Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Leśnicy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
40,38
4038 pkt
punktów Virtualo

Leśnicy - ebook

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Ale wydarzenia, które opisują, są inspirowane prawdziwymi aferami, które miały miejsce w Lasach Państwowych w Polsce w latach 2010—2024. Nielegalne wycinki, korupcja, fałszowanie dokumentów, pranie pieniędzy przez fundacje kościelne, przemyt drewna, zanieczyszczenie środowiska — wszystko to naprawdę się wydarzyło. Książka została utworzona z pomocą AI. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+)

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-042-7
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZEDMOWA

Książka, którą trzymacie w rękach, nie jest przyjemną lekturą. Nie jest opowieścią, przy której pijecie herbatę i czujecie się komfortowo. Jest brutalnym, bezlitosnym spojrzeniem na system, który powinien chronić nasze największe narodowe bogactwo — lasy — a zamiast tego stał się maszyną do wyciągania zysku, areną korupcji i czasem miejscem zbrodni.

„Leśnicy” to kronika upadku. Ale też kronika walki. To opowieść o ludziach, którzy przekroczyli granicę między służbą publiczną a przestępczością, kierowani chciwością, strachem lub zwykłą słabością. I o innych — tych, którzy powiedzieli „dość”, wiedząc, że zapłacą za to najwyższą cenę.

Pisząc tę książkę, chciałem pokazać uniwersalność ludzkiej natury. Chciwość nie zna granic — geograficznych, kulturowych, zawodowych. Leśniczy kradnący drewno w Puszczy Białowieskiej niewiele różni się od urzędnika defraudującego fundusze w Warszawie, czy księdza, który pierze brudne pieniądze w małej parafii. Wszyscy oni kierują się tym samym — pragnieniem zysku, władzy, bezkarności. I wszyscy popełniają ten sam błąd — wierzą, że system ich ochroni.

Czasem chroni. Zbyt często chroni. Ale nie zawsze.

Postacie w tej książce są fikcyjne, ale ich czyny są autentyczne — inspirowane setkami dokumentów prokuratorskich, wyroków sądowych, reportaży dziennikarskich z ostatnich piętnastu lat. Nielegalne wycięły w obszarach chronionych, fałszowanie certyfikatów, przemyt drewna za granicę, pranie pieniędzy przez fundacje kościelne, morderstwa niewygodnych świadków — wszystko to naprawdę miało miejsce. Zmieniłem tylko nazwiska. I nieco uprościłem fabułę, bo prawda była zbyt skomplikowana, żeby zmieścić ją w jednej książce.

To, co najbardziej mnie poruszyło podczas researchu, to nie skala korupcji — choć ta była przerażająca. To była normalizacja zła. Ludzie, którzy fałszowali dokumenty, mówili sobie: „Wszyscy tak robią”. Ci, którzy wycinali chronione drzewa: „To tylko kilka, nie całość”. Ci, którzy przyjmowali łapówki: „Pensje są niskie, muszę jakoś żyć”. I w ten sposób, małymi krokami, przekraczali kolejne granice, aż w końcu stali się przestępcami. Albo mordercami.

Ale „Leśnicy” to nie tylko książka o złu. To także opowieść o zwykłych ludziach, którzy mieli dość. O podleśniczym, który zgłosił nielegalną wycinkę, wiedząc, że straci pracę. O dziennikarce, która przez lata zbierała dowody, mimo zastraszania i procesów sądowych. O strażniku leśnym, który zeznawał przeciwko swojemu szefowi, choć groziło mu więzienie jako współsprawcy. O ekolożce, która straciła życie, broniąc puszczy.

Ci ludzie są bohaterami tej książki. Nie dlatego, że byli nadzwyczajni. Ale dlatego, że byli zwyczajni — i mimo to wybrali dobrze.

Chciałem również pokazać złożoność moralną. Nie wszyscy przestępcy w tej książce są potworami. Niektórzy to słabi ludzie, którzy dokonali złych wyborów. Leśniczy, który przyjął pierwszą łapówkę, bo żona chorowała i potrzebował pieniędzy na leczenie. Księgowa, która fałszowała dokumenty, bo szef groził zwolnieniem. Strażnik, który zamykał oko na nielegalne polowania, bo sam był kłusownikiem i bał się dekonspiracji.

Czy zasługują na współczucie? Nie wiem. Czy zasługują na karę? Bez wątpienia. Ale chciałem, żebyście, czytelnicy, zobaczyli ich jako ludzi, nie tylko jako przestępców. Bo zło rzadko przychodzi w czystej formie. Częściej jest zakamuflowane, stopniowe, uzasadniane „szczególnymi okolicznościami”.

Książka ta jest również ostrzeżeniem. System, który opisuję, wciąż istnieje. Może nie w tak brutalnej formie jak dziesięć lat temu — aresztowania, reformy, kontrole społeczne zrobiły swoje — ale fundamenty pozostały. Dopóki będą ludzie gotowi zapłacić za nielegalnie pozyskane drewno, dopóki będą urzędnicy gotowi przymknąć oko za łapówkę, dopóki będą księża prący pieniądze przez fundacje — system będzie działał.

I dlatego potrzebujemy czujności. Dziennikarzy, którzy będą zadawać niewygodne pytania. Prokuratorów, którzy będą ścigać przestępstwa, nawet jeśli sprawcą jest senator czy arcybiskup. Zwykłych obywateli, którzy będą mówić: to jest złe, i nie zaakceptuję tego.

Bo, jak mówi Teresa Wątrobianka, główna bohaterka tej książki: „Prawda nie potrzebuje armii. Potrzebuje głosu. Jednego głosu, który powie: widziałem. I nie pozwolę zapomnieć”.

Piszę tę książkę jako głos. Głos za tych, którzy nie mogą już mówić — Madej, Malik, Sojecki i wielu innych, których nazwisk nie znacie, bo zginęli w zapomnieniu. Głos za lasami, które nie mogą się same bronić. Głos za prawdą, która jest zagłuszana przez propaganda, manipulację, strach.

Jeśli po przeczytaniu tej książki poczujecie gniew — dobrze. Gniew jest początkiem zmiany. Jeśli poczujecie bezsilność — nie poddawajcie się. Bezsilność jest tym, na co liczą przestępcy. Jeśli poczujecie nadzieję — przytrzymajcie ją. Bo nadzieja, jak mówi las, zawsze się odradza.

„Leśnicy” to książka o Polsce. Ale też o każdym kraju, gdzie korupcja stała się normą, gdzie władza chroni swoich, gdzie zwykły człowiek czuje, że system jest przeciwko niemu. To uniwersalna opowieść o walce dobra ze złem. I o tym, że dobro, choć często przegrywa bitwy, ostatecznie wygrywa wojnę.

Bo prawda, jak las, jest niezniszczalna. Można ją wyrąbać, spalić, zagrzebać. Ale zawsze się odradza. Czasem potrzebuje lat. Czasem pokoleń. Ale się odradza.

I to jest przesłanie tej książki.

Czytajcie. Pamiętajcie. Działajcie.

Bo las pamięta. I my też powinniśmy.

_Veritas liberabit vos._

Prawda was wyzwoli.

AUTORROZDZIAŁ 1: DRZEWA JUDASZOWE

I

Pierwszego października, kiedy las wokół Niepołomic buchał jesienną czerwienią, Gabriel Sojecki stał przy krawędzi wiekowego drzewostanu i obserwował, jak jego ludzie przygotowują sprzęt do wycinki. Powietrze pachniało wilgocią, grzybami i czymś jeszcze — zyskiem. Wielkim, tłustym zyskiem, który miał wypłynąć z tej nieformalnej operacji jak żywica z nadciętej sosny.

— Słuchajcie uważnie — powiedział, spoglądając na czterech mężczyzn w pomarańczowych kamizelkach odblaskowych. — Oficjalnie jesteśmy tu przez kornika. Macie rozumieć? Kornik drukarz, _Ips typographus_, to skurwiel demoluje nam świerczyny od Bieszczad po Mazury. My działamy prewencyjnie.

— A co z dębami? — zapytał Krzysztof Madej, najstarszy z drwali, weteran z czterdziestoletnim stażem. — Bo ja tam kornika w dębach nie widziałem, a dębowy drzewostan QD-107 jest wyłączony z użytkowania według planu urządzenia lasu.

Sojecki spojrzał na niego chłodno. Madej był za stary na ten proceder, za bardzo pamiętał czasy, kiedy Lasy Państwowe oznaczały służbę, nie biznes.

— Madej, ty się zajmij swoją piłą, a planami urządzenia zajmę się ja — odparł Gabriel, poprawiając zieloną czapkę z wyhaftowanym godłem LP. — Mam tutaj — wyjął z kieszeni zielony dokument — pismo z Dyrekcji. Dyrektor Jelito osobiście zaakceptował korektę. Chodzi o trzebież przygotowawczą pod odnowienie.

To było kłamstwo. Pismo było sfałszowane przez Dorotę, żonę Gabriela, która miała niezły talent do grafiki komputerowej i dostęp do pieczęci urzędowych. Prawdziwy plan urządzenia lasu dla nadleśnictwa Niepołomice jasno wskazywał: drzewostan QD-107, wiek 180 lat, chronić bezwzględnie jako ostoje gatunków chronionych i siedlisko _kozioroga dębosza_.

— A protokół pozyskania? — nie dawał za wygraną Madej.

— Madej, kurwa, a ty kiedy przestaniesz pytać? — warknął młodszy drwal, Damian Ślęzak, typ pitbula w ludzkiej skórze, z tatuażem husarii na karku. — Pan leśniczy mówi rąbać, to rąbiemy. Mnie tam płacą, to robię.

Sojecki kiwnął głową z aprobatą. Ślęzak był dokładnie takim pracownikiem, jakiego potrzebował — tępy, chciwy i lojalny jak owczarek.

— Protokół będzie po fakcie — powiedział Gabriel. — Standardowa procedura. Drzewa są zaznaczone, wszystkie parametry się zgadzają. Drewno jedzie na składnicę w Gdowie, tam jest odbierze Lech Kiszka, kuzyn mojej żony. Ma kontrakt na dostawę do restauracji ekskluzywnych w Krakowie. Belki dębowe, lite drewno, metr sześcienny po osiem tysięcy. To jest złoto, chłopaki, nie drewno.

Osiem tysięcy za metr sześcienny — tyle płacił Lech Kiszka pod stołem. Oficjalnie, w dokumentach Lasów Państwowych, te same metry zostałyby wycenione na dwa, góra trzy tysiące. Różnica szła w pięćdziesiąt procent do Gabriela, trzydzieści do Jelita, dwadzieścia na pokrycie kosztów operacyjnych — łapówki, fałszywe dokumenty, milczenie świadków.

Sojecki odwrócił się i ruszył w głąb lasu, tam gdzie rosły najstarsze dęby. Słońce przebijało się przez koronę drzew, tworząc ruchome plamy światła na ściółce pokrytej żołędziami i opadłymi liśćmi. Tutaj, w odległości ponad kilometra od najbliższej drogi, drzewa miały po półtora, czasem dwa metry średnicy w pierśnicy. Żyły, kiedy Napoleon maszerował na Moskwę. Pamiętały powstania, wojny, transformację. Teraz miały paść pod piłami Stihl MS 661, żeby zamożni hipsterzy z Warszawy mogli pić wino przy stołach z „autentycznego, ekologicznego drewna”.

— Piękne bestie — mruknął Ślęzak, kładąc dłoń na korze najbliższego dębu. — Szkoda jakoś.

— Nie myśl — uciął Sojecki. — Myślenie nie jest ci potrzebne do pracy. Zaczynamy od tego — wskazał na potężnego dęba rosnącego na niewielkim wzniesieniu. — To jest patriarcha, ma pewnie ze dwieście lat. Dobry na trzy metry sześcienne czystego tartacznego. To będzie dwadzieścia cztery tysiące czystego.

Kiedy wracał do samochodu, zostawiwszy ekipę przy pracy, usłyszał pierwsze wycie piły. Dźwięk rozdzierał ciszę lasu jak nóż miękkie ciało. Gabriel wsiadł do służbowego toyoty land cruisera — nieoficjalnie zwanego „leśnym mercedesem” — i spojrzał w lusterko. Zobaczył twarz czterdziestoparoletniego mężczyzny z przedwczesną siecią zmarszczek, szarością w zaroście i oczami, które kiedyś płonęły pasją do lasu, a teraz były tylko zmęczone.

„Kiedy ja się stałem taki?” — pomyślał, ale szybko odegnał tę myśl. Telefon zawibrował. SMS od Jelita: „Wszystko gra? Mam kupca na dodatkowe 10 m3 jeśli znajdziesz”.

Gabriel odpisał: „Gra. Znajdę”.

II

Jerzy Jelito, dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krakowie, był mężczyzną, który potrafił uśmiechać się nawet wtedy, gdy planował czyjąś zawodową egzekucję. Sześćdziesiąt dwa lata, absolwent wydziału leśnego w Poznaniu z roku osiemdziesiątego szóstego, kariera zbudowana na układach, kumoterstwa i wyjątkowym talencie do wtapiania się w każdy system polityczny. Był komunistycznym pionierem, potem solidarnościowym działaczem, później liberalnym reformatorem, a teraz, w zależności od towarzystwa, był wszystkim albo nikim.

Siedział w swoim gabinecie na trzecim piętrze siedziby Dyrekcji przy ulicy Kolejowej w Krakowie, wpatrując się w mapę lasów regionu. Na ścianach wisiały dyplomy, podziękowania, fotografie z ministrami i premierami. Na biurku stał model jelenia z brązu — prezent od lobby myśliwskiego.

— Panie dyrektorze — odezwała się sekretarka przez interkom — pan inspektor Wątroba z policji prosi o spotkanie. Mówi, że w sprawie nieprawidłowości w nadleśnictwie Niepołomice.

Jelito zmarszczył brwi. Wątroba. Znał to nazwisko. Lucjan Wątroba, inspektor z wydziału do walki z przestępczością gospodarczą, jeden z tych upierdliwych ideowców, którzy naprawdę wierzyli w praworządność. Niebezpieczny typ.

— Powiedz mu, że dziś nie mogę, mam spotkanie w ministerstwie — skłamał Jelito. — Niech umówi się na przyszły tydzień przez sekretariat.

— Powiedział, że poczeka.

— A niech czeka.

Ale Jelito nie lubił czekających policjantów. Czekający policjant to policjant, który już coś wie, albo coś podejrzewa. Zadzwonił do Sojeckiego.

— Gabriel, mamy sytuację. Jakiś glina z wydziału gospodarczego chce rozmawiać o Niepołomicach.

Po drugiej stronie linii zapadła cisza.

— O Niepołomicach? — powtórzył Sojecki. — Co konkretnie?

— Nie wiem, nie przyjąłem go. Ale to nie jest dobry znak. Sprawdź swoich ludzi. Ktoś mógł puścić parę.

— Ludzie są sprawdzeni — odparł Gabriel, ale w jego głosie zabrzmiała niepewność.

— No to sprawdź raz jeszcze. I Gabriel… te dęby? Już jutro muszą być na składnicy. Im szybciej znikną z lasu, tym lepiej.

Jelito rozłączył się i nalał sobie szklaneczkę whisky Jameson. Pił tylko irlandzką — szkocka była „zbyt snobistyczna”, jak mawiał. Podszedł do okna. Z trzeciego piętra widział dachy starego Krakowa, Wawel w oddali, smugę Wisły. Piękne miasto. Drogie miasto. Trzeba mieć pieniądze, żeby tu żyć godnie. A z pensji dyrektora LP, nawet tej nieoficjalnie podwyższonej, nie utrzyma się apartamentu w Salwatorze, mercedesa klasy S i kochanki studiującej prawo na Jagiellonce.

„Wszyscy kradną” — pomyślał, usprawiedliwiając się przed samym sobą. „Politycy, biznesmeni, ksiądz w parafii. Ja przynajmniej dbam o las. Większość tych drzew i tak by się zmarnowała”.

To była oczywiście nieprawda, ale kłamstwa powtórzone wystarczająco często zamieniają się w przekonania.

III

Lucjan Wątroba czekał w przedpokoju Dyrekcji już czterdzieści minut. Miał pięćdziesiąt sześć lat, z czego trzydzieści dwa przepracował w policji. Zaczynał jeszcze w Milicji Obywatelskiej, w ostatnich miesiącach komuny, i pamiętał czasy, kiedy „walka z przestępczością gospodarczą” oznaczała łapanie facetów handlujących dżinsami. Teraz przestępczość gospodarcza nosiła garnitury od Armaniego i jeździła na kolacje do najlepszych restauracji.

Wątroba nie nosił garniturów. Miał na sobie szarą marynarkę z C&A, niebieską koszulę i krawat, który dostał od córki na urodziny. Teresa twierdziła, że prezenty muszą być praktyczne. Wątroba nie był ekspertem od mody, ale wiedział jedno — umiał czytać ludzi.

I sekretarka dyrektora Jelita kłamała. Widziała to w sposobie, w jaki unikała jego wzroku, w nerwowym przestępowaniu z nogi na nogę.

— Proszę pani — powiedział spokojnie — ja mogę czekać cały dzień. Mam termos z kawą i książkę. Ale pani szef powinien wiedzieć, że im dłużej będzie unikał rozmowy, tym bardziej będę pewien, że ma coś do ukrycia.

Sekretarka zaczerwieniła się. Po dziesięciu minutach Jelito jednak przyjął go.

Dyrektor Jelito był mistrzem pozornej serdeczności. Wstał zza biurka, wyciągnął rękę, uśmiechnął się szeroko.

— Panie inspektorze! Proszę wybaczyć, naprawdę miałem spotkanie, ale odwołane. Proszę, proszę siadać. Kawa? Herbata?

— Nie, dziękuję — odparł Wątroba, siadając w skórzanym fotelu. Rozejrzał się po gabinecie. Wszystko tu krzyczało „pieniądze” — od mahoniowego biurka po obrazy olejne przedstawiające sceny myśliwskie.

— Słucham pana — powiedział Jelito, splatając dłonie na biurku w geście otwartości, którego uczył się na szkoleniu z zarządzania.

Wątroba wyjął teczkę i położył na biurku fotografię.

— To jest e-mail, który otrzymaliśmy tydzień temu w wydziale. Anonimowy nadawca. Twierdzi, że w nadleśnictwie Niepołomice prowadzona jest nielegalna wycinka drzew poza planem urządzenia lasu, a drewno jest sprzedawane poza oficjalnym obiegiem. Mam rozumieć, że to bzdura?

Jelito nawet nie spojrzał na fotografię.

— Panie inspektorze, wie pan ile anonimów dostajemy miesięcznie? Ludzie donoszą na sąsiadów, że wyrąbali gałąź bez pozwolenia. Albo na leśniczego, bo dostali mandat za jazdę quadem po lesie. To jest normalka.

— Ten anonim zawiera szczegóły — odparł Wątroba. — Numery działek. Daty. Nazwiska.

Teraz Jelito sięgnął po kartkę. Przeczytał. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji.

— Drzewostan QD-107 — powiedział wolno. — To jest działka przeznaczona pod trzebież. Leśniczy Sojecki prowadzi tam legalne prace, zgodnie z planem…

— Plan urządzenia lasu, który mam od waszych ludzi z wydziału gospodarki leśnej, mówi coś innego — przerwał mu Wątroba. — Według planu QD-107 to rezerwat nasiennego drzewostanu dębu, wyłączony z użytkowania do roku dwa tysiące czterdziestego.

Jelito zawahał się. Tylko na ułamek sekundy, ale Wątroba to zauważył.

— To musi być pomyłka w dokumentach — odparł dyrektor. — Sprawdzę u siebie w aktach. Jestem przekonany, że wszystko jest w porządku, ale jeśli pan chce, mogę pana zaprowadzić tam osobiście.

— Chcę — powiedział Wątroba. — Jutro rano.

— Niestety jutro mam…

— Pojutrze?

— Pojutrze mogę.

— Doskonale. O dziewiątej pod nadleśnictwem Niepołomice.

Wątroba wstał, podał rękę i wyszedł. Dopiero w windzie pozwolił sobie na uśmiech. Jelito zareagował dokładnie tak, jak się spodziewał. Teraz zacznie zacierać ślady. I właśnie to będzie jego błąd.

IV

Kiedy Wątroba opuścił budynek, Jelito trzęsącymi się rękami sięgnął po telefon. Zadzwonił do Sojeckiego, ale nie odebrał. Zadzwonił drugi raz. Trzeci. Dopiero za czwartym razem Gabriel się zgłosił.

— Mamy problem — wysyczał Jelito. — Policja wie o QD-107. Ściągaj ludzi, zatrzyjcie ślady, wywieźcie drewno. Wszystko na wczoraj.

— Drewno już jest na składnicy Kiszki — odparł Sojecki. — Ale pnie jeszcze leżą w lesie. Potrzebujemy forwardera, żeby je wywieźć.

— To niech będzie ten forwarder na miejscu w nocy! Gabriel, jak oni znajdą te pnie, to skończą nas obaj. I nie tylko nas.

W tle Jelita usłyszał pisk piły. Gabriel wciąż był w lesie.

— Madej się wygłupia — powiedział Sojecki cicho. — Mówi, że to nielegalne, że nie będzie brał w tym udziału. Zagraża, że pójdzie do prokuratury.

— Madej? — Jelito przypomniał sobie twarz starego drwala. Spotkał go raz, na pikniku pracowniczym. Twardy, pryncypialny typ. Byli tacy.

— Tak. Madej. Mówi, że ma dość, że przez trzydzieści lat pracował uczciwie i nie pozwoli sobie wpisać przestępstwa do akt.

— To go przekonaj — warknął Jelito. — Albo zapłać mu. Albo… nie wiem, wymyśl coś. Ale nie może pójść do prokuratury.

— Postaram się — odparł Gabriel i rozłączył się.

Jelito usiadł ciężko w fotelu. Poczuł, jak serce wali mu w piersi. Sięgnął do szuflady po leki na nadciśnienie. Siedemdziesiąt lat życia, z czego ostatnie dwadzieścia to jeden wielki stres. Kiedyś myślał, że pieniądze dają spokój. Teraz wiedział, że dają tylko więcej problemów.

Zadzwonił jeszcze raz. Numer, który miał zapisany jako „Kapelan”.

Odebrał głęboki, spokojny głos.

— _Laudetur Iesus Christus_.

— Na wieki wieków — odpowiedział automatycznie Jelito, choć nie był praktykującym katolikiem. — Księże Mścisławie, mamy sytuację.

Ksiądz Mściłój Włochaty nie był zwykłym proboszczem. Był kapelanem służb leśnych, funkcją uchwaloną przez Sejm, opłacaną z budżetu państwa, a jego zadaniem było „duchowe wsparcie pracowników Lasów Państwowych”. W praktyce Włochaty był fixer’em, człowiekiem, który załatwiał sprawy, których nie można było załatwić oficjalnie. Znał każdego burmistrza, wojewodę, prokuratora i biznesmena w promieniu stu kilometrów. Miał sześćdziesiąt osiem lat, krótko przystrzyżone siwe włosy i oczy jak u jastrzębia.

— Słucham — powiedział spokojnie.

Jelito opowiedział mu o wizycie Wątroby.

— Rozumiem — odparł Włochaty. — A ten drwal? Madej?

— Grozi, że pójdzie do prokuratury.

— _Vanitas vanitatum et omnia vanitas_ — westchnął ksiądz. — Marność nad marnościami i wszystko marność. Pan Madej zapomniał, że ziemia jest Pańska, a my tylko jej dzierżawcami. Jeśli chce mówić, niech mówi do Pana Boga. Zajmę się tym.

— Jak?

— Nie musi pan wiedzieć, panie dyrektorze. _Ignorantia iuris nocet_ — nieznajomość prawa szkodzi. Niech pan śpi spokojnie.

Jelito odłożył słuchawkę. Nie czuł spokoju. Czuł tylko gęsią skórkę na karku.

V

Tej samej nocy Krzysztof Madej leżał w łóżku w swojej małej leśniczówce na skraju Puszczy Niepołomickiej i nie mógł zasnąć. Obok chrapała żona Jadwiga, gospodyni domowa przez czterdzieści lat małżeństwa. Na ścianach sypialni wisiały stare fotografie — ślub, chrzciny dzieci, złote gody.

Madej wiedział, że musi coś zrobić. To, co działo się w lesie, to było przestępstwo. On sam brał w tym udział, choć niechętnie. Był współsprawcą. Mógł pójść siedzieć.

„Ale jeśli pójdę do prokuratury, stracę pracę” — myślał. „Emerytura to grosze, Jadwiga jest po udarze, potrzeba pieniędzy na leki”.

Z drugiej strony sumienie nie dawało mu spokoju. Urodził się w tysiąc dziewięćset czterdziestym ósmym roku, w ubogiej rodzinie chłopskiej. Jego ojciec był partyzantem AK, nigdy o tym głośno nie mówił, ale Krzysztof zapamiętał jedną lekcję: „Jak coś jest złe, to nie rób. Nie ważne kto ci każe”.

Wstał cicho, żeby nie budzić żony, i poszedł do kuchni. Nalał sobie wódki — czystej, pięćdziesiąt mililitrów — i wypił jednym haustem. Nie pomogło. Sięgnął po telefon. Zadzwonił na infolinię prokuratury. Nikt nie odebrał — była trzecia w nocy.

„Jutro” — postanowił. „Jutro rano pojadę do prokuratury i wszystko opowiem. Niech będzie co ma być”.

Położył się z powrotem do łóżka i tym razem zasnął. Spokojnie, po raz pierwszy od tygodni.

Nie obudził się.

VI

Ciało Krzysztofa Madeja znalazł o siódmej rano jego młodszy kolega, Zbigniew Okoń. Madej leżał w lesie, jakieś dwieście metrów od leśniczówki, przygnieciony potężnym pniem dębu. Jego prawa ręka sterczała spod kory, twarz była szara, oczy otwarte.

— Jezu Chryste — wyszeptał Okoń i zadzwonił na pogotowie.

Kiedy przyjechała karetka, lekarz stwierdził zgon na miejscu. Przyjechała policja — patrol z komisariatu w Niepołomicach. Aspirant Marek Gruszka, dwudziestoośmioletni chłopak, który większość czasu zajmował się kradzieżami rowerów i awanturami domowymi, przyjrzał się miejscu zdarzenia.

— Wypadek przy pracy — stwierdził. — Drzewo spadło podczas wycinki. Klasyka.

— Ale przecież on tu pracował w nocy? — zapytał Okoń. — Kto wycina drzewa o trzeciej w nocy?

— Może nie mógł spać, wyszedł, chciał sprawdzić coś przy pniach — wzruszył ramionami Gruszka. — Pech.

Ciało zabrano do kostnicy. Protokół wypadku przy pracy sporządził Sojecki. Napisał, że Madej „naruszył procedury BHP, nie zabezpieczył miejsca wycinki, w efekcie czego doszło do niekontrolowanego upadku pnia”.

Nikt nie zauważył, że na szyi Madeja, poniżej linii przygniecenia przez drzewo, widniały subtelne sińce układające się w linię, jakby ktoś go dusił. Nikt nie zauważył, bo nikt nie szukał. To był przecież zwykły wypadek.

Nikt poza Lucjanem Wątrobą.

VII

Wątroba dowiedział się o śmierci Madeja następnego dnia rano, kiedy przyjechał pod nadleśnictwo Niepołomice na umówione spotkanie z Jelitem. Dyrektor czekał na niego w towarzystwie Gabriela Sojeckiego i miejscowego nadleśniczego.

— Straszna tragedia — mówił Jelito, kręcąc głową. — Madej pracował u nas od trzydziestu lat. Najlepszy drwal w regionie. Rodzinie już zorganizowaliśmy pomoc, pogrzeb oczywiście pokryje LP…

— Kiedy dokładnie zmarł? — zapytał Wątroba.

— W nocy. Lekarz stwierdził zgon około trzeciej, czwartej rano.

— Co robił w lesie o trzeciej w nocy?

Jelito spojrzał na Sojeckiego. Sojecki wzruszył ramionami.

— Nie wiem — powiedział. — Może nie mógł spać. Zdarzało mu się przychodzić do lasu poza godzinami pracy. Lubił tu być.

— I lubił sam wycinać drzewa? W środku nocy?

— Panie inspektorze — odezwał się Jelito łagodnie — rozumiem, że pańska praca polega na podejrzewaniu wszystkich, ale to był wypadek. Mamy dokumentację, protokół…

— Chciałbym zobaczyć ciało — powiedział Wątroba.

— Słucham?

— Ciało. Chciałbym zobaczyć ciało Krzysztofa Madeja. Gdzie jest?

— W kostnicy — odparł Sojecki. — Ale rodzina…

— Rodzina dostanie ciało po sekcji — uciął Wątroba. — Zleciłem ją dziś rano. Standardowa procedura przy wypadkach śmiertelnych w miejscu pracy.

To nie była prawda. Wątroba nie zlecił sekcji, bo nie miał do tego uprawnień w tej sprawie. Ale Jelito i Sojecki tego nie wiedzieli.

— A teraz — powiedział Wątroba — pokażą mi panowie ten drzewostan QD-107.

Szli przez las w milczeniu. Jelito i Sojecki z przodu, Wątroba z tyłu, obserwując. Kiedy dotarli do miejsca, inspektor zatrzymał się. Widok był porażający. Tam gdzie jeszcze tydzień temu rosły wieko dęby, zostało tylko pustynia pniaków i rozrzuconych gałęzi. Ziemia była rozjechana przez ciężki sprzęt, powietrze śmierdziało świeżą żywicą i olejem napędowym.

— Ale przecież… — zaczął Jelito — to nie ten drzewostan…

— Numer działki — powiedział Wątroba chłodno — QD-107. Sprawdziłem na mapie przed przyjazdem. To jest dokładnie to miejsce. I ktoś tu wyrąbał wszystko.

Sojecki pobladł. Jelito zacisnął szczęki.

— To musiała być pomyłka — powiedział dyrektor. — Sprawdzę, kto odpowiadał za oznakowanie…

— Nie było pomyłki — przerwał mu Wątroba. — Był plan. Plan nielegalnej wycinki i sprzedaży drewna. I był świadek, który chciał to zgłosić. Nazywał się Krzysztof Madej. I teraz nie żyje.

— Insynuuje pan, że… — zaczął Jelito, ale Wątroba uniósł rękę.

— Niczego nie insynuuję. Stwierdzam fakty. Będzie śledztwo. Proszę przygotować całą dokumentację dotyczącą tej działki, plany, protokoły, zlecenia. I proszę się przygotować na przesłuchania.

Odwrócił się i ruszył w stronę samochodu. Mijając grupkę leśników, zauważył jednego, który stał nieco z boku. Wysoki mężczyzna w czarnej sutannie, z siwymi włosami i twardym spojrzeniem.

— Dzień dobry — powiedział Wątroba.

— _Laudetur Iesus Christus_ — odpowiedział mężczyzna. — Ksiądz Mściłój Włochaty, kapelan służb leśnych. Słyszałem o tragedii. Przyszedłem udzielić wsparcia duchowego rodzinie zmarłego.

— Zna pan rodzinę?

— Znam wszystkich leśników w regionie — uśmiechnął się Włochaty. — To moja owczarnia. _Ego sum pastor bonus_ — ja jestem dobrym pasterzem.

Coś w tym uśmiechu było niepokojące. Wątroba poczuł dreszcz.

— Przyjemnie mi — powiedział i ruszył dalej.

Dopiero w samochodzie, jadąc z powrotem do Krakowa, zadzwonił do córki.

— Teresa? Tu tata. Potrzebuję twojej pomocy.

Teresa Wątrobianka miała dwadzieścia osiem lat, dyplom dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim i praktyczny umysł odziedziczony po ojcu. Pracowała jako freelancer dla kilku portali śledczych.

— Co się stało? — zapytała.

— Nie przez telefon. Spotkajmy się wieczorem. I Teresa… uważaj na siebie. Mam wrażenie, że wdepnąłem w coś większego niż nielegalna wycinka.

— Większego? Jak dużo większego?

Wątroba pomyślał o martwych oczach Madeja, o uśmiechu księdza Włochatego, o sposobie, w jaki Jelito i Sojecki unikali jego wzroku.

— Nie wiem — powiedział. — Ale zaczynam podejrzewać, że ktoś jest gotów zabijać, żeby to ukryć.

Rozłączył się. Na tylnym siedzeniu leżała teczka z dokumentami. Wyjął zdjęcie satelitarne działki QD-107 zrobione miesiąc temu przez Google Earth. Gęsty las. Porównał je ze zdjęciem, które zrobił dziś telefonem. Pustynia.

„W miesiąc wyrąbali las, który rósł dwieście lat” — pomyślał. „Ile można za to dostać? Milion? Dwa?”

Nie wiedział jeszcze, że prawdziwa cena była znacznie wyższa. I że płaciło się za nią nie tylko pieniędzmi, ale i ludzkimi życiami.

VIII

Tej samej nocy, kiedy Wątroba siedział w swoim mieszkaniu w bloku na krakowskich Czyżynach i studiował dokumenty, a Teresa analizowała maile od anonimowego informatora, w małej kaplicy na skraju Puszczy Niepołomickiej ksiądz Mściłój Włochaty klęczał przed ołtarzem.

Kaplica była stara, jeszcze przedwojenna, odnowiona ze środków Lasów Państwowych trzy lata temu. Pachniało w niej kadzidłem i wilgocią. Włochaty klęczał nieruchomo, ręce złożone do modlitwy, wzrok utkwiony w krucyfiks.

— _Domine, non sum dignus_ — szeptał — Panie, nie jestem godzien. Ale Ty wiesz, że czyniłem to dla większego dobra. Las jest święty. Las jest Twoim dziełem. A ci, którzy go zdradzają… _Qui non est mecum, contra me est_. Kto nie jest ze mną, ten przeciwko mnie.

Wstał. Z bocznej zakrystii wszedł mężczyzna — wysoki, szeroki w barach, z twarzą bez wyrazu. Nazywał się Kazimierz Drab, ale Włochaty nazywał go po prostu „Narzędzie”.

— Zrobione? — zapytał ksiądz.

— Zrobione — odparł Drab. — Wyglądało naturalnie. Drzewo, wypadek. Nikt nic nie zauważy.

— A ślady?

— Nie ma śladów.

Włochaty kiwnął głową. Sięgnął do szuflady w zakrystii i wyjął kopertę. Banknoty, setki, pięćdziesiąt sztuk. Pięć tysięcy złotych.

— _Operarius mercede sua dignus est_ — powiedział. — Pracownik godzien jest swojej zapłaty. Łukasz, rozdział dziesiąty.

Drab wziął kopertę bez słowa i wyszedł. Włochaty został sam. Podszedł do okna kaplicy. Z drugiej strony szyby widział las — ciemny, nieskończony, pełen tajemnic.

„Las nie potrzebuje ludzi” — pomyślał. „Ludzie potrzebują lasu. A ja jestem jego strażnikiem. Jego sędzią. I jeśli trzeba, jego katem”.

Zadzwonił do Jelita.

— Problem został rozwiązany — powiedział.

— Bóg zapłać, księże — odetchnął Jelito.

— Bóg zapłaci każdemu według uczynków jego — odparł Włochaty i odłożył słuchawkę.

Potem, przez dłuższą chwilę, klęczał w ciemności, modląc się lub może tylko udając modlitwę. A w lesie, dwieście metrów dalej, wiatr szumiał w koronach drzew, niosąc ze sobą szept, który mógł być echem sumienia albo zwiastunem kolejnych zbrodni.ROZDZIAŁ 4: SKARB W ŚCIÓŁCE

I

Bieszczady w październiku były jak kobieta po pięćdziesiątce — wciąż piękne, ale z melancholią w oczach. Lasy płonęły czerwienią i złotem, mgły spływały po połoninach jak mleko, a powietrze było tak czyste, że bolały płuca. Gabriel Sojecki jechał służbową toyotą przez serpentyny prowadzące do nadleśnictwa Lutowiska i po raz pierwszy od tygodni czuł coś na kształt spokoju.

Tutaj, z dala od Jelita, od Doroty, od Włochatego, mógł oddychać. Tutaj las był prawdziwy, nie zdefiniowany przez protokoły, przetargi i przestępstwa. Ale spokój nie trwał długo.

Telefon zawibrował. Jelito.

— Gabriel, jesteś już w Lutowisku?

— Za pół godziny będę.

— Dobrze. Spotkaj się z nadleśniczym Kmitą. Macie małą robotę. Działka LM-233, drzewostan modrzewiowy, wiek sto dwadzieścia lat. Plan mówi: ochrona. Ale my mówimy: wycinka.

Gabriel poczuł, jak żołądek ściska mu się w węzeł. Znowu. Znowu to samo.

— Modrzew ma sto dwadzieścia lat — powiedział. — To cenny materiał. Powinien być chroniony.

— Właśnie dlatego ma cenę — odparł Jelito. — Modrzew ciesielski, klasa A1, metr sześcienny po dwanaście tysięcy. Mamy kupca — Lech Kiszka, szwagier Doroty. Zainteresowany trzydziestoma metrami. To jest trzysta sześćdziesiąt tysięcy złotych, Gabriel. Czystego zysku.

— Ale dokumentacja…

— Dokumentacja będzie. Dorota już przygotowuje korektę planu urządzenia lasu. Oficjalnie to trzebież sanitarna — kornik, susza, zagrożenie pożarowe. Standardowa procedura.

— W Bieszczadach nie ma suszy — powiedział Gabriel. — Było deszczowe lato.

— Miało być — poprawił go Jelito. — Według dokumentów miało być. Rozumiesz różnicę?

Gabriel rozumiał. Różnica była taka, że jedno było prawdą, drugie kłamstwem. I że on miał uczestniczyć w tym kłamstwie.

— Kmita wie? — zapytał.

— Kmita to nasz człowiek. Od dwudziestu lat. Nie będzie problemu. Tylko jedna rzecz — działka LM-233 to rejon, gdzie bywa dużo turystów. Szlak niebieski przechodzi sto metrów dalej. Trzeba to zrobić szybko i cicho. Najlepiej nocą.

— Nocna wycinka? — Gabriel nie wierzył własnym uszom. — To absurd. Nie można wycinać drzew w nocy. To niebezpieczne, nielegalne…

— Nielegalna jest cała ta operacja — przerwał mu Jelito. — Ale my nie mamy wyjścia. Kiszka czeka. Ma kontener gotowy do transportu. Za tydzień drewno ma być w Niemczech. Tam nikt nie pyta o pochodzenie.

Gabriel chciał powiedzieć „nie”. Chciał zatrzymać samochód, zawrócić, pojechać do domu, spakować walizki i wyjechać gdzieś daleko. Ale wiedział, że nie może. Bo był w pułapce. Bo każdy następny krok zaprowadzał go głębiej w bagno.

— Będę — powiedział cicho i rozłączył się.

Za oknem przemknął znak: „Nadleśnictwo Lutowiska 15 km”. Gabriel spojrzał w lusterko wsteczne. Zobaczył twarz mężczyzny, którego nie rozpoznawał. Zmęczonego, postarzałego, pijanego. „Kim ja się stałem?” — pomyślał. Ale nie znalazł odpowiedzi.

II

Nadleśniczy Teodor Kmita miał sześćdziesiąt trzy lata i wyglądał jak człowiek, który spędził życie w lesie — skóra jak kora dębu, ręce szorstkie, oczy małe i zmrużone od słońca. Przyjął Gabriela w swoim gabinecie, małym pokoiku pachnącym tytoniem i starym drewnem.

— Sojecki — powiedział, podając rękę. Uścisk był mocny, kości Gabriela zaskrzypiały. — Jelito dzwonił. Wiem, po co jesteś.

— Pan wie o… — zaczął Gabriel.

— Wiem wszystko — przerwał mu Kmita. — Pracuję w tym bagnie od dwudziestu lat. Widziałem, jak się zaczęło. Transformacja, prywatyzacja, nowe możliwości. Najpierw to były grosze. Kilka metrów drewna na boku, dla kolegi, dla rodziny. Potem dziesiątki metrów. Potem setki. Teraz? Teraz to jest przemysł.

Usiadł ciężko za biurkiem. Wyciągnął z szuflady butelkę śliwowicy — domowej, bez etykiety — i dwa kieliszki.

— Pijesz?

— Piję — przyznał Gabriel.

Kmita nalał. Wypili. Śliwowica paliła jak ogień, ale było w tym coś oczyszczającego.

— LM-233 — powiedział Kmita, rozkładając mapę na biurku. — Drzewostan modrzewiowy, powierzchnia dwa hektary, szacunkowa miąższość pięćset metrów sześciennych. Ale my weźmiemy tylko trzydzieści metrów. Najlepsze drzewa. Takie, które nikt nie zauważy, że zniknęły.

— Jak można nie zauważyć, że zniknęło trzydzieści metrów modrzewia? — zapytał Gabriel.

— A kto ma zauważyć? Turyści? Oni nie znają lasu. Widzą drzewa i myślą, że wszystkie są takie same. Ekolodzy? Oni patrzą na mapy satelitarne, ale na satelicie nie widać pojedynczych drzew. Strażnicy? Strażnicy są nasi. A jeśli ktoś obcy coś zauważy, to powiemy, że to działanie profilaktyczne. Usunięcie drzew zagrożonych wywróceniem. Standardowa praktyka.

Gabriel słuchał tego i czuł mdłości. Kmita mówił o przestępstwie jak o normalnej pracy. Jak o czynnościach technicznych, bez emocji, bez wyrzutów sumienia.

— Kiedy? — zapytał.

— Dziś w nocy. Ekipa będzie o drugiej. Trzech drwali, forwarder, ładowarka. O piątej rano drewno będzie już na składnicy Kiszki, a my będziemy mieć czyste ręce.

— Czyste ręce — powtórzył gorzko Gabriel. — Jak można mieć czyste ręce przy kradzieży?

Kmita spojrzał na niego ostro.

— Kradzieży? Chłopcze, my nie kradniemy. My zarządzamy zasobami. Las należy do państwa, a my jesteśmy państwem. To jest różnica.

— To jest sofizmat — odparł Gabriel.

— To jest filozofia przetrwania — odparł Kmita. — Wiesz ile zarabiam? Cztery tysiące brutto. Z tego utrzymuję żonę, chorego syna, płacę alimenty byłej. To nie wystarcza. Więc biorę co mogę. Jak wszyscy.

— Nie wszyscy — powiedział cicho Gabriel.

— Wszyscy, którzy mają odwagę — poprawił go Kmita. — Reszta to hipokryci albo głupcy.

Wstał. Podszedł do okna. Za szybą widać było las — nieskończony, ciemny, tajemniczy.

— Zobacz — powiedział — to wszystko jest nasze. Miliony hektarów. I to wszystko jest skarbem. Drzewa to pieniądze. Każdy pień to tysiące złotych. A my mamy dostęp. Gdybyś miał klucze do banku, nie wziąłbyś trochę dla siebie?

— To nie to samo.

— To dokładnie to samo.

Gabriel wiedział, że dalsze dyskutowanie nie ma sensu. Kmita był przekonany do swojej racji. Albo udawał przekonany, żeby łatwiej było żyć.

— O której mam być? — zapytał.

— O pierwszej trzydzieści. Tu, przed nadleśnictwem. Pojedziemy na miejsce. Nadzorujemy operację. I Gabriel… weź latarkę. W nocy w lesie jest ciemno jak w dupie.

III

Teresa Wątrobianka siedziała w swoim wynajętym mieszkaniu w Krakowie i przeglądała dokumenty zdobyte od informatora w Dyrekcji. Informator — młody mężczyzna o nazwisku Kowalczyk, który pracował w dziale zamówień — był przerażony. Podczas ich pierwszego spotkania w kawiarni na Kazimierzu drżały mu ręce, kiedy przekazywał jej teczkę z materiałami.

— Jeśli się dowiedzą, że to ja… — powiedział.

— Nie dowiedzą się — zapewniła Teresa. — Jesteś chroniony jako źródło dziennikarskie. Nikt nie może zmusić mnie do ujawnienia twojego nazwiska.

— Chyba że dostanę nakaz sądowy — odparł Kowalczyk. — A oni mają kontakty. Sędziowie, prokuratorzy… wszyscy są w tym po uszy.

Teresa otworzyła teczkę. W środku znajdowały się wydruki e-maili, skanem dokumentów finansowych, zdjęcia protokołów. Wszystko wskazywało na jedną rzecz: systematyczne zaniżanie wartości drewna sprzedawanego przez Lasy Państwowe.

Jeden dokument szczególnie przykuł jej uwagę. Protokół szacowania wartości drewna modrzewiowego z nadleśnictwa Lutowiska. Według protokołu, metr sześcienny modrzewia klasy A1 został wyceniony na pięć tysięcy złotych. Ale Teresa sprawdziła ceny rynkowe — w rzeczywistości taki modrzew kosztował dwanaście, czasem piętnaście tysięcy za metr.

Różnica siedem tysięcy złotych na metr. Jeśli sprzedaż dotyczyła trzydziestu metrów, to państwo traciło dwieście dziesięć tysięcy złotych. A kupujący — Lech Kiszka Transport — płacił zaniżoną cenę i odsprzedawał drewno za pełną wartość. Zysk czysty.

Teresa zadzwoniła do ojca.

— Tato, mam coś. Duża sprawa. Nadleśnictwo Lutowiska, modrzew, zaniżona wycena. To jest klasyczne narażenie Skarbu Państwa na stratę.

— Masz dokumenty?

— Mam. I świadka. Kowalczyka z Dyrekcji.

— Czy on jest gotów zeznawać?

Teresa zawahała się. Kowalczyk wyraźnie powiedział, że nie chce się ujawniać. Że przekazuje materiały, ale nie wystąpi publicznie.

— Nie jest — przyznała. — Ale dokumenty są wystarczające. Można złożyć zawiadomienie o przestępstwie do prokuratury.

— Bez świadka prokuratura umorzy sprawę — powiedział Wątroba. — Powiedzą, że to błąd w dokumentacji, pomyłka, nieumyślność. Potrzebujesz kogoś, kto powie: „Ja to widziałem. Ja w tym uczestniczyłem”.

— To co mam zrobić?

— Jedź do Lutowiska. Znajdź kogoś tam. Drwala, strażnika, urzędnika. Kogoś, kto ma dość. Kto zechce mówić.

— A jeśli nie znajdę?

— Znajdziesz — powiedział Wątroba. — Zawsze jest ktoś, kto ma dość. Pytanie tylko, czy będzie miał odwagę.

Teresa się rozłączyła. Spojrzała na mapę Polski na ścianie. Lutowisko było daleko — sześćset kilometrów od Krakowa. Ale to była jej robota. Jechała.

Spakowała torbę, zabrała laptop, dyktafon, aparat. I jeszcze jedną rzecz — gaz pieprzowy, który dostała od ojca po incydencie z Drabem. „Tylko na wszelki wypadek” — powiedział Wątroba. „Mam nadzieję, że nie będziesz musiała go użyć”.

Teresa też miała taką nadzieję.

IV

O pierwszej trzydzieści w nocy Gabriel Sojecki stanął przed budynkiem nadleśnictwa Lutowiska. Była cisza, ciemność i zimno. Temperatura spadła poniżej zera, ziemia była twarda, oddech zamieniał się w parę.

Kmita czekał już, oparty o swojego land rovera, paląc papierosa.

— Punktualnie — powiedział. — Dobrze. Ekipa już jest na miejscu. Jedziemy.

Pojechali drogą leśną, bez świateł, tylko na światłach parkingowych. Droga była wyboista, samochód podskakiwał. Po dwudziestu minutach dotarli do działki LM-233.

W świetle reflektorów Gabriel zobaczył scenę jak z innego świata. Trzech mężczyzn w kombinezonach roboczych, piły Stihl, forwarder — ciężka maszyna do transportu drewna — i już ścięte drzewa leżące na ziemi. Modrzewie, potężne, dwustuletnie. Martwe.

— Jesteście szybcy — powiedział Kmita do jednego z drwali, mężczyzny o nazwisku Baran.

— Zaczęliśmy o północy — odparł Baran. — Mamy już dwadzieścia metrów. Jeszcze dziesięć i kończymy.

— Dobrze. Ładujcie na forwarder. Kiszka czeka na składnicy.

Gabriel podszedł do jednego ze ściętych pni. Położył dłoń na świeżym drewnie. Było wilgotne, ciepłe jeszcze od życia. Policzył słoje — sto czterdzieści osiem. To drzewo rosło od czasów Napoleona. Przetrwało powstania, wojny światowe, komunizm. I zginęło tej nocy, dla pieniędzy.

— Piękny materiał — powiedział Baran, stając obok Gabriela. — Taki modrzew to skarb. Z tego można zrobić belki na sto lat. Albo meble. Albo trumnę dla króla.

— Albo przestępstwo — mruknął Gabriel.

Baran spojrzał na niego.

— Co powiedziałeś?

— Nic. Mówiłem do siebie.

Baran zapalił papierosa. Miał około czterdziestu lat, twarz pomarszczoną, dłonie poryte bliznami. Wyglądał na człowieka, który pracował ciężko całe życie i nie miał zbyt wiele do stracenia.

— Słuchaj — powiedział cicho — ja wiem, że to jest nielegalne. Nie jestem głupi. Ale co mam robić? Mam troje dzieci, żonę, kredyt. Kmita płaci mi pięć stów za nocną robotę. To jest dla mnie tydzień pracy. Nie mogę odmówić.

— Rozumiem — odparł Gabriel. I naprawdę rozumiał. Baran nie był przestępcą. Był ofiarą systemu, który zmuszał ludzi do wyboru między uczciwością a przetrwaniem.

— A ty? — zapytał Baran. — Czemu ty to robisz? Jesteś leśniczym. Masz dobrą pensję, stabilizację. Po co ci to?

Gabriel nie wiedział, co odpowiedzieć. Po co mu to było? Dla pieniędzy? Dla Doroty? Dla Jelita? A może po prostu dlatego, że nie miał odwagi powiedzieć „nie”?

— Nie wiem — przyznał szczerze.

Baran kiwnął głową, jakby to była wystarczająca odpowiedź.

W tym momencie rozległ się trzask. Jeden z drwali krzyknął. Gabriel odwrócił się i zobaczył, jak wielkie drzewo — modrzew, który właśnie było podcinane — zaczyna się przechylać. Nie w tę stronę, w którą powinno. W stronę forwardera.

— Uwaga! — wrzasnął Kmita.

Operator forwardera wyskoczył z kabiny w ostatniej chwili. Drzewo runęło z hukiem, przygniataając przednią część maszyny. Metal zgniótł się jak papier, szyby eksplodowały.

Cisza. Potem przekleństwa.

— Kurwa! — krzyczał drwal, który podcinał drzewo. — Przecież sprawdzałem! Wiatr zmienił kierunek!

Kmita podszedł do zniszczonego forwardera. Maszyna była totalnie rozbita. Niezdatna do użytku.

— I co teraz? — zapytał Baran.

— Teraz mamy problem — powiedział Kmita. — Drewno leży, forwarder rozbity. Nie możemy go stąd wywieźć. A jak świt, turyści zaczną chodzić szlakiem. Zobaczą wycinkę, zobaczą maszynę. To będzie wyciek.

— Co robimy? — zapytał Gabriel.

Kmita myślał. Jego twarz była napięta, szczęka zaciśnięta.

— Zostawiamy — powiedział w końcu. — Drewno zostawiamy. Forwarder też. Jutro rano zgłaszamy, że to była legalna trzebież sanitarna. Drzewo wywróciło się, uszkodziło maszynę. Wypadek.

— Ale drewno — zaczął Baran. — To jest trzydzieści metrów…

— Drewno zostaje! — warknął Kmita. — Zabierzemy je później, jak się uspokoi. Teraz wychodzimy. Natychmiast.

Drwale zabrali piły, narzędzia. W dziesięć minut zniknęli w ciemności. Gabriel i Kmita zostali sami.

— To jest katastrofa — powiedział Gabriel.

— To jest komplikacja — poprawił go Kmita. — Ale poradzimy sobie. Zawsze sobie radzimy.

Ale gdy jechali z powrotem do nadleśnictwa, Gabriel czuł, że coś się zmieniło. Że ta noc była punktem zwrotnym. Że od tej pory wszystko będzie się sypać.

Nie wiedział jeszcze, jak bardzo miał rację.

V

Rano, o ósmej, Teresa Wątrobianka dotarła do Lutowiska. Zatrzymała się w małym pensjonacie prowadzonym przez miejscową rodzinę i poszła na spacer, żeby rozpoznać teren.

Lutowisko było małą miejscowością — kilkaset osób, głównie leśnicy, ich rodziny, turyści. Wszyscy się znali, wszyscy o wszystkim wiedzieli. Teresa zdawała sobie sprawę, że jako obca będzie obserwowana.

Poszła szlakiem niebieskim, który prowadził w góry. Las był przepiękny — kolory jesieni, zapach igliwia, cisza. Szła godzinę, może dwie. I nagle zobaczyła.

Działka LM-233. Wycinka. Powalone drzewa, rozbity forwarder, ślady pił, kałuże żywicy. Wszystko świeże. Nie starsze niż kilka godzin.

Teresa wyjęła aparat i zaczęła fotografować. Drzewa, maszynę, numery działek na oznaczeniach. Każdy szczegół. To był dowód. Dowód na nielegalną wycinkę.

Potem usłyszała głos.

— Co pani tu robi?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij