Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Lekcja martwej mowy - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Seria:
Data wydania:
16 października 2017
Czytaj fragment
Pobierz fragment
25,53
Cena w punktach Virtualo:
2553 pkt.

Lekcja martwej mowy - ebook

Jakub Stern powraca!
Wojna z bolszewikami w 1920, okupacja sowiecka Lwowa w 1939, wydarzenia marcowe oraz interwencja wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji w 1968 roku, stanowią tło historyczne Lekcji martwej mowy, w którą wplątana została dziennikarska para: Jakub Stern i Wilga de Brie z przedwojennego „Kuriera”.
Jakub Stern wraca do Lwowa z misją. Po co? Kto mu pomaga, a kto przeszkadza? Czego boi się Gomułka? Czym jeszcze nas zaskoczy nietuzinkowy dziennikarz?
Nowa powieść Pawła Jaszczuka to intrygująca mieszanka sensacji, emocji i tajemnic trzymająca w napięciu do ostatniej strony.

Kategoria: Sensacja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-65684-57-8
Rozmiar pliku: 823 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

W po­ło­wie sierp­nia ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­ste­go roku prze­trze­bio­ny szwa­dron z I Kon­nej Ar­mii Se­me­na Bu­dion­ne­go po­su­wał się le­śnym duk­tem w stro­nę Lwo­wa, chcąc oskrzy­dlić od pół­no­cy dum­ne pol­skie mia­sto. Z tyłu zo­sta­ły zrów­na­ne z zie­mią Bro­dy i To­po­rów, ale prze­pra­wę przez Bug blo­ko­wa­ła Ka­mion­ka Stru­mi­ło­wa z sil­nie umoc­nio­nym mo­stem.

Je­den z jeźdź­ców w środ­ku szy­ku na próż­no sta­rał się zna­leźć wy­god­ną po­zy­cję w twar­dym sio­dle. Go­rą­ce sierp­nio­we słoń­ce na bez­chmur­nym nie­bie pa­li­ło nie­mi­ło­sier­nie. Chło­pak ma­rzył o łyku wody i ką­pie­li, lecz nie było mu to dane. Brud­ny i po­strzę­pio­ny mun­dur le­pił się do cia­ła, a po ple­cach spły­wa­ły struż­ki potu. Za woj­skiem cią­gnął się nie­wy­obra­żal­ny smród i tyl­ko wart­kie wody Bugu mo­gły to zmie­nić.

Jeź­dziec mimo mło­de­go wie­ku był nie­czu­ły na tru­dy wo­jen­ne. Przy­wykł do wie­lo­go­dzin­nej jaz­dy, do po­chra­py­wa­nia koni i ko­ciej mu­zy­ki, jaką wy­da­wał woj­sko­wy ekwi­pu­nek. Cza­sem skrzy­wił się, gdy ktoś za­fał­szo­wał na har­mo­nij­ce, cza­sem za­nu­cił pio­sen­kę o wred­nym ko­man­di­rze, któ­ry nie chciał pu­ścić żoł­nie­rzy­ka na prze­pust­kę do czar­no­bre­wej dziew­czy­ny.

Na­gle pię­cio­let­nia klacz Zwioz­da z mło­dym jeźdź­cem na grzbie­cie za­strzy­gła nie­spo­koj­nie usza­mi i przy­sta­nę­ła. Ce­ka­emi­sta na ta­czan­ce cią­gnio­nej przez czte­ry ko­nie aku­rat śli­nił skrę­ta z ma­chor­ki, gdy na pół­noc­nym nie­bie po­ka­za­ły się nad ho­ry­zon­tem trzy sza­re plam­ki przy­po­mi­na­ją­ce bu­czą­ce trzmie­le. Za­mie­ni­ły się one wkrót­ce w pi­ku­ją­ce sa­mo­lo­ty z bia­ło-czer­wo­ny­mi sza­chow­ni­ca­mi na skrzy­dłach.

W cią­gu kil­ku­na­stu se­kund wo­kół od­dzia­łu roz­go­rza­ło pie­kło. Cel­ny ogień ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych z al­ba­tro­sów przy­gwoź­dził szwa­dron do zie­mi. Śpiew za­mie­nił się w jęki i obrzy­dli­we prze­kleń­stwa. Sa­mo­lo­ty za­wró­ci­ły i po­no­wi­ły atak. Ta­czan­kę z ob­słu­gą szlag tra­fił, nie mó­wiąc o po­ra­nio­nych ko­niach. Na do­da­tek nie wia­do­mo skąd nad­je­chał wą­sa­ty Gru­zin na ko­niu jabł­ko­wi­tym i idio­tycz­ny­mi roz­ka­za­mi wpro­wa­dził do­ku­ment­ny baj­zel.

Mło­kos na­zna­czo­ny uko­śną bli­zną na po­licz­ku nie miał za­mia­ru tra­fić pod kule. Zwioz­da jak­by zna­ła jego my­śli, bo po­nio­sła go w stro­nę so­sno­we­go za­gaj­ni­ka. Nie po­ma­ga­ło ścią­gnię­cie wo­dzów ani wy­chy­le­nie się do tyłu w sio­dle, bi­cie po za­dzie i szar­pa­nie grzy­wy. Zna­ro­wio­na klacz rwa­ła przed sie­bie, głu­cha na ko­men­dy.

Sza­leń­czy rajd ko­nia i jeźdź­ca ukró­cił pień so­sny le­żą­cej w po­przek dro­gi. Za­nim mło­dzik zdą­żył po­de­rwać klacz do sko­ku, wy­le­ciał z sio­dła, po­to­czył się po zie­mi i wy­rżnął gło­wą o wy­sta­ją­cy ko­nar. Nie pa­mię­tał, ile go­dzin le­żał za­mro­czo­ny, a gdy się wresz­cie ock­nął, zo­ba­czył nad sobą gwiaź­dzi­ste nie­bo. Z po­łu­dnia na pół­noc wy­zna­cza­ła szlak Dro­ga Mlecz­na, a w jej pa­sie po­ły­ski­wa­ły trzy gwiaz­dy, two­rząc gi­gan­tycz­ny trój­kąt. Tak czy­ste­go nie­ba chło­pak ni­g­dy przed­tem nie wi­dział. Miał nie­od­par­te pra­gnie­nie opi­sać tę wy­jąt­ko­wą chwi­lę, by ją za­trzy­mać. Pierw­szy raz w ży­ciu na­szła go ocho­ta po­dzie­lić się z kimś swo­imi wra­że­nia­mi, na­zwać prze­stwór, któ­ry go ota­cza, i do­skwie­ra­ją­cą sa­mot­ność.

Gdy przy­po­mniał so­bie, co się sta­ło, po­sta­no­wił po­szu­kać kla­czy i wra­cać do swo­ich. Ro­zej­rzał się. Jego ka­ra­bin gdzieś się za­po­dział. Nie miał też przy so­bie wy­ostrzo­nej jak brzy­twa szasz­ki, zo­stał je­dy­nie ba­gnet przy­twier­dzo­ny do pasa. Z gło­du kisz­ki gra­ły mu mar­sza i mę­czy­ło go pra­gnie­nie. Był zzięb­nię­ty, po­gry­zio­ny przez mrów­ki i ko­ma­ry.

W świe­tle księ­ży­ca zna­lazł tran­sze­ję. Wsko­czył do niej i wdy­cha­jąc za­pach zie­mi po­kry­tej rosą, ru­szył sku­lo­ny przed sie­bie. Co chwi­la przy­sta­wał. Wie­dział, że zbyt­ni po­śpiech może go zgu­bić. Na­słu­chi­wał. Noc­ną ci­szę prze­ry­wa­ły do­la­tu­ją­ce z od­da­li od­gło­sy ar­mat­nich wy­strza­łów i mo­no­ton­na, usy­pia­ją­ca gra cy­kad. W ten spo­sób po­ko­nał kil­ka ki­lo­me­trów, ale Zwioz­dy nie zna­lazł.

Nad ra­nem pa­gór­ko­wa­ty te­ren po­kry­ła gę­sta mgła i cia­ło chło­pa­ka ogar­nął przej­mu­ją­cy chłód. W mlecz­nej za­wie­si­nie ła­two było stra­cić orien­ta­cję. Zwia­dow­ca wdra­pał się więc na nie­wiel­kie wznie­sie­nie i wte­dy do­tarł do nie­go nie­po­ko­ją­cy od­głos. Wstrzy­mał od­dech i wy­tę­żył słuch. Nie my­lił się, sły­szał czy­jeś za­wo­dze­nie. Za­wa­hał się. Bez­piecz­niej by­ło­by się od­da­lić, lecz cie­ka­wość zwy­cię­ży­ła. Wy­jął z po­chwy ba­gnet i pod­czoł­gał się kil­ka­na­ście me­trów.

To, co się po­tem zda­rzy­ło, za­de­cy­do­wa­ło o jego ca­łym ży­ciu. Za za­ło­mem oko­pu mło­dy ra­dziec­ki ka­wa­le­rzy­sta zna­lazł ran­ne­go pol­skie­go żoł­nie­rza, któ­ry miał na oczach opa­tru­nek i pra­wą rękę na tem­bla­ku. Kon­tu­zjo­wa­ny wo­jak, choć nie mógł go wi­dzieć, od­wró­cił się czuj­nie.

– Kto tam? – Za­nie­po­ko­jo­ny wy­cią­gnął zdro­wą rękę, pró­bu­jąc coś na­ma­cać przed sobą.

– Swój!

– Jaki swój?

– No, swój. Nie mu­sisz, kur­wa, trząść ga­cia­mi. Jak mó­wię swój, to zna­czy, że swój! – za­koń­czył krót­ko ka­wa­le­rzy­sta.

Ro­sja­nin do­cie­kli­we­go pol­skie­go żoł­nie­rzy­ka od po­cząt­ku spi­sał na stra­ty. Po­sta­no­wił na swój spo­sób się nim za­opie­ko­wać. Wpierw jed­nak na­pił się wody z jego ma­nier­ki, zjadł su­cha­ra zna­le­zio­ne­go w ple­ca­ku, a po­tem uciął so­bie krót­ką po­ga­węd­kę, gdyż do­sko­na­le znał ję­zyk pol­ski.

Ran­ny po­pro­sił o pa­pie­ro­sa. Zwia­dow­ca wy­jął ocho­czo z blu­zy La­cha cy­ga­ret­ki i za­pał­ki. Gdy za­cią­gnę­li się dy­mem, wy­słu­chał opo­wie­ści o czer­wo­nej ho­ło­cie, któ­ra chce znie­wo­lić Eu­ro­pę.

To wte­dy strze­lec o imio­nach Pa­weł Wik­tor, szczę­ka­jąc z bólu zę­ba­mi, opo­wie­dział czer­wo­no­ar­mi­ście o swo­ich ro­dzi­cach. Opi­sał mu dwo­rek we wsi Do­łha, w któ­rej po­dob­no miesz­kał. Po­chwa­lił się, że jego ro­dzin­na po­sia­dłość leży za­le­d­wie trzy go­dzi­ny mar­szu na po­łu­dnio­wy za­chód. Po­pro­sił, by go tam za­pro­wa­dził. Obie­cy­wał za to so­wi­tą na­gro­dę. Do­kład­nie wy­ja­śnił, jak tra­fić. Mó­wił, że wzdłuż dro­gi ob­sa­dzo­nej li­pa­mi pły­nie rzecz­ka.

– Woda w niej to krysz­tał. Moż­na pić bez obaw, a przy mły­nie chło­pa­ki ze wsi ła­pią ryby i raki. – Roz­ma­rzył się w szcze­niac­kim unie­sie­niu. Do­dał, że za sta­rym klo­nem na skrzy­żo­wa­niu bę­dzie ce­gla­na ka­plicz­ka, a na wzgó­rzu ro­do­wy cmen­ta­rzyk z ka­mien­ną bra­mą.

Ro­sja­nin z uwa­gą wy­słu­chał ran­ne­go Po­la­ka. Do­wie­dział się, że jest on je­dy­na­kiem, że tuż przed woj­ną z ma­jąt­ku ucie­kła ru­siń­ska służ­ba i zo­stał tyl­ko je­den nie­do­łęż­ny for­nal. Pa­weł po­chwa­lił się, że mają sta­re­go wy­żła, któ­ry wabi się Kasz­tan, i że pies jest nie­zwy­kle ła­god­ny.

Zwia­dow­ca za­da­wał swo­je py­ta­nia od nie­chce­nia, by nie wzbu­dzić po­dej­rzeń, jak­by to była miła po­ga­węd­ka, a nie prze­słu­cha­nie. Prze­pla­tał je zmy­ślo­ny­mi opo­wie­ścia­mi o swo­im szczę­śli­wym dzie­ciń­stwie. Wspo­mniał o wspa­nia­łych, ko­cha­ją­cych ro­dzi­cach, któ­rzy za­pew­ni­li mu god­ną po­dzi­wu mło­dość i wy­kształ­ce­nie w Ki­jo­wie. Fak­ty były inne. Po­cho­dził wpraw­dzie z pol­skiej ro­dzi­ny wy­wie­zio­nej spod Grod­na na Sy­bir, ale ra­do­sne­go dzie­ciń­stwa nie miał, bo wy­cho­wał się w Mo­hy­le­wie, w sie­ro­ciń­cu pro­wa­dzo­nym przez sio­stry za­kon­ne.

Dał spo­kój ża­ło­snym wspo­mnie­niom o ro­dzi­cach, któ­rych ni­g­dy nie spo­tkał, bo się go wy­rze­kli. Już za to za­słu­gi­wa­li na śmierć, jak wszy­scy bun­tu­ją­cy się prze­ciw ma­tecz­ce Ro­sji. Wie­dział, co zro­bić z Po­lacz­kiem. W jego od­dzia­le z za­sa­dy nie bra­ło się jeń­ców.

Kie­dy Pa­weł za­koń­czył ckli­wą opo­wieść o ro­dzin­nym domu, zwia­dow­ca uznał, że nad­szedł czas, by skró­cić jego męki. Strze­lił nie­do­pał­kiem na dno oko­pu i nie­spiesz­nie się­gnął po ba­gnet. Już miał wbić sta­lo­we ostrze pod że­bra ran­ne­go, lecz w ostat­niej chwi­li się opa­mię­tał. Zro­bi­ło mu się żal no­wiut­kie­go mun­du­ru, któ­ry za­chla­pał­by krwią. Schwy­cił więc ran­ne­go za gło­wę i, tak jak to ro­bił nie­raz z pol­ski­mi żoł­nie­rza­mi, z ca­łej siły prze­krę­cił ją w bok. Usły­szał ci­che chrup­nię­cie, po któ­rym chło­pak osu­nął mu się w ra­mio­na i zwiot­czał.

Zwia­dow­ca zła­pał gów­nia­rza za nogi i od­cią­gnął na dno leja po po­ci­sku ar­mat­nim. To wte­dy, gdy się po­chy­lał nad cia­łem, do­strzegł mię­dzy klap­ka­mi roz­pię­te­go koł­nie­rza zło­ty me­da­lik. Po­boż­ny żoł­nie­rzyk miał pe­cha – Mat­ka Bo­ska Nie­po­ka­la­na, w któ­rą wie­rzył, nie oca­li­ła go. Wi­docz­nie była czymś za­ję­ta.

Ro­sja­nin, uwa­ża­jąc, by nie ro­ze­rwać łań­cusz­ka, zdjął zdo­bycz i na­ło­żył so­bie na szy­ję. Spraw­dził jesz­cze kie­sze­nie mar­twe­go. Szczę­ście mu do­pi­sy­wa­ło. W spodniach zna­lazł bel­gij­skie­go brow­nin­ga i srebr­ny ze­ga­rek z de­wiz­ką. Z blu­zy wy­jął ksią­żecz­kę woj­sko­wą i ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że mar­twy strze­lec był jego ró­wie­śni­kiem. Obaj przy­szli na świat we wrze­śniu ty­siąc dzie­więć­set dru­gie­go roku. Zwia­dow­ca roz­piął dru­gą kie­szeń blu­zy nie­bosz­czy­ka i wy­jął z niej list. Li­te­ry na ko­per­cie były roz­ma­za­ne, po­my­ślał więc, że ktoś skro­pił je łza­mi. Prócz rzew­nej ko­re­spon­den­cji z bła­ga­niem o po­wrót do domu ro­dzin­ne­go w środ­ku było zdję­cie ko­bie­ty w śred­nim wie­ku ucze­sa­nej w kok, za­pew­ne mat­ki Paw­ła. Nie­wia­sta uśmie­cha­ła się uf­nie, wy­cią­ga­jąc szy­ję z bia­łej ża­kar­do­wej bluz­ki, jak­by chcia­ła coś waż­ne­go po­wie­dzieć.

Ro­sja­nin nie wia­do­mo dla­cze­go uśmiech­nął się do jej po­do­bi­zny, a po­tem zdjął z nie­bosz­czy­ka mun­dur i prze­brał się, jak­by miał to od daw­na za­pla­no­wa­ne.

Uni­form pro­sto ze szwal­ni le­żał na nim jak ulał. Mimo że koł­nierz blu­zy był wy­bru­dzo­ny zie­mią i że na pra­wym man­kie­cie wid­nia­ły pla­my z za­krze­płej krwi, to i tak był o nie­bo lep­szy niż wy­tar­ta gim­na­stior­ka i wy­szmel­co­wa­ne ko­le­jar­skie spodnie. Chło­pak na­ło­żył też na gło­wę ro­ga­tyw­kę z orzeł­kiem, bo jego bu­dio­nów­ka z czer­wo­ną gwiaz­dą prze­pa­dła gdzieś w cza­sie lot­ni­cze­go ata­ku. Z ca­łe­go odzie­nia naj­bar­dziej spodo­ba­ły mu się buty z cho­lew­ka­mi ze skó­ry cie­lę­cej. Buty ma­rze­nie: so­lid­ne, pod­ze­lo­wa­ne, pach­ną­ce pa­stą. Od­kąd je zo­ba­czył, na­brał na nie ocho­ty. Ścią­gnął je ze stóp mar­twe­go. Przez mo­ment się wa­hał, czy wy­rzu­cić onu­ce, ale tyl­ko je wy­trze­pał i bez ce­re­gie­li ob­wią­zał nimi swo­je brud­ne sto­py. Wsu­nął je do bu­tów, któ­re pa­so­wa­ły na nie­go ide­al­nie.

Nagi nie­bosz­czyk z wy­sta­ją­cy­mi że­bra­mi draż­nił go, jak­by to on sam le­żał wy­cią­gnię­ty na pia­chu i wy­sta­wiał na czyjś wi­dok swo­je przy­ro­dze­nie. Dla po­rząd­ku ubrał go w swój mun­dur. Wło­żył mu do kie­sze­ni wła­sną ksią­żecz­kę woj­sko­wą, za­sa­lu­to­wał, zro­bił prze­pi­so­wy zwrot i od­ma­sze­ro­wał.

*

Ru­szył w stro­nę Do­łhy, ukła­da­jąc w gło­wie plan, któ­ry pod­su­nął mu ła­two­wier­ny żoł­nierz. Po dro­dze pa­ro­dio­wał jego głos i ru­chy. Przy­szło mu to za­dzi­wia­ją­co ła­two i spra­wi­ło nie­skry­wa­ną przy­jem­ność. Po­su­wał się skra­ja­mi la­sów i pól, by trud­niej było go do­strzec. Po mniej wię­cej dwóch go­dzi­nach uj­rzał na dnie nie­wiel­kiej ko­tlin­ki krę­tą po­lną dro­gę. Gdzie pro­wa­dzi­ła? Do nie­ba, a może do pie­kła?

Prze­sko­czył mie­dzę usia­ną ka­mie­nia­mi i zna­lazł się na łące po­ro­śnię­tej tra­wą oraz mchem. Bał się otwar­tej prze­strze­ni. Po­ko­na­nie jej bie­giem za­ję­ło mu kil­ka­na­ście se­kund. Wi­dział po­bie­la­łą od słoń­ca czasz­kę za­ją­ca, a może kró­li­ka, któ­ry kie­dyś ki­cał we­so­ło, za­nim roz­szar­pa­ły go szczę­ki dra­pież­ni­ka. Do­strzegł też świe­że od­ci­ski łap lisa po­zo­sta­wio­ne na wy­schnię­tym bło­cie. Po chwi­li za za­krę­tem po­ka­za­ło się sa­mot­ne go­spo­dar­stwo.

Przy­sta­nął. Iść czy nie iść? Po­sta­no­wił za­ry­zy­ko­wać: zna­leźć wodę, zdo­być coś do je­dze­nia, a je­śli się da, to na­wet od­po­cząć.

Zbli­żał się do za­bu­do­wań od stro­ny wie­ko­we­go sadu, w któ­rym drze­wa ugi­na­ły się od doj­rza­łych owo­ców. Ze zło­ci­sty­mi jabł­ka­mi, któ­ry­mi wkrót­ce na­peł­nił kie­sze­nie, sta­nął pod ścia­ną sto­do­ły. Na­słu­chi­wał, wbi­ja­jąc zęby w so­czy­sty miąższ. Było mu do­brze, o ile tak może być mło­de­mu chło­pa­ko­wi na woj­nie, na ob­cej zie­mi. Kie­dy zjadł jabł­ko i wy­rzu­cił ogry­zek, zo­ba­czył roz­ło­ży­stą gru­szę. Za­pra­gnął skosz­to­wać jej słod­kich owo­ców. Ob­szedł drze­wo, od­go­nił osę i wy­cią­gnął rękę po szpi­cza­stą gru­chę, ale za­marł rap­tow­nie, jak­by zdzie­lo­ny obu­chem mię­dzy oczy.

Po­śród ga­łę­zi ukry­ta była gru­ba tyka słu­żą­ca do strą­ca­nia owo­ców z przy­mo­co­wa­nym do niej stra­chem na wró­ble. Ale to nie był zwy­czaj­ny strach, tyl­ko drob­na sta­rusz­ka w lnia­nej ko­szu­li na­dzia­na na drew­nia­ną żerdź. Ostrze wy­sta­wa­ło bie­dacz­ce z gar­dła, krew za­sty­gła jej na no­gach, a chu­dziut­kie ręce zwi­sa­ły wzdłuż tu­ło­wia jak po­ła­ma­ne ko­na­ry.

W jed­nej se­kun­dzie chło­pak stra­cił ocho­tę na owo­ce. Prze­cie­rał oczy ze zdu­mie­nia, nie wie­rząc w to, co wi­dzi, ale nie było cza­su na roz­my­śla­nia. In­stynk­tow­nie przy­lgnął do de­sek sto­do­ły na­grza­nych od słoń­ca i za­czął się wy­co­fy­wać.

Ude­rzy­ła go nie­na­tu­ral­na ci­sza. Nie sły­szał gda­ka­nia kur ani od­gło­sów by­dła. Na szczę­ście nie było psa, któ­ry mógł­by rzu­cić się do no­ga­wek albo do gar­dła. Schy­lo­ny przedarł się przez ło­pia­ny i przy­cup­nął za po­chy­lo­nym wy­chod­kiem. I wte­dy do jego uszu do­tarł za­sta­na­wia­ją­cy mo­no­ton­ny dźwięk. Ma­szy­na, a może czło­wiek? Nie po­tra­fił od­gad­nąć, co go wy­da­je. Po­sta­no­wił to spraw­dzić. Od­bez­pie­czył pi­sto­let i wszedł pew­nie na po­dwór­ko.

To, co tam zo­ba­czył, ode­bra­ło mu na mo­ment ro­zum. Ga­pił się na nie­wiel­ki tra­wia­sty plac. Kil­ka kro­ków od nie­go ob­ra­cał się drew­nia­ny kie­rat, do któ­re­go przy­wią­za­ni byli łań­cu­cha­mi bro­da­ty Cy­gan i bru­nat­ny niedź­wiedź. Kie­dyś jako dziec­ko chło­pak wi­dział po­dob­ną parę na jar­mar­ku pod Miń­skiem. Sta­ry Cy­gan de­mon­stro­wał ta­niec niedź­wie­dzia, wy­gry­wa­jąc mu na skrzyp­cach skocz­ną me­lo­dię.

Bro­dacz w kwie­ci­stej ko­szu­li i bu­fia­stych haj­da­we­rach nie żył. Tyl­ko niedź­wiedź groź­nie po­sa­py­wał, nie po­tra­fiąc się uwol­nić od łań­cu­cha, któ­ry przy­ku­wał go do gru­bej bel­ki. Naj­dziw­niej­sze było, że zwie­rzę za­miast przed­nich łap mia­ło dwa krwa­wią­ce ki­ku­ty. Po co ko­muś łapy mi­sia?

Chło­pak przy­po­mniał so­bie sło­wa sko­śno­okie­go Kir­gi­za, któ­ry był ku­cha­rzem w jego od­dzia­le. Tam­ten mó­wił, że kto skosz­tu­je zupy ugo­to­wa­nej na ła­pach niedź­wie­dzia, uzy­ska nad­ludz­ką siłę i spryt. Nie ro­zu­miał, dla­cze­go ów ktoś, kto wy­my­ślił ma­ka­brycz­ne przed­sta­wie­nie, nie za­bił zwie­rzę­cia od razu. Oka­le­czo­ny niedź­wiedź wpa­try­wał się w przy­by­sza męt­nym wzro­kiem, bez­myśl­nie prąc do przo­du i cią­gnąc za sobą tru­pa. Nad parą za­przę­gnię­tą do ja­ło­wej pra­cy uno­si­ła się chma­ra ką­śli­wych much.

Mło­dzik ob­szedł skrzy­pią­cy kie­rat i sta­nął przy stud­ni. Cały czas ob­ser­wu­jąc te­ren, wy­cią­gnął że­la­zne wia­dro z drew­nia­nej cem­bro­wi­ny. Kie­dy od­cze­pił je z haka i prze­chy­lił, by za­spo­ko­ić pra­gnie­nie, prze­klął woj­nę, bo za­miast zim­nej wody uj­rzał na dnie od­rą­ba­ną gło­wę dziew­czy­ny ze ślicz­nym czar­nym war­ko­czem.

Po chwi­li, gdy opa­dły emo­cje, jesz­cze raz zaj­rzał do wia­dra. Pa­trząc na za­dar­ty no­sek i na za­mar­łe usta czar­no­bre­wej, za­sta­na­wiał się, dla­cze­go sam nie był zdol­ny do ta­kich od­ra­ża­ją­cych czy­nów. Czy był za sła­by, by de­lek­to­wać się zbrod­nią? I dla­cze­go od­cho­dził na bok, gdy jego ko­le­dzy z od­dzia­łu prze­ci­na­li pol­skich pa­nów piłą cie­siel­ską i za­ba­wia­li się ze szla­chec­ki­mi dziew­ka­mi przy za­wo­dze­niu har­mosz­ki?

Prze­mógł się. Wsu­nął rękę do że­la­zne­go wia­dra i de­li­kat­nym, nie­mal piesz­czo­tli­wym ru­chem od­su­nął z czo­ła dziew­ki ko­smyk zle­pio­nych krwią wło­sów. Jego uwa­gę przy­ku­wa­ły ob­na­żo­ne zęby i wy­su­nię­ty ję­zyk. Po­my­ślał o czymś i prze­szły go ciar­ki.13 maja 1968 r., Warszawa, Dom Partii

Ostre świa­tło biu­ro­wej lamp­ki oświe­tla­ło owal­ny stół w ga­bi­ne­cie na trze­cim pię­trze biu­row­ca przy No­wym Świe­cie sześć przez dwa­na­ście. W nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu obi­tym aku­stycz­ną matą ci­sza zda­wa­ła się roz­sa­dzać bę­ben­ki.

Po­staw­ny, lek­ko szpa­ko­wa­ty męż­czy­zna od­giął dło­nią na­grza­ny klosz, by dać od­po­czy­nek zmę­czo­nym oczom. Po­tem prze­tarł jed­no­dnio­wy za­rost na po­licz­kach i spoj­rzał na sie­dzą­ce­go na krze­śle go­ścia w sta­lo­wym gar­ni­tu­rze.

– Czy wszyst­kie moje po­le­ce­nia zo­sta­ły wy­ko­na­ne?

– Tak, wszyst­kie. Ra­dziec­cy przy­ja­cie­le są nam życz­li­wi. Wy­sta­wi­li już od­po­wied­nie do­ku­men­ty, mimo że chy­ba nie w peł­ni zda­ją so­bie spra­wę z na­szych za­mia­rów.

– Do­sko­na­le, to­wa­rzy­szu Le­chic­ki. Tym bar­dziej trze­ba bę­dzie do­ce­nić ich po­świę­ce­nie, gdy przy­ja­dą do nas z re­wi­zy­tą. Zor­ga­ni­zu­je­cie wy­pad do Łań­ska. Wam to aku­rat­nie wy­cho­dzi. Oni uwiel­bia­ją pol­ską na­tu­rę i inne atrak­cje pod­la­ne spi­ry­tu­sem. Wie­cie, co mam na my­śli? – Mru­gnął po­ro­zu­mie­waw­czo.

– Cy­ca­te ak­ty­wist­ki de­fi­lu­ją­ce przed try­bu­ną ho­no­ro­wą na Pierw­sze­go Maja? – Ni­ski męż­czy­zna z pod­puch­nię­ty­mi ocza­mi za­śmiał się ru­basz­nie, lecz skar­co­ny spoj­rze­niem An­drze­ja Gór­skie­go szyb­ko za­milkł.

– Mu­si­my zdwo­ić wy­sił­ki. Sami wi­dzi­cie, że na­stro­je w na­szym obo­zie nie są naj­lep­sze. My­śmy się już upo­ra­li z mar­co­wym pasz­te­tem, ale Pe­pi­ki wciąż po­gry­wa­ją w pi­czy polo. Do­sta­li mał­pie­go ro­zu­mu. Za­chcie­wa się im so­cja­li­zmu z ludz­ką twa­rzą! Tak bar­dzo, że wkrót­ce chy­ba go zo­ba­czą.

Tu­bal­ny śmiech Gór­skie­go urwał się nie­spo­dzie­wa­nie.

Ni­ski, ły­sie­ją­cy męż­czy­zna chciał odejść, ale jego szef po­de­rwał się z krze­sła i za­gro­dził mu dro­gę.

– Przy­po­mi­nam, dla for­mal­no­ści, za­sa­dy współ­pra­cy. Żad­nych za­pi­sków, nie dzwo­ni­my do sie­bie, no chy­ba że zda­rzy się coś wy­jąt­ko­we­go. Przy­cho­dzi­cie tyl­ko wte­dy, gdy was o to po­pro­szę. Z ni­kim się nie kon­tak­tu­je­cie, tyl­ko ze mną.

Le­chic­ki pa­trzył na Gór­skie­go nie­chęt­nym wzro­kiem. Nie­bie­skie oczy prze­ło­żo­ne­go, gę­ste ja­sne wło­sy i gład­ka twarz z moc­no za­ry­so­wa­ny­mi szczę­ka­mi bu­dzi­ły w nim mę­ską za­zdrość.

– Jak naj­mniej wie­dzieć to pierw­sza za­sa­da, to­wa­rzy­szu. Wy­bra­łem was, bo do­głęb­nie ją ro­zu­mie­cie – ob­ja­śnił Gór­ski.

– Wszy­scy zna­ją chlub­ną prze­szłość to­wa­rzy­sza i dla­te­go chcie­li­by z nim współ­pra­co­wać.

Ta fał­szy­wa wa­ze­li­niar­ska for­muł­ka po­brzmie­wa­ła jesz­cze dłu­go po wyj­ściu za­ro­zu­mia­łe­go ka­ra­cza­na w wy­tłu­mio­nym po­miesz­cze­niu przy­po­mi­na­ją­cym egip­ski gro­bo­wiec.

An­drzej Gór­ski czuł do Zyg­mun­ta Le­chic­kie­go au­ten­tycz­ne obrzy­dze­nie. Mały, trzę­są­cy ga­cia­mi fa­cet pra­co­wał z nim od paź­dzier­ni­ko­we­go prze­ło­mu w pięć­dzie­sią­tym szó­stym. Wie­dział za dużo, by moż­na było się go po­zbyć. Może na­wet miał na nie­go ja­kie­goś haka, któ­re­go trze­ba stę­pić, póki nie wbi­je się bo­le­śnie w cia­ło. Żeby się uwol­nić od przy­krych my­śli, Gór­ski schy­lił się pod dę­bo­we biur­ko. Otwo­rzył drzwicz­ki i się­gnął po flasz­kę czy­stej. Opu­kał lak scy­zo­ry­kiem i wy­bił ko­rek, ude­rza­jąc z wy­czu­ciem dło­nią w den­ko pół­li­trów­ki. Nie po­trze­bo­wał szklan­ki. Kla­so­wy, ro­bot­ni­czy ry­tu­ał przy­swo­ił so­bie tak samo, jak każ­dy zdro­wy oby­wa­tel kra­ju le­żą­ce­go nad Wi­słą.

W jego gar­dle za­bul­go­ta­ło i obez­wład­nia­ją­ce cie­pło spły­nę­ło do żo­łąd­ka. Gór­ski od­cze­kał chwi­lę. Przy­mknął oczy i wlał do ust ko­lej­ną por­cję si­wu­chy. Tym ra­zem le­kar­stwo przy­nio­sło od­wrot­ny sku­tek. Po­licz­ki po­kry­te ostrym za­ro­stem po­de­szły krwią, bo kpi­na w gło­sie Zyg­mun­ta Le­chic­kie­go za­bo­la­ła go jak wbi­ty pod że­bra nóż. Przy­po­mniał so­bie za­ska­ku­ją­cy sy­gnał, któ­ry wy­sy­ła­ło cia­ło ka­ra­cza­na. W cza­sie krót­kiej roz­mo­wy jego pod­wład­ny był nie­na­tu­ral­nie spię­ty, jak­by ko­goś – a może cze­goś – się lę­kał.

Od pew­ne­go cza­su ba­wi­ło go od­ga­dy­wa­nie gry cia­ła u lu­dzi. W tram­wa­ju, na uli­cy albo na­wet na ze­bra­niach ak­ty­wu par­tyj­ne­go ana­li­zo­wał po­sta­wy, ru­chy, spoj­rze­nia, ge­sty i sło­wa. Ostat­nio eks­pe­ry­men­to­wał na Le­chic­kim, sta­ra­jąc się wpro­wa­dzić go w za­kło­po­ta­nie. Kur­du­pel przyj­mo­wał otwar­tą lub za­mknię­tą po­sta­wę cia­ła, nie­świa­do­mie do­pa­so­wu­jąc się do jego po­le­ceń jak mu­zyk w or­kie­strze do dy­ry­gen­ta. Na twa­rzy pod­wład­ne­go pod ma­ską za­do­wo­le­nia cza­ił się obrzy­dli­wy strach.

Gór­ski od­sta­wił flasz­kę i się­gnął do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki po kar­to­no­we pu­de­łecz­ko z ry­sun­kiem ro­syj­skie­go lu­do­we­go in­stru­men­tu. Uniósł po­kryw­kę. Schwy­cił śli­ski sta­lo­wy drut. Roz­wi­nął go na bla­cie i prze­cią­gnął z czu­ło­ścią mię­dzy opusz­ka­mi pal­ców, na­stęp­nie bły­ska­wicz­nie zwi­nął i pie­czo­ło­wi­cie uło­żył w pu­de­łecz­ku, jak­by od­gry­wał ta­jem­ni­czy ry­tu­ał.

Po tym ćwi­cze­niu uśmiech­nął się do sie­bie za­gad­ko­wo. Był ogrom­nie cie­kaw, jaki prze­kaz ode­brał­by Le­chic­ki, wi­dząc jego nie­win­ną za­ba­wę. Cia­ło w od­róż­nie­niu od ję­zy­ka ni­g­dy nie kła­mie.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: