Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Lawless - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
30 kwietnia 2026
E-book: EPUB, MOBI
44,90 zł
Audiobook
44,90 zł
44,90
4490 pkt
punktów Virtualo

Lawless - ebook

Bear od urodzenia żył w świecie przemocy. Jako członek klubu motocyklowego Beach Bastards kierował się zasadami, których złamanie oznaczało śmierć. Lojalność wobec kumpli i brutalność względem wrogów – to dwie święte reguły prawdziwych gangsterów. Pewnego dnia mężczyzna postanawia jednak odejść, mając świadomość,, że właśnie sam wydał na siebie wyrok.
Thia bardzo wcześnie poznała, czym jest lęk przed utratą bliskiej osoby. Dramatyczne wydarzenie z dzieciństwa na zawsze ją zmieniło i pozostawiło w sercu trwały ślad. Od tamtej pory przetrwanie stało się najważniejszym celem dziewczyny.
Drogi Thii i Beara wkrótce się przecinają, a z czasem rodzi się między nimi silne uczucie. Jednak w świecie, w którym żyją, miłość nie jest wybawieniem – jest słabością.
„Lawless” to mroczna, pełna emocji powieść erotyczna o nienasyconym pożądaniu oraz cenie, jaką trzeba zapłacić za wolność.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9789180987523
Rozmiar pliku: 2,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRO­LOG

BEAR

Uro­dzi­łem się jako czło­nek gangu.

Żoł­nierz wy­ję­tej spod prawa ar­mii klubu mo­to­cy­klo­wego Be­ach Ba­stards. Moim prze­zna­cze­niem było prze­ję­cie pa­łeczki od sta­rego.

Obo­wią­zek był waż­niej­szy od mo­jego su­mie­nia, ro­dziny, waż­niej­szy od wszyst­kiego.

Nie wy­bra­łem so­bie ta­kiego ży­cia, lecz ono wy­brało mnie, a wią­zało się ono z wie­dzą i ak­cep­ta­cją tego, że gdy każ­dego ranka wsta­wa­łem się od­lać, mógł to być mój ostatni dzień na ziemi.

Albo – w za­leż­no­ści od mo­ich roz­ka­zów – czyjś ostatni dzień.

By­cie mo­to­cy­kli­stą, Ba­star­dem, nie było tylko kwe­stią ge­nów. Nie cho­dziło o to, że ja w ten spo­sób ży­łem.

Ja tym od­dy­cha­łem.

Spi­ja­łem to.

Ja to, kurwa, ko­cha­łem.

To zna­czyło dla mnie wszystko.

Do mo­mentu, aż prze­stało.

Nie pa­mię­tam, kiedy do­kła­da­nie na­stał ten mo­ment –może po pierw­szym za­bój­stwie, może w dniu, gdy do­sta­łem swoją na­szywkę? – ale to się stało. Olej mo­to­cy­klowy, skóra, prze­moc i za­mi­ło­wa­nie do nisz­cze­nia wro­gów klubu za­częły pły­nąć w mo­ich ży­łach za­miast krwi.

Przede wszyst­kim by­łem mo­to­cy­kli­stą, a do­piero po­tem czło­wie­kiem.

I na­peł­niało mnie to dumą.

Ni­gdy nie uwa­ża­łem tego za pro­blem, ale też nie są­dzi­łem, że na­dej­dzie taki dzień, gdy prze­stanę być człon­kiem Be­ach Ba­stards.

A jed­nak tak się stało.

Prze­sta­łem nim być.

W dniu, gdy od­da­łem ka­mi­zelkę i wy­sze­dłem z sie­dziby klubu, od­wró­ci­łem wła­sną klep­sy­drę i przy­pi­sa­łem swo­jemu ży­ciu datę za­koń­cze­nia.

Bo gdy czło­wiek zo­staje człon­kiem klubu Be­ach Ba­stards, jest nim na za­wsze.

Chyba że umrze.

Przyjdą po mnie. Ale bar­dziej po­pie­przone było coś in­nego – nie prze­szka­dzała mi myśl, że za­biją mnie moi bra­cia. Cho­dziło o nie­pew­ność.

Wie­dzia­łem wszystko o by­ciu mo­to­cy­kli­stą.

Ale nic na te­mat by­cia czło­wie­kiem.

Tor­tu­ro­wano mnie, gwał­cono ku ucie­sze mo­ich po­ry­wa­czy, zna­la­złem się na gra­nicy ży­cia i śmierci. Ale mimo tego, przez co prze­sze­dłem, ni­gdy nie stra­ci­łem chęci do ży­cia. Tej woli walki. Tego cze­goś w środku, co spra­wiało, że moje serce biło tak szybko, jakby miało wy­rwać się z piersi, i mó­wiło, że wyj­dziesz z każ­dej sy­tu­acji cało, a po­nadto spa­lisz żyw­cem każ­dego skur­wiela, który spró­buje cię znisz­czyć.

Bito mnie, ale ni­gdy nie zła­mano.

Do­póki nie po­ja­wiła się Thia…ROZ­DZIAŁ 1

THIA

W wieku dzie­się­ciu lat…

Nie wiem, co po­szło nie tak.

Ni­gdy nie ro­zu­mia­łam tego po­wie­dze­nia. Bo gdy ja pa­trzy­łam w prze­szłość, po­tra­fi­łam wska­zać do­kład­nie dzień i go­dzinę, kiedy wszystko się zmie­niło i ob­rało kie­ru­nek, któ­rego nikt nie mógł prze­wi­dzieć.

A już na pewno nie ja.

Trzy ty­go­dnie przed mo­imi je­de­na­stymi uro­dzi­nami po­je­cha­łam ma­łym czer­wo­nym ro­we­rem do Stop-N-Go, sta­cji od­da­lo­nej o pięć ki­lo­me­trów od mo­jego domu. Tata chciał, że­bym za­wio­zła tam skrzynkę po­ma­rań­czy, więc przy­wią­za­łam ją do de­sko­rolki, a de­sko­rolkę przy­mo­co­wa­łam do sio­dełka ro­weru liną, którą zna­la­złam w sta­rej ło­dzi mo­jego taty.

– Po­pil­nu­jesz kasy, Cindy? – za­py­tała Emma May, idąc w stronę wyj­ścia i bu­ja­jąc bio­drami. W ręce trzy­mała swoją małą kwa­dra­tową to­rebkę. – Wpadnę tylko na chwilę do sa­lonu na­prze­ciwko. Pew­nie i tak nikt nie przyj­dzie do sklepu – do­dała i po­chy­liła się nad ladą. Otwo­rzyła starą kasę, na­ci­ska­jąc kilka przy­ci­sków i ude­rza­jąc w nią pię­ścią. Wy­jęła tro­chę go­tówki i uśmiech­nęła się do mnie. Roz­su­nęła szklane drzwi, które skrzyp­nęły przy otwie­ra­niu, tak samo jak przy za­my­ka­niu.

Emma May miała ra­cję. Już wcze­śniej pro­siła mnie, bym po­pil­no­wała sklepu i nikt na­wet nie przy­szedł.

Aż do dzi­siaj.

Nie cho­dziło o to, że chcia­łam ko­niecz­nie wró­cić do domu. Mama za­częła się dziw­nie za­cho­wy­wać. Po­tra­fiła czy­ścić pod­łogi go­dzi­nami, do­póki nie za­częły błysz­czeć. Mó­wiła do sie­bie w kuchni. A za każ­dym ra­zem, gdy ją o to py­ta­łam, za­cho­wy­wała się tak, jakby nie wie­działa, o czym mó­wię. Tata po­wie­dział mi, że wszystko bę­dzie do­brze, po­ra­dził, że­bym nie wcho­dziła jej w drogę i dała jej tro­chę prze­strzeni.

Ro­bi­łam to, co ka­zał, i uni­ka­łam mamy. Za­zwy­czaj nie wra­ca­łam do domu przed za­cho­dem słońca.

Pil­no­wa­nie sklepu było do­brą wy­mówką – jak każda inna – by nie wró­cić do domu za szybko.

Po go­dzi­nie za­czę­łam się nu­dzić. Wy­pro­sto­wa­łam półkę z pa­pie­ro­sami wi­szącą za kasą, prze­wró­ci­łam hot dogi na blaszce, która nie ob­ra­cała się sama, pró­bo­wa­łam czy­tać ma­ga­zyny, ale nie ro­zu­mia­łam, co zna­czy: „Sie­dem­na­ście po­zy­cji, dzięki któ­rym fa­cet straci zmy­sły”.

Dla­czego ktoś miałby tra­cić zmy­sły z po­wodu ja­kichś po­zy­cji? Gdy­bym ja stra­ciła któ­ryś ze zmy­słów, po­szła­bym do le­ka­rza.

Da­łam so­bie spo­kój z ma­ga­zy­nami i od­chy­li­łam się na sta­rym stołku ba­ro­wym, który skrzy­piał za każ­dym ra­zem, gdy się ob­ra­ca­łam. Po­ło­ży­łam stopy na blat i włą­czy­łam czarno-biały te­le­wi­zor sto­jący w ką­cie na książce te­le­fo­nicz­nej. Te­le­wi­zor miał tylko dwa ka­nały – ja­kiś z we­ster­nami i ka­nał z po­godą. Ekran śnie­żył, a dźwięk do­cho­dzący z gło­śni­ków za­kłó­cały szumy. Pró­bo­wa­łam to wy­łą­czyć, ale nic się nie dzia­łało – zdo­ła­łam tylko jesz­cze bar­dziej go pod­gło­śnić. Szum za­głu­szał mo­to­cy­kle par­ku­jące przed skle­pem i dźwięk dzwon­ków za­wie­szo­nych nad drzwiami.

Wy­ję­łam wtyczkę z gniazdka. Wciąż trzy­ma­łam ka­bel, gdy unio­słam głowę i na­po­tka­łam spoj­rze­nie ciem­no­wło­sego ob­cego męż­czy­zny.

Miał broń.

– Da­waj wszystko, co masz – na­ka­zał, wska­zu­jąc pi­sto­le­tem na kasę. Ki­wał się na boki, a jego oczy wy­glą­dały na prze­krwione.

– Nie wiem, jak… – za­czę­łam, ale on mi prze­rwał.

– Po pro­stu to, kurwa, zrób! – na­ka­zał, od­bez­pie­cza­jąc broń z klik­nię­ciem. Po­chy­lił się nad ladą tak, że jego pierś opie­rała się na bla­cie, a broń zna­la­zła się za­le­d­wie kilka cen­ty­me­trów od mo­jej głowy. Ze­śli­zgnę­łam się ze stołka, po­pchnę­łam go w stronę kasy i znowu na nim usia­dłam. Pró­bo­wa­łam na­ci­snąć przy­ci­ski, któ­rych użyła Emma, gdy wcze­śniej otwie­rała kasę.

Ale to nie po­dzia­łało.

– No da­lej! Już, młoda! – krzyk­nął męż­czy­zna co­raz bar­dziej znie­cier­pli­wiony.

– Sta­ram się, ale chyba coś źle na­ci­skam. – Spró­bo­wa­łam znowu, ale tym ra­zem ude­rzy­łam w dół kasy, za­miast w jej górną cześć. Męż­czy­zna pod­szedł do mnie. Pach­niał tak, jak mój mały bra­ci­szek, gdy się roz­cho­ro­wał, kiedy je­cha­li­śmy cię­ża­rówką do Sa­van­nah.

– Po­słu­chaj mnie, ty mała suko – po­wie­dział, uno­sząc broń w po­wie­trze, jakby chciał mnie nią ude­rzyć. Ze­sko­czy­łam ze stołka i wci­snę­łam się pod ladę.

Dzwonki nad drzwiami za­dzwo­niły i ktoś wszedł do środka, krzy­cząc gło­śno:

– Co ty, kurwa, wy­pra­wiasz? – za­py­tał. Szklana ga­blotka, w któ­rej znaj­do­wała się do­mowa su­szona wo­ło­wina, za­drżała. Męż­czy­zna z bro­nią w ręce za­marł.

– Biorę kasę, skur­wielu – wy­beł­ko­tał.

Za­uwa­ży­łam barwne ra­mię czło­wieka, który zła­pał męż­czy­znę z bro­nią za kark i przy­szpi­lił go do blatu, jakby był ja­kimś ro­ba­kiem. Zro­biło się za­mie­sza­nie, a po chwili dzwonki nad drzwiami znowu się ode­zwały i ktoś wy­szedł.

Po kilku mi­nu­tach opu­ści­łam swoją kry­jówkę pod ladą i usia­dłam na stołku ba­ro­wym. Męż­czy­zna, który się po­ja­wił, miał blond włosy i taką samą skó­rzaną ka­mi­zelkę jak fa­cet z bro­nią, jed­nak on nie wło­żył pod spód ko­szuli. Jego mię­śnie wy­glą­dały jak te u za­wod­ni­ków wre­stlingu, któ­rych wi­dzia­łam w te­le­wi­zji, cho­ciaż ten czło­wiek nie był aż tak po­tężny, a jego skórę po­kry­wały ko­lo­rowe ta­tu­aże – je­den z nich za­czy­nał się na ra­mie­niu, a koń­czył na nad­garstku.

Jego ja­sno­nie­bie­skie oczy miały ko­lor wody w nowo otwar­tym ba­se­nie – głę­boki, po­ły­sku­jący błę­kit. Blond włosy dłuż­sze na gó­rze ster­czały do tyłu, a boki zo­stały ogo­lone. W fil­mach chyba na­zy­wali to iro­ke­zem.

– Je­steś tu sama? – za­py­tał, roz­glą­da­jąc się po po­miesz­cze­niu, za­glą­da­jąc do każ­dej z trzech ale­jek.

Ski­nę­łam głową.

– To to­bie Skid wła­śnie… – urwał w po­ło­wie zda­nia. Po­chy­lił się nad ladą, złą­czył ręce i ode­tchnął głę­boko. Jego ko­lo­rowe ta­tu­aże się­gały grzbietu dłoni i pal­ców. Na każ­dej dłoni no­sił trzy duże, srebrne pier­ście­nie. Miał też włosy na twa­rzy. Wcze­śniej za­rost ko­ja­rzył mi się z dłu­gimi bia­łymi bro­dami wy­ra­sta­ją­cymi z pod­bród­ków sta­rych, brzyd­kich cza­ro­dzie­jów no­szą­cych dłu­gie szaty i nie­bie­skie, szpi­cza­ste czapki. Jed­nak broda tego czło­wieka była nieco ciem­niej­sza od jego wło­sów i miała może trzy cen­ty­me­try dłu­go­ści.

Nie był cza­ro­dzie­jem. Nie był stary.

Ani brzydki.

– Masz fajne włosy – po­wie­dzia­łam. Wła­ści­wie wszystko miał fajne. Bar­dziej niż fajne, on był… ładny. Czy można okre­ślić fa­ceta jako ład­nego?

Nie. Nie był ładny, lecz piękny.

– Dzię­kuję, ko­cha­nie – po­wie­dział, po­chy­la­jąc się nad bla­tem. Pach­niał jak fur­go­netka mo­jego ojca, gdy zmie­niał w niej olej, i li­liowe my­dło, które pani Kit­che­ner każ­dego lata ro­biła sama w domu. – Ty też masz fajne włosy. –Chyba po raz pierw­szy w ży­ciu się za­ru­mie­ni­łam. Moje po­liczki za­czer­wie­niły się, a gdy ten męż­czy­zna to za­uwa­żył, uśmiech­nął się sze­rzej i zbli­żył do mnie jesz­cze bar­dziej.

– Dla­czego je­steś tu sama? W Jes­sep nie wie­dzą, że nie można wy­ko­rzy­sty­wać dzieci do pracy?

– Nie wiem, o czym mó­wisz, ale nikt tu już nie przy­cho­dzi, od­kąd otwo­rzyli nową au­to­stradę. Ja tylko pil­nuję sklepu, bo Emma May po­szła do sa­lonu pięk­no­ści. Po­wie­działa, że nie­długo wróci, ale je­śli mają zmie­nić Emmę May w pięk­ność, to chyba tro­chę im to zaj­mie.

Męż­czy­zna za­śmiał się i oparł łok­ciami o blat.

– Po­słu­chaj, sło­dziaku. Prze­pra­szam za mo­jego ko­legę. – Uśmiech­nął się lekko. – Po­cho­ro­wał się po dłu­giej tra­sie i za­cho­wał na­prawdę głu­pio.

– Jak dla mnie wy­gląda na pi­ja­nego. A może ma kaca. Po­wiedz mu le­piej, żeby nie kie­ro­wał pi­jany.

– Skąd ty się wzię­łaś? – Wy­glą­dał na roz­ba­wio­nego. Chcia­łam zro­bić wszystko, co tylko się dało, by ta mina po­zo­stała na jego twa­rzy. – Tak, dłu­gie po­dróże wła­śnie tak dzia­łają na lu­dzi. A z tobą wszystko okej? Nie skrzyw­dził cię, co?

Po­krę­ci­łam głową.

– Nie. Nic mi nie jest, nie martw się. Wła­śnie się­ga­łam po strzelbę Emmy May, gdy wsze­dłeś. – Unio­słam strzelbę, która wi­siała pod ladą, by mógł ją zo­ba­czyć. Prze­ła­do­wa­łam ją. Męż­czy­zna ob­rzu­cił broń szyb­kim spoj­rze­niem i zgiął się wpół ze śmie­chu. Odło­ży­łam ją pod ladę i za­py­ta­łam: – Co cię tak bawi?

– Och, nie mogę się do­cze­kać, aż po­wiem Ski­dowi, że nie­mal po­strze­liła go mała dziew­czynka. – Jego oczy za­szły łzami. Śmiał się gło­śno i głę­boko.

– Nie je­stem małą dziew­czynką – opo­no­wa­łam. – Za mie­siąc skoń­czę je­de­na­ście lat. A ty ile masz lat?

– Dwa­dzie­ścia je­den. – Uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej i do­tarło do mnie, że już nie je­stem na niego zła za to, że na­zwał mnie małą dziew­czynką. Kiedy uśmie­chał się do mnie w ten spo­sób, mógł mnie na­zy­wać, jak tylko chciał.

– Jak masz na imię, ko­cha­nie? – za­py­tał.

– Je­stem Thia An­drews – po­wie­dzia­łam z dumą i wy­cią­gnę­łam rękę. Tata na­uczył mnie tak się przed­sta­wiać.

– Thia? – za­py­tał i spoj­rzał na mnie dziw­nie. Tak samo pa­trzyli wszy­scy, któ­rzy po raz pierw­szy sły­szeli moje imię.

– To zdrob­nie­nie od Cyn­thii. Nie lu­bię, gdy lu­dzie mó­wią na mnie Cindy. W mo­jej kla­sie jest dwa­na­ście dziew­czy­nek i trzy mają na imię Cindy. Cie­szę się, że je­stem Thia, a nie Cindy. – Wy­tknę­łam ję­zyk i wło­ży­łam dwa palce do ust, uda­jąc od­ruch wy­miotny. Nie­na­wi­dzi­łam imie­nia Cindy, lecz gdy mój tata za­pro­po­no­wał formę Thia jako al­ter­na­tywę, mama nie chciała uznać tego no­wego zdrob­nie­nia i da­lej na­zy­wała mnie Cindy. – A jak ty masz na imię?

Ujął moją dłoń.

– Mó­wią na mnie Bear, ko­cha­nie. – Jego skóra była cie­pła, w prze­ci­wień­stwie do chłod­nych me­ta­lo­wych pier­ścieni. W po­rów­na­niu do Be­ara wy­glą­da­łam na małą i bladą, a moja ręka przy­po­mi­nała rączkę lalki. – Mam kum­pla, który jako dziecko też ści­skał in­nym dło­nie na po­wi­ta­nie.

– Ta­tuś mówi, że to uprzejme.

– Twój ta­tuś ma ra­cję.

– A ten twój przy­ja­ciel, który ści­ska in­nym dło­nie, też jest taki miły jak ty? – za­py­ta­łam.

– Nie po­wie­dział­bym, że je­stem miły. Ale mój przy­ja­ciel… po­wiedzmy, że jest inny – wy­ja­śnił Bear ze śmie­chem.

– By­cie in­nym jest do­bre. Moi na­uczy­ciele mó­wią, że je­stem inna, bo mam ró­żowe włosy, cho­ciaż wspo­mi­nają też, że od­zy­wam się nie­pro­szona – od­par­łam tak prze­mą­drzale, jak tylko mo­gła to zro­bić dzie­się­cio­latka.

– Cza­sami by­cie in­nym na­prawdę jest do­bre, młoda – zgo­dził się Bear.

– Czy Bear to twoje praw­dziwe imię? – za­py­ta­łam. –A na na­zwi­sko masz Griz­zli czy coś ta­kiego?

– Nie – od­parł. – Bear to tylko prze­zwi­sko, które do­sta­łem w klu­bie. Wszy­scy w klu­bie mają mo­to­cy­klowe ksywy.

– Na­le­żysz do klubu? – za­py­ta­łam pod­eks­cy­to­wana. –Ale su­per! Jak brzmi twoje praw­dziwe imię?

– A po­tra­fisz do­cho­wać ta­jem­nicy? – wy­szep­tał, roz­glą­da­jąc się, jakby spraw­dzał, czy nikt nie słu­cha. – Od lat ni­komu o tym nie mó­wi­łem. Na­wet mój stary na­zywa mnie Bear. Ale na­prawdę mam na imię Abel. Je­steś te­raz jedną z nie­wielu osób, które o tym wie­dzą.

Abel.

– To świetne imię. – Cho­ciaż Bear też do niego pa­so­wało. Był wyż­szy niż mój tata, na­pa­ko­wany, a jego ręce wiel­ko­ścią przy­po­mi­nały łapy niedź­wie­dzia.

Się­gnął do tyl­nej kie­szeni i wy­cią­gnął z niej plik zwi­nię­tych bank­no­tów. Ni­gdy nie wi­dzia­łam aż tyle pie­nię­dzy.

Było ich wię­cej niż w mo­jej skar­bonce z Buz­zem Astra­lem, którą trzy­ma­łam w swoim po­koju.

Wię­cej niż w ka­sie Emmy May. Bear wy­cią­gnął z ru­lonu trzy bank­noty i po­ło­żył je na la­dzie.

– Co to? – za­py­ta­łam, pa­trząc na jego rękę, którą prze­su­wał te­raz pie­nią­dze w moją stronę.

– Trzy­sta do­la­rów.

– Chcesz coś ku­pić? Mogę po­biec do sa­lonu pięk­no­ści i za­wo­łać Emmę, bo ta głu­pia kasa…

– Nie chcę nic ku­pić. To dla cie­bie. Za po­moc dzi­siaj. Za to, że nie…

– Trzy­sta do­la­rów za to, że nie za­dzwo­ni­łam po sze­ryfa? – za­py­ta­łam, bo do­my­śli­łam się, o co mu cho­dziło.

Trzy­sta do­la­rów dla dzie­się­cio­latki to jak mi­lion.

– Niech to bę­dzie po­dzię­ko­wa­nie za to, że go nie po­strze­li­łaś – po­pra­wił mnie Bear.

– W po­rządku. Emma May pew­nie by się wku­rzyła, gdyby zo­ba­czyła tu krew. – Emma May nie zno­siła ba­ła­ganu.

Bear za­śmiał się, a ja się uśmiech­nę­łam.

– Je­steś za­bawna, młoda. Wiesz o tym?

– Na­prawdę? – Mó­wiono, że je­stem zwa­rio­wana, dziwna, nie­ba­nalna, roz­mowna, ale nie za­bawna. Stwier­dzi­łam, że po­doba mi się to okre­śle­nie.

– Tak – po­wie­dział, przy­su­wa­jąc pie­nią­dze bli­żej w moją stronę. Uniósł głowę i ro­zej­rzał się po skle­pie. –Nie ma tu ka­mer?

– Ni­gdy żad­nej nie wi­dzia­łam. Emma jest skąpa, a przy­naj­mniej tak twier­dzi mama, od kiedy użyła na swoim ślu­bie sztucz­nych kwia­tów. Więc pew­nie nie ma żad­nych ka­mer. – Wy­pa­li­łam. Chcia­łam po­wie­dzieć co­kol­wiek, by znowu wy­wo­łać na jego twa­rzy uśmiech.

– Do­brze scho­waj te pie­nią­dze. Nie mów o nich ni­komu. Niech to bę­dzie nasz se­kret – po­wie­dział, pusz­cza­jąc do mnie oko. Pró­bo­wa­łam od­wza­jem­nić to mru­gnie­cie, ale za­miast tego mru­gnę­łam obiema po­wie­kami, jak dżin w po­wtór­kach I Dream of Je­an­nie. Bear wy­cią­gnął rękę i od­gar­nął mi z twa­rzy moje nie­sforne włosy, za­kła­da­jąc je za ucho. Miał szorst­kie palce, lecz de­li­katny do­tyk. Gdy cof­nął rękę, pra­gnę­łam, by moje włosy znowu opa­dły na twarz, żeby mógł zro­bić to ko­lejny raz.

– Nie chcę two­ich pie­nię­dzy – wy­pa­li­łam. W ze­szłym ty­go­dniu po­szłam do sklepu, gdzie wszystko kosz­tuje je­den do­lar, i nie mo­głam zna­leźć ani jed­nej rze­czy, którą chcia­ła­bym ku­pić. A trzy­sta ta­kich rze­czy to zde­cy­do­wa­nie wię­cej, niż kie­dy­kol­wiek mo­gła­bym chcieć.

– Cóż, w moim świe­cie, gdy ktoś wy­świad­cza ko­muś przy­sługę, trzeba się od­wdzię­czyć – po­wie­dział Bear i oparł pod­bró­dek o rękę. Sku­pi­łam wzrok na pier­ście­niu na jego środ­ko­wym palcu. To była czaszka z błysz­czą­cym ka­mie­niem w oczo­dole. Bear po­dą­żył za moim spoj­rze­niem. –Po­doba ci się? – za­py­tał, ścią­ga­jąc pier­ścień z palca.

– Tak. Ni­gdy cze­goś ta­kiego nie wi­dzia­łam.

Bear trzy­mał go mię­dzy dwoma pal­cami i pa­trzył na niego, jakby wi­dział go po raz pierw­szy w ży­ciu. Mil­czał i marsz­czył czoło tak, jakby w tej chwili my­ślał o czymś zu­peł­nie in­nym – sama tak marsz­czy­łam czoło, gdy od­ra­bia­łam pracę do­mową z ma­te­ma­tyki.

– Mam po­mysł – po­wie­dział, kła­dąc pier­ścień na bla­cie. – Ten pier­ścień to obiet­nica. Tak się robi w moim klu­bie. Kiedy da­jesz ko­muś pier­ścień, to skła­dasz obiet­nicę.

– Obiet­nica czego? – za­py­ta­łam, pa­trząc na pier­ścień zdu­miona, jakby wła­śnie uniósł się w po­wie­trze.

– Przy­sługi. Je­śli kie­dyś bę­dziesz cze­goś po­trze­bo­wać. Je­stem ci to winny.

– Mnie?

– Tak – po­wie­dział, cho­wa­jąc bank­noty do kie­szeni. Wsu­nął mi pier­ścień na kciuk, ale i tak był za duży, więc mu­sia­łam za­ci­snąć pięść, by nie spadł.

– Wow, su­per! – Spoj­rza­łam mu w oczy i uśmiech­nę­łam się. – Dzię­kuję. Będę o niego dbać, obie­cuję. I nie wy­ko­rzy­stam go, chyba że bę­dzie cho­dzić o coś waż­nego.

– Wiem o tym – po­wie­dział Bear. Ktoś od­chrząk­nął i oboje spoj­rze­li­śmy w stronę źró­dła dźwięku. W wej­ściu stał męż­czy­zna odziany w taką samą ka­mi­zelkę, jaką miał na so­bie Bear.

– Mu­simy iść, stary. Chop dzwo­nił. Mamy być w sie­dzi­bie za dwa­dzie­ścia mi­nut.

– Po­wi­nie­nem już iść, ko­cha­nie. Dbaj o to, okej? – Bear po­stu­kał pal­cem w moją za­mkniętą pięść.

– Ni­komu nie po­wiem, obie­cuję – oznaj­mi­łam i zro­bi­łam znak krzyża na piersi. Tak się ro­biło, gdy mó­wiło się o czymś na po­waż­nie, a ja chcia­łam dać Be­arowi znać, że zło­żona obiet­nica zna­czy dla mnie bar­dzo wiele.

A po­tem Bear pu­ścił do mnie oko i znik­nął przy dźwięku dzwon­ków wi­szą­cych nad drzwiami.

Pa­trzy­łam, jak ude­rza w tył głowy męż­czy­znę, który pró­bo­wał okraść sklep. Wy­mie­nili kilka gniew­nych zdań, a po­tem za­ło­żyli ka­ski i ru­szyli przed sie­bie. Trzeci męż­czy­zna po­dą­żał tuż za nimi.

Nie­całe trzy­dzie­ści se­kund po tym, jak mo­to­cy­kli­ści znik­nęli, Emma May we­szła do sklepu.

– Działo się coś cie­ka­wego, gdy mnie nie było? – za­wo­łała, idąc na za­ple­cze.

Wło­ży­łam pier­ścień do kie­szeni szor­tów.

– Nie, pro­szę pani. Zu­peł­nie nic – od­par­łam, krzy­żu­jąc za ple­cami dwa palce.

***

BEAR

Po­po­łu­dniowe słońce mnie ośle­piało. Nie tylko Skid miał kaca. Do rana ba­lo­wa­li­śmy w Co­ral Pi­nes z ja­ki­miś la­skami spę­dza­ją­cymi tam fe­rie wio­senne. Skid jesz­cze nie po­znał ma­gii kro­pli do oczu i moc­nej kawy.

Ten skur­wiel miał szczę­ście, że nie po­wa­li­łem go na zie­mię na par­kingu tej pie­przo­nej sta­cji ben­zy­no­wej.

– Czy cie­bie, kurwa, po­wa­liło? Wy­cią­gną­łeś broń na sta­cji? I to na sta­cji w tym sa­mym hrab­stwie, co nasz klub. Nie wiem, co ci po­wie­dzieli, gdy zo­sta­łeś człon­kiem tego klubu, ale nie je­ste­śmy bandą mło­do­cia­nych chu­li­ga­nów. Nie na­pa­damy na sta­cje ben­zy­nowe i nie ro­bimy ni­czego, co mo­głoby ścią­gnąć na nas uwagę. Mamy te­raz po­waż­niej­sze pro­blemy, a ta­kie głu­poty mogą nam nie­źle dać w dupę. A w ogóle kto, kurwa, wy­ciąga broń przy ma­łych dziew­czyn­kach? Po­wi­nie­nem cię za­strze­lić… Gdzie ty masz mózg, stary? – Ude­rzy­łem Skida w głowę, zrzu­ca­jąc jego oku­lary prze­ciw­sło­neczne na zie­mię. – Ej, ty, pro­spect! – za­wo­ła­łem do Gusa, kan­dy­data na członka gangu mo­to­cy­klo­wego. Na­zy­wa­li­śmy ta­kich pro­spec­tami. – Dla­czego nie ro­bimy te­raz ma­łych wy­sko­ków? Dla­czego nie ce­lu­jemy z broni do ma­łych dziew­czy­nek?

– Bo dzieje się coś waż­nego. Nie mo­żemy zwra­cać na sie­bie uwagi – od­po­wie­dział Gus bez­na­mięt­nym to­nem. – I dla­tego, że to ogól­nie jest cho­ler­nie głu­pie.

– Stary – ode­zwał się Skid, po­cie­ra­jąc oczy. – Wciąż je­stem na­rą­bany po wczo­raj­szej nocy albo ra­czej po dzi­siej­szym po­ranku. Wszystko jedno. Prze­pra­szam, to było cho­ler­nie głu­pie. Nie mów Cho­powi, okej? – Po­chy­lił się, by pod­nieść oku­lary, a ja na po­waż­nie za­czą­łem roz­wa­żać kop­nię­cie go w gło­wię. Po chwili się uspo­ko­iłem, gdy przy­po­mnia­łem so­bie o wszyst­kich głu­pich rze­czach, które ja zro­bi­łem, kiedy w końcu otrzy­ma­łem ka­mi­zelkę. Gdyby mój stary o tym wie­dział, urzą­dziłby mi pie­kło.

– To twój pierw­szy i ostatni raz. Dru­giej szansy nie do­sta­niesz. Ta jest twoją je­dyną. Je­śli jesz­cze raz od­wa­lisz coś ta­kiego, to sam bę­dziesz się tłu­ma­czyć Cho­powi, ja cię nie ura­tuję – oznaj­mi­łem i wsia­dłem na mo­to­cykl.

– O co cho­dziło z tym pier­ście­niem? – za­py­tał Gus. –Pierw­szy raz o tym sły­sza­łem. Omi­nęło mnie coś, o czym po­wi­nie­nem wie­dzieć? Ja też mam od­dać pier­ścień? Tylko że ja nie mam ta­kiego faj­nego jak ten twój z czaszką, który jej da­łeś. – Gus za­wsze był skory do na­uki, a na myśl, że mo­gło mu umknąć coś waż­nego, ro­bił się ner­wowy.

– Nie, stary. To był stek bzdur. Da­łem jej pier­ścień w za­mian za to, by nie za­dzwo­niła po je­bane gliny albo do ma­musi i ta­tu­sia, bo ina­czej po­wie­dzia­łaby wszyst­kim, co zro­bili duzi, źli mo­to­cy­kli­ści – po­wie­dzia­łem.

– Nie­zły po­mysł – stwier­dził Gus, za­kła­da­jąc rę­ka­wice mo­to­cy­klowe.

– Da­łeś tej dziew­czynce pier­ścień z czaszką? A czy przy­pad­kiem w środku nie było dia­mentu?

– Pew­nie, że był, a ty zwró­cisz mi co do centa jego war­tość. – Uru­cho­mi­łem sil­nik i usły­sza­łem ryk mo­to­cy­kla, który ożył mię­dzy mo­imi udami.

Całą drogę do domu śmia­łem się z miny Skida, którą zro­bił, gdy po­wie­dzia­łem mu, że jest mi winny hajs.

Ni­gdy wię­cej nie my­śla­łem o tym dniu ani o tej dziew­czynce.

Wró­ciło to do mnie do­piero sie­dem lat póź­niej – i się ze­mściło.ROZ­DZIAŁ 2

THIA

Sie­dem lat póź­niej…

Ci­sza. Strasz­niej­sza niż ja­ki­kol­wiek wy­strzał z broni czy ar­maty. Gło­śniej­sza niż grzmot i dzie­sięć razy bar­dziej prze­ra­ża­jąca.

Nio­sąc słynną szar­lotkę pani Kit­che­ner w jed­nej ręce i pro­wa­dząc mój ro­wer drugą, omi­ja­łam ka­mie­nie i dziury w wą­skiej żwi­ro­wej ścieżce, która pro­wa­dziła do ma­łego domku na far­mie, gdzie miesz­ka­łam z ro­dzi­cami.

Każ­dego dnia, gdy wra­ca­łam z mo­jej pracy na pół etatu w Stop-N-Go, wi­tały mnie kłót­nie ro­dzi­ców. Bli­sko nas nie stał ani je­den dom, więc ich głosy nio­sły się bez prze­szkód. Za­zwy­czaj sły­sza­łam ich, jesz­cze za­nim do­strze­głam świa­tło w oknie.

Przed śmier­cią mo­jego bra­ciszka ro­dzice ni­gdy się nie kłó­cili. A kiedy firma Sun­n­lan­dio Co­ope­ra­tion po­sta­no­wiła im­por­to­wać po­ma­rań­cze i unie­waż­niła kon­trakt z moją ro­dziną, kłót­nie ro­dzi­ców zmie­niły się w krzyki pełne nie­na­wi­ści.

Po­sta­wi­łam ro­wer na pia­sku i ostroż­nie prze­ło­ży­łam cia­sto do dru­giej ręki. Nie mo­głam się po­chy­lić, żeby za­wią­zać sznu­ro­wa­dło, które roz­wią­zało mi się w trak­cie jazdy, więc szłam, trzę­sąc stopą, by nie po­tknąć się przez cią­gnące się po ziemi sznu­rówki.

Na moim wil­got­nym ciele po­ja­wiła się gę­sia skórka, a wło­ski sta­nęły dęba na karku i ra­mio­nach. Czu­łam się tak, jakby za­raz miał mnie po­ra­zić pio­run.

I wtedy to za­uwa­ży­łam.

Tę ci­szę.

– Mamo? – za­wo­ła­łam, ale nikt mi nie od­po­wie­dział. –Tato? – za­py­ta­łam, otwie­ra­jąc prze­szklone drzwi. Lampka sto­jąca na stole była za­pa­lona, a klosz prze­chy­lił się, jakby też się py­tał, co tu się, u dia­bła, działo.

Z głębi domu do­biegł mnie ja­kieś ha­łasy.

– Je­ste­ście tam? – za­wo­ła­łam, od­kła­da­jąc cia­sto na blat w kuchni. Ru­szy­łam ko­ry­ta­rzem, otwo­rzy­łam drzwi do po­koju ro­dzi­ców, ale ich tam nie za­sta­łam. Tak samo jak w ła­zience i moim po­koju.

Na końcu ko­ry­ta­rza znaj­do­wał się stary po­kój mo­jego brata. Drzwi były uchy­lone. Moja matka, która za­cho­wała w nim wszyst­kie rze­czy Jes­sego, za­wsze za­my­kała drzwi i szep­tała, gdy mi­jała jego po­kój, jakby on tam wciąż był i spał, a ona nie chciała go obu­dzić.

– Mamo? – za­py­ta­łam znowu, po­py­cha­jąc drzwi.

– Wejdź, Cindy. Tu je­ste­śmy – ode­zwała się mama we­soło. To pierw­szy raz od wielu lat, kiedy usły­sza­łam ra­dość w jej gło­sie, cho­ciaż nie zno­si­łam, gdy na­zy­wała mnie Cindy.

Skrę­cało mnie w żo­łądku. Coś było nie tak, nie chcia­łam wie­dzieć, co czeka mnie po dru­giej stro­nie tych drzwi. I mia­łam ra­cję. Nie chcia­łam wie­dzieć.

Moja matka sie­działa w sta­rym bu­ja­nym fo­telu – kie­dyś sie­działa w nim i czy­tała Jes­semu bajki – i trzy­mała jego ulu­bio­nego di­no­zaura, bu­jała się w przód i w tył, tu­ląc się do plu­szo­wej za­bawki.

Miała za­czer­wie­nione oczy i sińce pod nimi, a mimo to się uśmie­chała.

– Tak się cie­szę, że wró­ci­łaś, Cin­dy­lo­ohoo – po­wie­działa, uży­wa­jąc ksywki po­cho­dzą­cej z pro­gramu Dr. Seussa. Od lat mnie tak nie na­zy­wała. – Je­steś go­towa do drogi? – za­py­tała.

– Do­kąd idziemy, mamo? Gdzie jest tata?

– Twój tata nie chciał cze­kać, więc już po­szedł, ale ja chcia­łam, że­byś wy­brała się tam z nami, więc na cie­bie za­cze­ka­łam. – Uśmiech­nęła się sze­roko, ale jej oczy błysz­czały od łez i były zu­peł­nie po­zba­wione emo­cji.

– Ale do­kąd on po­szedł? – za­py­ta­łam znowu, wcho­dząc głę­biej do po­koju.

– Nie martw się, nie­długo do niego do­łą­czymy. Ale naj­pierw chcia­łam po­roz­ma­wiać z Jes­sem – po­wie­działa, głasz­cząc di­no­zaura.

– Mamo, Jesse nie żyje – przy­po­mnia­łam jej. – Umarł wiele lat temu.

Mama po­ki­wała głową. Spoj­rzała na ta­petę na ścia­nie z mo­ty­wem z Gwiezd­nych wo­jen, a po­tem na stos kloc­ków lego le­żą­cych w ką­cie po­koju.

– Wiem o tym, głup­ta­sie.

– Okej, bo przez chwilę my­śla­łam, że chcia­łaś…

– Chcia­łam dać mu znać, że nie­długo do niego do­łą­czymy – po­wie­działa mama. Wtedy prze­ło­żyła wy­pchaną za­bawkę z jed­nej ręki do dru­giej, a ja za­uwa­ży­łam broń, którą miała na ko­la­nach.

– Mamo? – za­py­ta­łam, a moje ciało za­częło się trząść, gdy do­tarło do mnie, co ona tak na­prawdę mó­wiła. – Po­wiedz mi, gdzie jest tata – wy­szep­ta­łam.

– Mó­wi­łam ci. Już po­szedł. Od­szedł bez nas, bo nie mógł już dłu­żej cze­kać. Na­prawdę się nie­cier­pli­wił. – Po­krę­ciła głową i prze­wró­ciła oczami. – Pod wie­loma wzglę­dami je­steś taka jak on – do­dała śpiew­nym gło­sem.

– Dla­czego trzy­masz broń, mamo?

– Głup­ta­sku, jak ina­czej mamy się spo­tkać z Jes­sem i twoim tatą? To zna­czy wiem, że są inne spo­soby, ale ten we­dług mnie jest naj­szyb­szy i naj­bar­dziej sku­teczny. Poza tym nie chcemy, żeby za długo na nas cze­kali – po­wie­działa, kle­piąc di­no­zaura po ple­cach, jakby chciała, żeby mu się od­biło. Cały czas ko­ły­sała się w przód i w tył, ani na chwilę nie wy­pa­da­jąc z rytmu. Krze­sło skrzy­piało z każ­dym ru­chem.

Zro­bi­łam ko­lejny krok w jej stronę, ma­jąc na­dzieję, że zdo­łam ode­brać jej broń, ale ona za­uwa­żyła, gdzie pa­trzę, i unio­sła pi­sto­let, ma­cha­jąc nim w po­wie­trzu.

– Niee. Twój tata też chciał po­trzy­mać broń, ale ja na­le­ga­łam: to ro­bota dla ma­musi i ni­kogo in­nego. Czas naj­wyż­szy, bym od­zy­skała kon­trolę i za­jęła się tą ro­dziną. A pierw­szym kro­kiem bę­dzie wy­sła­nie nas do tego sa­mego miej­sca.

Moje kroki na drew­nia­nej pod­ło­dze były gło­śne jak ude­rze­nia w bębny.

– Pro­szę, pro­szę, Cindy. Ni­gdy nie by­łaś na tyle cier­pliwa, by po­cze­kać na swoją ko­lej. Ale do­bra wia­do­mość jest taka, że bę­dziesz pierw­sza.

– Do­kąd wy­sła­łaś tatę? Gdzie ma się spo­tkać z Jes­sem? – za­py­ta­łam. Pod po­wie­kami po­czu­łam pie­kące łzy, ale ad­re­na­lina w mo­ich ży­łach po­wstrzy­my­wała je od spły­nię­cia mi po twa­rzy.

– Nie ro­zu­miem, ja­kie to ma zna­cze­nie – po­wie­działa mama, dmu­cha­jąc na ciemne, krę­cone pa­smo wło­sów, które opa­dło na jej czoło. – Ale skoro już mu­sisz wie­dzieć, od­szedł w na­szym po­koju. Na­ro­biło się wię­cej ba­ła­ganu, niż się spo­dzie­wa­łam. Ty po­win­naś odejść w wan­nie, a po­tem ja tam wejdę tuż po to­bie. Może zo­sta­wię wy­bie­lacz dla sze­ryfa, bo czer­wone plamy są naj­gor­sze, szcze­gól­nie na bia­łych fu­gach – po­wie­działa tym sa­mym, dziw­nie ra­do­snym gło­sem, któ­rym po­wi­tała mnie wcze­śniej.

Cof­nę­łam się, a mama da­lej na mnie pa­trzyła, uśmie­cha­jąc się sze­roko od ucha do ucha. Nie po­szła za mną, gdy od­wró­ci­łam się i zaj­rza­łam do ich sy­pialni. Była pu­sta.

Mama zwa­rio­wała. Ale to nie zna­czyło, że tata nie żyje. Mo­gła kła­mać. Mo­gła to zmy­ślić.

Obe­szłam łóżko.

Pro­szę, oby żył. Pro­szę, oby żył.

Na pod­ło­dze pod ścianą le­żało jego sztywne ciało. Oczy i usta miał otwarte, jakby w zdzi­wie­niu.

Sap­nę­łam i za­kry­łam rę­kami usta.

– Nie, nie, nie, nie, nie, nie! – krzyk­nę­łam.

Od­su­nę­łam się od taty w stronę ko­ry­ta­rza, a gdy zer­k­nę­łam w stronę po­koju Jes­sego, mo­jej mamy już tam nie było. Od­wró­ci­łam się, by po­biec pro­sto do drzwi wyj­ścio­wych, lecz na­tknę­łam się na matkę w mięk­kiej, sa­ty­no­wej, ró­żo­wej ko­szuli noc­nej.

– Je­steś go­towa, ko­cha­nie? – za­py­tała, prze­chy­la­jąc głowę na bok. Miała broń w dłoni, ale nie unio­sła jej.

– Ja… ja… ja… też mu­szę po­wie­dzieć coś Jes­semu –po­wie­dzia­łam i ru­szy­łam w stronę jego po­koju.

Ude­rzyła się w czoło lufą broni.

– Ale ja je­stem głu­pia. Oczy­wi­ście, że tak. Będę na cie­bie cze­kać, a po­tem, gdy się z nim spo­tkamy, zjemy lody.

– Juhu, ta­aak, lody brzmią świet­nie, mamo – po­wie­dzia­łam, po­cią­ga­jąc no­sem. Chcia­łam ją omi­nąć i uda­łam, że mam za­miar ru­szyć ko­ry­ta­rzem do po­koju Jes­sego. Ob­ró­ciła się bo­kiem, bym mo­gła przejść, a ja sko­rzy­sta­łam z oka­zji i rzu­ci­łam się sprin­tem w prze­ciw­nym kie­runku, do drzwi, mi­ja­jąc ją.

Ściana obok drzwi eks­plo­do­wała, gdy kula prze­biła stu­letni tynk. Moja matka się śmiała, kiedy zbie­ga­łam po scho­dach na ganku. Roz­wią­zane sznu­ro­wa­dło za­cze­piło się o ba­rierkę i po­szy­bo­wa­łam w dół. Wy­lą­do­wa­łam na piersi, ule­ciało ze mnie po­wie­trze. Od­wró­ci­łam się na plecy, łap­czy­wie od­dy­cha­jąc.

– Rok temu wy­krę­ci­łaś się od wy­cieczki do babci, ale te­raz ci się nie uda – po­wie­działa matka, pa­trząc na mnie z ganku. Ką­tem oka do­strze­głam starą strzelbę ojca opartą o ścianę domu. Uży­wał jej, by wy­stra­szyć różne zwie­rzęta, które zja­dały na­sze po­ma­rań­cze. Chyba nie była uży­wana od czasu ostat­nich zbio­rów. Stała tu wy­sta­wiona na wa­runki at­mos­fe­ryczne od mie­sięcy.

Bar­dzo moż­liwe, że strzelba nie dzia­łała.

– Nie pró­buję się od tego wy­krę­cić, mamo – po­wie­dzia­łam, gdy w końcu mo­głam zła­pać od­dech. Po­woli ru­szy­łam na czwo­ra­kach w stronę domu.

W stronę je­dy­nej rze­czy, która mo­gła po­móc mi prze­żyć.

– Po pro­stu po­my­śla­łam, że mo­żemy to zro­bić ra­zem, no wiesz, iść w tym sa­mym cza­sie – po­wie­dzia­łam, na­śla­du­jąc jej ra­do­sny głos naj­le­piej, jak po­tra­fi­łam.

– Och, Cindy, to cu­downy po­mysł. Za­wsze by­łaś moim cu­kie­recz­kiem, wiesz? Cóż, cza­sami by­łaś uparta i iry­tu­jąca, ale po­tra­fi­łaś być rów­nież bar­dzo słodka. Uwiel­bia­łam, gdy jako dziecko ba­wi­łaś się mo­imi kol­czy­kami i na­szyj­ni­kami. – Mama przy­ło­żyła broń do piersi i wes­tchnęła.

– Mo­żesz mi wy­świad­czyć przy­sługę, mamo? Uży­jesz sta­rej strzelby taty? Dzięki temu będę miała o czym z nim po­roz­ma­wiać, gdy już tam do­trzemy. A ja będę mo­gła wziąć broń, któ­rej uży­łaś, by wy­słać go do Jes­sego. Bę­dzie nie­zła za­bawa. Poza tym, jak wiesz, cza­sem trudno mi było zna­leźć wspólne te­maty do roz­mowy z tatą.

– Wiesz – po­wie­działa, bio­rąc strzelbę opartą o ścianę. Wsta­łam i za­chwia­łam się, przy­trzy­mu­jąc się wy­szczer­bio­nej ściany, żeby nie upaść. – Szkoda, że twój tata nie wpadł na po­dobny po­mysł, by­łoby tak miło… By­łoby znacz­nie ła­twiej. Ża­łuj, że nie sły­sza­łaś jego krzy­ków i wrza­sków. – Wy­buch­nęła krót­kim śmie­chem. – Bła­gań. – Przyj­rzała się broni, by spraw­dzić, czy jest na­ła­do­wana, a po­tem rzu­ciła ją w moją stronę. Zła­pa­łam ją i spraw­dzi­łam, czy rze­czy­wi­ście są w niej na­boje. – Dasz wiarę? Twój oj­ciec… bła­gał. To było cał­kiem za­bawne.

Skóra mo­jej matki mie­niła się w księ­ży­co­wej po­świa­cie. Za­wsze za­zdro­ści­łam jej tych ciem­nych lo­ków i na­tu­ral­nie czer­wo­nych ust. Przy­po­mi­nała mi Kró­lewnę Śnieżkę. Kie­dyś pa­trzy­łam, jak zbiera po­ma­rań­cze w sa­dzie, by zro­bić swoją słynną po­ma­rań­czową mar­mo­ladę, i za­sta­na­wia­łam się, dla­czego moje włosy mu­siały być ró­żo­wawe, a oczy zie­lone. Do tego piegi zdo­biły mi nos. Ona wy­glą­dała o wiele le­piej.

Te­raz Kró­lewna Śnieżka stała w swo­jej sa­ty­no­wej ko­szuli noc­nej zbry­zga­nej krwią i ce­lo­wała we mnie ze strzelby. Serce wa­liło mi w piersi, ale unio­słam pi­sto­let w jej stronę.

– Ko­cham cię, skar­bie, do zo­ba­cze­nia po dru­giej stro­nie – po­wie­działa. Moje oczy wy­peł­niły się łzami. Mia­łam tylko uła­mek se­kundy. Na­wet gdyby broń za­cięła się przy pierw­szym strzale, tak jak za­wsze, to i tak po se­kun­dzie by za­dzia­łała.

Moja mama uśmiech­nęła się ni­czym wa­riatka, sze­roko otwo­rzyw­szy oczy.

A po­tem Śnieżka po­cią­gnęła za spust.

Wstrzy­ma­łam od­dech – nic się nie stało. Po­stu­kała ręką w bok broni, tak jak ro­bił to oj­ciec. Za­nim znowu zna­la­zła spust, wy­strze­li­łam.

Krew bry­znęła na ścianę domu, bar­wiąc łusz­czącą się białą farbę na czer­wono.

Mama miała ra­cję w jed­nej kwe­stii.

Szybko po­szło.

Upa­dłam na ko­lana i zła­pa­łam się za serce. W gło­wie mia­łam pustkę. Nie po­tra­fi­łam skleić jed­nej skład­nej my­śli. Ro­dzice nie żyli i nie wie­dzia­łam, co po­win­nam zro­bić. Do kogo za­dzwo­nić.

Moi ro­dzice nie żyli.

Za­bi­łaś swoją matkę.

Za­wy­łam w ciemną noc, za­gu­biona, prze­stra­szona i zu­peł­nie sama.

Wło­ży­łam rękę pod bluzkę, by po­szu­kać po­cie­sze­nia, bo czę­sto tak ro­bi­łam, gdy ro­dzice się kłó­cili – zła­pa­łam za pier­ścień, który no­si­łam na łań­cuszku pod ubra­niem.

Po­tar­łam pal­cami chłodny me­tal. Pio­run ude­rzył w wie­rzę ci­śnień. Wtedy do­sta­łam swoją od­po­wiedź. Wie­dzia­łam, co mu­szę zro­bić.

Do kogo się udać.ROZ­DZIAŁ 3

THIA

Pa­dało.

W końcu to lato na Flo­ry­dzie.

Tu za­wsze pada.

W któ­rymś mo­men­cie pod­czas czter­dzie­sto­mi­nu­to­wej jazdy ro­we­rem z farmy w Jes­sep do Lo­gan’s Be­ach stra­ci­łam czu­cie w sto­pach. Pe­da­ło­wa­łam sza­leń­czo w ule­wie.

Pró­bo­wa­łam użyć sta­rego forda mo­jego ojca. Sta­cyjka była pu­sta, klu­czyki mo­gły się znaj­do­wać tylko w jed­nym miej­scu… Zmu­si­łam nogi, by po­nio­sły mnie do po­koju, w któ­rym le­żało mar­twe ciało mo­jego taty. To, że wi­dzia­łam go wcze­śniej, nie zmniej­szyło bólu, który po­czu­łam, gdy po raz ko­lejny zo­ba­czy­łam go le­żą­cego przy ścia­nie pod dziw­nym ką­tem, z wło­sami wciąż mo­krymi od krwi.

– Ta­tu­siu – za­pła­ka­łam, omi­ja­jąc rzekę krwi, która roz­lała się ka­łużą pod jego głową, a po­tem pły­nęła da­lej i da­lej, aż w końcu wy­lała się z po­koju ro­dzi­ców i wsiąk­nęła w miej­sce mię­dzy ścianą a pod­łogą, roz­le­wa­jąc się na prawo i lewo, zna­cząc świeżą czer­wie­nią białe li­stwy.

Cała moja ro­dzina nie żyła, ale ja nie mia­łam czasu, by o tym my­śleć. Cie­szyło mnie to, bo w prze­ciw­nym wy­padku cię­żar tego wy­da­rze­nia na­tych­miast by mnie zmiaż­dżył.

Po­czu­łam ja­kiś pro­myk na­dziei, który mó­wił mi, że je­śli tylko od­najdę Be­ara, to wszystko bę­dzie do­brze. On nie sprawi, że to znik­nie, ale na pewno dzięki niemu zrobi mi się le­piej.

Zło­żył ci obiet­nicę. Po­może ci. Znaj­dzie roz­wią­za­nie. Po pro­stu mu­sisz go zna­leźć.

Nie mo­głam się zmu­sić, by zaj­rzeć ta­cie do kie­szeni. Gdy­bym go do­tknęła, to wszystko sta­łoby się jesz­cze bar­dziej re­alne.

Nie mia­łam in­nego wy­boru, więc pod­nio­słam ro­wer z pia­chu i po­je­cha­łam.

Każdy ob­rót pe­da­łów spra­wiał, że mię­śnie mo­ich ud wy­da­wały się cięż­sze i cięż­sze. Je­dyną rze­czą, jaka pchała mnie na przód, było zba­wie­nie, na które li­czy­łam, gdy już do­trę do sie­dziby klubu mo­to­cy­klo­wego Be­ach Ba­stards.

Gdy do­trę do Be­ara.ROZ­DZIAŁ 6

BEAR

Otę­pie­nie, które czu­łem od wielu mie­sięcy, a które do­brze na mnie dzia­łało, zo­stało za­stą­pione zna­jo­mym gnie­wem na­pę­dza­ją­cym mnie przez całe lata. Ten gniew po­zwa­lał mi od­bie­rać in­nym ży­cie. Nie­na­wi­dzić wro­gów, któ­rych ni­gdy nie spo­tka­łem. Jed­nak nowy gniew go­to­wał się we mnie i był na­kie­ro­wany tylko i wy­łącz­nie na jedną osobę.

Na Chopa.

Wciąż by­łem lekko pi­jany. Nic dziw­nego. Gdy­bym chciał cał­ko­wi­cie wy­trzeź­wieć, to mu­siał­bym oczysz­czać or­ga­nizm mie­sią­cami. Może la­tami.

Prze­ry­wane li­nie na au­to­stra­dzie zle­wały się w jedną długą smugę żółci i bieli, gdy do­da­wa­łem gazu, a sil­nik ję­czał i war­czał w pro­te­ście. Czer­wona li­nia szyb­ko­ścio­mie­rza drgała z wa­ha­niem, wspi­na­jąc się wy­żej i wy­żej, bo za­czy­na­łem prze­kra­czać gra­nice wy­trzy­ma­ło­ści tej sta­rej fur­go­netki.

Kie­dyś w ra­mach żartu da­łem pew­nej dziew­czynce pier­ścień. Chcia­łem ją w ten spo­sób udo­bru­chać, żeby nie za­dzwo­niła po gliny. Ni­gdy bym się nie spo­dzie­wał, że po­jawi się w sie­dzi­bie tego cho­ler­nego gangu. A tak w ogóle – dla­czego po­trze­bo­wała mo­jej po­mocy? Na­prawdę my­śla­łem, że cał­ko­wi­cie za­po­mniała o tym pier­ścionku i nie­praw­dzi­wej hi­sto­rii, z którą się wią­zał.

Jak bar­dzo się my­li­łem…

To, że na zdję­ciu zo­ba­czy­łem tę samą dziew­czynę, nie ozna­czało, że to nie była ja­kaś wy­myślna pu­łapka za­sta­wiona przez Chopa, żeby spro­wa­dzić mnie do Lo­gan’s Be­ach.

Mój stary był fiu­tem, ale mą­drym fiu­tem. Nie przy­szedłby po mnie w miej­scu pu­blicz­nym, a dom Kinga był pil­no­wany i ob­ser­wo­wany, więc na pewno trzy­małby się od niego z da­leka.

Ale ta dziew­czyna?

Rów­nie do­brze mo­gła być na usłu­gach gangu. Wy­star­czyło, że za­cią­gnę­łaby mnie do ci­chego miej­sca, któ­rego nikt nie ob­ser­wo­wał, tak by człon­ko­wie klubu mo­gli mnie po­rwać i za­wieźć do swo­jej sie­dziby, a po­tem po­wie­sić mnie na środku po­dwórka, by móc rzu­cać w moje ciało pusz­kami po pi­wie, aż za­czę­łoby śmier­dzieć.

Ale co, je­śli ona zna­la­zła się w tym klu­bie, bo na­prawdę po­trze­bo­wała mo­jej po­mocy? Chciała, bym speł­nił daną jej obiet­nicę, któ­rej wcale nie mia­łem za­miaru do­trzy­my­wać?

Na zdję­ciu trzy­mała ten pier­ścień tak, jakby to była naj­cen­niej­sza rzecz na świe­cie. Po­czu­łem ucisk w głębi serca, ale po­zby­łem się go, tak samo jak każ­dej nie­chcia­nej emo­cji i uczu­cia.

Mój głupi żart za­koń­czył się przed drzwiami pro­wa­dzą­cymi do domu Kinga. Plan był taki, aby do­trzeć do Lo­gan’s Be­ach i po ci­chu po­sprzą­tać ba­ła­gan, do któ­rego do­pro­wa­dzi­łem. Po­tem wy­słał­bym tę dziew­czynę w drogę i wró­cił tam, skąd przy­je­cha­łem.

Sa­mo­chód pod­ska­ki­wał na każ­dej dziu­rze w as­fal­cie, a ja za każ­dym ra­zem pa­trzy­łem we wsteczne lu­sterko. Tylne okna zo­stały przy­ciem­nione i były rów­nie bez­u­ży­teczne co dwu­dzie­sto­pię­cio­cen­ty­me­trowy fiut za­kon­nika. Mój mo­to­cykl zo­stał przy­mo­co­wany na ty­łach fur­go­netki moc­nymi ny­lo­no­wymi ta­śmami przy­cze­pio­nymi do pod­łogi.

Zwią­zana me­cha­niczna be­stia, któ­rej prze­zna­cze­niem było su­nąć uli­cami.

Be­stia – tak jak ja.

Wy­po­ży­czy­łem tę fur­go­netkę pod fał­szy­wym na­zwi­skiem ze zło­mo­wi­ska, które przyj­mo­wało tylko go­tówkę i nie miało żad­nego sys­temu kom­pu­te­ro­wego. Nie ukry­wa­łem się przed człon­kami klubu. Nie by­łem cho­ler­nym tchó­rzem, ale nie mia­łem za­miaru ogła­szać im swo­jego przy­jazdu i na­ra­żać ro­dziny Kinga na nie­bez­pie­czeń­stwo.

Nie ukry­wa­łem się, po pro­stu po­trze­bo­wa­łem czasu.

Ale wie­dzia­łem, co ro­bić.

Przez kilka ostat­nich mie­sięcy ży­łem w kra­inie pły­ną­cej al­ko­ho­lem, koką i cip­kami i pla­no­wa­łem do niej wró­cić, gdy tylko skoń­czę to, co za­mie­rza­łem.

Sta­ru­szek nie był na tyle głupi, by prze­nieść na­sze walki na ulicę, ale wy­star­cza­jąco nie­mą­dry, by wy­słać mi wia­do­mość w po­staci po­bi­tej dziew­czyny, którą zna­łem tylko dla­tego, że kie­dyś zło­ży­łem jej fał­szywą obiet­nicę.

Ile lat mi­nęło? Sześć, sie­dem?

Wy­da­wało mi się, że to całe ży­cie.

Ży­cie, w któ­rym bra­łem za pew­nik moją po­zy­cję w klu­bie. Gdzie cie­szyło mnie by­cie na­iw­nym żoł­nie­rzem, któ­rego głów­nym zmar­twie­niem było, skąd wziąć cipki i al­ko­hol.

Cipki.

Od­kąd skoń­czy­łem dwa­na­ście lat, nie­mal z nich nie wy­cho­dzi­łem.

Stra­ci­łem dzie­wic­two tak samo, jak wszy­scy młodsi na­sto­lat­ko­wie, któ­rzy do­ra­stali w gru­pie. Do­świad­czony czło­nek klubu, w moim przy­padku był to oj­ciec, po­sa­dził mnie na środku po­koju peł­nego braci, pi­ja­nych lub na­ćpa­nych, a pół­naga dziwka, dwa razy star­sza ode mnie, wy­ko­nała dla mnie ża­ło­sny strip­tiz przy pio­sence Bon Jovi. Wszy­scy bra­cia się na to ga­pili. Po­tem dziew­czyna opa­dła na ko­lana, za­częła mi ssać, do­póki mi nie sta­nął, a na­stęp­nie od­wró­ciła się do mnie ple­cami. Przy­trzy­mu­jąc się pod­ło­kiet­ni­ków fo­tela, usia­dła na mnie i wsa­dziła so­bie mo­jego fiuta do cipki.

Tłum krzy­czał ra­do­śnie, a prawa ręka mo­jego ojca, czyli Tank, po­trzą­snął bu­telką piwa i otwo­rzył ją no­żem, roz­le­wa­jąc piwo na mnie i dziwkę, tuż po tym, jak do­sze­dłem w niej po dwu­dzie­stu se­kun­dach.

To był naj­lep­szy dzień mo­jego ży­cia.

Od­dał­bym wszystko, by wró­cić do tych dni. By być błogo nie­świa­do­mym ca­łego po­pie­przo­nego gówna, które ko­niec koń­ców do­pro­wa­dziło do tego, że od­wró­ci­łem się od mo­ich braci i zdją­łem ka­mi­zelkę.

By­łem szczę­śliwy jako ko­lejna mrówka w mro­wi­sku, gdy wy­ko­ny­wa­łem po­le­ce­nia bez zbęd­nych py­tań.

Moje ży­cie poza klu­bem za­wsze dzia­łało Cho­powi na nerwy. Ni­gdy nie po­do­bało mu się to, że spę­dza­łem czas z cy­wi­lami, czyli z Kin­giem i Prep­pym. Gdy tylko miał oka­zję, prze­strze­gał mnie przed nimi i przy­po­mi­nał mi, do kogo na­le­żała moja lo­jal­ność i że lu­dzie z ze­wnątrz tylko przy­spa­rzali nam pro­ble­mów.

Ni­gdy tak na to nie pa­trzy­łem. King i Preppy za­wsze dzia­łali na ko­rzyść klubu. Człon­ko­wie po­le­gali na nich, gdy trzeba było zro­bić coś, co mo­gło ścią­gnąć na nas czy­jąś uwagę, a oni po­le­gali na nas, gdy trzeba było po czymś po­sprzą­tać. Przy­jęli mo­ich braci z otwar­tymi ra­mio­nami, po­zwo­lili im wejść do swo­jego domu i wy­pra­wiać dzi­kie im­prezy.

Po ja­kimś cza­sie Chop na­wet za­ofe­ro­wał im ka­mi­zelki. Chciał, by zo­stali człon­kami klubu. My­ślę, że zro­bił to, bo nie miał nad nimi żad­nej wła­dzy i to do­pro­wa­dzało go do szału.

Oni oczy­wi­ście od­mó­wili. King był jak byk, który biegł przed sie­bie bez opa­mię­ta­nia, a Preppy przy­po­mi­nał dziką małpę, która bie­gała wśród by­ków bez żad­nego celu.

Ja wy­ko­rzy­sty­wa­łem każdą oka­zję, by po­ka­zać Cho­powi, że je­stem wo­bec niego lo­jalny. Wierny klu­bowi. Na roz­kaz po­cią­ga­łem za spust. Bez wa­ha­nia za­ko­py­wa­łem jego pro­blemy głę­boko w le­sie. Pro­wa­dzi­łem ży­cie zgodne z na­szymi za­sa­dami i nie słu­cha­łem ni­kogo in­nego.

Ale to ni­gdy nie wy­star­czyło.

Im bar­dziej na­ci­skał, bym prze­jął jego mło­tek sym­bo­li­zu­jący wła­dzę w klu­bie i od­ciął się od przy­ja­ciół, tym mniej tego chcia­łem. Za­czą­łem spę­dzać co­raz mniej nocy w na­szej sie­dzi­bie, a wię­cej w pro­wi­zo­rycz­nym miesz­ka­niu w ga­rażu Kinga. Wy­pra­wia­li­śmy im­prezy na jego po­dwórku dla mo­ich braci, któ­rzy nie mieli nic prze­ciwko Kin­gowi i Preppy’emu i lu­bili ich nie tylko dla­tego, że byli mo­imi przy­ja­ciółmi, ale też dla­tego, że byli przy­ja­ciółmi gangu.

Kilka mie­sięcy temu Preppy zo­stał za­bity w na­szej sie­dzi­bie, bo wśród mo­ich braci zna­lazł się zdrajca.

Kret.

Chop prze­jął się bar­dziej krwią na be­to­nie niż śmier­cią Preppy’ego czy tym, że w jego sze­re­gach czaił się ju­dasz. I wtedy to do mnie do­tarło. Chop mar­twił się o moją lo­jal­ność, bo miał ku temu po­wody.

Gdyby przy­szło co do czego, gdyby trzeba było wy­brać śmierć lub ży­cie, gdyby na muszce zna­lazł się Chop i moi przy­ja­ciele, a ja mu­siał­bym się za­ba­wić w Boga i wy­brać, czyje ży­cie bym oca­lił, to wy­brał­bym przy­ja­ciół, je­dyną ro­dzinę, jaką mia­łem. A nie Chopa.

I on o tym wie­dział, jesz­cze za­nim to do­tarło do mnie.

Kiedy za­ka­zał mi ra­to­wać Doe, tylko uła­twił mi de­cy­zję. Mu­sia­łem wy­brać mię­dzy Kin­giem a ka­mi­zelką.

To wcale nie była naj­trud­niej­sza de­cy­zja, jaką mu­sia­łem pod­jąć. King ura­to­wał mi ży­cie, w chwili gdy ża­den czło­nek klubu nie przy­szedł mi na ra­tu­nek, gdy te cipy z gangu Elego zwią­zały mnie i tor­tu­ro­wały.

Chop cią­gle mó­wił o zna­cze­niu lo­jal­no­ści, ale ni­gdy nie zro­bił ani jed­nej pie­przo­nej rze­czy, by so­bie na nią za­słu­żyć.

Bez mięk­kiej skóry ka­mi­zelki na moim ciele czu­łem się nagi. I to nie nagi w do­brym zna­cze­niu tego słowa. To ra­czej była na­gość, któ­rej się wsty­dzi­łem.

Tę­sk­ni­łem za ka­mi­zelką.

Za klu­bem. Za braćmi.

Za tym, że zna­łem swoje miej­sce na tym świe­cie i wie­dzia­łem, kim by­łem, bo gdy pro­wa­dzi­łem fur­go­netkę w stronę bram pie­kieł, nie mia­łem, kurwa, po­ję­cia.

Wie­dzia­łem tylko, że nie tę­sk­ni­łem za Cho­pem.

Rze­czy­wi­ście da­łem wtedy tej ma­łej dziew­czynce pier­ścień w ra­mach żartu, ale te­raz żarty się skoń­czyły.

To była pie­przona wojna.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij