Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Lato inne niż wszystkie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
20,19
2019 pkt
punktów Virtualo

Lato inne niż wszystkie - ebook

„Rozjuszona do nieprzytomności Iga wstaje, ociekając wodą, z rozwianym warkoczem, trzymając kępę trawy, którą chwyciła, próbując się podnieść. Po czym, aby wyładować skumulowane emocje, chłoszcze tym wiechciem Mattiego, gdzie popadnie. Scena wygląda tyleż komicznie co przerażająco. Chłopak siedzi w wodzie umorusany we krwi, która wciąż kapie mu z nosa, zasłania się ramionami od razów, których nie szczędzi mu wściekła dziewczyna”. www.apgreen.eu

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-767-9
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

Połowa lipca. To było najgorsze i najlepsze lato, odkąd pamiętam. Najgorsze, bo właśnie skończyliśmy szkołę podstawową i cała nasza paczka miała rozejść się do różnych szkół średnich. Najlepsze, bo zaskoczyło nas wszystko. Przygody, nowe znajomości, nowe emocje. Wróćmy jednak na start.

Dziś jest początek lata i jednocześnie zakończenie roku szkolnego, który dla nas, absolwentów klas ósmych, jest także końcem podstawówki. Oczywiście obiecujemy sobie, że nic się nie zmieni i wciąż będziemy widywać się po szkole i spędzać czas razem, każdy jednak czuje, że pewna epoka się skończyła i nic już nie będzie takie samo. Przede wszystkim, Pablo wyjeżdża do Wielkiej Brytanii. Pablo to mój najbliższy przyjaciel, jeden z trzech muszkieterów, do których należymy ja, Iga i właśnie Pablo. Jest też dwójka innych kumpli, Łukasz (zdrobniale Luke) i Kacper, ale to raczej wolne elektrony niż trzon naszej paczki. Oczywiście Pablo to też tylko ksywka, tak naprawdę ma na imię Paweł. Pseudonim pojawił się w szóstej klasie, kiedy podczas lekcji plastyki namalował taki bohomaz, że gdy nasza nauczycielka pokazała go klasie, wszyscy ryknęli śmiechem. Paweł jednak zawsze miał dużo pewności siebie, więc, zamiast pokornie przyjąć krytykę, zaczął dyskutować z panią Szafran. Bronił swojego dzieła argumentami, że najwięksi malarze zawsze byli postponowani przez współczesne pokolenia. Brak zrozumienia jego stylu, nie świadczy wcale o braku talentu, wskazuje tylko na niedostatek wyobraźni u patrzących. Kiedy powołał się na van Gogha, Vermeera i Picasso, pani Szafran, choć pod wrażeniem jego wiedzy, aczkolwiek zmęczona przedłużającą się perorą, kazała mu usiąść, nazywając go drogim Pablem.

Od tego momentu wszyscy nazywają go Pablo, ci bardziej kpiący zaś - Picasso, na co Paweł łaskawie się godzi. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość, że chociaż talentu plastycznego raczej nie rozwinął, to odwagi, pewności siebie i błyskotliwego umysłu zawsze mu zazdrościłam. Początkowo nawet czułam się onieśmielona, gdyż dzięki niesamowitej pamięci i inteligencji był najlepszym uczniem nie tylko w klasie, ale i szkole. Zazdrościłam mu, że nauka przychodzi mu z taką niezwykłą lekkością. Niemniej jednak nie było mu przez to łatwo. Inni chłopcy często mu dokuczali, przezywając od nerdów i kujonów. Większość chłopaków w naszej klasie nie garnęła się do nauki, a książki uważali za relikt skażony jakąś przedpotopową chorobą typu tyfus lub dżuma. Nie mogli przebrnąć przez lektury szkolne, a już fakt, że można sięgnąć po książkę z własnej i nieprzymuszonej woli był dla nich objawem dziwactwa lub wręcz choroby psychicznej. Ja natomiast wkrótce odkryłam, że łączy nas z Pablo ta sama pasja. Kiedyś przypadkiem wpadliśmy na siebie w bibliotece miejskiej przy półce z książkami przygodowymi. Od tamtego czasu zaczęliśmy polecać sobie książki i dyskutować o nich. W tamtym czasie oboje uwielbialiśmy Jacka Londona, Curwooda, Dumasa, Karola Maya, Harry’ego Pottera — J.K. Rowling i Exupéry’ego. Ja wolałam C.S. Lewisa, Pablo bardziej Tolkiena.

Pasja do czytania oraz przygody i psoty, które razem przeżywaliśmy w ostatnich latach podstawówki, wcielając w życie pomysły z książek, tak nas do siebie zbliżyły, że przestałam postrzegać go jako geniusza, a zaczęłam w nim bardziej widzieć przyjaciela, niemalże brata, któremu zwierzałam się z przeróżnych trosk, na które zawsze znajdował jakieś remedium. Teraz zaś miał wyjechać do Wielkiej Brytanii. Okazało się, surprise, surprise, że jego wuj zbił tam majątek i będąc starym kawalerem, zdecydował się zafundować bystremu bratankowi edukację w jednej z najbardziej prestiżowych szkół dla chłopców — Eton. Brzmiało jak bajka, jednakże dla mnie to był raczej koszmar i ogromna strata. Pablo też nie wydawał się tym zachwycony. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że to niesamowita okazja i dar od losu, znaczy wuja, ale widział też ciemną stronę tego prezentu. Odseparowanie od rodziny, gdyż jego rodzice i młodszy brat zostawali tutaj; wyrwanie ze środowiska, które lubił; skok w nieznane wody nie tylko obcego miejsca, ale też innej kultury; do tego zamknięcie w internacie z samymi tylko chłopcami, prawdopodobnie równie uzdolnionymi co on, a może nawet bardziej — wszystko to wydaje się przerażające i rzuca długi cień na tę skądinąd niezwykłą niespodziankę. Chociaż obie z Igą staramy się pocieszać Pablo na różne sposoby, wskazując zalety tego przedsięwzięcia, w duchu obie przeżywamy żałobę nad stratą przyjaciela. Jedyną pociechą jest dla mnie fakt, że Iga wybiera się do tej samej szkoły co ja, czyli niewielkiego liceum w małym turystycznym miasteczku, w którym mieszkamy. Z Igą znamy się od pierwszej klasy podstawówki i z małymi przerwami, kiedy głupie dąsy, czy wyimaginowane problemy rozdzielały nas na chwilę, siedziałyśmy zwykle w jednej ławce i przeżywałyśmy wspólnie wszelkie wzloty i upadki szkolnego życia. Teraz po raz pierwszy nieco się oddalamy, w sensie fizycznym raczej niż duchowym, bo wybieramy się do klas o innym profilu. Ja idę do klasy lingwistycznej, a Iga do geograficzno-społecznej. To też jest nieco przerażające, ale przynajmniej będziemy w jednej szkole. No i mamy jeszcze całe wakacje przed sobą, podczas gdy Pablo wyjeżdża już w połowie sierpnia, żeby pozałatwiać wszelkie formalności. Dlatego chcemy wykorzystać ten czas, jak najlepiej się da.Rozdział 2

Ja, znana z notorycznego planowania, rozkładam się na łóżku, opierając plecami o ścianę z notatnikiem na kolanach i długopisem gotowym do robienia zapisków. Iga, stojąc przy dużym lustrze wiszącym obok drzwi, poprawia sobie warkocz, który rozluźnił się, gdy pędziła do mnie na rowerze. Patrzę z zazdrością na poskręcane, miedziane włosy, gdy z trudnością zbiera je w gruby warkocz. Moje włosy są bardzo jasne, proste jak druty i dużo cieńsze. Nie starczyłyby nawet na połowę warkocza Igi, co nieodmiennie powoduje we mnie ukłucie zazdrości. Iga natomiast zazdrości mi prostych blond włosów i gładkiej, idealnej cery nabierającej latem brzoskwiniowej opalenizny. Twierdzi, że chętnie zamieniłaby się ze mną na włosy, gdyby tylko mogła pozbyć się problematycznej, jasnej cery usianej piegami, skorej do pocenia się i świecenia. Coś za coś. Obie znamy swoje słabości i czasem lubimy sobie na to ponarzekać.

— No to jaki masz pomysł na najbliższe tygodnie naszych ostatnich wspólnych wakacji? — pyta Iga, rozciągając się przede mną na łóżku i nakręcając kosmyk włosów na palec.

Musimy mądrze to zaplanować, bo już kilka dni za nami i jeszcze ta głupia przeprowadzka, która pochłania multum czasu. Pierwszy tydzień po zakończeniu roku szkolnego, ja wyjechałam z moją rodziną na tydzień do Francji. Rodzice wynajęli mały domek w wiosce niedaleko Saint-Tropez. To były pierwsze tak miłe rodzinne wakacje od dłuższego czasu, bo we wcześniejszych latach tata rozkręcał swoją firmę budowlaną i ciągle spłacaliśmy jakieś kredyty. Niestety mogliśmy pojechać tam tylko na tydzień, ponieważ tata musi pilnować interesów. Poza tym przeprowadzamy się do nowego domu. W międzyczasie Iga wyjechała z rodzicami i bratem nad morze, a ja wybierałam meble do mojego nowego pokoju. We Francji zauroczył mnie styl prowansalski, dlatego wymyśliłam sobie, że pomaluję sosnowe meble, które tata już wcześniej zamówił, na biało. Chciałam, żeby widać było słoje, dlatego malowałam wszystko ręcznie specjalną półprzezroczystą farbą do olejowania. Żmudna robota, lecz przynajmniej nie nudziłam się pod nieobecność Igi. Na szczęście Pablo dotrzymywał mi towarzystwa i pomagał przy szlifowaniu oraz malowaniu. Zdolności do malowania nasz domorosły Picasso ma jednak wyjątkowo słabe, więc często kończyliśmy dzień skłóceni.

W tym momencie dostaję sygnał wiadomości.

— Pablo pyta, co porabiamy.

— Pewnie chce dołączyć. Co ty na to?

— To nasze ostatnie wakacje razem, więc chyba mu pozwolimy? — trochę pytam, trochę stwierdzam, bo chociaż często spotykamy się we troje, to czasem mamy ochotę na czysto babskie rozrywki.

— Dobra, niech wbija — pozwala łaskawie Iga — co trzy głowy, to nie jedna. Będzie więcej pomysłów.

— _Zbijamy bąki u mnie na chacie, więc jeśli się nudzisz, to możesz dołączyć_ — właśnie kończę pisać, gdy słyszę na dole dzwonek do drzwi.

— Anka, Pablo do ciebie! — krzyczy z dołu Julek, mój starszy brat, choć wie, że nie znoszę, gdy tak do mnie mówi. Mam na imię Anastazja i lubię wszelkie zdrobnienia typu Ana, Anusia, Nastka, Nastusia, byle nie Anka. Zanim zdążę zareagować, słyszę szybki trucht po schodach i Pablo wpada z rozpędem do pokoju.

— A zapukać to nie łaska? Mogłyśmy być w negliżu — fukam trochę z przyzwyczajenia.

— Jasne, jasne. Następnym razem zaanonsuję się przez Heralda — odpowiada Pablo, opadając na krzesło i częstując się krówką z miseczki. — To nad czym tak ślęczycie? Wiecie, że mamy wakacje?

— I kto to mówi, kujonie? — rzucam mu karcące spojrzenie.

— Oo, wypraszam sobie. To, że ktoś zostaje _prymasem_, wcale nie oznacza, że jest kujonem. Nie moja wina, że natura obdarzyła mnie tęgim intelektem.

— Ale z ciebie nadęty bufon! — irytuję się na tak bezczelną pewność siebie. Co innego być genialnym, a co innego się tym chełpić.

— Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale „nadęty bufon” to pleonazm, czyli błąd językowy — szczerzy się bezwstydnie, czym jeszcze bardziej mnie wkurza.

— Chyba zrobię eksperyment i sprawdzę EMPIRYCZNIE, czy jeśli rzucę w ciebie poduszką, to nadmuchane ego _of yours,_ nie zrobi głośnego trach! — koniec mojej wypowiedzi wieńczy mocny zamach poduszką, którą celuję w głowę Pablo.

— Auć! — krzyczy Iga, gdy poduszka uderza ją rykoszetem, po odbiciu przez Pablo. — Możecie przestać wredne bachory?!

— Sorry, Iggs — mówi Pablo, ciągnąc ją lekko za warkocz i wręczając krówkę w ramach przeprosin.

— Próbujemy zaplanować wakacje — odpowiada Iga, wyciągając rękę i odwijając papierek z cukierka — ale w takiej atmosferze, zdaje się, że resztę wakacji spędzę na niańczeniu rozbrykanych dzieciuchów.

— Żółwik na zgodę? — pyta Pablo, sepleniąc ze względu na krówkę, która skleiła mu szczęki. — I co żeście już uradziły?

Wpycha się do nas na łóżko, przez co muszę przesunąć się na krawędź.

— Punkt pierwszy: zrobić coś szalonego razem — odpowiadam łaskawie, wciąż jeszcze nadąsana.

— Okej, może sprecyzujesz? — Iga przewraca się na plecy i patrzy w sufit. — Coś szalonego w stylu: kąpiel nago w świetle księżyca, jazda na oklep na nieujeżdżonym ogierze, czy też podprowadzenie samochodu twojej siostry i jazda w nieznane po bezdrożach?

— Ja się piszę na tę nocną kąpiel! — Pablo z błyskiem w oku unosi rękę, oblizując się przy tym obleśnie.

— Bądźcie poważni! — gaszę ich żarty srogą miną. — Myślałam o spływie kajakowym, może o wypadzie do escape room’u albo o maratonie horrorów.

— A może zrobimy sesję gier RPG? — zapalił się Pablo, który jest fanem wszelkiego rodzaju gier komputerowych, planszowych i interaktywnych.

— Nie bądź typowym nerdem.

— Auuu! Zabolało! — Pablo złapał się za serce, jakby przeszyto go strzałą.

— Są wakacje, więc chcę spędzać czas na dworze. Na kiszenie się w piwnicy będziesz miał całą zimę ze swoimi nowymi kumplami w Eton. Ja chcę nabrać zdrowej opalenizny — wyjaśnia Iga.

— No dobrze — mówię — sporty wodne mi pasują, tylko musimy zebrać większą ekipę i zagadać z JJ-em (Dżej Dżejem, czyli Julkiem od Juliusza, nie Juliana), żeby nas poparł w rozmowie z rodzicami. Mogą nas nie puścić samych.

— Spoko. Zbierzemy większą grupę, to się zgodzą — przytakuje Pablo. — À propos, podobno twój brat i Marcel kupili sobie supy?

— Zgadza się! Więc może zamiast kajaków, namówimy ich na wypad z supami nad jezioro.

— Świetny pomysł! — rozpromienia się Iga, licząc na osobisty trening z moim bratem.

— Ok., więc mamy pływanie na supach i wycieczki rowerowe — powtarzam, zapisując wszystko w notesie

— Czyli praktycznie to, co zwykle — wzdycha Iga.

— A pływałaś już na supie? — kpi z niej Pablo.

— Nie. Supy mi pasują, lecz rowery to żadna atrakcja.

— Możemy tym razem zrobić sobie całodniową wycieczkę z piknikiem i połączyć to z eksploracją spalonego domu — proponuję, bo tyle razy chcieliśmy to zrobić, a jeszcze ani razu nie spróbowaliśmy.

— Byłoby super — zapalił się Pablo, którego fascynują różne tajemnice i nierozwikłane sprawy.

— Czyli wstępny plan ustalony — podsumowuję zadowolona i odkładam notatnik na szafkę nocną. — Będę jeszcze potrzebowała waszej pomocy przy przeprowadzce, bo chyba zaczynamy w przyszłym tygodniu — wzdycham na myśl o zamieszaniu z tym związanym.

Tata, który prowadzi własną firmę budowlaną, w końcu wyszedł na prostą i po długich, ciągnących się niemalże trzy lata pracach budowlanych, postawił dla nas nowy dom. Mimo że miejsce, w którym obecnie mieszkamy, nazywam pogardliwie chatką, ponieważ jest to ciasny i dość wiekowy budynek, po raz pierwszy uzmysławiam sobie, że będę za nim tęsknić. Nie ze względu na styl architektoniczny, ale na wspomnienia, z którymi się wiąże. Chociażby ten pokój. Mały, poddaszowy, niedoświetlony, ponieważ ma tylko jedną niedużą lukarnę. W dodatku, ze względu na niedostatek pokoi, przez wiele lat dzielony ze starszą siostrą, w zasadzie do czasu, gdy Kami (moje dziecięce zdrobnienie od Katarzyna) poszła na studia. Owszem, był czas, gdy płakałam z tęsknoty za siostrą i oddałabym jej swoją część szafy, o którą zwykle się kłóciłyśmy, gdyby tylko Kami nie wyjechała na studia i wszystko pozostało w doskonałym stanie stazy. Z czasem jednak przyzwyczaiłam się do nowych warunków i związanej z tym wygody oraz prywatności. Teraz, patrząc na starą trzydrzwiową szafę, wytarty okrągły dywanik, łóżko nakryte kolorową patchworkową kapą, zrobioną przez ciocię ze Stanów, a przede wszystkim na monstrualne biurko, odczuwam ogromną nostalgię.

— Hej śpiąca królewno! — Iga klasnęła mi przed oczami, widząc zapewne moje nieobecne spojrzenie. — Gdzie odpłynęłaś? Podaj jakieś szczegóły tej katorżniczej pracy, w którą chcesz nas wrobić, żebyśmy wiedzieli, na co się piszemy.

— W weekend mamy wszystko spakować w kartony, a od poniedziałku będą kursować dwie furgonetki z ekipą do przewożenia rzeczy.

— Ja od razu zaznaczam, że w sobotę i niedzielę rano mam zajęcia tenisowe, więc mogę pomagać po południu — mówi Pablo, celując papierkami po krówkach do kosza stojącego po drugiej stronie łóżka. — W poniedziałek i środę mam czas do 17:00, bo jestem umówiony z chłopakami na siatkę.

— W weekend obejdziemy się bez ciebie — mówię nieco urażona jego obojętnością. Ja tu przeżywam przeprowadzkę, jego wyjazd i wszystkie te przerażające zmiany, a ten najwyraźniej świetnie się bawi. — Będziemy zresztą sortować moje ubrania, żeby pozbyć się niepotrzebnych rzeczy, więc rewia mody może cię znudzić.

— Jeśli wchodzi w to także przymierzanie bielizny i różnych damskich fatałaszków, to chętnie posłużę jako sędzia.

— Phi! Też mi ekspert się znalazł! — Iga wydaje z siebie śmieszne parsknięcie. — Pewnie w życiu nie widziałeś dziewczyny w negliżu. Zresztą, tak do końca nie wiadomo, czy taki widok by ci się podobał. Wciąż trwają dyskusje, jaka płeć cię kręci.

— Kto rozpowiada te szkaradne kalumnie?! — Pablo wstaje gwałtownie i ostentacyjnie zakasuje rękawy bluzy na swoich chudych przedramionach. Jego zielono-niebieskie oczy ciemnieją z irytacji.

— Przecież to oczywiste, że podobają mi się dziewczyny. Nie widziałyście plakatów w moim pokoju? — mówi coraz szybciej i coraz piskliwiej, bo ma jeszcze momenty mutacji i gdy się złości jego głos potrafi zmienić się z ciepłej, niskiej barwy na skrzekliwą lub wręcz cienką niczym u dziewczyny.

— Lecz gdyby ktoś nadal miał wątpliwości, powinien obejrzeć moją kolekcję świerszczyków odziedziczoną po wujku.

Gdy zauważa nasze zdegustowane spojrzenia, na jego twarz wypływa rumieniec, który próbuje zamaskować, potrząsając nieco przydługą, rozjaśnioną od słońca grzywką.

— Zresztą, chyba już pójdę, bo faktycznie spędzam za dużo czasu z babami.

Na te słowa podrywamy się z Igą z łóżka i łapiemy go z obu stron pod ramiona.

— A nie wciągniesz małego co nieco do burczącego brzuszka, zanim oddalisz się ku swoim niezwykle ważnym, męskim zajęciom? — zagaduję go, wiedząc, że chłopcy w tym wieku są wiecznie głodni i jedzenie zawsze poprawia im humor.

— A co proponujesz? — pyta już nieco spokojniejszym głosem.

— Nie wiem, zaraz sprawdzimy w lodówce, czy mój żarłoczny starszy brat przeoczył coś, co możemy wykorzystać — mówię, otwierając drzwi i prowadząc ich na dół przy akompaniamencie basów przesączających się przez szparę pod drzwiami sąsiedniego pokoju.

Na dole Iga od razu rzuca się na kanapę i chwyta pilot do telewizora w poszukiwaniu ulubionego serialu. Ja otwieram lodówkę, a Pablo siada na stołku barowym i opiera łokcie na blacie.

— Serio słyszałyście, że ktoś uważa mnie za geja? — pyta już nieco spokojniej, choć z nutką niepokoju w głosie. — Nikt z moich znajomych tak nie uważa.

— Niektóre dziewczyny się nad tym zastanawiały — mówię, wyciągając z lodówki kawałek masła, kostkę żółtego sera i kilka plasterków szynki zawiniętej w folię aluminiową, które jakimś cudem mój brat przeoczył. — To pewnie dlatego, że spędzasz z nami dużo czasu. Zwykle taki babski sołtys jest postrzegany za coś dziwnego, może oznaczać inną orientację. Poza tym to naprawdę _cool_ mieć kolegę geja w tych czasach, więc nie powinno cię to martwić.

— Ale ja naprawdę nie mam ciągot do chłopaków! Zdecydowanie wolę dziewczyny! Znaczy w sensie erotycznym — tłumaczy się niezręcznie.

Gdy na niego spoglądam, nagle spuszcza wzrok i na szyję wypływa mu rumieniec.

— Jeśli chodzi o rekreację, to lubię męskie zabawy. Z chłopakami spędzam tyle samo czasu, ile z wami. Nie moja wina, że faceci w moim wieku później dojrzewają i chcą tylko kopać piłkę. Ja jestem bardziej wszechstronny. Lubię sport, ale też rozrywki intelektualne.

Jego głos znowu zaczyna przybierać piskliwe tony, co jest naprawdę zabawne i słodkie.

— Miło, że zaliczasz nas do rozrywek intelektualnych — śmieję się — ale z tym głosem, ciężko byłoby ci się obronić jako macho.

— Wiecie, co myślę? — wtrąca się Iga, skacząc po kanałach. — To pewnie dlatego, że na balu ósmych klas nie zaprosiłeś żadnej dziewczyny do poloneza, a potem tańczyłeś ze wszystkimi po równo w parach.

— To źle??? — szczęka mu opada ze zdumienia. — Przecież powinny być zadowolone, że zatańczyłem z każdą, zamiast podpierać ścianę jak moi kumple.

— Nie rozumiesz — wtrącam, stawiając przed nim tarkę i kostkę żółtego sera — po prostu zachowałeś się niestandardowo, bo żaden inny chłopak nie tańczył w parze, a ty zatańczyłeś prawie ze wszystkimi dziewczynami.

— Tylko z tymi ładnymi — broni się, ucierając ser na grubych oczkach — co świadczy tylko o tym, że wszyscy moi kumple to tchórze, którzy w dodatku nie potrafią tańczyć. Trzeba sporej odwagi, żeby podejść do dziewczyny, odseparować ją od stada i robić z siebie widowisko na parkiecie, pod taksującym okiem jej rozplotkowanych koleżanek. Traktuję to trochę jak skrzyżowanie polowania z testem na odwagę, czyli męskość.

— Patrząc od tej strony, brzmi całkiem sensownie i odważnie — kiwam z uznaniem głową, rozbijając dwa jajka do miseczki. — Jednak nie wyróżniłeś żadnej, co oznacza, że żadna cię tak naprawdę nie interesuje.

— To jest dopiero pokrętna filozofia! — konstatuje Pablo i podsuwa mi miskę z utartym serem, poprawiając przy tym opadające mu na twarz włosy, co zwykle robi, gdy czuje się zakłopotany.

— Co my tu pichcimy?

Nagle Iga porzuca swoje miejsce na kanapie i podchodzi do nas najwyraźniej znudzona repertuarem w telewizji.

— Składniki mamy tylko na ‘Croque Monsieur’ — odpowiadam i wyjmuję chleb z szafki.

— Uwielbiam twoje tosty — mówi Iga, biorąc z miseczki garść tartego sera i wkładając go sobie do ust.

— Zamiast wyżerać produkty, postaraj się pomóc — odsuwam od niej miskę z serem i ustawiam taśmociąg.

Iga smaruje tosty masłem, Pablo nakłada szynkę i ser, a ja maczam kanapki w jajku i układam na dwóch patelniach, żeby było szybciej.

Piękny aromat, smażonych na maśle tostów, momentalnie rozchodzi się po kuchni, powodując burczenie w brzuchach. Zanim jeszcze wszystkie tosty zejdą z patelni, zapach przyciąga z góry mojego brata. Bezceremonialnie łapie jedną grzankę i wgryza się w nią, nie czekając na zaproszenie ani pozwolenie. Grzanka jest bardzo gorąca, dlatego chrupie ją, otwierając usta, żeby schłodzić się haustami powietrza.

— Dobrze ci tak! — mówię z satysfakcją. — Po pierwsze, nie miałeś zaproszenia, a po drugie, kultura nakazuje poczekać, aż wszyscy usiądą do stołu.

— Zdecyduj się, Mała — śmieje się, ładując drugą grzankę do ust. — Albo nie mam zaproszenia, albo mam czekać przy stole. Niestety nie mam czasu na te dywagacje, bo lecę na siłkę. Mam nadzieję, że nie zużyłaś całego chleba na te głodomory? — pyta, wskazując Igę i Pablo.

— I tak trzeba zrobić zakupy, bo już wyżarłeś wszystko z lodówki — mówię, dźgając go palcem i zabierając mu talerz z grzankami, po tym, jak chwycił trzecią. — W tym tempie rodzice nie nadążą zarabiać, żeby napełniać twój wiecznie pusty sagan.

— Ja też cię kocham, Sis — mówi z pełnymi ustami, pokazując kciuk w górę z uznaniem moich grzanek. — Zrób zakupy, proszę! Okropnie się śpieszę. Obiecuję, że wynagrodzę ci to następnym razem.

— Wisisz mi już jedno odkurzanie i prasowanie! — krzyczę za nim, gdy wbiega po dwa stopnie na górę, więc nie mam pewności czy mnie słyszy.

— Fajnego masz brata — wzdycha Iga, odprowadzając go wzrokiem.

Wiem, że podkochuje się w nim, odkąd połaskotał ją kiedyś, gdy razem oglądaliśmy jakiś film. Jednakże mój brat to kobieciarz, zmienia dziewczyny jak rękawiczki, a Iga jest dla niego tylko smarkatą koleżanką młodszej siostry.

— Fajny? — parskam z sarkazmem. — Głodomór, babiarz i fantasta! — mówię, zabierając dwa talerze z tostami na stolik przed telewizorem.

— O wiele fajniejszy niż mój. Tomek tylko na mnie krzyczy, naśmiewa się albo wykręca mi ręce. A twój nawet wyznaje ci, że cię kocha.

— Jasne, tylko jeśli czegoś chce — mówię, kładąc przed nimi serwetki i zachęcając do jedzenia. — Tomek zaś ma bardzo fajnych kolegów — dodaję, zerkając na nią znacząco.

Tomek jest tylko rok starszy od nas i faktycznie ma bardzo przystojnych kumpli, na których obydwie z Igą po cichu się spalamy. Mój brat Juliusz zaś jest starszy o dwa lata, więc to niemal przepaść pokoleniowa.

— A ja uważam, że kumple Tomka są beznadziejni — wtrąca Pablo z policzkami wypchanymi niczym u chomika. — Nie mają żadnych zainteresowań oprócz siłki i rwania lasek.

— To tak samo, jak mój brat — podsumowuję — a jego raczej lubisz. A tak w ogóle, to czemu ty nie chodzisz na siłownię?

— Ja wolę uprawiać sporty dla rozwijania umiejętności, a nie dla nadmuchiwania mięśni — mówi, nie ukrywając wyższości w głosie.

— Hej Picasso, zagrasz z nami w siatkę wieczorem? — pada pytanie z półpiętra, gdy JJ zbiega z torbą po schodach, szukając kluczy. — Marcel się rozchorował, a tobie nieźle idzie.

— O której? Obiecałem bratu, że pójdę z nim na basen.

— 19:00 w parku sosnowym, dasz radę?

— Dobra, postaram się.

— Siema, małolaty. Anka, nie zapomnij o ryżu i kurczaku dla mnie! — rzuca jeszcze i zatrzaskuje drzwi.

— Ok, ja też już spadam — Pablo wstaje i zabiera puste talerze. — Dzięki za pyszności.

— Iga, pójdziesz ze mną na zakupy? — zagajam, wkładając talerze do zmywarki.

— Spożywka? Nie chce mi się. Zresztą muszę ogarnąć porządek w domu.

— Po drodze zajrzymy do butików — kuszę — nie daj się prosić.

— Niech ci będzie — wzdycha potwierdzająco — pojedziemy rowerami.„Ja też byłem kiedyś prymasem” — cytat z kabaretu, w którym ktoś mylnie używa słowa prymas (tytuł honorowy arcybiskupa) zamiast prymus (ktoś najlepszy w swojej dziedzinie, np. najlepszy uczeń).

„nadęty bufon” jest pleonazmem, czyli połączeniem wyrazowym, w którym element treści wyrazu nadrzędnego (bufon — człowiek zarozumiały, lubiący się przechwalać) jest powtórzony w treści wyrazu podrzędnego (nadęty — pot. zarozumiały) innymi słowy: zarozumiały zarozumialec.

SUP (z ang. Stand Up Paddle) jest to popularny sport wodny polegający na pływaniu na dużej i wypornej desce w pozycji stojącej (lub klęczącej), odpychając się pojedynczym wiosłem.

Lukarna (inaczej jaskółka) — okno poddaszowe w wystającym elemencie fasady z prostopadłymi ścianami bocznymi, łączącymi front z połacią dachu.

stan stazy — z greki: stasis — staza, czyli stan stabilności; stan uśpienia, bez zmian — inaczej status quo.

Zapieczona kanapka z serem i szynką.Rozdział 3

Dzisiejszy ranek jest prześliczny; słoneczny, chociaż z lekką bryzą łagodzącą narastający upał. W powietrzu pachną kwitnące akacje i śpiewają kosy. Uwielbiamy jeździć rowerami po okolicy. Mieszkamy na osiedlu domków jednorodzinnych na wschodnim przedmieściu naszej turystycznej metropolii. Śmieję się, mówiąc o metropolii, bo miasteczko liczy niespełna dziesięć tysięcy mieszkańców. To jest mały kurort uzdrowiskowy, czasem porównywalny do Baden-Baden, tylko kilkakrotnie mniejszy. Sezon trwa cały rok, chociaż zimą miejsce nie jest aż tak atrakcyjne, jak wiosną czy latem. Mówiąc atrakcyjne, mam na myśli turystów w wieku średnim i emerytalnym, bo tacy właśnie goście ściągają tu najchętniej, aby korzystać z leczniczych wód, kąpieli i innych zabiegów odmładzających. Kliniki Spa i inne ośrodki wczasowe oferują pełen pakiet usług dla mniej lub bardziej zamożnej klienteli. W przerwach zaś pomiędzy kąpielami, masażami czy okładami z błota, kuracjusze mogą przechadzać się po licznych parkach, promenadach i kwietnych alejach, aby zawierać znajomości w przytulnych kawiarenkach, a wieczorami testować swoje odmłodzone ciała w tanecznych piruetach na rozlicznych parkietach dansingowych.

Jeśli chodzi o rozrywki dla nas, czyli nieco młodszej generacji, wybór nie jest zbyt duży. Jedna hala sportowa, parę kortów tenisowych, mini park linowy oraz kilka zjeżdżalni wodnych otwartych w sezonie. To zamyka pole manewru. Na szczęście trzydzieści kilometrów dalej mamy miasto uniwersyteckie, które udostępnia nieco szersze spektrum możliwości. Wielu moich rówieśników wybiera się do szkół średnich właśnie tam, jednak ja, Iga oraz moje starsze rodzeństwo pozostajemy wierni lokalnej szkole i tradycji. Nasze liceum, choć małe, szczyci się wieloma osiągnięciami na polu naukowym, a oprócz tego jest tu, w centrum, więc nie będę musiała zarywać nocy i tracić przynajmniej dwu godzin dziennie na dojazdy. Co więcej, wszyscy znajomi ze szkoły mieszkają na miejscu, więc spotkania towarzyskie będą częste i wygodne.

Teraz jednak myśli o nowej szkole są bardzo odległe. Przed nami prawie dwa miesiące długich, leniwych dni lata, które zamierzamy idealnie spożytkować. Iga właśnie wyciągnęła mnie do świeżo otwartego sklepu z bielizną, żeby kupić sobie nowy kostium kąpielowy. Jedziemy więc uliczkami naszego miłego, sennego osiedla ciesząc się cudowną pogodą i wolnością. Ścigamy się ulicą Poziomkową, a wiatr targa nam włosy. Zwalniamy przed zakrętem w Lawendową, krzyczymy dzień dobry do pani Balek, która jak zwykle pielęgnuje swój ukochany ogród, droczymy się z psami, które ujadają za ogrodzeniem wielkiej willi na rogu, a potem znowu puszczamy się pędem, ile sił w nogach na długiej, prostej ulicy, którą docieramy do małego pasażu z niewielkimi sklepikami i dużym supermarketem spożywczym. Spinamy rowery razem i idziemy do nowego butiku. Faktycznie, asortyment mają duży, niestety ceny również. Na szczęście sprzedawczyni wskazuje nam wieszak z przecenami i udaje nam się wybrać cudowne zestawy. Ja biorę bordowy z falbankami i stanikiem na sznureczkach, Iga zaś woli bardziej zabudowaną górę, ze względu na obfity i ciężki biust, którego ja jej zazdroszczę, a ona nienawidzi.

Kiedy wychodzimy ze sklepu, wpadamy na Tomka z kumplami.

— O, widzę, że zakupy się udały. Gdzie będziecie wystawiać swoje wdzięki na słońce? — podpytuje Wiktor, puszczając do nas oczko.

— Proponuję mecz siatkówki plażowej, żeby przetestować wytrzymałość waszych nowych strojów — rechocze sprośnie Michał, wyobrażając sobie pewnie scenę rodem ze „Słonecznego Patrolu”.

— Sądzę, że wasze nadmuchane mięśnie nie wytrzymałyby takiej próby — odbijam szybko piłeczkę, rzucając im kpiące spojrzenie.

— Zdziwiłabyś się, laleczko! — odburkuje z urażoną miną.

— Przestańcie mleć ozorami do tych smarków, bo spóźnimy się na trening — ucina wymianę zdań Tomek i oddalają się w stronę budynku z siłownią.

— Sam jesteś smarkiem i nogi ci śmierdzą! — wrzeszczy za bratem wściekła Iga, na co ten pokazuje jej tylko środkowy palec, nawet się nie odwracając.

— Serio? Nogi ci śmierdzą? Subtelnie.

— Nic lepszego nie wymyśliłam na poczekaniu. Widzisz, jaki on jest wredny? Nie to, co JJ. Jak ja bym chciała zamienić się na braci.

Dla poprawy humoru wstępujemy do cukierni po pączki, a potem jedziemy nad rzekę przetestować w słońcu nasze nowe kostiumy. Mijamy stoły grillowe, boisko do siatki plażowej i jedziemy trochę dalej w zagajnik na naszą ulubioną polanę. Trzeba zejść z rowerów i przedrzeć się przez krzaki malin, ale widok jest tego wart. Z trzech stron osłonięta gęstwiną, mała trawiasta polanka otwiera się z jednej strony na rzekę, która płynie sobie przed nami powolnym nurtem. Rozkładamy ręczniki, przebieramy się w stroje i zjadamy przepyszne lukrowane pączki. Ja wybieram zawsze z nadzieniem malinowym, podczas gdy Iga woli z ajerkoniakiem.

— W tym sezonie zrobię się na mahoń — stwierdza autorytarnie Iga i układa się na plecach.

— Co roku starasz się opalić na mahoń, a kończy się poparzeniem i schodzącą skórą — mówię, nastawiając alarm w telefonie na pół godziny. Lepiej nie przesadzić z pierwszą kąpielą słoneczną.

— Nie moja wina, że mam uczulenie na słońce i zamiast idealnego brązu uzyskuję szkaradny odcień gotowanego homara — utyskuje rozżalona. — Czytałam jednak w pewnym artykule, że jeśli przeczekam pierwszy stan reakcji alergicznej i będę opalać się dalej, to skóra przywyknie i zacznę normalnie się opalać. Dlatego w tym roku olewam krostki i opalam się do skutku.

— Iggs, co ty bredzisz? Gdzie to wyczytałaś? W poradniku dla masochistek? Wiesz, że net jest zalewany mnóstwem _fake’u_. Jeszcze trochę, a zaczniesz hodować koty bonsai w butelce!

— A co, to nieprawda?! — jęczy. — Już zamówiłam specjalny inkubator.

Kiedy podnoszę się przerażona na przedramieniu i rzucam jej oburzone spojrzenie, ta wybucha mi śmiechem w twarz — ale cię wkręciłam! Naprawdę masz mnie za idiotkę?!

— No cóż, przypominam ci tylko, że to nie ja pochowałam do szafki talerze spienione od płynu do naczyń, bo tak mówiła reklama.

— Byłam wtedy dzieckiem, a ta reklama była myląca — tłumaczy się mętnie, kładąc się na brzuchu.

— Reklama twierdziła, że naczynia pozostają lśniące bez wycierania, a nie bez spłukiwania — prostuję ze śmiechem — i to było ledwie pół roku temu, więc wcale nie byłaś takim dzieckiem.

— _Mama don’t preach_! — nuci pod nosem przekształcony refren starego przeboju.

— À propos, jak już zeszło na angielski. Mam newsa, o którym jeszcze nie wiesz — siadam, żeby nasmarować skórę filtrem, bo czuję, że słońce zaczyna mocno prażyć.

— No dawaj — mówi, odwracając się do mnie tyłem, żebym nasmarowała jej plecy.

— Mama mówiła, że moje wujostwo, no wiesz ciocia Ada i wujek Janek wracają z Anglii na stałe.

— Nie gadaj! Ten przystojniak Bastian też?

— Wszyscy przeprowadzają się do naszego miasteczka, oprócz Elise, która jedzie na studia do dużego miasta. Czyli wujostwo, Bastian i Kaja będą mieszkać praktycznie po sąsiedzku. Wujek będzie pracował w firmie taty, a ciocia Ada dostała pracę w jakiejś dużej firmie meblarskiej.

— Ile ten twój kuzyn ma lat? Jest trzy lata starszy od nas?

— Niecałe dwa. Będzie chodził do naszego liceum, a Kaja do przedszkola Kubusia Puchatka.

— Co masz taką smętną minę? Nie cieszysz się? Bastian to ciacho! Że też masz samych fajnych facetów w rodzinie.

— Mała jest słodka, ale trochę mnie martwi Bastian. Czy ty wiesz, jak on mówi po angielsku, skoro wychował się na wyspach?

— Z cudownym brytyjskim akcentem — wzdycha Iga z rozmarzeniem.

— No właśnie! Będzie mi wstyd mówić przy nim, bo wszyscy będą nas porównywać. A przecież idę do klasy lingwistycznej! Zadręcza mnie wizja upokorzenia, gdy wyobrażam sobie kontrast, zwłaszcza że mamy po ojcach to samo nazwisko.

— Przesadzasz! Spójrz na to z innej strony. Zawsze będziesz miała pod ręką kogoś, żeby poćwiczyć konwersacje.

— Zgłupiałaś!? — pukam się w czoło zszokowana na samą myśl. — Język by mi w gardle stanął, gdybym miała się przy nim odezwać po angielsku. I tak pewnie uważa mnie za głupiutką kuzynkę z prowincji.

— Ty naprawdę wymyślasz sobie problemy! — z pobłażliwością macha ręką na moje wydumane według niej lęki. — Zajrzyj mi lepiej pod ramiączko, czy widać różnicę? Wzięło mnie trochę słońce?

Oczywiście, że ją wzięło. Oczywiście za mocno. Całe ramiona ma intensywnie zaczerwienione. Chyba sama to poczuła.

— Dobrze, zróbmy małe selfie na Snapchata i spadajmy — mówi Iga, puszczając całusa do telefonu.

Robimy parę _sweet_ fotek w okularach słonecznych i nowych strojach. Staramy się nie pokazać zbyt wiele ciała, żeby jakiś „zbok” się do tego nie dorwał. Wracając obok boiska do siatkówki plażowej, widzimy Mattiego z kolegami, Pablo, Luka i jeszcze kilku kumpli ze szkoły. Zatrzymujemy się na chwilę, żeby przybić piątkę i patrzymy na kilka serwów. Luke to kolejny kumpel z naszej paczki. On i Kacper należą do klubu piłkarskiego i są zapalonymi kibicami FC Barcelony. Na ogół nie gardzą żadnym sportem. Lubią siatkę, koszykówkę i hokej na trawie. Obaj są dość wysocy, nad czym niższy Pablo mocno ubolewa. Kacper jest bardziej przysadzisty, z mocno przyciętymi rdzawymi włosami, natomiast Luke jest smuklejszy i zwinniejszy. Ma brązowe oczy i lekko kręcone ciemne włosy podgolone po bokach. Uroda południowca, zdecydowanie w moim typie. Podoba się zarówno mnie, jak i Idze, więc zawarłyśmy pakt, że żadna z nas nie będzie się z nim umawiać. Jeśli chodzi o Kacpra, to on i Iga wiecznie się ze sobą kłócą. Moim zdaniem są bardzo do siebie podobni, zarówno z wyglądu — przez te rude włosy, jak i z charakteru. Jest jeszcze Matti, młodszy brat Pablo, czerwienieje po same uszy na widok Igi, bo skrycie się w niej durzy. Jest o rok młodszy od Igi i dwa miesiące ode mnie. Ja jestem jednak w klasie wyżej, bo poszłam wcześniej do szkoły. Iga zawsze się z nim droczy. Lubi wprowadzać go w zakłopotanie. Jest jednak za gorąco, żeby siedzieć w samym słońcu, więc zmywamy się przed końcem. Oczywiście Iga posyła Mattiemu buziaka na odchodne, przez co chłopak prawie potyka się o własne nogi, co Igę wprawia w dobry humor na resztę popołudnia.

Wieczorem, przy kolacji mama zaskakuje mnie jeszcze jednym newsem. Właśnie nakładam sobie paróweczkę zapieczoną z serem i polewam obficie keczupem, kiedy mama wypala ze swoim hitem.

— Nastusiu, wiesz, że wujostwo wracają z Wielkiej Brytanii i będą potrzebowali naszego wsparcia, żeby się tu na nowo zagospodarować? — bardziej stwierdza niż pyta, więc słucham jednym uchem zajęta myślami jak zorganizować całe to pakowanie mojego pokoju. — Ciocia będzie na początku dużo pracowała, bo to nowa firma i musi się wykazać, stąd prośba, żebyś pomogła przy opiece nad Kają. No wiesz, mogłabyś odbierać ją po szkole z przedszkola i zająć się nią trochę do powrotu wujostwa. W końcu będziemy mieszkać po sąsiedzku.

— Słucham?! — grzanka utkwiła mi w gardle z przerażenia. — Chyba nie mówisz serio?! Ja się do tego nie nadaję! Przecież wiesz, jak nie lubię dzieci!

— Nie przesadzaj! Kaja nie jest już takim maluchem i jest przeurocza, a tobie przyda się młodsze rodzeństwo, bo czasem zachowujesz się jak rozkapryszona jedynaczka.

— Ja przesadzam?! — słyszę, jak głos zaczyna mi się łamać z nerwów. — Nie dosyć, że bez mojej wiedzy wynajmujesz mnie jako bezpłatną niańkę, to jeszcze mi ubliżasz?! A co z Bastianem? Dlaczego on nie może zająć się siostrą, w końcu też będzie chodził tu do szkoły.

— Po pierwsze, nie tym tonem, młoda damo! — mama przybiera lodowaty ton. — Po drugie, Bastian też będzie pomagał, tylko że kontynuuje treningi Taekwondo oraz zajęcia rowerowe, więc nie zawsze będzie mógł.

— A co z moim życiem? Z moimi planami i zajęciami? Zaczynam nową szkołę i sama mi mówiłaś, że w liceum to nie przelewki i że będzie dużo trudniej niż w podstawówce. Jak ty to sobie wyobrażasz? Jak pogodzę naukę, lekcje tańca, zajęcia teatralne, konie, nowe znajomości i zajmowanie się dzieciakiem?

— Robisz z igły widły.

Mama bagatelizuje wszystkie moje argumenty, smarując sobie następną grzankę.

— Ustalimy wspólny grafik i każdy trochę pomoże. Zobaczysz, nie będzie tak źle.

— A czemu babcia Jasia nie może się nią zająć? — używam ostatniego argumentu.

— Dobrze wiesz, że babcia Janeczka chętnie pomoże, ale ma też swoją pracę i swoje lata, więc musimy ją trochę oszczędzać.

— Kiedy ona sama się nie oszczędza. Ma osiemdziesiąt lat i nie musi pracować. Robi to, bo lubi. W dodatku ma bujniejsze życie towarzyskie niż ja. Ciągle biega na koncerty, potańcówki albo pilates z koleżankami. A ja mam czas dla siebie tylko w wakacje.

— Teraz to już zmyślasz. Po szkole nie masz prawie żadnych obowiązków, oprócz wstawienia naczyń do zmywarki i wytarcia kurzu dwa razy na tydzień, bo podłogi odkurza robot. Ja w twoim wieku musiałam po szkole gotować obiady, pomagać w gospodarstwie i jeszcze pracowałam w weekendy. Oprócz tego byłam wzorową uczennicą i dawałam innym korepetycje.

— No i tak ci zostało — burczę pod nosem, bo mama po pracy w firmie jako księgowa, pracuje też popołudniami, robi bilanse, rozlicza ludziom pity lub inne dokumenty i tak do późnego wieczora.

— Myślisz, że robię to hobbystycznie? — pyta naprawdę już zdenerwowana. — Wiesz przecież, jak ciężko nam było przez wiele lat, gdy firma taty się rozkręcała i musieliśmy zaciągać ogromne kredyty. Myślisz, że ślęczę nad rachunkami całe dnie i rujnuję sobie kręgosłup, bo mam taką fanaberię? A wyjazdy na wakacje, firmowe ciuszki, które tak lubicie, czy te wszystkie wasze zajęcia dodatkowe i prywatne lekcje to wygraliśmy na loterii?!

— Przepraszam mamo. Wiem, że ciężko pracujesz — mityguję się, bo widzę, że zrobiłam mamie wielką przykrość.

— Nie mówmy już o tym — kładzie mi rękę na ramieniu. — Poradzimy sobie ze wszystkim jak zwykle. Ułożymy grafik i zaplanujemy wszystko tak, żeby grało idealnie.

Wstaję od stołu i cmokam ją w policzek, zabierając brudne talerze. Wciąż jestem rozgoryczona, ale decyzje zostały podjęte i nasze kłótnie nic tu nie zmienią. Pokładam tylko nadzieję, że dobre rozplanowanie uczyni cuda. Tę cechę odziedziczyłam po mamie, muszę wszystko przeanalizować z wyprzedzeniem i ułożyć harmonogram. Nie zawsze potem udaje się trzymać planu, ale samo zrobienie go daje mi poczucie bezpieczeństwa. Iga śmieje się, że jestem „_control freak_”, a ja po prostu lubię trzymać rękę na pulsie. Z drugiej strony, jestem też impulsywna, spontaniczna i kreatywna, więc czasami mam poczucie rozdwojenia jaźni.

Leżąc w swoim pokoju, dzwonię jeszcze do Igi, żeby się wyżalić, ale słyszę w tle, że ogląda jakiś serial i dochodzi do niej tylko połowa z mojej wypowiedzi, więc daję spokój. Rozglądam się po moim pokoju i ogarnia mnie smutek. Po raz ostatni widzę go w takim stanie jak teraz. Jutro wszystko trafi do kartonów, część rzeczy do śmieci i nigdy nie będzie już tak samo. Czuję, że zostawiam tu swoje dzieciństwo: szafę oklejoną najpierw naklejkami jednorożców i księżniczek, zastąpionych przez nagie torsy idoli filmowych, wielkie biurko z ogromną lampą, przy którym kolorowałam książeczki, wycinałam dekoracje świąteczne, zdobiłam stroje dla lalek, odrabiałam lekcje i rysowałam szkice, karykatury i portrety moich przyjaciół. To na tym biurku siadywałam, gdy chciałam skomunikować się z Pablem. Dom Pablo stoi po sąsiedzku i okno jego pokoju jest widoczne pod skosem w bok. W siódmej klasie nauczył mnie alfabetu Morse’a, więc często, zamiast gadać przez telefon lub pisać wiadomości, siadałam na biurku po turecku, żeby móc wygodnie patrzeć w prawo i wysyłałam sygnały latarką. Czuliśmy się wtedy jak piraci albo inni bohaterowie naszych książek, którzy mają sekretne życie. To było coś wyjątkowego, coś tylko naszego. Oczywiście, wysyłanie takich sygnałów szło dość powoli, więc zwykle przechodziliśmy potem na zwykłe pogaduchy przez telefon, ale wrażenie niezwykłości pozostawało. Jest mi tak strasznie smutno, że to wszystko się kończy i nigdy już nie będzie tak samo. Już nigdy nie dostanę wiadomości alfabetem Morse’a przez małe okienko i nigdy nie usiądę przy tym biurku. Czuję, że łzy ciekną mi po policzku, więc szybko je wycieram i odpycham moje grobowe myśli.

Sięgam po książkę Wilbura Smitha, którą podrzucił mi wczoraj Pablo, bo nic tak nie koi nerwów, jak przeżywanie niebezpiecznych przygód na drugim końcu świata.Rozdział 5

— Słuchaj, dokonałam niesamowitego odkrycia — dzwonię do Igi następnego dnia wieczorem. — Kiedy wynieśliśmy wszystkie kartony, zajrzałam jeszcze w każdy kąt i okazało się, że w szafie za szufladą znalazłam podklejony notes. Na pierwszy rzut oka, to pamiętnik mojej babci od strony taty — Pelagii. Zerknęłam tylko pobieżnie, bo nie miałam czasu, ale może być ciekawie.

— Brzmi nieźle! Myślisz, że odgrzebiemy jakieś sekrety rodzinne?

— Całkiem możliwe. Być może babcia miała jakiegoś sekretnego kochanka albo zakopała gdzieś srebra rodowe. Kto wie, co odkryjemy?

— Niestety, lektura pamiętnika będzie musiała poczekać kilka dni, bo jutro wyjeżdżam do cioci na dwa dni, a potem jedziemy do escape room’u, pamiętasz?

— Pewnie, że pamiętam. Mnie też czeka jutro pracowity dzień. Muszę teraz rozpakować wszystko, co z takim trudem pakowaliśmy. Na samą myśl czuję się zmęczona. Przywieź mi na pocieszenie jakiś upominek z wycieczki.

— A co byś chciała? Bryłę soli, czy podstawkę z muszelek? — żartuje, bo takie zwykle prezenty przywoziłyśmy rodzicom z kolonii nad morzem. Obie rodziny i kilku znajomych mają więc kolekcję różnych tandetnych muszelkowo-solnych bibelotów, z których właśnie wczoraj się naśmiewałyśmy, pakując je do pudeł.

— Surprise me! — mówię w odpowiedzi. — Albo wiesz co, brakuje mi jeszcze muszelkowego delfina i solnego hipcia do mojego ulubionego zestawu.

Kiedy kończymy rozmowę, czytam jeszcze wiadomość od Pablo, który przesyła mi głupi mem z orangutanem. Odsyłam mu gif: kota z wyskakującymi oczami i kładę się do łóżka. Dziś po raz pierwszy śpię w nowym pokoju. Nie czuję jednak klimatu. Wszędzie stoją pudła, kartony i inne nieforemne pakunki czekające na rozpakowanie. Zajmę się tym jutro.Rozdział 10

Dzisiaj chodzę od rana podminowana. Przyjeżdża wujostwo z Anglii i po południu idziemy do nich z wizytą, trochę towarzysko, a trochę do pomocy przy noszeniu kartonów. Jestem rozdrażniona, bo nie dość, że psują mi taki piękny słoneczny dzień przymusową wizytą, to jeszcze musimy pomagać przy przeprowadzce. Ledwie skończyłam z własnym pokojem, urabiając się po łokcie, a już jestem zmuszona do powtórki tego bajzlu, w dodatku dla kogoś innego.

— Strasznie jesteś dziś naburmuszona — mówi mama przy śniadaniu, patrząc na mnie karcącym wzrokiem, na co zaperzam się jeszcze bardziej. — Nie cieszysz się, że spotkasz się z kuzynami? Zawsze lubiłaś spędzać z nimi czas.

Trzy razy do roku: na Boże Narodzenie i Wielkanoc, plus tydzień wakacji w Polsce lub w Wielkiej Brytanii, to nie to samo co mieć ich po sąsiedzku na co dzień. Owszem, gdy się widywaliśmy, było naprawdę fajnie, lecz spotkania towarzyskie w dużej grupie ludzi, gdy ciągle coś się działo, lub można było ewakuować się w dowolnej chwili, to nie to samo co życie obok siebie.

— To chyba normalne, że nie lubię być zmuszana do męczących czynności w wakacje? — zadaję pytanie retoryczne.

— Nie bądź egoistką! — karci mnie mama. — Wiesz, że jest im ciężko. Wracają po wielu latach i muszą zacząć wszystko od nowa. Ktoś musi im pomóc.

— Ale dlaczego to musimy być my? Mnie nikt nie pomagał, gdy trzeba było ogarnąć wszystko przy przeprowadzce.

— Jesteś okropna! — oburza się mama. — A w dodatku masz wybiórczą pamięć. Pozwól, że ci przypomnę Igę, Pablo i kolegów Juliusza, którzy wspierali was na każdym etapie przeprowadzki. Nie mówiąc o tym, ile wujek pomagał nam, gdy potrzebowaliśmy wsparcia w projekcie. A kto pomagał ci w zadaniach z angielskiego?

— To nie to samo — burczę jeszcze, choć widzę, jak słabe mam argumenty.

— Oczywiście, że nie to samo. Jak ktoś nam pomaga, to normalka, nic takiego, pewnie mają w tym frajdę. Gdy jednak samemu trzeba dać coś z siebie, to wielki wysiłek! — ironizuje mama. — Naprawdę nie myślałam, że wychowaliśmy cię na taką roszczeniową egoistkę. Świetnie wpisujesz się w obecny trend bycia Polakiem — wstaje rozjuszona i odchodzi od stołu. Wszystko się należy, ale żeby samemu coś zrobić, poświęcić swój czas, energię — to atak na wolność.

— Mówiłem, że rozpapraliście ją jak dziadowski bicz — wtrąca swoje trzy grosze JJ. — Zawsze na wszystko jej pozwalacie, bo jest najmłodsza. Nie ma żadnych obowiązków, bo jest najmłodsza.

— Nie wtrącaj się pacanie! — wrzeszczę na niego wściekła do granic możliwości.

— No widzisz? — JJ zwraca się do mamy. — Jak coś jej się nie podoba, to wpada w złość i wymusza.

— Zamknij się! — krzyczę na niego, a łzy napływają mi do oczu. Wstaję i idę do pokoju, bo wiem, że zaraz wybuchnę płaczem.

— Pewnie, jak krzyk nie pomoże, to zawsze można się poryczeć — kpi JJ, dobrze się bawiąc.

— Przestań już — mówi mama spokojnym głosem. — Nie pomagasz, tylko jątrzysz.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij