Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Lawrence z Arabii - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
13 czerwca 2014
32,00 zł
3200 pkt
punktów Virtualo

Lawrence z Arabii - ebook

Napisana z rozmachem, pełna barwnie nakreślonych postaci – awanturników, szpiegów, przywódców plemiennych, dyplomatów – opowieść o Arabii w czasie I wojny światowej. Książka jest w istocie wielkim reportażem o wojnie, zdradzie i grze o władzę nad Bliskim Wschodem. Bohaterem książki jest Lawrence z Arabii, brytyjski historyk z wykształcenia, archeolog z pasji rozmiłowany w kulturze arabskiej, oficer i pisarz. W 1914 roku został przydzielony do służb wywiadu w Kairze. Jego legenda miała już wiele wcieleń w literaturze i filmie, m.in. słynnym obrazie Davida Leana „Lawrence z Arabii” z tytułową rolą Petera O'Toole'a. Scott Anderson ukazuje nowe oblicze Lawrence'a i obala przyjęte poglądy na to, jak powstał dzisiejszy Bliski Wschód.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-63986-68-1
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Od autora

W czasie wojny również język staje się bronią i ta prawda bez wątpienia potwierdziła się na bliskowschodnim teatrze pierwszej wojny światowej. Oto przykład: w państwach ententy nazw „imperium osmańskie” i „Turcja” używano wymiennie, ale tej ostatniej znacznie częściej w nader oczywistym celu – aby umocnić przekonanie, że inne niż turecka nacje żyjące w granicach imperium osmańskiego to „narody zniewolone”, które trzeba wyzwolić. Podobnie, jeśli przed wojną i na jej początku w dokumentach aliantów pisano, że Palestyna i Liban to prowincje osmańskiej Syrii, to później, kiedy Brytyjczycy i Francuzi opracowali plany przejęcia tych ziem po wojnie, rozróżnienie to zaczęło zanikać. Na nieco innej, delikatniejszej płaszczyźnie, państwa zachodnie, nie wyłączając głównego sojusznika Osmanów, Niemiec, stale używały nazwy „Konstantynopol” (a więc tej, pod którą miasto istniało w czasach chrześcijańskich, nim zostało zdobyte przez osmańskich muzułmanów w roku 1453), a nie stosowanej lokalnie nazwy „Istambuł”.

Jak słusznie wskazuje wielu historyków Bliskiego Wschodu, stosowanie preferowanych przez Zachód określeń, takich jak Turcja zamiast imperium osmańskie, Konstantynopol zamiast Istambuł, wskazuje na europocentryczną perspektywę i w istocie służy do uzasadnienia europejskiej (czytaj: imperialistycznej) wersji historii.

W konsekwencji przed historykami zajmującymi się działaniami Zachodu na bliskowschodnim teatrze wojny (w tym także przede mną) staje pytanie o właściwą terminologię. Czy tę poprawniejszą politycznie, czy tę, która lepiej służy jasności wywodu. Większość źródeł, z których korzystają historycy, ma zachodnią proweniencję. Co do mnie, to uznałem, że dla wielu czytelników byłoby mylące, gdybym używał nazwy „Istambuł” w sytuacji, gdy w niemal wszystkich przywoływanych źródłach widnieje „Konstantynopol”. Wybrałem więc tę ostatnią nazwę.

Pomógł fakt, że rozróżnienia terminologiczne w czasach, których dotyczy niniejsza książka, wcale nie były tak wyraźne, jak chcieliby niektórzy współcześni historycy. Nawet sternicy polityczni imperium osmańskiego/Turcji często posługiwali się nazwą „Konstantynopol”, a nazwy „imperium osmańskie” i „Turcja” używali wymiennie (por. pismo Dżemala Paszy w rozdziale pierwszym). Dalsze roztrząsania na ten temat nie mają większego sensu. W książce The Ottoman Path to War (Droga imperium osmańskiego do wojny), turecki historyk Mustafa Aksakal przyznaje, że „mówienie o «rządach osmańskich» i «osmańskiej władzy» w kontekście 1914 roku to oczywisty anachronizm, bo przecież wszyscy ówcześni główni aktorzy odrzucali «osmanizm» i budowali państwo Turków i dla Turków”.

Tak więc podobnie jak pierwszoplanowe postaci w niniejszej książce, używam terminów „imperium osmańskie” i „Turcja” jako synonimów, wybierając jeden albo drugi w zależności od kontekstu, natomiast dla większej jasności używam niemal wyłącznie nazwy „Konstantynopol”.

Na koniec dodam, że za życia T.E. Lawrence’a ukazały się dwa wydania jego książki Siedem filarów mądrości. Pierwsze, wydrukowane w nakładzie ośmiu egzemplarzy w roku 1922, znane jest pod nazwą „tekstu oksfordzkiego”. Drugie, poprawione wydanie z 1926 roku, miało dwieście egzemplarzy nakładu i dziś uchodzi za tekst podstawowy. Sam Lawrence uznawał „tekst oksfordzki” za brudnopis. Cytaty zamieszczone w niniejszej książce czerpałem z wydania z 1926 roku. W nielicznych wypadkach, kiedy odwołuję się do tekstu oksfordzkiego, zaznaczam to przypiskiem „(wydanie oksfordzkie)”.Wprowadzenie

Rankiem 30 października 1918 roku pułkownik Thomas Edward Lawrence stawił się w pałacu Buckingham. Wzywano go do króla.

W Londynie panował euforyczny nastrój. Przez minione cztery lata i trzy miesiące Wielka Brytania i duża część świata były uwikłane w najkrwawszy konflikt w dotychczasowych dziejach. Wojna toczyła się na trzech kontynentach i pochłonęła szesnaście milionów ofiar, a teraz w tempie, o którym jeszcze przed paru tygodniami trudno było marzyć, działania wojenne dobiegały kresu. Tego właśnie dnia imperium osmańskie, jeden z trzech głównych przeciwników Wielkiej Brytanii, przyjęło warunki rozejmu, a pozostali dwaj wrogowie, Niemcy i Austro-Węgry, wkrótce mieli uczynić podobnie. Pułkownika Lawrence’a, który wniósł walny wkład do zwycięstwa na bliskowschodnim teatrze wojny, tempo wydarzeń też zaskakiwało. Jeszcze na początku miesiąca był na polu walki, brał udział w walkach o Damaszek. Zdobycie miasta oznaczało w istocie ostateczny upadek osmańskiej armii. Do Anglii Lawrence wrócił przed niecałym tygodniem i od razu zaczął brać udział w naradach z generalicją i przywódcami politycznymi na temat powojennych granic na Bliskim Wschodzie. Jeszcze niedawno sprawa ta wydawała się czymś z pogranicza fantazji, teraz jednak zaczęła wymagać pilnego rozwiązania i pułkownik przypuszczał, że właśnie ona będzie przedmiotem audiencji u króla Jerzego V.

Mylił się. Zaraz po przybyciu do pałacu trzydziestoletniego pułkownika wprowadzono do sali balowej. Już po chwili, w otoczeniu orszaku dygnitarzy i dworzan w uroczystych strojach, do sali wkroczył król z królową. Para monarsza zajęła miejsca na podium, przed którym ustawiono niski wyściełany podnóżek. Na prawo od króla stał lord szambelan z atłasową poduszką, na której pyszniły się insygnia wysokich orderów. Po ceremonialnym wstępie Jerzy V zwrócił się z uśmiechem do gościa:

– Mam dla pana kilka prezentów.

Jako znawca brytyjskiej historii pułkownik Lawrence doskonale rozumiał, co to wszystko oznacza. Podnóżek ustawiono przed podium specjalnie dla niego, aby na nim przyklęknął, podczas gdy król dokona uświęconego wielowiekową tradycją skomplikowanego obrządku, który składał się z przepasania szarfą, nadania odznaczenia, dotknięcia mieczem ramienia odznaczonego i wygłoszenia roty ślubowania. W jego wyniku miał stać się Rycerzem-Komandorem Orderu Imperium Brytyjskiego.

Była to chwila, o której T.E. Lawrence marzył od bardzo dawna. Jeszcze jako chłopiec wręcz obsesyjnie interesował się historią średniowiecza, pochłaniał opowieści o królu Arturze. Jak sam kiedyś napisał, jego największym marzeniem było otrzymać przed trzydziestką tytuł szlachecki. I oto jego młodzieńcze marzenie miało się spełnić.

Uroczystość była na pewno wyjątkowa. Co prawda w ciągu ostatnich czterech lat król Jerzy hojną ręką obsypywał swoich żołnierzy orderami i medalami, nawet tytuł szlachecki rozdawany był niemal masowo. Jednakże jesienią 1918 roku nie zdarzało się, aby taką ceremonię organizowano tylko dla jednego odznaczanego. Niezwykła była też obecność Jej Królewskiej Mości królowej Marii. Nie brała ona udziału w takich ceremoniach, ale tak głęboko zaintrygowały ją opowieści o wojennych przewagach Lawrence’a, że uczyniła dla niego wyjątek.

Lawrence jednak nie ukląkł na podnóżku. Gdy tylko uroczystość się rozpoczęła, szeptem poinformował króla, że odmawia przyjęcia tytułu.

Wszystkich wprawiło to w zakłopotanie. W liczącej dziewięćset lat historii monarchii brytyjskiej odmowa przyjęcia tytułu była czymś tak niesłychanym i rzadkim, że nie przewidywał jej żaden dworski protokół. Nikt więc nie wiedział, co w takiej sytuacji począć. W końcu król najzwyczajniej w świecie odłożył insygnia na aksamitną poduszkę, a pułkownik Lawrence odwrócił się na pięcie i żegnany nienawistnym spojrzeniem królowej Marii, opuścił salę.

Jeszcze dziś, siedemdziesiąt lat po jego śmierci i sto po wydarzeniach, które przyniosły mu sławę, Thomas Edward Lawrence – czyli Lawrence z Arabii, bo pod tym mianem jest bardziej znany – uchodzi za jedną z najbardziej enigmatycznych i kontrowersyjnych postaci XX wieku. Mimo że napisano o nim dziesiątki biografii i setki naukowych artykułów, mimo że był bohaterem co najmniej trzech filmów, z których jeden okrzyknięto wybitnym, historycy nadal nie potrafią wydać jednoznacznej opinii o młodym, nieśmiałym uczonym z Oxfordu, który ruszył do walki na czele arabskich wojowników i zmienił historię.

Jednej z przyczyn kontrowersji wokół jego postaci można się dopatrywać w geografii regionu, gdzie Lawrence działał. Był on zarówno świadkiem, jak i uczestnikiem wielu najważniejszych wydarzeń, z których wyłonił się Bliski Wschód we współczesnym kształcie. W tej części świata wszystko, nawet najprostsze twierdzenie, podaje się w wątpliwość i toczy niekończące się dyskusje, a linie podziałów etnicznych i politycznych przebiegają w sposób niejasny. Lawrence był wynoszony pod niebiosa i piętnowany, widziano w nim świętego i wcielonego diabła, wznoszono mu pomniki i pomniejszano jego dokonania – wszystko w zależności od politycznego zamówienia.

Nakłada się na to osobowość Lawrence’a. Niezwykle skryty, zamknięty w sobie, tych, którzy próbowali się doń zbliżyć, zdawał się rozmyślnie zbijać z tropu. Był urodzonym przywódcą czy szarlatanem? Człowiekiem bez lęku czy tchórzem w fizycznym i moralnym tego słowa znaczeniu? Na długo przed biografami on sam przypisywał sobie te i wiele innych wzajemnie sprzecznych cech. A dodajmy do tego jeszcze i to, że z upodobaniem godnym powieściopisarza drwił sobie ze wszystkich, którzy domagali się „faktów”. Dobrą ilustracją jest incydent w pałacu Buckingham. Z upływem lat Lawrence przedstawiał różne wersje tego, co się wtedy wydarzyło w sali balowej. Każda następna różniła się nieco od poprzednich, a wszystkie od relacji naocznych świadków. Wydaje się, że Lawrence znacznie wcześniej niż ktokolwiek pojął, że historię da się ugniatać jak plastelinę, a prawda to tylko to, w co ludzie chcą wierzyć.

Wszystkie te sprzeczności prowadziły historyków i biografów Lawrence’a do sporów na temat nieistotnych szczegółów. Odwołując się do nich, jedni próbowali go pogrążyć, inni wybronić. Spierano się, czy – jak twierdził – naprawdę przemierzył pustynię w czterdzieści dziewięć godzin, czy może trwało to dzień dłużej. Czy rzeczywiście odegrał tak ważną rolę w bitwie pod X, czy może zasługę należałoby przypisać oficerowi Y albo któremuś z arabskich wodzów plemiennych? Mniej, ale tylko odrobinę mniej, jałowe wydają się spory między tymi, którzy chcieliby zamknąć pułkownika w ideologicznej szufladce. Był wielkim obrońcą Żydów czy zaciekłym antysemitą? Oświeconym i postępowym działaczem na rzecz arabskiej niepodległości czy ukrytym imperialistą? Lawrence pozostawił po sobie tak bogatą spuściznę pisarską, a jego poglądy tak radykalnie zmieniały się w ciągu jego życia, że wystarczy tylko pogrzebać w jego pismach, aby znaleźć argumenty za lub przeciw niemal wszystkim stawianym mu zarzutom.

Takie spory są zwyczajnie jałowe, a co gorsza zaciemniają najważniejszą kwestię. Ta zaś brzmi: j a k on to wszystko osiągnął? Jak to się stało, że chorobliwie nieśmiały archeolog z Oxfordu, bez żadnego przygotowania wojskowego, stał się dowódcą cudzoziemskiej armii rewolucyjnej, politycznym strategiem i przepowiedział wiele nieszczęść, które miały spaść na Bliski Wschód?

Najprostsza odpowiedź, która się nasuwa, jest banalnie prosta: Lawrence stał się „Lawrence’em z Arabii”, ponieważ nikt nie zwracał na niego większej uwagi.

Zajęta rzezią na własnym kontynencie, Europa w czasie pierwszej wojny światowej nie przywiązywała wagi do bliskowschodniego teatru działań wojennych. Powstanie arabskie, z którym Lawrence miał spleść swój los, uważano, wedle jego własnych słów, za „drobny epizod”. Jeśli za miernik przyjąć liczbę uczestników, ilość wydanych pieniędzy czy choćby liczbę tysięcy godzin spędzonych na rozmaitych naradach i konferencjach z udziałem generałów, monarchów i premierów, to europejskie mocarstwa imperialne nieporównanie większe znaczenie przypisywały przyszłości na przykład Belgii niż ubogich wtedy i odległych ziem na Bliskim Wschodzie. W konsekwencji służący tam młodzi oficerowie pozostawieni byli sami sobie i w zasadzie tylko od ich inicjatywy zależało, czy uda im się zmobilizować zwaśnione plemiona arabskie do walki z Turkami. Oczywiście dość rychło i powstanie arabskie, i Bliski Wschód staną się niezmiernie ważne dla reszty świata. Wtedy jednak tego nie brano pod uwagę – w istocie nikt sobie tego nie wyobrażał.

To jeszcze nie wszystko. Chodzi o to, że za przykładem brytyjskich strategów pozostałe walczące mocarstwa też bagatelizowały wydarzenia zachodzące na Bliskim Wschodzie. Słały one na Bliski Wschód tylko takie siły i środki, jakie udawało się wygospodarować z frontów uchodzących za znacznie ważniejsze. Zadanie zbierania danych wywiadowczych, wzniecania buntów i zawierania sojuszy zlecały osobom mającym równie małe przygotowanie jak Lawrence.

Jego rywale na bliskowschodnim teatrze działań wojennych byli podobnie jak on młodzi, niewyszkoleni i też pozostawieni sami sobie. I podobnie jak ich brytyjski, dziś znacznie sławniejszy przeciwnik, potrafili skorzystać z danej im nadzwyczajnej swobody działania. Mieli zresztą podobne cechy – byli zdolni, dzielni i przebiegli. Z tego właśnie czerpali, rozwijając własne kariery, a jednocześnie wpływając na bieg historii.

Należał do nich zubożały dwudziestokilkuletni arystokrata amerykański, który jako jedyny oficer wywiadu Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie w czasie pierwszej wojny, a zarazem pracownik Standard Oil of New York, istotnie wpłynął na powojenną politykę amerykańską w tym regionie. Był wśród nich także młody niemiecki uczony, który przywdziewał arabskie szaty, próbował podżegać Arabów do dżihadu przeciwko zachodnim mocarstwom, a później swój pomysł „wojny przez rewolucję” miał zaszczepiać nazistom. Był też pewien żydowski naukowiec, który pod pozorem służby rządom osmańskim stworzy antyturecką siatkę szpiegowską i odegra kluczową rolę w tworzeniu żydowskiej siedziby narodowej na terenie Palestyny.

Mało kto dziś o nich pamięta. Tymczasem łączyła ich z Lawrence’em jeszcze jedna cecha. Tak jak on nie byli ani wysokimi oficerami, którzy kreślili plany kampanii na Bliskim Wschodzie, ani politykami, którzy wytyczali granice na powojennych mapach. Ale właśnie oni odegrali znaczącą rolę. To oni stwarzali tam, w terenie, warunki, dzięki którym można było rysować powojenne granice i formułować powojenną politykę. Historię tworzą zbiorowości. Jeśli idzie o pierwszą wojnę światową, to w tworzeniu jej historii brały udział miliony ludzi, ale wysiłek wymienionej tu czwórki, ich tajne, skomplikowane działania, osobiste animozje, ale także lojalność wobec mocodawców wywarły doniosły wpływ na dzieje Bliskiego Wschodu. Za ich przyczyną powstał taki Bliski Wschód, z jakim dzisiaj mamy do czynienia.

Ale co najmniej dwa powody sprawiają, że w tej czteroosobowej galerii T.E. Lawrence zajmuje miejsce szczególne.

Na obecny kształt Bliskiego Wschodu wpłynęli przede wszystkim Brytyjczycy. To oni wnieśli największy spośród aliantów wkład do działań wojennych w tej części świata, a później też głównie oni kształtowali pokojowy ład. Ład, któremu alianccy przywódcy w czasie wojny nadali miano „Wielkiego Rabunku”. Jako jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych przedstawicieli Wielkiej Brytanii w regionie Lawrence był z tym wszystkim związany na dobre i na złe.

Po wtóre, jak może tego dowodzić incydent w pałacu Buckingham, doświadczenie Lawrence’a wyniesione z Bliskiego Wschodu wpłynęło nań w sposób zasadniczy. Zmienił się nie do poznania, nawet we własnych oczach. Zwycięstwo to moralny ciężar, którego nie znają pokonani. Lawrence’owi, architektowi wielkich wydarzeń, zawsze już miały towarzyszyć koszmary – wspomnienie tego, co widział i przeżył w czasie Wielkiego Rabunku.ROZDZIAŁ 16

Wzbierająca furia

Nawiązując do niedawnej deklaracji Waszej Ekscelencji złożonej lordowi Rothschildowi w sprawie Żydów w Palestynie, uprzejmie pozwalamy sobie zwrócić uwagę Waszej Ekscelencji na fakt, że Palestyna jest nieodłączną częścią Syrii – tak jak serce jest nieodłączną częścią ciała – co czyni niedopuszczalnym jakiekolwiek rozdzielenie ich pod względem politycznym lub społecznym.

KOMITET SYRYJSKI W EGIPCIE DO BRYTYJSKIEGO MINISTRA SPRAW ZAGRANICZNYCH BALFOURA, 14 LISTOPADA 1917

Władze brytyjskie odpowiedziały Komitetowi Syryjskiemu… że telegram do pana Balfoura nie może zostać w tej chwili przekazany, ale że władze brytyjskie wyrażają zadowolenie, iż egipscy Syryjczycy poinformowali je o swoim stanowisku w sprawie kwestii żydowskiej.

WILLIAM YALE DO DEPARTAMENTU STANU, 17 GRUDNIA 1917

Lawrence wjechał na wielbłądzie na grań, aby przyjrzeć się tonącemu w cieniu miastu Tafila. Miejscowość była położona wyjątkowo mało atrakcyjnie. Lawrence znalazł się tu w sytuacji zupełnie odmiennej od tej, z jaką miał do czynienia w ostatnich szesnastu miesiącach na arabskim teatrze działań wojennych.

Był poranek 20 stycznia 1918 roku. Pięć dni wcześniej wyszkolone w Akabie ugrupowanie złożone z Beduinów i liczącego pięciuset żołnierzy oddziału Legionu Arabskiego wzięło szturmem Tafilę, położoną w górskiej dolinie w południowej Syrii. Niewielki garnizon turecki pierzchnął w popłochu. Na północy znajdowały się następne cele wojenne Arabów: większe miejscowości Karak i Madaba. Lawrence przybył wesprzeć działania przeciwko tym miastom, a potem kontynuować natarcie ku północnym brzegom Morza Martwego. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, tam właśnie, w okolicach starożytnego miasta Jerycha, arabscy powstańcy mieli w końcu nawiązać bezpośrednią styczność z armią generała Allenby’ego w Jerozolimie.

Ale, o czym wszyscy partyzanci w dziejach ludzkości przekonali się na własnej skórze, zdobywanie i utrzymywanie skupisk ludności jest zupełnie czym innym niż prowadzenie działań dywersyjnych przeciwko nieprzyjacielowi. Współcześni specjaliści od partyzantki i działań antypartyzanckich nazywają to „zdobywaniem serc i umysłów”, lecz prawda jest taka, że nie chodzi tu o serca ani umysły. Cywilom, którzy znaleźli się w strefie działań partyzanckich, zależy tylko na tym, by przeżyć. Zawsze opowiedzą się za tą stroną, która zapewni im największe szanse przeżycia – i jeśli jedna nie będzie w stanie tego zagwarantować, udzielą poparcia drugiej. W tej najpierwotniejszej z walk odwoływanie się do ideologii lub poczucia narodowego jest właściwie bezcelowe; „lojalność” zdobywa się, zapewniając bezpieczeństwo bądź zaprowadzając rządy terroru, albo łącząc jedną metodę z drugą.

„Wyzwolona” Tafila była dla Lawrence’a doskonałą ilustracją fałszywości tezy o „zdobywaniu serc i umysłów”. Mieszkańcy miasta bynajmniej nie cieszyli się z tego, że zostali uwolnieni od tureckiego jarzma, ani że powstaje oto zjednoczony naród arabski. Kupcy, drobni rolnicy i hodowcy owiec z Tafili byli przekonani, że muszą wybierać między jednym złem a drugim. Beduińskich wojowników bali się i nienawidzili, uważając ich właściwie za bandytów na wielbłądach. Choć karni żołnierze Legionu Arabskiego nie budzili w nich takiego strachu, obawiali się, co zrozumiałe, że to liczne wojsko pozbawi ich wszelkich zapasów żywności, więc ukrywali przed nim, co tylko mogli. Niepokoili się też, co będzie, gdy wrócą Turcy, zawsze chętnie sięgający po represje. Jak to często bywa w takich sytuacjach, wśród mieszkańców wybuchł ostry spór o to, po której stronie bezpieczniej będzie się opowiedzieć.

„Sytuacja tutejsza wygląda dość dziwnie – donosił Lawrence Claytonowi 22 stycznia. – Miejscowa ludność jest podzielona na dwa zaciekle zwalczające się stronnictwa, które boją się nas i siebie nawzajem. Co noc na ulicach rozlegają się strzały, panuje ogólne napięcie. Próbujemy tworzyć policję itd., co pewnie uspokoi nerwową sytuację. Mam nadzieję, że dzięki temu zapewnimy sobie takie zaopatrzenie, jakie nam na razie wystarczy”.

Mieszkańcy jednak chomikowali wszelkie zapasy, co już spowodowało niedostatek żywności w dolinie i zawrotny wzrost cen dostępnych artykułów. To z kolei budziło coraz większe niezadowolenie lokalnej ludności i rosnący gniew arabskich powstańców. „Przepraszam, że nie mogę przesłać Panu odpowiednich danych o wielkości dostępnego tutaj zaopatrzenia – kończył Lawrence raport z 22 stycznia – ale od chwili przybycia jestem bardzo zajęty ustalaniem, kto jest z nami i gdzie ich znaleźć. Konflikty ideowe, walki plemienne i spory partyjne są tak ostre (cały okręg od lat tęsknił do takiej anarchii), że prawie nikt nie mógłby szybko zrobić z nimi porządku”.

Sytuacja jednak miała się niebawem znacznie pogorszyć. Nazajutrz po wysłaniu listu do Claytona Lawrence dowiedział się, że do Tafili zmierzają spore siły tureckie, aby odzyskać miasto.

W chwili przybycia do Tafili Lawrence od miesiąca znów przebywał w Arabii. W tym czasie zrobił bilans powstania arabskiego, konferował z Fajsalem w Akabie, szykował się do dalszych działań. Niedługo po powrocie wziął udział w ataku na kolej hidżaską. Poruszał się samochodem pancernym marki Rolls-Royce, najnowszym brytyjskim wozem bojowym, używanym od niedawna na froncie arabskim. Chociaż dwa samochody pancerne wyrządziły niewielkie szkody tureckiej placówce, którą zaatakowały, od razu stało się jasne, że ten nowy środek walki całkowicie zmieni oblicze wojny na pustyni. Przy znikomym nakładzie sił i środków Brytyjczycy mogli zapanować nad całą linią kolejową, atakując izolowane garnizony tureckie, i w niemal dowolnej chwili sparaliżować ruch na trasie. W tej sytuacji brytyjskie dowództwo przychyliło się w końcu do poglądu Lawrence’a: nie ma sensu walczyć o Medynę, lepiej pozostawić w spokoju tysiące odciętych tam żołnierzy nieprzyjaciela.

Podczas przygotowań Lawrence pomyślał też o sobie. Nie chcąc dopuścić do powtórki wydarzeń z Dary, postanowił sformować prywatną armię, własną straż przyboczną. „Zacząłem organizować swój przyboczny oddział, dobierając w pierwszym rzędzie zawadiaków, których zbyt bujny temperament naraził na konflikt z prawem”. Werbując „zawadiaków”, Lawrence postępował sprytnie i z rozmysłem. Liczył, że ludzie ci, przez swoje plemiona uważani za mącicieli, może nawet za wyrzutków, będą lojalni tylko wobec niego, co tłumaczyło też, dlaczego wziął do oddziału również dwóch obozowych nicponi, Farradża i Dauda. Za tę osobistą wierność dowódcy członkowie straży przybocznej zapłacą jednak wysoką cenę; według obliczeń Lawrence’a do końca wojny zginęło ich prawie sześćdziesięciu.

Z tą powiększoną świtą Lawrence wyruszył 10 stycznia z Akaby, żeby wziąć udział w zdobywaniu Tafili. Sztab generała Allenby’ego w Jerozolimie poinformował go, że armia brytyjska w Palestynie zapewne dopiero w połowie lutego zdąży dostatecznie wypocząć i uzupełnić ekwipunek, aby wznowić natarcie. Wobec takiej zwłoki Lawrence i sztabowcy obmyślili plan niedużej akcji, którą w tym czasie mogli przeprowadzić arabscy powstańcy. Omijając szereg większych skupisk ludności w głębi terytorium syryjskiego – znajdujących się wciąż pod panowaniem tureckim, daleko poza zasięgiem wojsk brytyjskich w Palestynie – armia powstańcza miała oczyścić teren między nimi (góry moabskie leżące na wschód od Morza Martwego), a potem nawiązać łączność z Brytyjczykami pod Jerozolimą. Zajęcie Tafili było pierwszym celem w tej kampanii, a następnymi większe miasta, Karak i Madaba. Jednakże cały plan nagle stanął pod znakiem zapytania, bo nadeszła wiadomość, że wojska tureckie maszerują na Tafilę.

Gdyby Arabowie trzymali się dotychczasowej taktyki, skorzystaliby z okazji, żeby spakować manatki i ulotnić się. Lawrence jednak znał się już dobrze na wojnie partyzanckiej, więc rozumiał, że zasady działań wojennych raptownie się zmieniły. Tak jak mieszkańcy Tafili, ludność Karaku i Madaby czekała na wynik walki, aby opowiedzieć się po stronie zwycięzców. Oznaczało to, że losy wszystkich trzech miast są nierozłącznie ze sobą związane. Gdyby powstańcy opuścili Tafilę, straciliby wszelkie szanse na zajęcie Karaku i Madaby. Nie mieli wyjścia, musieli podjąć walkę.

Początki były bardzo niewyraźne. 24 stycznia po południu tysiącosobowa straż przednia wojsk tureckich idąca z Karaku weszła do doliny Tafila od strony wąwozu Wadi Hesa, kilka kilometrów na północ od miasta. Zaatakowała wysunięte posterunki powstańcze i szybko zepchnęła je aż na peryferie miasta. Na szczęście dla powstańców, zanim Turcy mogli w pełni wykorzystać przewagę, zapadł zmrok. Pod osłoną ciemności dowódca Legionu Arabskiego pospiesznie wycofał wojska na południowy kraniec doliny. „Wszyscy sądzili, że uciekamy – donosił potem Lawrence Claytonowi. – I chyba tak było”.

Przed świtem Lawrence wyszedł do miasta i na własne oczy zobaczył, jaki wpływ na mieszkańców wywołał odwrót Legionu Arabskiego. „Wszyscy wrzeszczeli ze strachu, toboły z rzeczami wyrzucano na ulice, na których kłębił się tłum mężczyzn i kobiet. Arabowie na koniach cwałowali tam i nazad, strzelając opętańczo w powietrze. Błyski z tureckich karabinów oświetlały zarysy północnych zboczy wąwozu Tafila”.

Widząc, że niewielki wysunięty oddziałek wciąż utrzymuje pozycje na skarpie na północ od miasta, Lawrence pilnie poprosił dowódcę Legionu o posiłki i karabiny maszynowe, po czym sam pospieszył na skarpę. O poranku sytuacja oddziałku – złożonego zapewne z trzydziestu Arabów i podobnej liczby mieszkańców Tafili – stała się „dość trudna”.

„Turcy nacierali przez przełęcz i wzdłuż wschodniego pasma wzgórz graniczących z równiną – meldował Lawrence. – Ogień około piętnastu karabinów maszynowych koncentrowali na czole i skrzydle dość wybitnego małego pagórka, na którym się broniliśmy. Tymczasem nieprzyjaciel skorygował ogień szrapneli, które od jakiegoś czasu ocierały się o wierzchołek i wybuchały nad równiną, a zaczynały obficie zasypywać zbocza i szczyt wzniesienia. Naszym ludziom brakowało amunicji, więc utrata pozycji była kwestią minut”.

Ale akcja opóźniająca na skarpie miała rozstrzygające znaczenie. Zanim jej obrońcy opuścili pozycję, główne siły arabskie z karabinami maszynowymi zdążyły zająć nową linię obrony na równolegle biegnącym grzbiecie, 2,5 kilometra z tyłu. W tym czasie Lawrence dokonał jednego z tych drobnych, pozornie nieistotnych czynów wojennych, które często decydują o wyniku bitwy. Wycofując się w bezpieczne miejsce, miał dość przytomności umysłu, aby liczyć swoje kroki. Dzięki temu oszacował, że dystans między opuszczoną skarpą – czyli pozycją, którą niebawem mieli zająć Turcy – a nową linią obrony Arabów wynosi około 2800 metrów. Ledwie główne siły Turków zajęły skarpę i rozmieściły broń ciężką, spadł na nie grad pocisków z arabskich moździerzy.

Ponieważ w centrum Turcy zostali związani ogniem i nie mogli się ruszyć, Lawrence, przypominając sobie znane z historii bitwy, postanowił przeprowadzić klasyczny manewr oskrzydlający. Grupki arabskich wojowników szerokim łukiem okrążyły skarpę i wyszły na tyły niczego nie podejrzewającego nieprzyjaciela. Tuż po trzeciej po południu Turcy zostali otoczeni. Arabscy kaemiści na skrzydłach zaczęli ostrzeliwać zupełnie teraz odsłoniętą pozycję turecką. Załogi tureckich moździerzy i karabinów maszynowych zostały szybko wybite do nogi. Turcy wpadli w popłoch i zaczęli chaotycznie wycofywać się do wąwozu Wadi Hesa. Ale i tam nie znaleźli schronienia. Przez cały wieczór do późnej nocy uciekający w zupełnym bezładzie Turcy byli atakowani przez arabskich kawalerzystów i Beduinów, a nawet górskich wieśniaków dyszących zemstą lub żądzą łupów. Lawrence oceniał, że z tysiąca tureckich żołnierzy, którzy wkroczyli do Tafili, pięciuset zostało zabitych lub rannych, a dwustu dostało się do niewoli, ale nawet te liczby mogą być zaniżone. Lawrence słyszał później, że zaledwie pięćdziesięciu Turkom udało się wrócić do Karaku, resztę wystrzelano w wąwozie jednego po drugim. W potyczce zginęło około dwudziestu pięciu Arabów, rannych zostało trzykrotnie więcej.

Pogrom wojsk tureckich w Tafili był klasyczną operacją w napoleońskim stylu. Lawrence wkrótce otrzyma za nią wysokie odznaczenie, Order za Wybitną Służbę. Sam jednak nazwał tę akcję „nikczemną” i niepotrzebną, bo chodziło w niej tylko o udowodnienie wyższości nad nieprzyjacielem. „Mogliśmy pokonać Turków, uchylając się od bitwy, i zapędzić ich w kozi róg, manewrując naszym centrum w sposób, który dziesiątki razy stosowaliśmy z powodzeniem w przeszłości i w przyszłości”. Tymczasem, wdając się w konwencjonalną walkę, Arabowie stracili jedną szóstą swoich ludzi, co sprawiło, że natarcie na Madabę lub Karak stało się w najbliższej przyszłości niemożliwe. „Dla nas nie był to jednak wieczór chwały – pisał Lawrence – lecz zgrozy umęczonych ciał naszych żołnierzy, których teraz odwożono do ich rodzinnych wiosek”.

Ale właśnie w Tafili Lawrence ujawnił nową, niepokojącą cechę: nienawiść do nieprzyjaciela, tłumioną wściekłość na głupotę żołnierzy tureckich, która kazała im go zaatakować. Nawet jeśli użalał się nad losem „tysięcy biednych Turków”, którzy wkroczyli do Tafili, nie miał, jak dawniej, współczucia dla nich. Dowiedziawszy się, że długo po zakończeniu bitwy w wąwozie wciąż trwa rzeź Turków, nie zrobił nic, żeby ją przerwać. „Moim obowiązkiem było błagać o litość dla nieprzyjaciela – wspominał w Siedmiu filarach mądrości – ale po pełnym niepokoju i zdenerwowania dniu byłem zbyt wyczerpany, aby zmusić się do spędzenia nocy w tym piekle i ratowania uciekinierów”.

Pół roku wcześniej, po podobnie jednostronnej bitwie pod Aba al-Lisan, na polecenie Lawrence’a śmiertelnie ranni żołnierze nieprzyjaciela zostali ułożeni na brzegu strumienia, by mogli się przynajmniej napić przed śmiercią. Pod Tafilą nawet lekko rannych Turków zostawiono bez pomocy. W nocy rozszalała się śnieżyca i rankiem żaden ranny już nie żył. „Był to grzech tak niewybaczalny, jak cała teoria wojny, ale nie należy nas za to sądzić zbyt surowo. W szalejącej zadymce… ryzykowaliśmy życie, by ocalić naszych ludzi, a skoro przyjęliśmy zasadę, że dla zabicia nawet setek Turków nie wolno nam poświęcać Arabów, to tym bardziej nie mieliśmy prawa szafować ich życiem dla ratowania nieprzyjaciół”.Przypisy

Podczas pracy korzystałem wprawdzie z mnóstwa materiałów archiwalnych i opracowań, ale niektóre źródła, odnoszące się wprost do najważniejszych spraw poruszanych w tej książce, okazały się szczególnie cenne. Jeśli chodzi o materiały archiwalne, były to dzienniki Aarona Aaronsohna (NILI Museum and Archives, Israel); dzienniki Curta Prüfera (Hoover Institution, Stanford University); niepublikowany pamiętnik Williama Yale’a (Boston University); akta z czasów pierwszej wojny światowej przechowywane w archiwach brytyjskiego Foreign Office i War Office (National Archives, Kew, England). Niektóre z tych akt zostały odtajnione dopiero w ostatnim dziesięcioleciu, czasami więc miałem okazję korzystać z materiałów nigdy wcześniej nie udostępnianych.

Ponadto czerpałem obficie z napisanej przez Donalda McKale’a biografii Curt Prüfer: German Diplomat from the Kaiser to Hitler, będącej jednym z bardzo nielicznych źródeł informacji o młodości Curta Prüfera. Co do Lawrence’a, to biografia Johna Macka A Prince of Our Disorder: The Life of T.E. Lawrence jest najbardziej wnikliwym portretem psychologicznym głównego bohatera mojej książki. Najwięcej jednak zawdzięczam Jeremy’emu Wilsonowi i jego autoryzowanej biografii Lawrence of Arabia; dzieło to zawiera wyniki drobiazgowych badań autora, toteż jest do dziś niezbędnym punktem wyjścia dla wszystkich, którzy chcą pisać o Lawrensie.

Opisując wiele spraw tworzących tło mojej opowieści, na przykład sytuację w Niemczech przed pierwszą wojną światową, opierałem się również na wielu innych materiałach archiwalnych i opracowaniach. Te, które przydały mi się najbardziej, wymieniłem w odpowiednich przypisach.

SKRÓTY WYSTĘPUJĄCE W PRZYPISACH

BU – Spuścizna Williama Yale’a, Boston University

GLLD – Spuścizna George’a Lloyda, Churchill College

HO – Hoover Institution, Stanford University

MSP – Spuścizna Marka Sykesa, Middle East Center, St. Anthony’s College

NARA – National Archives – Archiwum Narodowe Stanów Zjednoczonych

PAAA – Politisches Archiv des Auswärtigen Amtes, Berlin – Archiwum Polityczne Ministerstwa Spraw Zagranicznych Niemiec

PRO – National Archives (dawniej Public Record Office) (UK) – Archiwum Narodowe Zjednoczonego Królestwa:

PRO-ADM – Admiralty Records – Akta Admiralicji

PRO-CAB – British Cabinet Records – Akta Rządu JKM

PRO-FO – Foreign Office Records – Akta Ministerstwa Spraw Zagranicznych

PRO-KV – Security Service Records – Akta Służby Bezpieczeństwa

PRO-WO – War Office Records – Akta Ministerstwa Wojny

SADD – Sudan Archive, University of Durham

UNH – Spuścizna Williama Yale’a, University of New Hampshire

UT – Spuścizna T.E. Lawrence’a, University of Texas

YU – Spuścizna Williama Yale’a, Yale University

ZY – NILI Museum and Archives, Zichron Ya’akov, Israel

WPROWADZENIE

W tym czasie Lawrence miał oficjalnie stopień podpułkownika, ale kilka tygodni wcześniej tymczasowo awansowano go do stopnia pułkownika, aby ułatwić mu powrót do Wielkiej Brytanii. Dlatego od października 1918 w oficjalnej korespondencji nazywany jest często „pułkownikiem Lawrence’em”.

Lawrence w rozmowie z Liddellem Hartem, 29 lipca 1933, notatki, s. 2; UT Folder 1, File 1

Lawrence, Siedem filarów mądrości, t. 1–2, Warszawa 1971, przeł. Jerzy Schwakopf, t. 2, s. 373

Lord Stamfordham, prywatny sekretarz króla, do Lawrence’a (Shawa), 1 i 17 stycznia 1928: A.W. Lawrence, Letters to T.E. Lawrence, ss. 184–186; zob. także Graves, Lawrence and the Arabs, ss. 192–193 i Churchill w: A.W. Lawrence, T.E. Lawrence by his Friends (1937), ss. 193–194.

Lawrence, Seven Pillars (wydanie oksfordzkie), s. 274

ROZDZIAŁ 16

Egipska Komisja do spraw Syrii, 14 listopada 1917; YU, Box 3, Folder 8

Yale do Harrisona, 17 grudnia 1917; YU, Box 2, Folder 11

Lawrence do Claytona, 22 stycznia 1918; PRO-FO 882/7, f. 251–253

Lawrence, Siedem filarów mądrości, t. 2, s. 107

Lawrence do Claytona, 26 stycznia 1918; PRO-FO 882/7, f. 254–258

Lawrence, Siedem filarów mądrości, t. 2, s. 134

Ibid., s. 126

Ibid., s. 134

Ibid.

Ibid., ss. 134–135
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij