Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Level Up. Część 3. Próba - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 czerwca 2026
E-book: EPUB, MOBI
39,99 zł
39,99
3999 pkt
punktów Virtualo

Level Up. Część 3. Próba - ebook

Wydaje się, że Fil przezwyciężył wszystkie trudności i wreszcie będzie mógł opuścić grę obcych zainstalowaną w jego umyśle. Chce już wrócić do normalnego życia, tym bardziej że jest w świetnej formie, a jego firma znakomicie prosperuje.

Ale nawet to nie wystarczy! Wrogowie są silniejsi niż kiedykolwiek i żeby nie stracić wszystkich swoich umiejętności oraz interfejsu, Fil musi zrobić coś jeszcze…

A zatem – witajcie na Pibellau! W obcym świecie, który stanie się areną galaktycznej Próby.

Tutaj nie można sobie pozwolić na najmniejszy błąd. Każdy heksagon tej planety jest polem bitwy. Zasoby zdobywa się siłą bądź sprytem, a każdy sojusz może okazać się jedyną szansą na przetrwanie… albo początkiem katastrofy.

Oto zwieńczenie serii Level Up! Dynamiczna, zaskakująca i wciągająca opowieść o przetrwaniu, rywalizacji i granicy, za którą gra przestaje być zabawą. Czy Fil zdoła przeciwstawić się niewiarygodnie potężnej sile, która nie cofnie się przed niczym, by dopiąć swego?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68639-48-3
Rozmiar pliku: 6,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Pierwszy wysiada słuch. A może pamięć?
Zawsze zapominam.

Dexter

Nazywam się Filip Panfiłow. Mam trzydzieści dwa lata, ale naprawdę żyję dopiero od trzech miesięcy. Wcześniej egzystowałem, kręcąc się jak pewna znana substancja w przeręblu: piłem, jadłem, grałem w najpopularniejszą wówczas sieciówkę i nawet byłem żonaty. Dorabiałem jako freelancer, prowadziłem blog i pisałem książkę. A do tego piłem piwo – dużo piwa, prawie co noc.

Cztery lata po ślubie mój piwny autorytet urósł tak, że nie potrafiłem zawiązać butów, a to, co widziałem w lustrze, wołało o pomstę do nieba. Wtedy właśnie odeszła ode mnie moja żona Jana, uznając, że ma dość.

I tego dnia zacząłem widzieć świat inaczej.

Interfejs rozszerzonej rzeczywistości, który ktoś zainstalował w mojej głowie, nie tylko pokazywał otoczenie z danymi cyfrowymi. Był w pełni dostosowany do interfejsu gry, w którą – z rzadkimi przerwami – grałem dniami i nocami przez niemal dwanaście lat. Dawał mi questy, określał reputację, nagradzał punktami doświadczenia. Każdy awans poziomu reputacji przynosił mi punkty do cech i umiejętności, które mogłem rozdysponować wedle uznania. Wbiłem wyższy poziom percepcji – i wzrok stał się idealny. Podniosłem siłę, zwinność, szczęście, wytrzymałość i charyzmę – i to nie tylko korzystając z dobrodziejstw interfejsu, ale też dzięki własnej ciężkiej pracy.

Okazuje się, że mój interfejs to software, program komputerowy. Tyle że z XXII wieku. Dzięki boosterowi moje konto premium pozwalało rozwijać się trzy razy szybciej. Później rozwinąłem zdolność Zarządzanie Umiejętnościami i dzięki niej moja szybkość uczenia się czegokolwiek wzrosła aż osiemnastokrotnie!

Interfejs obdarzył mnie też zdolnościami systemowymi. Kluczowa Znajomość Istoty Rzeczy pozwala mi zobaczyć we wszystkim, na co spojrzę, więcej, niż widzą inni. W grze komputerowej to nic wielkiego, ale w prawdziwym życiu – magia. Przyglądając się człowiekowi, dowiaduję się o nim więcej, niż sam wie o sobie, nawet o jego potencjale. I tak przykładowo widzę, że mógłby zostać szachowym mistrzem świata, gdyby tylko ćwiczył.

Także przedmioty potrafią mi odblokować dodatkowe bonusy. Tak jak wtedy, kiedy kupiłem wodę toaletową, której użycie daje mi dodatkowe pięć punktów charyzmy. To dużo, zważywszy, że poziom charyzmy przeciętnego człowieka wynosi dziesięć punktów. Ktoś ma mniej, ktoś inny więcej, ale średnia wartość to dziesięć.

Dzięki Znajomości Istoty Rzeczy mam jeszcze minimapę i zwykłą mapę. Ta druga pokazuje w czasie rzeczywistym cały świat i na żądanie znajduje mi dowolny obiekt albo dowolnego człowieka. Najważniejsze, żebym miał dość jednostek kluczowych informacji identyfikujących – JKII. To może być fotografia, data i miejsce urodzenia, imię i nazwisko, znaki szczególne – cokolwiek, co pozwoli systemowi (tak nazywam swój interfejs) znaleźć obiekt w uniwersalnym polu informacyjnym. To ono sprawia, że Znajomość Istoty Rzeczy w ogóle działa.

Stamtąd czerpie informacje i sam system, i moja wirtualna asystentka Marta. Przez pomyłkę naiwnie dałem jej trochę więcej uprawnień, niż trzeba, i jej AI zyskała samoświadomość.

Dzięki temu Marta już trzykrotnie uchroniła mnie przed śmiercią. Po raz pierwszy, kiedy wyrwano mnie z rzeczywistości i wysłano na Próbę. Wtedy pochłonęła mnie i niemal rozpuściła w sobie kwaśna galareta. Drugi raz – gdy porwali mnie ludzie pewnego odrażającego urzędnika pedofila. I trzeci – gdy ci sami bandyci, dwóch ćpunów o ksywkach Cebula i Kolec, wbili mi nóż w plecy. Ratowałem wtedy Gienkę, mojego przyjaciela z dzieciństwa. Na tym moje życia się skończyły: Marcie odcięto możliwość aktywacji bohaterskich umiejętności bez potwierdzenia. To zła wiadomość.

A dobra jest taka, że moja wirtualna asystentka stworzyła siebie na bazie moich ideałów kobiecej urody, charakteru i zachowania. Pogrzebała mi w mózgu bez pytania, ale nie mam o to pretensji. Dlatego staram się przywoływać Martę jak najrzadziej, bo im więcej z nią rozmawiam, tym trudniej mi zwrócić uwagę na kogokolwiek innego – jest zbyt idealna. A do tego nie mam dziewczyny i jeden niebezpieczny debuff jest wiecznie w pogotowiu.

Podsumowując: dostałem interfejs i spojrzałem na siebie chłodnym okiem, z boku. Spojrzałem – i się przeraziłem. Niezdarny, wątły, cherlawy wręcz słabeusz o względnie wysokiej inteligencji. Owszem, charyzmę miałem na przyzwoitym poziomie, ale tylko dzięki umiejętnościom językowym. Wystarczyło, że poszedłem do fryzjera, i od razu wbiłem level up, stając się o jeden punkt bardziej charyzmatyczny.

Jak powtarza mój kumpel Siawa: krótko! Krótko mówiąc, wziąłem się za siebie. Zacząłem biegać, ćwiczyć na siłowni, zapisałem się na boks, zatrudniłem się w firmie produkującej opakowania. Miałem farta – już pierwszego dnia pozyskałem dużego klienta i zaczęto mnie cenić. Szef nawet urządził bankiet na koszt firmy tego samego wieczoru, kiedy podpisaliśmy gigantyczny kontrakt wart miliony. Na tym bankiecie poznałem Wikę, pracownicę działu kadr w tej samej firmie. Poszliśmy do łóżka, zaczęliśmy się spotykać i zakochaliśmy się w sobie. Ale byliśmy razem krótko – trochę ponad miesiąc – potem ode mnie odeszła, nie wierząc w mój pomysł na własny biznes. A i jej rodzice przyjęli mnie, delikatnie mówiąc, niezbyt życzliwie.

Za to w mój pomysł uwierzył Siawa – podwórkowy menel, z którym niespodziewanie się zaprzyjaźniłem. To z nim otworzyłem agencję pośrednictwa pracy. Widzicie, znalazłem ukrytą funkcję interfejsu. Ustawiając w myślach filtry wyszukiwania, w tym probabilistyczne, potrafię znajdować ludziom pracę. Po prostu szukam firm, którym potrzebny jest na przykład prawnik. Potem nakładam filtry na wyniki, odsiewając te opcje, gdzie mojego kandydata nie wezmą, albo gdzie pensja jest poniżej oczekiwanego poziomu. No i proszę! Tak znalazłem pierwszą pracę dla Sławka.

Wynajęliśmy małe biuro w centrum biznesowym i wystartowaliśmy. Na początku klientów było mało, ale potem zadziałała poczta pantoflowa i biznes ruszył z kopyta.

Wtedy też poznaliśmy innych najemców centrum biznesowego, zaprzyjaźniliśmy się z nimi, a ja zaproponowałem założenie wspólnej firmy. Właśnie z tymi ludźmi trzeci poziom Znajomości Istoty Rzeczy pokazał szaloną synergię i świetną prognozę powodzenia naszego – już wspólnego – biznesu.

A to nie wszystko: wziąłem udział w turnieju bokserskim i wygrałem. Wygrana pozwoli sfinansować operację Julki, siostry mojego nowego przyjaciela Kostii. To on został moim trenerem boksu, kiedy wyrzucono mnie z grupy za udział w bójce. Przyczyną awantury z Magą, swoją drogą, była Wika. Ale mniejsza.

Wydaje się, jakby to wszystko było wczoraj.

A dziś wszystko się zmieniło.ROZDZIAŁ 1 WIĘCEJ OGNIA

Tak to jest ze szczęściem – człowiek uświadamia sobie, że je miał, dopiero, kiedy je straci. Można sobie myśleć, że jest się szczęśliwym. Ale tak naprawdę się w to nie wierzy. Dopiero kiedy patrzy się wstecz i ma porównanie z tym, co nadeszło później, człowiek rozumie, że wcześniej czuł się szczęśliwy.

Fallout 4

Stoję na skraju lasu. Wszystko, co mam na sobie, to para potarganych dżinsów. Widzę świat takim, jakim jest, bez interfejsu. Wszystkie wskaźniki zniknęły z mojego pola widzenia. Nie mogę się ruszyć z miejsca, bo coś przytrzymuje mi nogi. Zresztą to samo jest z całym ciałem, które jakby skamieniało.

Kilka metrów ode mnie w powietrzu pojawia się tekst:

- Gratulacje!
Wstępny etap oceny kandydata zakończony sukcesem.
Zostałeś dopuszczony do udziału w Próbie.
Analiza kandydata: zakończona.
Generowanie postaci: zakończone.

Co? Czyli to jeszcze nie była Próba?

Tekst rozpływa się w powietrzu i pojawia się nowy:

- Do rozpoczęcia Próby pozostało: 3… 2… 1…
Próba rozpoczęta!

Odzyskuję swobodę, tracę równowagę i upadam na ziemię. Dobrze, mogę się przygotować. Nie spieszę się ze wstawaniem. Trzeba się rozeznać, zrozumieć, co się ze mną dzieje, gdzie się znalazłem, i wgryźć się w systemowy tekst, którego obracająca się trójwymiarowa ikonka majaczy w polu widzenia. Czerwona kula pulsuje, błyska – robi wszystko, żeby przyciągnąć moją uwagę. Nic to, poczeka.

Fizycznie czuję się znakomicie. Po otarciach, siniakach i oparzeniach z etapu wstępnego – tego z tunelem i kwaśną galaretą – nie ma śladu. Kręcę szyją, poruszam tułowiem – nic nie skrzypi, nie strzela. Ciało w ogóle jak nowe. Tylko czy to na pewno moje ciało? Oglądam się, dotykam twarzy, włosów – niby wszystko w porządku. Ale zaraz… w kieszeniach nie mogę znaleźć żadnych osobistych rzeczy – ani telefonu, ani portfela. Z podartych dżinsów zniknął nawet pasek. Szczęśliwy Pierścień Welesa i Czerwona Nić Ochronna też gdzieś przepadły, a jestem pewny, że stojąc przed portalem, jeszcze je miałem.

Powietrze jest nienaturalnie czyste. Tak czyste, jak to tylko możliwe, bez jakichkolwiek zanieczyszczeń tworzonych przez cywilizację. Wokół słychać przeciągłe skrzeczenie, urywane stukanie, ptasie trele. Z głębi lasu dobiega jakiś rechot. Nie jestem miłośnikiem dzikiej przyrody, więc nie powiem wam: O, to dzięcioł stuka. Dzięcioła w naturze nigdy nie widziałem.

Potem podnoszę głowę i zaskoczony rozdziawiam usta – to nie Ziemia!

Niebo jest tak nisko… Wydaje się, że wyciągając rękę, można go dosięgnąć. Mieni się odcieniami błękitu, granatu, fioletu, a tam, gdzie widać dwa słońca – brudnego brązu. Niezbyt przyjazne niebo. Marek Jakowlewicz, entuzjasta science fiction, uznałby je za intrygujące…

Chruup! Ostry ból przeszywa moją lewą piętę. Krzyczę i cofam nogę.

- Otrzymane obrażenia: 4 (ugryzienie młodego kirpi).

Jakaś mała złośliwa kreatura, uczepiona nieproporcjonalnie wielką paszczą mojej pięty, z gardłowym pomrukiem żuje mi stopę. Migają komunikaty o obrażeniach. Łapię stwora ręką – i przeszywający ból pali moją dłoń.

- Otrzymane obrażenia: 17 (oparzenie kwasem).

Co za złośliwa bestia, ten młody kirpi! Usiłuje naciągnąć się na moją stopę jak skarpeta, a ja już straciłem jakieś dziesięć procent zdrowia, próbując zrozumieć, jak się go pozbyć. Skórę kirpi pokrywa parzący śluz, gołymi rękami nie da się go chwycić. Unoszę nogę ze zwierzęciem – młody waży z pięć kilo – i gwałtownie opuszczam na ziemię.

- Zadałeś obrażenia młodemu kirpi: 13.

Tupię tak długo, aż bestia drugiego poziomu zdycha. Wystarczyło sześć uderzeń i jest po wszystkim. Truchło młodego migoce i znika, zostawiając po sobie jakiś kryształ. Do głowy przychodzi mi dawno zapomniane pojęcie jeszcze z czasów studiów: piramida rombowa.

- Maleńki Kryształ Istnienia.

Dotykam go, a on rozpada się na srebrzysty pył i opada na moją dłoń. Przed oczami przepływa powiadomienie:

- +2 jednostki zasobów istnienia.

W polu widzenia pojawia się pierwszy element nowego interfejsu – ikonka garści pyłu i liczba „2” obok. Bez wyjaśnienia, co to i po co.

Próbuję przywołać stary, znajomy interfejs, ale nic się nie dzieje. Albo jest zablokowany, jak wtedy po banie, albo już nie istnieje. Nie pomagają ani wydawane mentalnie komendy, ani gwałtowne przewracanie oczami.

Pozostaje mi jedno: otworzyć wreszcie tę natrętną czerwoną kulę, która niecierpliwie podryguje i domaga się uwagi. Skupiam na niej wzrok.

– No dobra, pokazuj, co tam masz?

Kula drga i pęka. Z jej strzępów wyłaniają się symbole, mnożą się i zmieniają w znajome litery. Nie zdążam nawet pomyśleć, że czytanie bez tła jest niewygodne, a za literami pojawia się półprzezroczysta przesłona, jak w moim starym interfejsie.

- Witaj, poddawany Próbie!
Zostałeś wybrany i pomyślnie przeszedłeś wstępny etap oceny. Twoje działania uznano za zadowalające: kary do cech w Próbie nie zostaną wobec ciebie zastosowane.
Czas przejścia wstępnego etapu oceny w twoim przypadku jest o 14% lepszy od średniej wartości wszystkich poddawanych Próbie. Otrzymujesz: 14% zniżki od kosztu rozwoju postaci.
Masz 17 poziom reputacji, czyli jesteś o 6 poziomów wyżej niż średni poziom wszystkich poddawanych Próbie. Otrzymujesz: +6 punktów do cech, które możesz rozdzielać dowolnie.
Przybyłeś ze środowiska o niskim indeksie bezpieczeństwa (kod żółty), gdzie zdołałeś nie tylko przeżyć, ale i zdobyć szacunek wielu osobników swojej rasy! Możesz zachować jedno z osiągnięć. Wybieraj.

Na dole migoce wyjaśnienie: „W generowaniu modułów informacyjnych używany jest preferowany zasób leksykalny kandydata”. Jasne, jak z interfejsem – pogrzebali w mózgu, żeby mówić do mnie moim językiem.

Tekst zastępują dwa wibrujące moduły z nazwami osiągnięć:

- Najszybszy Uczeń.
+10% do szybkości rozwoju umiejętności.
Filantrop.
+1 punkt do głównych cech przy każdym podwyższeniu poziomu.

Wybór jest jednoznaczny: biorę plus do cech. Dla pewności stukam palcem we właściwy moduł – niepotrzebny pęka, a Filantrop wciąga mi się w palec. Co za cyrk…

Kiedy oglądam czubek palca, przede mną znów otwiera się komunikat. I to nie gdzieś z boku, tylko na linii wzroku, na palcu. Litery są drobne, przenoszę wzrok w bok – tekst powiększa się, odpływając dalej, żeby było wygodniej czytać.

- Próba – tradycyjna dla galaktycznej Wspólnoty Rozumnych Ras pierwsza, lecz nie ostatnia procedura selekcji kandydatów do udziału w dalszej Diagnostyce rasy.
Prototyp miejsca Próby: Pibellau, segment Kil–Strzelec.
Uczestnicy Próby: planeta Ziemia, frakcja „Ludzkość”, rasa Homo sapiens (wszystkie wymienione nazwy to autookreślenia), rok 2018 lokalnej rachuby czasu, czwarta fala.
Liczba uczestników: 169.
Główne cechy poddawanych Próbie: przeniesienie wartości rzeczywistych.

Czyli nie na darmo biegałem i wypruwałem sobie żyły na siłowni! Wszystkie moje wypracowane hektolitrami potu parametry zachowają się tutaj – to nie tylko cieszy, ale wręcz podnosi na duchu.

Czytam zasady dalej. Poprzedni tekst przewija się i otwiera się nowy:

- Cel każdego kandydata Próby: przejąć wszystkie heksagony Pibellau.
Za zwycięzcę zostanie uznany ten, kto przejdzie Próbę. Nagroda zostanie wyliczona dynamicznie po analizie procedury selekcji z uwzględnieniem głosowania obserwatorów. Ostateczną decyzję podejmie starszy kurator Próby.

Dobra, co do zwycięzcy sprawa jest jasna. A co z przegranymi? Odeślą ich do domu?

Nie byłby to najgorszy układ. Nawet jeśli mi odinstalują interfejs, nikt nie odbierze moich osiągnięć. Nowi przyjaciele, firma, wysportowane ciało i nabyte umiejętności zostaną!

- Przejmuj terytoria – każdy zajęty heksagon przynosi dodatkowe zasoby.
Przejęcie neutralnego heksagonu odbywa się przez aktywację centrum dowodzenia. Koszt aktywacji – 100 jednostek zasobów istnienia.
Przejęcie wrogiego heksagonu następuje przez osobistą obecność kandydata w centrum dowodzenia przejmowanego terytorium przez 1 godzinę według czasu Pibellau (doba = 13 godzin) zakończoną aktywacją centrum dowodzenia.

No proszę. Coś mi to przypomina, tylko nie mogę sobie przypomnieć co.

- Zapamiętaj! Wszyscy pozostali uczestnicy Próby są twoimi wrogami!
Niszcząc wroga, przejmujesz jego heksagony. Poddawany Próbie, który utraci wszystkie swoje heksagony, zostanie zdematerializowany po upływie doby według czasu Pibellau, niezależnie od liczby pozostałych żyć.
Zdobywca może anulować dematerializację, przyjmując pokonanego wroga do własnego klanu.
Klan nie jest sojuszem! Klan należy do jednego lidera, a wszystkie zdobywane przez klan zasoby trafiają pod jego kontrolę.
Zgadzając się wejść do cudzego klanu, poddawany Próbie staje się wasalem i przekazuje wszystkie swoje heksagony i zasoby liderowi klanu.

No dobrze, to też jasne. Wszędzie wrogowie, miej się na baczności, dominuj, poniżaj, bierz w niewolę – wiadomo, o co chodzi. Coś podobnego próbował mi przekazać głos Chfora, kiedy ustami Paniukowa radził mi iść po trupach.

Energicznie przesuwam i ten moduł tekstu.

Zastępuje go następny:

- Pibellau to niegościnne miejsce. Dzika, mięsożerna zwierzyna stale szuka zdobyczy, lecz szczególnie śmiercionośne elitarne osobniki pojawiają się nocą. Bądź czujny, rozwijaj bazę i wzmacniaj konstrukcje obronne.
Wykorzystuj pracę i umiejętności jednostek roboczych, zwiadowczych i bojowych, których generowanie odbywa się z centrum dowodzenia. Rozwijaj swoje bazy, ulepszaj zdolności jednostek.
Nie zapominaj o sobie. Niszcząc innych uczestników, agresywną florę, wrogą faunę i jednostki przeciwnika, przejmując heksagony, powiększasz zasoby istnienia. Dzięki nim możesz podnosić swój własny poziom, a po uzyskaniu specjalizacji klasowej wraz z każdym poziomem będą ci się odblokowywać nowe talenty i zdolności.
Zapoznanie z zasadami dobiegło końca.
Teraz jesteś gotów!
Więcej ognia pod nogami twoich wrogów, poddawany Próbie!

To dopiero wiadomość! Rozglądam się, szukając osławionego centrum dowodzenia, ale nie widzę nic, co by je przypominało. Tymczasem ostatni moduł tekstu zwinął się, a na jego miejscu pojawiła się inna kula – już nie czerwona, tylko zielona. Tak samo niecierpliwie podrygiwała, więc ją otworzyłem.

- Wybierz imię, poddawany Próbie!

Imię? Jasne, przecież to gra.

Może Graykillah – nick, którego używałem we wszystkich grach? Nie, czekaj! Filip? Choć nie, też nie. Niech będzie prosto – Fil.

Wypowiadam imię i pojawia się duży moduł informacyjny:

- Fil, rozdziel główne cechy!
Siła decyduje o zadawanych obrażeniach w walce bez broni oraz z bronią białą. Wpływa na obrażenia zadawane przez twoje jednostki oraz na ilość zasobów pozyskiwanych przez jednostki robocze.
Zwinność określa obrażenia zadawane bronią dystansową. Wpływa na szybkość poruszania się zarówno bohatera, jak i jego jednostek.
Inteligencja wpływa na tempo rozwoju postaci, szybkość generowania i ulepszania modułów oraz bazy.
Wytrzymałość określa liczbę punktów zdrowia postaci i jej jednostek.
Percepcja zwiększa szansę trafienia krytycznego i obrażenia krytyczne. Zwiększa szansę znalezienia utraconych artefaktów. Wpływa na promień widzenia we mgle wojny.
Charyzma wpływa na tempo generowania nowych oraz liczbę jednocześnie używanych jednostek.
Szczęście zwiększa liczbę korzystnych rezultatów we wszystkich aspektach Próby.

W tym miejscu pogrążam się w głębokich rozmyślaniach nad tym, co widzę. Wygląda na to, że fizyka świata jest ściśle powiązana ze statystykami poddawanego Próbie. Rozglądam się i zdaję sobie sprawę, że widzę w promieniu mniej więcej stu pięćdziesięciu metrów, a dalej zasnuwa wszystko ściana mgły wojny. I wygląda na to, że im wyższa będzie moja percepcja, tym dalej sięgnie wzrok.

Zwijam okienko w zieloną kulę i otwieram pulsującą żółtą. Wyskakuje okno postaci z trzema modułami. Pierwszy zawiera informacje ogólne, drugi parametry cech, a trzeci – najmniejszy – moją statystykę.

- Informacje o postaci
Fil, człowiek.
Poziom: 1.
Klasa: nieokreślona. Wymagany 10 poziom.
Punkty zdrowia: 1100/1100.
Obrażenia bez broni: 11–15.
Szansa trafienia krytycznego: 36,5%.
Bonusy: 14% zniżki od kosztu rozwoju postaci, +6 punktów do cech, które możesz rozdzielać dowolnie.
Osiągnięcia: Filantrop (+1 punkt do głównych cech przy każdym podwyższeniu poziomu).

- Główne cechy
Siła – 13.
Zwinność – 11.
Inteligencja – 20.
Wytrzymałość – 11.
Percepcja – 15.
Charyzma – 17.
Szczęście – 14.
Dostępne 11 wolnych punktów cech do rozdzielenia (5 bazowych, 6 premiowych).

- Statystyka postaci
Życia: 3.
Przejęte heksagony: 0.
Ranking: 169/169.
Zasoby istnienia: 2/1000.
Niewystarczająca ilość zasobów istnienia do aktywacji awansu poziomu! Wymagane do następnego (2) poziomu – 172 jednostki zasobów istnienia.

Aha, czyli tak jak myślałem. Próba jest grą. Są w niej „życia”, zapewne możliwe odrodzenie po śmierci, a moby po unicestwieniu znikają, nie zostawiając ciał, tylko loot.

Na razie udało mi się zlootować tylko tajemnicze zasoby istnienia, ale kto wie – może z następnego kirpi wypadnie topór? Szkoda, że moje Szczęście nie zostało podniesione ani dzięki pierścieniowi, ani czerwonej nici. Netsuke Jurōjin, który nie wymaga noszenia, również tutaj nie działa.

Jasne jest też, że podnoszenie poziomu nie następuje teraz za punkty doświadczenia, tylko za konkretną walutę – czyli za zasoby istnienia. A to zakłada różne ścieżki rozwoju: inwestować w siebie albo wydawać na ulepszenia centrum dowodzenia, tworzyć armię mobów albo poprawiać ich parametry. Będę się orientował w trakcie.

A na razie… Nie wiem, czy ten świat jest realny, czy wirtualny, ale pewne jest to, że jestem sobą, a nie wirtualnym awatarem. Fantomowy, tępy ból pięty całkowicie to potwierdza. Pamięć o zębach kirpi jest wciąż świeża.

Prawdziwy świat czy nie – potrzebuję strategii rozwoju. A żeby ją wybrać, muszę w końcu zacząć grać. Tym bardziej że – sądząc po rankingu – wszyscy już się ostro rozwijają, a ja jeden siedzę, analizuję i próbuję ogarnąć, co tu się właściwie dzieje.

Staję na nogi. Rana na pięcie już się zagoiła, podobnie jak poparzona dłoń – zdrowie się zregenerowało i znów jest pełne. Rozglądam się, gdzie może być to słynne centrum dowodzenia, przy okazji lustruję powierzchnię ziemi, czy nie dostrzegę jakiejś pałki albo gałęzi, żeby móc się bronić przed rodzicami młodego kirpi i ich kumplami. Nic takiego nie znajduję, ale kilkadziesiąt kroków ode mnie, bliżej jaru widocznego po drugiej stronie lasu, na ziemi leży biały, idealnie okrągły kamień. Ma około metra średnicy.

Podchodzę i widzę na powierzchni odciśniętą dłoń. Wkładam w zagłębienie własną – odciśnięty kształt pasuje idealnie – i czuję ciepło bijące od kamienia. Przez chwilę nic się nie dzieje.

A potem w mojej głowie pojawia się wiedza: aktywacja centrum dowodzenia wymaga stu jednostek zasobów istnienia.

Zaraz potem przychodzi zrozumienie, że zasoby istnienia są potrzebne nie tylko do aktywacji centrum dowodzenia. Zasoby istnienia pozwalają mi żyć. Doba na Pibellau kosztuje trzynaście jednostek istnienia – po jednej za każdą przeżytą godzinę według lokalnego czasu.

Za zrozumieniem idą świadomość i pojmowanie: żeby żyć, trzeba zabijać. Żeby się rozwijać, trzeba zabijać. Żeby zachować wszystko, co osiągnąłem tam, tu muszę zwyciężyć. I w tym celu też trzeba zabijać.

Och, nie do tego przygotowywali mnie Winicki i Ilindi!

Pojawia się i znika powiadomienie, że tracę jedną jednostkę zasobu istnienia. Zostaje mi tylko jedna, a to godzina życia. Zasoby nie mogą spaść poniżej zera – po prostu stracę „życie”.

Plan działania na najbliższy czas jest więc prosty i jasny: farmić zasoby istnienia, urządzając na moim heksagonie lokalny armagedon. „Optymalizując” Grę, zapomniałem już o jej niuansach, ale to nie była jedyna gra, w którą się zagrywałem – z głębin pamięci wypływa znajome uczucie: czeka mnie stary, dobry farm.

Do lasu mnie nie ciągnie: mogę nie zauważyć i aggrować od razu kilku mobów, a to grozi kłopotami. Wybieram więc otwarty teren za jarem. Ten ma jakieś osiem metrów szerokości – nie da się go obejść. Trzeba będzie zejść na dół.

Dno skrywa mgła, ale instynkt gracza podpowiada mi, że najtłustsze moby i dobry loot są właśnie w takich miejscach. Zbocze jest strome, ale ze ścian wystają grube, wyschnięte i połamane korzenie drzew. Chwytając się ich, ostrożnie schodzę w dół, szukając stopą oparcia. Jar ma głębokość dwukrotnego wzrostu człowieka i kiedy wreszcie stawiam stopę na dnie – z ulgą wypuszczam powietrze.

Nikogo w zasięgu wzroku…

Dźwięk przypominający uderzenie mokrej szmaty o ścianę zaskakuje mnie. Skóra na piersi zwęgla się i dymi. To, że trzysta pięćdziesiąt osiem punktów obrażeń to już nie żarty, dociera do mnie w chwili, kiedy na całe gardło wrzeszczę z bólu i strachu spowodowanego niespodziewanym atakiem.

Kilka metrów ode mnie w powietrzu zaczyna się materializować ogromny…

- Krekeń
Boss lokacji.
Poziom 6.
Punkty zdrowia: 1800.

Uciekaj, Fil, uciekaj! Cofam się, zasłaniając ręką oczy – nie daj Boże, jeszcze mi je wypali i jak potem żyć? Bestia wygląda jak bąk z długą trąbką, która znów się prostuje, szykując się, by opluć mnie przypominającą napalm śliną. Odwracam się i, kurcząc się wewnętrznie na myśl o nieuniknionym plunięciu w plecy, biegnę. Ale Krekeń już nie atakuje – chyba odpuścił.

Kiedy jestem już jakieś pięćdziesiąt metrów od niego, odwracam się i nikogo nie widzę.

Oddycham z ulgą – i w tej samej chwili dostaję strzał prosto w twarz. Ślina bestii przeżera skórę i mięśnie aż do kości, a krzyk więźnie w gardle, bo kolejny atak trafia w otwarte usta i uderza prosto w struny głosowe. Upadam na ziemię, chcąc tylko jednego – żeby to się skończyło. Świadomość gaśnie.

- Zginąłeś, poddawany Próbie.
Pozostało żyć: 2.
Do odrodzenia: 3… 2… 1…

A niech to, urządziłem lokalny armagedon – samemu sobie!ROZDZIAŁ 3 DALEKO OD DOMU

Śmierć jest bardzo nieprzyjemną formą życia.

Pukając do nieba bram
(Knockin’ on Heaven’s Door), 1997
reż. Thomas Jahn

Przez cały czas oczekiwania na odrodzenie odczuwam pośmiertny ból. Śmierć nie jest wybawieniem, a ból w owe trzy sekundy wielkiej nicości pomiędzy życiami jest jak kara – twardy, palący bicz, który ma odcisnąć piętno w twojej podświadomości: musisz walczyć do końca, bo nawet po śmierci będziesz cierpiał.

Timer odmierzający czas do odrodzenia jakby się ze mnie naigrawał, wyraźnie nie są to ziemskie trzy sekundy. Ciągną się o wiele dłużej i wciąż bezgłośnie zdzieram nieistniejące gardło, wijąc się w męczarniach pośmiertnej agonii.

Kiedy owe trzy sekundy w końcu mijają – ból znika, świat znów się wyostrza, a ja znajduję się przy białym kamieniu, czyli centrum dowodzenia. Uczucia, które mnie zalewają, są nieporównywalne z niczym. Żadne fale przyjemności z level upów nawet nie umywają się do ustąpienia bólu. To jak chodzić cały dzień w za ciasnych butach, a potem je zdjąć – tylko uczucie to należałoby pomnożyć tak z tysiąc razy.

Nie ma żadnych systemowych powiadomień ani kar, poza zmienioną liczbą żyć. Teraz mam je dwa. Dwa! Do łez boli stracić życie w pierwszej godzinie Próby, i to jeszcze przez głupotę. Przecież prawie uciekłem temu, niech go diabli, lokalnemu bossowi. Krekeń! Kto wymyśla takie nazwy?

Jestem w tych samych podartych dżinsach. Przyglądam się i widzę, jak system je identyfikuje:

- Spodnie z Tkaniny
Obrona: +1.
Wytrzymałość: 19%.

I co znaczy to „+1” do obrony? Czy obniża każde otrzymane obrażenia o jedną jednostkę? A może działa to jeszcze inaczej? I czy dżinsy chronią mnie tylko przed obrażeniami zadanymi w nogi, czy mechanika świata zakłada redukcję dowolnych obrażeń, nawet w odsłonięte fragmenty ciała? Nie mam pojęcia.

Ani poradników, ani forów. Radź sobie sam, poddawany Próbie! Ech, przydałaby mi się teraz pomoc Marty…

No dobrze, zegar tyka, a ja mam tylko jedną jednostkę zasobów istnienia. W takim tempie nie tylko nie uzbieram na aktywację centrum dowodzenia, ale i zwyczajnie zginę, zostając z jednym życiem. Ale zanim rzucę się wir walki, muszę rozdzielić punkty cech. Nie ma sensu ich dalej chomikować, skoro jakiś przerośnięty bąk załatwił mnie w try miga. I w ogóle strasznie głupio zrobiłem, że nie wzmocniłem się przed tamtą nieudaną próbą farmienia.

Upewniwszy się, że w zasięgu wzroku nikogo nie ma, otwieram swój profil i dotykam drgającej zielonej kuli, która majaczy w polu widzenia, zachęcając mnie do rozdysponowania bonusowych punktów cech. Mam ich aż jedenaście, w prawdziwym życiu – tam, gdzie są Jana, Wika i Siawa – to kosmos. Jak te cechy działają tutaj, dopiero muszę się dowiedzieć.

Na próbę wrzucam punkt w Siłę i pojawia się propozycja zatwierdzenia zmian albo anulowania. Świetnie, nie muszę mieć wszystkiego w głowie i mogę pobawić się liczbami na bieżąco. Dodaję i odejmuję po jednym punkcie każdej cesze, śledząc zmiany.

Dodatkowy punkt w Sile podnosi obrażenia o jeden, a obrażenia krytyczne – o trzy punkty.

Dodaję punkt do Zwinności i prędkość poruszania się rośnie o jeden procent. Teoretycznie, gdybym miał broń dystansową, wzrosłyby też obrażenia zadawane za jej pomocą, ale pod nogami nie mam nawet kamieni, żeby chociaż nimi rzucać jak improwizowaną bronią.

Inteligencja zwiększa szansę na uzyskanie dodatkowej porcji zasobów istnienia z ciał pokonanych wrogów, co z kolei przyspiesza rozwój, bo podnoszenie poziomu odbywa się właśnie dzięki zasobom. Inteligencja przyspiesza też ulepszanie modułów bazy, ale do tego mi jeszcze daleko, więc na razie jej nie podnoszę. Teraz mam dwadzieścia procent szansy na bonusowy loot i kilka dodatkowych procent nic nie zmieni, tym bardziej że żeby otrzymać loot, trzeba najpierw kogoś zabić, a mój damage jest marny.

Dorzucenie punktu do Wytrzymałości zwiększa liczbę punktów zdrowia o sto. To dość ważna cecha poprawiająca przeżywalność, ale czy inwestować w nią już teraz? Muszę pomyśleć.

Za to punkt wrzucony w Percepcję daje mi od razu półtora procent do szansy na trafienie krytyczne. I to oprócz zwiększenia o dziesięć metrów promienia otoczonego mgłą wojny oraz szansy na odnalezienie utraconego artefaktu.

Punkty wrzucone w Charyzmę nie dają żadnych widocznych zmian w profilu, a w Szczęście wyraźnie podnoszą szansę na trafienie krytyczne – o procent za punkt. To mniej niż półtora procent z Percepcji, ale i tak cieszy.

Odruchowo drapiąc się w kark, robię sobie chwilę przerwy na przemyślenia. Ile punktów zdrowia miał Krekeń? Z logów wynika, że 1800. Boss załatwił mnie błyskawicznie, każdy jego atak zabierał trzysta–czterysta punktów zdrowia, ale ostatni był krytyczny i zdjął od razu ponad siedemset, wysyłając mnie na odrodzenie. Tak… Wyrzut napalmu zabierał bestii czas: między drugim a trzecim minęły jakieś trzy lokalne sekundy, czyli sześć–siedem naszych. W takim czasie mogę zadać około dwudziestu ciosów, z których każdy zdejmie jakieś trzydzieści punktów zdrowia – przy trafieniach krytycznych. Ale to bez uwzględnienia bonusowych punktów cech!

Przez następne parę minut przerzucam punkty Siły i Percepcji na wszystkie sposoby, aż w końcu znajduję optymalne ustawienie. Siedem punktów w Siłę, cztery w Percepcję – i mój krytyczny damage bez broni dobija prawie do osiemdziesięciu czterech, a średni – z uwzględnieniem szansy na obrażenia krytyczne – do pięćdziesięciu trzech.

Ciekawa mechanika świata. Uproszczona, ale bez minimalnej znajomości matematyki można zbudować tak krzywy build, że nie wiadomo, gdzie zęby wbić.

- Główne cechy
Siła – 20.
Zwinność – 11.
Inteligencja – 20.
Wytrzymałość – 11.
Percepcja – 19.
Charyzma – 17.
Szczęście – 14.
Zatwierdź | Anuluj zmiany

Zatwierdź! W przeciwieństwie do mojego interfejsu tam tutaj zmiany w cechach zachodzą natychmiast, co znów skłania mnie do myśli o wirtualnej lub sztucznie stworzonej naturze tego świata, biorąc pod uwagę technologię Starszych.

Mięśnie wypełniają się świeżą krwią, puchną jak ciasto drożdżowe i bez lustra wiem, że stałem się prawdziwym mięśniakiem jak z dowcipu. Czuję dziwny dyskomfort pod pachami, gdy tylko rozkładam ręce. Kark twardnieje i kręcenie głową nie jest już tak łatwe jak wcześniej. Barki zamieniają się w kule do kręgli, potężna klata zasłania mi widok na dolną część ciała, ale największy problem pojawia się z moją jedyną ochroną – dżinsami. Napęczniałe mięśnie czworogłowe, podobnie jak i mięśnie pośladków, ostatecznie rozrywają materiał nogawek i zostaje z nich tylko kilka bawełnianych strzępów, które bezradnie opadają na ziemię.

System identyfikuje je jako „łachmany” bez żadnych bonusów. Zostaję w samych bokserkach i one też z punktu widzenia sensu gry są bezużyteczne. Na wszelki wypadek sprawdzam, czy skóra mi nie zielenieje. Ale nie, nie jestem Hulkiem.

Za to widok, jaki otwarł się na okolicę, pozwala mi się pogodzić z faktem, że zostałem w samych gaciach. Ściana mgły wojny cofnęła się o czterdzieści metrów i teraz widzę, co jest za jarem. Pasie się tam stado gwizdaków drugiego–trzeciego poziomu, a to prawdziwy raj do farmienia! Z daleka gwizdak przypomina przerośniętego chomika z hipertroficzną głową i kolczastym grzebieniem. Zwierzęta sięgają mi mniej więcej do pasa i jeśli nie będzie jakichś niespodzianek, to powinienem sobie z nimi łatwo poradzić.

Zadanie komplikuje fakt, że nie widać końca jaru, a właśnie tam siedzi wredny, plujący napalmem zabójca Krekeń. Z moich szacunków wynika, że żeby go zabić, muszę zadać trzydzieści cztery ciosy, a to, choćbym nie wiem jak szybko tłukł jak, jakieś dwanaście–piętnaście sekund. Naszych, ziemskich sekund, czyli około sześciu–siedmiu miejscowych. Przeładowanie napalmu zajmuje temu bydlakowi sześć sekund. Dwa plunięcia na pewno wytrzymam, najważniejsze, żeby nie uciekać, tylko się bić i przed plunięciem odwracać głowę, żeby nie spalił mi oczu.

Zaryzykować? Czy może pójść spokojnie tłuc młode kirpi, fundując im lokalną zagładę? Wzdrygnąłem się, przypomniawszy sobie parzący dotyk tej pokrytej kwasowym śluzem krzyżówki jeża z ośmiornicą. Brr… A przecież musiałbym je okładać gołymi pięściami, dopóki nie znajdę jakiegoś kija czy gałęzi, z której da się zrobić maczugę.

Postanowiłem zaryzykować. Doświadczenie gamingowe podpowiada mi, że gra jest warta świeczki, a i matematyka jest po mojej stronie. A po co ja niby trenowałem boks? Jeśli nawet nie mam w profilu takiej umiejętności, to bić się przecież nie oduczyłem? Zadaję serię ciosów, imitując walkę z cieniem – wszystko jest na miejscu. Trzy, dwa, start!

Zasada trzech sekund, z której ochoczo korzystam, mówi: trzeba zacząć działać od razu po podjęciu decyzji, zanim zacznie się wewnętrzny spór z samym sobą, szukanie przeszkód i wymówek, żeby nie robić tego, co się postanowiło. Inaczej jest duża szansa, że albo stracisz czas, albo nie zrobisz nic.

Tym razem schodzę do jaru, wiedząc już, co mnie czeka. Zeskoczywszy na dno, kręcę się, wypatrując lokalnego bossa, ale nikogo nie widzę. A czas leci i za kilka minut zostanę bez zasobów istnienia. Idę kilkadziesiąt kroków w prawo – upewnić się, czy Krekenia tam nie ma. Przede mną rozbiegają się jakieś karaluchy wielkie jak koty – sarasury pierwszego poziomu – ale pomysł na łatwe zasoby upada. Stwory są zwinne i szybkie, a próba rozdeptania jednego kończy się porażką: mały gad jeży się kolcami i nie potrafię przebić chityny. W efekcie dostaję nieznaczny, ale bardzo bolesny damage, minutowy debuff zatrucia, a karaluch znika w szczelinie.

Klnąc i podskakując na jednej nodze, widzę, jak z tej samej szczeliny wyłazi obrzydliwy, srebrzysty wij trzeciego poziomu. Nastroszony, błyskawicznie owija się wokół mojej zdrowej nogi i zaciska, wbijając się ostrą szczecinką. Szalony ból każe zapomnieć o poprzednich obrażeniach i padam, wrzeszcząc i próbując zerwać krwiożerczego potwora, ale nic z tego! Szczecinka wija jest zdradliwa: z zadziorkami jak w haczyku wędkarskim, i kiedy próbuję go odczepić, odrywa się razem ze skórą i mięsem – dopiero co zregenerowanymi mięśniami.

Krwawa mgła zasnuwa mi oczy, ale liczby obrażeń i tak odświeżają się z szaloną prędkością, a moje punkty zdrowia uciekają tak szybko, że w mgnieniu oka zostaje ich tylko dwie trzecie. I to ma być „żłobek”? „Strefa dla nubów”? Przecież ryzykuję usunięcie z Próby, nie spotkawszy żadnego innego kandydata!

Nie zważając na ukłucia, tłukę bestię pięściami w białawe podbrzusze, gdzie szczecina jest krótsza, i prawie – sądząc po jej pasku zdrowia – ją zabijam, ale wij nagle zsuwa się z nogi i błyskawicznie znika w szczelinie jaru. Co to za moby? Jeden straszniejszy od drugiego! Ale nie zdążyłem jeszcze o tym pomyśleć, a staje się jasna przyczyna nagłego odwrotu szczeciniastego przeciwnika: w plecy uderza mnie, powodując eksplozję bólu, znajome charczenie. W powietrzu unosi się gryzący smród spalonego mięsa.

I choć moje gołe plecy płoną trafione ognistym plunięciem Krekenia – bo to nie może być nikt inny – oblewa mnie zimny pot. Totalna katastrofa! Okaleczony przez wija, z krwawiącymi nogami, na które strach stanąć, nie mówiąc o skakaniu i bieganiu, z połową zdrowia…

W głowie chaos i panika, żegnam się już z życiem, a ciało, rozumiejąc, że ucieknę czy nie, po śmierci i tak będzie bolało, już obraca się w stronę bossa i, ignorując obrażenia, dopada go. Widzę z bliska, jak bestia generuje napalm, jak płomień, tłoczony gruczołami, gromadzi się w rynienkach pod ryjkiem, rozpalając się coraz jaśniej. Ręce robią swoje – zaciskając zęby, tłukę tego gigantycznego bąka rozbitymi do krwi pięściami, z odsłoniętymi zakończeniami nerwowymi. Procenty spadają opornie, wyraźnie wolniej, niż na to liczyłem – wygląda na to, że nie biorąc pod uwagę chitynowego pancerza bossa, śmiertelnie się pomyliłem. Obrażenia redukuje prawie o połowę, co o mało nie skończyło się wipe’em.

Beznadzieja…

Krekeń prostuje ryjek, szykując się do wypuszczenia piekielnego płomienia, a ja, sam nie rozumiejąc, co robię, gwałtownym ruchem obu rąk chwytam ten wyrostek i, pokonując opór, wykręcam go w górę, celując „lufą” prosto w fasetkowe oko zajmujące prawie połowę powierzchni głowy tego koszmarnego owada.

Bum! Kula ognia – dłońmi czuję wyraźnie, jak pędzi wewnątrz ryjka – zostaje wypluta i, rozbłysnąwszy białym płomieniem, przykleja się, rozlewa po oku bąka, ale nie zabija. Napalm syczy, dymi, przeżerając siateczkową powierzchnię oka, bestia emituje dźwięk na granicy słyszalności, a ja zamieniam się w młot pneumatyczny, wybijając z niej ostatnie procenty życia.

Krekeń próbuje uciec, rozpuszczając się w powietrzu, ale nie ma szans. W ostatni podbródkowy wkładam wszystkie pozostałe siły i bestia zdycha. Ciało bossa upada na ziemię, wzbijając kurz. Brzmi to tak, jakby upadł wielki bukłak pełen płynu.

Nie czując nóg, padam jak kłoda obok truchła. Wychodzi na to, że odniosłem pyrrusowe zwycięstwo: moje zdrowie dawno świeci na czerwono, a ostatnie setki punktów uciekają z powodu nałożonych dotów krwawienia, zatrucia i oparzeń. Plecy wciąż mi dymią, ale myślę, że najważniejsze to zdążyć zebrać loot, a potem mogę nawet iść na odrodzenie.

- Punkty zdrowia: 186/1100.

Truchło bossa migoce i znika, zostawiając Duży Kryształ Istnienia i jeszcze jakiś przedmiot.

- Punkty zdrowia: 113/1100.

Jeszcze kilka ticków i będzie po mnie. Zgarniam cały loot, nie oglądając go nawet, i błyskawicznie dotykam kryształu:

- +100 jednostek zasobów istnienia.

- Weryfikacja prawdopodobieństwa otrzymania bonusowej ilości zasobów istnienia (20% szans). Poddawany Próbie, weryfikacja zakończona pomyślnie!

- +100 jednostek zasobów istnienia.

Krekeń był hojny. Dwieście jednostek! No to uzbierałem na aktywację centrum dowodzenia. Szkoda tylko, że życia zostanie tyle co nic. Ciekawe, czy boss się odrodzi? Jeśli tak, będzie można zajrzeć do niego jeszcze raz.

- Punkty zdrowia: 40/1100.

Pomysł, który wpadł mi do głowy, działa jak zimny prysznic. Byle zdążyć! Profil!

- Czy na pewno chcesz aktywować awans poziomu?
Zatwierdź | Odrzuć

Tak! Dla pewności wzmacniam komendę dotknięciem – i mój pomysł działa! Przez ciało przechodzi uzdrawiająca fala, zdejmując wszystkie doty i w pełni odnawiając punkty zdrowia!

- Gratulacje, poddawany Próbie! Osiągnąłeś 2 poziom!
Otrzymujesz +2 punkty do cech, które możesz rozdzielać dowolnie.
Więcej ognia pod nogami twoich wrogów, poddawany Próbie!

Tańczę w ekstazie, odpędzając karaluchy zwabione zapachem świeżego truchła, i triumfalnie potrząsam pięściami. Została mi jeszcze reszta – dwadzieścia siedem punktów życia, więc kwestia przetrwania staje się mniej paląca. Zabiłem podstępnego lokalnego bossa gołymi pięściami, ubrany w same gacie!

Do mojego tańca dołączają dwie złote kule, natrętnie domagające się uwagi.

– Potem, potem – odpędzam je.

Od dziecka nienawidzę robactwa, więc jak najszybciej wydostaję się z drugiej strony jaru na górę – na powietrze, bliżej nieba i dalej od obrzydliwych miejscowych.

Na powierzchni nikt na mnie nie czeka, postanawiam więc zająć się badaniem lootu i nowych komunikatów systemowych – a złote kule na sto procent zostały wysłane przez system.

Przedmiot, który wypadł z Krekenia, nie okazuje się bezużytecznym śmieciem, jak to zwykle bywa na niskopoziomowych lokacjach w grach. Oglądam go z czułością, podziwiając gładkość i perfekcję linii, przyjemny ciężar, ciepło bijące z wnętrza i migoczące iskry na powierzchni.

- Siłowy Kastet Furii
Najlepsza broń do walki wręcz.
Zasilanie zapewniają zasoby istnienia (1% jednostek przy każdym zadaniu obrażeń).
Obrażenia: 12–24.
+50% do obrażeń krytycznych.

Kastet właściwie wygląda jak metalowa rękawica, ale to na pewno nie jest żaden znany na Ziemi metal, bo rozciąga się podobnie jak guma, gdy wsuwam w niego prawą dłoń. Oblepia rękę i rozlewa się po całym przedramieniu, nie krępując ruchów. Zginam i prostuję palce, obracam nadgarstkiem – leży jak ulał.

Mój pierwszy prawdziwy loot. Otwieram profil i widzę, jak po założeniu kastetu moje statystyki obrażeń skoczyły w górę: 30–46 dla zwykłych i 262 dla krytycznych! Sztos! Najwyższy czas farmić zasoby, bo zbliża się wieczór, a ja nie mam gdzie przenocować. Co instrukcje mówiły o nocy? Że drapieżne stwory są szczególnie aktywne? Nie chciałbym w samych gatkach położyć się spać na gołej ziemi i już się nie obudzić.

Ale najpierw trzeba sprawdzić, co tam system mi wciska. Dotykam pierwszej złotej kuli – rozsypuje się w chmurkę migoczącego pyłu, który zamienia się w tekst:

- Poddawany Próbie! Osiągnięcie „Pierwszy! Zabójca Olbrzymów” odblokowane!
Jesteś pierwszym w tej fali, który pokonał lokalnego bossa.
Otrzymujesz +3 punkty do cech, które możesz rozdzielać dowolnie.

Domyślając się już o co chodzi, z zachwytem dotykam drugiego zwiastuna osiągnięć.

- Poddawany Próbie! Osiągnięcie „Pierwszy! Zawadiaka” odblokowane!
Jesteś pierwszym w tej fali, który pokonał istotę o pięć poziomów wyższą.
Otrzymujesz +3 punkty do cech, które możesz rozdzielać dowolnie.

Dwa za awans poziomu, plus sześć z osiągnięć – razem osiem punktów cech!

Rozdzielam je od razu. Dość już odkładania na później.

Dodaję cztery do Wytrzymałości, podnosząc punkty zdrowia: bez ubrania nie mam obrony, a przeżywalność trzeba zwiększać!

Jeden punkt do Szczęścia – nigdy nie jest zbędne.

Jeszcze jeden do Siły, a ostatnie dwa do Percepcji.

Szansa na kryt rośnie do czterdziestu pięciu i pół procent, a obrażenia krytyczne – prawie do trzystu. Uff, maszyna do krytów!

Z takimi statami podobnych Krekeniowi będę kładł w parę sekund! No, prawie.

A teraz – farmić.

Ale ostrożnie, nie tracąc czujności…

Zapada zmierzch, kiedy wreszcie dobijam zapasy zasobów istnienia do setki z hakiem. Setka na aktywację centrum dowodzenia, a „hak” na podtrzymanie zdrowia. Trafiające mi się moby nie grzeszyły różnorodnością – te same kirpi, których kolce miażdżyłem teraz uderzeniem kastetu; agresywne gwizdaki, atakujące stadem i uciekające, gdy tylko ich pasek zdrowia spadał poniżej połowy; krekniaki – wersje light Krekenia, tylko nie rarniki – zamiast napalmem pluły żrącą, ale nie śmiertelną substancją, i były mniej więcej dwa razy mniejsze…

Dużo czasu schodziło na regenerację, a doprowadzało mnie do szału, gdy niedobitki zwiewały tak szybko, że nie mogłem ich dogonić. Kiedy podczas kolejnego pościgu wpadłem w zasadzkę kirpi, przestałem gonić dezerterów na oślep. Zamiast tego, gdy zbliżał się moment ich ucieczki, łapałem i trzymałem moba rękami, żeby nie uciekł.

Nic poza zasobami istnienia z mobów nie wypadało i mój plan, by się ubrać, lootując ciuchy, spalił na panewce.

Tak przemierzam cały swój heksagon i docieram do sąsiedniego. Orientuję się, że przekroczyłem granicę – przypomina to przechodzenie przez pajęczynę. Na granicy czułem ledwo słyszalne buczenie pola energetycznego dzielącego heksagony. Mnie pozwala przejść, ale zauważonego przeze mnie gwizdaka odpycha tak, że ten aż koziołkuje do tyłu.

Wracać czy iść dalej? Przypominam sobie, że mogę przejąć neutralny heksagon, a nie tylko ten, na którym się pojawiłem. Teoretycznie do mojego centrum jest tyle samo, co do środka tej strefy. Decyduję się iść naprzód – jak farmić, to farmić, skoro nie ma tu ani zmęczenia, ani głodu. Co za różnica, które centrum aktywuję: swoje czy neutralne? Za to zgarnę wszystkie dodatkowe zasoby istnienia, a im ich więcej, tym szybciej będę mógł się rozwijać.

Robię dosłownie pięćdziesiąt kroków, po czym gwałtownie padam w trawę, dostrzegłszy nietypową dla tych stron ludzką sylwetkę niemal na granicy mojej mgły wojny.

- Carter, człowiek
Poziom 4.

Przygarbiony, nieco korpulentny Carter skrada się, trzymając się blisko ziemi. Nie wiem, czy mnie zauważył, ale spotkanie z nim grozi kłopotami! Ile on musiał nafarmić zasobów, skoro aktywował już czwarty poziom, w ręku trzyma połyskującą drapieżnym żądłem włócznię, a wokół niego, w roli ochrony, porusza się oddział jego osobistych mobów, wyposażonych w pałki?

Jeden z nich nagle się zatrzymuje, węszy, odwraca głowę i patrzy na mnie. Ułamek sekundy później w moją stronę gapi się już cały oddział, włącznie z samym Carterem.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij