Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Latarnik - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 stycznia 2026
20,19
2019 pkt
punktów Virtualo

Latarnik - ebook

Jasny pas piasku, pełen bladożółtych odcieni, jak wgięta płaza miecza wielkiego ściele się na dalekiej przestrzeni. Na tym otwartym nadmorzu zabiegliwa fala z cicha tej nocy pracowała. Przynosiła niestrudzenie i raz koło razu półkolistymi naręczami kładąc w przeguby i wiązania, wśród rytmów niezmiennych, miotała webło, czyli kidzenę, czyli morską trawę, którą z głębokich zatargów, z mulistych głębin wyniosła i na ten strąd wydzieliła. Stefan Żeromski „Międzymorze”.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-387-7
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Łagodnie i niepostrzeżenie wygina się południowy brzeg półwyspu, przybierając w oddali kształt głowy i dziobu gołębia.

Od tego dzioba ziemi biegnie w bławe morze szlak ledwie dostrzegalny dla oka. Tam w dali widnokrąg zagłębia się we mgłę fiołkową, a linia granatowa zaznacza, iż to morze bierze rozbrat z firmamentem i wydziela się w mocarstwo swoje od powietrza bez granic.

Jasny pas piasku, pełen bladożółtych odcieni, jak wgięta płaza miecza wielkiego ściele się na dalekiej przestrzeni. Na tym otwartym nadmorzu zabiegliwa fala z cicha tej nocy pracowała. Przynosiła niestrudzenie i raz koło razu półkolistymi naręczami kładąc w przeguby i wiązania, wśród rytmów niezmiennych, miotała webło, czyli kidzenę, czyli morską trawę, którą z głębokich zatargów, z mulistych głębin wyniosła i na ten strąd wydzieliła.

Stefan Żeromski „Międzymorze”.001

Zdrzemnąłem się przy biurku w czasie nocnej zmiany. Nie jestem maszyną, która nie jest wrażliwa na zmęczenie, chociaż to właśnie w przypadku maszyn mówi się o występującym czasami zmęczeniu materiału. Najtrwalszy drut, jeśli go odpowiednio długo zginać, prostować i znowu zginać, zmęczy się i urwie. Każda deska, choćby dębowa, jeśli ją odpowiednio długo naciskać, złamie się. Każde buty, jeśli je odpowiednio długo nosić, zedrą się. Każdy garnitur, jeśli go ciągle szarpać i ugniatać, w końcu straci fason. Dokładnie tak samo było poprzedniego dnia ze mną. Miałem prawo być zmęczony. Przed nocnym dyżurem powinienem był się chociaż kilka godzin przespać. Niestety, tamtego dnia nie dane mi było wypoczywać.

Zaraz po obiedzie urwałem się z uroczystego bankietu, mającego uczcić trzydziestą rocznicę nadania praw miejskich. Każdy, kto zobaczył ten „Szwedzki stół” wpadał w zachwyt i przestawał reagować na to, co dookoła się działo. Gminni biznesfaceci pokazali na co ich stać, a właściwie w jakim stopniu mogą sobie pozwolić ofiarować swoje wyroby darmo miejskim urzędnikom, notablom, radnym, członkom Zarządu Miasta, prezesom i kilku jeszcze innym gościom. Sponsorami wystawnego stołu dań rybnych i zakąsek byli właściciele przetwórni ryb, wędzarni, piekarni, sklepów spożywczych oraz być może również kiosków Ruchu, ponieważ dekoracje, ozdoby, wystrój też musiały być na wysokim poziomie. W stosownym czasie „Miasto” podziękuje sponsorom w lokalnej prasie. Ważniejsze jednak będzie poparcie udzielone podczas przetargów organizowanych na naszym terenie, poparcie wyrażane stosownymi decyzjami administracyjnymi. Trzeba o tym pamiętać, bo ostatnimi czasy zbyt często na terenie miasta sadowili się ze swoimi interesami przybysze, ludzie obcy, jak gdyby nie mogli sobie spokojnie działać na własnym terenie. Jak gdyby nasi ludzie, nasi mieszkańcy, nasi przedsiębiorcy nie mieli dość siły przebicia we władzach naszego przecież miasta. Wyglądało na to, że najbardziej liczy się kasa, a nie lokalny patriotyzm. Przemogłem w sobie chęć pozostania do wieczora właśnie po to aby wrócić do domu i odpocząć przed nocną zmianą.

W domu zastałem jednak gości. Przyjechali teściowie, to znaczy kochani rodzice. Przyjeżdżają zwykle dwa razy w miesiącu. Rodzice fundują strawę kulturalną w postaci biletów do kina lub teatru. My natomiast fundujemy strawę naszym żołądkom, zapewniając tym samym lotnym myślom naszych genialnych umysłów komfort nieliczenia się z przyziemnymi problemami. Oboje z utęsknieniem czekamy na te wizyty. Przynoszą nam one tyle radości, że więcej nie potrzeba. Jeśli nasi kochani rodzice są szczęśliwi, to i my jesteśmy równie ukontentowani, zadowoleni, radośni, równie pełni życia, pełni nadziei, przepełnieni miłością. Nie bez znaczenia jest również fakt, że każdorazowo w związku z przyjazdem rodziców nasuwa nam się skojarzenie z dobrym, obfitym jedzeniem. Zawsze czekamy na te wizyty z utęsknieniem, nadzieją, ba, można by nawet powiedzieć, że z rosnącym z każdym dniem uczuciem, nie tylko łaknienia.

Nie rozumiem tych wszystkich wszędobylskich utyskiwań na zięciów, synowe, teściów i teściowe. Rozpanoszyły się w środowiskach szkolnych, studenckich, w wojskowych garnizonach, w szatniach klubów sportowych, w więziennych celach, za kioskami z piwem, w kolejkach przed sklepami. Rozpanoszyły się niemal wszędzie. Mam na myśli owe utyskiwania, narzekania, skargi, kawały, dowcipy, żarty, powiedzenia, wierszyki, piosenki, scenki, a wszystko to wymyślane przez ludzi, którzy z teściowymi nie mają absolutnie żadnego kontaktu, którzy teściów wcale nie mają, ba, nawet często teściowej żadnej nie znają. Czas już najwyższy ujawnić fałsz owych poglądów, kłamstwo psychologiczne opowiadanych dowcipów, nieprawdopodobną wprost głupotę ich twórców. Prawda mamusiu?

Zgodziłem się więc na wyprawę do kina, zamiast odespać zbliżającą się nieuchronnie noc. Po powrocie do domu miałem jeszcze dwie godziny czasu w zanadrzu. Naprawdę, chyba urodziłem się pod szczęśliwą gwiazdą, przy pomyślnym usytuowaniu planet, jako wcielenie pomyślności. Żona jednak natarła mi uszy gdy wspomniałem o spaniu. Zawsze uważałem, że żonę należy kochać, szanować i słuchać. Słuchać nawet wtedy gdy narzeka, wymyśla od głupców i zazdrośników, wyzywa od imbecyli, impotentów i innych imcośtam. Zdecydowanie trzeba pozwolić żonie się wygadać, pozwolić jej wylać z siebie wszystkie żale, pozwolić jej rozczulać się nad sobą, dziećmi, teściami, wszystkimi kobietami, których los jest przecież taki ciężki. Rodzice natychmiast stanęli po stronie swej córki. Pod takim naporem złamałem się jak mała deseczka, jak cienka listewka, listeweczka nawet. Opór był z góry skazany na niepowodzenie. Zgodziłem się więc ponownie. Cóż było robić. Zamiast spać przez dwie godziny siedziałem razem z żoną i teściami w pokoju prowadząc kulturalne rozmowy. Potem musiałem już udać się do pracy.

Tak więc zdrzemnąłem się przy biurku w czasie nocnej zmiany. Rano obudził mnie kierownik. Zaspanymi oczyma patrzyłem jak maszeruje dziarsko od ściany do ściany w dyżurce. Jest on człowiekiem wysokim, niezbyt chudym, raczej przy sobie, z wystającym do przodu brzuszkiem. Waży pewnie ze sto kilo, więc podłoga skrzypiała przy każdym jego kroku. Zazwyczaj nie bywał nazbyt nerwowy, częściej ze stoickim wręcz spokojem gonił mnie do pracy jako najmłodszego pracownika, który powinien dziękować opatrzności za to, że ma pracę w tak trudnych czasach. Kierownik dostawał apopleksji na widok odpoczywającego pracownika. Najlepszym sposobem na dobre stosunki z panem kierownikiem było pozorowanie pracy. Wystarczyło nosić przy sobie brudną, zaoliwioną szmatę, aby w każdej chwili na widok kierownika móc nią wycierać kurze z agregatu prądotwórczego lub nadajnika radiolatarni.

— Przyszedł pan już wreszcie do siebie — zapytał kierownik gniewnym głosem.

— Tak, przepraszam, byłem bardzo zmęczony i zasnąłem.

— Niestety, nie da się tego ukryć.

— Wcale nie chcę, żeby pan to ukrywał. W końcu każdemu może się zdarzyć.

— To nie było pierwszy raz — oburzył się kierownik.

— No tak, rzeczywiście, już mi się to przytrafiło wcześniej.

— Zbyt często się to panu przytrafia.

— Ma pan całkowitą słuszność — odparłem z pokorą godną świętego.

— Mam nadzieję, że się to więcej nie powtórzy — zagrzmiał gromko kierownik.

Odpowiedziałem, że się postaram. Kierownik zadowolony mówił dalej :

— Zobaczymy jak się pan będzie starał. Następnym razem będzie nagana.

— Dobrze, zgadzam się na tą naganę za następny raz — powiedziałem — przecież nie może pan wciąż przymykać oczu na przewinienia podległych sobie pracowników, ale jeżeli mi się to znowu przydarzy, to czy mogę pana prosić o wcześniejsze obudzenie mnie, bo dzisiaj już nie zdążę na autobus, a żona bardzo nie lubi gdy przyjeżdżam później niż zwykle.

— To już jest szczyt bezczelności — oburzył się kierownik, trzasnął drzwiami i wyszedł, to znaczy najpierw wyszedł, a potem usłyszałem trzask drzwi i zobaczyłem futrynę upadającą na podłogę.

— Kto to zrobił? — zapytał brygadzista, który przyszedł w chwilę po tym wydarzeniu.

— Pan kierownik, proszę pana — odpowiedziałem zgodnie z prawdą.002

Złota kareta z cesarzem, carem raczej, wzniosła się już ponad drzewa niedalekiego lasu, w blasku chwały swojej jechała stukając kołami o czubki sosen i świerków wysokich, sięgając spojrzeniem coraz dalej, złoto rozlewała szczodrze wokoło. Mając w nadmiarze bogactwa wszelakiego, dzieliła się nim z wszelkim stworzeniem, ogrzewając, życie dając komu zechce i kiedy. Ptaki budziły się ze snu, a zwabione hałasem karety i jej blaskiem wylatywały z gniazd swoich, wzbijały się w niebo dzień nowy witając, rozpoczynały codzienne poszukiwanie karmy, ziaren, niektóre słoniny na sznurku zawieszonej, a inne zachłannie wyglądały istot nadających się do pożarcia. Sosny, które od lat wielu mieszkają już w tym grajdole i zdobyły wystarczająco dużo doświadczenia życiowego, które raczej starców charakteryzuje niż młodzików, dostrzegły powóz złoty i zaczęły ku niemu kierować swoje igły, jakby w tym blasku chciały wykąpać się, zmyć nocne opary, rosy i brudy dnia wczorajszego.

Szyszki na gałęziach zawieszone, chociaż to jeszcze nie był czas gwiazdki i strojenia świątecznego gałęzi, doznały lekkich dreszczy od ogarniającego je ciepła. Niczym złote listki pływające w znanej wódce, ciepło rozchodziło się po ciele, od głowy spływało niżej, wlewało się do ramion nadając im sprężystość i siłę, zachęcając do ruchu, do tańca, powodowało unoszenie się ramion do góry niepowstrzymane, odruchowe, w genach zapisane, otwieranie się, niczym kwiat róży złotej czy tylko złotego koloru. Jedna za drugą się szyszki otwierały, nabierały kształtów i rumieńców, a zeschnięte nasiona w nich dotąd ukryte na czarną godzinę zaczęły wysypywać się i niczym mgła opadać ku dołowi. Jakby z żalu, na pożegnanie, po nasionach z szyszek wypłynęły krople żywicy miodowej, jak miód lepkiej i jak on słodkiej, niczym łza za ukochaną córką, która w świat musiała iść, a nie wiadomo jak jej tam będzie, kiedy zechce wrócić, oraz czy zechce wrócić pod opiekuńcze skrzydła matki.

Pełno było szarych, stalowych, szaroniebieskich i szarosrebrnych chmur na niebie, które zaczęły przybierać kolory rude, bure, kocie jakieś czy lisie, a łasiły się do karety coraz natarczywiej. Przybywało chmur pomarańczowych i żółtych, coraz więcej było żółtych, aż złotym blaskiem rozbłysło całe niebo. Potem zaczęły wyglądać, nosy wystawiać z ukrycia biele błyszczące, mieniące się jeszcze, ale już coraz bielsze, coraz bardziej białe, coraz bardziej mleczne, śnieżne, coraz bardziej przypominające miękkie kłęby waty, fałdy pierzyny.

Wschody zawsze były opiewane przez poetów i pisarzy. Pewnie dlatego, że wschód zazwyczaj rzadziej się ogląda niż zachody słońca, które codziennością są dla wszystkich. O wschodzie większość śpi jeszcze, w łóżku się przewraca na drugi bok, dłonią sprawdza czy mąż lub żona obok leży jeszcze, co by oznaczało bardzo wczesną porę. Potem czas szykować się do pracy, szykować dzieci do szkoły, więc nie pora się zachwycać kolorem nieba, cieniem czy blaskiem na chmurze dalekiej, która za chwilę albo zniknie zupełnie, albo kształt swój straci i ten blask cały nieopisany pozostanie tak czy inaczej, niezobaczony, niedostrzeżony, jakby niebyły był od samego początku.003

Patrzyłem z góry na półwysep rozciągnięty pomiędzy wodami, Morzem Bałtyckim a Małym Morzem, jak miejscowi nazywają Zatokę Pucką. Mówię miejscowi, a sam przecież do nich należę, powinienem więc mówić o nas i o tym jak my zatokę nazywamy. Nie bez powodu są tacy ludzie, którzy usiłują walczyć, starać się, zabiegać o utrzymanie nauki języka kaszubskiego w szkołach, o zachowanie tradycji, o nauczanie również tej lokalnej historii. Nasi rodzice rozmawiali w domu tylko po kaszubsku, natomiast w młodym pokoleniu nie jest to już takie oczywiste.

Na mapie półwysep wygląda jak długi, prosty pas ziemi. Nawet na pocztówkach pokazujących zdjęcia lotnicze wygląda podobnie. Jedni mówią krowi ogon, inni porównują do szyi łabędzia. Patrząc jednak nie od strony jego początku, tylko od końca, ma się wrażenie, że to zwykły placek, dość szeroka wyspa połączona ze stałym lądem wąskim przesmykiem, po którym zaledwie zdołano poprowadzić jedną ulicę i tory kolejowe. Patrząc na ten skrawek lądu wzrokiem stratega nie można się dziwić, że nie został on zdobyty podczas ostatniej wojny ani przez Niemców w 1939 roku, ani przez Rosjan w roku 1945.

Patrząc na ten skrawek lądu obmywany z obu stron przez wody można mieć wrażenie, że to właśnie wody rozchyliły swoje uda aby przyjąć pomiędzy nie ten chudy, ale za to długi półwysep do swojego wnętrza, jakby w akcie miłosnym pozwoliły mu się wpychać pomiędzy kolana. Wody zadrżały z rozkoszy, a dreszcz ów pod postacią spienionych fal morskich rozszedł się po całym ciele jak po powierzchni morza. W zasadzie to wszak nie jest wiadomo, czy matką jest nam prastara ziemia, czy też raczej równie prastare wody.004

Ze swoimi wczasowiczami przyszedł zwiedzać latarnię mój kolega z rocznika, kolega z klasy, jak przyjęło się określać. Mowa o klasie szkoły podstawowej, w której wszyscy dobrze się znali, mieszkali w tej samej miejscowości, często na tym samym podwórku. Przez lata nauki w szkołach średnich i uczelniach te najstarsze znajomości, znajomości od zawsze, odchodzą w zapomnienie, zostają zasypane, przywalone, przygniecione nowymi znajomościami, nowymi wydarzeniami, nowym czasem, teraźniejszością. Po latach takie spotkania przywołują wspomnienia, najczęściej szczęśliwe wspomnienia beztroskich lat dzieciństwa, podrapanych kolan, rozgadanych koleżanek, grania w gumę, długich warkoczy, śmiesznych tęsknot i dziecinnych pragnień. Wspomnienia z dzieciństwa zawsze są piękne. Pamięta się najczęściej miłe chwile, te które wywoływały odpowiednio wiele emocji, ponieważ właśnie wtedy odpowiednio dużo aminokwasów, lub innych związków chemicznych, oddziaływało na komórki pamięci w mózgu.

Okazało się, że jest rybakiem, ale w sezonie letnim podczas trwania okresu ochronnego na dorsza nie wychodzi w morze. Kuter jest w remoncie, więc ma więcej czasu na inne zajęcia. Owszem, w stoczni też jest sporo pracy przy niezbędnych naprawach, przy czyszczeniu kadłuba z grubej warstwy skorupiaków, przy wymianie zbytnio przerdzewiałych blach, przy malowaniu. Za to w niedzielę może odpocząć, wybrać się na wycieczkę.

Powspominaliśmy trochę dawne czasy, ponarzekaliśmy na teraźniejszość, wiadomo, jak wszyscy. Natomiast nasze opinie o nadchodzącej przyszłości różniły się diametralnie. Ja miałem nadzieję na dalszą pracę, na usprawnienie obsługi turystów, na wydłużenie sezonu, a więc również wydłużenie czasu udostępniania latarni morskiej zwiedzającym. Szczerze mówiąc liczyłem na zwiększenie zarobków, poprawę swojej sytuacji. On natomiast przewidywał same kłopoty. Bał się redukcji ilości kutrów rybackich, bezsensownego ograniczania połowów, likwidacji miejsc pracy. Obawiał się, że rybacy pójdą w ślady górników, że tak samo wezmą pieniądze w zamian za bezterminowe odejście z zawodu bez prawa powrotu. Górnicy potrafią fedrować. Poza kopalnią są tylko bezrobotnymi nędzarzami. Rybacy potrafią łowić ryby. Poza rybołówstwem, poza kutrami i morzem czym będą?

Gdy się potem nad tym zastanawiałem, to przyznałem mu rację. Nie wszyscy są takimi optymistami jak ja. Pamiętam, że dobry był z niego kumpel. Był przystojny, miły dla koleżanek, uczynny, ładnie ubrany i zadbany. Miewał czyste paznokcie i krótko ostrzyżone włosy. Nigdy nie ciągnął koleżanek za warkocze. Wiele dziewcząt się w nim podkochiwało.

Kiedy przyszedł na latarnię ze swoimi wczasowiczami, to w pierwszej chwili go nie poznałem. Pewnie dlatego, ze w pamięci zachowałem zupełnie inny obraz swojego rocznika i swojej klasy z podstawówki. Wydawało mi się dotąd, ze jestem wciąż młody i piękny, wciąż tryskający zdrowiem i dobrym humorem, więc oni wszyscy też tak właśnie powinni wyglądać.005

Czytałem właśnie najnowszą powieść sensacyjną. To, że była ona najnowsza — wczoraj kupiona — miało wielkie znaczenie, ale tylko dla mnie, gdyż kierownik był innego zdania.

— W pracy się pracuje, a nie czyta książki — powiedział przyłapując mnie na czytaniu.

— Ależ panie kierowniku — odparłem z niewinną miną — ja właśnie pracuję.

— Przecież widzę — nie ustępował.

— Moja praca polega na prowadzeniu dyżuru — usiłowałem załagodzić sprawę — więc żeby nie zasnąć, co z całą pewnością byłoby większym wykroczeniem przeciwko regulaminowi pracy, czytam książkę.

— Powinien się pan wyspać przed dyżurem — rozpoczął swoją tyradę kierownik — a w czasie pracy doglądać urządzeń, konserwować je, sprawdzać pomieszczenia i budynki, zabezpieczając je przed złodziejami i wandalami, a pan spokojnie czyta książkę, podczas gdy przed dyżurką grasują chuligani.

— Z całą odpowiedzialnością mogę pana zapewnić — broniłem się — że kontroluję sytuację.

— Ciekawe w jaki sposób — zapytał kierownik ironicznie.

— Otóż siedzę sobie tu spokojnie, czytam książkę, pozorując brak zainteresowania ich poczynaniami — tym razem ja rozpocząłem tyradę — a równocześnie uważnie obserwuję. Pozorny brak zainteresowania z mojej strony ma na celu nie wywoływanie u nich ewentualnej agresji. Gdybym wyszedł i usiłował ich przepędzić, to mógłbym narazić się na pobicie, a to byłaby ewidentna strata dla zakładu pracy, który byłby zmuszony płacić panu za nadgodziny, oraz strata dla zakładu ubezpieczeń, który musiałby płacić mi chorobowe. Nie chcąc narazić obu przedsiębiorstw na straty, staram się równocześnie nie narażać siebie na niepotrzebne ryzyko. Natomiast gdyby oni posunęli się do jakiegokolwiek przestępstwa, natychmiast mogę powiadomić odpowiednie organa, które są przeznaczone do walki z przestępczością. Oto tutaj mam wynotowane numery telefonów. Sama jednak obecność tych osób przed budynkiem nie upoważnia mnie do ingerencji.

Kierownik przez długą chwilę przyglądał mi się z byka, po czym odszedł bez słowa. Odetchnąłem z ulgą i wróciłem do lektury książki. Kierownik jednak wrócił i już od drzwi zarzucił mnie potokiem słów :

— Przecież to nie są żadni przestępcy, żeby trzeba było wzywać policję. To zwykłe dzieciaki, wyrostki, na których wystarczy krzyknąć, a uciekną w popłochu.

— Jest pan tego pewien, kierowniku? Wie pan chyba, że przeciętna wieku przestępców zmalała w ostatnich latach i nadal maleje. Poza tym jestem niewiele od nich starszy więc jeszcze pamiętam, jak domagałem się od innych by traktowali mnie tak samo jak się traktuje dorosłych. Nie goniłbym stąd spacerujących osób dorosłych więc tych młodych ludzi również nie gonię. Nie gonię, dopóki nie dadzą mi powodu do interwencji, a wtedy przekażę sprawę w ręce policji.

Znowu wyszedł. Mam skromną nadzieję, że na dobre. Ta powieść sensacyjna jest niezwykle interesująca. Głównym jej bohaterem, bohaterem zbiorowym, jest grupa wyrostków, skupiona w gangu wokół brutalnego prowodyra, która zaplanował włamanie do zakładu pracy. W czasie włamania pobili strażniczkę i zabrali jej broń. Strażniczka miała liczną rodzinę na utrzymaniu, całe mnóstwo dzieci pętających jej się nieustannie pod nogami, które z wielkim wrzaskiem witały mamę wracającą z pracy. Każde to powitanie przebiegało według ściśle określonej procedury. Najpierw dzieci chwytały mamę za nogi aby uniemożliwić jej zrobienie choćby kroku. Wtedy ona je prosiła o uwolnienie, ale dzieci domagały się w zamian okupu. Mama nachylała się więc ku swoim pociechom, a one szybko przeszukiwały jej kieszenie. Zawsze, za każdym razem, nie zdarzyło się jeszcze inaczej, znajdowały w jednej z kieszeni całą tabliczkę czekolady, którą natychmiast zaczynały się dzielić.

Rewolwer strażniczki był bronią służbową, dlatego był zarejestrowany w odpowiednich rejestrach. Młodociani przestępcy użyli tej broni podczas napadu na sklep spożywczy, gdzie zrabowali wszystkie pieniądze z kasy, oraz kilka butelek alkoholu, a przed ucieczką postrzelili sprzedawcę, żeby nie mógł wezwać policji. Sprzedawca nie był jednak ułomkiem, lecz byłym komandosem służb specjalnych na emeryturze. Nie tylko wezwał telefonicznie policję, ale na dodatek rzucił się w pogoń za napastnikami. Alex, pseudonim „Ali”, szef bandy, nie należał do ludzi bojaźliwych, ale goniącego ich sprzedawcy się przestraszył i drugi raz postrzelił. Pocisk trafił prosto w serce. Sprzedawca padł na kamienie ulicy, którą wybrukowano przed stu laty. Zabytkowe już kamienie przytuliły się do jego policzka. Chyba ze współczucia zaczęły oblewać się czerwoną krwią konającego sprzedawcy.

Broń wylądowała w studzience ściekowej. Policja szybko ją tam odnalazła. Badania kryminologiczne wykazały niezbicie, że jest to służbowa broń strażniczki, która natychmiast znalazła się w pilnie strzeżonej celi. Oskarżono ją o napad. Jeszcze przed rozprawą sądową zwolniono ją z pracy. Nikt nie zawracał sobie głowy myśleniem o winie lub niewinności. Zwolniono ją i już. Na wszelki wypadek. Wszystko dlatego, że ze względów bezpieczeństwa jej służbowa broń nie była załadowana. Bo gdyby była załadowana i gotowa do użycia, to sytuacja mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. Wystarczyłoby, ze strażniczka oddałaby w powietrze strzał ostrzegawczy, a smarkacze uciekliby gdzie pieprz rośnie, albo inne egzotyczne przyprawy.006

Najwięcej wycieczek przyjeżdża pod latarnię morską w maju. Maj jest przecież tradycyjnie i od dawna miesiącem szkolnych wycieczek, kiedy oceny już wystawione, a przepisy nie pozwalają dać dzieciakom wolnego. W maju też są, lub może bywają, najlepsze pogody do wyjazdów, biwaków czy zwiedzania. Wiedzą o tym uczniowie, wiedzą nauczyciele i wychowawcy, wiedzą również rodzice. Może to jest nieco dziwne, niezrozumiałe, tajemnicze, ale o fakcie powyższym nie wiedzą urzędnicy, dlatego też każdego roku latarnie morskie rozpoczynają sezon dopiero od czerwca. Każdego roku powtarza się ta sama sytuacja, ale do urzędników nic nie jest w stanie dotrzeć na czas. Kategoria: urzędnicy, to specyficzny rodzaj ludzi. Trzeba się z nimi obchodzić bardzo ostrożnie, delikatnie, niemal jak ze starożytną wazą z dynastii Ming. Nie można ich urazić, a jeśli jakiemuś nieszczęśnikowi pomimo wszystko taki afront w stosunku do urzędnika się przytrafi, to natychmiast podejmuje żmudne próby jego przeproszenia, przebłagania, ugłaskania. Stosuje się wtedy miłe słowa, życzliwe pozdrowienia, drobne upominki typu czekoladki dla panów, perfum dla pań. Nie można nawet próbować wręczania droższego prezentu ani tym bardziej pieniędzy, bo urzędnik mógłby pomyśleć, że usiłujemy go wrobić w skandal z łapówkami. Tak, muszę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że urzędnicy, pomimo swojej jakże trudnej i odpowiedzialnej pracy, są osobami niezwykle kompetentnymi, odpowiedzialnymi, uczciwymi, prawymi, rzetelnymi, szczerymi, miłymi, zgrabnymi i przystojnymi, o ładnych, dostojnych i poważnych obliczach, o boskich wręcz twarzach, o wielu zaletach, o nielicznych i nieistotnych wadach, jeśli już jakiekolwiek wady posiadają, ale te wszak świadczą o ich człowieczeństwie. Nikt z nas nie jest przecież ideałem.

Zorganizowane grupy młodzieży szkół wszelkiej maści i kategorii przyjeżdżają więc pod latarnię morską w maju. Nie wiem jak tym uczniom kojarzy się pobyt pod latarnią ani jak jest tenże uzasadniany przez nauczycieli. Zatrzymują się u stóp latarni, zadzierają głowy do góry podziwiając jej wysokość, po czym odchodzą idąc dalej zwiedzać interesujące miejsca i zdobywać wiedzę, tudzież doświadczenie. Być może po takich właśnie doświadczeniach życiowych późniejsi urzędnicy i decydenci wszelkiego stopnia podejmują właśnie takie, a nie inne decyzje.

Przecież wystarczyłoby odrobinę pomyśleć. Drogie panie. Nie dajcie się zastraszać tym wszystkim przełożonym. To fakt, że większość szefów to faceci, ale to wszak kobiet we wszystkich urzędach jest zdecydowanie więcej, kobiety mają po prostu większość. Dlatego proponuję wziąć sprawę w kobiece dłonie i doprowadzić do tego, by wszystkie sezonowe wystawy, muzea i imprezy rozpoczynały swoja działalność już w maju. Niech nasze kochane dzieci też je oglądają, niech zdobywają wiedzę również podczas szkolnych wycieczek. Nie wiadomo, ile z nich w dorosłym życiu będzie mogło sobie pozwolić na zwiedzanie świata, lub chociażby kraju.007

Czarek, mój dobry kolega jeszcze z czasów szkoły podstawowej, rozważa wyjazd z kraju do pracy. U nas bezrobocie wredne panuje wszędzie, pracy doprosić się nie można bez łapówki, a skąd brać pieniądze na łapówkę gdy brakuje ich na jedzenie, gdy brakuje ich by przeżyć, przetrwać jakoś do kolejnego zasiłku z opieki społecznej. Na roboty publiczne i interwencyjne dostają się tylko koledzy i znajomi odpowiednich osób, właściwych osób, którzy co roku otrzymują wciąż te same najlepsze propozycje, te same fuchy, do których potrzeba doświadczenia, wprawy, wręcz specjalizacji niemalże, więc inni nie mają żadnych szans na pracę. Czasami tylko udaje im się załapać do zbierania śmieci, sprzątania plaż, ścieżek leśnych, układania chodników, o ile gmina inwestuje akuratnie w nowe chodniki lub wymienia stare.

Od kiedy w telewizji Cezary Pazura zaczął grać swoją rolę w „13 Posterunku” zaczęliśmy wołać na Czarka: „Czarek duparek”. Wszyscy koledzy mieli z tego wspaniałą zabawę, tylko postać pierwszoplanowa roli tej jakoś nie znosiła nazbyt dobrze. Wcale mu się nie dziwię. Imię otrzymał po swoim dziadku, nestorze rodu, który w jubileuszowym roku 2000 obchodził swoje setne urodziny. Rodzina wyprawiła mu wspaniały jubileusz, tylko władze miasta, które tradycyjnie już odwiedzają jubilatów w dniu dziewięćdziesiątych urodzin z życzeniami i bukietem kwiatów, z przyznaną przez radnych jubileuszową nagrodą, tym razem jakoś zapomniały o setnym jubileuszu. Może pieniędzy w kasie miasta zabrakło i wstyd było burmistrzowi pokazywać się z pustymi rękami. Może władza nasza kochana uznała, że jeden jubileusz wystarczy w życiu każdego obywatela. W końcu radni uchwalili stosowną uchwałę nie po to by wydawać publiczne pieniądze na byle każdego mieszkańca, a ustalając wiek jubilata ustawili poprzeczkę na tyle wysoko, aby nie wydawać zbyt dużo z kasy miasta, aby budżet zbytnio nie ucierpiał, aby przypadkiem w tych ciężkich czasach nie zabrakło funduszy na diety dla radnych.

Przyjmując to rozumowanie za słuszne trzeba stwierdzić z całą odpowiedzialnością, iż żądanie wyprawiania dwu jubileuszy każdemu obywatelowi jest już pewną przesadą, jest wręcz niestosownością. Każdy jubilat powinien o tym wiedzieć i pamiętać. Po dziewięćdziesiątych urodzinach jest wszak wystarczająco dużo czasu by te wszystkie sprawy przemyśleć. W tym wieku mieszkańcy powinni mieć wystarczające doświadczenie życiowe i wiedzieć, że szczytne hasła o władzy dla ludu są tylko najczęściej pustymi frazesami, że to raczej lud jest dla władzy, boć inaczej i ona nie mogłaby właściwie spełniać swojej funkcji.

Rodzina dała na mszę w intencji nestora, a potem przez cały dzień czekała. Mieszkanie było wysprzątane na błysk blank. Dziadek w stroju sprzed ośm dziesiątek lat siedział na kanapie sztywno wyprostowany jak młodzieniaszek na egzaminie maturalnym. Żona jego dreptała to tu to tam, wciąż coś poprawiając przy stole. Ona również nie była już młoda, ale trzymała się wspaniale. Zresztą musiała się trzymać, bo trzeba było przypilnować Czarusia, pomóc mu, podsunąć jakieś zajęcie, aby się nie nudził zanadto i nie rozmyślał zbyt wiele. Ot, takie nastały czasy dziwne, że myślenie nie było w cenie, nie było nawet wskazane. Najlepiej zdać się na rutynę i żyć z dnia na dzień zgodnie z przyzwyczajeniami, zgodnie z nawykami, które w krew już weszły i stają się w końcu uciążliwymi tak dla starego człowieka, jak i dla jego otoczenia. Dlatego właśnie trzeba być na miejscu, nieustannie czuwać, dbać o porządek, o właściwą kolejność i miarę rzeczy.

Zawsze był samotnym człowiekiem, obcym w każdym miejscu, w którym przyszło mu życie swoje spędzać, postawionym pomiędzy innymi, pomiędzy wyborami, decyzjami, kierunkami, jakie wyznaczali inni. Inni zawsze wypływali na górę, na fali się wznosili, na szczyty się wdrapywali. On tym czasem im buty zelował, kamienie spod nóg wybierał, chodnik przed nimi zamiatał, głazy odrzucał, walące się mury podpierał. Sam w cieniu tych murów stając, uważając na innych, pomiędzy owymi murami pozostawał do końca, pozostawał samotnym. Z każdym rokiem coraz trudniej mu było pracować, ale pracował uparcie. Widział już w swoim życiu niejedno. Wiele wojen przeżył, wiele marzeń stracił, wielu łajdaków przetrwał, wiele się wycierpiał. Synów wychował na patriotów. Córki wychował na porządne, uczciwe kobiety. Powychodziły za mąż i urodziły dzieci, przysparzając mu wnuczki oraz wnuków. Teraz wnuczkom się przyglądał, prawnuczki zabawiał swoimi opowieściami. Teraz częściej bywał zmęczony.

Po mszy świętej zjedli śniadanie. Chrupiące rogaliki z masłem i miodem smakowały wyśmienicie. Kto by tam kiedyś marzył o maśle. Masło jadało się tylko w bogatych domach. Niektórzy to nawet mając pieniądze nie jadali masła, tylko je stawiali na parapecie okiennym, żeby sąsiedzi widzieli. Taka to była kiedyś bieda. Albo może raczej takie były standardy. Bogaci gościli się nawzajem na obiadach i kolacyjach, a biedacy jedli suchy chleb ze słoniną i dziękowali za to Bogu. Teraz to co innego. Jak przyszła wojna to i suchy chleb był dobrodziejstwem. Gdy można było napalić w piecu i przy nim plecy wygrzać porządnie, to i zdrowy człowiek był, i głód tak bardzo nie dokuczał.

Tak. Po mszy świętej śniadanie smakowało wyśmienicie. Z okazji urodzin żona nawet mocniejszej niż zwykle kawy dała, kochana. Już ona dobrze wie co i jak zrobić, o wszystkim zawsze pamięta, nie zapomni niczego i wie co i jak zrobić. Wojna czy rewolucja, a żonę zawsze trzeba mieć przy sobie, to się we dwoje wiele więcej przetrzyma, a i na wiele więcej odważy się wtedy człowiek. Cierpienie wtedy mniej boli, zniewagi spływają po człowieku jak po kaczce. Jak ona pióra swe tłuszczem smaruje, tak żona kochaniem swojem skórę na człowieku zaimpregnuje, kark mu usztywni, kręgosłup przytrzyma kiedy potrzeba.

Rodzina wystroiła się jak w Boże Ciało na procesję, w sukienkach i garniturach wszyscy się stawili i życzenia składali po kolei. Urodziny są najlepszą okazją do rodzinnych spotkań. Przy stole wszyscy zasiadają, talerze rzędami ustawione, sztućcami przystrojone po bokach, wazy z rosołem podaje się z rąk do rąk, miski z ziemniakami, ryż w potrawce z rodzynkami, półmiski mięsa, sosy, surówki, sałatki, kompoty, herbata i kawa do wyboru. Prawnuki najszybciej zjedzą, w talerzach pogrzebią, widelcami zamieszają i już są najedzeni, syci, brzuchy im pękają, więc zaczynają wkoło stołów latać, gonić się, oranżadę pić litrami całymi, aż dziw bierze, gdzie to się wszystko mieści w tych zapadłych, chudych brzuchach. A tak byli najedzeni przed chwilą. Te smyki energii mają co niemiara.

Najwspanialsze przyjęcia to były przed rewolucją. Dziecinne czasy zawsze wspomina się mile, bo to wtedy beztroskie były zabawy, gonitwy, chowanie się przed dorosłymi. Dziecinne tajemnice, dziecinne problemy. Zawsze człowiek się dziwił, że dla dorosłych nigdy nie było problemu najtrudniejszą nawet sprawę załatwić, węzeł rozwiązać lub zawiązać wedle potrzeby potrafili. Był człowiek ciekawy świata to i chłonął wszystko w siebie. Języków się uczył, dorosłych podglądał, z kolegami się bił, a wszystko przychodziło szybko i łatwo. Potem nastała wojna, rewolucja, wszystko się zmieniło. Potem, w nowym kraju, w ojczyźnie, znowu przyszło się dziwić ludziom, dziwić nowemu światu, ten nowy świat własnymi rękoma tworzyć, własnymi ranami i krwią kupować, więzieniem opłacać.

Mówią, że więzienie człowieka nie czyni. Gdyby jednak sami tego spróbowali, w lochu na sianie gnijącym zamiast stołu jeść skórę stwardniałą czarnego chleba, wodę tylko pić zimną, cuchnącą mułem, przez lat choćby kilka, bez widzenia z rodziną kochaną, najbliższych nawet dotknięcia, gdy pamięć w półmroku zwidy zaczyna przywoływać na rozmowy, duchy wynajdować spod podłogi na widzenia, gdy upiory przeszłości w snach powracają dom twój burzyć, podpalać, to by inaczej mówić poczęli.

Gdybyż nie był wtedy na czele owego pochodu pod lufy karabinów się pchał wraz z innymi, tak ciężko zaślepiony racjami swymi. Mówią, że małym narodom wymierać przyjdzie, bo nie racja się liczy lecz siła. Potem to mówili wielokrotnie. Potem o tem zapomnieli na długie lata. Teraz znowu zaczynają cichcem, szeptem, półgębkiem mruczeć pod nosem. Mieliśmy być silni, zwarci i gotowi. Wróg okazał się jednak być bardziej gotowym. Tak i znowu przyszło ojczyznę tracić.

Małych narodów niewola nie kala,

Gdy nikną z mapy świata,

Każdy cios bólu go bardziej zespala,



Dosyć już, dosyć! Poetów u nas nie zliczysz.

Ileż to już razy ojczyzna była stracona? Ileż to już razy wracała? Ileż to razy trzeba było zaczynać wszystko od nowa. „Baryka się boryka, a Boryna pole orze”. Potem zapomnieli o zasługach i inne mówili wierszyki: „Wałęsa fajkę pyka, a Pyka po Warszawie się wałęsa”. Tak, tak, łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Tylko najcenniejszego skarbu rodzinnego zabrać mu nikt nie potrafił. Wciąż miał przy sobie, od ojca swego dostawszy z poleceniem by jak oka w głowie pilnować, broszurę z opisem jak to pradziadek w powstaniu 1831 roku pańskiego był się zasłużył ku chwale ojczyzny i narodu swego, oraz drugą, przed większą wojną zdobytą, w której jego samego historie były opisane i przypadki, aż do owego marszu feralnego na Belweder.

Potem w onym Belwederze różni panowie zasiadali, a na starość znowu mu przyszło oglądać w telewizorze nowych gospodarzy tego gmachu. Tak to na jego własnych oczach historia koło zatoczyła, albo raczej kół kilka, ukręcając przy okazji niejako głowy różnym panom i władcom, różnym partiom, organizacjom, zrzeszeniom, towarzystwom i klubom. Teraz już jednako sił brakowało, zdrowia było mało, aby się tymi historiami pasjonować, głowę nimi zawracać, serce nadwerężać ciśnienia skokami. To już nie te lata. To już nie ta historia.

Dziadkowego imienia nie chciał się Czarek wstydzić, a tu mu filmowcy ładny prezent zrobili, naśmiewając się wobec całego kraju z narodowych świętości. Koledzy tylko patrzą i ucha nadstawiają, by wyłowić skądkolwiek powód do śmiechu. Śmiech to zdrowie, póki wyśmiany się nie dowie. Koledzy jednak, niby to po przyjacielsku wyrozumiałości żądają, a sami chichoty sobie robią i zabawę mają przednią.008

W przerwie wyskoczyłem do miasta po swoje ulubione chrupiące bułki. Mam swoją ulubioną piekarnię, z której zawsze kupuję pieczywo. Te bułki i chleby piekarze rozwożą swoimi samochodami dostawczymi do sklepów. Często rozwożą osobiście. Dlatego sprzedawcy mogli z całkowitą pewnością informować o tym skąd są dane bułeczki. Zdążyłem się już przyzwyczaić do tego, że sprzedawca pytał mnie jakie chcę bułki. Coraz więcej ludzi zaczęło się wymyślać, nie to co kiedyś, gdy można było kupić tylko jeden gatunek chleba i nikt sobie nie wyobrażał nawet, że mogą być inne. Chleb to chleb, wiadomo, służy do jedzenia, a do czego innego miałby służyć. Co pani mnie pyta jakiego chcę chleba, idiota nie jestem, więc proszę pierwszy z góry. Niepognieciony. I dzisiejszy ma być, a nie ten od wczoraj, co to został na półce niesprzedany. Jakie było moje zaskoczenie, gdy się okazało, że tych bułek nie ma i już nie będzie, ponieważ piekarnia została zamknięta. Tego wielu się obawiało. Zniknęło kolejnych kilka miejsc pracy. Przed przystąpieniem do Unii Europejskiej entuzjaści integracji zachwalali ten proces. Pamiętam program telewizyjny, w którym też zachwalano, ale wspomniano również o tym, abyśmy nie pozwolili na likwidację małych piekarni, właśnie ze względu na świeże bułeczki. Pewna mieszkanka Unii twierdziła, że u nich właśnie do tego doszło, a ostały się jedynie wielkie molochy, w których chrupiącej bułki nie uświadczysz. No i zaczęły się sprawdzać najgorsze przewidywania.009

Opary gęstej mgły zakryły cały świat. Nic nie było widać. To znaczy było widać bardzo wiele. Światło reflektorów autobusu, którym wracałem ze służby do domu, odbijało się od kropel wody zawieszonych w powietrzu i wracało. Im silniejsze było światło tym bielej robiło się przed autobusem. Właśnie bielej, a nie widniej. Światła mijania wydobywały z tego budyniu zarys ulicy kilka metrów przed pojazdem. Reszta była mrokiem. Światła długie zdzierały tę zasłonę ciemności i ukazywały tysiące, miliony białych kropelek wody. Dlaczego białych, skoro woda jest przezroczysta? Nie miałem pojęcia. Być może był to wynik jakiegoś zjawiska optycznego. Reszta była mlekiem. Wtedy też robiło się widno w środku autobusu. Miałem wrażenie, że inny pojazd nadjeżdża z przeciwka i oświetla nas, a raczej oślepia, gdyż w tym zalewie światła nie można było niczego dojrzeć poza samą jasnością.

Taka jasność jest czymś tajemniczym, głębokim i przerażającym. Nie bez powodu właśnie takie efekty stosuje się często w filmach grozy, albo kryminałach. Taka jasność zawsze oznacza kłopoty. Oślepiający blask samochodowych reflektorów może oznaczać zbliżającą się nieuchronnie katastrofę, tragedię. Za kierownicą rozpędzonego samochodu często siedzi fanatyk religijny, ścigany przestępca, uciekinier z więzienia, spokojny obywatel, który okazuje się psychopatą. Dla zwiększenia jeszcze efektu samochód osobowy staje się samochodem ciężarowym. Taki przecież trudniej zatrzymać, więcej szkód może wyrządzić. To znacznie zwiększa dramatyczność. Rośnie poziom adrenaliny we krwi. Podnosi się ciśnienie, bynajmniej nie to atmosferyczne. Jeszcze gorzej jest gdy przerażającą jasność powodują reflektory zbliżającej się nieuchronnie lokomotywy. Tu już nawet ściany domu nie stanowią bezpiecznego schronienia, azylu. Normalnie, tak po prostu, zwyczajnie, zazwyczaj tory kolejowe ogląda się z boku. Jeżeli widzi się tory kolejowe, lub jakiekolwiek tory z pomiędzy szyn, to wtedy są tylko dwa możliwe wytłumaczenia: albo jesteś kolejarzem, albo grozi ci wielkie niebezpieczeństwo. Z jasnością zawsze trzeba uważać. No, ale właśnie, te światła mogą też być reflektorami autobusu. To taka namiastka ciężarówki, wcale nie mała, a wszystko zależy od tego kto siedzi za kierownicą. Spojrzałem na kierowcę z niepokojem.

Nie jechaliśmy, lecz płynęliśmy. Wcale nie jest to metafora. Płynie się zazwyczaj po lub w wodzie. Albo może jechaliśmy po dnie tego mlecznego morza. Pierwsi badacze nieznanej planety o niezwykle wilgotnej atmosferze. Badacze podmorskich głębin. Tu nie da się nurkować, gdyż woda jest za rzadka. Musimy uparcie pełznąć po dnie w oczekiwaniu brzegu. I rzeczywiście. Dobijamy. Ktoś wysiada, ktoś inny wsiada. Odbijamy. Pozostawiamy przytulny port za nami i zmierzamy do następnego.

Od czasu do czasu dostrzegamy latarnię wskazującą drogę zabłąkanym rozbitkom, niestrudzonym wędrowcom. Sam będąc latarnikiem miałem nadzieję na solidarność zawodową latarników i liczyłem na pomoc któregoś z nich. Pomocni mogliby okazać się również bosmani i kapitanowie portów. Czy są tu również piraci? Są. Wiem, gdyż jeden z nich złupił mnie na samym początku wyprawy, gdy tylko wsiadłem. Zabrał moje pieniądze. Resztę również zatrzymał dla siebie. Cały problem w tym, że piraci nic sobie nie robią z nietykalności urzędników, z autorytetu władzy. Nawet kapitan portu jest dla pirata przedstawicielem świata, który on pragnie złupić, obrabować, okraść, zniszczyć, pokonać, utopić, spalić, powiesić na suchej gałęzi albo na rejach. Nie rozumiem jednak po co w takim razie piratom to całe bogactwo, które tak skrupulatnie gromadzą łupiąc biednych i bogatych bez żadnych skrupułów.

Przyjrzałem się współwięźniom. Potulni, zrezygnowani, sparaliżowani strachem. Boją się. Boją się pirata. Obawiają się wysadzenia na bezludnej wyspie. Komu się nie podoba może przecież nie płynąć. Może w każdej chwili wysiąść, wyskoczyć za burtę. Niestety, jest to mało uczęszczany szlak, zwłaszcza o tej porze, więc brak widoków na inny środek transportu. W dodatku bardzo groźne są ostatnio rekiny. Podobno wpływają na spokojne dotąd i bezpieczne akweny w poszukiwaniu smakołyków. Również piranie rozprzestrzeniają się coraz bardziej i są już rejestrowane przez policyjne kroniki wypadków w całkiem nieegzotycznych krajach, nawet w niezbyt ciepłych krajach. Ponadto pogoda wcale nie jest sprzymierzeńcem. Silny wiatr niesie ze sobą lejący się za kołnierz deszcz, albo bijący po twarzy śnieg. Poza okrętem każdy staje się nagle rozbitkiem. Pirat jest górą. Dobrze o tym wie. Zagroził, że szemrającymi nakarmi rekiny, a buntowników powiesi na rejach ku przestrodze innym. Lepiej siedzieć cicho.

Wszyscy modlą się o powodzenie pirata. Widok okrętu wojennego Marynarki Jego Królewskiej Mości wróżyłby może wolność, ale tylko dla tych, którzy przeżyją ewentualną salwę ze wszystkich dział burtowych. Pierwszy wystrzał mógłby być końcem każdego z nas. Równie było prawdopodobne, że wszystkich wzięliby za piratów i potraktowali jednakowo. W czasie abordażu lepiej nie denerwować człowieka zawieszonego na końcu liny jak wisielec. On pewnie też widzi to podobieństwo. Może ono być dla niego tragiczną wróżbą. Dlatego ostry nóż trzymany w zębach może dosięgnąć każdego gardła. Na szczęście mój port jest już blisko. Na wszelki wypadek powiem grzecznie: Dobranoc.010

Materialne bogactwo i związany z nim dobrobyt rozleniwia. Prosta droga, lekka, łatwa, prawie że przyjemna. Prawie, bo najchętniej usiadłbyś w fotelu. Może być fotel dyrektora lub prezesa. Wysokie wynagrodzenie murowane. Najlepiej by było, żeby było jeszcze wyższe niż to murowane. Można ten problem rozwiązać za pomocą premii, nagród, funduszu reprezentacyjnego, to koniecznie, no i jeszcze paru innych trików finansowych. Nie będę wspominał o łapówkach, bo to się rozumie samo przez się. Oczywistości nie trzeba udowadniać. Poza fotelem trzeba też koniecznie pomyśleć o pozostałych meblach. Potem trzeba zatrudnić kogoś do odbierania telefonów, załatwiania korespondencji, zbywania interesantów, pamiętania o umówionych spotkaniach, informowania drugiej połowy o dłuższej pracy. Potem trzeba sobie znaleźć odpowiedzialnych zastępców, których zadaniem będzie rozwiązywanie konkretnych problemów organizacyjnych. Najlepiej powołać wyspecjalizowane zespoły robocze, zorganizować im „burzę mózgów” i czekać na efekty.

Sytość nie skłania do pracy nad swoim wnętrzem, nad swoim charakterem. Sprawy moralne i duchowe zazwyczaj muszą czekać na swoją kolej w długiej kolejce znacznie pilniejszych, które trzeba załatwić „na wczoraj”, a najczęściej na jeszcze wcześniej. Dlatego bardzo ważne jest mieć niezwykle odporny na stres i wielkie obciążenia system nerwowy. Przy okazji będzie on też odporny na krzyk sumienia, na wyrzuty bliskich, na śmiech i zarzuty wrogów, na krytykę wreszcie. Zarówno krytyka uzasadniona, jak i ta pozbawiona wszelkich podstaw, musi być tłumiona bez litości u samego źródła jej powstania, u samych korzeni, a najlepiej jeszcze wcześniej i głębiej. Chwasty trzeba wyplenić. Szpiegów wyprowadzić w pole. Tam zakopać. Koguta odizolować. Kury przeznaczyć na rosół, razem z jajami. Głodnych nakarmić i, profilaktycznie, napoić. Aby nikt nie miał nic do gadania.

Natomiast materialne ubóstwo zmusza do wysiłku, do wytężonej pracy nad realizacją swoich marzeń i planów. Kiedy nie masz nic do stracenia, to nie musisz martwić się o rzeczy zbędne, nieważne, nieistotne. Gdy pragniesz czegoś na co cię nie stać, to dopiero wtedy masz właściwą motywację do roboty. Wszyscy geniusze dochodzili do swoich osiągnięć przez uciążliwą, często żmudną pracę. Przecież nie od razu Rzym zbudowano. Wielkiej wiedzy trzeba się nauczyć. Doświadczenie trzeba sobie wypracować. Również to życiowe. Potem, po latach, gdy już udowodnisz, że to doświadczenie potrafiłeś właściwie wykorzystać, że posłużyło ci do dokonania czegoś ważnego, czegoś dobrego, ktoś nazwie je mądrością. Mądrym nikt nie nazwie dziecka. To oczywiste. Młokos sobie na nie jeszcze nie zasłużył. Nie każdy geniusz został bogaczem, ale każdy z całą pewnością wiódł piękne życie. Piękne w wymiarze duchowym.

Nieciekawego życia, nudnych miesięcy, uciekających i straconych lat nie wynagrodzi żadne bogactwo materialne, którego do grobu nikt ze sobą nie zabierze. Chyba, że jest się faraonem, ale to już zupełnie inna historia.011

Wszystko wkoło wciąż się zmienia. Przyzwyczajasz się do otaczającego się widoku, oswajasz go, tresujesz, żeby był ci posłuszny, nie uciekał z pamięci, pozwalał przywoływać na żądanie obrazy ulicy o kilka kroków dalej, o kilka domów dalej. Mózg jest mięśniem potrzebującym nieustannego ruchu, nieustannego ćwiczenia, zapamiętywania, wtedy sprawuje się znakomicie, nie zawodzi, można na nim polegać w każdej sytuacji. A mózgu potrzebujemy najczęściej w kłopocie, w trudnej sytuacji, gdy trzeba nagle a niespodziewanie podjąć decyzję. Nie zawsze wystarczy zdać się na instynkt.

Najlepiej znamy swój własny dom, swoje własne podwórko aż do ogrodzenia, czasami również najbliższa ulica jest w pamięci dobrze zakodowana. To tylko kwestia odpowiedniego adresu do odpowiedniej komórki mózgu dla odpowiedniej informacji, ewentualnie jeszcze związanych z nią wrażeń. Dla wprawnego nic trudnego. Ma się rozumieć, że taki luksusowy stan osiąga się poprzez nieustanne ćwiczenia. Z dnia na dzień trzeba wkładać w to mniej wysiłku, aż w końcu żaden wysiłek nie jest konieczny, a najprawdziwsza przyjemność rozpoznawania wyobrażeń staje się radością kolejnych dni.

Potem idzie się ulicami, podwórkami, mija domy i domostwa, zadbane i te w ruinę się walące, budowy, rozbiórki, tymczasowe baraki, kioski, pawilony, kontenery, parki, alejki, ścieżki. Idzie się i podziwia coraz inne kształty. Coraz inne zapachy uderzają w nozdrza. Coraz inne dźwięki atakują uszy. Czasami to aż trzeba uciekać, czmychnąć czym prędzej, żeby nie zwariować z nadmiaru tłoczących się wrażeń.

Stare śmiecie wszyscy znamy na pamięć. Natomiast nowe światy, dalsze okolice poznaje się systematycznie, w miarę upływu lat. Jedni sięgają kolejnych ulic, inni kolejnych miast, jeszcze inni podróżują po różnych krajach i kontynentach. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie te ustawiczne zmiany. Zwłaszcza w ostatnich latach namnożyło się ich pełno. Idziesz sobie jak zwykle do sklepu, zamierzasz przejść przez podwórze sąsiada, żeby sobie skrócić drogę, a tu nagle widzisz płot. Ostatnim razem go tu nie było. Skąd się wziął, skubany? Kto go tu postawił?

Najwyraźniej ludzie coraz bardziej się boją. Stawiają coraz wyższe ogrodzenia, coraz mocniejszych używają materiałów. Początkowo można jeszcze było przecisnąć się pomiędzy przegnitymi deskami, odchylić poluzowaną sztachetę, nadciągnąć i unieść stylonową siatkę. Potem zaczęto stawiać druciane siatki, stalowe słupy, sztachety z metalowych prętów, betonowe podmurówki, fundamenty, jakby na tych ogrodzeniach miały stanąć nie wiadomo jakie opoki na wieki wieków wieczyste.

Grodzą się jak zwariowani. Sprowadzają na swój własny koszt i dobrowolnie metronomów, pomierców, geodetów, mierniczych, szukaczy, kopaczy i różnych innych fachowców. Szukają w ziemi kamieni granicznych, zakopują nowe kamienie, butelki, słoiki, puszki, wbijają pręty i blachy. Wyznaczają swoje terytoria jeden za drugim, jakby im dotychczasowe zwyczaje i nawyki nie wystarczały.

Bronią swoich terytoriów przed sąsiadami, przed obcymi, przed każdym zbolałym i zmarzniętym psem nawet. Jedynie koty nic sobie nie robią z tych nowych zwyczajów ludzi coraz bardziej majętnych, ludzi coraz bardziej zasiedziałych, właścicieli, najemców, dzierżawców. Te skubane koty przełażą przez płoty i najzwyczajniej sikają im pod drzwiami. Czasami to aż wścieklizny można dostać od tego kociego smrodu.

Co była gdzieś pusta łąka, to teraz budują na niej pensjonaty, hotele lub pokoje do wynajęcia. W końcu dojdzie do tego, że nie będzie się gdzie przejść na spacer, gdzie wybiegać, rozruszać stare kości. Ulice też coraz bardziej ruchliwe, coraz więcej samochodów jeździ jak zwariowane, pędzi na łeb, na szyję, nie wiadomo dokąd i po co. Nikt nie dba o naturalne środowisko. Wycinają drzewa, bo im brakuje miejsca na chodnikach. Skandal. A gdy jaki biedak chce się odlać pod płotem to zaraz gonią, przeklinają, rzucają kamieniami, grożą policją albo strażą miejską. Niedługo wysrać się nie będzie można spokojnie, bo każą za tobą iść ze szufelką, miotełką i woreczkiem na kupę. Nic dziwnego, że coraz więcej ludzi rezygnuje z posiadania przyjaciela, oddaje najwierniejszego brata swego do schroniska dla bezdomnych. Szczęściarz kto trafi do schroniska dla bezdomnych psów, bo zdarzają się przypadki zawożenia umiłowanego pupilka do weterynarza, a stamtąd to już żaden pies o własnych nogach i siłach do domu nie wróci.

Kiedyś wystarczyło raz w roku zaszczepić przeciwko wściekliźnie, wszyć pod skórą chip specjalny i miało się spokój. Teraz przyzwoity pies nie zna dnia ani godziny. Okropność. Żeby chociaż karmili porządnie, a tu głodnym trzeba być aż w brzuchu ściska, ssie, wręcz boli coś okropnie, nie do wytrzymania, ściska, jakby obręcz metalową założyli na kark i podgrzewali ją palnikiem, ogniem żywym, świecą, szczapą płonącą. Wyć się chce z tego wszystkiego, z żalu, z tęsknoty, pysk do księżyca wystawić i wyć na całe gardło, warczeć, szczekać, gryźć wszystko dokoła, szarpać kłami, drzeć pazurami. Obudziłam się przerażona i wstrząśnięta. To było straszne. Gdyby takie sny częściej mi się przytrafiały, to musiałabym zacząć regularnie odwiedzać swojego psychoanalityka. Przynajmniej pięć razy częściej. To byłoby nieznośne. Ze zdenerwowania aż rozbolał mnie brzuch. Jakbym okres dostała. Jeszcze by tego brakowało, żeby się aż tak przyśpieszył. Zresztą, przecież takie nerwy są jak kuracja hormonalna. Nic dziwnego, że te wszystkie zestresowane gwiazdy starzeją się dwa razy szybciej i muszą potem robić sobie liftingi. Obudziłem się przerażony i wstrząśnięty.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij