzo, a ja uświadamiam sobie, że okaz powinien otrzymać nazwę. Sto głosów narzuca się ze swoimi propozycjami: _Macrosporidia_, _Pseudomycota_, Odkrycie 814-Verd, Do-Późniejszego-Ustalenia #290… nie, #289, w zeszłym tygodniu sklasyfikowano słonowodnego minoga. – Cokolwiek to jest… – mówię, częściowo do siebie, a częściowo do służącego, który stoi obok mojego żywiciela w Verdirze – …z pewnością nie brakuje temu inteligencji, skoro potrafi wędrować przez ciało, nie pozostawiając śladów.
– Być może są jakieś ślady, których jeszcze nie dostrzegam – zapewniam siebie z jednej z klinik na zalanym ropą wybrzeżu.
Odwracam się do Émile’a.
– Dasz mi znać, jeśli natrafisz w domu na coś nietypowego? – Młodzieniec unosi brew. – Bardziej nietypowego niż zwykle.
To wywołuje na jego twarzy grymas lekkiego rozbawienia. Kiwa głową.
– Myślę, że powinienem cię teraz odprawić. – Zerkam na swój czasomierz, a po chwili robię to ponownie, jakby jego niestrudzona tarcza mogła mi powiedzieć, gdzie się podziało pięć godzin i dwanaście minut. – To było długie popołudnie. Potrzebujesz trochę czasu dla siebie.
Odwraca się w stronę wyjścia, niewątpliwie zamierzając skierować się do psich bud, gdzie będzie bezgłośnie pogrążał się w smutku wraz ze swoimi niemymi przyjaciółmi. Ale zatrzymuje się w drzwiach i nieśmiało zgina palce dłoni, jakby chciał coś wyrazić, ale nie wiedział jak.
– Masz jakieś pytanie?
Przygryza wargi.
– O co chodzi?
Patrzy na swoje stopy, potem na ścianę, a jego palce nieruchomieją.
– Chodzi o to, jak umarł mój poprzednik?
Unosi dłoń do szyi.
– Ja też tak uważam. Ale jeśli wiesz coś więcej, zachęcam, żebyś się tym ze mną podzielił.
Kręci głową.
– W takim razie dziękuję za twoją pomoc, Émile’u. Powiadom mnie, jeśli odkryjesz coś ciekawego. Albo jeśli zachorujesz.
Mruga potakująco, ale dobrze wiemy, że nie pojawi się u mnie w stanie podobnym do mojego dawnego ciała, z zapadniętymi, poczerniałymi oczami i otępiałą miną. Ten chłopak nigdy w życiu nie chorował.
Jego nieskazitelne zdrowie jest jednym z wielu powodów, dla których kiedyś miał wrócić ze mną do miasta. Ale Didier stanowczo odmówił, pomimo moich szczodrych ofert. Podał tylko jedną przyczynę, która wciąż wydaje mi się bezsensowna. Zmarszczył czoło, wytarł okulary połą koszuli i powiedział:
– Ci, którzy się tutaj urodzili, także tutaj umierają, doktorze. Tak już jest.
Kiedy Émile znika w ciemnym korytarzu, zastanawiam się, czy to nie była stracona okazja. Chłopak ma bystre oczy i umysł, a jeśli jego niemota ma podłoże neurologiczne lub psychogeniczne, a nie fizjologiczne, zapewne da się ją wyleczyć. Ale teraz jest już za duży, a ja mam dostęp do wielu inteligentnych i utalentowanych istot ludzkich. Nie potrzebuję Émile’a, a lubię go na tyle, że nie chcę go unicestwić.