Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Legion Cieni - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 czerwca 2026
30,00
3000 pkt
punktów Virtualo

Legion Cieni - ebook

Fabuła koncentruje się na grupie znanej jako Legion Cieni, której celem jest ochrona ludzi przed Kreatorem – istotą, która nadzoruje ludzkie dusze po śmierci i decyduje o ich przeznaczeniu. Historia rozpoczyna się od pozornie sielankowego życia dwojga zakochanych, którego szczęście zostaje nagle przerwane przez tajemnicze siły.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 539 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Leciał przez nicość w kierunku odległej planety, z której można było trafić prosto do piekła. Nigdy nie był pewny, czy jego szef, wielki Kreator, pan i władca tej planety, nie zmieni zdania i nie wrzuci jego duszy w otchłań piekielną za złe wiadomości. Tym razem jednak miał znakomite wieści, które z pewnością go uszczęśliwią. Kto wie, może w końcu uda mu się dotrzeć do raju, który mu obiecano. Nie tracąc czasu, skierował się prosto do centrali, gdzie najszybciej mógł zostać zlokalizowany.

Centrala główna znajdowała się na wyspie z wysokim klifem, porośniętej krzewami o dużych, ostrych jak brzytwa kolcach. Wyspa leżała w samym sercu niespokojnego morza, gdzie fale sięgały kilkunastu metrów. Promienie słoneczne były tłumione przez ciemne chmury unoszące się nad tym miejscem, a jedynym światłem rozświetlającym niebo były błyskawice. Gwałtowne burze nieustannie nawiedzały tę okolicę. Łatwiej byłoby policzyć na palcach jednej ręki, ile bezchmurnych dni miało miejsce w ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat. Śnieg na Saharze padał częściej niż na tej mrocznej wyspie, gdzie promienie słoneczne były prawdziwą rzadkością.

Krążyła plotka, że Kreator celowo stwarzał taką pogodę, aby jego dom przypominał mu o przeszłości. Jednak znając swojego pana od dłuższego czasu, był pewien na sto procent, że to nieprawda. Taka osoba jak on nie miała żadnych uczuć. Zaciśnięte zęby zdradzały narastającą złość, gdy zastanawiał się, dlaczego ktoś taki jak on miałby decydować o losach ludzi. Z biegiem czasu jego największy wróg stawał się coraz silniejszy i bardziej przebiegły. Wyprzedzał cały Legion o lata świetlne, co zmusiło go do przyłączenia się do wroga, z którym walczył przez stulecia, aby uniknąć losu przegranych smażących się w otchłani piekielnej.

Bez odpowiedniego ciała i nawigacji odnalezienie wyspy było niemożliwe. Punkt dowodzenia był starannie ukryty przed odwiecznym wrogiem, który, gdyby tylko miał taką możliwość, z łatwością obróciłby go w proch. Centrala była dostępna jedynie dla wąskiego grona dusz, starannie wyselekcjonowanych spośród miliardów potępionych, skazanych na wieczne męki.

Mokry od nieustannego deszczu i zziębnięty przez silne wiatry, miał już dość tej sytuacji. Chętnie ogrzałby się przy ognisku, delektując się pyszną kiełbasą w bułce, jak to czynili ludzie na ziemi w majowe wieczory. Grillowanie stało się legendą w krainie śmierci, przekazywaną z ust do ust, zamiast pożywienia. Na próżno było szukać w tym miejscu takich rarytasów; niestety, po śmierci ciała nie potrzebowały jedzenia, by funkcjonować. Byli jak roboty z duszami, a niektórzy mogliby powiedzieć, że to oprogramowanie zawierające wiedzę, uczucia i wspomnienia.

Nienawidził tego miejsca, które wywoływało u niego gęsią skórkę. Zazdrościł tym, którzy dzięki teleportacji mogli unikać trudnych warunków atmosferycznych. Czuł gniew, zazdrość i głęboką niesprawiedliwość, ale to była cena, którą musiał płacić, aby pozostać niewykrywalnym dla Legionu Cieni. Gdyby się o nim dowiedzieli, jego szanse na dostąpienie nieba zmalałyby do zera, a oni mogliby zgotować mu prawdziwe piekło. Jeszcze tylko kilka metrów, a dotrze na miejsce – pocieszał się w duchu, przedzierając się przez niezliczone czarne chmury z błyskawicami. Oprócz odgłosów piorunów słyszał trzepot swojego długiego płaszcza, powiewającego na silnym wietrze.

Według nawigacyjnych przyrządów ukrytych wewnątrz jego ciała, dotarł już na miejsce. Nigdy nie wchodził głównymi drzwiami; jego wejście do kwatery głównej przypominało zjawisko pary chmur nakładających się na siebie w dwóch odrębnych kolorach: żółtym i czerwonym. Bardzo rzucające się w oczach pośród ciemności, jaka go otaczała ze wszystkich stron. Choć nigdy ich nie dostrzegł, z taką prędkością mógł jedynie podziwiać je w wyobraźni. Może gdyby nieco zwolnił, miałby szansę je zobaczyć, ale nie miał na to czasu. Leciał z prędkością niemal równą prędkości dźwięku, pokonując kilometr w zaledwie trzy sekundy. Gdyby nie jego układ naprowadzający, z pewnością zostawiłby chmury daleko za sobą, a po dziesięciu minutach zorientowałby się, że znajduje się trzysta kilometrów od celu.

W ułamku sekundy otoczyła go oślepiająca jasność. Po chwili, mrużąc oczy, zorientował się, że znalazł się w centrum dowodzenia. Przed nim siedziała młoda dziewczyna, odwrócona plecami, z wyraźnym makijażem. Pomalowane kobiety można było spotkać jedynie w administracji diabła. Mógł jedynie zgadywać, że pragną przypodobać się swojemu panu; nawet mężczyźni mieli na sobie delikatny makijaż. W pomieszczeniu znajdowało się jeszcze dwanaście osób, które siedziały przy biurkach, wpatrując się w monitory, na których wyświetlały się różne wykresy. Nie miał zielonego pojęcia, do czego mogły służyć, ale nie miał najmniejszej ochoty, by to zgłębiać. Ich uniformy były białe, składały się ze spodni i koszul, a na szyi mieli zawiązane krawaty. Zamiast krawata bardziej odpowiedni byłby węzeł, pomyślał. Chętnie powiesiłby cały ten personel. Tak ich nienawidził, może dlatego, że przypominali mu o jego własnej zdradzie. Potrząsnął głową, próbując pozbyć się niechcianych myśli, które jak wirus atakowały jego umysł.

– Szukam Kreatora. Mam dla niego ważną informację – odezwał się poważnym tonem.

Jego słowa wywołały wśród potępionych wyraźne zaskoczenie, biorąc pod uwagę, że tylko nielicznym grzesznikom wolno było przebywać w tym miejscu.

– A ty, kim jesteś? Jak tu się dostałeś? – zapytała dziewczyna, podnosząc głos.

Odwracając się na krześle w jego stronę, była jedyną osobą w krótkiej spódnicy, bezwstydnie eksponującą długie nogi. Nie spuszczając z niego wzroku, specjalnie rozchyliła nogi, by sprawdzić, z kim ma do czynienia. Mężczyzna jednak nie dał po sobie poznać, że jego wzrok, choć na chwilę, zbłądził; bardziej interesował go widok schabowego z frytkami niż intymne części ciała dziewczyny.

Z wyrazu jej twarzy bez trudu można było dostrzec pogardę. Jedyną pozytywną cechą, którą można jej przypisać, było to, że nie udawała – to, co miała w głowie, znajdowało odzwierciedlenie na końcu jej języka. Powód był prosty: ich szef potrafił bez trudu czytać im w myślach. Oczywiście, ten system odczytywania myśli można było oszukać, wierząc we własne kłamstwa. Najwyraźniej oni tej sztuki nie opanowali lub byli w niej mistrzami, ale tego już nie dało się ustalić.

– Nie twoja sprawa, smarkaczu – odpowiedział ostro. – Wołaj go szybko, nie mam czasu na pieszczoty z tobą.

– Co ty sobie wyobrażasz, pokrako? Że pan i władca tego świata jest na każde twoje zawołanie?

Ze złością złączyła mocno nogi. Nie była przyzwyczajona do takiego traktowania. Wszyscy szanowali ją jak pierwszą damę piekła, spełniając każdą zachciankę Kreatora.

Z całych sił zacisnął dłonie w pięści. „Jeszcze jedno słowo, a pożałujesz” – pomyślał, z trudem powstrzymując się od zrobienia czegoś strasznego tej dziewczynie, która na pierwszy rzut oka wydawała się dość atrakcyjna. Brunetka o długich, kręconych włosach i niebieskich oczach – prawdziwy anioł, choć bez skrzydeł.

Nienawidził tych przybłędów, pupilków Kreatora, którzy na każdym kroku dawali mu do zrozumienia, że jest drugiej kategorii, z gorszego sortu. Kreator otaczał się swoimi ziomkami, traktując ich wyjątkowo i pozwalając im niemal na wszystko. Sam kiedyś był świadkiem, jak decydowali o losach ludzi, wyręczając swojego mistrza w podejmowaniu decyzji, kto na jakie piekło zasługuje. Kiedyś było inaczej; teraz korzystają z komputerów i jednocześnie poszukują nowych piekielnych planet, na których mogliby zadać jak najwięcej bólu duszy. Mieli nawet swoją własną kategorię, w której słońce otrzymywało dziesięć punktów, ale jak dotąd nie udało im się stworzyć ciała zdolnego wytrzymać tak wysoką temperaturę. Jak na razie najsilniejsze ciało, które zbudowali, potrafiło przetrwać jedynie na planecie o kategorii numer sześć.

– Niech ciemność ogarnie całą Ziemię! – rzekł Kreator, nagle pojawiając się przed nimi znikąd.

– I wszechświaty, w których znajdziemy życie – odpowiedzieli równocześnie, przerywając kłótnię.

– Naszym światłem życie im odbierzemy – odparł Kreator. – Co to za sprawa niecierpiąca zwłoki, że tak osobiście narażasz się na zdemaskowanie?

– Błagam o wybaczenie, Legion już namierzył Proroka – powiedział, spuszczając wzrok, nigdy nie ośmielając się spojrzeć mu w oczy.

Starał się ukryć swoją pogardę dla tej osoby, choć wiedział, że to bezsensowne. Mimo prób oszukania samego siebie zdawał sobie sprawę, że Kreator zawsze zna prawdę, niezależnie od tego, jak bardzo starał się zataić swoje prawdziwe myśli. Musiał jednak stwarzać pozory, ponieważ na jego miejsce Kreator mógłby znaleźć setki innych, gotowych zrobić wszystko, by wydostać się z tej dziury i dotrzeć na drugą Ziemię.

– Doskonale, mam nadzieję, że dołożysz wszelkich starań, aby im się udało – odpowiedział.

W jego oczach pojawiło się zagubienie. Nie był pewien, czy jego umysł właściwie zinterpretował słowa pana tego świata.

– Nie rozumiem, mam im pomóc?

Kreator pochylił się nad jego prawym uchem i szepnął mu kilka słów. W następnej chwili przybysz pokłonił się nisko i zniknął, pozostawiając w sztabie atmosferę niezrozumienia.

– Co to oznacza, panie? – zapytała dziewczyna, spuszczając wzrok.

Doskonale wiedziała, że jej pan czekał na tę wiadomość przez tysiące lat.

– Nic takiego, moje dziecko – odpowiedział spokojnie, delikatnie się uśmiechając. W duchu pomyślał: „Panowanie Boga wreszcie dobiega końca”.

Nie dostrzegał najmniejszego powodu, by dzielić się swoimi planami z podwładnymi. Choć był przekonany, że w Legionie nie ma szpiegów, nie chciał ryzykować. Zawsze istniała taka możliwość; już samo pojawienie się zdrajcy mogło poważnie zakłócić jego zamysły. Nie zamierzał czekać kolejnych dwóch tysięcy lat na podobną okazję. To, co dziś wydaje się niemożliwe, jutro może stać się rzeczywistością i pokrzyżować wszystkie jego starannie przygotowane plany. Nie mógł na to pozwolić, nie teraz, gdy był tak blisko zwycięstwa. Oczami wyobraźni widział już metę na ostatniej prostej maratonu, który trwał od dwóch tysięcy lat.Rozdział 1

Ogień w kominku powoli przygasał, gdy Michał obudził się i spojrzał na Matyldę, która spała obok niego. W blasku płomieni wyglądała olśniewająco, a jej długie, czarne włosy opadały aż do pasa. Michał mógłby godzinami wpatrywać się w jej nagie ciało, które przypominało prawdziwe dzieło sztuki. Efekt ten był rezultatem wielu godzin spędzonych na zajęciach fitness, które odbywała trzy razy w tygodniu, oraz rygorystycznej diety, której ściśle przestrzegała. Skrupulatnie liczyła każdą zjedzoną kalorię i unikała wszelkich używek, aby nie łamać piątego przykazania: „Nie zabijaj”, dodając z uśmiechem: „zdrowia własnego”.

Wczorajsze oświadczyny były niewątpliwie doskonałą okazją do świętowania. Zasiedli do stołu, delektując się pizzą z salami, czarnymi oliwkami i serem mozzarella, a do tego skosztowali kieliszka słodkiego wina. Bez najmniejszych wyrzutów sumienia rozkoszowała się każdym kęsem, zaspokajając swoje spragnione kubki smakowe.

Nawet w połowie nie był tak atrakcyjny jak ona. Niski wzrost sprawiał, że na obcasach go przewyższała, dlatego wolał, gdy nosiła adidasy. Mimo to z przyjemnością obserwował, jak inne kobiety poruszały się w wysokich obcasach. Ich stukot sprawiał, że włosy jeżyły mu się na karku, a on odczuwał nieziemską przyjemność, wsłuchując się w zbliżający się dźwięk obcasów.

W ustronnym miejscu, w kuszącej bieliźnie, nie miał nic przeciwko temu, by paradowała przed nim na wysokich szpilkach. Jej ciało idealnie nadawało się do rozkładówki Playboya.

Kiedy łapała go za mały brzuszek, nazywając go swoim misiaczkiem, Michał zastanawiał się, co takiego urzekło Matyldę w nim. Może to jego inteligencja, uśmiech, serdeczność, a może coś jeszcze, czego sam nie potrafił zdefiniować. Tak to sobie tłumaczył, ale w głębi duszy nie miał zielonego pojęcia. Miał odwagę, by zapytać ją o to, lecz obawiał się odpowiedzi. Tłumaczył sobie, że na niektóre pytania lepiej nie znać odpowiedzi, bo czasami mogłyby się one obrócić przeciwko niemu. Najważniejsze, że byli razem, a po wczorajszych oświadczynach mieli nadzieję na długotrwałą przyszłość, a przy sprzyjających okolicznościach – aż do końca swoich dni.

Minęły już trzy lata, odkąd ją poznał, a on wciąż nie może uwierzyć w swoje szczęście, że spotkał ją na ścieżce swojego monotonnego życia. To niezwykła kobieta, która swoim blaskiem oświetla najciemniejsze zakamarki tego świata.

Ich spotkanie było czystym przypadkiem, a raczej niefortunnym zbiegiem okoliczności, gdy pracował jako sprzedawca w sklepie. Przy pakowaniu 42-calowego telewizora do kartonu po raz kolejny nadwyrężył plecy. Od razu wiedział, że to koniec jego pracy na dzisiaj. Od momentu, gdy kilka lat temu po raz pierwszy doznał takiej kontuzji, nieustannie zmagał się z tym problemem.

Tego dnia zapas tabletek na receptę, które zawsze pomagały mu zwalczyć ból, wyczerpał się. Ból nasilał się przy każdym kroku, co było doskonale widoczne na jego twarzy. Zaciskając zęby, próbował zawiązać sznurowadła, myśląc jedynie o tym, by położyć się w swoim ciepłym łóżku, na miękkiej, puszystej poduszce, przykrywając się delikatną kołdrą z owczej wełny, którą jego mama kupiła na wyprzedaży. Zawsze, gdy zasypiał w ten sposób, czuł rodzinne ciepło, które przypominało mu o świętach Bożego Narodzenia oraz o wspólnych chwilach przy wielkanocnym stole. Z bólem pleców paraliżującym jego ciało nie miał ochoty na nic więcej, a na pewno nie na prawdziwą miłość swojego życia, którą mógłby spotkać tego dnia. To była ostatnia rzecz, o której mógłby pomyśleć, zaraz po latających słoniach.

Wtedy było już za późno, by udać się do lekarza. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko skierować się na ostry dyżur do szpitala, w którym pracowała jego Mati jako pielęgniarka. Gdy po raz pierwszy ją zobaczył, zamurowało go – to było jak uderzenie pioruna prosto w serce. Czuł się sparaliżowany od stóp do głów. Świat, w którym dotąd żył, wydawał mu się prosty i zwyczajny, pozbawiony jakichkolwiek fajerwerków. W jednej chwili wszystko się zmieniło. Świat nabrał kolorów, a otoczenie stało się inne, znacznie lepsze. To była ona, która nadała jego życiu sens. W mgnieniu oka zrozumiał, po co i dlaczego ma żyć. Słów, które padły z jej ślicznych, namiętnych ust, nigdy nie zapomni.

– Przyszłam panu zrobić zastrzyk – powiedziała, a on odruchowo podwinął rękaw, spodziewając się, że za moment igła przebić jego ramię.

– Który pośladek woli pan, lewy czy prawy? – dodała z promiennym uśmiechem, jakby sprawiało jej to przyjemność.

Do dziś toczy się spór, kto kogo poderwał. Z męskiego punktu widzenia wydaje się oczywiste, że to mężczyźni stawiają pierwszy krok, zapominając, że płeć piękna każdego dnia przygotowuje się na takie spotkania. Używają różnych kosmetyków do twarzy, ust, rzęs, brwi i powiek. O pięknym stroju i perfumach nawet nie warto wspominać.

Matylda powoli otworzyła oczy, a delikatny uśmiech pojawił się na jej twarzy. Głos, który wydobył się z jej ust, brzmiał czule jak nigdy wcześniej. Jej życie można było podzielić na dwa etapy: przed i po zaręczynach.

– Znów to robisz.

– Co?

– Patrzysz na mnie, gdy śpię.

– Nie mogę nic na to poradzić, że jesteś taka piękna, zwłaszcza w tym uroczym miejscu.

Przytuliła się do niego, opierając głowę na jego ramieniu. Uwielbiała ciepło, które od niego emanowało. Czuła się przy nim bezpieczna i atrakcyjna. Był idealnym ojcem dla jej nienarodzonych dzieci, a w jej myślach snuły się marzenia o wspólnym życiu rodzinnym. Jeszcze z nikim nie czuła się tak dobrze jak z nim. Jako pielęgniarka miała na co dzień wielu adoratorów, a rozmowy i żarty z przyjaciółmi stanowiły jedne z nielicznych przyjemności w jej trudnej i stresującej pracy. Niestety, żaden z partnerów, z którymi była, nie potrafił tego zaakceptować ani zrozumieć. Zazdrość dominowała nad miłością, zaślepiając prawdziwe uczucia niczym małe dzieci w ciałach dorosłych. Najwyraźniej byli emocjonalnie niedojrzali – tak sobie tłumaczyła, czekając na tego jedynego, normalnego mężczyznę swojego życia.

– Chciałabym zostać tu jeszcze trochę – wyznała z entuzjazmem.

Michał, zadowolony z siebie, nie mógł uwierzyć, że jego genialny pomysł na wyjazd do domku w lesie okazał się strzałem w dziesiątkę. Najtrudniej było im znaleźć wspólny wolny weekend, aby mogli razem wyjechać na kilka dni, odpocząć i uciec od codzienności oraz nieustannej gonitwy za pieniędzmi, których zawsze brakowało.

– No, trzeba wracać do rzeczywistości, rozpowiedzieć o dobrej nowinie, zaplanować ślub i sporządzić listę gości – powiedziała Matylda z błyskiem w oku, nie kryjąc radości. Cieszyła się jak mała dziewczynka, która czekała na ten moment całe życie.

Michał złapał ją za rękę, na której błyszczał złoty pierścionek zaręczynowy. Wpatrywał się w mały diament otoczony złotem. Dla niego była ona prawdziwym diamentem wśród pięknych kobiet, które lśniły jak złoto.

– Myślę, że dobrze ci wybrałem. Nie jest za duży?

– Jest idealny, ciekawi mnie, skąd wziąłeś miarę? Zastanawiała się, czy również stanik dla niej kupiłby w idealnym rozmiarze, bo z czasem sama miała z tym problem.

– A jak myślisz?

– Pewnie pożyczyłeś jakiś pierścionek z mojej szkatułki.

– Nie, wpadłem na coś o wiele lepszego. Pamiętasz, jak na straganie przymierzałaś ten pierścionek, którego nie kupiłaś?

Matylda niespodziewanie podskoczyła na łóżku, a z lekkim uśmiechem klepnęła go delikatnie w ramię.

– I wtedy wróciłeś po niego, żeby go kupić.

– Tak, miałem już gotową miarę.

– Muszę na ciebie uważać, kombinatorze.

Michał zaczął ją łaskotać po bokach, co doprowadziło ją do głośnego śmiechu.

– Z ciebie też nie lepsze ziółko, mój ty lewy pośladku.R ozdział 2

Otis ocknął się w ciemnym zaułku. W prawej dłoni trzymał pustą butelkę po winie, a wokół niego leżały porozrzucane kartony, które służyły mu za kołdrę. Poduszkę miał zrobioną z czarnego worka wypchanego śmierdzącymi odpadkami z pobliskiej restauracji. Wszędzie panowała ciemność; noc jeszcze nie ustępowała, a w oddali paliła się tylko jedna latarnia. Z ledwością wstał z ziemi, walcząc przez chwilę z grawitacją. Gdy tylko oderwał się od chodnika, poczuł ból promieniujący z każdej części ciała, a największy pochodził z pleców. Rozglądając się wokół, dostrzegł nieopodal innego bezdomnego, który spał na ulicy pod stertą śmieci, chroniąc się przed zimnem. Szybko uznał, że to musi być jego przyszły towarzysz, Lou, który miał zostać oddelegowany do tego zadania. Od początku wydawało mu się to absurdalne – nawet osoba niewidoma poradziłaby sobie z tym zleceniem. Wyraźnie szefowej zależało, aby to zadanie zostało zrealizowane jak najszybciej, bez żadnych niespodzianek.

– Wstawaj! Jesteś już gotowy? – warknął Otis, zadając mocny kopniak leżącemu mężczyźnie w brzuch.

Lou leżał we własnych odchodach, a Otis był pewny, że to właśnie on jest jego przyszłym kompanem. Zawsze przychodzą na ten świat w małej odległości, by nie tracić czasu na wzajemne poszukiwania.

Sam Otis wyglądał niewiele lepiej – w brudnych, śmierdzących ubraniach, z kilkudniowym zarostem.

– Już wstaję, daj mi chwilkę – odezwał się Lou, powoli podnosząc się z ziemi i otrzepując spodnie z kurzu, jakby to miało mu pomóc. Zmierzył wzrokiem przyszłego partnera, na którego twarzy malowała się nietęga mina.

– Jak zwykle jesteśmy śmierdzącymi dziadami – uśmiechnął się, jakby to było dla niego chleb powszedni. – Może doprowadzimy się do porządku: nowe ciuchy, szybki prysznic, dobre jedzenie i zimne piwo.

– Szybko zrobimy, co trzeba, i spadamy stąd – odpowiedział Otis, rozglądając się za jakimś samochodem.

– Wiesz, gdzie mamy jechać? – zapytał Lou, smutno marszcząc brwi.

Mieli wszystko, co dobre, na wyciągnięcie ręki. Rzadko odwiedzali tę ziemię, średnio raz na sto lat. Na szczęście każdy pobyt owocował niezapomnianymi wspomnieniami. Lou miał nadzieję, że mimo pesymistycznego podejścia partnera uda im się znaleźć odrobinę przyjemności na tej planecie.

– Tak, znam czas i miejsce naszego zadania. Jak tylko załatwimy transport, zdążymy jeszcze coś zjeść.

– Z przyjemnością coś bym przegryzł. Jadłem tak dawno temu, że już nie pamiętam, jak smakuje jedzenie – oblizał się ze smakiem, czując, że ten pobyt może okazać się bardziej owocny, niż się spodziewał.

– A kiedy ostatni raz tu byłeś? Dwieście lat temu?

Mając nadzieję na nawiązanie porozumienia z partnerem, by zrealizować zadanie bez przeszkód, jedynie to miało dla niego znaczenie. Był przekonany, że jeśli uda im się zrealizować oba cele, zmieni swoje ciało na lepszy model. Może wtedy nie będzie musiał wykonywać podobnych rozkazów, które mogą łatwo doprowadzić do katastrofy i wylądować w piekle.

– Ostatnio, jak dobrze pamiętam, po I wojnie światowej w Niemczech dałem książkę jakiemuś Niemcowi z zabawnym wąsikiem.

– Niemcowi z wąsikiem? – Otis nie mógł w to uwierzyć, myśląc, że się przesłyszał. Zdał sobie sprawę, że Kreator angażuje się w sprawy ludzi, ale nie sądził, że w tak dużym zakresie.

– Tak, teraz sobie przypominam. Ciekawi mnie, czy ta książka zainspirowała go do kilku dobrych pomysłów.

Widząc zaskoczenie Otisa na wieść o Hitlerze, Lou rozkoszował się każdą chwilą, ciesząc się, że przewidział reakcję swojego partnera. Doskonale zdawał sobie sprawę, że jego towarzysz jest łatwowierny i skłonny uwierzyć niemal w każdą absurdalną opowieść, która przyjdzie mu do głowy. Zawsze dążył do tego, by być lepszym od innych, co niestety wiązało się z przemocą, kłamstwami i innymi moralnie wątpliwymi działaniami. Nic dziwnego, że po śmierci zajął się tym, w czym był dobry, wykonując czarną robotę w nieskończoność. Na myśl o tym ogarniał go niepokój; bardzo brakowało mu dawnego życia na ziemi.

– Tak, i to jakich! Dobra, czeka nas praca. Już widzę nasze pierwsze zadanie i transport.

Otis rozpoznał kierowcę w samochodzie, który zaparkował po drugiej stronie ulicy. Szybkim krokiem podeszli do auta, rozglądając się dookoła. Mieli szczęście – o tej późnej porze na ulicy nie było nikogo. Kierowca siedział sam, zajęty przeszukiwaniem skrytki na rękawiczki w poszukiwaniu jakichś dokumentów. Otis rozpoznał kierowcę w samochodzie, który zaparkował po drugiej stronie ulicy.

– Nie mam drobnych – odpowiedział kierowca, wysiadając z samochodu, nie zauważając butelki w ręku nieznajomego.

– Nic nie szkodzi. Ma pan pozdrowienia od Marzeny Herman – odezwał się Otis.

– Kogo? – zapytał kierowca, nie dowierzając własnym uszom, poprawiając okulary, które zsunęły mu się z nosa.

– Dwadzieścia lat temu zamordowałeś ją i od tego czasu czeka na ciebie, by osobiście odesłać cię do piekła.

Na czole kierowcy pojawiły się krople potu, a po chwili zaczął głęboko oddychać, najwyraźniej te słowa wywarły na nim ogromne wrażenie.

– Ja jej nie zamordowałem, to był wypadek – odpowiedział kierowca, kierując wzrok na Otisa. Jego źrenice minimalnie się powiększyły, a przypadkowo dotknął ręką swojego ciała.

– Usta można zmusić do kłamstwa, ale trudniej jest zapanować nad ciałem, które zdradza prawdę. Twoje ciało mówi nam, że kłamiesz, a poza tym widziałem cię, jak ją mordowałeś.

Otis, wypowiadając te słowa, uderzył butelką w głowę kierowcy z taką siłą, że szkło rozprysło się na drobne kawałki, raniąc mężczyznę w prawy policzek. Zamroczony kierowca osunął się na jezdnię, a chwilę później Otis otworzył bagażnik samochodu. Spojrzał na swojego partnera, który stał bezczynnie. Teraz był pewny, że mógłby wykonać to zadanie w pojedynkę; oby w przyszłości partner okazał się bardziej pomocny. Przyszło mu do głowy, że jego towarzysz nie jest do pomagania, lecz do pilnowania.

– Chodź, Lou, wrzućmy go do bagażnika – powiedział przyciszonym głosem, chwytając nieprzytomnego kierowcę pod pachy.

Kierowca powoli odzyskiwał przytomność. W bagażniku, trzymając się za głowę, mrużył oczy z bólu, który przeszywał go na wylot. Nie czuł się zbyt dobrze; kręciło mu się w głowie, a nudności sprawiały, że miał ochotę zwymiotować, ale wolał nie ryzykować obrzygania napastników.

– Zostawcie mnie! Czego chcecie? Mam pieniądze, dużo pieniędzy!

Kierowca wyciągnął z wewnętrznej kieszeni grubo wypchany portfel i zaczął nim wymachiwać we wszystkie strony jak chorągiewką, zastanawiając się, co jeszcze może zrobić, by zostawili go w spokoju.

– Nie chcemy od ciebie pieniędzy, lecz coś znacznie cenniejszego.

Na twarzy mężczyzny zagościło niezrozumienie. Zastanawiał się, co mogłoby być cenniejszego od pieniędzy. Brylanty, złoto – cokolwiek z tych rzeczy mogło być, wiedział tylko jedno: nie miał ich przy sobie.

Lou chwycił kierowcę za głowę i jednym, szybkim ruchem skręcił mu kark. – Teraz już nie będzie nam przeszkadzał. – Odwrócił się w stronę swojego partnera i, jakby nic się nie stało, zapytał, zamykając bagażnik: – Umiesz to prowadzić?

– Tak, chociaż minęło trochę czasu. Widziałem, że pojawiło się kilka nowinek, ale dam radę. Przez ostatnie tygodnie rozmawiałem o technicznych nowinkach z nowymi, a o szkoleniach już nie wspomnę.

– To gdzie w końcu jedziemy? – zapytał Lou, ziewając. Otworzył szeroko usta, ukazując swoje bardzo niekompletne uzębienie.

– Do domku w lesie. Leśna 108, Stare Budkowice w Opolskim. Mamy tam być nad ranem – odpowiedział z obrzydzeniem, żałując, że spojrzał na niego w momencie, gdy ten ziewał.R ozdział 3

Poranne światło, wpadając przez okno, obudziło Michała. Nie otwierając oczu, prawą ręką szukał ciała Matyldy, wyczuwając jedynie prześcieradło w miejscu, gdzie wcześniej leżała jego narzeczona. Michał, zaskoczony, szeroko otworzył oczy. Tak jak się spodziewał, Matyldy nie było w cieplutkim łóżku obok niego. Matylda stała w drzwiach łazienki, odwrócona w jego stronę, ubrana w męską, długą koszulę, która zakrywała jej nagie pośladki. Ten widok nie powinien go dziwić – zawsze po przebudzeniu od razu brała się za mycie zębów, co stanowiło jej codzienny rytuał.

– Nie chciałam cię budzić, tak słodko spałeś. Rzadko się zdarza, że gdy wstaję do pracy, ciebie już nie ma – powiedziała z uśmiechem.

Michał, leniwie przeciągając się w łóżku, zerknął na zegarek.

– Zaspaliśmy!

– krzyknął, szybko zakładając spodnie i nerwowo rozglądając się za telefonem. – Może jeszcze nie jest za późno, jeśli od razu wyruszymy?

– A co powiesz na dodatkowy dzień wolny? Wiesz, urlop na żądanie?

Zaproponowała, ściskając wargi w oczekiwaniu na odpowiedź. Nie chciała, aby ten cudowny weekend tak szybko się skończył. Jako mała dziewczynka marzyła o złotym pierścionku od pięknego, bogatego księcia o dobrym sercu, który pomagałby zwierzętom w potrzebie. Teraz jednak najbardziej nie mogła się doczekać wesela, kiedy na jej palcu zajaśnieje złota obrączka, zastępująca pierścionek zaręczynowy.

– W sumie masz rację – odpowiedział Michał, wpatrując się w Matyldę swoimi maślanymi oczami. Zachwycony, przyglądał się jej w koszuli, która sięgała do pośladków, nadając jej niezwykle pociągający wygląd. Michał poczuł dreszcz na myśl o tym, co za chwilę mógłby robić ze swoją narzeczoną. Widział, że w tej chwili byłaby gotowa spełnić każdą jego prośbę, oddając mu się bez wahania, tak jak miało to miejsce zeszłej namiętnej nocy.

Wstał z łóżka i, stawiając małe kroki, podszedł do niej, pragnąc objąć ją i znów poczuć jej ciepło. W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Oboje zaskoczeni spojrzeli na siebie. Matylda uniosła wskazujący palec do ust, dając Michałowi do zrozumienia, że będą udawać, iż nikogo w domu nie ma. Michał bez protestu zgodził się, kiwając głową. Jego wzrok przesunął się na koniec koszuli ukochanej, a następnie na jej pomalowane na czerwono paznokcie. W tej chwili jego myśli krążyły nie wokół drzwi, za którymi stała nieproszona osoba, pragnąca nieświadomie zepsuć im tę piękną chwilę, lecz wokół czerwonych paznokci na jej uroczych stopach. Bił się z myślami, zastanawiając się, czy pomalowała je już wczoraj, a on tego nie zauważył, czy może dzisiaj rano, gdy smacznie spał, postanowiła je odświeżyć, aby wyglądać jeszcze ładniej i atrakcyjniej w jego oczach.

Kiedy pukanie ucichło, Michał szeptem odezwał się: – Zawsze tak robię, gdy ksiądz chodzi po kolędzie – zażartował.

– Czemu tak robisz?

Wyraz twarzy Matyldy uległ drastycznej zmianie. Jej piękny uśmiech zniknął, ustępując miejsca zmarszczonym brwiom, wydętym ustom oraz lekko pochylonej głowie w lewą stronę.

Michał doskonale znał ten wyraz twarzy. Ostatnio, jak pamiętał, Matylda przybrała taką minę, gdy wrócił o czwartej rano z wieczoru kawalerskiego. Niepotrzebnie zapragnął wtedy zrobić sobie kawę, a z niewiadomych przyczyn półka ze szklankami, kieliszkami do wina i porcelaną spadła, wydając ogromny hałas i budząc wszystkich domowników, w tym kota, który wyprzedził wszystkich, by się z nim przywitać.

Michał od razu zrozumiał, że po wypowiedzeniu kilku słów na temat kościoła popełnił błąd, który teraz zmusi go do gorzkiego tłumaczenia się – co z pewnością popsuje ten miły poranek. Zawsze starał się unikać tematów związanych z religią, doskonale zdając sobie sprawę, jak głęboko wierzącą katoliczką jest Matylda. Po chwili zastanowienia, jak wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji, szybko zaproponował:

– Może sprawdzę, kto tak dobijał się do nas?

– Nie odwracaj tematu, nie lubię, gdy tak robisz – odpowiedziała Matylda, zakładając ręce na piersi.

W ten sposób wysłała mu wyraźny sygnał, że nie będzie mógł się tak łatwo wymigać, jak to miało miejsce w przeszłości, po niefortunnym żarcie o odpowiedzi dziewczynki na pytanie księdza, czy umie się żegnać: „Tak, do widzenia”. Wówczas uratował go dzwonek telefonu od matki z wiadomością o śmierci ciotki.

– Nie lubię, gdy ksiądz przychodzi do mnie, do domu, zagląda w każdy kąt i wypytuje o moje życie prywatne.

Michał poczuł, jak jego serce zaczyna bić mocniej. Zanosiło się na dłuższą rozmowę, której za wszelką cenę chciał uniknąć.

– Jeśli zamieszkamy razem, to nie będziemy przyjmować księdza, bo ty sobie tego nie życzysz, a ja mam inne zdanie – odpowiedziała Matylda, wyraźnie zdenerwowana.

– Dopiero co się zaręczyliśmy, a ty już próbujesz wychować mnie na dobrego katolika. Musisz zrozumieć, że wierzę w Boga, a nie w Kościół. Będę postępował zgodnie z tym, co uważam za słuszne, a nie według narzuconych mi zasad kogoś z chorym światopoglądem.

To było silniejsze od niego. Ważniejsze było powiedzenie prawdy niż życie w ciągłym kłamstwie i udawanie kogoś, kim się nie jest. Po tym wyznaniu poczuł ogromną ulgę, której od dawna nie doświadczył.

Znów rozległo się pukanie do drzwi, tym razem głośniejsze niż wcześniej. Nie miało już sensu dłużej udawać. Michał podszedł do drzwi i energicznie je otworzył. Za nimi stali dwaj policjanci w mundurach.

– Dzień dobry, czy rozmawiam z panem Michałem Stolarczykiem?

– Tak – odparł Michał, całkowicie zaskoczony.

– Urodzony w 1990 roku w Częstochowie, syn Lecha i Anny?

– Tak, ale o co chodzi? – odpowiedział, czując się zmieszany.

Nigdy wcześniej nie miał do czynienia z policją; nie otrzymał ani mandatu, ani upomnienia. Tylko raz został spisany, gdy po nagłośnieniu sprawy przez media policja poszukiwała ekshibicjonisty, który grasował w okolicy jego pracy.

– Otrzymaliśmy informację, że był pan świadkiem przestępstwa. Czy możemy wejść?

Jeden z policjantów był barczysty, wysoki, o wyrazistych rysach twarzy i dwudniowym zarostem. Drugi stanowił jego całkowite przeciwieństwo – był mniejszy i drobniejszej budowy. Obaj wyglądali na około trzydzieści lat.

– Tak, oczywiście, zapraszam. O jakie przestępstwo chodzi?

Matylda szybko założyła spodnie, włożyła koszulkę, spięła włosy w kucyk i wyszła, aby zobaczyć, co się dzieje. Gdy dostrzegła policjantów, podeszła do Michała.

– Czy w domu jest jeszcze ktoś oprócz was? – zapytał policjant, wychylając głowę w trakcie rozmowy, starając się dostrzec kogoś jeszcze.

– Nie, tylko my – odpowiedział Michał, zastanawiając się, czy sprawa nie ma związku z jego pracą.

Niższy policjant stanął za nimi, uważnie obserwując Matyldę. W tym samym czasie jego towarzysz wyciągnął notes i długopis, zaczynając notować, nie przerywając rozmowy:

– Proszę podać swoje dane oraz wyjaśnić, jakie relacje łączą panią z panem Michałem.

„Wyglądają jakoś dziwnie” – pomyślała Matylda. Miała już do czynienia z policjantami; nieraz spotykała ich w szpitalu. Z kilkoma nawet się zaprzyjaźniła, a ci, którzy stali przed nią, sprawiali wrażenie funkcjonariuszy z wydziału prewencji.

– Nazywam się Matylda Nowak, również mieszkam w Częstochowie, a to jest mój narzeczony. A panowie, z jakiego wydziału pochodzicie?

Policjant, stojąc za nimi, nagle wyciągnął pistolet z kabury, wymierzył w tył głowy kobiety i natychmiast pociągnął za spust, strzelając prosto w jej czaszkę. Michał w zwolnionym tempie obserwował, jak jego ukochana powoli opada na podłogę, a z jej głowy zaczyna wypływać krew. Zdołał jedynie krzyknąć i zrobić krok w stronę martwej narzeczonej, gdy usłyszał drugi wystrzał, a potem nastała ciemność – nic więcej, tylko ciemność i cisza. Jego martwe ciało leżało obok Matyldy, a ich krew utworzyła jedną dużą kałużę.

– No i po wszystkim. Gładko poszło – powiedział Gin o , chowając pistolet do kabury.

– Po co, do diabła, zabiłeś tę dziewczynę? – zapytał drugi policjant, Piros, nie kryjąc ogromnego zaskoczenia.

– Jak to, po co? Żeby nie było świadków. Miałeś jakieś plany wobec niej? – odpowiedział zdezorientowany, nie rozumiejąc, o co mu chodzi. – A co, wpadła ci w oko? Jest jeszcze ciepła – dodał z uśmiechem Gin o .

– Udajesz idiotę, czy naprawdę nim jesteś?

Pirosowi wcale nie było do śmiechu; wręcz przeciwnie, wyglądał tak, jakby pragnął natychmiast wpakować w niego cały magazynek, a to wciąż byłoby dla niego za mało.

– Teraz Kreator wykorzysta to przeciwko nam. To tak, jakbyś podarował mu prezent na gwiazdkę. Widziałeś jego minę po zastrzeleniu narzeczonej? Nie wyglądał na zachwyconego, prawda?

– Ups! O tym nie pomyślałem – powiedział, robiąc krótką przerwę. – I co teraz zrobimy? – zapytał zdenerwowany, ocierając pot z czoła.

– Teraz już nic nie zrobimy. Jedziemy do centrali. Mam nadzieję, że oni coś wymyślą, bo jesteśmy głęboko w czarnej dupie.R ozdział 4

We śnie Lou dobiegały jakieś dźwięki, potem bełkot, a na końcu usłyszał imię Beatrice, co zdziwiło Otisa. Nigdy wcześniej nie spotkał się z przypadkiem, w którym umarli mieliby sny, zwłaszcza na ziemi, gdzie ich wizyty nie trwają długo. Słyszał, że istnieją tacy, którzy mogą nieskończoność przebywać na ziemi, przenosząc się z ciała do ciała. Nie przyjmują nowych członków, a poza tym umiejętnie ukrywają się przed piekłem, które nieuchronnie czeka na wszystkich.

Zaczynało już świtać, gdy Lou obudził się, oblany potem. Dreszcze przeszywały jego ciało, a organizm domagał się alkoholu. Doskonale wiedział, co mu dolega – wielokrotnie przechodził przez to, wcielając się w menela. „Muszę się napić, a wtedy stanę na nogi” – pomyślał.

– Gdzie jesteśmy? – zapytał Lou, rozglądając się podczas jazdy samochodem.

– Za dwadzieścia minut będziemy na miejscu. Właśnie miałem cię budzić. Widzę, że nie czujesz się najlepiej, ale mam coś, co może ci pomóc.

Otis otworzył schowek na rękawiczki i wyciągnął butelkę wódki, do połowy opróżnioną.

– Były właściciel samochodu zadbał o nas, ja już się poczęstowałem – uśmiechnął się, podając butelkę.

Lou bez najmniejszego problemu wypił resztę alkoholu do ostatniej kropli, nie krzywiąc się, jakby pił wodę.

– Co ci się śniło, twoja była?

Od czasu do czasu słyszał o drastycznych zbrodniach popełnianych przez mężów i żony na Terionie, ale Lou, jak dotąd, przebił ich wszystkich. Jego żona często cierpiała na migreny, co w jego czasach było dość powszechne wśród kobiet, które unikały współżycia małżeńskiego – niektóre robią to zresztą do dziś. Miał tego serdecznie dość. Pewnego dnia, gdy żona po raz kolejny oznajmiła, że boli ją głowa, wpadł na pomysł, by raz na zawsze rozwiązać jej problem – ucinając jej głowę.

– Widziałem swoją przyszłość i muszę przyznać, że nie rysuje się ona w zbyt jasnych barwach. Mam obawy, czy uda nam się uniknąć tego, co od dawna wisi nad naszymi głowami. – Mówiąc te słowa, smutno wpatrywał się przez okno w mijające drzewa.

– Jak dotąd udawało nam się to osiągnąć. Wystarczy tylko robić to, co nam każą, nic więcej.

Po tych słowach w samochodzie zapanowała cisza, która trwała aż do końca podróży. Każdy z nich rozmyślał o własnej przyszłości, która przypominała domek z kart – wystarczyłby jeden podmuch wiatru, by wszystko runęło.

Samochód zatrzymał się tuż pod drzwiami drewnianego domu, wykończonego palonymi deskami i z zadaszonym gankiem. Wysoka podmurówka z grafitu harmonijnie współgrała z otaczającymi ją majestatycznymi drzewami. Najbardziej przyciągały wzrok duże okna z pomarańczowymi zasłonkami, a wnętrze domu subtelnie zdobiły białe storczyki w doniczkach na parapecie. Obok znajdowało się pomieszczenie gospodarcze z drewnem, którego drzwi były otwarte, a w pień wbita siekiera. Na widok pojazdu Lou uśmiechnął się.

– Mamy szczęście, gospodarze są w domu – powiedział Otis, spoglądając na partnera, który najwyraźniej już doszedł do siebie; alkohol zaczynał działać.

– Jesteśmy przed czasem, co, wchodzimy?

– A mamy jakieś inne wyjście? – odpowiedział Lou, wysiadając z samochodu i nabierając świeżego powietrza po długiej podróży.

– Zawsze możemy wrócić i poprosić, żeby nas odesłali do piekła – dodał z chichotem.

Po kilku minutach nieustannego pukanie do drzwi, przerywanego kilkunastosekundowymi przerwami, nikt nie otwierał. Lou podszedł do najbliższego okna i, spoglądając w prawo, dostrzegł zwłoki kobiety i mężczyzny.

– Mamy przerąbane! – krzyknął z przerażeniem, odwracając się w stronę swojego partnera.

Otis natychmiast silnym kopnięciem wyważył drzwi, za którymi domownicy leżeli na podłodze. Wstrzymując oddech, przyglądał się zwłokom. Gdy podszedł do chłopaka, który znajdował się najbliżej, dotknął go i wyczuł, że ciało wciąż było ciepłe.

– Kto to zrobił? – zapytał zdyszany Lou, jakby przebiegł kilka kilometrów. Czuł, jak jego serce bije coraz szybciej. „Muszę się uspokoić, bo zejdę wcześniej, niż planowałem” – pomyślał, przerażony.

– Było dwóch sprawców. Jeden stał przy drzwiach, a drugi przyjął pozycję. To musiało się zdarzyć przed niecałą godziną – dedukował Otis. – Sprawcy musieli znać ofiary lub darzyć je zaufaniem. Jeśli to byli znajomi, to dziwny zbieg okoliczności, że akurat teraz ich zabili, co wydaje się mało prawdopodobne. Zostają osoby z bronią, które nie wzbudzają podejrzeń, lub broń była schowana. Ale kto oprócz policjantów mógł chodzić parami? – zastanawiał się Otis.

– Ja bym przebrał się za gliniarzy w mundurach, ale również mogli to zrobić inni pracownicy publiczni, np. z elektrowni, gazowni, wodociągów itd.

– I co teraz zrobimy? Nie możemy wrócić z pustymi rękami, bo od razu nas odeślą – Lou wciąż nie potrafił opanować skołatanych nerwów.

Otis szybko zrozumiał, że ktoś musi ponieść konsekwencje, a na pewno nie będzie to on. Pochylając się, udawał, że czegoś szuka, jednocześnie zastanawiając się, jak pozbyć się swojego partnera. Lou, będący instruktorem walk wręcz i posługiwania się bronią, w tej chwili nie czuł się zbyt pewnie. Na szczęście źle trafił. Przypomniał sobie o wbitej siekierze na dworze.

– Idź na górę, może znajdziesz coś interesującego. Ja rozejrzę się na dole – polecił.

Otis, rozglądając się po pomieszczeniu, snuł plany dotyczące swojego przebiegłego zamysłu. Lou, nie wypowiadając ani słowa, ruszył na górę po drewnianych schodach. W tym czasie, korzystając z chwilowej nieobecności partnera, Otis szybko opuścił dom i skierował się w stronę siekiery. Nie pomylił się – narzędzie leżało dokładnie tam, gdzie je ostatnio zobaczył. Podbiegł do niego, pragnąc jak najszybciej je wydobyć, ale siekiera była głęboko wbita w pień. Jedną ręką nie dał rady, więc chwycił ją obiema dłońmi. Otis szybko zorientował się, że nie jest w najlepszej formie. Oparł nogę o pień i z całej siły zaczął ciągnąć w górę. Był tak pochłonięty wyciąganiem siekiery, że nie usłyszał zbliżających się kroków. Nagle poczuł, jak ktoś chwyta go za głowę i z całych sił ją wykręca.

Usłyszał charakterystyczne chrupnięcie, które towarzyszyło łamanemu karkowi – dźwięk, który zdążył już doskonale poznać.

„I co teraz?” – zastanawiał się Lou, spoglądając na ciało Otisa, którego przed chwilą pozbawił życia. Zawsze wiedział, z kim pracuje, a ta wiedza w tym przypadku uratowała mu życie. Otis był zdrajcą i złodziejem; Lou nie miał pojęcia, dlaczego Kreator go trzymał, ale tym razem nie uda mu się wymknąć z kłopotów.

Nie miał innego wyjścia, jak tylko dorwać tych facetów. Może dzięki nim uda mu się wykaraskać z kłopotów. Lou pożałował, że nie nauczył się prowadzić samochodu – w tej sytuacji ta umiejętność byłaby nieoceniona. Piesza wędrówka, nie znając drogi, nie wchodziła w grę, a czasu miał niewiele. Przed sobą miał niecałe dwa dni, aby ich znaleźć. Po tym czasie Kreatorowi nie będzie już potrzebny, co wróżyło mu źle.

Na Terionie osoby, które nie przynoszą korzyści, są usuwane; w przeciwnym razie cała planeta szybko zapełniłaby się bezużytecznymi istotami.

Widok ciał nie robił na nim już takiego wrażenia jak za pierwszym razem. Najwyraźniej nauczył się lepiej panować nad sobą niż poprzedni właściciel. Podszedł do stolika, na którym leżał telefon. Na szczęście potrafił go obsługiwać – wiele godzin szkolenia nie poszło na marne. Z nowinek technicznych dostępnych na Ziemi. Wziął telefon do ręki, ale po chwili zastanowienia uświadomił sobie, że nie może przypomnieć sobie numeru, pod który miał teraz zadzwonić. Nie zwlekając dłużej, skorzystał z opcji głosowego wybierania kontaktu.

– Policja! – krzyknął do telefonu. Po kilku sygnałach odezwał się dyspozytor: – Tak, słucham.

– Chciałbym zgłosić, że przed chwilą zabiłem człowieka. – Po chwili, gdy dyspozytor przetrawił to, co usłyszał, odpowiedział: – Proszę się przedstawić i podać adres miejsca zbrodni.

Lou zaczął przeszukiwać swoje ubranie, ale był pewien, że nie znajdzie żadnych dokumentów – i tym razem się nie pomylił.

– Halo, jest pan jeszcze? – zapytał głos z telefonu po dłuższej ciszy.

– Tak, jestem. Jest problem – nie mogę sobie przypomnieć, jak się nazywam i gdzie jestem.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij