Lewiatan - ebook
Lewiatan - ebook
W 1878 roku Paryżem wstrząsnęła sensacyjna wiadomość o "zbrodni stulecia", dokonanej w posiadłości kolekcjonera indyjskich antyków. Zabito właściciela i dziewięcioro służących, skradziono cenną statuetkę i… jedwabną chustę. Ślady prowadzą na pokład luksusowego statku płynącego do Indii. Tam inspektor Gustaw Gauche rozpoczyna trudne i, jak się okaże, bardzo zaskakujące śledztwo. Mnożą się pytania, giną kolejne osoby, gra idzie o bardzo wysoką stawkę – skarb wart 50 milionów funtów. By go zdobyć morderca jest gotów na wszystko. Na szczęście na wśród pasażerów jest ktoś, kto zdoła go pokonać - rosyjski dyplomata, Erazm Fandorin...
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-247-2688-2 |
| Rozmiar pliku: | 3,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
KOMISARZA GAUCHE'A_
_PROTOKÓŁ_
_wizji lokalnej_
_przeprowadzonej wieczorem 15 marca 1878 roku w willi lorda Littleby na rue de Grenelle_
_(7 dzielnica miasta Paryża)_
_(fragment)_
…z niewiadomych przyczyn cała służba przebywała w pokoju kredensowym, usytuowanym na parterze willi, na lewo od hallu (pomieszczenie 3 na rys. 1). Pozycje denatów przedstawia rys. 4, gdzie:
nr. i oznaczono ciało stróża, Étienne'a Delarue, lat 48;
nr. 2 – ciało gospodyni, Laury Bernard, lat 54;
nr. 3 – ciało osobistego lokaja lorda, Marcela Prou, lat 28;
nr. 4 – ciało syna stróża, Luca Delarue, lat 11;
nr. 5 – ciało pokojówki, Arlette Foch, lat 19; nr. 6 – ciało wnuczki gospodyni, Anne-Marie Bernard, lat 6;
nr. 7 – ciało strażnika, Jeana Lesage, lat 42, który 16 marca 1878 roku zmarł, nie odzyskawszy przytomności, w szpitalu Saint-Lazare;
nr. 8 – ciało strażnika, Patricka Trois-Bras, lat 29;
nr. 9 – ciało odźwiernego, Jeana Carpentier, lat 40.
Denaci oznaczeni nr. 1-6 spoczywają w pozycji siedzącej wokół dużego stołu kuchennego, przy czym nr. 1-3 mają głowy opuszczone na skrzyżowane ramiona, nr 4 złożone pod policzkiem dłonie, nr 5 siedzi lekko odchylona do tyłu, nr 6 na kolanach nr. 2. Twarze nr. 1-6 są spokojne i nie wyrażają strachu ani cierpienia. Z kolei nr. 7-9 leżą (patrz rys. 4) w pewnej odległości od stołu, a nr 7 trzyma w dłoni gwizdek, jednak nikt z sąsiadów nie słyszał ubiegłej nocy gwizdu. Twarze nr. 8 i 9 zastygły w grymasie przerażenia bądź też wielkiego zdumienia (fotografie zostaną załączone jutro rano). Brak śladów walki. Podczas obdukcji nie stwierdzono obrażeń na ciałach denatów. Przyczynę śmierci może wyjaśnić jedynie sekcja zwłok. Na podstawie stopnia zesztywnienia pośmiertnego lekarz, maître Bernème, ustalił, że zgon poszczególnych ofiar nastąpił w różnym czasie, pomiędzy godziną 10 wieczorem (nr 6) a 6 rano, nr 7 zaś zmarł, jak już wspomniano, później, w szpitalu. Nie czekając na rezultat sekcji zwłok, ośmielę się wyrazić przypuszczenie, że wszystkim ofiarom podano silną truciznę, mającą również działanie nasenne; moment śmierci zależał od dawki trucizny bądź od kondycji fizycznej poszczególnych ofiar.
Drzwi frontowe willi zamknięte, ale nie na klucz. Okno oranżerii (pkt 8, rys. 1) świadczy jednak o tym, że dokonano włamania: szyba stłuczona, pod oknem na wąskim pasie spulchnionej ziemi niewyraźny ślad męskiego buta nr 41, o ostrym nosku, podzelowanego (fotografie wkrótce). Prawdopodobnie przestępca wdarł się do willi od strony ogrodu, już po otruciu i uśpieniu służby – w innym wypadku ta z pewnością usłyszałaby brzęk tłuczonej szyby. Nie wiadomo jednak, dlaczego przestępca, unieszkodliwiwszy służbę, włamał się od ogrodu – mógł bez kłopotu dostać się do willi przez pomieszczenia gospodarcze. W każdym razie z oranżerii skierował się na piętro, do apartamentów lorda Littleby (patrz rys. 2). Jak widać na rysunku, w lewym skrzydle piętra znajdują się jedynie sala mieszcząca rzadkie zbiory starożytności indyjskich i bezpośrednio z nią sąsiadująca sypialnia lorda. Pozycję ciała lorda zaznaczono na rys. 2 nr. 10 (patrz też kontur). Lord Littleby, ubrany w tużurek i sukienne spodnie, prawą stopę miał owiniętą grubą warstwą bandaża. Wstępny ogląd pozwala przypuszczać, że śmierć nastąpiła w wyniku niezwykle silnego ciosu zadanego ciężkim podłużnym przedmiotem w okolice ciemienia. Ofiara stała twarzą do napastnika. Dywan na kilka metrów wokoło zabryzgany krwią i mózgiem. Ślady krwi również na szklanej gablocie, w której, sądząc z napisu na tabliczce, znajdowała się statuetka hinduskiego boga Śiwy (treść napisu: „Bangalur, druga poł. XVII w., złoto”). Tło zrabowanej statuetki stanowiły malowane indyjskie chusty; jedna z nich również zniknęła.
_Wyjątki z raportu doktora Bernème_
_o rezultatach sekcji zwłok_
_dostarczonych z rue de Grenelle_
…O ile jednak przyczyna śmierci lorda Littleby (ciało nr 10) jest oczywista i za niezwykłą uznać można tu jedynie siłę ciosu, który rozłupał czaszkę ofiary na siedem części, o tyle przypadki nr. 1-9 okazały się bardziej skomplikowane i wymagały przeprowadzenia nie tylko sekcji, lecz także specjalistycznej analizy toksykologicznej. Zadanie ułatwił w pewnym stopniu fakt, iż J. Lesage (nr 7) żył jeszcze w trakcie pierwszego badania i wykazywał niektóre charakterystyczne objawy (zwężone źrenice, spowolniony oddech, zimna spocona skóra, czerwone wargi i sutki) mogące świadczyć o zatruciu morfiną. Niestety, podczas wstępnej obdukcji na miejscu zbrodni przyjęliśmy za oczywistą wersję o doustnym przyjęciu trucizny; stąd też skupiliśmy się na dokładnym przebadaniu okolic jamy ustnej i gardła ofiar. Ponieważ jednak nie stwierdziliśmy żadnych nieprawidłowości, ekspertyza utknęła na martwym punkcie. Dopiero w toku badań prowadzonych w kostnicy odkryliśmy u każdego z dziewięciu denatów ledwie dostrzegalny ślad iniekcji w zgięciu lewego łokcia. Chociaż wykracza to poza granicę moich kompetencji, pozwolę sobie dość kategorycznie stwierdzić, że wstrzyknięcia nieznanej substancji dokonała osoba mająca duże doświadczenie w tego rodzaju zabiegach. Do powyższego wniosku doprowadziły mnie następujące spostrzeżenia: 1) iniekcji dokonano nadzwyczaj profesjonalnie, u żadnej z ofiar nie stwierdzono krwawych wylewów podskórnych; 2) zazwyczaj delikwent popada w stan upojenia narkotycznego po upływie około trzech minut, a to znaczy, że właśnie w takim czasie dokonano wszystkich dziesięciu iniekcji. Albo zatem przestępców było kilku (co mało prawdopodobne), albo jeden, za to nadzwyczaj wprawny – nawet jeżeli założymy, że zawczasu przygotował napełnioną strzykawkę dla każdej z ofiar. Trudno doprawdy przypuszczać, że zdrowy na umyśle człowiek pozwoli zrobić sobie zastrzyk, gdy na jego oczach ktoś stracił przytomność w wyniku podobnego zabiegu. Mój asystent, maître Jolie, uważa, że ofiary mogły się znajdować w stanie hipnotycznego transu, jednak w mojej wieloletniej praktyce nie spotkałem się z takim przypadkiem. Zechce pan komisarz zwrócić również uwagę na fakt, że ofiary nr 7-9 leżały na podłodze w pozycjach niedwuznacznie wskazujących na to, że umierały ogarnięte paniką. Jak przypuszczam, właśnie te trzy ofiary otrzymały zastrzyki jako ostatnie (albo okazały się wyjątkowo odporne) i zanim straciły przytomność, zrozumiały, że dzieje się coś podejrzanego. Analiza laboratoryjna wykazała, że każda z ofiar przyjęła dawkę morfiny mniej więcej trzykrotnie wyższą od śmiertelnej. Wnioskując ze stanu ciała dziewczynki (nr 6), która prawdopodobnie zmarła pierwsza, iniekcji dokonano między 9 a 10 wieczorem w dniu 15 marca.
DZIESIĘĆ OFIAR ZŁOTEGO BOŻKA!
_Koszmarna zbrodnia w prestiżowej dzielnicy_
Dzisiaj, 16 marca, cały Paryż mówi tylko o jednym: o mrożącej krew w żyłach zbrodni, która zburzyła dostojny spokój arystokratycznej rue de Grenelle. Korespondent „Revue Parisien” odwiedził miejsce tragedii i gotów jest zaspokoić uzasadnioną ciekawość naszych czytelników
_Dzisiejszego ranka listonosz Jacques Le-Chien o siódmej z minutami jak zwykle zadzwonił do drzwi eleganckiej piętrowej willi, należącej do znanego brytyjskiego kolekcjonera, lorda Littleby. Odżwierny Carpentier, zawsze osobiście odbierający pocztę jego ekscelencji, tym razem jednak nie otworzył, a kiedy zdumiony pan Le-Chien zauważył, że drzwi są niedomknięte, wszedł do hallu. Minutę później 70-letni weteran usług pocztowych z dzikim wyciem wybiegł na ulicę. Niezwłocznie wezwana policja zastała w willi prawdziwe królestwo Plutona – siedmioro służących i dwoje dzieci (11-letni syn stróża i 6-letnia wnuczka gospodyni) spało snem wiecznym. Policjanci weszli na piętro i znaleźli tam pana domu, lorda Littleby Tonął w kałuży krwi, zamordowany w skarbcu mieszczącym przesławną kolekcję wschodnich starożytności. 55-letni Anglik był doskonale znany w stołecznych kręgach towarzyskich. Miał opinię ekscentryka i odludka, jednak archeolodzy i uczeni badacze Wschodu uznawali go za prawdziwego znawcę historii Indii. Dyrekcja Luwru niejednokrotnie podejmowała próby odkupienia od lorda poszczególnych eksponatów z jego kolekcji, ten jednak zdecydowanie odmawiał. Zmarły szczególnie cenił sobie złotą statuetkę Siwy, wycenianą przez ekspertów na co najmniej pół miliona franków. Będąc człowiekiem nieufnym i podejrzliwym, lord Littleby bardzo bał się złodziei; w skarbcu dzień i noc dyżurowali dwaj uzbrojeni strażnicy._
_Nie wiadomo, dlaczego strażnicy opuścili posterunek i zeszli na parter willi. Nie wiadomo, jakim fortelem udało się przestępcy, bez użycia siły, podporządkować swojej woli absolutnie wszystkich domowników (policja przypuszcza, że wykorzystał jakąś szybko działającą truciznę). Oczywiste jest natomiast, że nie spodziewał się zastać w domu gospodarza – szatański plan okazał się niedopracowany. Może to właśnie tłumaczy bestialskie okrucieństwo, z jakim zamordowano kolekcjonera. Sprawca zbiegł z miejsca przestępstwa w panice – w każdym razie zabrał jedynie statuetkę oraz jedną z malowanych indyjskich chust, wiszących w tejże co statuetka gablocie. Chustę wykorzystał prawdopodobnie do zawinięcia złotego Siwy, żeby blask posążka nie zwrócił uwagi jakiegoś zapóźnionego przechodnia. Reszta skarbów (a było ich w kolekcji niemało) pozostała nietknięta. Niżej podpisany korespondent „Revue Parisien” ustalił, że wczorajsza obecność lorda Littleby w willi była czystym a fatalnym przypadkiem._
_Lord zamierzał wieczorem wyjechać do wód, jednak złożony niespodziewanym atakiem podagry został w domu – na swoją zgubę._
_Bluźnierczy rozmach i cyniczność zbiorowego mordu na rue de Grenelle przechodzą ludzką wyobraźnię. Co za pogarda dla życia! Jakie potworne okrucieństwo! I po co? – żeby zdobyć złoty posążek, którego nawet nie sposób teraz sprzedać! A przetopiony Siwa zmieni się w zwykłą dwukilogramową sztabę złota. Dwieście gram żółtego kruszcu – oto cena, jaką wyznaczył przestępca za głowę każdej z nieszczęsnych ofiar_. O tempora, o mores! – _powtórzmy za Cyceronem._
_Mamy jednak podstawy przypuszczać, że ta niewyobrażalna zbrodnia nie pozostanie bezkarna. Jeden z najbardziej doświadczonych detektywów paryskiej prefektury komisarz Gustaw Gauche, któremu powierzono śledztwo, zdecydowanie oświadczył niżej podpisanemu, że policja dysponuje pewną istotną poszlaką. Komisarz jest całkowicie pewien, że karząca ręka sprawiedliwości rychło dosięgnie sprawcę. Na pytanie, czy mógł nim być któryś ze znanych profesjonalnych włamywaczy, maître Gauche sarkastycznie uśmiechnął się pod siwym wąsem i zagadkowo odpowiedział: „Nie, synku, ten trop prowadzi w wyższe sfery”. I Państwa pokornemu niżej podpisanemu słudze nie udało się już z niego wycisnąć ani jednego słowa._
_J. du Roi_
OBFITY POŁÓW!
_Złoty Śiwa odnaleziony! „Zbrodnia stulecia” na rue de Grenelle dziełem rąk szaleńca?_
_Wczoraj, 17 marca, między piątą a szóstą po południu 13-letni Pierre B. łowiący ryby przy Pont des Invalides tak nieszczęśliwie zaczepił haczykiem o dno, że musiał wejść do zimnej wody. („Co ja, głupi, żeby zostawiać oryginalny angielski haczyk?” – powiedział młodociany wędkarz naszemu reporterowi). Ofiarność Pierre'a zastała nagrodzona: haczyk zaczepił nie o jakąś banalną belkę, lecz o ciężki, na wpół zakopany w mule przedmiot. Po wyciągnięciu zwody przedmiot ów nieziemskim blaskiem oślepił zdumionego chłopca. Ojciec Pierre'a, sierżant rezerwy i weteran spod Sedanu, domyślił się, że to ni mniej, ni więcej, tylko osławiony złoty Śiwa, przez którego dwa dni temu zginęło dziesięć osób, i dostarczył znalezisko do prokuratury._
_Co się zatem stało? Przestępca, który nie zawahał się z zimną krwią i wyrachowaniem zabić tylu ludzi, z niewiadomych powodów porzucił łup zdobyty takim nakładem starań! Śledztwo zabrnęło w ślepą uliczkę. Opinia publiczna utrzymuje, że w mordercy poniewczasie obudziło się sumienie, że przeraził się swojego czynu i cisnął złotego bałwana do rzeki. Wielu sądzi nawet, że sam zbrodniarz utopił się gdzieś w pobliżu. Mniej romantyczna policja dopatruje się w niekonsekwentnych działaniach przestępcy znamion choroby umysłowej._
_Czy kiedykolwiek poznamy kulisy tej koszmarnej, niepojętej historii?_
_ALBUM PARYSKICH PIĘKNOŚCI_
_Seria 20 fotografii do nabycia za zaliczeniem pocztowym w cenie 3 F 99 c, z kosztami wysyłki włącznie. Wyjątkowa okazja! Pospieszcie się – nakład ograniczony. Paryż, rue Coypel, drukarnia „Patou i syn”._PORT SAID – ADEN
_Komisarz Gauche_
W Port Saidzie na pokład „Lewiatana” wszedł nowy pasażer; zajął kajutę numer osiemnaście, ostatnią wolną w pierwszej klasie, i komisarzowi Gauche'owi z miejsca poprawił się humor. Pasażer wyglądał nader obiecująco: opanowane, niespieszne ruchy, nieprzenikniony wyraz pięknej twarzy, na pierwszy rzut oka całkiem młodej; kiedy jednak zdjął melonik, nieoczekiwanie ukazały się posiwiałe skronie. Interesujący typ, osądził komisarz. Od razu widać, że z charakterem i, by tak rzec, z przeszłością. Krótko mówiąc, w sam raz dla ojczulka Gauche'a.
Pasażer szedł po trapie, wymachując podróżnym pledem, a spoceni tragarze taszczyli imponujący bagaż: drogie skrzypiące walizy, eleganckie sakwojaże ze świńskiej skóry, wielkie paczki książek i nawet składany welocyped (jedno koło duże, dwa małe i pęk błyszczących metalowych trąbek). Procesję zamykało dwu nieszczęśników wlokących budzącą respekt sztangę gimnastyczną.
Serce Gauche'a, starego posokowca (komisarz lubił przedstawiać się w ten sposób), żywiej zabiło w przeczuciu emocjonującego polowania: nowy nie miał przy sobie złotego znaczka – ani na jedwabnej klapie szykownego letniego płaszcza, ani na marynarce, ani na łańcuszku zegarka. Ciepło, coraz cieplej – myślał Gauche, uważnie śledząc eleganta spod krzaczastych brwi i pykając ukochaną glinianą fajeczkę. Ano właśnie – dlaczego niby był taki pewien, że łajdak wsiądzie na statek akurat w Southampton? Morderstwa dokonano 15 marca, a dzisiaj jest już 1 kwietnia. Czasu na dotarcie do Port Saidu było dosyć, kiedy „Lewiatan” opływał zachodni brzeg Europy. No i proszę: klient jak malowanie, plus bilet pierwszej klasy, plus – co najważniejsze – bez złotego wieloryba.
Przeklęty znaczek z inicjałami nazwy kompanii morskiej „Jasper-Artaud Partnership” od jakiegoś czasu śnił się Gauche'owi po nocach, przy czym w wyjątkowo obrzydliwej scenografii. Na przykład wczoraj.
Komisarz pływał z madame Gauche łódką w Lasku Bulońskim. Świeciło słoneczko, śpiewały ptaszki. Nagle zza wierzchołków drzew wychynęła wielka złocista morda z tępymi ogromnymi oczami, otworzyła pysk, w którym zmieściłby się Łuk Triumfalny, i zaczęła wsysać staw. Zlany potem Gauche rzucił się do wioseł. Tymczasem okazało się, że są nie w żadnym parku, ale pośrodku bezbrzeżnego oceanu. Wiosła gięły się jak słomki, madame Gauche boleśnie kłuła parasolką w plecy, a wielka świetlista chmura przesłoniła cały horyzont. Kiedy wypluła fontannę na pół nieba, komisarz obudził się i roztrzęsioną ręką obmacał stolik nocny: gdzie fajka i zapałki?
Złotego wieloryba po raz pierwszy zobaczył na rue de Grenelle, kiedy badał doczesne szczątki lorda Littleby. Anglik leżał z ustami otwartymi w niemym krzyku; sztuczna szczęka na wpół wysunięta, nad czołem krwawy suflet. Gauche przykucnął: między palcami denata błyszczała złota iskierka; przyjrzał się jej bliżej i ryknął z radości. Tym razem miał fart – taki fart, jaki zdarza się tylko w powieściach detektywistycznych. Nieboszczyk – niech mu ziemia lekką będzie – podał komisarzowi dowód rzeczowy, i to wcale nie na srebrnej tacy, lecz po prostu na dłoni. Bierz, Gustawie, śmiało. I spróbuj teraz stracić z oczu typa, który roztrzaskał mi łeb, a spalisz się ze wstydu, stary durniu.
Złoty znaczek (początkowo Gauche nie wiedział jeszcze, co to za znaczek, myślał, że breloczek albo szpilka do krawata z monogramem właściciela) mógł należeć tylko do mordercy Na wszelki wypadek komisarz pokazał, oczywiście, wieloryba młodszemu lokajowi (w czepku urodzony chłopak: 15 marca miał akurat wychodne, co uratowało mu życie), lecz ten nigdy wcześniej nie widział świecidełka. I chwała Bogu.
Potem poszły w ruch koła zamachowe i zębate policyjnej machiny – minister i prefekt rzucili do akcji „Zbrodnia Stulecia” swoich najlepszych ludzi. Już pod wieczór następnego dnia Gauche wiedział, że trzy litery na złotym wielorybie to nie monogram jakiegoś tonącego w długach utracjusza, tylko inicjały świeżo zawiązanego francusko-brytyjskiego konsorcjum okrętowego. Wieloryb natomiast okazał się emblematem statku „Lewiatan”, zwodowanego niedawno w dokach Bristolu i szykującego się do wypłynięcia w swój pierwszy rejs do Indii.
O wielkim statku gazety trąbiły nie pierwszy już miesiąc. Teraz okazało się, że w przededniu pierwszego rejsu „Lewiatana” Mennica Londyńska wybiła złote i srebrne znaczki pamiątkowe: złote dla pasażerów pierwszej klasy i starszych oficerów, srebrne dla pasażerów drugiej klasy i oficerów technicznych. Trzeciej klasy na luksusowym statku, łączącym najnowsze osiągnięcia myśli technicznej z niebywałym komfortem, nie przewidziano w ogóle. Kompania gwarantowała podróżnym kompleksową obsługę, nie było więc konieczności zabierania w rejs służby. „Gotowi na każde skinienie lokaje i taktowne pokojówki naszej kompanii zadbają, żebyście czuli się Państwo na pokładzie „Lewiatana” jak w domu!” – głosiła reklama drukowana w gazetach całej Europy. Szczęśliwcom, którzy zarezerwowali kajutę na pierwszy rejs Southampton-Kalkuta, wręczano wraz z biletem złotego lub srebrnego wieloryba, w zależności od klasy. A rezerwacji można było dokonać w każdym dużym europejskim porcie, od Londynu po Konstantynopol.
Cóż, znaczek „Lewiatana” to wprawdzie mniej niż inicjały właściciela tegoż znaczka, ale w sumie sprawa nie komplikuje się znów tak bardzo, pomyślał komisarz. Wybito ściśle określoną liczbę złotych znaczków. Wystarczy poczekać do 19 marca – właśnie tego dnia statek uroczyście odbijał od brzegu – przyjechać do Southampton, wejść na pokład i popatrzeć, kto z pasażerów pierwszej klasy nie ma złotego wieloryba. Albo (co bardziej prawdopodobne) kto z ludzi, którzy za takie pieniądze kupili bilet, zrezygnuje z rejsu. I stanie się klientem ojczulka Gauche'a. Proste jak drut.
Gauche serdecznie nie znosił podróży, ale tym razem nie wytrzymał. Wykrycie sprawcy „zbrodni stulecia” wymagało jego osobistego udziału. Może w końcu dosłuży się awansu. Do emerytury już tylko trzy lata. A emerytura emeryturze nierówna. Półtora tysiąca franków dodatku funkcyjnego nie leży na ulicy.
W każdym razie sam się wkopał. Wycieczka do Southampton, w najgorszym razie rejs do Hawru, do pierwszego postoju, a tam już żandarmi na nabrzeżu, reporterzy… Tytuł w „Revue Parisien”: „Śledztwo w sprawie «zbrodni stulecia» zakończone. Sukces naszej policji”. Albo jeszcze lepiej: „Stary posokowiec Gauche nie zawiódł”.
Akurat! Pierwsza nieprzyjemna niespodzianka czekała komisarza już w biurze kompanii w Southampton. Okazało się, że na cholernym okręcie jest równo sto kajut pierwszej klasy plus dziesięciu starszych oficerów. Wszystkie bilety zostały sprzedane. Sto trzydzieści dwie sztuki. I do każdego dołączono złoty znaczek. Czyli stu czterdziestu dwóch podejrzanych, nieźle, co? Ale przecież wieloryba nie będzie miał tylko jeden z nich – pocieszał się Gauche.
Rankiem 19 marca sieczony wilgotnym wiatrem, zakutany w ciepły szal komisarz stał przy trapie obok kapitana, mister Josiaha Cliffa, i pierwszego oficera, pana Charles'a Régnier. Witali pasażerów. Orkiestra dęta grała marsze na przemian angielskie i francuskie, na brzegu szumiał rozemocjonowany tłum, a Gauche coraz wścieklej pykał i gryzł Bogu ducha winną fajkę. Niestety, z powodu paskudnej pogody wszyscy pasażerowie byli w płaszczach, paltotach, trenczach i pelerynach. Bądź tu mądry i zgadnij, kto z nich ma znaczek, a kto nie. To była niespodzianka numer dwa.
Wszyscy, którzy powinni byli wejść na pokład w Southampton, weszli, co oznaczało, że mimo utraty znaczka morderca zdecydował się jednak na rejs. Widać uważa policjantów za skończonych idiotów. Albo ma nadzieję zgubić się w takim tłumie. Albo nie ma innego wyjścia.
Jedno było jasne: przyjdzie płynąć do Hawru. Gauche'a umieszczono w kajucie rezerwowej, przeznaczonej dla specjalnych gości kompanii.
Kiedy tylko okręt odbił od brzegu, w salonie pierwszej klasy rozpoczął się bankiet, w którym komisarz pokładał szczególne nadzieje, jako że w zaproszeniach napisano: „Wejście za okazaniem złotego znaczka lub biletu pierwszej klasy”. Komu chciałoby się nosić w dłoni bilet? Znacznie prościej przyczepić ślicznego złotego lewiatanka.
Na bankiecie Gauche pofolgował sobie – prześwietlił wzrokiem każdego gościa. Co poniektórym damom musiał nawet zapuścić żurawia w dekolt. Dynda coś w rowku na złotym łańcuszku – może wieloryb, a może byle wisiorek. I jak tu nie sprawdzić?
Wszyscy pili szampana, jedli przekąski ze srebrnych tac i tańczyli, a Gauche pracował: wykreślał ze spisu tych, którzy mieli znaczek. Największe zawracanie głowy było z mężczyznami. Niektórzy, padalce, przyczepili wieloryba do łańcuszka od zegarka i wsunęli do kieszonki w kamizelce. Komisarzowi przyszło jedenaście razy pytać, którą to mamy godzinę.
Niespodzianka numer trzy: wszyscy oficerowie mieli swoje wieloryby, za to wśród pasażerów znalazły się aż cztery nieoznaczone sztuki, przy czym dwie płci pięknej! Cios, który rozłupał czerep lorda Littleby jak skorupę orzecha, zadać mógł jedynie mężczyzna, i to nie byle jaki mężczyzna, tylko prawdziwy siłacz. Z drugiej strony komisarz jako doświadczony kryminolog doskonale wiedział, że w stanie afektu bądź histerii nawet najdelikatniejsza damulka może dokonać cudów. Zresztą, co tu daleko szukać. W ubiegłym roku modystka z Neilly, istna gołębica, wyrzuciła przez okno, z trzeciego piętra, niewiernego kochanka – dobrze odżywionego rentiera. Dwa razy od niej cięższego i półtora raza wyższego. Zatem kobiet bez znaczka nie należało wykluczać z kręgu podejrzanych. Chociaż kto to widział, żeby kobieta, w dodatku dobrze urodzona, z taką wprawą robiła zastrzyki…
W każdym razie śledztwo na pokładzie „Lewiatana” mogło trochę potrwać, więc komisarz przedsięwziął odpowiednie kroki. Kapitan Josiah Cliff jako jedyny spośród oficerów został wtajemniczony w przedmiot śledztwa i otrzymał od dyrekcji kompanii polecenie okazania francuskiemu stróżowi prawa wszelkiej niezbędnej pomocy. Gauche skorzystał z tego przywileju nader bezceremonialnie: zażądał, żeby wszystkie interesujące go osoby zostały przydzielone do tego samego salonu.
Tutaj należy wyjaśnić, że dla większego komfortu (reklama okrętu głosiła: „Odnajdziecie u nas atmosferę starego angielskiego dworu”) pasażerowie pierwszej klasy stołowali się nie w wielkiej wspólnej sali razem z szeregowymi posiadaczami demokratycznych srebrnych wielorybów, lecz w kilku wygodnych „salonach”, z których każdy miał swoją nazwę i wyglądał jak luksusowa jadalnia: kryształowe żyrandole, czarny dąb, mahoń, obite aksamitem krzesła, kosztowne srebra stołowe, upudrowani kelnerzy i usłużni stewardzi. Komisarz Gauche upatrzył sobie salon „Windsor” na górnym pokładzie, na samym dziobie statku: trzy ściany ze szkła, doskonała widoczność, nawet w pochmurny dzień można było obejść się bez lamp. Aksamit był tu złocistobrązowy, a na lnianych serwetach widniał herb Windsoru.
Wokół owalnego stołu z przykręconymi do podłogi nogami (na wypadek silnego kołysania) stało dziesięć krzeseł z wysokimi oparciami rzeźbionymi we wszelakie gotyckie fidrygałki. Komisarz ucieszył się, że wszyscy zasiądą przy jednym stole i polecił stewardowi rozstawić tabliczki z nazwiskami nie jak popadło, tylko strategicznie: cztery osoby bez znaczków posadził dokładnie naprzeciw siebie, żeby oka z nich, robaczków, nie spuszczać. Nie powiódł się natomiast plan ulokowania na honorowym miejscu kapitana. Mister Josiah Cliff nie miał ochoty – jak się wyraził – „brać udziału w całym tym cyrku” i zakotwiczył w salonie „York”, gdzie stołował się nowy wicekról Indii z małżonką oraz dwaj generałowie armii indyjskiej. „York” mieścił się w prestiżowej części rufowej, możliwie najdalej od zadżumionego „Windsoru”, który z kolei objął w posiadanie pierwszy oficer Charles Régnier. Ten zaś z miejsca nie przypadł komisarzowi do gustu: opalona, zahartowana wiatrem twarz, a gada słodziutko, czarne włosy błyszczą od brylantyny, wąsiki poczernione i zmyślnie podkręcone. Pajac, nie marynarz.
Przez dwanaście dni, które minęły od wyjścia z portu, komisarz zdążył dokładnie przyjrzeć się bywalcom salonu, liznął savoir-vivre'u (nie palić podczas posiłków i nie zbierać sosu skórką od chleba), poznał z grubsza geografię pływającego miasta, przywykł do kołysania – ale do celu nie zbliżył się ani o krok.
Sytuacja przedstawiała się, jak następuje.
Początkowo najwięcej podejrzeń budził sir Reginald Milford-Stokes. Chudy, rudy, z rozczochranymi bokobrodami. Na oko dwadzieścia osiem, może trzydzieści lat. Zachowuje się dziwnie: to wyłupia zielone oczy gdzieś w dal i nie odpowiada na pytania, to znów ożywia się nagle i bredzi ni z gruszki, ni z pietruszki o wyspie Tahiti, o rafach koralowych, o lazurowych lagunach i chatach krytych liśćmi palmowymi. Ewidentny psychopata. Po co niby baronet, spadkobierca zamożnego rodu, płynie na koniec świata, do jakiejś Oceanii? Czego tam niby nie widział? Pytanie o znaczek – zadane zresztą dwukrotnie – przeklęty arystokrata zignorował. Patrzył na komisarza, jakby go nie widział, a jeśli już zatrzymał na nim wzrok, to jak na byle musze. Cholerny snob. Jeszcze w Hawrze (cztery godziny postoju) Gauche pobiegł na pocztę i zatelegrafował do Scotland Yardu: kto zacz ten Milford-Stokes, czy czasem nie notowany, czy nie uprawiał hobbystycznie medycyny. Odpowiedź nadeszła przed samym podniesieniem trapu. Nic ciekawego, chociaż przynajmniej wiadomo, skąd dziwne zachowanie. Ale złotego wieloryba mimo wszystko nie ma; za wcześnie, żeby wykluczać rudzielca z kręgu podejrzanych.
Drugi – monsieur Hintaro Aono, „japoński szlachcic” (tak zapisano w księdze pasażerów). Azjata jak Azjata: niewysoki, szczupły, wiek nie do określenia, rzadkie wąsiki, bystre skośne oczka. Przy stole przeważnie milczy. Zapytany o profesję, zmieszał się i wymamrotał: „Oficer armii cesarskiej”. Zapytany o znaczek, zmieszał się jeszcze bardziej, obrzucił komisarza wzrokiem pełnym nienawiści, przeprosił i wybiegł z salonu. Nawet zupy nie dojadł. Podejrzane? Pytanie! Reszta, jak na dzikusa, w normie. W salonie nie rozstaje się z jaskrawym papierowym wachlarzem, niczym pederasta z wesołych przybytków za rue Rivoli. Po pokładzie spaceruje w drewnianych klapkach, bawełnianym szlafroku i, co gorsza, bez spodni. Gustaw Gauche dałby się naturalnie posiekać za wolność, równość i braterstwo, ale takiej małpy nie należało mimo wszystko wpuszczać do pierwszej klasy
Teraz kobiety.
Madame Renata Clébère. Młodziutka. Nieco ponad dwadzieścia lat. Żona szwajcarskiego urzędnika bankowego. Płynie do Kalkuty, do męża. Uroda przeciętna – ostry nosek, ruchliwa, gadatliwa. Z miejsca poinformowała wszystkich, że jest w ciąży. Temu stanowi podporządkowane są wszystkie jej myśli i uczucia. Sympatyczna, bezpośrednia i zupełnie nieznośna. Przez dwanaście dni zdążyła zadręczyć komisarza na śmierć niemilknącym szczebiotem o swoim drogocennym zdrowiu, wyszywaniu czepków i tym podobnych bzdurach. Istny brzuch na nóżkach, chociaż w ciąży od niedawna i brzuch jako taki ledwie widać. Oczywiście Gauche w odpowiedniej chwili zapytał, gdzie znaczek. Szwajcarka zamrugała jasnymi oczkami i poskarżyła się, że wiecznie wszystko gubi. Ostatecznie – możliwe. Do Renaty Clébère komisarz odnosił się z mieszaniną irytacji i opiekuńczości, nie brał jej za poważną delikwentkę.
Natomiast drugiej damie, miss Clarissie Stamp, doświadczony detektyw poświęcił więcej uwagi. Coś mu w niej nie pasowało. Niby typowa Angielka, nic szczególnego: buroblond włosy, nie pierwszej młodości, zachowanie skromne, stateczne, ale w wodnistych oczach czasem ni z tego, ni z owego błyska diabelska iskierka. Aha, widzieliśmy już niejedną taką cichą wodę, co to brzegi rwie. Niby drobiazgi, ale jakże interesujące! Właściwie głupstwa, nikt by na nie uwagi nie zwrócił, ale stary posokowiec Gauche ma bystre oko. Suknie i kostiumy nosi miss Stamp drogie, nowiutkie, szyte według ostatniej paryskiej mody; torebka z żółwia (taka sama stoi na wystawie na Polach Elizejskich – trzysta pięćdziesiąt franków), a w niej stary tani notesik ze zwykłego sklepiku z artykułami papierniczymi. Kiedyś na pokładzie zawinęła się w kołnierz (był wietrzny dzień) -madame Gauche ma identyczny, z psiej sierści. Ciepły, ale angielskiej lady jakoś nie przystoi. I co ciekawe: wszystkie nowe rzeczy Clarissa Stamp ma drogie, a stare byle jakie i wyjątkowo marnej jakości. Ciekawostka. Jakoś tuż przed _five o'clock_ Gauche zapytał: „A czemuż to pani ani razu nie wystąpiła ze złotym wielorybem? Nie podoba się pani? Jak na mój gust śliczna błyskotka”. I co? Zarumieniła się jeszcze mocniej niż „japoński szlachcic” i mówi: „Nosiłam już, nosiłam, tylko pan nie zauważył”. Łże. On by nie zauważył! Komisarz miał już pewien chytry plan, musiał tylko zaczekać na odpowiedni moment. Ciekawe, co wtedy powie ta cała Clarissa.
Skoro już miejsc przy stole było dziesięć, a podejrzanych bez znaczków tylko czworo, Gauche postanowił uzupełnić obraz sytuacji o pozostałe persony, wprawdzie ze znaczkami, ale też niczego sobie. Żeby rozszerzyć zakres śledztwa – skoro i tak ma towarzystwo na oku.
Na początek zażądał od kapitana, żeby do „Windsoru” przypisano lekarza okrętowego, monsieur Truffo. Josiah Cliff trochę warczał, ale ostatecznie ustąpił. Komisarz nie bez powodu chciał bliżej poznać tego osobnika: jedyny medyk na „Lewiatanie”, mistrz igły i strzykawki, któremu z racji pełnionej funkcji przysługuje złoty znaczek. Doktor okazał się niskim, grubym Włochem o oliwkowej skórze i szerokim czole, nad którym wegetowały rzadkie włosy. Nawet przy dużej dozie dobrej woli trudno było wyobrazić sobie tego komicznego subiekta w roli bezlitosnego mordercy. Miejsce obok lekarza przypadło jego żonie. Pobrali się zaledwie przed dwoma tygodniami i doktor postanowił połączyć przyjemne z pożytecznym, czyli służbę z miesiącem miodowym. Krzesło zajęte przez madame Truffo należało z góry spisać na straty. Przaśna, ponura Angielka, wybranka okrętowego eskulapa, wyglądała na dwa razy starszą, niż faktycznie była (a miała lat dwadzieścia pięć), i wpędzała Gauche'a w ataki śmiertelnej nudy, podobnie jak większość jej rodaczek. Natychmiast ochrzcił ją owcą z powodu białych rzęs i beczącego głosu. Zresztą rzadko otwierała usta, jako że nie znała francuskiego, a rozmowy w salonie toczyły się, Bogu dzięki, właśnie w tym szlachetnym języku. Madame Truffo nie miała znaczka, co jednak wydawało się w pełni zrozumiałe – nie była ani oficerem, ani pasażerem.
W spisie pasażerów figurował natomiast niejaki Anthony F. Sweetchild, archeolog indolog, i komisarz doszedł do wniosku, że warto poświęcić mu nieco uwagi. W końcu nieboszczyk Littleby też był kimś w tym rodzaju. Mister Sweetchild, tyczkowaty dryblas w okrągłych okularach, z kozią bródką, już podczas pierwszej kolacji sam zaczął mówić o Indiach. Po posiłku Gauche zaciągnął profesora na stronę i delikatnie skierował rozmowę na kolekcję lorda Littleby. Indolog prychnął pogardliwie i nazwał nieboszczyka dyletantem, a jego kolekcję gabinetem osobliwości, zbieranych bez żadnego naukowego podejścia. Jedynym prawdziwym skarbem był w niej złoty Śiwa. Dobrze, że przypadkiem się odnalazł, bo francuska policja, jak powszechnie wiadomo, umie tylko brać łapówki. Słysząc tak podłą uwagę, Gauche rozkaszlał się z wściekłości, a Sweetchild poradził mu mniej palić. Następnie uczony dorzucił łaskawie, że Littleby dorobił się niezgorszej kolekcji malowanych tkanin i chust, pośród których zdarzają się nader interesujące egzemplarze, chociaż to już raczej dziedzina tubylczych rzemiosł i sztuki użytkowej. Ciekawa była też skrzynia z drewna sandałowego, XVI wiek, Lahaur, płaskorzeźby przedstawiające motywy z _Mahabharaty_. A potem zaczął bredzić tak, że komisarzowi wkrótce głowa opadła na stół.
Ostatniego współbiesiadnika Gauche złowił, jak to mówią, na oko. Dosłownie. Rzecz w tym, że niedługo przed rejsem komisarzowi wpadło w ręce nader ciekawe dziełko, przetłumaczone z włoskiego. Niejaki Cesare Lombroso, profesor medycyny sądowej z włoskiego miasta Turyn, opracował teorię kryminalistyczną, według której urodzeni zbrodniarze nie ponoszą odpowiedzialności za swoje antyspołeczne zachowania. Według teorii ewolucji doktora Darwina ludzkość przechodzi określone etapy rozwoju i stopniowo zbliża się do doskonałości. Natomiast zbrodniarz stanowi błąd ewolucji, przypadkowy powrót na niższy stopień rozwoju. Stąd tak łatwo rozpoznać potencjalnego mordercę czy złodzieja: przypomina małpę, od której wszyscy pochodzimy. Komisarz długo myślał nad tą sprawą. Z jednej strony w barwnej czeredzie morderców i złodziei, z którymi miał do czynienia podczas trzydziestu pięciu lat służby w policji, wielu nie wykazywało szczególnych podobieństw do goryla, zdarzały się nawet wzruszające do łez aniołeczki; z drugiej jednak małpoludów też nie brakowało. Zresztą stary Gauche, zawzięty antyklerykał, w Adama i Ewę nie wierzył. Teoria Darwina wyglądała solidniej. A tu pośród pasażerów pierwszej klasy wpadł mu w oko wyjątkowy ananas – prosto z ryciny „Charakterystyczny typ mordercy”: niskie czoło, wystające łuki brwiowe, małe oczka, płaski nos, cofnięty podbródek. Komisarz poprosił o ulokowanie pana Étienne'a Bâlois, handlarza herbatą, w „Windsorze”. Handlarz okazał się przemiłym człowiekiem – żartownisiem, ojcem jedenaściorga dzieci i zagorzałym filantropem.
Ogólnie wyglądało na to, że w Port Saidzie, następnym porcie po Hawrze, rejs ojczulka Gauche'a się nie skończy. Śledztwo trwało. W dodatku wieloletnie doświadczenie mówiło komisarzowi, że traci czas na głupstwa, że pośród stołowników „Windsoru” nie ma prawdziwego sprawcy morderstwa. Perspektywy wyglądały paskudnie: pozostawało przepłynąć całą trasę Port Said-Aden-Bombaj-Kalkuta i w Kalkucie powiesić się na pierwszej lepszej suchej palmie. Nie wróci przecież jak zbity pies do Paryża! Koledzy wyśmieją, przełożeni zaczną wypominać wycieczkę pierwszą klasą na koszt państwa. Dobrze jeszcze, jeśli nie odeślą na wcześniejszą emeryturę.
W Port Saidzie Gauche zacisnął zęby i w przeczuciu długiej podróży zrujnował się na dodatkowe koszule, zrobił zapasy egipskiego tytoniu i z braku lepszego zajęcia przejechał się za dwa franki dorożką wzdłuż sławnego nabrzeża. Nic szczególnego. Potężna latarnia, dwa długaśne mola. Miasteczko sprawiało dziwne wrażenie – ani to Azja, ani Europa. Rzucisz okiem na rezydencję generała-gubernatora Kanału Sueskiego – niby Europa. Na głównych ulicach same europejskie twarze, damy spacerują pod białymi parasolkami, drepcą forsiaste brzuchate typy w panamach lub słomianych kanotierach. A skręcisz do tubylczych kwartałów – smród, muchy, gnijące odpadki, umorusani arabscy żebracy proszą o drobne. I po co niby wszyscy ci bogaci próżniacy podróżują po świecie? Wszędzie to samo: jedni obrastają sadłem, inni puchną z głodu.
Znużony pesymistycznymi obserwacjami i upałem, komisarz wrócił na statek w ponurym nastroju. A tu miła niespodzianka – nowy delikwent. I to bardzo obiecujący
Gauche pofatygował się do kapitana, zebrał dane. Erast P. Fandorin, obywatel rosyjski. Wieku obywatel z jakichś powodów nie podał. Profesja – dyplomata. Przybył z Konstantynopola, zmierza do Kalkuty, stamtąd zaś do Japonii, na placówkę. Z Konstantynopola? Aha, widać uczestniczył w rokowaniach pokojowych, które zakończyły niedawną wojnę rosy jsko-ture-cką. Gauche pieczołowicie spisał wszystkie dane na kartce i umieścił ją w sławetnej teczce z angielskiego płótna, zawierającej materiały sprawy. Z teczką nigdy się nie rozstawał – przerzucał kartki, studiował protokoły i wycinki z gazet, a w chwilach zadumy rysował na marginesach rybki i domki. To serce dochodziło do głosu. Niedługo komisarz dostanie awans, przyzwoitą emeryturę, kupią z madame Gauche śliczny domek gdzieś w Normandii. Będzie sobie stary paryski _flic_ łowił ryby i pędził własny cydr. A co, źle? Żeby tak na dodatek jakiś kapitalik – choćby ze dwadzieścia tysięcy.
Przyszło jeszcze dwa razy wybrać się do portu – dobrze, że okręt czekał w kolejce na wejście do kanału – i nadać telegram do prefektury: czy w Paryżu nie słyszano czasem o rosyjskim dyplomacie E.P. Fandorinie, czy nie przekraczał w ostatnim czasie granic Republiki Francji?
Odpowiedź nadeszła szybko, po dwóch i pół godzinie. Okazało się, że przekraczał, słoneczko, i to nawet dwukrotnie. Po raz pierwszy latem 1876 roku (czyli już dawno), po raz drugi w grudniu 1877, czyli przed trzema miesiącami. Przyjechał z Londynu, odnotowały go służby paszportowo-celne w Calais. Ile czasu spędził we Francji, nie wiadomo. Całkiem możliwe, że 15 marca wciąż jeszcze kręcił się po Paryżu. Mógł zajrzeć na rue de Grenelle ze strzykawką w dłoni – niby dlaczego nie?
W każdym razie ktoś musiał ustąpić mu miejsca przy stole. Najlepiej, oczywiście, byłoby pozbyć się doktorowej, ale trudno rozrywać święte więzy małżeńskie. Gauche pomyślał chwilę i postanowił spławić do innego salonu handlarza herbatą, który nie spełnił pokładanych w nim teoretycznych nadziei. Niech go steward przesadzi. Mam dla pana dobre miejsce w salonie z lepszym towarzystwem czy tam smakowitszymi pannami. Od tego jest stewardem, żeby wiedzieć, jak się załatwia takie rzeczy
Zmiana personalna w „Windsorze” wywołała małą sensację – podczas podróży wszyscy zdążyli już zanudzić się nawzajem, a tu świeży towar, w dodatku z wyższej półki. O nieszczęsnym panu Bâlois, reprezentancie przejściowego etapu ewolucji, nikt nawet słowa nie pisnął. Komisarz zauważył, że najbardziej ożywiła się miss Clarissa Stamp, stara panna: bredziła coś o artystach, o teatrze, o literaturze. Gauche sam lubił w wolnych chwilach posiedzieć w fotelu z dobrą książką, a najwyżej cenił Wiktora Hugo – życiowe to, wzniosłe, potrafi łzę z oka wycisnąć. No i zdrzemnąć się można. Ale oczywiście rosyjskich pisarzy nie znał nawet z szeleszczących imion, więc nie był w stanie uczestniczyć w rozmowie. Zresztą angielska szprotka niepotrzebnie stawała na uszach, monsieur Fandorin nie mieścił się w jej przedziale wiekowym.
Renata Clébère też nie siedziała z założonymi rękami – podjęła próbę włączenia nowego nabytku do orszaku swoich adoratorów, których bezlitośnie ganiała to po szal, to po parasolkę, to znów po szklankę wody. Pięć minut po rozpoczęciu kolacji madame Clébère wtajemniczyła już Rosjanina we wszystkie szczegóły swego delikatnego stanu, poskarżyła się na migrenę i poprosiła o sprowadzenie doktora Truffo, który jakoś się spóźniał. Jednak dyplomata najwyraźniej w lot się zorientował, z kim ma do czynienia, i uprzejmie odpowiedział, że nie wie nawet, jak doktor wygląda. Polecenie rzucił się wypełnić usłużny oficer Régnier, najbardziej oddana z nianiek brzemiennej bankierowej.
Na pierwszy rzut oka Erast Fandorin sprawiał wrażenie człowieka małomównego, opanowanego i uprzejmego. Jak na gust Gauche'a coś za gładki. Nakrochmalony kołnierzyk sterczy, jakby był z alabastru, w jedwabnym krawacie szpilka z perłą, w butonierce (fuj!) czerwony goździk. Przedziałek równiutki co do włosa, wypielęgnowane paznokcie, cienkie czarne wąsy jak węglem narysowane.
Z wąsów wiele można wywnioskować o mężczyźnie. Jeżeli są takie, jakie nosi Gauche – jak u morsa, zwisające nad kącikami ust – to mamy do czynienia z solidnym człowiekiem, znającym swoją cenę, nie jakimś tam żółtodziobem, którego można wziąć na byle plewy. Jeżeli podkręcone do góry i w dodatku z ostrymi końcami – oto babiarz i _bon vivant_. Zrośnięte z bokobrodami – karierowicz, marzący, żeby zostać generałem, senatorem albo bankierem. Takie zaś jak u monsieur Fandorina świadczą o romantycznym stosunku do własnej osoby.
Co jeszcze można powiedzieć o Rosjaninie? Całkiem przyzwoicie mówi po francusku. Cecha szczególna – lekko się jąka. Znaczka jak nie miał, tak nie ma. Najbardziej zainteresował się Japończykiem, zadawał mu różne nudne pytania na temat Japonii, ale samuraj odpowiadał nieufnie, jakby obawiał się jakiegoś podstępu. Rzecz w tym, że nowy nie wyjaśnił towarzystwu, dokąd i po co jedzie – przedstawił się tylko i powiedział, że jest Rosjaninem. Komisarz natomiast rozumiał jego ciekawość, w końcu wybiera się człowiek do Japonii. Gauche wyobraził sobie kraj, gdzie wszyscy co do jednego wyglądają tak jak monsieur Aono, mieszkają w domkach dla lalek z wygiętymi dachami i patroszą się z byle powodu. Taaak, Rosjaninowi nie ma czego zazdrościć.
Po kolacji, kiedy Fandorin usiadł w kącie, żeby wypalić cygaro, komisarz zajął sąsiedni fotel i nabił fajkę. Wcześniej Gauche przedstawił się nowemu znajomemu jako paryski rentier, który w ramach poznawania świata płynie na Wschód (taką wymyślił sobie historyjkę). Teraz zaś skierował rozmowę na właściwy temat, ale ostrożnie, opłotkami. Obrócił w palcach przypiętego do klapy złotego wieloryba (tak, tego z rue de Grenelle) i mimochodem zagaił:
– Ładna błyskotka. Jak się panu podoba?
Rosjanin zerknął na znaczek i nic nie odpowiedział.
– Czyste złoto. Elegancka rzecz! – pochwalił Gauche.
Znowu długie milczenie, lecz całkiem zrozumiałe. Czeka, co będzie dalej. Niebieskie oczy patrzą uważnie. Cerę ma dyplomata ładną jak brzoskwinia. Plus lekki dziewiczy rumieniec. Ale na maminsynka nie wygląda, o nie!
Komisarz postanowił zmienić taktykę.
– Dużo pan podróżuje?
Nieokreślone wzruszenie ramionami.
– Pan, zdaje się, w misji dyplomatycznej?
Fandorin uprzejmie skłonił głowę, wyjął z kieszeni długie cygaro i odciął koniuszek srebrnym scyzorykiem.
– We Francji też pan pewnie bywał?
Ponownie twierdzące skinienie głową. Rozmówca z niego raczej średni – pomyślał Gauche, ale rejterować nie zamierzał.
– Najbardziej lubię Paryż wczesną wiosną, w marcu – rozmarzył się na głos. – Najpiękniejsza pora roku!
Czujnie rzucił okiem na Rosjanina i zamarł w oczekiwaniu – co ten odpowie?
Fandorin dwukrotnie skinął głową. Trudno powiedzieć: albo po prostu przyjął do wiadomości, albo się zgadza. Coraz bardziej zirytowany Gauche groźnie nastroszył brwi.
– Więc co, znaczek się panu nie podoba?
Fajka zabulgotała i zgasła.
Rosjanin krótko westchnął, włożył dłoń do kieszeni kamizelki, dwoma palcami wyciągnął złotego wieloryba i w końcu raczył otworzyć usta.
– Widzę, monsieur, że interesuje pana mój z-znaczek? Proszę uprzejmie, oto on. Nie noszę go, ponieważ nie życzę sobie robić za kundla z blaszką, choćby i z-złotą – to raz. Na rentiera jakoś mi pan, panie Gauche, nie wygląda; za dużo rzeczy pana interesuje. Dlaczego zresztą paryski rentier miałby się nie rozstawać z urzędniczą teczką – to dwa. Skoro wie pan, czym się zajmuję, najwyraźniej ma pan d-dostęp do dokumentacji rejsu. Przypuszczam, że jest pan detektywem – to trzy. A teraz cztery: jeżeli potrzebuje pan ode mnie jakichś informacji, proszę nie owijać w bawełnę, tylko pytać wprost.
I spróbuj z takim rozmawiać.
Przyszło odkręcać całą sprawę. Gauche w zaufaniu szepnął nazbyt bystremu dyplomacie, że jest detektywem okrętowym, któremu powierzono bezpieczeństwo pasażerów, i że misję tę w trosce o dobre samopoczucie wytwornego towarzystwa winien wypełniać po cichu i możliwie delikatnie. Trudno powiedzieć, czy Fandorin uwierzył, w każdym razie o nic więcej nie pytał.
W sumie dobrze się stało. Teraz komisarz zyskał nawet jeśli nie sprzymierzeńca, to przynajmniej wyjątkowo spostrzegawczego i obytego w kryminologii rozmówcę.
Często siadali we dwójkę na pokładzie, patrzyli na łagodnie opadający ku wodzie brzeg kanału, palili (Gauche fajkę, Rosjanin cygaro) i rozmawiali na różne ciekawe tematy. Na przykład o najnowocześniejszych metodach identyfikacji i rejestracji przestępców.
– Paryska policja wykorzystuje w pracy najświeższe osiągnięcia nauki – pochwalił się kiedyś Gauche. – W prefekturze mają specjalny wydział identyfikacji, którym kieruje młody geniusz, Alfons Bertillon. Opracował cały system rejestracji elementów przestępczych.
– Spotkałem się z doktorem Bertillonem podczas ostatniej wizyty w Paryżu – nieoczekiwanie oświadczył Fandorin. – Opowiedział mi o swojej metodzie antropometrycznej. Bertilionizm to ciekawa teoria, bardzo ciekawa. Zaczęliście już stosować ją w p-praktyce? Z jakim rezultatem?
– Na razie z żadnym. – Komisarz wzruszył ramionami. – Na początek trzeba zbertilionować wszystkich recydywistów, co zajmie całe lata. Wydział Alfonsa wygląda jak dom wariatów: przyprowadzają aresztantów w kajdanach, mierzą ich wzdłuż i wszerz jak konie na targu, spisują dane na fiszkach. Za to już niedługo policja będzie miała wakacje, nie pracę. Załóżmy, że znajdujemy na miejscu włamania odcisk lewej ręki. Mierzymy idziemy do kartoteki. Aha, długość środkowego palca osiemdziesiąt dziewięć milimetrów, patrz sekcja numer trzy. A tam zarejestrowano siedemnastu włamywaczy o takiej długości palca. Dalej już bułka z masłem: sprawdzamy, gdzie każdy z nich był w chwili dokonania kradzieży, i łapiemy tego, który nie ma alibi.
– Czyli przestępców podzielono na sekcje według długości dużego palca? – zapytał z wyraźnym zainteresowaniem Rosjanin.
Gauche wyrozumiale uśmiechnął się pod wąsem.
– To cały system, mój młody przyjacielu. Bertillon podzielił wszystkich ludzi na trzy grupy – według długości czaszki. Każda z tych grup dzieli się na trzy podgrupy – według szerokości czaszki. Razem dziewięć podgrup. Z kolei każda podgrupa dzieli się na trzy sekcje – według długości średniego palca lewej ręki. Dwadzieścia siedem sekcji. Ale to jeszcze nie wszystko. W każdej sekcji są trzy klasy – według rozmiaru prawego ucha. Ile wychodzi tych klas? Słusznie, osiemdziesiąt jeden. Dalsza klasyfikacja uwzględnia wzrost, długość rąk, wysokość w pozycji siedzącej, długość stopy, odległość od łokcia do nadgarstka. W sumie dziewiętnaście tysięcy sześćset osiemdziesiąt trzy kategorie! Przestępca całościowo zbertilionowany i zarejestrowany w naszej kartotece nigdy już nie zdoła uniknąć karzącej ręki sprawiedliwości.
– Wspaniale – powiedział zamyślony dyplomata. – Jednak bertilionowanie niewiele pomoże w przypadku konkretnego p-przestępstwa, szczególnie jeśli sprawca nigdy wcześniej nie był aresztowany.
Gauche rozłożył ręce.
– Owszem, tego nauka nie jest w stanie rozwiązać. Dopóki na świecie będą przestępcy, nie obejdzie się bez nas, profesjonalnych detektywów.
– Czy s-słyszał pan może o odciskach palców? – zapytał Fandorin i pokazał komisarzowi wąską, ale nadzwyczaj silną dłoń o wypielęgnowanych paznokciach, ozdobioną pierścieniem z brylantem.
Gauche zawistnie rzucił okiem na pierścień (lekko licząc, roczne pobory komisarza) i uśmiechnął się.
– Jakieś cygańskie wróżby z ręki?
– Nic podobnego. Od dawien dawna wiadomo, że każdy człowiek ma swój niepowtarzalny układ linii papilarnych na opuszkach palców. W Chinach kulis pieczętuje umowę o pracę odciskiem środkowego palca umoczonego w tuszu.
– Gdyby każdy morderca był łaskaw maczać palec w tuszu i zostawiać odcisk na miejscu przestępstwa. – Komisarz wybuchnął dobrodusznym śmiechem.
Ale dyplomacie było wyraźnie nie do żartów.
– Trzeba panu wiedzieć, panie detektywie, że współczesna nauka ustaliła bez żadnych wątpliwości: palec pozostawia odcisk w zetknięciu z dowolną suchą i twardą powierzchnią. Jeżeli przestępca choćby mimochodem dotknął drzwi, narzędzia zbrodni czy szyby, zostawił ślad, k-który pozwoli go odnaleźć.
Gauche chciał zgryźliwie dorzucić, że we Francji jest dwadzieścia tysięcy przestępców o dwustu tysiącach palców, więc szukaj igły w stogu siana, ale zmilczał. Przypomniał sobie rozbitą gablotę w willi na rue de Grenelle. Na odłamkach szkła zostało mnóstwo odcisków palców. Nikomu jednak nie przyszło do głowy, żeby je skopiować – szkło poszło na śmietnik.
No, proszę, co znaczy postęp! Więc niby jak? Wszystkich przestępstw dokonuje się przecież rękami, prawda? A ręce, jak się okazuje, potrafią donosić nie gorzej od płatnych szpicli! A gdyby tak odrysować paluszki wszystkich bandziorów i złodziejaszków, nie ośmielą się więcej pchać brudnych łap w ciemne sprawki! I koniec z przestępczością.
Od takich rewelacji mogło się zakręcić w głowie.