-
nowość
Lavendissimo andante - ebook
Lavendissimo andante - ebook
Romantyczna, pełna humoru opowieść rozświetlona gorącym słońcem Prowansji i przesycona zapachem lawendy. Energiczna nauczycielka matematyki początkowo nie znosi nowego szkolnego historyka. Gdy jednak odkrywa, że nie jest on wyłącznie historykiem, ich relacja zaczyna się wyraźnie zmieniać. W tle arcyciekawy wątek związany właśnie z minionymi dziejami.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397136342 |
| Rozmiar pliku: | 566 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Solène Aubert stała przy tablicy, tłumacząc dzieciom przedostatniej klasy sposób rozwiązywania nietypowego, dość trudnego, układu równań. Uczniowie w ciszy i skupieniu śledzili ruchy jej dłoni i wsłuchiwali się w wyjaśnienia. Tymczasem za ścianą narastał szum, gwar dziecięcych rozmów oraz jakieś pokrzykiwania. Zawsze tak się działo, gdy lekcje prowadził ów nowy, przyjęty z początkiem zimowego semestru, historyk.
W pewnym momencie pani Aubert usłyszała szurnięcie, potem drugie, a potem jakiś stuk i uderzenie. I znowu szurnięcie. Nie wytrzymała. Zostawiając na chwilę swoich uczniów, poszła do sąsiedniej sali. Jej oczom ukazała się wtedy scena, jakiej nigdy jeszcze nie widziała i – jak sądziła – nie widzieli nauczyciele w całej szkole.
Nowy siedział za biurkiem, prowadząc coś w rodzaju akademickiego wykładu, podczas gdy dzieci w najlepsze robiły, co chciały. Poprzestawiały stoliki i krzesła tak, jak im było wygodnie i zajęte były rozmową, graniem w gry oraz telefonowaniem do Bóg wie kogo. Te siedzące tuż przed nim słuchały go, a raczej wydawało się, że go słuchają. Gdy podeszła do chłopca z drugiej ławki, ten szybko schował telefon do kieszeni. Wzruszyła się, gdy spostrzegła, iż jej ulubiona uczennica nie marnuje czasu wykonując ponadprogramowe zadania domowe z matematyki. Nie miała serca, by polecić jej zajęcie się nauką historii.
Szczupły mężczyzna ubrany w szary sweter i dżinsy przerwał swój „wykład” i wstał. Nie zdążył zapytać o przyczynę nagłych odwiedzin, gdy drobna, energiczna brunetka kilkoma asertywnymi poleceniami, wspartymi wyrazistą gestykulacją, nakazała dzieciom uporządkowanie klasy i powrót do nauki. Stał tam na środku sali i z wytrzeszczem oczu patrzył, jak stoliki i krzesła, niczym po wypowiedzeniu magicznego zaklęcia, wracają na swoje miejsce, a całe pomieszczenie do pierwotnego ładu i porządku. Nie ma doświadczenia – pomyślała o świeżo zatrudnionym historyku młoda matematyczka z dwuletnim już stażem pracy w szkole. Gdy podeszła do niego, było widać, że jest od niej prawie o głowę wyższy. Choć była nieźle poirytowana zdobyła się na uprzejmy uśmiech.
– Musi pan być bardziej zdecydowany – doradziła mu krótko.
Już otwierał usta, by podziękować, ale niewysoka, energiczna czarodziejka szybko ulotniła się opuszczając z impetem salę.
***
– Nie masz pojęcia, co dzisiaj zaszło na jednej z lekcji. A w zasadzie, co zaszło w sąsiedniej sali – zagadnęła do Claire, gdy po zajęciach obie szły już do pojazdów.
Krótka droga od drzwi budynku szkoły do stojących na parkingu samochodów wystarczyła jej, by w sposób aż nadto wyrazisty odmalować zarówno zaistniałą przed dwoma godzinami sytuację, jak i jej sprawcę.
– Z tego co wiem, to znakomity historyk – nie kryła zdziwienia Claire, wymagająca nauczycielka francuskiego. – Tak jak ja ukończył Uniwersytet Aix-Marsylia. Moreau podobno piał z zachwytu, gdy go przyjmował.
Na Solène spadł cios. Nie dość, że ten nowo przyjęty tak ją drażnił, to jeszcze wyglądało na to, że przeciągnął na swoją stronę jej najlepszą przyjaciółkę. Nie mogło być gorzej.
– Właśnie w tym cała rzecz, że Moreau też jest historykiem i dlatego tak go lubi – odparła z całkowicie pełnym przekonaniem.
„Nowy” nie pasował jej do niczego: do małej szkółki w Valensole, zgranego grona pedagogicznego, dzieci, które jej zdaniem potrzebują zupełnie innego podejścia, do niej samej.
– On zupełnie nie radzi sobie z dziećmi. Zupełnie, ale to zupełnie – upierała się przy krytycznej ocenie nowego nauczyciela. – Przy takim podejściu, to nawet my, spokojne dziewczynki, też pewnie zaczęłybyśmy nieźle rozrabiać.
Słysząc to, wsiadająca właśnie do pojazdu Claire uderzyła się głową o górą krawędź framugi drzwi.
– My byłyśmy spokojne?.... – wyrwało się jej z niepomiernym zdziwieniem. Jej głos skierowany w tamtym momencie w stronę wnętrza samochodu brzmiał poważnie i głucho.
Choć upłynęło już kilkanaście lat, od kiedy wspólnie uczęszczały do tejże szkoły, będąc w tej samej klasie, to bynajmniej nie zapomniała, jak wyglądała sprawa „spokojnego” zachowywania się Solène. Zbyt dobrze pamiętała wybryki najdrobniejszej z koleżanek, jak i to, że sytuacja stawała się nad wyraz dramatyczna, gdy do akcji wkraczali jej trzej młodsi bracia. Rodzinka Aubert nieźle dawała się we znaki całej szkole, a bywało nawet tak, że ówczesny dyrektor musiał wzywać policję.
Claire postanowiła nie puścić płazem tego fałszywego przekonania przyjaciółki o swojej niewinności. Uznała, że sytuacja wymagała swego rodzaju interwencji pedagogicznej:
– Przypomnij sobie… – rzekła – sprawiałyśmy nie tak mało kłopotów.
Dobrze się prowadząca i otrzymująca w szkole wysokie oceny z niemal wszystkich przedmiotów przyjaciółka okazała się tak wspaniałomyślna, że podczas tej koleżeńskiej reprymendy połowę dawnych win Solène przypisała sobie. Zamiast wsiąść do samochodu, wyszła z powrotem na zewnątrz, a młoda nauczycielka matematyki musiała wysłuchać kilku przykładów „ich wspólnego” złego zachowania i przykrych konsekwencji, jakie za sobą niosło. Ale nie to było dla niej wtedy najgorsze – najgorsze było to, że nie znalazła w Claire sojuszniczki przeciwko znienawidzonemu przez siebie „drętwemu sztywniakowi”, który jej zdaniem tak fatalnie psuł atmosferę – jeszcze do niedawna tak przecież znakomitą – w zżytym i zgranym gronie nauczycielskim.
Pretensje Solène wobec Nowego nie były tak do końca pozbawione racji. Wkrótce także inni nauczyciele zaczęli się skarżyć na, jak to ujmowali, braki umiejętności pedagogicznych ze jego strony, a ona czuła się coraz bardziej ugruntowana w swoich przekonaniach na jego temat: on nie nadaje się do pracy w szkole – myślała o nim. O ile w ogóle do czegokolwiek się nadaje.
Niewłaściwe podejście do dzieci nie było jedynym, co jej w nim przeszkadzało. Jej zdaniem był też dalece „zbyt kulturalny”. Nie dość, że mówił z przesadnie poprawnym akcentem, to jego usta nie skalały się choćby jednym soczystym słówkiem czy nawet podniesionym tonem wypowiedzi. Już samo to wystarczyło, by był dla niej nie-do-wy-trzy-ma-nia. Ale i to było mało. Było w nim coś jeszcze gorszego, coś doprawdy zupełnie niewyobrażalnego, coś co przekreślało go w jej oczach zupełnie: był mianowicie ze wszystkimi na „pani”, „pan”, a witał się, używając pełnego „dzień dobry”. Tak jakby nie mógł używać „normalnych” form w rodzaju „ty” i „cześć”. Była pewna, że wraz z końcem roku zostanie zwolniony, choć ona na miejscu dyrektora Moreau rozprawiłaby się z nim wcześniej. Ona sama skreśliła go z listy swoich znajomych, listy przyszłych znajomych oraz ewentualnych przyszłych znajomych.
Rozmowy Solène z Claire nie ograniczały się do plotkowania i pogaduszek. Wspólnie prowadziły szkolny teatrzyk. Zajęcie to przynosiło im wiele zadowolenia i satysfakcji. Dzieci, w przeważającej części dziewczynki, mocno się angażowały, a niektórym z nich gra aktorska szła całkiem dobrze. Swego czasu obie nauczycielki próbowały się dostać do szkoły aktorskiej, ale żadnej z nich się to nie udało. O ile Claire szybko pogodziła się z losem, znajdując pocieszenie w literaturze, to Solène cierpiała. Obwiniała swój niski wzrost.
– Nauczyciel też jest aktorem. Czyż nie? – pocieszała ją wtedy podchodząca do życia z większym dystansem, poważna i dużo zdolniejsza przyjaciółka.
Zajęcia teatrzyku prowadziły na przemian, a czasem razem i tamtego dnia właśnie tak było. Przygotowywały przedstawienie mające zwieńczyć uroczystość zakończenia roku szkolnego i wymagany był wspólny wysiłek. Z satysfakcją przypatrywały się zaangażowanej grze dzieci, a w skrytości ducha wierzyły, że któreś z nich spełni ich własne niezrealizowane marzenia i zostanie przyjęte do szkoły aktorskiej.
– Moreau podjął decyzję w sprawie Gustavo – oznajmiła Claire, gdy wszystkie dzieci rozeszły się już do domów, a sala gimnastyczna opustoszała. Jej dość niski, z lekka tubalny glos niósł się po całej sali, wywołując wyraźne echo.
Solène odwróciła się ku niej z wyrazem oczekiwania na twarzy.
– Ma ukończyć dodatkowy kurs pedagogiczny i w przyszłym roku szkolnym dostanie wychowawstwo – usłyszała.
Z ust matematyczki wyrwało się niecenzuralne słowo. Była bez reszty przekonana, że najdalej po wakacjach ten dziwny osobnik zniknie ze szkoły jak nieudany eksperyment edukacyjny, a tymczasem zanosiło się na to, że będzie musiała go znosić jeszcze przez długie lata.
– Trochę cię rozumiem, moja droga, ale bardzo cię proszę, powstrzymaj się od wulgaryzmów – upomniała ją Claire.
Zapadła cisza. Na twarzy Solène pojawił się wyraz skruchy, choć był to raczej rodzaj skruchy warunkowej, obowiązującej wyłącznie w obecności poważnej znawczyni języka i literatury.
– Podobno pochodzi z jakiejś starej arystokratycznej rodziny – dodała Claire tonem czysto informacyjnym. – W dokumentach przyjęcia widnieje przedrostek „de”. Gustavo de Rochefoucauld.
Dla Solène nie miało to znaczenia. Miała już na końcu języka słowa określające, gdzie ma owo „de”, lecz powstrzymała się od jego wypowiedzenia. Z Claire – wymagającą nauczycielką francuskiego – nie było żartów. Nie tolerowała uchybień językowych, a wulgaryzmów w szczególności. Bez wątpienia stosowałaby za nie kary cielesne, gdyby tylko pozwalały na to obowiązujące przepisy.
Solène była bliska rozpaczy. Skoro ten Rochefoucauld jest tak dobry – myślała – to niechby sobie wykładał historię na uniwerku, zamiast swoim widokiem psuć jej humor. Dlaczego uparł się, by swoją obecnością psuć tak świetną, naturalną i swobodną atmosferę w małej szkółce, którą ona tak lubiła? W jej szkółce.2. ZAMEK
Niewielki zamek, wznoszący się w połowie drogi z Valensole do położonej paręnaście kilometrów dalej na wschód małej, podgórskiej miejscowości zwanej Roumoules, był mocno zniszczony. Pozbawiony drzwi, okien i czegokolwiek, co niegdyś się w nim znajdowało, od niepamiętnych czasów świecił pustkami. Właściwie pozostały z niego tylko stare kamienne mury: grube, niewzruszone, omszałe. Z jego południowej strony w górę wznosiła się przewyższająca część mieszkalną okazała, okrągła baszta – to ją dostrzegało się przede wszystkim, gdy spoglądało się z daleka w kierunku budowli.
Tamtego dnia Solène po raz kolejny jechała do mieszkającej w Roumoules ciotki. Jechała, by pomóc starzejącej się krewnej w sprzątaniu mieszkania, zawieźć potrzebne jej rzeczy, a także porozmawiać z nią. Nie śpieszyła się. Słoneczne sobotnie przedpołudnie skłoniło ją do zatrzymania samochodu i ponownego, nie wiadomo już którego, przyjrzenia się dobrze jej znanej, starej budowli. Odkąd pamiętała, zamek stał opustoszały i nic się z nim nie działo. Dopiero poprzedniej wiosny coś się zaczęło zmieniać: w jego otoczeniu pojawiły się sterty materiałów budowlanych, barierki, rusztowania, często zatrzymywały się tam ciężarowe samochody i furgonetki dostawcze. W Prowansji nie jest to rzadki widok. Liczne tamtejsze zamki i zameczki, pałace i pałacyki są odnawiane i remontowane zarówno przez ich bogatych nabywców, władze lokalne, jak i instytucje państwowe. Właściciele budowli o charakterze zabytkowym mogą liczyć na niemałe dotacje i różnego rodzaju nisko oprocentowane kredyty. Ostatnimi czasy w związku z pracami renowacyjnymi zamek ulegał szybkim przeobrażeniom, nabierając nowych barw i kształtów.