-
nowość
Letters from October - ebook
Letters from October - ebook
Autorka The Clique powraca z historią z motywem strangers to lovers!
Dziewiętnastoletnia Cadence Hill postanawia odciąć się od toksycznych rodziców oraz byłego chłopaka. Rzuca studia w Nowym Jorku i mimo sprzeciwu bliskich wraca do rodzinnego miasteczka Wildermoor w stanie Vermont.
Dziewczyna pragnie zacząć od nowa i zostawić za sobą traumatyczną przeszłość. Szybko odnawia znajomość z Maeve Bennett, przyjaciółką z dzieciństwa, która niemal od razu ostrzega ją przed Hardinem Withersem – motocyklistą, niecieszącym się w miasteczku zbyt dobrą opinią.
Choć Cadie bierze sobie słowa Mae do serca, wszystko komplikuje się w chwili, gdy po raz pierwszy spotyka Hardina. Pewnej jesiennej nocy niebezpiecznie przystojny chłopak zatrzymuje się przy niej i proponuje podwózkę, a ona – wbrew rozsądkowi – wsiada na jego motocykl.
Czy Withers naprawdę jest tak zły, jak twierdzą wszyscy wokół?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8418-822-4 |
| Rozmiar pliku: | 2,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Taylor Swift – august
The Neighbourhood – Leather Weather
One Direction – Strong
Frank Sinatra – Witchcraft
The Cramps – Goo Goo Muck
Taylor Swift – the 1
RHODES – The Love I Give
The Police – Every Breath You Take
girl in red – We Fell in Love in October
Taylor Swift – right where you left me
The Clash – Should I Stay or Should I Go
David Kushner – Daylight
Harry Styles – American Girls
Cigarettes After Sex – Apocalypse
Harry Styles – Matilda
Taylor Swift – mirrorball
Taylor Swift – this is me trying
Lana Del Rey – Brooklyn Baby
Cigarettes After Sex – Nothing’s Gonna Hurt You Baby
Taylor Swift – my tears ricochet
Taylor Swift – exile
Harry Styles – Golden
Conan Gray – Heather
Arctic Monkeys – 505
Taylor Swift – Wildest Dreams
Frank Ocean – Ivy
Cigarettes After Sex – Heavenly
Taylor Swift – illicit affairs
The Neighbourhood – Softcore
Taylor Swift – The Archer
The Neighbourhood – Sweater Weather
Taylor Swift – All Too Well (10 Minute Version)PROLOG
Cadence
Rytmicznie zastukałam palcami w kierownicę i docisnęłam pedał gazu. Kolorowe drzewa po obu stronach drogi zaczęły zlewać się w wielobarwną plamę, a ja marzyłam wyłącznie o tym, by zobaczyć wyczekiwany od prawie pięciu godzin znak.
Zerknęłam na przymocowany do uchwytu telefon z włączoną nawigacją – powinnam znaleźć się na miejscu za niespełna kwadrans. Uśmiechnęłam się delikatnie, po czym podkręciłam płynącą z radia muzykę. Melodia Witchcraft Franka Sinatry wypełniła przestrzeń w samochodzie, a wtedy wzięłam głęboki oddech i przełknęłam gulę w gardle. Jeszcze nigdy nie targało mną tak wiele sprzecznych emocji. Dotąd nie sądziłam, że człowiek może być jednocześnie kompletnie załamany i do granic możliwości szczęśliwy. A teraz właśnie tak się czułam. Jakbym stała na niewidzialnej granicy i nie potrafiła zdecydować, w którą stronę ruszyć.
Nie odnalazłam się. Spędziłam w Nowym Jorku kilka lat i nawet taki szmat czasu nie pozwolił mi na to, by przystosować się do nowego życia sprezentowanego przez rodziców. Chodziłam do prywatnego liceum rodem z Plotkary, dostałam się na Uniwersytet Browna, ale… Cholera, w tym wszystkim nigdy nie było mnie. Odnosiłam wrażenie, jakby ktoś postawił mnie w tłumie ludzi, których języka nie rozumiałam. I długo biłam się z myślami. Wiedziałam, że matka i ojciec poświęcili naprawdę dużo, bym mogła znaleźć się w ich wymarzonym miejscu, mimo to pewnego dnia uznałam, że jeśli nie podejmę właściwej decyzji, sczeznę w morzu straconego czasu i egzystencjalnej pustki.
Dlatego właśnie teraz – dzień po tym, kiedy powinnam rozpocząć drugi rok studiów – siedziałam w aucie i wracałam do… domu. Nigdy nie przestałam tęsknić za Wildermoor. To miasteczko w stanie Vermont, którego wielu nie potrafiło nawet wskazać na mapie, było tym, czego chciałam. Rodzice od zawsze pragnęli mnie stamtąd zabrać. Gdy tata otrzymał propozycję zostania głównym inżynierem w wielkiej firmie w Nowym Jorku, razem z mamą prawie dostali zawału ze szczęścia. Spakowali wszystkie nasze rzeczy i wywieźli mnie ze świata, który tak bardzo kochałam, choć nawet nie zapytali mnie o zdanie. Zostawiłam za sobą przyjaciół, ulubione uliczki, panią i pana Huangów oraz bibliotekę.
Nostalgia w mojej głowie stawała się coraz bardziej nieznośna, aż nagle przerwał ją dzwonek informujący o przychodzącym połączeniu. Nieprzyjemne dreszcze przebiegły mi po rękach, gdy na ekranie wyświetliło się słowo „mama”. Zebrałam się jednak w sobie, a później nacisnęłam zieloną słuchawkę i odetchnęłam ciężko.
– Cześć, mamo – rzuciłam niby swobodnie, lecz coś wewnątrz mnie zdawało się krzyczeć.
– Cadie? – Jej głos uderzył we mnie jak obuch. – Gdzie jesteś?
– Prawie w Wildermoor – odparłam, mocniej wsuwając się w fotel.
– Posłuchaj mnie uważnie, dobrze? – podjęła po długim milczeniu. – Wiesz, że ojciec gra z rektorem Brown w golfa. Dziś rano rozmawiali. Tata powiedział mu, że miałaś krótkie załamanie, ale wszystko jest już w porządku. Udało mu się przekonać Roodsa, żebyś mogła wrócić na uczelnię…
– Mamo – przerwałam jej i zjechałam na pobocze. Gwałtownie opadłam na oparcie, a moje oczy mimowolnie się zamknęły. – Nie wrócę do Nowego Jorku, uszanujcie to, proszę. Rozmawialiśmy o tym tyle razy.
Pełne rozczarowania westchnienie matki wypłynęło z głośnika. Uchyliłam powieki i wbiłam wzrok w przednią szybę, czekając na potężną falę niemiłych słów.
– Nigdy wcześniej się nie buntowałaś – warknęła. – Wiesz, ile kosztowało wysłanie cię do Season? Twoja nauka w tym liceum, do tego wszystkie dodatkowe zajęcia, korepetycje, później czesne w Brown, akademik…
Milczałam. Powinnam być wdzięczna, powinnam wzruszać się na samą myśl o tym, co dla mnie zrobili. Ale nie potrafiłam. Nigdy tego wszystkiego nie chciałam. Tak wiele razy tłumaczyłam im, że prywatne liceum dla snobów nie jest dla mnie, że Uniwersytet Browna nigdy nie stanowił mojego marzenia. Zajęcia dodatkowe, korepetycje, nauka do północy. I nic więcej. Brakowało mi czasu na przyjaźnie, nie zapraszano mnie na szkolne imprezy, bo uchodziłam za „mało rozrywkową”. Jedyne, co miałam, to mój – teraz już były – chłopak. I nawet jego nie wybrałam sama. Tata poznał mnie z Austinem podczas jednego ze spotkań z ludźmi z pracy, które odbywało się w naszym domu.
Ale Austin to długa i niewdzięczna historia, dlatego nie będę o nim wspominać.
Najważniejsze, że trzy dni temu z nim zerwałam. I nagle jeden z wielu ciążących mi na plecach kamieni zniknął.
– Mamo, muszę kończyć. Zaraz będę podjeżdżać przed dom – skłamałam.
– Cadence! – podniosła głos. – I co będziesz tam robić? Z czego będziesz żyła? My z ojcem nie dołożymy centa do tego cyrku.
– Mam oszczędności.
– Te śmieszne sześć tysięcy dolarów?!
– Znajdę pracę. Naprawdę nie chcę się kłócić. Zadzwonię jutro, dobrze? Nie martwcie się o mnie, poradzę sobie.
– Zawiodłaś nas, Cadie. Tak bardzo nas zawiodłaś… – wycedziła, a kilka sekund później zakończyła połączenie.
Niekontrolowany grymas wykrzywił mi usta, lecz obiecałam sobie, że nie będę płakać. Na wstrzymanym oddechu ponownie uruchomiłam silnik i wróciłam na drogę. Nie minęło wiele czasu, zanim serce podeszło mi do gardła. Z bocznej uliczki wyjechał ktoś na motocyklu – zapewne mężczyzna, świadczyła o tym jego postura. Z nieopisaną prędkością przemknął tuż przed maską mojego samochodu. Gwałtownie zahamowałam i bez wahania ryknęłam przez uchylone okno:
– To nie jest autostrada!
– Pieprz się! – odparował, choć ledwie go usłyszałam. Wystawił w moją stronę środkowy palec, a później docisnął gaz i zniknął daleko za mną.
– Chryste… – Pokręciłam głową i po raz kolejny tego dnia włączyłam się do ruchu.
Po kilku minutach nareszcie dostrzegłam to, na co tak bardzo czekałam. Wielka, stara, drewniana tablica, a na niej napis:
Witamy w Wildermoor!
Przyjemne ciepło rozlało się w moim wnętrzu, a uśmiech mimowolnie rozświetlił mi twarz. Jadąc spokojnie, podziwiałam moje ukochane miasteczko – małe domki, pokryte jesiennymi liśćmi chodniczki, niewielkie sklepy i specyficzny zapach. Wszystko to, za czym tak cholernie tęskniłam. Szybki skręt w prawo, dalej prosto i znowu w prawo, aż wreszcie zatrzymałam się przy wysokim krawężniku.
Budynek wyglądał nieco inaczej, niż kiedy ostatnio go widziałam. Jednak wcale mnie to nie dziwiło. Po przeprowadzce do Nowego Jorku nie odwiedziliśmy Wildermoor ani razu. Matka z początku chciała sprzedać nasz dom, ale w ojcu odezwały się resztki człowieczeństwa. Odziedziczył go po swojej babci i nie miał serca, by się go pozbyć. Tak więc budynek stał pusty i zapomniany – aż do dziś.
Pospiesznie wysiadłam z auta, a mój wzrok natychmiast powędrował w kierunku ogrodu. Od razu przeszło mi przez myśl, że prezentował się zbyt dobrze jak na coś, co od lat nie widziało ludzkiej ręki. Niestety, nie zdążyłam przyjrzeć się wszystkiemu dokładnie, ponieważ wokół rozbrzmiał dobrze mi znany głos.
– Cadie?!
– Pani Mei Lin?! – wrzasnęłam i od razu poderwałam się do biegu.
Staruszka stała kilkanaście jardów przede mną i grabiła resztki liści rozrzuconych na chodniku. Na mój widok bez wahania odłożyła grabie na ziemię, a potem w mgnieniu oka znalazła się tuż obok, z szeroko otwartymi ramionami.
– Ja chyba śnię! – Objęła mnie mocno i trzymała w szczelnym uścisku tak długo, aż obie niemal zdrętwiałyśmy. – Skarbie, nie sądziłam, że jeszcze cię zobaczę. – Odsunęła się delikatnie, po czym chwyciła w dłonie moją twarz.
– Tak bardzo tęskniłam – wymamrotałam. – Czy nasz ogród to pani sprawka?
– Jest zbyt piękny, by o niego nie dbać – odparła. – Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że czasami tutaj zaglądam.
– Ależ skąd, to bardzo miłe. Nie mogę uwierzyć, że znów panią widzę…
Właśnie w tym momencie wewnętrzna obietnica, że nie będę płakać, poszła się pieprzyć. Łzy wzruszenia spłynęły strumieniami po policzkach, a oczy zaszkliły się tak bardzo, że ledwie widziałam rozweseloną twarz sąsiadki.
– Nie płacz, kochanie – szepnęła. Ponownie przyciągnęła mnie do siebie, jakby wiedziała, że coś było nie tak. – Albo płacz. Zaraz pójdziemy do mnie i napijemy się herbaty.
Kiedy w końcu udało mi się choć trochę uspokoić, uniosłam wzrok i przyjrzałam się pani Mei Lin. Wciąż była tak samo radosna i pełna ciepła. Co prawda dziś jej czarne włosy zdobiło kilka siwych pasm, wydawała się nieco niższa, a zmarszczki stały się bardziej widoczne, lecz wciąż uważałam ją za najcudowniejszą kobietę, która zapraszała mnie do siebie na gorącą herbatę, a później godzinami opowiadała o życiu w Chinach i o tym, jak poznała swojego męża.
Właśnie.
– Pan Hao jest w domu? – zapytałam, czule pocierając jej smukłe ramiona.
Mei Lin – w niepodobny do niej sposób – posmutniała. Niemal w zwolnionym tempie spojrzała w niebo i przez moment patrzyła w nie tak, jakby rozmawiała z kimś po drugiej stronie chmur.
– Mój najdroższy Hao jest tam. – Wskazała palcem na nieboskłon, a subtelny uśmiech powrócił na jej usta. – Od zeszłej zimy pilnuje mnie z góry. I chyba dbanie o mnie mu wychodzi, skoro stoi przede mną moja ukochana Cadence.
Tylko nie pan Hao. Nie najsłodszy na świecie pan Hao.
– O mój Boże. – Kilka łez mimowolnie wypłynęło mi z oczu, a ciałem wstrząsnął dreszcz, przez co kobieta od razu pogłaskała mnie po głowie.
– Odszedł w spokoju – wyznała cicho. – Mieliśmy cudowne życie. Co prawda nie było nam pisane potomstwo, ale mieliśmy ciebie. Dlatego teraz, moja słodka Cadie, pójdziemy do mnie i nie wypuszczę cię tak długo, dopóki nie opowiesz mi o wszystkim, co wydarzyło się u ciebie od czasu wyprowadzki. Czuję, że nie przyjechałaś do Wildermoor bez powodu. I musisz poznać Xiao Bai, moją uroczą białą kotkę.
– Xiao Bai nie oznacza przypadkiem „mały biały”? – Zaśmiałam się, a następnie chwyciłam Mei Lin za rękę. – Jeszcze coś pamiętam z pani nauk.
– Och, Cadie. – Roześmiała się głośno. – Wiem, że to niezbyt oryginalne imię, ale gdy tylko odebrałam ją ze schroniska, od razu stała się dla mnie Xiao Bai. Chodźmy, kochanie. Mam jeszcze ciasto z wczoraj i trochę zupy, na pewno jesteś głodna po podróży.
Pociągnęła mnie do przodu, a ja…
Znów byłam w domu.ROZDZIAŁ PIERWSZY
Cadence
Gdy tylko skończyłam mówić, sięgnęłam po filiżankę i wypiłam niemal całą herbatę. Pani Mei Lin wpatrywała się we mnie, a w jej oczach nie malowało się nic poza zrozumieniem oraz współczuciem.
– Wciąż nie jestem pewna, czy postąpiłam słusznie. – Skwitowałam opowieść o ostatnich latach życia głośnym westchnieniem, a potem wsunęłam się głębiej w siedzisko kwiecistej sofy. – Ale w Nowym Jorku czułam się martwa, nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć.
Sąsiadka milczała przez jakiś czas, a jej spojrzenie mimowolnie powędrowało w kierunku okna. Wydawała się zamyślona, jakby na moment zniknęła z pokoju, w którym siedziałyśmy.
– Byłam mniej więcej w twoim wieku, kiedy poznałam Hao – podjęła cicho, subtelnie się uśmiechając. – Tak bardzo pragnął, żebyśmy wyjechali z Chin…
– A pani tego nie chciała? – wtrąciłam niepewnie.
– Chciałam – przyznała bez wahania. – Ale się bałam. Przerażało mnie zostawienie za sobą bliskich i stawienie czoła życiu na własną rękę. Pamiętam taki dzień, kiedy siedziałam w ogrodzie i zamyśliłam się tak bardzo, że nie usłyszałam wołania babci. Przysiadła się wtedy do mnie, przytuliła, a później powiedziała mi bardzo ważne zdanie.
– Jakie?
– Droga istnieje dopiero wtedy, gdy ktoś odważy się nią przejść.
Serce zabiło mi mocniej na dźwięk słów kobiety. Mei Lin natomiast pozostawała spokojna – zgarnęła z miseczki ciastko, po czym przysunęła słodkości w moją stronę. Jak zawsze radosna, wzięła głęboki wdech, a gdy przełknęła, dodała:
– Posłuchałaś serca, moja Cadie. A to jest najważniejsze.
Dotąd nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo brakowało mi naszych rozmów. Doskonale pamiętałam ostatni raz, gdy się widziałyśmy. Płakała razem z panem Hao. W głębi duszy wiedziałam, że po mojej wyprowadzce czuli się tak, jakby stracili dziecko.
– Myśli pani, że dam radę znaleźć w Wildermoor jakąś pracę? Mam trochę oszczędności, ale nie wystarczą na długo. Muszę jak najszybciej się za czymś rozejrzeć – zagaiłam, ponieważ temat utrzymania zaczynał męczyć mnie bardziej, niż przypuszczałam.
– O to się nie martw. – Machnęła ręką. – Wielu młodych wyjechało, wszędzie brakuje chętnych do pracy. Ale najpierw proponuję ci odwiedzić cukiernię. – Spojrzała na mnie wymownie, a ja potrzebowałam długiej chwili, by zrozumieć, o co jej chodziło.
– Nie, to chyba nie jest dobry…
– Maeve na pewno za tobą tęskni – ucięła, zanim zdążyłam zaprotestować. – Pracuje od poniedziałku do soboty. Dziś kończy zmianę o ósmej.
Zamilkłam. Podparłam podbródek o rękę i zaczęłam rozważać wszystkie za i przeciw. Maeve Bennett była moją najlepszą przyjaciółką. Znałyśmy się od dziecka – chodziłyśmy razem do przedszkola, później do podstawówki, a każdy czwartek spędzałyśmy na jedzeniu lodów i piciu mlecznych koktajli w cukierni jej mamy. Nikt nie potrafił nas rozdzielić. Pan Hao żartował nawet, że w poprzednim życiu z pewnością byłyśmy siostrami.
A potem wyjechałam.
I od tamtego czasu nie rozmawiałyśmy ani razu. Rodzice skrupulatnie pilnowali, bym nie utrzymywała kontaktu z nikim z Wildermoor. Twierdzili, że sentymenty mogą odciągnąć moją uwagę od nauki i od „tego, co ważne”. Z początku próbowałam się kłócić, tłumaczyć… Moje wysiłki nie przynosiły jednak żadnych rezultatów. Sprawdzali mój telefon, kontrolowali wiadomości, przeglądali rejestry połączeń. Czas mijał, a ja coraz bardziej ulegałam. W końcu odpuściłam. Byłam zbyt wielkim tchórzem, by walczyć. Pozwoliłam, żeby odebrali mi przyjaciółkę.
Nie sądziłam, że Mae mi wybaczy. Kiedy tamtego dnia się żegnałyśmy… Obiecałam jej, że nigdy nie przestaniemy ze sobą rozmawiać.
I nie dotrzymałam słowa.
– Jedź. – Mei Lin skinęła głową. – Ale zaczekaj chwilkę, najpierw coś ci dam.
Powoli podniosła się z sofy i podeszła do niewielkiego, przeszklonego kredensu. Wyciągnęła z porcelanowego półmiska pęk kluczy, a następnie usiadła obok i wcisnęła mi go w dłoń.
– To dla ciebie. – Uśmiechnęła się serdecznie. – Porozmawiaj z Maeve i możesz spać tutaj. Otwórz sobie, jeśli wrócisz późno. Ja będę na górze, a ty rozgość się, gdzie tylko masz ochotę. Jutro zajmiemy się twoim domem, dzisiaj na pewno jesteś zbyt zmęczona na sprzątanie.
Spojrzałam na nią i bez wahania przytuliłam. W ciągu tych dwóch godzin otrzymałam więcej zrozumienia oraz wsparcia niż przez ostatnie kilka lat. Czułam ogromną wdzięczność za to, że ta cudowna kobieta znów stała się częścią mojego życia.
– No już, Cadie. – Poklepała mnie po plecach. – Jedź i porozmawiajcie. Chcę znowu zobaczyć was razem.
Wzięłam jeden z najgłębszych wdechów w życiu. Trwałam w zawieszeniu przez parę sekund, lecz ostatecznie zebrałam się na odwagę i skierowałam do drzwi. Nie potrafiłam jednak ukryć niepewności, bałam się spotkania z Maeve. Wciąż kochałam ją całym sercem, ale miałam świadomość, że zrobiłam coś niewybaczalnego.
– Do zobaczenia. – Ostatni raz zerknęłam na sąsiadkę, wyszłam na zewnątrz i ruszyłam prosto do samochodu.
Wiedziałam, że jeśli zatrzymam się choćby na moment, prawdopodobnie się rozmyślę. Pchana determinacją, usiadłam za kierownicą, uruchomiłam silnik i od razu wyjechałam na drogę. Cukiernia znajdowała się dwie ulice dalej, przez co podróż zajęła mi zaledwie kilka minut. Zaparkowałam po przeciwnej stronie i się zawahałam. Obserwowałam wejście, okna, krzesła ustawione na chodniku, pierwsze jesienne dekoracje…
– Ogarnij się i idź – upomniałam samą siebie.
Potrząsnęłam głową i nabrałam powietrza w płuca. Odliczyłam w myślach do trzech, a następnie wysiadłam z auta i przebiegłam przez prawie pustą ulicę. Nie pozwoliłam sobie na dalsze rozważania, tylko najszybciej, jak potrafiłam, złapałam za klamkę.
Weszłam do środka, a dźwięk dzwoneczka nad drzwiami przywołał wspomnienia, przez które ziemia niemal osunęła mi się spod stóp. Od razu poczułam znajomy zapach cynamonu, wanilii i świeżo parzonej kawy. Cukiernia była niewielka. Objęłam spojrzeniem cztery stoliki przy oknach i kilka mniejszych w głębi pomieszczenia. Na każdym leżała równiutko rozłożona cerata w kremowo-kawowe pasy, na środku natomiast stał brązowy wazonik z gałązkami jarzębiny oraz suszonymi liśćmi klonu… Szyby pokrywała delikatna mgiełka, na parapetach ustawiono miniaturowe dynie. Od razu stwierdziłam, że te drobne dodatki z pewnością stanowiły dzieło mamy Maeve.
Przesunęłam wzrokiem po szklanych gablotach. Na półkach pyszniły się drożdżówki z jabłkami i kruszonką, jeszcze ciepłe – para osiadała na szkle. Obok leżały maślane rogaliki posypane cukrem pudrem, nieco dalej lukrowane cynamonki, babeczki, szarlotka. Wszystko to, co pamiętałam z dzieciństwa.
Mimowolnie przełknęłam ślinę. Minęła już dobra chwila, a z zaplecza wciąż nikt nie wyszedł. W cukierni, prócz mnie, znajdował się tylko starszy mężczyzna, który popijał kawę przy jednym ze stolików w drugiej części pomieszczenia.
Zaczęłam rozważać wyjście, a wtedy z oddali dobiegł głos:
– Przepraszam bardzo, już idę!
Maeve…
Stałam nieruchomo, wstrzymywałam powietrze w płucach. Miałam wrażenie, że ręce zaczęły mi się pocić, kiedy dostrzegłam najpierw wielką blachę pełną bułeczek, a później… ją. Mae przeszła za ladę, w pełni skupiona na pracy. Kosmyki jasnych włosów opadały jej na twarz, gdy odkładała na blat gorące pieczywo, a później otrzepywała z pomarańczowego fartuszka resztki mąki.
– Dzień dobry, przepraszam, że tak długo. Musiałam wyłączyć piec. – Uniosła na mnie wzrok i dokładnie w tej samej sekundzie gwałtownie rozchyliła usta.
Nie byłabym w stanie oszacować, jak długo patrzyłyśmy na siebie w milczeniu. Wpatrywałam się w niebieskie oczy i błagałam w myślach wszystkie bóstwa, by nie kazała mi się wynosić. A przynajmniej nie od razu.
– C-cadie? – wydusiła wreszcie, jej głos się załamał.
Czas zdawał się dłużyć w nieskończoność. Dziewczyna rozwiązała fartuch, przeciągnęła go przez głowę i odłożyła gdzieś na bok. Niemal w zwolnionym tempie okrążyła ladę i stanęła przede mną, obserwując mnie w taki sposób, jakbym była przybyszem z innej planety.
Chciałam, tak bardzo chciałam coś powiedzieć. Jednak słowa grzęzły mi w gardle, a wnętrzności zaciskały na jeden z najokrutniejszych sposobów, jakich doświadczyłam w życiu. Nie miałam pojęcia, od czego zacząć. Nic nie mogłoby stanowić wystarczającego wytłumaczenia tego, co zrobiłam.
– Przepraszam – szepnęłam, mój podbródek zadrżał.
Spodziewałam się wiele, lecz z pewnością nie łzy toczącej się po policzku Maeve. Dziewczyna wciąż nie odrywała ode mnie wzroku, jej oczy zachodziły mgłą coraz bardziej, aż w końcu głośno zassała powietrze i… zarzuciła ręce na moje ramiona.
– Liczę, że masz coś dobrego na swoją obronę – sapnęła, coraz mocniej przyciągając mnie do siebie. – Najpierw opowiesz, a zanim wrócisz do Nowego Jorku…
– Nie wracam do Nowego Jorku – oznajmiłam, po czym odsunęłam się delikatnie i wbiłam w nią zaszklone spojrzenie.
– Co? – Zmarszczyła brwi, kompletnie zszokowana.
– Wróciłam do Wildermoor na stałe, ale rodzice zostali…
– Nie, czekaj. – Uniosła dłoń. – Nie będziemy tak rozmawiać.
Cholera.
Szybkim krokiem ruszyła z powrotem za ladę. Zerknęła gdzieś w dół, delikatnie podrapała się po głowie, a po chwili wyciągnęła z kieszeni brązowych spodni telefon.
– Nie ruszaj się, okej? – rzuciła.
Przytaknęłam. Nie wiedziałam, co planowała, ale postanowiłam jej nie przeszkadzać. Klikała coś na ekranie, a gdy przyłożyła komórkę do ucha – skierowała się na zaplecze, gdzie zniknęła na dobre pięć minut. Kiedy wróciła, natychmiast podeszła do starszego mężczyzny, nadal siedzącego przy jednym ze stolików, i posłała mu ciepły uśmiech.
– Panie Ritt, muszę dzisiaj zamknąć trochę wcześniej. Nie obrazi się pan? – zapytała spokojnie, na co staruszek poprawił okulary na nosie i zmrużył powieki.
– Żaden problem, skarbie – stwierdził. – A jutro otwieracie normalnie?
– Tak, równo o dziewiątej.
Klient nie protestował, tylko niespiesznie zebrał swoje rzeczy, a potem ruszył do drzwi. Bez wahania pomogłam mu je otworzyć i przytrzymywałam tak długo, aż swobodnie opuścił cukiernię. Gdy zostałyśmy same, od razu spojrzałam pytająco na Maeve. Ta jednak bez słowa zaczęła pakować do papierowych toreb cynamonki, kilka drożdżówek i rogalików. Później zgarnęła z wieszaka dżinsową kurtkę, podała mi połowę pakunków, aż ostatecznie odetchnęła ciężko i zerknęła na mnie przelotnie.
– Przyjechałaś samochodem? – zapytała, w jej głosie pobrzmiewała niewypowiedzianie podstępna nuta.
– Tak, zaparkowałam po drugiej stronie ulicy.
– No to odbierzesz auto jutro. – Wzruszyła ramionami.
Nie czekając na odpowiedź, gestem zaprosiła mnie do wyjścia. Kiedy wyszłyśmy przed cukiernię, Mae wsunęła paczki z jedzeniem pod pachę, wygrzebała z tylnej kieszeni brelok z kluczami, a potem zamknęła wszystkie zamki i wcisnęła niesforne kosmyki za uszy.
Szybko doszłam do wniosku, że pewne rzeczy chyba pozostały bez zmian – Bennett wciąż wydawała się spontaniczna. Tak jak kiedyś.
– Sprawa wygląda następująco. – Stanęła przede mną z absurdalnie poważną miną. – Jedzenie już mamy. Teraz skoczymy do sklepu po wino, a później pójdziemy na wzgórze i wszystko mi opowiesz. Czeka cię solidna spowiedź, Cadence Hill. I nie jestem pewna, czy otrzymasz rozgrzeszenie. – Puściła do mnie oczko, po czym chwyciła pod ramię i pociągnęła do przodu.ROZDZIAŁ DRUGI
Cadence
Kiedy skręciłyśmy w główną ulicę, przez moment miałam wrażenie, że czas naprawdę się zatrzymał. Jakby całe miasteczko odetchnęło kilka lat temu i postanowiło już więcej nie nabierać powietrza. Wokół roznosił się zapach liści i karmelu – prawdo podobnie z kawiarni pani Halloran, która co roku wprowadzała do oferty sezonowe napoje. Wildermoor wyglądało niemal identycznie jak w dniu, gdy stąd wyjechałam. Te same szyldy nad sklepami, pamiętające czasy, gdy ludzie patrzyli w niebo i szeptali o Sputniku. Te same drewniane witryny, malowane już tyle razy, że zdawały się rozpadać…
Niespiesznie minęłyśmy księgarnię pana Thomasa – tę, gdzie dzwonek nad drzwiami zawsze wydawał się dźwięczeć o ton za cicho. Wciąż była otwarta. Pamiętałam, że pachniało tam kurzem i starym papierem, a właściciel miał w zwyczaju zostawiać na ladzie kubek z gorącą herbatą, zapominać o niej i narzekać, że wystygła. Uśmiechnęłam się mimowolnie, kiedy przez szybę dostrzegłam mężczyznę. Siedział w tym samym miejscu co kiedyś. Miał na sobie ten sam sweter, z którym rozstawał się jedynie w niedziele, gdy chodził do kościoła.
Kilka kroków dalej znajdował się mały sklep z pamiątkami. Na wystawie nadal stały porcelanowe sowy – dawniej wydawały mi się śmieszne, lecz dziś czułam do nich jakąś dziwną czułość. Dalej pralnia, poczta, niewielki oddział banku… Zatapiałam się w nostalgii coraz bardziej i wciąż nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie: jakim cudem ktoś mógłby woleć metropolię od tego?
– Ktoś tu chyba mocno się zamyślił – prychnęła Maeve, po czym zatrzymała się przy nadszarpniętym zębem czasu krawężniku. – Tęskniłaś za tym wszystkim, co? – Spojrzała na mnie spod przymrużonych powiek.
Nabrałam powietrza w płuca, wsunęłam wolną rękę do kieszeni płaszcza i pokiwałam głową. Nie śmiałabym zaprzeczyć.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo – westchnęłam, a potem skinęłam w kierunku drewnianego szyldu z napisem „Chill & Wine”. – Tego tu nie było.
– Kimberly otworzyła tę winiarnię jakoś rok temu. – Oczy Mae rozbłysły, a po chwili szturchnęła mnie w ramię. – Ma najlepsze wina na świecie, zresztą sama się przekonasz.
– Kimberly Merrin? – Uniosłam brwi.
Bennett przytaknęła, poprawiła papierowe torby, które wciąż trzymała w dłoniach, i dodała:
– Wyobraź sobie miny jej rodziców, kiedy oznajmiła, że otwiera sklep z alkoholami.
Pełne szoku parsknięcie opuściło moje usta, gdy zbliżyłyśmy się do wejścia. Kimberly Merrin i winiarnia? Spodziewałabym się po tej dziewczynie wielu rzeczy, ale z pewnością nie tego. Od dziecka uchodziła za cichą, niesamowicie grzeczną i poukładaną. Jej ojciec był pastorem, a mama przez lata prężnie działała w radzie miejskiej.
– Wolisz białe czy czerwone? – rzuciła Maeve, obejmując palcami mosiężną klamkę.
– Weźmy oba – odparłam bez wahania, na co dziewczyna zerknęła na mnie z uznaniem.
Niedługo później stałyśmy już w małym, ale solidnie wyposażonym pomieszczeniu. Wszystko było tu przemyślane – od kieliszków zwisających z sufitu, przez perfekcyjnie ułożone na regałach butelki, aż po wysokie stoliki i hokery obite brązową skórą.
– No, no – mruknęłam do przyjaciółki, wodząc wzrokiem po ścianach oklejonych gustowną tapetą. – Gdybyś mi nie powiedziała, że to miejsce należy do Kim, to bym nie uwierzyła.
– Bardzo się zmieniła. Zaraz zobaczysz. Kim! – zawołała głośno.
Nie minęło nawet trzydzieści sekund, zanim z zaplecza wyłoniła się Merrin. Musiałam zebrać w sobie wszystkie siły, by nie otworzyć ust z wrażenia, gdy dostrzegłam, jak bardzo jest inna. Kiedyś – nieśmiała, drobna blondynka w podkolanówkach i mundurku. Dziś? Czerwonowłosa piękność ubrana w skórzane spodnie oraz buty na wysokiej platformie.
– Cadence?! – krzyknęła ze zdziwieniem. – O, cholera. Tego się nie spodziewałam.
W mgnieniu oka okrążyła bar i znalazła się przy nas. Ułożyła ręce na biodrach, a następnie zlustrowała mnie spojrzeniem od stóp aż do czubka głowy.
– Ale się zmieniłaś, wyglądasz bosko – stwierdziłam i natychmiast przytuliłam dawną koleżankę. – A lokal wygląda jak z filmu.
– Włożyłam w niego całą kasę przeznaczoną na studia. – Zaśmiała się. – Tatuś nie był zadowolony. Do dziś nie pojmuję, jakim cudem udało mi się go przekonać.
– Cadie z kolei rzuciła studia na Brown i wróciła do domu – poinformowała Bennett. – I właśnie dlatego przyszłyśmy po zapasy, mamy sporo do obgadania.
– Jasne, już… – zaczęła Kimberly, przerwał jej jednak dzwonek telefonu. Szybko wyciągnęła komórkę z kieszeni, zerknęła na ekran i przewróciła oczami. – Pieprzony Withers. Dajcie mi chwilę. Rozejrzyjcie się w tym czasie i wybierzcie, na co macie ochotę.
Po tych słowach przyłożyła urządzenie do ucha i zniknęła na tyłach winiarni.
– Dobra. – Maeve odłożyła paczki z drożdżówkami na jeden ze stolików. – Zdasz się na mnie? Testowałam sporą część oferty i wiem, co dobre. – Puściła do mnie oczko, a ja od razu wskazałam regały pełne win.
– Nie krępuj się.
Kilka minut później podeszłyśmy do baru nie z dwiema, lecz z trzema butelkami. Mae uznała, że jeśli udamy się na wzgórze bez odpowiedniego „zabezpieczenia”, to istnieje ryzyko, że zostaniemy tam najedzone, ale nie „wystarczająco napojone”.
Pełna zgoda, uważałam tak samo.
– Wybaczcie, że tak długo. – Obie spojrzałyśmy w prawo, gdy dobiegł do nas głos Merrin. – Nie znoszę tego chujka, ale złożył duże zamówienie, więc musiałam być miła. I co? Wybrane?
– To co zawsze. – Bennett przesunęła w jej stronę butelki. – Trzydzieści dolców?
– Przestańcie. – Kim machnęła ręką. – Skoro Cadie wróciła, trzeba to uczcić, prawda? Dzisiaj nie dam rady, ale musimy się spotkać w tym tygodniu. A to na koszt firmy. – Owinęła szkło papierem, a następnie spakowała do woreczka i ostrożnie mi podała.
– Winiarnia w Wildermoor się sprawdza? Da się na tym zarobić? – zapytałam z ciekawości.
– Nie masz pojęcia, ile potrafią wypić babcie z sąsiedztwa. – Roześmiała się głośno. – Poza tym staram się wkręcać w różne okazje. Wiecie, jak tylko miasteczko coś organizuje, od razu oferuję zaopatrzenie. Kasy mi nie brakuje, chociaż z początku nie zakładałam, że wyjdę na swoje.
Rozmawiałyśmy jeszcze przez jakiś czas, aż ostatecznie umówiłyśmy się na sobotni wieczór. Podziękowałyśmy Kimberly za zaopatrzenie nas w odpowiednią ilość alkoholu, pożegnałyśmy się i ruszyłyśmy w dalszą drogę. Od wzgórza dzieliło nas dziesięć minut spacerkiem, a ja nie mogłam się doczekać, aż usiądziemy wygodnie i… pogadamy. Zdążyłam zauważyć, że Maeve nie sprawiała wrażenia, jakby żywiła do mnie urazę, lecz mimo wszystko chciałam wiele jej wyjaśnić.
Skręciłyśmy w boczną uliczkę, a do moich uszu od razu dotarły stłumione dźwięki. Rozejrzałam się, lecz nie potrafiłam zlokalizować ich źródła.
– Wypiękniałaś w tym Nowym Jorku, wiesz? – zagaiła nagle Mae. – Jesteś tak zajebiście ładna, że aż mnie onieśmielasz.
– I kto to mówi. – Zerknęłam na nią, unosząc brew.
Szłyśmy dalej, aż wreszcie dotarłyśmy do malutkiego skrzyżowania, za którym czekała już tylko wydeptana dróżka prowadząca do celu. Nagle obróciłam się w lewo, kiedy uderzyły we mnie słowa piosenki, której nie znałam.
– Tam nawet nie patrz – mruknęła Bennett.
Na parkingu stały dwa samochody i to właśnie z nich płynęła muzyka. Wokół kręciło się kilku chłopaków – jedni popijali piwo, inni palili papierosy, a najwyższy z nich opierał się o czarny, błyszczący motocykl. Przeglądał coś w telefonie i zdawał się nie zwracać uwagi na otaczający go świat.
Rhett, Bryce, Grayson, Seth, Adrian…
Wymieniałam w myślach. Kojarzyłam niemal wszystkich. Co prawda bardzo wydorośleli i część z nich prawie w ogóle nie przypominała siebie sprzed kilku lat, ale doskonale ich pamiętałam. To właśnie od tej grupki rodzice zawsze kazali córkom trzymać się z daleka.
Raz jeszcze zerknęłam na chłopaka przy motocyklu.
Tego nie znam.
– A ten wysoki w białej bluzie to kto? – zapytałam.
Maeve milczała. W końcu posłałam jej pytające spojrzenie, a ona wzięła głęboki wdech, pociągnęła mnie do przodu i odezwała się dopiero, gdy oddaliłyśmy się od tamtego miejsca na sporą odległość.
– Hardin Withers – wydusiła, jakby słowa grzęzły jej w gardle. – Wiesz, nie chcę być dramatyczna, ale ten koleś jest popieprzony. A przynajmniej tak o nim mówią.
– Dlaczego? – dociekałam, mimowolnie oglądając się za siebie.
– Przeprowadził się z ojcem do Wildermoor mniej więcej trzy lata temu, bo firma jego taty wygrała przetarg na budowę wesołego miasteczka. Początkowo mieli tu zostać tylko na jakiś czas, jednak ostatecznie zamieszkali na stałe. Nie chce mi się o nim gadać, ale powiem ci tyle. – Przystanęła w miejscu i wbiła we mnie spojrzenie. – Odkąd ten typ tu jest, miejscowa policja w końcu ma co robić.
Och.
Raz jeszcze powiodłam wzrokiem do tyłu. Moja ciekawość została jednak natychmiast stłumiona przez przyjaciółkę, która klepnęła mnie w plecy.
– Chodźmy – poleciła. – Szkoda na nich czasu.
– Racja – przyznałam, a potem dotrzymałam jej kroku.
Widok ze wzgórza zapierał dech w piersiach dokładnie tak samo jak kiedyś. Siedziałyśmy na wielkim, połamanym konarze, a przed naszymi oczami rozciągała się panorama Wildermoor. Dzień powoli chylił się ku końcowi, ostatnie promienie słońca przyjemnie muskały policzki, delikatny wiatr rozwiewał włosy, a w powietrzu unosił się zapach lasu, wilgoci i czegoś, co można było spotkać tylko tutaj.
Zapach domu.
Maeve sięgnęła po białe wino.
– Cholera, czym niby to otworzymy… – westchnęła, wsuwając włosy za ucho.
– Niech to szlag. – Wzięłam do rąk worek, by wyjąć z niego pozostałe butelki. – Chyba jednak nie jesteśmy w dupie. – Zaśmiałam się po chwili i uniosłam korkociąg. – Kimberly o nas pomyślała, był w środku.
– Boże, złota dziewczyna. – Mae odchyliła na moment głowę, a później nie zwlekała, tylko odkorkowała alkohol. Od razu podała mi szkło i zachęciła: – Pij i mów.
Nie zastanawiałam się ani sekundy, upiłam pokaźny łyk na odwagę i postanowiłam nie owijać w bawełnę. Wiedziałam, że Bennett uwielbiała konkrety.
– Pierwszy raz usłyszałam, że nie mam prawa z tobą rozmawiać, jeszcze zanim dojechaliśmy do Nowego Jorku. Po drodze po prostu robiłam zdjęcia i matka nagle zapytała, po co mi tyle bezsensownych fotek. Odpowiedziałam, że muszę zdać ci relację z podróży i że na pewno będziesz czekać, aż zadzwonię. I wtedy się zaczęło. Kazanie o tym, że Wildermoor powinno się stać przeszłością, że nie mam prawa utrzymywać z nikim kontaktu, że nasze dawne życie już nie istnieje, bo czeka na nas nowe i lepsze. Zaczęli sprawdzać mój telefon. Kontrolowali każdą wysłaną wiadomość, pobierali ze strony operatora rejestry połączeń. Na początku się kłóciłam i próbowałam im tłumaczyć, że to chore. Nie mieli prawa odcinać mnie od życia, które kochałam. Ale oni byli nieugięci. Wiesz… Czasami przechodzi mi przez myśl, że moi prawdziwi rodzice zniknęli. Po przeprowadzce zmienili się tak bardzo, że któregoś dnia przestałam ich poznawać. Czułam się, jakbym mieszkała z obcymi ludźmi. Wysłali mnie do najdroższego prywatnego liceum, kazali studiować na Brown. Cholernie ciężko mi o tym wszystkim mówić, bo zaraz pewnie znowu rozkleję się jak kretynka i zacznę się nad sobą użalać, ale… Po prostu cię przepraszam. Wiem, że mogłam zrobić więcej, mogłam walczyć. Ale miałam niecałe trzynaście lat, byłam sama w wielkim mieście i zbyt słaba… – Przerwałam, by znów się napić, a w tym samym czasie Maeve złapała mnie za rękę.
– Nie musisz mówić nic więcej, Cadie. – Skrzywiła się nieznacznie i wbiła we mnie spojrzenie. – Widzę, że cię to boli. Powiesz mi więcej, kiedy poczujesz się gotowa, okej?
– Czyli mi wybaczasz? – Zacisnęłam zęby tak mocno, że aż zabolała mnie szczęka.
– Oczywiście, że ci wybaczam. – Przewróciła oczami z rozbawieniem. – Jak mogłabym nie? Zawsze byłaś, jesteś i będziesz moją najlepszą przyjaciółką. Nie masz pojęcia, jak bardzo za tobą tęskniłam i jak często zastanawiałam się, dlaczego nie chcesz ze mną rozmawiać, ale teraz już rozumiem. Właściwie już jakiś czas temu nabrałam pewnych podejrzeń. Moja mama wiele razy próbowała dodzwonić się do twojej, w końcu przyjaźniły się tyle lat…
– A ona nigdy nie odebrała… – ucięłam, po czym przystawiłam wino do ust.
– A właśnie, że odebrała. – Bennett usiadła po turecku i przeniosła wzrok na krajobraz. – Powiedziała, że nie życzy sobie telefonów, bo „ona i jej rodzina nie chcą utrzymywać kontaktu z nikim z Wildermoor”. – Ułożyła palce w cudzysłów i parsknęła wymownie. – Wtedy zaczęłam się domyślać, co jest grane.
– Ja pierdolę. – Pokręciłam głową i uniosłam brwi.
– Ale powiem ci jedno. – Odkorkowała drugą butelkę i stuknęła nią w moją. – Jestem z ciebie zajebiście dumna, że wzięłaś sprawy w swoje ręce.
– Długo nad tym myślałam – przyznałam. – Nie mogłam tak dłużej, chciało mi się wymiotować na samą myśl o Nowym Jorku. Nienawidzę tego miasta tak bardzo, że mogłabym je spalić. Musiałam wrócić do domu i odciąć się od rodziców. Teraz tylko znajdę pracę, ogarnę dom i wszystko sobie poukładam.
– A ja ci pomogę – oznajmiła. – I już nie bądź taka zdenerwowana. Ach, a jutro zjemy obiad u moich rodziców. Zanim zamknęłam cukiernię, dzwoniłam do mamy. Jak tylko usłyszała, że przyjechałaś… Dziewczyno, ona pewnie upiecze dwadzieścia ciast i ugotuje obiad jak dla stu osób. Oprócz tego załatwiłam sobie wolne, więc możemy bez skrupułów wypić wszystkie wina.
– Zostaję dzisiaj na noc u pani Mei Lin, a ona szybko zasypia, więc… Jak najbardziej możemy bez skrupułów wypić wszystkie wina – podsumowałam z uśmiechem. – Okej, a teraz usiądź wygodnie i opowiadaj, co ciekawego wydarzyło się ostatnio w miasteczku. Umieram z ciekawości.
Bennett nie potrzebowała większej zachęty. Kochała plotki. Chrząknęła więc głośno, wyprostowała się i odetchnęła teatralnie.
– Słuchaj tego… – zaczęła, a w moim sercu rozlało się znajome, przyjemne ciepło.