Lepsze buty - ebook
Pierwsza dłuższa historia cozy fantasy w serii „Magia, Zdaje Się”. Bren, milczący uczeń kowalski, całe życie trzymał się bezpiecznej strony. Gdy Maris ucieka w śmiertelną dzicz za osadą, a pierwszy mróz już nadchodzi, chłopak umie odczytać jej trop — nie wie tylko, czy stać go na trudniejsze: ruszyć za nią w ciemność i powiedzieć w porę to, co od lat przemilcza. Motyw: dorosłość to pójść po kogoś, zanim będzie za późno. W publikacji są elementy stworzone przy pomocy sztucznej inteligencji (AI).
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-937-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Najpierw był chłód, potem ogień, i Bren zawsze wolał ogień.
Wstawał, póki osada spała, póki ciemność za progiem nie zdecydowała jeszcze, czy chce być nocą, czy rankiem. Rozgrzebywał wczorajszy żar spod popiołu, dokładał węgla po garści i dmuchał, aż spod szarości wyjrzało pomarańczowe oko i rosło. O tej porze świat kurczył mu się do trzech rzeczy — węgla, żelaza i własnych rąk — i nikt niczego od niego nie chciał. Nikt nie czekał, aż się odezwie. Za to kochał to bicie najbardziej.
Gdzieś za ścianą szczeknął raz pies i zaraz umilkł, jakby zawstydzony, że odezwał się pierwszy. Z daleka ktoś rąbał drewno, miarowo, jeszcze sennie. Poza tym była tylko praca i jej własne dźwięki: oddech miecha, sapnięcie żaru, własny oddech Brena, który po zimach zrównał się z tamtymi dwoma tak, że nie umiałby ich już od siebie oddzielić. W kuźni było ciepło od przodu i ostro zimno od progu, a Bren lubił stać akurat na tej granicy.
Pociągnął za sznur miecha. Węgiel odetchnął, poczerwieniał, i Bren przyglądał się, jak żar dochodzi do barwy, na którą czekał — jeszcze nie pomarańczowej, jeszcze nie białej, tej ze środka. Doss nazywał ją „dobrą”, i to było jedyne słowo, jakie do niej miał, ale Brenowi w głowie układała się zawsze inaczej: jako _prawie_. Prawie gotowa. Koloru nie dało się pośpieszyć; trzeba go było doczekać, tak jak się czeka, aż mleko zacznie chodzić pod pianą, ani chwili wcześniej.
Wyjął sztabę kleszczami, położył na kowadle i uderzył. Pierwsze uderzenie zawsze brzmiało wysoko i czysto, jakby żelazo się zdziwiło; potem szła już sama robota — obrót, raz, obrót, raz, snop iskier strzelający w ciemność i gasnący, nim doleciał do klepiska. Robił hak do studziennego łańcucha. Rzecz prosta; ale Doss nie znosił rzeczy robionych byle jak, choćby i najprostszych, i to akurat Bren wziął sobie do serca głębiej niż całą resztę nauki. Hak trzyma wiadro, wiadro trzyma wodę. Robił go więc tak, żeby się potem nie wstydzić — i tyle na razie chciał od życia.
Zginał rozżarzony koniec na rogu kowadła, raz, drugi, aż zawinął się w równe oko — to była jego ulubiona część, bo żelazo pod młotkiem przestawało być sztabą, a zaczynało być rzeczą, która do czegoś służy. Pot wystąpił mu na karku mimo chłodu od progu; otarł go ramieniem, nie odkładając kleszczy. Z drugiego końca rozkuł hak i wygładził go, obracając w palcach, póki nie przestał czuć pod opuszką żadnej szorstkości.
Hartował koniec, gdy światło za drzwiami zrobiło się o ton jaśniejsze, i wiedział, że to już ranek, choć słońca jeszcze nie było.
— Teraz — powiedział, do nikogo, i zanurzył żelazo w korycie. Woda syknęła i buchnęła parą, która pachniała rdzą i mokrym kamieniem.
✶
Doss wszedł, kiedy Bren wycierał hak ze zgorzeliny. Nie odezwał się od progu — stał chwilę, jak co rano, i patrzył, jakby liczył, czy wszystko jest tam, gdzie zostawił. Ciągnęło od niego chłodem i wczorajszym tytoniem. Zanim domknął drzwi, obejrzał się jeszcze na biały od szronu świat za progiem. — Ładnie ściął tej nocy — mruknął, bardziej do mrozu niż do Brena. — Szkoda tylko, że od ładnego nikomu nie cieplej.
— Za płytko grzejesz — rzucił wreszcie.
— Grzeję tyle, ile trzeba.
— Tyle, ile się boisz, że przepalisz. — Doss podszedł do kowadła i sięgnął po hak. I wtedy Bren zobaczył to, co od kilku kwadr udawał, że go nie obchodzi: rękę mistrza. Drżała. Niewiele — tyle, co woda w wiadrze, gdy ktoś przejdzie ciężko obok — ale drżała, i Bren poczuł to drżenie gdzieś pod własnym mostkiem, jak zimno. Nie powiedział nic, tylko pociągnął znów za miech, choć ogień niczego od niego nie chciał.
Doss obrócił hak w palcach, postukał weń paznokciem, posłuchał.
— Ujdzie. — Odłożył go, a potem, zamiast odejść do swoich spraw, sięgnął w kąt po starą sztabę, krzywą, odłożoną do przetopu, i podsunął ją Brenowi. — Stuknij. Tu. I tu.
Bren stuknął młotkiem, raz przy końcu, raz w środku. Dźwięk był prawie ten sam.
— I co?
— W środku głuchszy.
— Bo pęknięta. W środku, pod skórą. — Doss zabrał sztabę. — Okiem byś tego nie znalazł, choćbyś patrzył do wieczora. Tylko uchem i ręką. Zgrzej taką, walnij z rozmachu, i pęknie ci w robocie, akurat kiedy nie trzeba.
Cisnął ją z powrotem w kąt, gdzie zadźwięczała o inne odrzuty.
— Zapamiętasz?
— Zapamiętam.
— To dobrze.
Sięgnął po młotek, jakby chciał pokazać coś jeszcze — jak trzymać rękę nisko, żeby uderzenie szło z barku, nie z nadgarstka — ale palce nie ułożyły się na stylisku tak jak dawniej, i odłożył go, niby się rozmyślił.
— Sam wiesz — burknął.
Bren wziął młotek z miejsca, gdzie mistrz go zostawił, i stuknął raz, nisko, z barku, jak trzeba. Doss patrzył i nie poprawił.
Na ławie przy ścianie leżały okucia do okiennic — trzy pary zawiasów i skobli, które Bren wykuł dzień wcześniej dla Wenny, bo stare puściły na wiosnę i Wenna od tamtej pory groziła nimi co kwadrę. Doss obejrzał je po kolei, podniósł jeden zawias do światła, sprawdził, czy chodzi gładko.
— Wenna ci za nie nie zapłaci więcej, niż musi — mruknął.
— Wiem.
— Ale narobi gadania po całej osadzie, że nie ma lepszego kowala niż jej. — Poprawił się, niby to z niechęcią: — Mojego. — I coś, co u niego mogło ujść za uśmiech, ruszyło mu kąt ust i zaraz znikło. Odłożył zawias przy innych, co do palca tak samo, jak leżał.
Usiadł ciężko na zydlu przy palenisku i wyciągnął ku ogniowi obie ręce, tak naturalnie, że ktoś niewtajemniczony nie zauważyłby, że grzeje je dłużej, niż grzał zimę temu. Bren zauważył.
Od kilku kwadr robił też bez słowa drobne rzeczy, których zimę temu mistrz by nie zniósł: nosił cięższe sztaby pierwszy, podsuwał zydel bliżej ognia, zostawiał Dossowi najprostszą robotę, żeby tamten miał co robić rękami. Robił to tak, żeby nie wyglądało na opiekę.
Nalał z kociołka wrzątku na garść suszonego podbiału i postawił kubek przy zydlu — niby mimochodem, niby tak go odstawił, że gdyby Doss nie chciał, toby nie musiał. Doss wziął. Mruknął coś, co brzmiało jak skarga — że za gorące, że Bren go kiedyś oparzy, że za jego czasów uczeń nie poił mistrza ziółkami jak sąsiadkę. Ale pił, i grzał palce o gliniany bok kubka, i przez chwilę żaden z nich nie musiał nic mówić.
Ogień przygasał; Bren dorzucił węgla, choć nie trzeba było, i żar znów podszedł pomarańczowo. Mróz dobierał się do kuźni od progu, ale przy palenisku było jak zawsze — ciepło, swojsko, z zapachem węgla i starego żelaza. Bren odłamał połowę wczorajszej kromki, a drugą położył mistrzowi przy kubku; Doss sięgnął po nią, nie odrywając oczu od żaru.
— Na jarmark dostaniesz znak — powiedział Doss w żar, nie patrząc na niego. — Czeladniczy.
Bren nie podniósł głowy. Postukał młotkiem w nic na kowadle, dla samego stukania.
— Jeśli będę gotów.
— To się okaże w robocie. — Doss otarł wąsy wierzchem dłoni.
Przez chwilę patrzył w ogień i milczał. Potem chrząknął i wrócił do spraw zwykłych: — Idź no zjedz coś, a po południu zanieś okucia Wennie, bo mi co kwadrę grozi tą okiennicą jak komornik. I weź siostrze chleba, bo znowu nie jadła.
✶
Dom stał trzy zaułki dalej i pachniał inaczej niż reszta jego dni — dymem z drewna, suszonymi jabłkami i tą wilgocią, która wchodziła w ściany na jesieni i siedziała w nich aż do wiosny. Bren odgarnął zasłonę w progu i ciepło izby owinęło mu twarz. Pod powałą wisiały sznury jabłek i pęczki suszonych ziół; w kącie stał worek grochu na zimę i drugi, do połowy pełen suszu. Izba szykowała się na chłód po trochu, garść po garści, tak jak co jesień, odkąd zostali we dwoje.
Sela siedziała przy stole z nożem i koszem jabłek, krojąc je w cienkie półksiężyce na sznurek pod powałą. Pół kosza było zrobione. Drugie pół — zjedzone; poznał to po jej minie i po tym, że kosz stał podejrzanie lekko.
— Mistrz mówi, że nie jadłaś — powiedział, kładąc na stole chleb i kawałek słoniny.
— Mistrz mnie nie zna. — Sela nie podniosła wzroku. — Jadłam. Jabłka.
— Jabłka to nie jedzenie.
— Wszystko jest jedzeniem, jak się chce jeść.
Zanim usiadł, poprawił skobel u okiennicy, który obluzował się od wiatru — wcisnął głębiej, dobił obuchem noża, sprawdził, czy trzyma. Sela nie podniosła nawet głowy; w tym domu naprawiało się rzeczy po cichu, jedno za drugim.
Usiadł naprzeciw, wziął drugi nóż i jabłko, i kroił obok niej, bo tak się u nich robiło od pięciu zim: dwoje ludzi, jeden stół, ręce, które nauczyły się tego samego ruchu, żeby nie trzeba było gadać, jak się nie chciało. Skórka schodziła Seli jedną długą wstęgą, nieprzerwaną; jemu rwała się zawsze, choćby najmocniej uważał — i Sela śmiała się z tego, ilekroć miała okazję, a okazję robiła sobie sama.
Sznury jabłek pod powałą kołysały się leciutko w cieple znad pieca; te z brzegu, już dosuszone, marszczyły się i pachniały najmocniej. Co zimę to samo: kroić, nawlekać, czekać, aż przez całą zimę izba będzie pachniała latem, którego już nie ma. Bren lubił tę robotę bardziej, niż się przyznawał — trochę jak kucie, tyle że na słodko, i nie trzeba było przy niej nic mówić.
Sela kroiła i opowiadała — o wszystkim i o niczym, jak co rano: że u Grety kot się okocił, że woda w studni stoi już niżej, że sąsiadom uciekła gęś aż pod las i wróciła sama, obrażona. Bren słuchał jednym uchem, wtrącał „mhm” w mniej więcej właściwych miejscach, a Sela i tak wiedziała, że nie słucha, i mówiła dalej.
Przy tym stole bywało kiedyś czworo. Bren coraz słabiej pamiętał tamte twarze — rozmywały mu się z zimy na zimę, aż zostawał z nich sam kształt bez rysów. Zaraza zabrała ich w jedno lato, jego i pół ulicy; przyszła, wzięła, kogo chciała, i poszła dalej, jakby się gdzieś spieszyła. Sela miała wtedy osiem zim i nie chciała o tym mówić, a Bren nie umiał, więc nie mówili oboje, i jakoś ich to zrosło — krzywo, ale mocno.
— Doss mówił o znaku? — spytała Sela, niby to do jabłka, ale nóż jej przystanął. — Na ten jarmark?
Bren skinął głową, raz.
— I dasz radę?
— Doss mówi, że dam.
— Doss to nie ja. Ja pytam ciebie.
— Dam radę — powiedział, i sam się zdziwił, że wyszło bez „chyba”.
— To jak dostaniesz znak, będziesz mógł sam sprzedawać na jarmarku. Swoje rzeczy, za swoje. — Sela była już myślami gdzie indziej; nawlekała jabłko za jabłkiem i rachowała coś pod nosem. — Przyjedzie ten miodnik z Rudej, ten z zeszłej zimy, z makowcami. Zostawisz mi łuskę?
— Zostawię.
— Dwa.
— Jeden. I tak zjesz cudze.
Roześmiała się krótko i odkroiła sobie jeszcze plaster, jakby na dowód, że owszem, zje.
— Słyszałeś o magu? — spytała po chwili, znów poważniejąc. Oczy jej rozbłysły, jak zawsze, kiedy miała coś, czego on jeszcze nie miał.
— Słyszałem, że ludzie gadają.
— Umarł jakiś Wieczny. Tu, niedaleko nas. — Powiedziała to z powagą, jaką dzieci wkładają w rzeczy dla nich za duże, i czekała, aż się przejmie.
Bren odkroił równy plaster jabłka i podał jej, żeby miała czym zająć usta.
— To ludzie będą mieli o czym gadać do wiosny. — Wzruszył ramionami. — A i tak prędzej da nam popalić mróz niż jakiś mag, którego nikt z nas na oczy nie widział.
Sela zrobiła minę, która wyraźnie mówiła, co sądzi o mrozie jako temacie przy umarłym Wiecznym, ale plaster wzięła i schrupała.
— Wit o ciebie pytał — dodała po chwili, niby to do jabłka. — Wczoraj, u Wenny. I Tola, i Reda tam były. Mówią, że się nie pokazujesz, odkąd mistrz słabuje.
— Wit przesiaduje u Wenny, zamiast robić — mruknął Bren, prędzej, niż chciał.
— Wit pyta, bo mu zależy. — Sela spojrzała na niego z ukosa. — Mógłbyś czasem usiąść z ludźmi. Nie tylko z żelazem.
— Mam robotę.
— Zawsze masz robotę.
Powiedziała to miękko, bez cienia przygany — bo miała rację. Bren wziął kolejne jabłko i nic nie odpowiedział. Skórka urwała mu się od razu, ledwie zaczął ją zdejmować.
— Zaniosę okucia Wennie po południu — powiedział w końcu, jakby to było ustępstwo, i poniekąd było. — Może zajrzę.
— Zajrzyj. — Sela udała, że jej to obojętne, i wróciła do krojenia o jedno jabłko za szybko.
Wstał, otrzepał z kolan okruchy skórek. Sela wcisnęła mu do kieszeni dwa najlepiej dosuszone jabłka, nie pytając, czy chce.
— Wrócę przed zmrokiem. Nigdzie nie chodź sama nad rzekę.
— Nigdzie nie idę — odparła tonem osoby, która już wie, dokąd pójdzie. Bren udał, że tego nie usłyszał, i wyszedł w ranek. Świat zdążył się rozjaśnić i pobielić od szronu; każde źdźbło na miedzy stało sztywno, jakby je ktoś wykuł na zimno, i Bren przyznał w duchu, że Doss miał rację — mróz był ładny. Postał chwilę na progu, patrząc, jak osada się rozkręca: dym kładł się nisko nad strzechami, ktoś wołał krowę po imieniu, a od brodu niósł się stłumiony, zbity gwar, którego o tej porze dnia być tam nie powinno, ani o tej porze roku. Bren zostawił ten ostatni dźwięk za sobą, jak się zostawia uchylone drzwi, których nie chce się ani domknąć, ani otworzyć szerzej, i ruszył z powrotem do kuźni. Dzień miał się dopiero zacząć na dobre; okucia dla Wenny mogły poczekać do południa.
BreńRozdział 2 — Beczki
Doss kazał odnieść obręcz bednarzowi jeszcze przed jarmarkiem, bo bednarz zamówił ją na dużą kadź, a duża kadź czeka na obręcz tak, jak nic innego w warsztacie czekać nie umie — rozeschnięta, rozłażąca się w klepkach, niegotowa. Bren wziął ją na ramię, ciepłą jeszcze od ostatniego prostowania, i poszedł na drugi koniec osady, gdzie pod okapem szopy stało więcej drewna w jednym miejscu niż gdziekolwiek w Ostrowinie: klepki dębowe ustawione w wachlarze do schnięcia, kręgi obręczy, stosy wiórów po kostki, i ten zapach, którego Bren nie umiał nie lubić — świeżo ciętego dębu, żywicy, i pod spodem czegoś gorzkawego, jakby samo drewno pamiętało, że było kiedyś drzewem.
Bednarz hoblował klepkę, przyciskając ją kolanem do kobylicy, i nie podniósł od razu głowy. Dopiero gdy strug doszedł do końca i wiór spadł skręcony na kupę innych, bednarz wyprostował się, otarł czoło wierzchem dłoni i spojrzał na obręcz na ramieniu Brena, nie na samego Brena.
— Dossowa robota — powiedział, i nie było to pytanie; poznawał ją jak po piśmie. — Połóż przy kadzi. — A potem, jakby się dopiero przypomniał, że za obręczą stoi człowiek: — Siadaj, chłopcze. Napijesz się czego ciepłego. Mróz idzie, a ja jeszcze tej kadzi nie domknę, bo mi się klepka jedna paczy i paczy, choć ją moczę trzeci dzień.
Bren postawił obręcz przy wskazanej kadzi i usiadł na przewróconym cebrze, bo odmówić by było nieuprzejmie, a poza tym w szopie było ciepło od ciał i roboty, a w kuźni czekał tylko stygnący Doss i Sela, której wełny myśli Bren nie umiał jeszcze tego dnia udźwignąć. Bednarz nalał mu z garnka czegoś, co pachniało jabłkiem i goździkiem, i wrócił do swojej klepki.
— Zima będzie ostra — rzucił, nie odrywając się od roboty. — Czuć w drewnie. Dąb tej jesieni schnie prędzej niż zwykle; zawsze tak przed mrozem, co ściśnie. Klepka albo pęknie, albo nie. Tyle wiem. — Zdmuchnął wiór. — Twoja kadź będzie trzymać, czuję pod ręką. Powiedz Dossowi, że obręcz dobra. On tam jeszcze kuje sam czy już tylko patrzy?
— Już więcej patrzy, niż kuje — przyznał Bren.
— Tak to idzie. — Bednarz pokiwał głową, bez wesołości. — Ręce pierwsze siadają, potem oczy. Tak ze starym bywa. Dobry był rzemieślnik. Szkoda człowieka.
Bren nie odpowiedział. Siedzieli chwilę w milczeniu.
Maris była w głębi szopy. Bren zobaczył ją dopiero teraz — siedziała na stosie gotowych klepek, z dłońmi w wełnie, którą rozplątywała na motki, i robiła to tak, jak robiła wszystko: szybko, dokładnie, z tą jedną częścią uwagi, która zawsze zostawała jej wolna i wędrowała gdzie indziej. Bo na kolanach, wciśniętą między uda i motek, miała książkę. Otwartą. Czytała ją kątem oka między jednym splotem a drugim, w tych ułamkach, kiedy palce plotły dalej same — kradła sobie zdanie, dwa, i wracała do wełny, nim ktokolwiek zdążył zauważyć, że jej tu nie ma.
Bren zauważył. Ale Bren zauważał o niej rzeczy, których nie zauważał nikt, i nauczył się dawno tego nie pokazywać.
— Kowal przyszedł — powiedziała, nie podnosząc wzroku, tym swoim głosem, który zawsze wiedział o jedno więcej. — Z obręczą. Patrz, ojcze, świat się trzyma w kupie: Doss przysyła żelazo, na czas. Jakby nic się nie miało zmienić.
— A co się ma zmienić — mruknął bednarz, ale powiedział to w klepkę, nie do córki, i Bren usłyszał w tym to samo, co słyszał wczoraj na placu w śmiechu bednarza: człowieka, który bardzo chce, żeby się nic nie zmieniło, i wie, że już za późno.
Maris uniosła wreszcie oczy. Spojrzała na Brena znad książki, którą zaraz przykryła wełną, jakby przykrywała coś żywego.
— Nie powiesz nikomu, że czytam w robocie — rzuciła. — Bo ojciec dostanie nową zmartwę do swojej kolekcji, a ma już pełną.
— Komu miałbym mówić — odparł Bren. — I co. Że bednarzówna umie litery. Wielka zbrodnia.
— Dla niektórych większa, niż myślisz. — Wyjęła książkę spod wełny, jakby na przekór, i pokazała mu grzbiet, przełamany od otwierania w tych samych miejscach. — Ta jest jedyna, jaką mam. Czytałam ją tyle razy, że już nie wiem, czy ją czytam, czy sobie opowiadam z pamięci. Wuj jakiś zostawił, dawno, jak umarł — nikt inny jej nie chciał, bo „co baba zrobi z literami”. To ja wzięłam. — Pogłaskała grzbiet kciukiem, odruchem. — Ciotka miała mi przysłać inną. Siostra matki, za Wełną, w mieście — tam, mówią, jest cała ulica, gdzie papier sprzedają na łokcie, jak płótno. Obiecała list i książkę, jak będę większa. Większa już jestem, a książki nie ma. Może ciotka umarła. Może zapomniała. Może książki to nie taka rzecz, którą się komuś posyła w tę głuszę, gdzie i tak nikt nie ma czym ich czytać.
— To po co ją nosisz, jak ją znasz na pamięć — spytał Bren, bo naprawdę nie rozumiał, a kiedy czegoś nie rozumiał, wolał spytać niż udać.
Maris popatrzyła na niego dłużej, jakby ważyła, czy warto odpowiadać prawdą.
— Bo dopóki ją mam — powiedziała wreszcie, ciszej, żeby ojciec nie słyszał — to mam dokąd pójść. Wystarczy otworzyć. Tu, na klepkach, między wełną a kadzią, otwieram ją i już mnie nie ma w Ostrowinie. Jestem w mieście, którego nie widziałam, na ulicy, której nie ma, i nikt mnie tam nie wydaje za nikogo. — Wzruszyła ramieniem, schowała książkę z powrotem. — Głupie. Wiem. Ale tanie. Na tyle mnie stać.
Bednarz odłożył strug. Podszedł, otarł ręce o fartuch i stanął nad nimi, patrząc na córkę z tą jedną twarzą, której Bren mu na placu nie widział, bo na placu była mina dla ludzi, a tu była twarz dla domu — zmęczona, czuła i winna naraz.
— Dam ci na książkę — rzucił szorstko, jakby mu się to słowo wyrwało przed namysłem. — Jak się wszystko ułoży. Jak ten dług zejdzie. Będziesz miała książek, ile zechcesz, cały kufer, w tym kamiennym domu. Oren nie pożałuje, on porządny, on da.
— Cały kufer książek, których nie będę miała kiedy czytać, bo żona młynarza ma co innego do roboty. — Maris powiedziała to lekko, bez ostrza. — Dziękuję, ojcze. Naprawdę. Tylko wiesz, jak to jest: można komuś dać wszystkie książki świata i odebrać jedyne bicie, w którym by je czytał. I wtedy to nie jest dar. To jest kufer w kącie.
Bednarz nie odpowiedział. Wrócił do klepki, do tej jednej, co się paczyła trzeci dzień, i hoblował ją dalej, mocniej, niż trzeba, jak człowiek, który woli mieć w rękach drewno, co stawia opór, niż słowa, na które nie ma rady.
Maris odprowadziła go wzrokiem, potem spojrzała na własne nogi — na buty, te nowe, grube, ze świńskiej skóry, które wystawały spod spódnicy nie do pary z resztą jej znoszonego odzienia, bo były jedyną nową rzeczą, jaką miała.
— Wiesz, że zbierałam na nie zimę? — powiedziała, nie całkiem do Brena, bardziej do butów. — Każdą rybę u Redy. Zimę śliskich, zimnych ryb. A teraz mi mówią, że żonie młynarza buty niepotrzebne, bo żona młynarza nie chodzi. — Poruszyła stopą, jakby się upewniała, że buty wciąż tam są. — Dziwne, co dają za dług. Dają dom, ciepło, pełną misę. A zabierają nogi i oczy. Najpierw oczy — bo na czytanie nie będzie czasu — potem nogi, bo i dokąd by tu chodzić. Zostaje człowiekowi reszta: ręce do roboty i usta do mówienia „tak”. — Spojrzała wreszcie na niego, krzywo, z tym swoim półuśmiechem. — Nie patrz tak, kowalu. Nie skarżę się. Liczę tylko, co po czym idzie. Lubię wiedzieć, ile co kosztuje, nim zapłacę.
Bren dopił napar. Powinien był wstać, podziękować, pójść — robota czekała, Doss stygnął, dzień się nie wydłużał. Ale siedział jeszcze chwilę, bo coś go trzymało w tej ciepłej szopie pełnej dębu i niedopowiedzeń. W kuźni rzeczy albo się dawały naprawić, albo nie; tu, między beczkami, była trzecia możliwość, najgorsza: rzecz, którą się da naprawić, ale czyimś kosztem, i każdy w tej szopie wiedział czyim.
— Idź już, kowalu — powiedziała Maris, kiedy wstał. Wróciła do wełny, do motka, i książka znów leżała otwarta na jej kolanach, choć ojciec patrzył. — I dziękuję za obręcz. Przynajmniej coś się dziś trzyma, jak ma.
Wyszedł w mróz, ze smakiem jabłka i goździka w ustach i z czymś gorzkim pod spodem, co szło z nim do samej kuźni. Obejrzał się raz, już z drogi. Przez otwarte wrota szopy widać było bednarza pochylonego nad krnąbrną klepką i Maris na stosie drewna, małą w tym całym dębie, z głową odrobinę pochyloną nad czymś na kolanach — i Bren wiedział, choć z tej odległości nie mógł tego widzieć, że to coś to nie wełna.Rozdział 3 — Targ i dług
Plac w Ostrowinie budził się późno i niechętnie, jak wszystko, co lubi ciepło. Bren przyszedł z koszem drobnicy od Dossa — okucia do wiader, garść haczyków, dwa noże do oprawiania ryb — i rozłożył to na desce przy słupie do koni, bo straganu Doss nie trzymał od wielu zim, a Bren nie zamierzał zaczynać. Pachniało wędzoną rybą, dymem z węgli, na których ktoś prażył kasztany, i mokrą wełną tylu ludzi naraz, że plac parował jak stado.
Szło ciszej niż zwykle. Targ to przecież krzyk: kto taniej, kto świeższe, kto komu został winien miarkę grochu od zeszłej zimy. Dziś ludzie mówili półgłosem i zerkali ku rzece, jakby osada nasłuchiwała czegoś, czego nikt nie chciał wypowiedzieć na głos. Bren zerknął raz w tamtą stronę i wrócił do swojej deski. Nie jego rzecz.
Stach, pastuch Tomka, przepędzał właśnie skrajem placu kilka owiec, które nie chciały iść, i tłumaczył im to spokojnie, po imieniu, jakby owce słuchały imion. Przy beczce z kapustą ktoś targował się zażarcie o rzecz, która i tak była tania. Pies przemknął z kością większą od siebie. Zwykły dzień — tylko ten półgłos pod spodem, jakby ktoś przykręcił w osadzie knot.
— Te do wiader biorę wszystkie — oznajmiła Greta. Z Gretą się nie targowało: ustalała, ile da, dawała tyle, i jeszcze człowiek był rad. Wcisnęła mu w dłoń zawiniątko, w którym coś pachniało miodem i tymiankiem. — A to mistrzowi na ten kaszel, którego niby nie ma. I dopilnuj, żeby to pił co wieczór, bo się zaprze i będzie charczał do wiosny.
— Powiem — odparł Bren, choć i to było łatwiejsze niż prawda.
Dwa stąpy dalej Reda oprawiała węgorze nad skrzynką i wiadrem słonej wody, ruchami tak szybkimi, że nóż znikał i wracał, nim oko zdążyło go dogonić. Nie wołała na kupujących jak inni.
— Doss żyje? — spytała, nie podnosząc wzroku znad ryby.
— Żyje.
— To dobrze. — Rzuciła mu przez deskę dwa węgorze zawinięte w łopuch. — Dla niego i dla małej. Nie próbuj płacić, bo cię oprawię jak tego tu. — I oprawiła tamtego jednym ruchem, a Bren schował rybę.
Onufry-druciarz przystanął przy desce, niby to obejrzeć haczyki, a naprawdę żeby pogadać, bo Onufry przystawał zawsze, żeby pogadać.
— Słyszałeś o bednarzównie? — Zniżył głos do szeptu, który niósł się dalej niż jego zwykła mowa. — Idzie za młynarza. Za Orena! Dług ojca, mówią. No bo jak inaczej — kto by tam szedł z własnej woli za chłopa, co pamięta jeszcze, jak ten młyn stawiali. — Pokręcił głową z lubością. — Choć dom ma z kamienia. Ja bym tam za kamienny dom… no, mnie to co innego, mnie nikt nie chce, ha.
— Haczyk bierzesz czy oglądasz? — spytał Bren.
— Oglądam. — Onufry odłożył haczyk i poszedł oglądać dalej, i opowiadać dalej, bo jedno i drugie szło mu równie sprawnie.
Bren sprzedał noże rybakowi. Jakaś gospodyni oglądała okucie pod światło, postukała w nie, powąchała nawet, jakby żelazo mogło być nieświeże, i targowała się o pół łuski tak długo, że w końcu dorzucił jej haczyk za darmo, byle poszła — z targowaniem nie było mu po drodze, nie tak jak Wennie, która taką babę trzymałaby do wieczora dla samej uciechy. Sprzedał resztę okuć i został mu już tylko jeden haczyk i pół poranka, kiedy po drugiej stronie placu, przy beczkach bednarza, zobaczył to, o czym gadał Onufry.
Oren rzadko schodził na plac. Miał młyn na nurcie i dom z kamienia za młynem, i to ludzie chodzili do niego, nie on do ludzi. A teraz stał przy warsztacie bednarza w dobrym, ciemnym kaftanie i nie oglądał beczek. Bednarz — ojciec Maris — kiwał głową raz po raz, za szybko, jak człowiek, któremu spada z karku ciężar dźwigany za długo. Potem obaj podali sobie ręce. Bren stał daleko, a i tak zrozumiał ten uścisk równie dobrze jak każdy na placu: dług bednarza właśnie przestał być długiem, a stał się czymś innym.
Bednarz roześmiał się przy tym za głośno na to, co właśnie zrobił, i klepnął Orena w ramię. Parę głów na placu obróciło się w tamtą stronę i zaraz odwróciło, bo na cudzy targ patrzy się kątem oka, nie wprost. Ktoś mruknął coś o kamiennym domu; ktoś inny — że za dług bywa i gorzej.
✶
Bren nie zamierzał iść w tamtą stronę. Poszedł, bo zza beczek wychynęła znajoma głowa w za dużej chustce — i ta głowa go zobaczyła, i nie było już jak udawać, że się jest gdzie indziej.
— Kazałem ci siedzieć — powiedział, stając nad siostrą.
— Siedzę. — Sela siedziała istotnie, na przewróconej beczce, machając nogami, które nie sięgały ziemi. — Przy Maris. To nie nad rzeką, tylko na placu, a place są bezpieczne, sam mówiłeś.
Nie mówił, ale nie zamierzał się o to teraz spierać, bo obok Seli, z naręczem wełny, stała Maris i patrzyła na niego znad tego naręcza z półuśmiechem, który niósł więcej, niż wypadało przyznać. Sela wcisnęła się między nią a Brena, jak zawsze, gdy chciała mieć oboje naraz, i Maris bez patrzenia poprawiła jej zsuwającą się chustkę — odruchem tak domowym, że Bren przez chwilę nie wiedział, która z nich jest starsza.
— Kowal. — Maris mówiła do ludzi tytułami, kiedy nie chciała mówić imionami; Bren nauczył się tego dawno. — Doss puścił cię samego na targ? Świat się kończy.
— Doss został przy ogniu.
— Mądry Doss. — Wzięła z jego kosza ostatni haczyk, obejrzała pod światło, odłożyła równo, tam gdzie leżał. Palce miała szybkie, zręczne, ani na chwilę spokojne — pakowała tę wełnę w kosz tak starannie, jakby od równości zwojów zależało coś, czego nie da się ułożyć inaczej. — Sela mówi, że robisz znak na jarmark. Czeladniczy.
— Jak będę gotów.
— Wy obaj z tym „jak będę gotów”. — Kąt jej ust drgnął, ale uśmiech nie doszedł wyżej. — Człowiek czeka, aż będzie gotowy, i tak go zima zastaje z workiem niegotowych rzeczy.
Dalej przy beczkach Wit dźwigał klepki na ramieniu i zerkał ku nim, jakby chciał podejść, ale nie wiedział, czy wypada przy Orenie. Bren skinął mu głową; Wit skinął w odpowiedzi i wrócił do klepek.
Oren tymczasem skończył z bednarzem i podszedł — bo widać dłużej nie umiał stać z boku. Bren wypatrywał w nim okrucieństwa, bo łatwiej byłoby go nie lubić, i nie znalazł; Oren wyglądał na zmęczonego i zawstydzonego, jak człowiek, który kupił coś dużego i nie wie, gdzie to postawić.
— Kowal. — Skinął głową, sztywno, jak ktoś nieprzywykły do kłaniania się komukolwiek poniżej siebie, a teraz próbujący. — Dobre te twoje okucia. Do młyna przydałyby się czasem ręce, co znają żelazo. Koło zawsze coś gubi, a zima idzie.
— Mam kuźnię — powiedział Bren.
— Wiem. — Oren skinął jeszcze raz i nie cofnął się, ale też nie wiedział, co dalej. — Poniosę ci to do wozu — powiedział w końcu do Maris, bo widać to umiał najlepiej: dźwigać rzeczy z miejsca na miejsce.
— Sama poniosę. — Maris nie podniosła wzroku znad wełny. Oren skinął i nie poniósł, i stał dalej, jakby czekał, aż mu ktoś powie, gdzie się podziać.
— Słyszałeś już pewnie — rzuciła Maris do Brena, lekko, za lekko, jakby Orena obok niej nie było. — Ojciec się dogadał. Na wiosnę.
Bren wiedział, co powinien powiedzieć. Coś dorosłego, coś, co się mówi, gdy ktoś znajomy układa sobie życie: _to dobrze, Oren porządny, będziesz miała ciepły dom._ Słowa stanęły mu w gardle i żadne nie chciało wyjść takie, żeby nie zabrzmiało jak kłamstwo.
— Buty masz nowe — powiedział w końcu, bo to było jedyne prawdziwe, co widział. Wystawały spod spódnicy: porządne, grube, ze świńskiej skóry — nie na pannę młodą, na drogę.
Maris spojrzała na nie, jakby zapomniała, że je ma. Coś przebiegło jej po twarzy i zaraz schowała to z powrotem.
— A teraz mi mówią, że żona młynarza nie chodzi piechotą — powiedziała do tych dobrych butów, i nie dodała, ile ją kosztowały, bo on wiedział.
— Możesz w nich chodzić, gdzie zechcesz — powiedziała Sela lojalnie.
— Mogę. — Maris zmierzwiła jej włosy pod chustką. — Do młyna i z młyna. Wielki świat.
Sela, grzebiąc w koszu za czymś swoim, wyciągnęła zamiast tego książkę — niewielką, w wytartej skórzanej oprawie, z grzbietem przełamanym od otwierania wciąż na tych samych stronach — i Maris zabrała jej ją z rąk prędzej, niż wypadało, jakby to było coś, czego się na targu nie pokazuje.
— Oddaj. To nie zabawka.
— Nosisz ją ze sobą? — Bren wiedział już, że Maris czyta; zdziwiło go tylko, że tę książkę nosi przy sobie nawet tu, na targ, między ludzi. W Ostrowinie liter umiało parę osób, ale czytać dla samego czytania nie umiał nikt; litery były do rachunków i do ksiąg, nie do noszenia w koszu jak chleb.
— Czytam, gdzie się da. — Maris wsunęła książkę pod wełnę, a i tak czubkiem palca przejechała jeszcze po grzbiecie, odruchem, którego pewnie nie zauważyła. — Gadają, że marnuję oczy. Niech gadają. Oczy moje.
Kiedy Sela schyliła się znów do kosza, Maris przestała się uśmiechać — po prostu przestała, jak się gasi świecę, na którą nikt już nie patrzy. Spojrzała ponad placem, ponad dachami, ku ciemnej kresce lasu za rzeką, jakby tam było coś, co rozumie ją lepiej niż cała Ostrowina razem wzięta. Potem Sela odwróciła się z powrotem i uśmiech wrócił na miejsce, gładko, jakby nigdzie nie wychodził.
— Czasem myślę, kowalu — powiedziała, opierając kosz na biodrze — że wolałabym las niż taki młyn. W lesie przynajmniej człowiek wie, co go chce zjeść.
Za beczkami ojciec Maris patrzył na córkę i na Orena, i nie było na placu drugiej twarzy, która tak bardzo chciałaby się cieszyć i tak bardzo nie umiała.
— W lesie są sierpaki — wtrąciła Sela rzeczowo, bo Sela brała wszystko dosłownie, ilekroć bała się tego, co niedosłowne.
— No właśnie. Wiadomo, czego się trzymać. — Maris powiedziała to lekko, na pokaz, i ruszyła, zanim Bren zdążył znaleźć odpowiedź, której i tak by nie znalazł. Patrzył, jak jej nowe buty znikają w tłumie równym krokiem, jakby już dokądś szły.
— Odprowadzę cię kawałek — rzucił do Seli, co u niego znaczyło: _idź do domu._ Sela zsunęła się z beczki i poszła obok niego, milcząc dłużej, niż umiała milczeć o byle czym.
— Ona nie chce za niego — powiedziała wreszcie, cicho. Nie był to żart ani plotka; mówiła to tak, jak się mówi sekret, który dopiero zaczyna się robić za ciężki. — Powiedziała mi. Tylko mnie.
Bren spojrzał na siostrę — na to, jak niesie ten cudzy sekret: ostrożnie, oburącz, żeby go nie rozlać.
— Mało kto chce to, co musi.
— To głupie. Ty byś tak nie zrobił. Nie oddałbyś mnie za żaden dług.
— Nie mam młyna, żeby cię było komu oddać. — Trącił ją w ramię, żeby zdjąć jej z twarzy tę powagę za dużą na trzynaście zim.
Nie dała się tak łatwo rozpogodzić.
— A gdyby uciekła? — spytała. — Maris. Gdyby po prostu nie chciała i poszła?
— Dokąd by poszła. — Nie było to pytanie; Bren nie znał odpowiedzi i nie chciał, żeby Sela szukała jej za niego. — Ludzie nie uciekają, Selu. Zostają i jakoś żyją. Tak już jest.
— Tak już jest — powtórzyła tonem, który mówił, że wcale nie jest pewna, czy tak być musi.
— Idź do domu. Napal pod kociołkiem. Wrócę przed zmrokiem.
Poszła, oglądając się raz, a jej pytanie zostało: „a gdyby uciekła”. W ustach dziecka brzmiało lekko. Bren niósł je dalej cięższe, niż było, i powtarzał sobie, że to dziecinada.
✶
Wracał skrajem placu, gdzie było luźniej, i tam zobaczył Nivę.
Nabierała wodę przy studni — nie swojej, bo Niva mieszkała na drugim końcu, przy zagrodach, ale do izby, w której leżała jej matka, wody trzeba było codziennie i dużo. Dzban miała za ciężki na ręce po całym ranku innych ciężarów; niosła go i tak sama, bo nie było komu oddać. Rękawy mokre, podwinięte po łokcie — prała od świtu.
Odstawił kosz. Mógłby ponieść. To było proste — podejść, wziąć dzban, przejść trzy zaułki, nic więcej. Dla obcych robił więcej i bez słowa.
Zrobił nawet pół kroku. Ale pół kroku nie chciało zamienić się w cały, bo żeby wziąć ten dzban, trzeba by coś powiedzieć, a Bren bał się, że gdyby raz zaczął, nie skończyłby na dzbanie.
— Niva — powiedział.
Odwróciła się. Twarz miała taką jak zawsze — i Bren, jak zawsze, poczuł to pod żebrami, krótko i niewygodnie — ale pod tą twarzą leżało zmęczenie, jakie zostaje po czuwaniu przy kimś, kto nie wyzdrowieje.
— Bren. — Uśmiechnęła się, i lepiej by było, gdyby się nie uśmiechnęła. — Sprzedałeś wszystko? Mówią, że twoje okucia trzymają lepiej niż niejeden ślub.
— Zostały haczyki. — Zamilkł. _Daj, poniosę_ — leżało gotowe, krótkie, łatwe. — Matka… jak się ma?
— Tak samo. — Wzruszyła ramionami, ale dzban przesunęła wyżej, jakby bała się, że ktoś jej go odbierze, a z nim ten jeden obowiązek, który trzymał jej dzień w całości. — Śpi dużo. Greta dała zioła, pomagają na sen. Na resztę nie ma ziół. Wczoraj nie poznała mnie do południa; dziś poznała od razu, i sama nie wiem, co gorsze. — Powiedziała to bez skargi, jak się podaje pogodę. Potem spojrzała na niego chwilę dłużej, niż trzeba na rozmowę o haczykach. — Muszę iść. Zaraz się obudzi i będzie wołać, a jak wołam ją z powrotem, to się gubi, kto kogo woła.
— Idź — powiedział.
Poszła z tym swoim za ciężkim dzbanem, a Bren został z dłońmi pustymi i otwartymi. Nie wziął dzbana. Nie powiedział nic z tego, co miał do powiedzenia. Nie dlatego, że nie wiedział jak — wiedział, słowa leżały gotowe od czterech zim — tylko że za tym jednym, łatwym zdaniem stało zaraz drugie, i trzecie, i całe to, czego nie umiał wziąć w garść bardziej niż jej dzban. Łatwiej było nie zacząć. Tak robił zawsze: zostawiał rzecz przy drzwiach, niewypowiedzianą, i mówił sobie, że jeszcze nie pora.
Plac się wykruszał. Przekupki zwijały płótna, ktoś rozgrzebywał i gasił węgle pod kasztanami, a z każdą chwilą robiło się bardziej pusto i bardziej zimno; niebo zaszło sinym i szło na wczesny wieczór. Bren podniósł kosz z jednym niepotrzebnym haczykiem i dwoma węgorzami Redy i ruszył ku karczmie Wenny — bo okucia czekały tam od rana, bo Sela kazała mu usiąść z ludźmi, i bo akurat dziś nie miał ochoty wracać do pustej kuźni z wszystkim, czego przez cały dzień nie powiedział.
NivaRozdział 4 — Paczka
Bywały takie popołudnia, krótkie i jasne, kiedy mróz odpuszczał na parę bić i osada wychodziła z chałup, jakby chciała się napatrzeć słońca na zapas, nim znów zajdzie za las na pół doby. W jedno takie Bren klepał na progu kuźni okucie do sań — robota głośna i prosta, z tych, przy których głowa odpoczywa — i nie zdziwił się, kiedy zaczęli się schodzić. Bo schodzili się zawsze tam, gdzie był któreś z nich, nie umawiając się.
Pierwszy przyszedł Wit, z klepką pod pachą i miną człowieka, który ma pretekst.
— Ojciec mówi, że twoja obręcz z zeszłej kwadry jest za ciasna o włos — oznajmił, kładąc klepkę na progu, choć klepka nie miała z obręczą nic wspólnego i obaj o tym wiedzieli. — Kazał przynieść do obejrzenia.
— Kazał czy ty się wymknąłeś od strugania? — Bren nie podniósł głowy znad okucia.
— Jedno drugiego nie wyklucza. — Wit usiadł na progu, z westchnieniem człowieka, który ceni siedzenie ponad większość rzeczy na świecie, i wyciągnął nogi w stronę żaru bijącego z kuźni. — U was cieplej niż u nas. U nas wióry, a wióry tylko się walają, nikogo nie zagrzeją. Powiem ci, kim bym był, gdyby mnie nie urodzili u bednarza: kowalem. Albo karczmarzem. Czymś, co stoi przy ogniu, nie przy zimnym drewnie.
— Byłbyś tym, kim jesteś, tylko głodnym — rzuciła Tola, wychodząc zza węgła z dzbanem, którego nikt jej nie kazał nieść, ale Tola nosiła dzbany jak inni nosili nowiny, to znaczy wszędzie i do każdego. — Bo ty, Wit, byś przy każdym fachu znalazł sposób, żeby usiąść. Słyszeliście? — Postawiła dzban, rozejrzała się, czy ma komu, i miała, więc ciągnęła: — Greta gada, że ci od mostu, co przyjechali za magiem, jeszcze nie odjechali. Kwadrę siedzą. Cisi. Onufry mówi, że jeden mu nie odpowiedział na „dzień dobry”, a Onufremu odpowiada nawet pies.
— Bo Onufry samo „dzień dobry” ciągnie pół dnia — powiedziała Reda.
Przyszła od strony rzeki, jak zawsze przychodziła, z workiem oprawionych ryb przewieszonym przez ramię, i usiadła nie na progu, lecz na pieńku trochę dalej, bo Reda lubiła mieć wszystkich w polu widzenia, a nie obok. Wyjęła z zanadrza zwój sieci, którą i tak naprawiała, gdziekolwiek usiadła.
— Dwie dla Dossa — powiedziała, kładąc na progu dwie ryby. — I jedna dla małej, bo mała chuda. Nie dziękuj, bo cię oprawię.
Siedzieli tak, czworo, w tym krótkim słońcu, i Bren klepał, a oni gadali ponad jego klepaniem — albo raczej gadała Tola, a reszta wtrącała tyle, ile trzeba, żeby gadanie nie zostało samo. Nikt nie kazał mu się odzywać.
— U bednarza dziś cicho — rzucił Wit, obracając w palcach klepkę. — Maris przepadła na pół dnia; ojciec ją wołał po całym warsztacie, a ona jak zwykle wlazła w któryś swój kąt z książką. Zna w okolicy każdą dziurę, w którą się można wcisnąć, żeby jej nikt nie znalazł. A jak już się wciśnie, to zawsze tak samo — w kącie, plecami do ściany, w najsuchszym miejscu, jakie znajdzie. Od małego tak ma.
— A poszedłbyś w ten las? — spytała Tola znienacka, ni z tego, ni z owego, bo Tola skakała z tematu na temat jak kamień po wodzie. — Tak naprawdę. Za bród, w głąb. Gdyby trzeba.
— Po co miałbym iść — mruknął Wit, i Bren usłyszał, że żart zszedł mu z głosu.
— Nie wiem. Tak pytam. Mówią, że tam sierpaki.
— Mówią dobrze. — Wit wpatrywał się w żar. — Ja w ten las nie pójdę, i nie wstyd mi tego powiedzieć. Raz, jak byłem mały, zapędziłem się za bród, za kozą. I usłyszałem coś w trzcinach — nie wiem co, do dziś nie wiem — i tak mnie wzięło, że zgubiłem kosz i wróciłem bez kozy, i bez kosza, i ryczałem pół drogi. Od tamtej pory las jest dla mnie ścianą. Patrzę na niego i widzę ścianę. Niech tam sobie będzie, co chce, byle po tamtej stronie wody.
— No i dobrze — mruknęła Reda znad sieci, nie podnosząc wzroku. — Trzymaj się drewna, ja się trzymam wody.
Bren słuchał i klepał, i nie wtrącał. Słońce stało nad lasem, mróz odpuścił, ryby leżały na progu, i czworo ludzi siedziało razem bez powodu, bo bycie razem było wtedy jeszcze czymś, co nie wymagało powodu.
— Zostańcie na kaszę — powiedział Bren, i sam się zdziwił, że powiedział, bo zwykle to inni jego zapraszali. — Sela napaliła pod kociołkiem. Starczy.
I zostali, bo na to akurat nikt z nich nie umiał powiedzieć „nie”.
Sela przyniosła kociołek z izby, dumna, że ma kogo karmić, i rozdała kaszę do mis, których w kuźni nigdy nie było dość, więc Reda jadła z kubka, a Wit z czegoś, co kiedyś było formą do świec. Kasza była rzadka, okraszona tylko odrobiną słoniny, którą Reda wytrząsnęła z zawiniątka, mówiąc, że i tak by się zmarnowała — choć wszyscy wiedzieli, że przyniosła ją umyślnie. Jedli stłoczeni przy palenisku, łokieć przy łokciu, w tym podwójnym cieple, jakie daje ogień i ludzie naraz. Tola opowiadała o weselu w Rudzie, na którym pan młody zasnął przy stole, a Wit dowodził, że to mądrość, bo „mądry śpi, kiedy może, a nie kiedy mu każą”. Sela słuchała z otwartą buzią, bo dla niej ci troje byli prawie dorośli, a prawie dorośli wiedzą o świecie wszystko. Reda mówiła mało, ale raz, gdy Wit się zagalopował, rzuciła jedno słowo, które go ścięło tak, że Tola śmiała się, aż zakrztusiła się kaszą — jedno słowo na dziesięć cudzych, celne jak jej nóż.
Jedli, póki było co jeść, a potem siedzieli jeszcze, póki starczało światła i ciepła, i nikomu nie spieszno było wstać i wrócić do swojego zimnego progu.Interludium I — Maris: Próg
Próg skrzypiał w trzecim miejscu od ściany. Maris wiedziała o tym, odkąd nauczyła się chodzić, i przeszła go bokiem, z butami w garści, żeby ojciec spał dalej w przekonaniu, że nad ranem zastanie córkę tam, gdzie ją zostawił.
To była pierwsza rzecz, którą ze sobą zabierała: wiedzę, gdzie co skrzypi. Dziwne, ile się wie o domu dopiero tej nocy, w której się z niego wychodzi na zawsze.
_Bednarzówna w nowych butach_ — śmiała się Greta, kiedy Maris uzbierała wreszcie na te jedne porządne — _chyba się komuś podoba._ Nikomu się nie podobała. Wiedziała już wtedy, choć jeszcze nie wiedziała, że wie, na co naprawdę zbiera.
W worku, prócz sucharów i słoniny, niosła jedno zbędne: swoją wytartą książkę, tę znaną na pamięć. Wiedziała, że to głupota — że za każdą zbędną rzecz płaci się w drodze własnymi plecami. Wzięła ją mimo to. Człowiek nie zostawia za sobą jedynego miejsca, dokąd dotąd umiał uciekać, nawet jeśli to miejsce mieści się w garści i waży tyle co ono.
Na dworze mróz wziął ją za gardło od razu, jakby chciał sprawdzić, czy mówi poważnie. Ostrowina spała — ciemne okna, dym ledwo snujący się z kominów, pies, który zaszczekał raz i uznał, że jednak mu się nie chce. Maris obuła buty na progu, zawiązała mocno, na podwójny węzeł, ten splot na krzyż, którego nauczyła ją matka: _mocniejsze, niż wygląda._
Mogłaby zostać. Wiedziała to i wypowiedziała sobie uczciwie, bo lubiła patrzeć rzeczom w oczy, nawet tym, od których uciekała. Mogłaby zostać i wyjść za Orena, a Oren nie był zły — i to było w tym najgorsze. Gdyby był zły, byłoby z czym walczyć. Ale Oren był tylko stary, smutny i porządny, i dałby jej kamienny dom, ciepło, dług ojca darowany, i całe życie, w którym nigdy nic złego by się jej nie stało — i nigdy nic. Życie jak izba bez okna: sucho, ciepło, i ani jednej rzeczy do zobaczenia.
Sela płakałaby, gdyby wiedziała. Sela wiedziała. Maris wzięła z niej obietnicę — _nikomu, słyszysz, bo mnie ściągną z powrotem_ — i czuła się z tym podle, bo zostawiała trzynastolatce ciężar, którego sama udźwignąć nie umiała. Ale Sela uniosłaby go; ta drobna dziewczynka była cała jak ten splot na krzyż.
Doszła do brodu, gdzie woda szła czarna i głośna, i gdzie za dnia stali ci cisi ludzie w czystych butach, których cała osada bała się nazwać. Teraz nie było nikogo. Tylko rzeka, i za rzeką ściana lasu — granatowa, bez szczegółów, dokładnie taka, jak ją sobie wyobrażała, i o wiele większa.
Tu była ta chwila, w której rozsądny człowiek zawraca. Maris stała na brzegu i czuła, jak rozsądek ciągnie ją za rękaw do tyłu, do ciepłego łóżka, do butów, które można jeszcze odłożyć nieznoszone. Las nie udawał. Las nie był wyjściem; był tylko innym sposobem, żeby się to wszystko skończyło, może gorszym. Wiedziała o sierpakach. Wiedziała o mokradłach, które biorą. Wiedziała i to, że gdzieś dalej na północy, za rozłogami, biegł ku Wełnie trakt — suchy, ludzki, o połowę krótszy; ale trakt był pierwszym miejscem, gdzie by jej szukali, i jedynym, z którego dałoby się ją przywlec z powrotem — do Orena, do długu, do izby bez okna. W mokradła za nią nikt rozsądny nie pójdzie. To była cała ich zaleta: że są gorsze od pościgu. Wiedziała, że ciotka za Wełną to wiele dni drogi, a ona ma kilka bić przewagi i worek sucharów. Wiedziała to wszystko — a jednak weszła w wodę.
Zimno wbiło jej się w nogi aż po kolana i wyżej, odebrało dech, i przez jedną długą chwilę myślała tylko: _zawróć, głupia, jeszcze możesz._ Potem druga noga znalazła dno, i trzecia kępa, i czwarta, i ciało zajęło się przeprawą, jak się zawsze zajmuje, kiedy głowa za bardzo się boi. Po drugiej stronie las przyjął ją zapachem mokrej kory i czegoś gorzkiego pod spodem, i zamknął się za nią — nie złowrogo, po prostu obojętnie, jak zamyka się drzwi za kimś, kto sam chciał wyjść.
Obejrzała się raz. Ostrowina była już tylko kilkoma iskierkami po drugiej stronie czarnej wody, mała i ciepła, i cudza.
— No to czytajmy dalej — powiedziała na głos, do nikogo, bo lubiła własny głos bardziej niż ciszę, a cisza tu była ogromna. I weszła głębiej w noc, równym krokiem, w butach zbieranych zimę, bo dokądś przecież szła.Rozdział 7 — Nie wierzę w klątwy
Do południa Ostrowina zdążyła sobie ułożyć, co się stało, i ułożyła to tak, żeby nikt nie musiał nic robić.
Maris wzięły mokradła — to było pierwsze ułożenie, wygodne, bo na mokradła nikt nie ma wpływu. Drugie ułożenie miało twarz, i to czyniło je gorszym. Zaczęło się od garbarza, jak to u garbarza, przy brodzie, dość głośno, żeby usłyszeli ci, do których mówił niby nie wprost.
— Coś tu śmierdzi — powiedział, dłubiąc pod paznokciem. — Dziewucha znika tej samej nocy, co ją zaręczyli. A ten jej młynarz łazi od rana szary i gęby nie otwiera. Nie mówię, że to on. Ale policzcie se sami.
Oren stał kilka stąpów dalej, bo i on przyszedł nad bród, jak przychodził każdy, kto nie wiedział, co ze sobą zrobić. Nie odpowiedział. To było najgorsze, co mógł zrobić, i Bren wiedział, że tamten o tym nie wie. Kilka twarzy obróciło się ku Orenowi i zaraz odwróciło, ale obróciły się już raz więcej niż wczoraj. Oren zrobił nawet krok ku przeprawie — jakby chciał tam, za wodę, iść jej szukać sam — ale jeden z ludzi Gildii przy brodzie podniósł na niego wzrok i nie spuścił go, i tyle wystarczyło. Oren stanął, postał, cofnął się. Nikt mu nie zrobił miejsca.