Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Lepsza strona życia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
3600 pkt
punktów Virtualo

Lepsza strona życia - ebook

Jak odnaleźć nową siebie, gdy ciało wysyła sygnały ostrzegawcze, a serce nagle zaczyna bić w rytmie, którego dawno nie słyszało?

Agnieszka prowadzi własny pensjonat, ma nastoletniego syna i dom z pięknym widokiem na las. Takie życie to spełnienie jej marzeń – niech już tak będzie zawsze!

A jednak… wszystko nagle chwieje się w posadach, kiedy przybywa tajemniczy mężczyzna w kowbojskim kapeluszu, a lokalny sołtys zaczyna śnić o politycznych salonach, wciągając Agnieszkę w swoją niecną intrygę. Jeśli dodać do tego syna, który nagle się zakochuje i ma nowy pomysł na życie, to wiadomo już, że uporządkowany świat Agnieszki sypie się jak domek z kart.

Z pomocą nadciąga niezastąpiony duet: mechanik Zdzisiek, który naprawi wszystko… no, może poza złamanym sercem, i jego żona Katarzyna, nie bez powodu zwana Carycą.

Pełna ciepła i humoru opowieść o tym, że dojrzała miłość bywa gorętsza niż nastoletnie zauroczenia, a każdy koniec jest początkiem nowej przygody.

Anna Janiak - autorka powieści „Pudełko pełne starych spraw”. Z wykształcenia dziennikarka, przez ponad dwadzieścia lat pracowała w prasie, pisząc o muzyce, telewizji i filmie.

W swoich powieściach lubi mieszać elementy dramatyczne i komediowe. W życiu prywatnym łączy bycie mamą trójki dzieci z pracą w firmie budowlanej, którą prowadzi wraz z mężem. Razem z nim stworzyła także kolekcję zabytkowych aut – amerykańskie klasyki w ich garażu dostają nowe życie. Jej ulubionym samochodem jest czerwony Mustang z 1967 roku.

Ma też wyjątkowego owczarka belgijskiego Lego, z którym nieustannie nad czymś pracuje – obecnie uczą się odnajdywać zaginionych ludzi.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8444-632-4
Rozmiar pliku: 732 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PUSZKA PANDORY SIĘ OTWIERA

Zawróć! – coś w niej krzyczało.

– Cicho bądź – powiedziała temu czemuś.

Podjechała pod dom sołtysa wsi Joszki, żeby zapłacić podatek i porozmawiać o drodze dojazdowej. Zatrzymała samochód i spojrzała na żółty budynek w kształcie dużego klocka. Na piętrze trwał remont, szyby były brudne, pokryte kropkami farby. Poszarzałe firanki w oknie na parterze świadczyły o tym, że ktoś tu mieszka, i to już od dawna. Do tego klasyczne ogrodzenie z siatki, kilka tui, barwny o tej porze roku klon, a z tyłu stodoła i inne budynki gospodarcze. Posesja jakich wiele we wsi Joszki, znajdującej się w płytkiej dolinie otoczonej lasem. Im bliżej gęstych drzew, tym mniej klasycznych gospodarstw rolnych, za to ciekawsza architektura domów – jedne nowoczesne, inne w stylu kaszubskim.

Agnieszka wysiadła z auta i zatrzymała się na chwilę przed zieloną furtką z czerwoną tabliczką „Sołtys”.

Po prostu go nie lubię – pomyślała, próbując zakończyć dyskusję z wewnętrznym głosem, który podsuwał jej kolejne wątpliwości. To dziaders, przekonany, że miejsce kobiet jest w kuchni. A ja muszę być dla niego miła, żeby załatwić sprawę.

Poczuła tak nieprzyjemne ciarki na plecach, że aż wykrzywiła usta z obrzydzenia. Uznała, że musi schować lęk i niepewność w jakimś zakamarku duszy, żeby teraz jej nie przeszkadzały. Wzięła głęboki wdech i popatrzyła w niebo. Głos pełen obaw zamilkł.

Wcisnęła dzwonek i zerknęła na swój strój – dżinsowe ogrodniczki i jasnozieloną pikowaną kurtkę; wszystko znoszone, ale czyste i schludne. Poprawiła włosy luźno puszczone na ramiona.

Sołtys otworzył drzwi wejściowe, wychylił się i zawołał:

– Można wejść, otwarte!

Fala niepewności zderzyła się z falą gorąca. Choć był to jeden z tych październikowych dni, w których zimne wilgotne powietrze przenika człowieka do kości, Agnieszka poczuła, jak zalewa ją pot. W dodatku zaczerwieniła się jak onieśmielona nastolatka, choć była już dojrzałą kobietą. Nie miała makijażu, który mógłby to zakryć, ale liczyła, że okulary w ciemnych oprawkach dostatecznie maskują niepewność w jej oczach. Zresztą zwykle udawało jej się to ukrywać. Ludzie brali ją za niezwykle pewną siebie, choć w środku często kuliła się jak szczenię.

Podeszła do drzwi.

– O, pani Agnieszka, jak miło! – odezwał się mężczyzna, ledwie poruszając gęstym ciemnym wąsem.

– Dzień dobry, ja z podatkiem – powiedziała, wyciągając z torby kopertę.

Nie sięgnął po nią, tylko otworzył szerzej drzwi.

– Proszę wejść, zapraszam. – Poprawił ciemne, zapewne farbowane, włosy, które choć w miarę gęste z przodu, bezlitośnie przerzedzały się na czubku głowy.

– Bardzo się spieszę. – Agnieszka przestąpiła z nogi na nogę i spojrzała na swojego Citroëna, jakby zaraz miał zacząć trąbić, zniecierpliwiony czekaniem.

– Ja bez okularów to nic nie policzę. Taki wiek. – Mrugnął i gestem zaprosił ją do środka.

Ile mógł mieć lat? Może trochę więcej od niej, ponad pięćdziesiąt?

Weszła, a przechodząc obok niego, poczuła coś dziwnego – jakby przejście zrobiło się węższe, a ona, żeby się zmieścić w korytarzu, musiała się o niego otrzeć.

Uderzył ją zapach wody kolońskiej z mocną cytrusową nutą. I zapach domu – zakurzonego i lekko zatęchłego. Wstrzymała oddech i minęła sołtysa najszybciej, jak umiała. Dopiero po wejściu do salonu znów wzięła wdech, wciągając głównie zapach kurzu.

Czas zatrzymał się w tym pokoju pięć lat temu, kiedy zmarła żona sołtysa Mełnickiego. Teraz stał tu pokryty pyłem regał ze sklejki, a na nim widać było kilka tomów encyklopedii sprzed lat, sztuczny kwiat i jakieś pudełko. Reszta półek pozostawała pusta. Regał zaprojektowany był tak, żeby udawał mebel bardzo drogi i elegancki, ale odchodząca tu i ówdzie okleina zdradzała prawdę. Rozłożysta kanapa w brązowe esy-floresy także miała rozmach siedziska rodem z pałacu, ale wykonanie budżetowe. Przed nią stał stolik kawowy z powykręcanymi fikuśnie nogami, piękny niczym solidny dębowy mebel. A obok – fotel zasłonięty szczelnie brązowym kocem.

– Herbaty, kawy? – zapytał Tadeusz Mełnicki.

– Nie, dziękuję.

– A może coś mocniejszego? – Znowu puścił do niej oko i ponownie nieprzyjemny dreszcz przebiegł jej po plecach, ale nie dała tego po sobie poznać.

– Nie. Spieszę się. – Wyjęła z koperty plik banknotów i położyła go na stoliku obok gazetki z sudoku.

– To chwilę potrwa. Z pieniędzmi nie ma co się spieszyć. – Sołtys wyciągnął z szuflady regału notes i druki z pokwitowaniami. – Pani usiądzie, pani Agnieszko. – Westchnął, zakładając okulary w grubych oprawkach, choć nie na tyle grubych, by przysłoniły jego krzaczaste ciemne brwi okalające jasnobrązowe oczy.

Nie patrząc na nią, sam usiadł i zaczął pisać. Przycupnęła na fotelu obok, starając się zająć jak najmniej miejsca. Niespodziewanie nie wiadomo skąd pojawił się biały kot w rude i czarne łaty. Stanął naprzeciwko Agnieszki i wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami.

– To ja przy okazji chciałam napomknąć… – zaczęła mówić, ale nie mogła zebrać myśli. Okropnie peszyło ją dziwne spojrzenie kota. Odwróciła się do niego bokiem i próbowała nie patrzeć w tę stronę. – Może udałoby się w gminie zrobić w końcu drogę dojazdową do mnie? Napisałam już tyle podań, że można by książkę wydać. – Zaśmiała się, ale nie pojął żartu.

Tadeusz zmarszczył czoło i spojrzał na nią znad okularów.

– Odłożyli tę inwestycję… – Rozłożył ręce i zrobił zbolałą minę.

– O, dlaczego? – spytała i dotknęła palcem ust.

Mogłam się umalować, byłoby bardziej efektownie. Uśmiechnęła się w myślach, uświadamiając sobie, że to mały, a jednak bardzo kokieteryjny gest. Od lat już nie stosowała takich sztuczek. Nie szukała romansów, znajomości, flirtów. A już na pewno nie z sołtysem Mełnickim, choć czuła, że akurat na niego jakoś dobrze działa jej urok.

Mężczyzna oderwał się od liczenia pieniędzy i na chwilę zatrzymał wzrok na jej ustach. Albo jej się wydawało, albo usłyszała, że mlasnął.

– W kasie gminy pusto – odezwał się i wrócił do liczenia.

Wtedy kot wskoczył jej na kolana. Zesztywniała, nie bardzo wiedząc, jak zareagować. Zwierzę zaczęło się mościć, ugniatając jej uda i co chwila wbijając w nie kłujące jak igiełki pazurki.

– Lubi cię. To Milka, kocica – powiedział sołtys, nie patrząc ani na Agnieszkę, ani na swoją podopieczną.

Zwierzę chwilę pokręciło się na kolanach i w końcu ułożyło. Agnieszka wyciągnęła rękę w stronę kotki, próbując ją pogłaskać, ale najwyraźniej nie o ten gest chodziło. Milka nagle zeskoczyła i głośno fuknęła niezadowolona. Agnieszka odetchnęła z ulgą – po igiełkach w udach zostało tylko lekkie swędzenie.

– Gmina realizuje duże inwestycje unijne. – Wróciła do tematu. – Do każdego domu w Joszkach prowadzi już asfalt, chodniki są pięknie wybrukowane, a do mnie do pensjonatu goście jadą po kurzu i błocie. I jestem w urzędzie spławiana.

Wstała i wyprostowała się, by jej głos zabrzmiał pewnie.

– Pan to ma dojścia… – dodała z nutą podziwu. – Latarnie rok temu mi załatwił…

– Miau. – Tym razem kocica spojrzała na sołtysa i otarła mu się o nogę.

Pokiwał głową i być może jej się wydawało, ale zobaczyła cień uśmiechu pod gęstym wąsem.

– Wspomnę wójtowi i radzie gminy o tej drodze. – Zdjął okulary, wstał i stanął koło Agnieszki, jakby ciut za blisko. Znów poczuła cytrusową woń jego perfum. – Ale jak tu dołożymy, to gdzieś odejmiemy…

Kocica miauknęła ponownie.

– Czyli? – Agnieszka zmarszczyła czoło i poczuła, jak kolejna fala potu zalewa jej dłonie. Zrobiły się mokre ze stresu. To coś, co wcześniej kazało jej zawracać, teraz wróciło do jej głowy z dramatycznym krzykiem „uciekaj!”.

Zrobiła krok do tyłu i oparła się o fotel.

– Słabo mi, potrzebuję wody – powiedziała.

Zawahał się, jednak po chwili kiwnął głową i wyszedł z pokoju. Za nim radośnie pobiegła kocica, zadowolona, że jej prośba o posiłek została wysłuchana. Agnieszka podniosła się i ruszyła w stronę drzwi wyjściowych, ale w progu salonu zatrzymał ją sołtys. Podał jej szklankę.

– Agnieszko… – Oparł dłoń na swoim biodrze. – Tyle lat się znamy… Ty się nie bój, bo ja z życzliwością do ciebie i pomysłem wychodzę. Może spotkamy się i spokojnie pomyślimy, jaki interes możemy razem ubić?

Znamy się, bo jesteś sołtysem! I nagle jesteśmy na „ty”? – Zszokowana, wzięła od niego szklankę i napiła się wody, byle zyskać na czasie i nie musieć tego komentować. Taki interes możemy ubić, że będziemy trzymać się od siebie z daleka. Ty za tę drogę nie płacisz z własnej kieszeni – dodała w myślach, ale z niepojętej dla siebie grzeczności kiwnęła lekko głową.

– Pomyślimy – odpowiedziała tylko, czując, że zabrzmiało to obrzydliwie piskliwie, a każda nuta tych słów trąci fałszem.

Zamknęła za sobą drzwi i odetchnęła z ulgą. Nie przeczuwała, że właśnie otworzyła puszkę Pandory.NOWY W LESIE

Szła za swoim psem wąską ścieżką wśród pożółkłych traw, mokrych od porannych mgieł. Słońce leniwie rozpoczynało krótką podróż po październikowym niebie, a jego promienie zawieszały się na pajęczynach obficie ozdobionych kroplami rosy.

Naszyjniki jesieni zrobione z najdroższych diamentów – pomyślała Agnieszka i uśmiechnęła się, bo wiedziała, jak kruche są takie klejnoty.

Pies zgrabnie omijał te miejsca i z zaciekawieniem wąchał wszystkie zakamarki. Barry był krzyżówką labradora i owczarka niemieckiego – pogodnie usposobiony, chętnie przynoszący piłeczki i patyki każdemu napotkanemu człowiekowi, zawsze gotów do aportowania. Za to mniej przyjazny dla innych psów. Dlatego kiedy Agnieszka zobaczyła, że na wzgórzu przed nią coś się poruszyło, gwałtownie się zatrzymała.

To pies?

Zmrużyła oczy, bo mimo okularów nie mogła rozpoznać kształtu.

Owczarek?… Nie, za duży trochę – oceniła.

Szary taki, z krótką szyją i długim podniesionym ogonem? Dziwne…

Wtedy zwierzę też się zatrzymało, podniosło nos i najwyraźniej wiedzione złapanym zapachem skierowało się w ich stronę.

Wilk… Poczuła, jak palące igiełki strachu wypełniają jej ciało. Zrobiła krok w tył.

– Barry! – zawołała. Pies niechętnie przerwał węszenie i podszedł do niej. Przypięła smycz do obroży.

Wilk patrzył wprost na nią – wyprostował się i podniósł głowę, ukazując w pełni swój majestat…

Zrobiła jeszcze jeden krok w tył, zastanawiając się gorączkowo, czy się odwrócić, uciekać czy wycofywać powoli. Dzieliło ich kilkadziesiąt metrów. Nigdy nie była w takiej sytuacji. Barry zaczął przyglądać się jej zaniepokojony. Podążył wzrokiem za swoją panią i znieruchomiał. Wtedy zdecydowała, że musi się odwrócić i po prostu iść w drugą stronę.

Nie iść.

Biec!PRZECZUCIE OLGI

Dziura na dziurze… Jak tu do ciebie ludzie dojeżdżają? – Olga wyskoczyła z pikapa i jednym susem znalazła się przy Agnieszce.

– Ci, którzy chcą, dają radę. Jak ty.

Agnieszka objęła ją i ucałowała. Była wyższa od przyjaciółki i zdecydowanie większa, choć należała raczej do szczupłych. Olga za to miała drobną budowę ciała, a odkąd została mamą, karmienie piersią i zmęczenie sprawiły, że jej sylwetka stała się krucha, niemal wychudzona. Mimo to, ściskając ją, Agnieszka poczuła jej pełne, mleczne piersi.

– Bogini matka. – Spojrzała na nią z czułością. – Jak ci jest w tej roli?

– Dobrze. – Olga się uśmiechnęła. – A, Staś! – przypomniała sobie.

Obeszła pikapa i otworzyła drzwi od strony pasażera. Wyjęła synka z fotelika i spojrzała na pakę samochodu.

– Wózek… – westchnęła.

– Pomogę ci. – Agnieszka otworzyła pakę i zwinnie na nią wskoczyła.

Ubrana była w dresowe spodnie, bluzę i bezrękawnik. Najwygodniejsze, co może być do prac w ogrodzie, których teraz, kiedy szykowała pensjonat na zimę, było bez liku. Właśnie naprawiała płot przy wjeździe. A nie był to zwykły plot, tylko misternie spleciona wiklina.

Olga włożyła Stasia do wózka, opatuliła go kocykiem i podeszła zobaczyć dzieło swojej przyjaciółki.

– Mówisz, że to wiosną ożyje?

– Mam nadzieję. Wiklina to młode pędy wierzb, a im wiele nie potrzeba, żeby puszczały liście i korzenie, zwłaszcza jeśli poczują ziemię, ciepło i wilgoć. – Agnieszka wzięła do ręki rękawiczki i sekator, które odłożyła na pieńku na widok nadjeżdżającej Olgi. – Może napijemy się kawy? – zaproponowała.

Olga przytaknęła i ruszyły w stronę pensjonatu.

– Wiklinowy płot będzie tu pasował. Masz drewnianą elewację, no i te piękne niebieskie okiennice, a do tego las w tle. – Olga rozglądała się dookoła, jakby to była jej pierwsza wizyta u Agnieszki, choć bywała tu często, zwłaszcza od kiedy zaczęła rozwijać swoją agroturystykę i przyjeżdżała po rady i wskazówki do przyjaciółki. – Cieszę się, że wreszcie wyrwałam się z domu. Czuję się, jakbym wyszła z więzienia – zażartowała, patrząc na Stasia. – Miał ospę i nie ruszaliśmy się nigdzie przez ponad miesiąc. Zachorował, mimo że karmię piersią. – Spojrzała na przyjaciółkę, marszcząc czoło, jakby ta mogła jej wyjaśnić to dziwne zjawisko.

Agnieszka pomyślała, że to nawet zabawne – Olga miała w sobie naiwność, która potrafiła rozbrajać niejedno zatwardziałe serce, a już z pewnością jej racjonalne myślenie.

– Jeśli chodzi o dzieci, niczego nie przewidzisz. – Wzruszyła ramionami.

Agnieszka mocno stąpała po ziemi, była konsekwentna i poukładana. Taki obraz siebie stworzyła i mocno go pielęgnowała. Nie dawała światu poznać, jak wielkie tornada emocji przechodzą przez jej głowę. Nie chciała, żeby ktokolwiek dostrzegł, że czegoś się boi, z czymś sobie nie radzi. Maska kobiety-opoki była dla niej bardzo wygodna. I choć Olga była jej dość bliska, nawet jej nie dane było się dowiedzieć, co się pod tą maską kryje. Mog­ła jedynie przeczuwać. I, o dziwo, jakoś trwała ta ich przyjaźń, o którą częściej zabiegała Olga. Dopasowane jak dwa puzzle – jedna roztrzepana, a druga racjonalna aż do bólu.

Po chwili obie siedziały na tarasie w dużych wiklinowych fotelach z kubkami parującej kawy w dłoniach. Olga nogą bujała wózek ze Stasiem. Chłopiec nie spał, z ciekawością rozglądał się po okolicy.

Nagle sosnowa szyszka odbiła się od niewielkiego daszku nad ich głowami i spadła na drewniane deski tarasu. Obie spojrzały w stronę sosny – dużej, starej, powyginanej od ciężaru lat i wielkości gałęzi. Agnieszka tak zaprojektowała drewniany taras, żeby zrobić miejsce dla iglaka, i teraz idealnie komponował się z całym budynkiem, jakby był jego częścią.

– Czuję zapach tej sosny. – Olga wciągnęła powietrze nosem. – A myślałam, że pachną tylko wiosną.

– Ta pachnie zawsze. – Agnieszka też zaciągnęła się zapachem żywicy i igieł. Zawsze działał na nią jak najlepszy lek uspokajający, choć miała wrażenie, że ostatnio jego moc osłabła, a pod skórę wpełzał dziwny niepokój…

Olga podniosła szyszkę spod nóg i podała ją Stasiowi.

– Zobacz, jaka ładna – powiedziała.

Chłopiec z radości aż podskoczył w wózeczku.

– Fajni są tacy mali… a potem… – Agnieszka uśmiechnęła się do dziecka i pomyślała o swoim synu. Miał cztery lata, kiedy tu zamieszkali. Też zachwycał się wtedy szyszkami, z patyków i żołędzi robili ludziki. Wciągnęła żywiczny zapach sosny i przypomniała sobie, jak opowiadała mu o tym drzewie. Jej prababka Malwina wykopała tę sosnę z lasu i przyniosła w prezencie dla dziadka. Chorował na astmę. Było tuż po wojnie i nie mieli nic, ani jedzenia, ani leków. I babcia wymyśliła, że przyniesie mu tę sosnę, która będzie lekiem na całe zło. Wiosną zbierała z niej młode pędy, by robić z nich syrop na kaszel, a latem siadywali pod nią, by dziadek mógł wdychać naturalne aromaty. Czy to sosna działała, czy wielka miłość? Dziadek przeżył o wiele dłużej, niż zapowiadali lekarze. Mały Adaś uwielbiał tę historię i uważał, że to drzewo jest najlepszym lekarstwem na wszystko. Zbierał szyszki dla mamy i wdychał woń ­sosny jak dziadek, kiedy sam miewał ataki astmy.

Teraz był nastolatkiem i niewiele rozmawiali – ani o sośnie, ani o innych sprawach. Agnieszka sądziła, że gdyby tylko mógł, w jednej chwili by się stąd wyprowadził.

– Masz problem z Adamem? – zapytała Olga.

– Małe dzieci, mały problem… – Agnieszka wyrecytowała starą mądrość, mając nadzieję, że wyczerpie temat, ale uważne spojrzenie czarnych oczu przyjaciółki wołało o bardziej wyczerpującą odpowiedź. Poczuła, że traktuje ją zbyt szorstko, spróbowała więc rozwinąć myśl: – No mam. Trochę jakby za mało… – Wstrzymała oddech, nie wiedząc, jak to nazwać. – Kurczę, nie wiem, co się z nim dzieje. – Wypuściła powietrze. – Nie lubi swojego technikum, a jak tylko coś nie idzie po jego myśli, obwinia o to mnie. Przesuwa moje granice do maksimum. Jestem tym już bardzo zmęczona… – Westchnęła.

Olga pokiwała głową.

– A te problemy z astmą?

– Jest lepiej. Leki i dieta podziałały. Ale wiesz, z tą dietą to jest tak, że jak nie patrzę, to on o niej zapomina. – Agnieszka machnęła ręką.

Staś wyrzucił szyszkę przed siebie. Olga podniosła ją i podała mu drugi raz. Ucieszył się i natychmiast rzucił ponownie. Najwyraźniej zmuszanie mamy do schylania się i szukania szyszki było fajniejsze niż oglądanie.

– Chyba potrzebujesz urlopu albo… – Przyjaciółka zawiesiła głos niepewna, czy może to wypowiedzieć. – Zmiany – dodała, zebrawszy się na odwagę.

Agnieszka zdecydowanie pokręciła głową.

– Nie chcę zmiany. Uciekłam tu przed całym światem, pamiętasz? To moje miejsce mocy, mój pomysł na życie. – Spojrzała na duże okna tarasowe pensjonatu, w których odbijały się pożółkłe liście drzew rosnących naprzeciwko i mocne promienie nisko zawieszonego na niebie słońca. – Dlaczego miałabym coś zmieniać?

– Bo spełnione marzenia też potrafią się wypalić? – Olga po raz kolejny podniosła szyszkę i podała ją rozbawionemu Stasiowi.

Agnieszka zamilkła. Poczuła, że narasta w niej złość. Nie prosiła o żadne rady. Była zadowolona ze swojego życia. Problemy, wiadomo, pojawiają się zawsze, ale jej jakoś szło. Pensjonat przetrwał kilka poważnych kryzysów, był czas, kiedy nawet myślała, że powinna go sprzedać. Ale przetrwała to i goście nadal przyjeżdżali, całe grupy zjeżdżały się na różne warsztaty. Warunki mieli skromne, ale bliskość natury gwarantowaną. I to wszystko bez większej reklamy.

– A jak pensjonat? Prowadzisz mu strony w social mediach, jak radziłam? – Głos Olgi teraz wydawał się nieprzyjemny, wręcz skrzekliwy.

– Trochę – rzuciła oschle Agnieszka.

– Trochę to mało. Trzeba ciągle coś dodawać. O jedzeniu, jakie podajesz, o warsztatach, o tym, jak zmieniają się pory roku, jaką wikliną oplatasz ogrodzenie…

– Daj spokój. – Agnieszka energicznym ruchem odstawiła kubek. Trochę za mocno i za głośno, aż Staś przerwał zabawę i spojrzał na nią zdziwiony.

– Kto się nie rozwija, ten się cofa. – Głos Olgi brzmiał pewnie i dumnie. – Stali klienci nie muszą być ci wiecznie wierni. Na kogo najbardziej liczysz w przyszłym sezonie? Wróżka Amelia i szkoła jogi z Warszawy?

Agnieszka chciała coś odpowiedzieć, ale tylko prychnęła. Dopiero po chwili zebrała myśli i rzuciła:

– Rozumiem, że ty się rozwijasz jak szalona. Masz już gości w agroturystyce? – Zacisnęła usta, bo nie chciała powiedzieć nic więcej. Poczuła, że całe ciało ma spięte i pełne niewidzialnych igieł. Że jest gotowa rzucić nimi w każdego, kto próbuje ją uczyć, jak ma żyć, namawiać na zmiany, chcieć od niej czegokolwiek. Nawet jeśli to ktoś bardzo bliski.

– Goście będą na wiosnę. Mam teraz małe dziecko. – Olga spojrzała na Stasia, który oparł główkę o bok wózka i przymknął oczy. – Muszę lecieć, zanim zaśnie. Stasiu, jeszcze nie śpij. – Bujnęła mocniej wózkiem.

– Jasne – mruknęła Agnieszka, też wstając.

Olga już chciała ruszyć, ale zatrzymała się i spojrzała na przyjaciółkę. Agnieszka poczuła, że czarne oczy skanują ją na wskroś.

– Potrzebujesz miłości. I ona się pojawi. Czuję to.

Domorosła wróżka – skomentowała Agnieszka w duchu, ale nie powiedziała nic na głos. Przeczucia Olgi się sprawdzały, ale przecież nie ma na to reguły, prawda? Poza tym, o kim ona mówi? O sołtysie Mełnickim?

Olga pokręciła głową i spojrzała na nią z troską.

– Tak tylko poczułam. Cokolwiek się wydarzy, potraktuj to na luzie, jako formę zadbania o siebie i powrotu do siebie po latach macierzyństwa.

Agnieszka pokręciła głową i zaśmiała się gorzko.

– Też mi powrót do siebie! Ganianie za facetem.

– No to już nic nie doradzam. Jesteś bardzo zestresowana – dodała Olga. Nachyliła się nad wózkiem i wzięła Stasia na ręce.

Kolejna szyszka spadła z daszku pod nogi Agnieszki.SPRAWA LUSTERKA

Zaletą mieszkania w małej miejscowości jest fakt, że wszyscy wszystkich znają i pomagają sobie, gdy pojawi się potrzeba. Albo przynajmniej wiedzą, kto tej pomocy nie odmówi. Dlatego kiedy Citroën Berlingo Agnieszki wyświetlił kontrolkę o konieczności wymiany oleju, wiedziała, dokąd jechać. Gdy zadzwoniła do Zdziśka, przypomniał jej, że miała być u niego ponad miesiąc temu na wymianie rozrządu i że igra z ogniem, skoro nie zrobiła tego od razu.

– Igra nie igra, w środku sezonu, z gośćmi w pensjonacie, nie mam kiedy naprawiać samochodu – wytłumaczyła.

– To zajmie chwilę – zapewnił.

Lubiła go. Był jedną z tych osób, do których miała totalne zaufanie. A on do niej chyba też. Potrafił rozłożyć jej płatności na raty, zrobić drobne usługi gratis, a w dodatku umiał naprawić i zawias od bramy, i drzwi garażowe. W zamian dostawał przetwory albo naprawiony i odnowiony mebel, bo to z kolei Agnieszka umiała zrobić własnymi rękoma.

Wiedziała, że u niego „chwila” to przedział czasu od trzech godzin do tygodnia, dlatego poczekała do jesieni, aż gości w pensjonacie było mniej i na ogół przyjeżdżali tylko na weekendy.

Zatrzymała się przed bramą i zatrąbiła. Można było do Zdziśka dzwonić, ale zwykle nie miał przy sobie telefonu, więc skuteczniejsze było trąbienie. Nie znosiła tego wprawdzie Katarzyna, jego żona, ale cóż, taki urok życia przy warsztacie.

Wpuścił ją przez bramę i kiwnął ręką, żeby wjechała do środka. Kiedy wysiadła z samochodu, od razu poczuła silną woń mieszanki smarów, olejów i paliwa. Wszystko zdawało się pokryte ciemną warstwą tłuszczu, aż trampki kleiły jej się do podłogi. Z ulgą spojrzała na swoje dżinsowe ogrodniczki i wepchniętą w nie bluzę – raczej nie powinna się o nic pobrudzić, a jeśli nawet, to było to tylko robocze ubranie. Nawet włosy związała i schowała pod czapeczką baseballową. Ruszyła w stronę kanciapy, gdzie zwykle przesiadywał pomocnik Zdziśka. Zajęty był teraz rozmową z jakimś mężczyzną.

– Taki klient, wiesz, fafarafa – mówił młody głos z mocnym „rrr”. – I ja mu mówię, że to będzie drogo kosztować. A on, że tylko wymiana pompy. To ja mu mówię: pompa pompą, ale tu nie działa przeczłap bambulatora. – Zarechotał gardłowo, a po chwili dołączył do niego drugi śmiech.

– Dzień dobry – przerwała im Agnieszka.

– O pani… pani… – zająknął się wysoki i szczupły mężczyzna, najwyraźniej zmylony jej niskim głosem. Znała go z widzenia, miał charakterystyczny krzywy nos i pracował u Zdziśka od dawna. Ten drugi, dowcipniś z gardło­wym „r”, blondyn z mnóstwem pryszczy na policzkach i brodzie, wyglądał za to bardzo młodo.

– Agnieszka – przypomniała mu. – Znajoma Zdziśka – podkreśliła, żeby przypadkiem nie płacić za jakiś przeczłap, rzecz, która najprawdopodobniej nie istnieje. – Zdzisiek mówił, że trzeba wymienić pasek rozrządu i olej. Ale jest coś jeszcze… – Wskazała na samochód. – Coś mi stuka przy prawym kole.

Wysoki mechanik z krzywym nosem wstał i podszedł do Citroëna.

Zdzisiek wyglądał jak Danny DeVito w czasach swojej największej popularności. Łysa głowa z ciemnymi drobnymi loczkami po bokach, brązowe oczy, okulary w czarnych oprawkach, zawadiacki uśmiech i charakterystyczny wzrost. Aktor podaje, że mierzy metr pięćdziesiąt dwa. Zdzisiek oceniał się na dziesięć centymetrów wyższego i wprost nie znosił porównań z gwiazdą Hollywood. Jego sława i duma były innego rodzaju…

Prowadził dobrze prosperujący warsztat samochodowy, miał doskonałą rękę do mechaniki i zamiłowanie do starych amerykańskich aut. Pierwsze przyjechały do niego jako mienie przesiedleńcze jego dziadka i szybko poczuł, że proste w naprawie Fordy i Chevrolety, za które kolekcjonerzy są w stanie zapłacić ogromne kwoty, to prawdziwa żyła złota. Nie potrzebował do tego nawet reklamy – jedni polecali go drugim, a z każdym sprowadzonym zza oceanu „złomkiem”, który odpicował, rosły zamówienia na kolejne… Jako reklama wystarczał więc dziesięcioletni szyld przy drodze, który głosił: „Napraw… samoch…ów, Zdzisław P…owski”, bo kilka liter się wytarło i zniknęło.

Jego warsztat rósł, a właściwie „pączkował” – do głównego pomieszczenia rok po roku dobudowywał kolejno: biuro, poczekalnię, kabinę do lakierowania. Przejścia tworzyły istny labirynt, nie wiadomo jak dostał akceptację na taki projekt i pozwolenie ze straży pożarnej. Uroku tej konstrukcji nie dodawała stojąca na zewnątrz wiata na sprowadzane w bardzo różnym stanie z USA samochody, które cierpliwie czekały na swoją kolej.

Zdzisiek siedział właśnie w biurze z klientem, który przyjechał odebrać swojego Mustanga.

– Rocznik 1967, S-Code… – Mechanik ze zmarszczonym czołem jednym palcem mozolnie wklepywał dane w komputer. Druga ręka wisiała nad klawiaturą, gotowa w czymś pomóc, ale litery nie znajdowały się tak szybko, żeby mog­ła się przydać. Co jakiś czas poprawiał więc nią okulary, najwyraźniej nienawykły do ich noszenia. Przydawały się tylko w biurze. I choć mechanika była jego mocną stroną, to biurokracja pozostawała czymś, czego nienawidził jeszcze bardziej niż porównań do Danny’ego DeVito. Obok klawiatury stało zdjęcie uśmiechniętej kobiety, mocno zaokrąglonej tu i ówdzie, na które ktoś nalepił karteczkę: „Odebrać dzieci w czwartek o 16.00”.

Jego klient, mężczyzna o sportowej sylwetce i szpakowatych włosach miękką falą sięgających nieco za uszy, zamaszystym ruchem zdjął z głowy kowbojski kapelusz i położył go na biurku. Czekał wpatrzony w plakaty wiszące na ścianie za Zdziśkiem. Była to nietypowa jak na warsztat samochodowy, gdzie spodziewał się nagich pań, filmowa kolekcja: Dodge Challenger R/T z hitu Urodzeni mordercy, Mustang z Bullita i Ford Thunderbird z Thelmy i Louise.

– Brakuje tylko Checkera z serialu Taxi z Dannym DeVito! – Mężczyzna się uśmiechnął, kompletnie nieświadomy, że właśnie, niczym magiczne zaklęcie, wymówił zakazane słowa.

Palec Zdziśka zatrzymał się nad klawiaturą, zmarszczki z czoła zniknęły, a na twarzy pojawił się bardzo szeroki i bardzo sztuczny uśmiech.

– Checker to złom, a ten gościu, co tam grał… – wycedził przez zęby Zdzisiek i pokręcił głową. Nie dokończył, machnął ręką. Zdjął okulary. Miał dosyć tej rozmowy i wysportowanego kowboja od Mustanga. To miał być taki dobry dzień… od ponad pół roku grzebał w tym samochodzie i marzył już, żeby uznać projekt za skończony. A teraz miał ochotę cisnąć klawiaturą i wygonić gościa gdzie pieprz rośnie.

Mocno kliknął trzy razy enter.

– Rabat mi nie wchodzi – wycedził. Ponownie założył okulary.

– Umawialiśmy się…

– Dobra, wszedł. – Zdzisiek odwrócił się w stronę drukarki, która zamruczała, zazgrzytała i wypluła z siebie pogiętą kartkę, częściowo wydrukowaną, a częściowo zamazaną tuszem.

– Noż kurwa mać! – Zdzisiek wstał i zamachał rękami.

Mężczyzna spojrzał na niego ze zniecierpliwieniem.

– I jeszcze… – odezwał się po chwili wahania. – Pamiętasz, prawe lusterko miałeś mi przyczepić przed wyjazdem. – Wyjął rzeczone lusterko z torby, którą postawił przy krześle.

Zdzisiek trzepnął klapką od drukarki i odwrócił się do klienta. Wziął głęboki wdech, bo to jednak pomagało się opanować, a czuł, że cały się trzęsie.

– Tak – powiedział głośno. – Obiecałem.

Jeszcze raz spojrzał na drukarkę, której wyświetlacz migał na czerwono, pokazując jakiś alert. Zrobił kolejny głęboki wdech.

Wtedy usłyszał trąbienie.

– Co znowu? – Wstał od biurka, a kiedy podszedł do okna, machnął ręką i włączył przycisk na pilocie na parapecie. Odwrócił się do „kowboja” i westchnął głośno, tym razem wypuszczając powietrze.

– Zrobimy tak. Idź tam na warsztat i poproś chłopaków o to lusterko. Powiedz, że ja kazałem. To prosta rzecz, poradzą sobie. A ja w tym czasie ogarnę tego rupiecia i po dobroci albo siłą wyciągnę z niego twoją fakturę.

Agnieszka razem z mechanikiem schylała się, próbując zajrzeć za koło swojego samochodu, kiedy do warsztatu wszedł mężczyzna w kowbojskim kapeluszu. Energicznym krokiem podszedł do stojącej tyłem Agnieszki i wręczył jej lusterko od Mustanga.

– Zdzisiek polecił, żeby to zamontować – powiedział.

Odwróciła się i spojrzała na niego zdziwiona.

– Ale… ja mam to zrobić? – odezwała się i zmierzyła go wzrokiem.

Fajny, ciekawe kto to – przemknęło jej przez myśl. Miał atletyczną sylwetkę, ubrany był w jasną koszulę w kratę, którą rozpiął jakby o jeden guzik za bardzo, ukazując owłosioną klatkę piersiową, przeciętą jakąś starą blizną. Włosy ciemne, do ucha, z mnóstwem srebrnych niteczek na skroniach, i równo przystrzyżony zarost.

Spojrzał na Agnieszkę ciemnobrązowymi oczami, tak że aż poczuła dziwny prąd, który przebiegł jej po kręgosłupie.

– Ależ najmocniej przepraszam. – Przechylił głowę, by pod daszkiem czapeczki złapać jej spojrzenie. Oczy mężczyzny zrobiły się okrągłe ze zdziwienia, a ciemne brwi wygięły się w zabawne daszki.

Uśmiechnęła się i oddała mu lusterko.

– Nie szkodzi.

– Naprawdę mi głupio, wziąłem panią za…

– Mechanika, wiem. – Weszła mu w słowo i wstrzymała oddech.

Z przerażeniem uświadomiła sobie, że nigdy dotąd nikt nie wziął jej za mężczyznę. Mylili się co do jej wieku, wyglądu, brali za kogoś innego, ale zawsze dla wszystkich była kobietą. A teraz nagle zniknęła jej płeć. Właśnie teraz, kiedy – och, tak bardzo chciałaby się przejrzeć w tych ciemnobrązowych oczach i zobaczyć pełnię swojej kobiecości.

Spojrzała na swoje trampki, rozciągnięte dżinsowe ogrodniczki, wepchniętą w nie bluzę. Do tego czapeczka na głowie i włosy spięte w kitkę.

Zamaskowałam się i zniknęłam – pomyślała.

– Przepraszam – powtórzył mężczyzna. – Zakręciłem się w tym labiryncie przejść… – Uśmiechnął się, a na jego policzku ukazał się szereg uroczych zmarszczek mimicznych.

O matko, George Clooney to przy nim przeciętniak! Agnieszka poczuła, że kręci jej się w głowie.

– Pan da. Do Mustanga, tak? – Wysoki chłopak z krzywym nosem wyciągnął rękę po lusterko. – Rafał, olej do wymiany w Citroënie, zajmij się tym. I rozrząd!

Agnieszka kiwnęła głową.

– Sprawdź jeszcze prawy wahacz i hamulce! – dodał, wołając do młodego pomocnika o gardłowym „rrr”.

Mężczyzna w kapeluszu podał mu lusterko, nie patrząc nawet w jego stronę. Jeszcze raz przechylił głowę, by zajrzeć pod daszek czapeczki i zobaczyć oczy Agnieszki.

– Wszystko w porządku? – zapytał z troską.

Nic nie jest w porządku, wyglądam jak mechanik – pomyślała i poczuła, jak zalewa ją fala gorąca. Ogrodniczki i bluza w jednej sekundzie przylepiły się do pleców. Zrobiło jej się słabo.

– Ze mną okej – skłamała.

Najchętniej położyłaby się tu, na lepkiej i brudnej od smarów podłodze, albo jeszcze lepiej – zapadła pod nią, przeniknęła w czeluści ziemi i spaliła w jej gorącym jądrze.

– Chętnie bym zobaczyła tego Mustanga – dodała nagle, żeby odwrócić uwagę od siebie.

– Tam jest. – Mężczyzna wskazał ręką przejście do drugiej sali warsztatowej i jeszcze raz się uśmiechnął, ukazując rząd białych zębów.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij