Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Legendy Colhanu. Ten drugi świat - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
2999 pkt
punktów Virtualo

Legendy Colhanu. Ten drugi świat - ebook

„Legendy Colhanu” autorstwa Anety Sowy to pełna magii, humoru i niezwykłych przygód opowieść o trzynastoletniej Sarze, która po przeprowadzce nad Bałtyk zupełnie niespodziewanie trafia do tajemniczej krainy rządzonej przez samozwańczą królową. W nowym miejscu dziewczynka poznaje Bartka, chłopca tak samo zagubionego jak ona, lecz szybko okazuje się, że łączy ich coś więcej niż przypadek. W wyniku serii niecodziennych zdarzeń oboje przenoszą się do baśniowego Colhanu, gdzie Sara zostaje uznana za bohaterkę mającą uwolnić krainę od złowrogich sił.

Jednak nikt nie wie, w jaki sposób miałaby tego dokonać – nawet ona sama. Na szczęście towarzyszą jej niezwykli sprzymierzeńcy: elfy, koń-poliglota oraz skrzydlata istotka o magicznych mocach, a także Bartek, który odkrywa, że sam ma więcej odwagi, niż kiedykolwiek przypuszczał. Wspólnie wyruszają do miasta-królestwa Anarenu, aby poznać prawdę o nadciągającym zagrożeniu oraz rolę, jaką mają odegrać w walce dobra ze złem.

Debiutancka powieść Anety Sowy zachwyca lekkością stylu, błyskotliwymi dialogami i wartką akcją. Autorka tworzy barwny, sugestywny świat, który wciąga młodych czytelników od pierwszych stron: pełen czarodziejów, pradawnych sekretów i niebezpieczeństw, ale też ciepła, przyjaźni i odwagi.

„Legendy Colhanu” to idealna propozycja dla młodych fanów fantasy, którzy kochają opowieści o niezwykłych przygodach, odkrywaniu własnych możliwości i sile współpracy. Ta książka przypomina, że nawet najmniejszy bohater może zmienić los całego świata.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8425-938-2

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Tego poranka Colhan spowijała cisza.

Postronny obserwator nie doszukałby się w niej niczego nietypowego – ot, ostatnie spokojne tchnienie świata przed nastaniem kolejnego dnia – lecz Adara nie była postronnym obserwatorem.

Coś musiało się wydarzyć. Widziała to w sposobie, w jaki mgła słała się w powietrzu, w jaki przykrywała wilgotnym puchem drzewa zmęczone nieustającymi od trzech tygodni upałami. Widziała to w zarysach gór, przypominających ledwie zauważalne pęknięcie w sinoniebieskim niebie. Wreszcie widziała to w falach Morza Arakańskiego, rozbijających się o uśpione brzegi z mocą zbyt dużą jak na tę porę roku.

Delikatny powiew wiatru, obudzonego zawodzeniami morskich fal, przesuwał się na północ, zabierając ze sobą wstęgi mgły i odsłaniając pogrążoną w ponurej zadumie krainę.

A potem wiatr ustał.

Gdyby ktoś w tamtej chwili skierował spojrzenie na wschód, być może dostrzegłby sylwetkę samotnego wędrowca, to pojawiającą się, to ginącą wśród cieni Przełęczy Nestis. Może spróbowałby przeniknąć wzrokiem otulający ją ciężki płaszcz podróżny, zechciałby odgadnąć, czyją twarz skrywał głęboki kaptur. Może zaczęłoby go nurtować pytanie, jaki kaprys losu pchnął tego człowieka na szlak, którego nie przemierzano od dziesięcioleci.

Być może zauważyłby, że tak naprawdę wędrowiec nie był sam.

Nikt jednak – nawet Adara – tego nie uczynił.

Wiele lat później tą samą ścieżką kroczył Theodor Tridelli, pogwizdując wesoło. Przywiodła go tu ciekawość, zupełnie nielicująca z jego wiekiem. Taka jednak była natura Theodora – powaga do niego po prostu nie pasowała. Gdy raz próbował się ustatkować – wtedy gdy zabrakło miejsca na kolejną świeczkę na urodzinowym torcie, który rokrocznie zamawiał w legendarnej cukierni Magellanium w Tanotei – trwało to całe dwa dni i skończyło się brawurową ucieczką ze spotkania Klubu Miłośników Chitaby i potworną migreną.

Radosne pogwizdywanie płynnie przeszło w nucenie. To była jedna z tych pieśni, które znał każdy, lecz nikt – nawet Theodor –
nie żył wystarczająco długo, by pamiętać, kiedy powstały.

I jeszcze jeden zróbmy krok,

By poznać drzew sekrety,

I jeszcze dzień, i jeszcze rok

Gońmy fal białe grzbiety.

Bo jeszcze jeden rzeki łuk,

A wnet ujrzymy sami,

Kto utkał ptakom wstęgi dróg

I kto...

– Mina ci zrzednie, kiedy będziesz musiał oddać smarkuli te dwieście rietów, o które się z nią założyłeś – przerwał mu jego towarzysz.

Theodor stłumił westchnienie.

– Dlaczego, mój drogi Eryku, sądzisz, że przegram?

– Ja nie sądzę – odparł Eryk, prychając pogardliwie. – Ja to wiem. Słowo daję, Theodorze, gdybyś czasem mnie posłuchał, do tej pory miałbyś marmurowy dworek w najbogatszej dzielnicy Searanu.

– Za to nie miałbym za grosz fistaszków. I wolnej woli.

– Nie żartuj sobie. – Eryk obrzucił go szybkim spojrzeniem, a po namyśle dodał: – Na Boga, ty rzeczywiście próbowałeś zażartować! Zdajesz sobie sprawę, że poczucie humoru straciłeś półtora stulecia temu wraz z włosami, prawda, Theodorze?

Theodor tylko wzruszył ramionami. Nic nie mógł poradzić na to, że miał dobry humor. Słońce świeciło z zapamiętaniem, ptaki wirowały nad głowami, kwiaty wciąż były tak świeże i kolorowe jak na początku wiosny, chociaż właśnie mijał drugi tydzień września. Ich zapach nieodmiennie kierował jego myśli ku odległej krainie, którą kiedyś nazywał domem.

Theodor Tridelli znów zaczął nucić, nie zważając na irytację towarzysza. „To jeden z tych dni, które potrafią odmienić los człowieka” – pomyślał.ROZDZIAŁ PIERWSZY
NOWY POCZĄTEK

Tego samego dnia, choć w zupełnie innym miejscu, pewna dziewczynka bardzo pragnęła, by wszystko pozostało po staremu.

I coraz bardziej traciła nadzieję, że tak się stanie.

– Czy możesz jeszcze raz powtórzyć swoje nazwisko? – rozległ się nazbyt entuzjastyczny głos szkolnej sekretarki.

Sara zdławiła w sobie uczucie rezygnacji i powiedziała po raz trzeci:

– M-o-o-r-e. Nazywam się Sara Moore.

Kobieta siedząca za biurkiem poprawiła okulary w jaskrawo-
różowych oprawkach i nie przestając bębnić palcami w klawiaturę, westchnęła:

– Nie gniewaj się, złotko. Nieczęsto spotykamy tutaj obce nazwiska.

W to akurat wątpić było naprawdę trudno. Mała nadbałtycka mieścina, w której z dnia na dzień przyszło zamieszkać Sarze, już na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie odciętej od reszty świata. Rzucona u brzegu wiecznie zimnego morza i otoczona z trzech stron sosnowym lasem – różniła się znacznie od tłocznych i gwarnych zakątków ukochanej Nicei. Tutaj nawet powietrze zdawało się inne, pozbawione tego specyficznego miejskiego zapachu, niby bardziej rześkie, a jednak nieustannie przypominające o zmianach, które – chciane czy nie – musiały nadejść.

– Córka Renatki, tak? – zaszczebiotała sekretarka.

Sara oderwała się od swych rozmyślań i przytaknęła, co jej rozmówczyni skwitowała szerokim uśmiechem.

– A któż by inny? Ja to mam nosa, złotko, ot co. – Dosypała sobie do herbaty cztery czubate łyżeczki cukru i zaczęła ją hałaśliwie mieszać. – Znałam twoją mamę – podjęła, pociągnąwszy ze szklanki potężny łyk. – Chodziłyśmy razem do liceum. Równa z niej była dziewczyna. Ale ubzdurała sobie te studia na drugim końcu świata...

Sara zmarszczyła brwi.

– Jak to na drugim końcu świata?

– W Krakowie – wyjaśniła sekretarka potępiającym tonem. – No i poznała tam tego... Jak mu było? Richard? Harold?

– David…

– Jedno licho – podsumowała, a Sara poczuła, że powoli traci do niej sympatię. – Szast-prast i było po dziewczynie. Wyjechała z nim – dodała, widząc jej zdezorientowane spojrzenie. – No i powiedz, złotko, tak dobrze było im tam za granicą? No chyba nie, skoro przysłali cię na stare śmieci.

Sekretarka uśmiechnęła się do niej litościwie, choć w jej głosie wyraźnie słychać było nutkę satysfakcji.

– To nie dlatego – powiedziała szybko Sara. – Po prostu...

„Tak będzie dla ciebie lepiej – usłyszała w myślach niespokojny głos mamy. – Zbyt często musiałaś przez nas zaczynać wszystko od nowa. Czas na to, byś zajęła się sobą”.

– Mam rację, ot co – rzekła sekretarka triumfalnie, odwracając spojrzenie ku zawieszonemu na brudnożółtej ścianie zegarowi. – A niech to, już tak późno? – Podniosła się z krzesła i wcisnęła w dłonie Sary plik dokumentów. – Witamy w szkole. I pozdrów mamę.

– Zrobię to – zapewniła Sara, cofając się w stronę wyjścia i sięgając do klamki. – Bardzo dziękuję za…

Łup!

Sara odskoczyła od drzwi, które napotkały niespodziewany opór. Zdezorientowana nieśmiało wychyliła się na korytarz. Tuż za drzwiami stał chłopiec, mniej więcej w jej wieku. Był szczupły i niezbyt wysoki, miał zielone oczy i lekko zadarty nos upstrzony piegami. Na czoło, które właśnie rozmasowywał sobie ręką, opadała mu strzecha jasnobrązowych włosów.

– Przepraszam – wymamrotała. – Nie chciałam cię uderzyć.

Chłopak spojrzał na nią z na wpół zbolałą, na wpół rozbawioną miną.

– Trzy – powiedział lekkim tonem.

– Słucham?

– Trzy – powtórzył. – To już trzeci raz w tym roku szkolnym.

– Trzeci raz co?

– Trzeci raz ktoś mnie uderzył drzwiami, oczywiście.

Sara patrzyła na niego w osłupieniu.

– Ale… dlaczego? Robisz to celowo? Założyłeś się z kimś?

– Celowo? – Wyglądał na tak oburzonego, że Sara mimowolnie się uśmiechnęła. – Kto normalny celowo obrywa drzwiami? Sprawdzałem plan – wyjaśnił, wyciągając dłoń w stronę przyklejonej do drzwi kartki z rozkładem zajęć. – Zaraz… Kim ty w ogóle jesteś? Nigdy cię tu nie widziałem.

Nie zdążyła jednak udzielić odpowiedzi, bo chłopiec w wyrazie nagłego olśnienia przeciągnął dłonią po włosach i wykrzyknął z zapałem:

– Wiem! To ty jesteś tą nową, o której mówi od wczoraj całe miasto!

Rozbawienie, z jakim Sara walczyła od kilku chwil, prysnęło nagle jak bańka mydlana. Nigdy nie lubiła znajdować się w centrum uwagi. Znacznie bardziej wolała swoją rolę szarej myszki, jaką odgrywała przez ostatnie sześć lat pobytu we Francji.

– Sara. – Wyciągnęła do niego rękę.

– Bartek.

W zapoznawaniu się z ludźmi Sara najbardziej nie lubiła tej krótkiej chwili, która następowała po wstępnej wymianie uprzejmości, kiedy żadna ze stron nie wiedziała, jak zagaić rozmowę. Bo o co właściwie mogła zapytać? Też chodzisz do tej szkoły? Idiotyczne. Cieszysz się z powrotu po wakacjach? Okropnie naiwne. Czy to miejsce zdołało już wpędzić kogoś w tak zaawansowaną depresję, że miał ochotę zmienić tożsamość i wyemigrować do Kenii? Pretensjonalne.

Podenerwowana, zerknęła w głąb korytarza w nadziei, że stamtąd przybędzie ratunek.

– Miałaś zamiar już iść? – zapytał Bartek.

Przytaknęła.

– Chyba załatwiłam już wszystko, co miałam do załatwienia.

– Mogę cię odprowadzić?

Zrobiła zaskoczoną minę.

– Myślałam, że sprawdzasz coś na planie.

– To nieistotne. Filip i tak już pewnie poszedł.

– Filip?

– Mój młodszy brat. Okropnie nieposłuszny. Ma dopiero osiem lat, a wydaje mu się, że jest już w pełni samodzielny. Nie wolno mu samemu wracać do domu. Powinien czekać tu na mnie, dopóki nie skończę lekcji, ale sama widzisz, jak mnie słucha… – Wzruszył ramionami i zmienił temat. – To jak? Odprowadzić cię?

Zagryzła wargę, zastanawiając się, jak najgrzeczniej go zbyć, ale chłopiec sprawiał wrażenie tak przerażonego swoją śmiałością, że uśmiechnęła się tylko i skinęła głową.

Kilka chwil później Sara z westchnieniem ulgi opuściła ponury budynek miejscowej podstawówki. Gdyby nie zmuszały jej do tego okoliczności, za nic w świecie nie zgodziłaby się na podjęcie nauki w tym obskurnym miejscu. Niestety, była to jedyna szkoła w okolicy i musiała zaakceptować ją jako nieodzowny element nowego życia. „Tylko przez jakiś czas” – pocieszała się w myślach, choć wiedziała, że nie poprawi jej to humoru. „Jakiś czas” w wieku trzynastu lat wydaje się wiecznością.

Był jeden z ostatnich ciepłych dni lata. Wrześniowe słońce zaczynało chylić się ku poszarpanej setkami gęsto rosnących drzew linii horyzontu. Wiatr szemrał w ich koronach, śpiewał pieśni o bohaterskich przodkach, starając się przynieść im błogi sen jeszcze przed nastaniem nocy. Dziadek zwykł mawiać, że drzewa boją się ciemności. Właśnie dlatego po zmroku sprawiają takie złowrogie wrażenie – ich strach udziela się zbłąkanym wędrowcom, szukającym drogi do odległego domu.

Sara jednak nie patrzyła na drzewa. Ich ciemnozielona potęga była jej obca, szumiały w języku innym niż ten, którego nauczyła się od wyrastających pod niebo budowli i płynących szerokimi ulicami samochodów.

Zerknęła na idącego ramię w ramię z nią chłopca. Początkowo obawiała się, że ich wspólna przechadzka okaże się dość niezręczna, jednak nim się spostrzegła, chłopak opowiadał jej z zapamiętaniem o jakimś serialu animowanym, który oglądał w wakacje. Fakt, że Sara ledwie nadążała za jego słowami, najwyraźniej zupełnie mu nie przeszkadzał.

Skręcili w wąską uliczkę wiodącą do niewielkiego, otoczonego maleńkimi sklepikami placu, zgodnie nazywanego przez mieszkańców „centrum”. Oczywiście w niczym nie przypominało ono tych ogromnych, pięknych centrów wielkich miast, w jakich Sara się wychowała, ale sprawiało dosyć miłe wrażenie. Po prawdzie całe miasteczko było dość urzekające. Skromne, lecz zadbane domki, równo przystrzyżone trawniki, kwiaty zwieszające się z parapetów – wszystko to wyglądało niczym wyjęte ze starego czasopisma. Sara, zajęta słowami Bartka i własnymi rozważaniami, nie zwracała jednak uwagi ani na urokliwe otoczenie, ani na to, że z dala od centrum uliczki stawały się coraz bardziej wyludnione. Ani nawet na dwie pary oczu, które śledziły ich od pewnego czasu.

– …i wtedy miarka się przebrała, i kazali mu wracać do… Hej, co wy wyprawiacie?! – krzyknął nagle Bartek i popędził co tchu w boczną uliczkę, którą właśnie mijali.

Sara ujrzała czterech chłopców stojących w głębi. Najmniejszy z nich, co najwyżej ośmioletni, próbował wyrwać się z żelaznego uścisku dwóch innych.

– Zostawcie go!

Oprawcy dostrzegli biegnącego w ich stronę Bartka i rzucili się do ucieczki, pozostawiając malca samego. Chłopiec, najwyraźniej oszołomiony nagłą wolnością, zachwiał się na chudych nogach i niechybnie wylądowałby na ziemi, gdyby nie podtrzymały go ręce Bartka.

– Zwiali – powiedziała Sara, dołączając do nich i spoglądając za ich plecami w dół ulicy. – Dranie.

– W porządku? – zapytał chłopca Bartek, wciąż trzymając go za ramiona. – Co z tobą? Nie mogłeś po prostu na mnie poczekać?

Sara przyjrzała się uważniej ośmiolatkowi i dostrzegła, że ma niemal taki sam piegowaty nos jak jej nowy kolega. Spod równo ułożonej, jasnej grzywki wyzierały ciemnozielone oczy przysłonięte okularami.

– Nic mi nie jest, kretynie – oznajmił oschle chłopiec, odtrącając ręce Bartka. Nie patrząc na Sarę, odwrócił się na pięcie i pomaszerował w stronę, z której przed chwilą przyszli.

Bartek przez moment wpatrywał się z przygnębieniem w oddalającą się sylwetkę brata.

– Nie idziesz za nim? – spytała Sara.

– Co? – Przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby zapomniał o jej obecności. Pokręcił głową. – Nie… Nie ma sensu. Teraz z nim nie pogadasz... Zawsze tak się zamyka w sobie. Musi się z tym uporać, potem wróci.

– Nie można nic z tym zrobić?

– Staram się. Właśnie dlatego odprowadzam Filipa do szkoły i zawsze proszę, by nie wychodził beze mnie. Znam tych zbirów. Nie raz i nie dwa widziałem, jak znęcają się nad innymi. Ten najwyższy, Igor, to ich przywódca. Jest cięty na Filipa od pierwszej klasy podstawówki. Miałem nadzieję, że w końcu da mu spokój, ale... – Pokręcił bezradnie głową.

– Nie myślałeś, by to komuś zgłosić? Dyrekcji czy chociażby rodzicom?

„Bo sama na pewno byś tak zrobiła” – odezwał się irytujący głosik w jej głowie.

– To nie takie proste – odpowiedział. – Wiem, co Filip teraz czuje i jak zareagowaliby inni, gdyby poskarżył się rodzicom. Też kiedyś nosiłem okulary – stwierdził z czymś pośrednim między żalem a rozbawieniem. – Mama nieraz się wściekała, że znów je zgubiłem... Ale nigdy się nie przyznałem, że po prostu leżały ze stłuczonymi szkłami na dnie kosza na śmieci dwie ulice dalej. – Roześmiał się smutno do swoich wspomnień. – Teraz noszę soczewki. I mam święty spokój. Z Filipem też tak będzie. – Wyglądał, jakby starał się przekonać o tym samego siebie.

Sara spojrzała na niego sceptycznie.

– Wciąż myślę, że powinniście o tym z kimś porozmawiać.

– Wiem.

– Zrobisz to?

– Nie.

Przygryzła wargę. Pomijając wszystko inne, była ostatnią osobą, która mogłaby pouczać Bartka w kwestii relacji z młodszym rodzeństwem. W końcu z własnym bratem była na ścieżce wojennej, odkąd ten zaczął podkradać z jej pokoju słodycze. Czyli od jakichś ośmiu lat.

Powiodła wzrokiem po otoczeniu. Jej spojrzenie gwałtownie zatrzymało się na niskiej postaci stojącego po przeciwnej stronie ulicy staruszka. Miał narzucony na ramiona wyświechtany płaszcz wyglądający jak z minionej epoki, gęstą siwą brodę i… zdawał się nie spuszczać z Sary wzroku.

– Dzień dobry – powiedziała z wahaniem.

– Co mówiłaś? – spytał Bartek, po czym podążył za jej wzrokiem. – O!

Staruszek wybałuszył oczy, przenosząc spojrzenie od jednego do drugiego. Wreszcie nadął nozdrza i odwracając się w stronę rosnącego dwa metry od niego krzewu dzikiej róży, ryknął na całe gardło:

– Eryku Parmenikusie Ottonie de Gall-Matrento Pierwszy, niech cię wszyscy diabli! Ciebie i te twoje przebieranki!

Zza krzaka dobiegło ich coś na kształt tłumionego chichotu.

– Przebieranki? – podjął Bartek, unosząc brew. Powiódł po staruszku spojrzeniem: od łysiny na czubku głowy, przez podniszczony płaszcz, aż po wełniane bambosze. Po chwili przez jego twarz przebiegł cień zrozumienia. – Pan od tych świrów… –
zająknął się. – To znaczy… Od tych zapaleńców… Chciałem powiedzieć… – Westchnął z rezygnacją, dając spokój dalszym próbom dyplomacji. Machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. –
Rekonstrukcje historyczne dwie ulice dalej.

Staruszek nie wydawał się wcale zniesmaczony faktem, że przed chwilą nazwano go świrem. Odwrócił się do Bartka, a na jego obliczu ponownie wykwitło niepomierne zdumienie. Przesunął wzrok na Sarę. Usta wykrzywił mu nerwowy uśmiech.

– Proszę wybaczyć, panienko, moje haniebne maniery – zaczął odrobinę piskliwie, po czym chwiejnym krokiem zbliżył się do Sary i Bartka. Sięgał ledwie do ramion chłopca. – Theodor Tridelli, do usług panienki.

Sara niepewnie podała mu dłoń, nie mając pojęcia, jak się zachować. Przełknęła ślinę.

– Sara… Sara Moore. Proszę pana – dodała.

– Sara! – wykrzyknął staruszek, najwyraźniej odrobinę się rozluźniwszy. – To ci dopiero! – Uśmiechnął się, już w pełni szczerze i szeroko.

– Tak, tak, nam też bardzo miło, ale musimy już iść – powiedział Bartek, biorąc Sarę pod łokieć i kierując ku wylotowi uliczki.

Zmarszczyła brwi, ale nie oponowała.

– Do widzenia! – rzuciła jeszcze przez ramię.

– Do zobaczenia, panienko! – Pomachał jej z takim entuzjazmem, że przez chwilę jego ręka stanowiła jedynie rozmytą smugę.

Gdy Sara odwróciła się po raz kolejny, już go nie było.

– Rekonstrukcje historyczne? – zapytała Bartka, który w końcu puścił jej łokieć.

– Mhm. Co roku mamy tu festiwal tych dziwolągów. Jakby nie mogli sobie znaleźć jakiegoś Malborka czy innej Legnicy.

– Nie rozumiem, co jest złego w uczestnikach rekonstrukcji historycznych.

– Teoretycznie nic, ale mama jest wyczulona na ich punkcie, odkąd kilka lat temu ganiali się z rapierami przez pół miasteczka.

– Myślisz, że ten człowiek…

– To jeden z nich, bez wątpienia. Theodor Tridelli, dobre sobie. Nie widziałaś jego stroju?

Kolejne dwieście metrów przeszli w całkowitej ciszy. Bartek najwyraźniej wciąż martwił się o Filipa, bo na twarz powrócił mu markotny wyraz. Sara, skołowana wydarzeniami ostatnich dwóch kwadransów, nie miała ochoty na rozmowę.

– To tu – stwierdziła tylko, zatrzymując się.

– Co?

– Tu mieszkam. – Wskazała dłonią niewielki, piętrowy domek z przytwierdzoną do białej ściany tabliczką z numerem 19.

– Naprawdę? No to jesteśmy sąsiadami!

Na taki obrót zdarzeń Sara nie była przygotowana. Przez moment stała skonsternowana, jednak ostatecznie wygrało w niej rozbawienie i parsknęła śmiechem.

– To co? Do zobaczenia jutro w szkole? – zapytała po chwili.

– Chyba tak.

Kiwnęła głową w geście pożegnania i ruszyła w stronę domu.

– Saro? – usłyszała za sobą.

– Tak?

Bartek wydawał się speszony, jakby nie do końca przemyślał to, co chce powiedzieć.

– Przyszło mi do głowy... – zaczął, szurając stopą po asfalcie – że
skoro jesteś tu nowa, i w ogóle, to może miałabyś ochotę poznać trochę miasto? Jutro po lekcjach? – W końcu zerknął na nią, a ujrzawszy jej niepewną minę, dodał pośpiesznie: – Oczywiście zrozumiem, jeśli odmówisz, w końcu masz pewnie dużo rozpakowywania, no i możesz chcieć odpocząć, wyspać się...

– Bardzo chętnie – przerwała mu szybko, widząc jego zakłopotanie. Przeszło jej przez myśl, że Bartek chyba nie ma zbyt wielu osób, z którymi mógłby spędzać czas wolny.

Uśmiechnął się szeroko, a ona zniknęła za drzwiami.

Budzik – jak na gust Sary – zadzwonił zdecydowanie za wcześnie.

Schodząc po krętych schodach, poczuła swąd przypalonych jajek. Uśmiechnęła się. Babcia Stefcia była najwspanialszą osobą, jaką znała, ale jej potraw wystrzegała się cała rodzina.

Zastała ją nakrywającą do stołu. Gdy chciała jej pomóc, starsza pani uśmiechnęła się i wyjęła jej sztućce z ręki.

– Nie trzeba, kochanie. Tyle jeszcze potrafię zrobić.

Sara, trochę zakłopotana, zaczęła nader uważnie przyglądać się swoim puchowym kapciom. Po śmierci dziadka babcia stała się zupełnie inną osobą. Niegdyś pełna życia, teraz coraz częściej zdawała się nim przytłoczona.

– Jeśli już koniecznie chcesz mi pomóc – powiedziała nagle – to obudź Roberta. Macie do przejścia spory kawałek, a chyba nie chciałby się spóźnić na lekcje już pierwszego dnia?

Mając co do tego pewne wątpliwości, Sara weszła z powrotem na piętro. Otworzyła drzwi naprzeciwko schodów i nie siląc się na delikatność, zawołała od progu:

– Wstawaj, szósta pięćdziesiąt!

Przez chwilę napawała się widokiem brata podnoszącego się z podłogi, na której wylądował po zbyt gwałtownej próbie poderwania się z łóżka, po czym zachichotała i zatrzasnęła drzwi, odgradzając się od fali rzucanych pod jej adresem złorzeczeń.

Nie doszła nawet do połowy schodów, gdy u ich szczytu pojawił się Robert w całej okazałości: w skarpetkach nie do pary i koszulce niedbale naciągniętej na piżamę. Nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem, zbiegł po schodach i wpadł jak burza do kuchni.

– Konam z głodu! – zawołał, opadając z jękiem na wysłużone krzesło, które w proteście głośno zaskrzypiało pod jego ciężarem.

Sara, która weszła tuż za nim, patrzyła z satysfakcją, jak rzednie mu mina na widok częściowo zwęglonej jajecznicy i niezupełnie dojrzałych pomidorów. Usiadła naprzeciw niego i zajęła się smarowaniem masłem kromki chleba.

Robert był od niej o rok młodszy, jednak mało kto zauważał tę różnicę wieku. Wyższy od Sary o dziesięć centymetrów, z wiecznie rozczochranymi ciemnymi włosami i oczami o intensywnie szafirowej barwie, sprawiał wrażenie, że ma więcej niż dwanaście lat. Dbał jednak, by ta jego pozorna dojrzałość nie myliła nikogo zbyt długo. Czasami można było odnieść wrażenie, że wszystkie szare komórki (niezbyt liczne zdaniem Sary), jakimi dysponował, służyły mu do zapamiętywania nazw pokemonów, a jego aktywność ruchowa ograniczała się do wciskania skomplikowanych kombinacji przycisków na kontrolerze do gier. W wolnych chwilach lubił także dokuczać Sarze na wszelkie możliwe sposoby, szkołę zaś traktował czysto towarzysko, czego efektem były żałosne wyniki w nauce, ale też zdobywanie rokrocznie pierwszego miejsca w międzyklasowym rankingu popularności.

Krótko mówiąc, Robert był całkowitym przeciwieństwem swojej starszej siostry. Sara, z natury spokojna i trochę nieśmiała, nie cieszyła się w nicejskiej szkole zbytnią popularnością. Owszem, miała kilka koleżanek, szczególnie przed ważnymi testami z matematyki, ale na ogół jedyną istotą, do której mogła się zwrócić bez obawy przed odrzuceniem, był kot sąsiadów, Misero. Biały, z rudymi plamkami na grzbiecie, służył jej za powiernika i bardzo puszystą chusteczkę do otarcia łez. W domu Sara nie mogła trzymać kotów – jej mama miała uraz do tych stworzeń.

Ponieważ sporą część swojego krótkiego życia Sara spędziła w towarzystwie Misero, to z nim najtrudniej było jej się rozstać, gdy rodzice podjęli decyzję o wysłaniu jej i Roberta do babci.

Sara nie potrafiła zrozumieć, dlaczego akurat teraz musiała przenieść się do Świetlików Górnych. Owszem, wiedziała, że rodzice – biolodzy morscy – zostali zatrudnieni przez instytut badawczy mieszczący się gdzieś w Argentynie, ale dlaczego nie zabrali ich ze sobą – to pozostawało tajemnicą. Przecież taka sytuacja nie miała miejsca po raz pierwszy – sześć lat wcześniej z tego samego powodu przenieśli się z Nowej Zelandii do Francji i wówczas nadbagaż w postaci Sary i Roberta nie stanowił większego problemu.

Teraz jednak stało się inaczej.

Niechętnie gmerała widelcem w zimnej już jajecznicy, próbując wyrzucić z pamięci obraz fantastycznego kurczaka w sosie meksykańskim autorstwa taty. Nie do końca jej się to udało, ale – jako że śmierć z głodu nie wydawała jej się zbyt zachęcającą perspektywą – zajęła się jedzeniem.

Pół godziny później rodzeństwo było gotowe do wyjścia. Robert chwycił plecak, który wyglądał na niemal całkowicie pusty, i wybiegł na zewnątrz, mrucząc coś pod nosem o wstydzie płynącym z łażenia po mieście z siostrą. Sarze nie spieszyło się do szkoły tak jak bratu. Babcia Stefcia najwyraźniej to zauważyła, bo przytrzymała zamykające się za Robertem drzwi i usunęła się na bok, patrząc wyczekująco na wnuczkę. Sara westchnęła ciężko i udając, że przegląda się w wiszącym na ścianie lustrze w ciężkiej dębowej ramie, próbowała cieszyć się tą minutą kupionego czasu. Wyuczonym gestem przygładziła grzywkę tak, by przysłoniła jej prawe oko, i ruszyła w stronę drzwi. Ucałowała na pożegnanie babcię i ponownie głośno wzdychając, pokonała ostatnią przeszkodę dzielącą ją od ponurej rzeczywistości.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij