Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Las Przeznaczenia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
7 maja 2026
Audiobook
34,99 zł
3070 pkt
punktów Virtualo

Las Przeznaczenia - ebook

„Las Przeznaczenia” to finałowy tom „Opowieści Żmudzi” – poruszającej historii o miłości, stracie i odwadze, która rodzi się wtedy, gdy nie ma już dokąd uciec.

Wiosna 1401 roku. Uwięziona przez Krzyżaków Sonka zmierza pod strażą do Malborka. Gdy konwój zostaje rozbity w puszczy, dziewczyna trafia w ręce ludzi Medysa i szybko przekonuje się, że ocalenie nie zawsze oznacza wolność.

Ginwił, namiestnik Gaury, poruszy niebo i ziemię, by odnaleźć swą podopieczną, choć dla bojarów i kniaziów nie jest to teraz najważniejsze. Wszyscy wokół mówią o nadchodzącej wojnie, a wśród sprzymierzeńców kryje się zdrajca. Po raz pierwszy Ginwił pojmuje, że bez Sonki jego życie nic nie znaczy.

A tymczasem samotna wśród obcych Sonka, przetrzymywana w leśnej osadzie, stara się zdobyć zaufanie tych, którzy wcześniej widzieli w niej tylko wroga. Bo są miejsca, gdzie krzyżują się wszystkie drogi – i gdzie los wystawia człowieka na ostateczną próbę.

Magdalena Kawka – pisarka z zamiłowania, z wykształcenia socjolog. Autorka książek o tematyce obyczajowej i historycznej. Spod jej pióra wyszły m.in. „Alicja w krainie konieczności”, „Rzeka zimna”, „W zakątku cmentarza, czyli koniec wieczności”, „Wyspa z mgły i kamienia”, „Na jedną noc” oraz saga „Lwowska odyseja”. Współautorka czterotomowego cyklu „Kobiety nieidealne” i powieści „Tuż za rogiem”. Kiedy nie pisze, czyta, a gdy nie czyta – redaguje teksty innych autorów.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8444-590-7
Rozmiar pliku: 638 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Dawno temu, nim postawiono pierwsze zamki i chrzcielne misy zanurzyły się w wodach Niemna, ziemię Żmudzi okrywała puszcza bez kresu. Wśród jej borów znajdował się jeden, o którym szeptano przy ogniskach i którego nazwy nie wymawiano głośno.

Mówiono, że zasadziły go boginie losu, gdy świat był jeszcze młody. W jego korzeniach splątały nici przyszłości, a w liściach zapisały imiona tych, co mieli nadejść. Kto wszedł między jego dęby, stawał twarzą w twarz nie z tym, czego szukał, lecz z tym, co mu przeznaczono.

Jedni widzieli w nim śmierć, której nie mogli uniknąć. Inni – oblicze dziecka, które dopiero miało się narodzić. Byli tacy, co wychodzili z lasu z darem proroczego słowa, lecz częściej ludzie wracali milczący, z oczyma pustymi jak wypalone węgle. A wielu nie wracało nigdy – jakby bór ich połknął, nie zostawiając śladu.

Starszyzna powiadała, że w samym sercu rośnie drzewo starsze od wszystkich bogów, jego korona dotyka gwiazd, a korzenie piją z piekielnych czeluści. Tam zapisane jest wszystko, co się wydarzy – lecz tylko nielicznym wolno to ujrzeć.

Jedno tylko zdawało się pewne: kto raz przekroczył jego granicę, już nigdy nie był tym samym człowiekiem.

Bo to nie był zwykły bór, lecz Las Przeznaczenia. I właśnie tam, w cieniu pradawnych drzew, miało się rozstrzygnąć, kto ocaleje, a kto zginie. Tam krzyżowały się wszystkie drogi i mieli spotkać się ci, których los od dawna ku sobie prowadził.ROZDZIAŁ I

Zawsze lubił zmierzch, ów gasnący powoli stan zawieszenia między światłem a cieniem. Trwał zbyt krótko, by nazwać go dniem czy nocą, a jednak mieścił w sobie prawdę obu. Ale dziś drażniła go ta nietrwałość. Nad Gaurą zapadała czujna ciemność, jakby lasy i pola na coś czekały. A może na nic nie czekały? Może tylko jemu się zdawało, że na świecie zabrakło równowagi.

Wpatrywał się w dogasający w palenisku ogień. W żarze trzaskały spopielone polana, lecz nie dawały już ciepła, tylko cierpki dym, który szczypał w oczy.

Za drzwiami rozległo się skrzypnięcie desek – pewnie wiatr poruszył klamką. Albo to wierny Dugna kręcił się po korytarzach, martwiąc się o swego pana, który od kilku niedziel nie przespał ani jednej nocy i rzadko bywał w Gaurze. Wpadał tu jak po ogień, zniecierpliwiony, obojętny na codzienne sprawy zamku, z marsową miną pisał jakieś listy, wysyłał gdzieś umyślnych i znowu znikał na kilka dni. Zmizerniał i trochę się zgarbił, a jego oczu już dawno nie rozświetlał blask. Wszyscy szeptali, że zbliża się wojna z Krzyżakami i Ginwił objeżdża bojarów, których ziemie sąsiadują z Gaurą. Ale Dugna był najbliżej swego pana i dobrze wiedział, że to nie wojna spędza mu sen z powiek.

Deski wciąż skrzypiały, lecz Ginwił nie podniósł głowy. Miał przed sobą kielich z winem, lecz nawet nie umoczył w nim ust. Ze ściągniętymi brwiami wpatrywał się w leżący na stole medalion. Wygrawerowano na nim herb. Nie był to znak żadnego oficjalnego rodu, nie figurował w księgach ani herbarzach. Gdy przed laty Krzyżacy spalili Gaurę, Ginwił znalazł go na dymiącym jeszcze pogorzelisku. Czerwone tło i półksiężyc w czerni przebity pionowym mieczem – znak Wojsznuda, nieślubnego syna Kiejstuta i kapłanki bogini Praurimy. W herbie Kiejstuta i jego prawowitego syna, Witolda, widniały Słupy Giedymina, do których Wojsznud nie miał prawa. Stworzył więc własny – jako symbol odrębności, ale i świadectwa krwi, której nie chciał się wyrzec. Miecz przypominał mu o ojcu – o sile i litewskim dziedzictwie. Księżyc – to była jego matka, której życie toczyło się w cieniu świątyń i rytuałów nocy, zanim poznała Kiejstuta.

Nie wiedział, kto wygrawerował ten symbol w złocie – może sam Wojsznud, może ktoś z jego ludzi. Nie był to jednak zwykły znak, lecz ślad tożsamości rodu, który w pewnym sensie zaczął się od Wojsznuda i na nim by się zakończył, gdyby Vakare nie znalazła na drodze małej zapłakanej dziewczynki, patrzącej z daleka, jak płonie jej dom. I nie zabrała jej do wiedźmowej chaty.

Tamtego dnia Ginwił, pełen rozpaczy po stracie żony, schował medalion do skrzyni i więcej o nim nie myślał. Znalazł go niedawno, przypadkiem, między starymi pamiątkami, których nikt już nie przeglądał. Dręczyła go myśl, że zapomniał o nim na tyle lat i nie zdążył pokazać klejnotu Sonce. Zapewne niczego by to nie zmieniło, nie odwróciłoby biegu wydarzeń, ale jeśli dodatkowo mógł się o coś obwiniać, czynił to bez wahania.

Na myśl o Sonce znów poczuł ucisk w sercu. Gdzie ona teraz jest? Żywa? Cierpiąca? Każdej nocy, gdy kładł się spać, wyobrażał ją sobie skuloną z zimna, samotną, pozbawioną nadziei. Najgorsze, że nie miał żadnej odpowiedzi, tylko bezsilne domysły, które coraz mocniej ciążyły mu na piersi.

Leżący u jego stóp Gałgan zaskomlał cicho przez sen. Bliskość jej psa krzepiła i niosła jakąś irracjonalną nadzieję. Sonka i Gałgan – zawsze razem, gdzie ona, tam i on. Może był głupcem, ale bardzo chciał wierzyć, że ta nierozerwalna więź jakimś cudem sprowadzi dziewczynę z powrotem.

Ostatni raz widział ją w wiedźmowej chacie, poszli wtedy do lasu, gdzie wyjawił jej, że chciałby, by poślubiła Algirdasa. I jednocześnie, niczym ostatni głupiec, na moment uległ słabości. Przypomniał sobie, jak trzymał Sonkę w ramionach – przez ulotną chwilę, która bolała bardziej niż rana. Wciąż pamiętał, jak na niego patrzyła. Od jej wzroku zapłonął w nim ogień, który uważał za wygaszony na zawsze. Od śmierci Liny kobiety niewiele go interesowały, nauczył się obchodzić bez nich, przeżywać rozkosz bez nich. Albo z nimi, lecz bez oczekiwań i bez jutra.

Dziś niczego bardziej nie żałował niż tego, że zamiast mocniej przytulić Sonkę, błagać, by go nie zostawiała – stłumił pożądanie i znowu wdział pancerz. Pozwolił dojść do głosu mężczyźnie, na którego barkach spoczywała odpowiedzialność za protegowaną Jagiełły i za ziemie, które dawno temu powierzono mu we władanie. Wciąż miał w pamięci jej spojrzenie: najpierw promienne, pełne nadziei, a zaraz potem jakby ktoś zdmuchnął wszystkie świece w izbie. Choć postąpił słusznie i rozważnie, zawiódł. Myślał, że w ten sposób zdoła ją ochronić i przekonać, że powinna wrócić do Gaury.

Sonka sprawiała wrażenie spokojnej, ale jej zgoda na ślub z Algirdasem brzmiała jak pogodzenie się z wyrokiem. A potem i tak zrobiła, co chciała – wraz z Saule wyruszyła do Ragnety. I przepadła.

Z opowieści brata Teobalda wiedział tylko tyle, że ten stracił ją z oczu, gdy straże ruszyły za nimi przez podziemne korytarze. Ledwie powłóczący nogami zakonnik zdołał donieść wpółprzytomną Ugne do tajnego przejścia prowadzącego do lasu, gdzie czekała Saule. Nie mógł wrócić po Sonkę, bo dziedziniec w jednej chwili zapełnił się strażnikami. Przeszukiwano zamek, a potem podniesiono bramę i kilku jeźdźców wyruszyło w pościg za zbiegami. Teobald nie miał już czego szukać u Krzyżaków.

Ginwił nie siedział z założonymi rękami. Natychmiast wysłał ludzi do Ragnety – po trzech dniach wrócili z wieściami, że Sonki nie ma w zamku. Tylko tyle zdołał się dowiedzieć, choć i to mogło mieć niewiele wspólnego z prawdą. Żuław również nie zdołał pomóc; od kiedy wyszła na jaw zdrada brata Teobalda, nie mógł wrócić do Ragnety. Kolejni umyślni ruszyli dalej, do Tylży, gdzie krzyżackie drużyny często zatrzymywały się na nocleg lub zmianę koni. Ginwił miał tam swoich ludzi: dawnego sługę w zamkowej kuchni, który znał twarze i umiał słuchać, oraz polskiego flisaka, obsługującego prom na Niemnie. Każdemu obiecał zapłatę i ochronę. Każdemu dał dokładny opis: panna o rudych włosach, młoda; mogła być zakuta w łańcuchy, może chora. Ale żaden nie wrócił z wieścią. Sonka znikła, jakby ją ziemia połknęła. Albo ci, którzy ją więzili, zadbali, by nie został po niej ślad.

Uparcie wierzył, że ta młoda, pełna zapału, odważna dziewczyna, którą król powierzył mu w opiekę, wciąż żyje. Nie dopuszczał do siebie myśli o jej śmierci i wciąż próbował ją odnaleźć – przez pośredników i przekupionych strażników – ale bezskutecznie. Powinien w końcu zawiadomić Jogaiłę, lecz do tej pory tego nie zrobił. To była kolejna sprawa, która uwierała Ginwiła jak kamień w bucie.

Skrzypnęły drzwi. W progu stanął zgarbiony zakonnik w wyblakłym habicie. Kaptur zsunął mu się z głowy, odsłaniając siwiejące włosy, przycięte krótko na karku, i twarz naznaczoną zmęczeniem. Miał cienie pod oczami i zaciśnięte usta, a splecione ręce, ukryte w za długich rękawach, lekko drżały.

– Pozwolisz? – zapytał, nie ruszając się z miejsca.

Dopiero gdy Ginwił skinął głową, podszedł i usiadł przy stole. Podciągnął habit i położył dłonie na blacie.

– Znowu nie śpisz. Jej to nie pomoże, a ciebie pozbawi sił. Musisz być rozsądniejszy.

Ginwił nie odpowiedział, słyszał to już tyle razy, że przestał zwracać uwagę. Jakby ludzie nie rozumieli, że noc przespana bez koszmarów jest darem, którego on został pozbawiony. W płytkim, niespokojnym śnie pojawiały się istoty, jakich nikt by nie chciał spotkać nawet w najbardziej słoneczny dzień.

Pustym wzrokiem wpatrywał się w ledwo tlący się żar.

– Wieczorem wrócił człowiek z Ragnety. Przyniósł wieści, że służący w zamku Litwin twierdzi, iż Krzyżacy przetrzymują w lochach jakąś niewiastę. Nie wie kto to, bo nikogo do niej nie dopuszczają. Mówi, że widział tylko, jak dwóch braci w czerni wynosiło wiadro z wodą i zakrwawione płótno. Raz ponoć usłyszał krótki krzyk. Ale ten szybko się urwał. A potem podwojono straże wokół tej części zamku.

Teobald mu nie przerywał.

– Powiada, że pewnego wieczoru słyszał na dziedzińcu dobiegającą z lochów modlitwę po żmudzku do chrześcijańskiego boga. Nie pieśń, nie zawodzenie, tylko cichy szept. I jeszcze… – Ginwił zawahał się na moment – że ktoś tam powiedział: „Nie zabijecie mnie tak łatwo”.

W palenisku trzasnęła iskra. Teobald poprawił się na zydlu i westchnął z rezygnacją.

– Opłaciłeś go?

– Mieszek soli i pozwolenie, by jego siostrzeniec wrócił z lasu do wsi. Ukrywał się po tym, jak kucharka złapała go na kradzieży. – Ginwił odchylił się na krześle. – Sam wybrał, czego chce, nie targował się.

– I ty mu to wszystko dałeś?

– Dałem.

– A on ci w zamian dał szept i cień z lochu… – W głosie mnicha nie było wyrzutu, tylko znużenie. – Już nie pierwszy raz słyszysz to, co pragniesz usłyszeć, a nie to, co jest prawdą. I znów płacisz. Tracisz, Ginwile, czujność i zdrowy rozsądek, skoro nie potrafisz rozpoznać, że ktoś łże jak pies. Wierz mi, zamek w Ragnecie ma jeszcze część ścian drewnianych, ale cele więzienne zbudowano z grubego kamienia. – Pokręcił głową. – Nie usłyszałbyś stamtąd dźwięku trąby, choćbyś nawet przyłożył ucho do muru. Nie mówiąc o tym, że Sonka jest chrześcijanką i uczyła się wiary w ojczystym języku. Na litość boską, jak mogłaby modlić się po żmudzku do chrześcijańskiego boga?

Ginwił milczał uparcie. I bez perswazji zakonnika dobrze wiedział, że oszukuje rozum, chwytając się każdego strzępka nadziei. Patrzył pustym wzrokiem w dogasający żar. Może szukał tam odpowiedzi, których nie potrafili dać mu ludzie?

Teobald przechylił się przez stół i wyciągnął ręce, jakby chciał dotknąć dłoni Ginwiła, lecz się powstrzymał.

– Nadzieja to dobry ogień, ale zły doradca – powiedział.

– A jeżeli jedyne, co mi zostało, to ten płomień? – spytał cicho namiestnik. – Jeśli bez niego już nie wstanę?

– To niech cię ogrzewa, ale nie prowadzi. Jak będziesz podążał za każdym, kto mówi „widziałem cień w lochu” albo „słyszałem szept w murze”, to prędzej stracisz głowę, niż odnajdziesz dziewczynę. – Zawahał się, po czym dodał już łagodniej: – Szukaj, lecz nie dawaj się oszukiwać w imię nadziei. Nie każda nadzieja jest prawdą, nawet jeśli bardzo tego pragniesz. Tak jak nie każdy, kto mówi, że coś widział, ma czyste intencje.

– A ty, bracie Teobaldzie? Wierzysz, że ona jeszcze żyje?

Stary mnich westchnął i potarł policzek.

– Przestrzegałem, że w razie czego ma zapomnieć, kim jest, i trzymać język za zębami. Mówiłem, że to ją ochroni… – Zacisnął usta. – Ale tak po prawdzie to nie chciałem, by jeśli ją pochwycą, stała się zagrożeniem. Krzyżacy by ją wykorzystali, aby zyskać przewagę nad tobą. Mogliby stawiać warunki Jagielle. Myślałem, że lepiej, by udawała niedojdę. – Rozłożył ręce. – A teraz już sam nie wiem, czy dobrze radziłem… Może gdyby wiedzieli, kim jest, dbaliby o nią jak o cennego więźnia. I nie musiałbyś teraz zachodzić w głowę, gdzie się podziała. Wybacz staremu głupcowi…

Ginwił miał ściągniętą twarz.

– Niedojdę? Przecież Sonka nawet nie wygląda jak zwykła dziewka, od razu znać po niej szlachetne urodzenie. Nie musiałeś mnie chronić, to ona wymagała opieki.

– Musiałem. – Choć jeszcze przed chwilą Teobald sprawiał wrażenie, jakby się wahał, jego głos stwardniał. – Nie jesteś sobą. Zapomniałeś, że nie chodzi tylko o Sonkę. Ta sytuacja może zniweczyć nasze plany, jeśli Krzyżacy się zorientują, że wszystko, co robisz, kręci się wyłącznie wokół niej. Miesiące przygotowań mogą pójść na marne. Sam dobrze wiesz, jak wielką szansę zaprzepaściliśmy… – Westchnął ciężko.

Obchodził go los Sonki, wszakże nie mógł przeboleć, że to przez jej wyprawę ratunkową Krzyżacy dowiedzieli się o tajnym korytarzu prowadzącym z wąwozu zwanego Czarną Szyją do zamku. Z Ragnety docierały wieści, że podziemia dokładnie przeszukano, a przy wejściu w lesie wzniesiono strażnicę.

Ginwił zacisnął zęby i wziął głębszy oddech, potem zaś powoli wypuścił powietrze. Teobald miał rację, dwie lekkomyślne dziewki, z których żadna nie grzeszyła zdrowym rozsądkiem, nic nikomu nie mówiąc, zapuściły się prosto w paszczę wilka, wyobrażając sobie, że są sprytniejsze i bardziej przebiegłe niż cały Zakon.

– Wybacz, bracie – zreflektował się. – Ta bezsilność mnie dobija. Nie mogę pojąć, dlaczego tak skrzętnie ukrywają, że ją pojmali. Co oni knują? Algirdas ma oczy i uszy w Ragnecie, a nawet on nie zdołał się dowiedzieć niczego pewnego. Jedni mówią, że przetrzymują ją w lochach, inni, że… – Zająknął się i z trudem przełknął ślinę. – Że zginęła podczas waszej ucieczki. Słyszałem też, że wywieziono ją w nieznanym kierunku. Do diabła! – Uderzył pięścią w stół. – Same przypuszczenia, żadnych pewników. Krzyżacy dobrze wiedzą, kim ona jest. Przyczaili się i czekają na mój ruch. – Wyprostował się i popatrzył na zakonnika. W jego oczach błysnęła determinacja. – Trudno, istnieje tylko jeden sposób i zamierzam go wykorzystać. Oddam im tego Krzyżaka w zamian za nią – powiedział i nie czekając na reakcję Teobalda, dźwignął się z krzesła. – Dugna! – zawołał. – Przynieś pergamin i kałamarz – rozkazał, gdy sługa stanął w komnacie. – I zapal więcej świec.

Teobald posłał mu ostrzegawcze spojrzenie.

– Uważaj, nie działaj pochopnie, gra w otwarte karty bywa ryzykowna. W Ragnecie na razie tylko podejrzewają, że więzisz Wilhelma de Brühla. Teraz dasz im broń do ręki. Nie wiesz, jak ją wykorzystają. Zamiast negocjować, mogą stanąć z oddziałem zbrojnych u bram Gaury – powiedział. – Jesteście przygotowani do obrony?

Ginwił zaśmiał się gorzko.

– Od kilku niedziel karmię drużynę Algirdasa, jakby garść najemników miała nas ocalić. – Pokiwał głową. – Uderzą, ale jeszcze nie teraz. Najpierw będą negocjować – dodał zamyślony.

– A Urbutas? – zapytał cicho Teobald. – Obiecałeś tego Krzyżaka Medysowi w zamian za syna. Pamiętaj, Duch jest nieobliczalny. – Przerwał na moment, jakby się zastanawiał, ile może powiedzieć. – Znam go dobrze, nieraz przekazywałem mu wieści o ruchach krzyżackich oddziałów. Którędy pojadą, ile ich będzie, kiedy wyruszą. Zawsze wiedział, jak i gdzie uderzyć, nie walił na oślep, wszystko starannie przygotowywał. Ma głowę do wojny, a las to jego dom.

Ginwił uniósł lekko brwi, lecz nic nie powiedział.

– Ale to trudny sojusznik. Z nim nie ma umów na później. Jak coś ma być zrobione, to natychmiast. Dziś. Przymierza obowiązują tylko tu i teraz. Bo jutro może już nie wierzyć albo zmienić zdanie. Ten człowiek zna tylko skrajności. Albo masz jego zaufanie, albo jesteś zdrajcą.

– Dlatego chciałem się spotkać – mruknął Ginwił. – Żeby ustalić warunki, zanim oddam Krzyżaka. Ale zniknął. Żuław powiedział, że nie przyjdzie. Od tamtej pory cisza. Kilka razy próbowałem nawiązać kontakt, bez skutku.

Teobald skrzywił się lekko.

– To nie wróży dobrze… Medys nie potrzebuje wiele, by uznać, że go wystawiłeś. Urbutas, jeśli jeszcze żyje, nie będzie miał lekko.

Ginwił przygasł, odwrócił się i spojrzał w ogień.

– Wiem – odrzekł krótko. – Ale nie mogę nic zrobić, dopóki któraś z tych przeklętych stron się nie ruszy.

W jego spojrzeniu na chwilę znów pojawiło się zmęczenie, które tak długo skrywał pod maską działania. Wspomnienie syna zabolało.

– Próbowałem – powiedział w końcu. – Posyłałem ludzi, dawałem znaki. Żuław miał przekazać wieści… – Przerwał. – A może ten kuternoga próbuje zyskać coś na boku?

Zakonnik pokręcił głową.

– Można mu ufać – oświadczył z przekonaniem. – Od dawna masz jego lojalność.

W odpowiedzi namiestnik wzruszył tylko ramionami.

– Czekałem, aż Medys sam się pojawi, ale zniknął. Przepadł z całą swoją watahą. Doszły mnie słuchy, że zmienił kryjówkę. Nie wiem po co, skoro i tak mało kto ją znał. – Zamilkł na chwilę. – Mogę tylko mieć nadzieję, że Urbutas żyje.

– I mimo to chcesz przekazać Wilhelma Krzyżakom? Bez gwarancji, że w zamian oddadzą Sonkę? Że w ogóle ją mają? Czy to roztropne?

Ginwił spojrzał mu prosto w oczy.

– Nie mam innego wyjścia. Muszę im wystawić Wilhelma. Albo przynajmniej niech myślą, że to zrobię.

– Jak chcesz to osiągnąć?

– Zamierzam ich zmusić, by odkryli choćby skrawek własnych kart.

Teobald miał więcej obaw, ale nic już nie powiedział. Z przyjemnością patrzył na odmienionego przyjaciela, w którego wstąpiła nowa energia. Coś w nim się spięło, wróciło na miejsce, zastępując wcześniejszą niemoc i bezsilność.

Gdy list został już napisany, Ginwił zalakował go, odcisnął swoją pieczęć i skreślił jeszcze kilka słów na osobnej kartce, a potem zwrócił się do Dugny:

– Jutro skoro świt pojedziesz na wzgórza Eržvilkas i przekażesz oba listy Algirdasowi. Weź ze sobą dwóch zbrojnych i wracaj tak szybko, jak to możliwe.

Chłopak skinął głową i wyszedł zadowolony, że jego pan znowu przypomina dawnego siebie.

– Dlaczego nie prosto do Ragnety? – Teobald nie krył zdziwienia.

– Bo nie zamierzam od razu padać przed Zakonem na kolana. I lepiej, żeby list szedł przez pośredników. Nie martw się, w razie gdyby wpadł w niepowołane ręce, nie ma w nim słowa o jeńcu.

Teobald nie odpowiedział, ale brew lekko mu drgnęła.

– Więc o czym pisałeś?

Ginwił wyprostował się na krześle.

– Chcę się spotkać z komturem. Jeśli naprawdę podejrzewa, że mam Wilhelma, będzie wiedział, po co to spotkanie. W listach można napisać wszystko, mógłby kłamać, że ma Sonkę…

Brat Teobald wszedł mu w słowo.

– Albo kłamać, że jej nie ma. Ale prędzej wysłałby Gotfryda, dowódcę straży. To jemu powierza takie misje… – Podrapał się po głowie. – Tyle że Gotfryda zmogła gorączka. Krążą słuchy, że w zamku zaraza – dodał ze źle skrywanym żalem.

Jeszcze niedawno wiedział o wszystkim, co się działo w Ragnecie, i potrafił wykorzystywać to w odpowiedni sposób. Trudno będzie wprowadzić między Krzyżaków kogoś, kto mógłby zająć jego miejsce

– Ech, bracie Teobaldzie… – Ginwił jakby przejrzał jego myśli. – Wszystko się skomplikowało. Ta młoda wiedźma odzyskała wolność, ale czy jej życie warte było takiej ceny? W dodatku straciłem informatora, a ty znów musisz się ukrywać.

Następnego ranka Ginwiła wyrwało ze snu natarczywe pukanie do drzwi komnaty. Ziewnął i przeciągnął się, odrzucając futro. Choć noce robiły się coraz cieplejsze, w murach Gaury wciąż trzymał się uparcie chłód, zwłaszcza nad ranem. Kamienna podłoga była lodowata, a w kątach zalegał półmrok, mimo że słońce stało już wysoko. Pierwszy raz od dawna Ginwiła nie dręczył Cień Snu, owa złowroga obecność wysysająca siły, towarzysząca mu od wielu nocy. Nie przyszła też Laume, upiorna kobieta o długich piersiach, które przewieszała sobie przez ramiona. Zazwyczaj przyciągała go i osaczała, ledwie przyłożył głowę do poduszki. Nie pomagały na nią żadne zioła ani zaklęcia.

Dziś miał dobry, głęboki sen bez koszmarów. I spałby dłużej, gdyby nie owo uporczywe pukanie. Najpierw pomyślał ze złością, że musi zmyć głowę temu niecierpliwemu chłopakowi, bo za wiele sobie pozwala. Dopiero po chwili wróciło wspomnienie, że Dugna zapewne jest już w drodze na wzgórza Eržvilkas.

– Czego?! – krzyknął zaspanym głosem. – Wejść! I lepiej, żeby to było coś ważnego – mruknął pod nosem.

Do komnaty wsunął się strażnik.

– Panie, musicie zejść do lochu. Mnich mówi, że to pilne.

Siedzieli wczoraj, aż zaczęło świtać, a kilka godzin później brat Teobald już jest na nogach? Czy ten człowiek w ogóle nie potrzebuje snu? – zdziwił się Ginwił. Jednocześnie tknęło go niepokojące przeczucie. Nie pytając o nic więcej, włożył buty i w biegu naciągnął na plecy skórzany kaftan.

Szybko pokonał kamienne schody. Na dole panował jeszcze większy chłód, ściany lśniły od wilgoci, a powietrze było ciężkie i zatęchłe. Teobald czekał przy otwartych drzwiach celi, był bez habitu, jedynie w szarej tunice przepasanej sznurem, ręce splótł za plecami. Twarz miał spokojną, jak zawsze, ale wzrok wbił w ziemię.

W progu zatrzymał Ginwiła smród odchodów i zgnilizny.

Wilhelm de Brühl leżał zwinięty na boku, z głową opartą o wilgotne kamienie. Oczy miał wpółotwarte, usta przymknięte, a palce wyciągnięte, jakby próbował czegoś się chwycić. Pod zżółkniętymi, połamanymi paznokciami widniały smugi brudu. Był wychudzony, a skóra na jego twarzy przywarła do kości i ściemniała tam, gdzie dotykała kamieni. Choć za życia diabeł w ludzkiej postaci, teraz stał się wrakiem człowieka. Nie było śladu tamtego okrutnika, który rzucał kalekie dzieci na pożarcie świniom. I może właśnie taka śmierć okazała się dlań najgorszą z możliwych.

Ginwił wszedł do środka i stanął nad trupem. Przez chwilę milczał. Potem zaklął cicho, raz i drugi. Podniósł wzrok na zakonnika.

– Jak długo nie żyje?

– Nie wiem, ale smród taki, że chyba kilka dni.

– A ty? Co tu robisz?

Brat Teobald uśmiechnął się z wysiłkiem.

– Nie patrz tak podejrzliwie. To dziecię Boże, jak każdy z nas. Przed Panem odpowie za swoje uczynki. Chciałem go wyspowiadać, sprawdzić, czy jest gotów na spotkanie z Bogiem. Teraz nic mu już nie pomoże… – Zrobił znak krzyża.

Ginwił szturchnął zmarłego butem i splunął pod ścianę, gdy znad ciała uniosło się kilka much.

– Myślisz, że ktoś mu pomógł?

– Myślę, że to raczej twoi ludzie niezbyt gorliwie wykonują rozkazy, gdy cię nie ma. Kazałeś traktować go wyjątkowo? Karmić i doglądać?

Ginwił chwilę się wahał, lecz w końcu w milczeniu skinął głową.

– Więc musiał zachorować. I nawet nie zauważyli. Zgaduję też, że go nie przekarmiali – dodał kwaśno zakonnik. – Morderca Wojsznuda, człowiek, który spalił Gaurę… I tak długo się tu uchował. Powinieneś był to przewidzieć.

Ginwił przetarł dłonią twarz, jakby chciał usunąć sprzed oczu obraz martwego Wilhelma.

– Ale nie przewidziałem. – Ze złości kopnął stojący w kącie drewniany ceber, na szczęście pusty. – Za długo się wahałem, rozważałem, z której strony ugryźć Krzyżaków, jak rozmawiać z Medysem… A on w tym czasie zdechł mi pod nosem! Ma, na co zasłużył… Tylko, do diabła, czemu akurat teraz?

Zbliżył się do ściany i oparł na niej dłonie. Choć na jego oczach wcześniejszy plan właśnie legł w gruzach, nie zamierzał się poddawać. Stał tak przez chwilę w milczeniu, próbując się uspokoić. W końcu się wyprostował, zmarszczył brwi i przesunął dłońmi po włosach, odgarniając je do tyłu.

– Nikomu ani słowa – powiedział wreszcie. – Jeśli bogowie okażą łaskawość, może jeszcze nie wszystko stracone.

Nie zauważył nawet, że na wzmiankę o bogach brat Teobald mruknął coś pod nosem i wzniósł oczy do nieba.

– Nikt nie może się dowiedzieć, to teraz najważniejsze. – Ginwił odwrócił się do strażnika kulącego się z tyłu. Zmrużył złowrogo oczy, wyciągnął szyję i rozprostował ramiona. Wyglądał jak orzeł przypatrujący się struchlałej ofierze. – Powinienem cię skrócić o łeb, żeś go nie dopilnował – warknął. – I obiecuję, że to zrobię, jeśli piśniesz komukolwiek choć słowo. Jeśli zawiedziesz, zetnę ci głowę i rzucę psom.

Strażnik, młody chłopak, który jeszcze miał mleko pod nosem, ledwie mógł ustać na nogach ze strachu.

– Nie zawiodę, panie…

– Pamiętaj, bo klnę się na wszystkich bogów… – wycedził Ginwił, a napotkawszy karcący wzrok Teobalda, odchrząknął i dodał już normalnym tonem: – I na Jezusa Chrystusa też.

Teobald skinął głową.

– I co teraz?

Ginwił spojrzał na niego z zimną determinacją.

– Teraz będziemy udawać, że Niemiec jeszcze dycha.

*

Płomień świecy drżał w przeciągu, rzucając na ścianę długie cienie. Konrad von Fellenstein stał przy wysokim, wąskim oknie, zza którego dobiegał głuchy szum rzeki. Choć było już późno, nie zdjął jeszcze dziennego stroju, pas z mosiężną sprzączką wciąż przytrzymywał szarą tunikę z gładkiego sukna. Komtur wyglądał, jakby dopiero co wrócił z narady. W rękach trzymał list. Teraz czekał na człowieka, który miał mu rozjaśnić wszystkie sprawy, ukryte między wersami prostego pisma.

Za jego plecami zaskrzypiały deski, ktoś wszedł do komnaty.

– Posłaniec przywiózł list od Ginwiła – powiedział komtur, nie odwracając się. – Starannie zalakowany. Ten dziki zwierz z Gaury zna wagę gestów.

– Wiem, panie – odparł rozmówca. Głos miał spokojny, niski, nieco szorstki. – Słyszałem, że miał trafić prosto w wasze ręce, panie. Zapewne chodzi o coś ważnego…

Konrad odwrócił się wolno. W cieniu, przy stole, stał wysoki mężczyzna w brązowym płaszczu. Kaptur miał zsunięty, lecz rysy twarzy skrywał półmrok. Tylko błysk oczu zdradzał uważne spojrzenie.

– Masz, czytaj.

Przybysz rozwinął pergamin. Przez dłuższą chwilę wodził wzrokiem po literach.

– Jak sądzisz, co za tym stoi? Pisze, że chce się spotkać.

– Prawdy, panie, nie dowiesz się z listu – odparł mężczyzna. – Ale Ginwił nie jest głupcem. Jeśli coś oferuje, to znaczy, że ma w tym interes.

Zamyślony komtur pokiwał głową.

– Chodzi o brata Wilhelma… Nie pisze wprost, ale ten pogański pies naprawdę go pojmał. Lepiej dla niego, by nasz brat był w dobrym zdrowiu. Wiesz, co z nim? – spytał podejrzliwie.

Jego rozmówca miał nieodgadnioną minę.

– Powiadają, że lochy Gaury gościnne, niejednego Niemca widziały… Spotkajcie się, panie, z Ginwiłem, to sami się dowiecie, jak się sprawy mają.

Konrad spojrzał na niego uważnie.

– To wszystko, co masz do powiedzenia?

Tamten skinął głową. W jego oczach błysnęło coś na kształt uśmiechu. Krzyżak mówił tyle, ile chciał, lecz i on sam też nie miał zamiaru odkrywać wszystkich kart. Wszedł w krzyżackie rozrachunki wszakże nie po to, by grać według cudzych zasad. Każde jego słowo miało swój ciężar, a to, czego nie dopowiedział, często warte było więcej niż cała prawda.

– Co z dziewczyną?

Komtur lekko uniósł brew.

– Jaką dziewczyną?

– Wiecie, panie, jaką. Nie dostaniecie Krzyżaka za darmo. Ginwił się domyśla, że Zofia Korszowska jest w waszych rękach. A przynajmniej była. Mogę zasięgnąć języka o waszym rycerzu, ale… – na chwilę zawiesił głos – musiałbym przynajmniej wiedzieć, czy dziewka jest cała.

– Sprawy tego rodzaju wymagają cierpliwości – odparł chłodno Konrad. – A i lojalności, która nie kończy się na przekazaniu jednego listu.

– Wystarczająco wiele razy dowiodłem swej lojalności… – powiedział cicho mężczyzna. – Sami rozumiecie, że jeśli mam być przydatny, winienem wykazywać się ostrożnością. Ale jeżeli rzeczywiście ma dojść do rozmów, dobrze byłoby wiedzieć, czy jeszcze mamy o czym rozmawiać. Przynoszę wam wieści, lecz chciałbym tego samego w zamian.

Komtur się skrzywił.

– W zamian dostajesz ochronę swoich włości, a wielki mistrz omija wzrokiem twoje ziemie. Jesteś przebiegły jak lis i wiesz więcej, niż mówisz. Prawisz o lojalności… Może powinienem się zastanowić, komu tak naprawdę jej dowiodłeś? Jeśli Ginwił przedstawi swoje warunki, Zakon je rozważy. Już samo to powinien uważać za dowód naszej wielkiej łaski – stwierdził. – Nie zwykliśmy układać się z bandytami. – Uniósł podbródek i wyprostował się, tym samym dając przybyszowi do zrozumienia, że spotkanie uważa za zakończone. – Przekaż mu, że w odpowiednim czasie otrzyma odpowiedź – dodał po chwili.

Zapadła cisza. Tamten najwidoczniej zrozumiał, że niczego więcej się nie dowie. Przez moment wyglądał, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, ostatecznie jednak skłonił się lekko, po czym mocniej naciągnął kaptur na twarz i opuścił komnatę.

Gdy komtur został sam, odwrócił głowę ku ciemności za oknem. Po drugiej stronie muru rzeka płynęła jednostajnym, wartkim nurtem. To właśnie tam, na zboczu, urządzono prowizoryczny cmentarz, gdzie w ciągu ostatniego miesiąca pochowano ciała kilku braci, których zmogła choroba. Nie miał pewności, co tak naprawdę ich zabiło. Zima była długa, sroga, pełna niedostatku i wilgoci wdzierającej się nawet za najgrubsze mury. Ale niepokój drążył go jak robak. A jeśli to nie tylko sprawka zimy? Jeśli śmierć wdarła się do zamku na grzbiecie zarazy? On sam przetrwał gorączkę, choć przez kilka dni majaczył i nie mógł utrzymać miecza w dłoni. Brat Gotfryd też wydobrzał, mimo że wciąż wyglądał jak cień samego siebie. Inni nie mieli tyle szczęścia. Ich imiona znikały z kroniki, pozostawały tylko w pamięci i we wspólnych modlitwach, które z każdym dniem brzmiały coraz ciszej, jakby bracia bali się przyzywać Boga zbyt głośno, by nie przypomniał sobie o nich przedwcześnie.

A potem jeszcze brat Zygfryd… Komtur westchnął ciężko i potrząsnął głową. Sam zaproponował, by ten wiekowy członek kapituły generalnej dożył swoich dni w Ragnecie, by służył mu radą i doświadczeniem. Ostatecznie zaś Ragneta stała się jego mogiłą. Gdyby Zygfryd von Brunnow został w Memelu, zapewne nie stałby jeszcze przed obliczem Pana. Nie umarł ze starości, zginął z mieczem w dłoni, próbując udaremnić ucieczkę wiedźmy. Tak przynajmniej powiedziano Konradowi. Przebieg wydarzeń znał tylko z opowieści jednego z braci, który pierwszy zszedł do lochu po alarmie. Zobaczył dwóch martwych ludzi – strażnika i Zygfryda, leżących przy otwartych kratach – ślady walki, krew, porzuconą pochodnię. Reszta była domysłem. Zapewne Zygfryd razem ze strażnikiem musiał próbować zatrzymać uciekinierów.

I może właśnie dlatego Konrada Fellensteina tak dręczyło sumienie. Bo przez jakiś czas sam ulegał podszeptom Gotfryda, że komtur z Memela rozluźnił nadzór, że zbyt często schodził do lochu, by rzekomo doglądać straży, i zatrzymywał się przy kratach dłużej, niż należało. Podobno zmienił się po powrocie z niewoli, prawił o poganach z przesadnym współczuciem i miał jakieś konszachty z wilczą kobietą.

Lecz były to jedynie podejrzenia, nic więcej. Konrad ichnie odrzucał, niejednokrotnie sam rozważał, czy bratu Zygfrydowi nie pomieszała w głowie niewola u pogan. Nie zapytał wprost, nie pozwolił mu się wytłumaczyć.

W świecy zasyczał tłuszcz, zadrgał knot, a cień na ścianie się poruszył, choć komtur stał nieruchomo. Dopiero wtedy powoli zacisnął dłoń, aż zbielały mu knykcie. Ostatnie miesiące nie były dla niego łaskawe, na jego barki spadały kolejne ciężary, które coraz trudniej było unieść. Za młodu, zanim wstąpił do Zakonu, był pyszny i butny, sądził, że władza dźwiga człowieka, wynosi go ponad innych. Teraz czuł, że to ona go przygniata.

Wielki mistrz obarczył go odpowiedzialnością za zniknięcie dziewki. Wpadła w ich ręce niespodziewanie, jak mucha w pajęczynę, której nawet nie utkali. A i tak zdołali zmarnować szansę, jaką dawało jej uwięzienie. Jak ostatnio wszystko inne, pomyślał z goryczą, wspominając sowicie opłacanych szpiegów, którzy więcej mieli w ustach niż w oczach, skoro banda chłopów potrafiła raz po raz rozbijać krzyżackie oddziały. Gdy tylko odkryto, kim jest dziewka przebrana za pachołka, natychmiast posłał wiadomość do Malborka. Odpowiedź nadeszła po kilku dniach: przewieźć ją discretissime do stolicy Zakonu. Żadnych listów, żadnych świadków. Tylko zaufani zbrojni i milczenie.

Oddział wyruszył bez zwłoki, a po trzech niedzielach przybył zaniepokojony posłaniec od wielkiego mistrza. Panna Korszowska nigdy nie dotarła na miejsce, zapadła się pod ziemię wraz z całym krzyżackim oddziałem.

Komtur odwrócił się od okna i powoli podszedł do stołu. Jeszcze raz spojrzał na leżący tam list. Zastanawiał się, dlaczego Ginwił wprost nie proponował wymiany. Nie groził, nie targował się, po prostu prosił o spotkanie. Jeśli naprawdę ma Wilhelma, czemu natychmiast nie żąda dziewczyny? A skoro go nie ma, to co chce ugrać, stając twarzą w twarz?

Westchnął i uderzył dłonią w stół, jakby chciał odpędzić własne myśli.

– Sprowadź mi brata Gotfryda – rzucił do czekającego w progu sługi.

Po chwili drzwi znowu się uchyliły. Gotfryd wszedł powoli, nieznacznie utykając, wciąż blady po niedawnej gorączce. Oczy miał podkrążone, ale w spojrzeniu tliła się już dawna czujność.

– Wzywałeś mnie, panie? – odezwał się chrapliwym głosem.

Komtur wskazał list leżący na stole.

– Spójrz i powiedz, co o tym sądzisz.

Gotfryd sięgnął po pergamin i rozwinął go ostrożnie. Gdy skończył czytać, odłożył list i powoli uniósł głowę.

– Ten człowiek nigdy nie gra wprost – powiedział twardo. – Jeśli pisze, że chce się spotkać, to znaczy, że ma plan, ale nie ten, który nam przedstawia.

Konrad przysunął się ciężko do stołu, oparł dłonie o blat.

– W takim razie jaki? Jeśli więzi brata Wilhelma, dlaczego od razu nie żąda dziewki?

– Tego dowiemy się tylko w jeden sposób. – Gotfryd wbił w niego spojrzenie. – Pozwól, panie, że to ja się z nim spotkam.

– Ty? – Konrad uniósł brew. – Bracie Gotfrydzie, ledwie stanąłeś na nogach, sił nie masz.

– Dość, by się dowiedzieć, co knuje Ginwił. – Tamten wzruszył ramionami. – A jeśli to podstęp, lepiej, bym to ja ryzykował niż ty, panie. Wezmę ze sobą ludzi, on też z pewnością nie będzie sam.

Zapadła cisza. Komtur bębnił palcami o stół.

– Nie mamy dziewki… – powiedział. – A on może o tym wiedzieć.

– Nie sądzę. Rozpuściłem wieści, że ta niedojda w lochu, którą przyłapano na kradzieży, to Wojsznudowa córka. Nawet strażnicy są o tym przekonani. Tak więc wszystko zależy od tego, jak dobrze to rozegramy – odrzekł Gotfryd.

Konrad założył ręce na piersi.

– Szukamy od wielu dni, bez skutku – mruknął. – Jeśli napadli ich zbóje albo poganie, to przecież coś by zostało. Choćby trupy. Co się z nimi stało?

Gotfryd wzruszył ramionami.

– Wyprawialiśmy patrole wzdłuż Niemna, sprawdzaliśmy mokradła, a także wsie między Ragnetą a Tylżą. Wszędzie nic, panie. W chłopskich obejściach też nie ma śladu po koniach ani wozach. Puściliśmy z dymem kilka chat dla przestrogi, gdyby wieśniakom przyszło do głowy coś ukrywać. – Uśmiechnął się pod nosem, wspominając, jak skwapliwie to pogańskie robactwo donosiło jeden na drugiego, byle uratować dobytek.

– Właśnie dlatego pytam. – Konrad podniósł głos. – Gdzie jeszcze możemy posłać ludzi?

Gotfryd zamyślił się, przesunął dłonią po pergaminie. Ta dzika kraina była dla nich wroga. Drogi ginęły w lasach, ścieżki prowadziły na bagna. Chłopi kłamali, a przewodnicy znikali bez śladu. W Prusach mieli zamki i posłuszne wsie; tu zaś była tylko dzicz okazująca Zakonowi milczącą wrogość. Żmudzini nie potrzebowali murów ani mieczy, by pokonać braci – wystarczyły im lasy, rzeki i noc.

– Zostały jeszcze dwie możliwości – powiedział w końcu. – Pierwsza to stary trakt ku Labiawie. Omijaliśmy go, bo trudno go pilnować, ale jeśli przewodnik skręcił tam z konwojem, mogli przepaść bez śladu.

– A druga? – ponaglił go Konrad.

– Gęstwiny przy Winden. Mało kto tam zagląda, to zdradliwy teren, nawet miejscowi omijają go szerokim łukiem. Jeśli ktoś chciałby ukryć ludzi albo więźnia, to właśnie tam.

Konrad zmrużył oczy.

– Więc znowu las – powiedział powoli. – Zawsze las.

Gotfryd nie zaprzeczył.

– Jeśli jeszcze gdzieś można znaleźć trop, to tam.

– Ślij więc ludzi bezzwłocznie. I przywołaj posłańca, pojedzie z listem do Gaury.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij