Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Lilith - ebook

Wydawnictwo:
Lektor:
Format:
EPUB
Data wydania:
15 kwietnia 2026
3910 pkt
punktów Virtualo

Lilith - ebook

Mity to opowieści, które przetrwały tysiąclecia, dotykając w nas tego, co ludzkie i boskie, zarazem trwałe i zmienne, odwieczne i odkrywane na nowo. A oto historia Lilith, pierwszej żony Adama…

Stworzona z tej samej gliny i w tym samym czasie co Adam, a jednak wyklęta i zapomniana. Zastanawiasz się dlaczego? Jaką prawdę niosła, jakie prawo odważyła się złamać, że jej imię zostało wspomniane raz, niemal szeptem, jako imię demona zamieszkującego dzikie ostępy Jam Suf?

Bóg nie wygnał jej z raju. Odeszła sama, bo tego właśnie pragnęła.

To opowieść o pierwszej kobiecie, która wybrała wolność zamiast posłuszeństwa, głos zamiast milczenia, nieznane zamiast rajskiej niezmienności. O istocie stworzonej z równości, nie z żebra. O micie, który stał się wyrokiem, i o wyroku, który stał się legendą.

Jeśli chcesz odkryć historię zapisaną nie w Biblii, lecz w jej cieniu, na obrzeżach i marginesach, tam gdzie mogła przetrwać legenda o innej kobiecie i innej kobiecości – daj się poprowadzić mitowi.

Lilith opowiedziała mi swoją prawdę. Chcesz ją poznać?

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68543-18-6

FRAGMENT KSIĄŻKI

Mity to historie opowiadane przez tysiące lat, zanurzone w głębinach ludzkiej pamięci niezmierzone archiwa doświadczeń, szepty przeszłości, tajemnicze wątki rozkołysane między rzeczywistością a wyobraźnią, ważne, znaczące, pełne magii opowieści objaśniające świat, tłumaczące i rozświetlające jego złożoność.

W mitach wędrujemy po świecie dawnych bogów, bóstw i istot przez wieki kreowanych przez wyobraźnię, dotykamy zdarzeń przenoszonych ustnie i utrwalanych w piśmie, przetwarzanych, reinterpretowanych, dostosowywanych do epoki, opowiadanych wciąż na nowo. Mity podejmują próbę wyjaśnienia sensu istnienia człowieka i świata, czerpiąc z indywidualnych i ogólnoludzkich opowieści wywodzących się z tradycji, ponadczasowych, anonimowych, zrozumiałych dla każdego bez względu na czas i miejsce, w których je odkrywamy. Funkcjonujemy bowiem w przestrzeni odwiecznych narracji, także więc dzięki mitom odkrywamy to, co łączy nas jako ludzi, i dzięki nim dostrzegamy wspólnotę przeszłości.

Zapraszam do świata opowieści, których pierwsze wersje przekazywano ustnie, później ryto w kamieniu, zapisywano na glinianych tabliczkach, papirusach, potem pergaminach, by wreszcie trafiły do nas w formie papierowych książek bądź na ekrany komputerów i tabletów. Wejdźmy razem w przestrzenie sięgające korzeniami głębokiej starożytności, odkryjmy ponadczasowe, fascynujące historie, które pomagają zrozumieć złożoność świata, odpowiedzieć na pytania nurtujące ludzkość od wieków, a przynajmniej zbliżyć się do odpowiedzi:

Jak wyglądał początek świata, skąd się wzięli i kim byli bogowie, wreszcie kim jesteśmy my i jakie jest nasze przeznaczenie?

Być może słowo „mitologia” kojarzy nam się przede wszystkim ze starożytną Grecją, Rzymem czy Egiptem? Owszem, w kolejnych tomach przyjrzymy się Herze, Afrodycie, Atenie, Izydzie, Dianie, Hathor oraz innym boginiom i bogom, których imiona, a często i czyny, są nam w jakiś sposób znane. Tymczasem wstąpmy w przestrzeń mitów asyryjskich, babilońskich, egipskich i hebrajskich, bo to przede wszystkim w nich pojawia się główna bohaterka tej księgi, czyli… Lilith – kobiecy demon, wampirzyca, uwodzicielka, morderczyni noworodków, pierwsza żona biblijnego Adama.

Zapraszam, powędrujmy razem, rozgośćmy się w fascynującym świecie dawnych opowieści.I. LILITH I ADAM

Opowiem Ci o Lilith, pierwszej żonie Adama. Tak, biblijnego Adama, tego od Ewy. Tak, tego z raju, bo… Ewa nie była pierwsza, naprawdę.

Jeśli więc tylko zechcesz posłuchać, opowiem Ci o Lilith. Stworzonej z tej samej gliny i w tym samym czasie co mężczyzna, a jednak, jak sądzisz, z jakiego powodu wykreślonej z Biblii, wyklętej, zapomnianej? Co takiego zrobiła, jakie reguły i prawa złamała, że Stary Testament wspomina ją tylko raz, i to jako demona zamieszkującego dzikie ostępy Jam Suf? Za co Bóg wygnał ją z raju? Otóż, uwaga, nie wygnał. Lilith sama odeszła, a konkretnie: odleciała. Bo miała skrzydła. Tak, Lilith miała skrzydła!

To co, opowiedzieć Ci o pierwszej żonie Adama? Chcesz poznać jej historię?

Zatem zapraszam, zaczynamy.

***

Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami. Wtedy Bóg rzekł: „Niechaj się stanie światłość!”. I stała się światłość. Bóg widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności. I nazwał Bóg światłość dniem, a ciemność nazwał nocą. I tak upłynął wieczór i poranek – dzień pierwszy.

A potem Bóg rzekł: „Niechaj powstanie sklepienie w środku wód i niechaj ono oddzieli jedne wody od drugich!”. Uczyniwszy to sklepienie, Bóg oddzielił wody pod sklepieniem od wód ponad sklepieniem; a gdy tak się stało, Bóg nazwał to sklepienie niebem. I tak upłynął wieczór i poranek – dzień drugi.

A potem Bóg rzekł: „Niechaj zbiorą się wody spod nieba w jedno miejsce i niech się ukaże powierzchnia sucha!”. A gdy tak się stało, Bóg nazwał tę suchą powierzchnię ziemią, a zbiorowisko wód nazwał morzem. Bóg widząc, że były dobre, rzekł: „Niechaj ziemia wyda rośliny zielone: trawy dające nasiona, drzewa owocowe rodzące na ziemi według swego gatunku owoce, w których są nasiona”. I stało się tak. Ziemia wydała rośliny zielone: trawę dającą nasienie według swego gatunku i drzewa rodzące owoce, w których było nasienie według ich gatunków. A Bóg widział, że były dobre. I tak upłynął wieczór i poranek – dzień trzeci.

A potem Bóg rzekł: „Niechaj powstaną ciała niebieskie, świecące na sklepieniu nieba, aby oddzielały dzień od nocy, aby wyznaczały pory roku, dni i lata; aby były ciałami jaśniejącymi na sklepieniu nieba i aby świeciły nad ziemią”. I stało się tak. Bóg uczynił dwa duże ciała jaśniejące: większe, aby rządziło dniem, i mniejsze, aby rządziło nocą, oraz gwiazdy. I umieścił je Bóg na sklepieniu nieba, aby świeciły nad ziemią; aby rządziły dniem i nocą i oddzielały światłość od ciemności. A widział Bóg, że były dobre. I tak upłynął wieczór i poranek – dzień czwarty.

Potem Bóg rzekł: „Niechaj się zaroją wody od roju istot żywych, a ptactwo niechaj lata nad ziemią, pod sklepieniem nieba!”. Tak stworzył Bóg wielkie potwory morskie i wszelkiego rodzaju pływające istoty żywe, którymi zaroiły się wody, oraz wszelkie ptactwo skrzydlate różnego rodzaju. Bóg widząc, że były dobre, pobłogosławił je tymi słowami: „Bądźcie płodne i mnóżcie się, abyście zapełniały wody morskie, a ptactwo niechaj się rozmnaża na ziemi”. I tak upłynął wieczór i poranek – dzień piąty.

Potem Bóg rzekł: „Niechaj ziemia wyda istoty żywe różnego rodzaju: bydło, zwierzęta pełzające i dzikie zwierzęta według ich rodzajów!”. I stało się tak. Bóg uczynił różne rodzaje dzikich zwierząt, bydła i wszelkich zwierząt pełzających po ziemi. I widział Bóg, że były dobre.

A wreszcie rzekł Bóg: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!”. Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę¹.

***

Tak naprawdę to właśnie teraz zaczyna się ta historia, w momencie, gdy Bóg stworzył człowieka na swój obraz, na swoje podobieństwo, stworzył isza i iszę², mężczyznę i kobietę, w tym samym czasie, z tej samej gliny, jednym sprawczym Boskim podmuchem.

Tak właśnie było, tak było.

Lilith otworzyła oczy.

Stworzona z ciałem i duszą, została obdarzona licznymi łaskami i darami. Były wśród nich: nieśmiertelność, wolność od cierpień, możliwość panowania nad popędami, wolna wola, serce przepełnione uczuciami i rozum nastawiony na poznawanie.

– Ach! – zachwyciła się.

Od pierwszej chwili rozumiała, gdzie jest, nic w tym, co wokół widziała, słyszała i czuła, nie stanowiło dla niej tajemnicy, była u siebie. Ujrzała bujne rośliny kipiące zielonością, kołyszące się na lekkim, ciepłym wietrze, zwierzęta leniwie przechadzające się w przyjaznych promieniach słońca lub wylegujące się w cieniu, barwne ptaki szybujące po niebie lub śpiewające pieśni pośród liści dorodnych drzew, łagodnie falujące, przejrzyste, turkusowe wody, pośród których pływały kolorowe ryby.

Świat, który ją otaczał, pieścił jej zmysły.

– Eden – nazwała go i przeciągnęła się z zadowolenia.

Spojrzała na swoje ręce, nogi, obejrzała dłonie, dotknęła piersi i brzucha – miała gładką skórę. Gdy to stwierdziła, poczuła przyjemny dreszcz. Odgarnęła na plecy długie, okrywające ramiona, miękkie, lśniące włosy i strzepnęła z piersi niewidoczny pyłek. Dotknęła powiek, zasłoniła, a potem odsłoniła oczy, dotknęła ust, wysunęła język, bezskutecznie usiłując go dojrzeć i równie bez efektu dotknąć nim nosa, włożyła palce do uszu, potem je wyjęła. Była zadowolona.

– Widzę, słyszę, czuję i mam głos! – zwróciła się uradowana do tego, który stał obok.

Wiedziała, kim jest. W jego ciemnych, błyszczących źrenicach ujrzała siłę, głębię obietnicy i zainteresowanie tym, co widział. Jego oczy miały moc przyciągania, zatopiła się w ich głębi, ale tylko na chwilę, bo zapragnęła usłyszeć brzmienie jego głosu. Milczał, przejęła więc inicjatywę.

– Isz, A-dam – wypowiedziała jego imię, wskazując na niego, mając nadzieję, że się odezwie.

Odchrząknął, wyprostował się, wyprężył pierś, wyciągnął palec w jej stronę.

– Isza, Lilith. – Też wiedział, kim była.

Głos miał głęboki, nieco chropowaty, ale melodyjny. Przyjrzała mu się, był piękny. Tuż nad hipnotyzującymi oczami miał burzę ciemnych włosów, z których każdy sprawiał wrażenie, że żyje odrębnie, kręciły się, otulając głowę, było w nich coś takiego, że miała ochotę zanurzyć w nich dłonie, powstrzymała się jednak, chcąc najpierw dokładnie obejrzeć go całego.

Jego usta wyglądały jak obietnica, a gdy się uśmiechnął, pokazał lśniące, białe, równe zęby. Chyba był z siebie zadowolony, nie zdziwiła się, miał wiele powodów do dumy. Stwórca dał mu silne, szerokie ramiona, umięśniony tors pokryty ciemnymi, wijącymi się włoskami, potężne owłosione nogi, które – wiedziała to – mogły go zanieść, dokąd by tylko zechciał. Miał silne ręce i całkiem spore dłonie, gotowe – tego też była pewna – do pracy, ale czuła również, że mogłyby, gdyby tylko zechciał, sprawić niejedną przyjemność, na przykład jej…

Patrzyła na niego, studiując po kolei każdy fragment jego ciała. W pewnym momencie jej wzrok się zatrzymał.

– Co to jest? – zdziwiła się.

Uznała, że odkryła coś niezwykłego, małą, jednak czuła, że znaczącą różnicę między nim a sobą, pochyliła głowę i spojrzała na swoje ciało, potem znowu na Adama. Wcześniej zauważyła, że owszem, oboje mają piersi, ale ona ma je znacznie większe niż on, te jej lekko się kołysały, jakby zaczepnie, jakby chciały się podobać, były miękkie w dotyku, pełne obietnicy, dorodne. Jego były zaledwie zaznaczone niewielkimi sterczącymi sutkami. Tak, tę różnicę zauważyła od razu. Teraz jednak dostrzegła, że Adam miał coś jeszcze, czego ona nie posiadała. Pośród gęstwiny włosków w dole brzucha zwisał mu niewielkich rozmiarów, wyglądający na miękki, dziwaczny, jakby doczepiony przez Stwórcę w ostatniej chwili, pomarszczony, podłużny, wzruszający woreczek.

Ona miała w tym miejscu miękkie zagłębienie. Żeby się upewnić – bo pomyślała, że może wzrok ją zwodzi – sięgnęła dłońmi między uda i namacawszy wejście w zagłębienie, włożyła tam palec.

– Hm… – Wymacała niewielką wypustkę, ujęła ją w dwa palce i lekko potarła. – Och! – Poczuła mrowienie w brzuchu i sutkach.

Spojrzała na Adama. Patrzył na nią, a to, co w myślach nazwała woreczkiem, zaczęło zmieniać kształt, stawało się coraz większe, pęczniało, jakby się wypełniało, wcale nie przypominało już skurczonego maleństwa, którym było wcześniej.

Adam się uśmiechnął; najwyraźniej to, co się działo, nie sprawiało mu przykrości, wręcz przeciwnie: oczy rozświetliły mu się jeszcze bardziej, po ciele przebiegł gwałtowny dreszcz, a oddech przyspieszył.

– Nie wiem, dlaczego tak jest, ale wygląda na to, że to lubię. – Wskazał na tę część swojego ciała, której ona nie miała. – To penis. – Zachwycony patrzył na swoje podbrzusze. – I powiem ci, że to, co się z nim dzieje, jest naprawdę przyjemne, chcesz dotknąć?

Prychnęła.

– Ja, o tu, w tym miejscu – ponownie wsunęła palec w odkryte przed chwilą zagłębienie – też mam coś niezwykłego, ty tego nie masz. Chcesz dotknąć?

Oboje chcieli. Gdy się do siebie zbliżyli, och, ależ zaczęło się dziać, ho ho! Najpierw na ich ustach zadrgały pragnienia, potem pojawiły się niewidoczne kolorowe iskierki, całe ich mnóstwo, i usłyszeli pieśń pożądania. Odnaleźli do siebie drogę natychmiast, ziemia zadrżała, a ich ciała, jak piorun wysłany przez Stwórcę, połączył potężny wstrząs. Wolne, nieznające wstydu i ograniczeń dusze poszybowały do nieba i zatańczyły z gwiazdami. Świat zawirował. Tak było, właśnie tak było. Nie wiedzieli, że bogowie przyglądali się im i z uznaniem kiwali głowami. Tak, ta dwójka się Bogu udała, wszystko w nich działało, jak należy.

Gdy wreszcie, po całym dniu i nocy łączenia się, rozdzielania, ponownego łączenia i znów rozdzielania, i znów, i jeszcze, oboje wyczerpani, ale zachwyceni leżeli na białym, ciepłym piasku wsłuchani w muzykę morskich fal, Lilith się roześmiała.

– Pasujemy do siebie, wiesz?

– Tak, pasujemy. – Pocałował ją.

Wygięła ciało, prężąc piersi, gotowa przyjąć zachwyty nad tym, jaka była piękna, mądra i w ogóle wspaniała, bo przecież taka właśnie była, chciała też porozmawiać o miejscu, do którego trafili, o Edenie, a także o tym, jak w mgnieniu oka znaleźli do siebie drogę i stali się jednością.

– Wiesz, Adamie, co myślę?

Odpowiedziało jej chrapanie.

– Ech, no cóż, najwidoczniej nie każde z nas jest idealne – westchnęła i pogłaskała go z czułością. – Będziemy musieli nauczyć się z tym żyć. Znaczy, ja będę musiała, bo ty pewnie doskonale sobie ze swoją niedoskonałością poradzisz, co? – Pocałowała go w ramię.

Nadal głośno, rytmicznie chrapał.

Wstała więc i poszła przed siebie. Podziwiała to, co widziała. A rosło tam mnóstwo okazałych drzew, każde z nich zdobiły dorodne, soczyste owoce. Gdy kroczyła, kłaniały jej się kwiaty, a ptaki wyśpiewywały radosne pieśni, życząc jej miłego dnia. Tak było. Wędrując, dotarła do źródła rzeki.

Zastała tam zwierzęta, nie wiedziała jeszcze wtedy, że były to tylko samice.

Rozstąpiły się, gdy nadeszła.

– Jestem Lilith – przedstawiła się.

Kolejno się prezentowały i składały jej pokłon.

– Co to za miejsce? – zapytała, gdy skończyły.

– To źródło rzeki, która nawadnia cały ogród – wyjaśniła potężna Żółwica.

– Niedaleko stąd rzeka się rozdziela, dając początek czterem innym – dodała Krowa.

– Skąd to wiecie? – dociekała Lilith.

– Każde zwierzę w Edenie to wie – zapewniła Lwica.

– Wiecie wszystko?

– Wszystko? – zastanowiła się Sowa. – Wiemy tyle, na ile pozwala nam Stworzyciel.

– Aha, no tak, oczywiście. – Lilith też była dziełem Stworzyciela, wiec rozumiała. – A tamte cztery rzeki, co o nich wiecie?

Tym razem głos zabrała Kotka:

– Nazwa pierwszej: Piszon; jest to ta, która okrąża cały kraj Chawila, gdzie znajduje się złoto. A złoto owej krainy jest znakomite; tam jest także wonna żywica i kamień czerwony. Nazwa drugiej rzeki: Gichon; okrąża ona cały kraj Kusz. Nazwa rzeki trzeciej: Chiddekel; płynie ona na wschód od Aszszuru. Rzeka czwarta to Perat³.

– Dużo wiesz. – Lilith była pod wrażeniem.

– Bo lubię. – Kotka zadarła głowę.

– Jak my wszystkie – zapewniła Sowa.

– Jesteście mądre, czyli dotarłam do podwójnego źródła – zauważyła Lilith.

– Ha, ha! – Pszczoła doceniła grę słów. – Tak, znalazłaś źródło wiedzy przy źródle wody.

– Lilith, masz inteligentne poczucie humoru. – Także Wilczyca doceniła przybyszkę.

– Witaj w ogrodzie. – Łania zatrzepotała długimi rzęsami.

– Tu, gdzie właśnie jesteśmy, przy źródle, często się spotykamy, żeby porozmawiać, tylko samice, wiesz, dziewczyny; lubimy swoje towarzystwo – wyjaśniła Niedźwiedzica.

– Jestem jedną z was, liczę na to, że będziemy często się widywać, rozmawiać i wzajemnie się wspierać.

– No nie wiem, jak to będzie, bo wiesz, według Boskiej koncepcji my, zwierzęta, mamy służyć tobie i Adamowi. Służyć – wyjaśniła Kotka z pretensją w głosie. – Ja uważam, że to wy powinniście służyć nam, więc nie mam pojęcia, jak to będzie z tym, jak mówisz, wzajemnym wsparciem. Zobaczymy.

– Jesteśmy tu dla was, bez dwóch zdań! – Suka zamachała ogonem. – I wierz mi, nie zmienią tego wątpliwości Kotki. Ona już taka jest, uważa, że wszyscy powinni być na jej usługi.

Kotka fuknęła z pogardą, przymknęła oczy, dając w ten sposób znać, że tylko wrodzona kultura powstrzymuje ją przed powiedzeniem czegoś więcej, i z wyższością się odwróciła.

– Także za to ją kochamy – stwierdziła ugodowo Suka.

Lilith chętnie by z nimi została, dobrze jej tam było, ale jakieś przedziwne poczucie powinności, jakiś sygnał, jakby wezwanie, coś w rodzaju delikatnego ukłucia czy może mrowienia między piersiami, wzywało ją do powrotu.

– Dobrze było was poznać, będziemy miały pewnie jeszcze sporo okazji do rozmów, teraz pozwólcie, że was opuszczę, czuję, że wkrótce obudzi się Adam.

– Zasnął? – zatroskała się Niedźwiedzica.

– Wielokrotnie się łączyliśmy, chyba był trochę zmęczony.

– Biedaczek… – westchnęła Niedźwiedzica. – Przytuliłabym go.

– Wielokrotnie się łączyliście? – Owca, myśląc o swoich połączeniach trwających tyle co mgnienie chwili, spojrzała na Lilith z zazdrością.

– O, tak, wielokrotnie!

– Ma szczęście, że nie jest moim mężem – zaśmiała się Modliszka.

– Dlaczego?

– Może opowiesz innym razem? – powstrzymała Modliszkę Jaskółka.

– Różnie bywa w świecie – wyjaśniła Sowa, też uznając, że co prawda Lilith niewiele jeszcze wie, ale nie musi dostawać więcej informacji już podczas pierwszego spotkania. – Na ogół samiec i samica łączą się, by pojawiło się potomstwo, tak to jest zaplanowane. Ty i Adam zbliżacie się, żeby począć. Ale na przykład ryby mają dzieci bez wcześniejszego kontaktu fizycznego, samica składa ikrę, a samiec polewa ją nasieniem. Niektóre owady i jaszczurki rozmnażają się jeszcze inaczej: zarodek wcale nie musi być zapłodniony, by się rozwijał, czyli tam samiec w ogóle nie jest potrzebny.

– Naprawdę? – zdumiała się Lilith, zapominając, że powinna już iść. – Myślałam, że wszyscy jesteśmy stworzeni w parach.

– Chyba Najwyższy miał inny zamysł, bo powołał do życia nawet zwierzęta takie jak na przykład Ślimak. O, widzisz? – Sowa wskazała na liść, pod którym ukryty w muszli spał ten, o którym mówiła. – To stworzenie ma cechy i samca, i samicy. Gdy ślimaki się łączą, zapładniają się nawzajem. A koniki morskie? To dopiero ewenement, one potrafią zmieniać płeć!

– Co ty mówisz?

– O tak, świat jest kolorowy i różnorodny, jeszcze się przekonasz.

– Ty, Lilith, masz tylko jednego samca, ja mam ich w życiu wielu i wierz mi, każdego traktuję z dystansem – zapewniła Tygrysica, prężąc się z dumą. – Zależy mi przede wszystkim na dzieciach, a czas, kiedy mogę je począć, jest krótki. Samiec wie, kiedy to następuje, i bardzo się stara. Kiedy się łączymy, żeby się upewnić, że jego nasienie dobrze się zagnieździ, dopuszczam go do siebie wielokrotnie, i za każdym razem to ja decyduję, kiedy, jak i gdzie to nastąpi. Lubię decydować. On mnie pragnie, więc to oczywiste, że ja dyktuję warunki. Gdyby w naszym połączeniu chciał czegoś, na co się nie zgadzam, mógłby, och, chyba nawet… zginąć… nie bardzo wiem, co to znaczy, ale no tak, bywam ostra.

Przepiękna Lwica uniosła głowę i leżąc, rzuciła:

– U każdego jakoś jest, u nas jest jeden samiec, silny i duży, samic jest kilka, wspólnie wychowujemy dzieci, dobrze nam razem. Podobnie jest u wielu innych zwierząt: goryli, pawianów… Takich układów jest sporo, zresztą sama zobaczysz.

– U nas jest podobnie, tyle że nie samiec, ale to ja jestem tą jedyną. – Duża, czerwono-fioletowo upierzona Papuga wyglądała na bardzo z siebie dumną. – Ale co się dziwić? Najwyższy uczynił mnie piękną. A samce? Mam ich kilkunastu, ale ledwo ich widać na tle zieleni. Blisko dopuszczam tylko jednego, reszta przynosi mi jedzenie, dba o pisklęta i… czeka na swoją kolej, bo to ja decyduję, którego do siebie dopuszczę. Tak to u nas jest, mnie się podoba.

– Ja też mam do dyspozycji stado samców. – Cętkowana, niezbyt urodziwa, ale przekonana o swojej atrakcyjności Hiena wyszczerzyła zęby. – Słuchają mnie we wszystkim, potrafię rządzić, żaden mi się nie sprzeciwi. Może także dlatego, o, spójrz! – Zademonstrowała przerośniętą łechtaczkę przypominającą penis. – Nie waham się, jestem ostra, a do tego, jak widać, Stwórca hojnie mnie wyposażył. Kiedy mam ochotę na bliskość, żaden z moich nie śmie zaprotestować, musi się podporządkować i robić, co każę.

– Myślałam, że wszystkie jesteście miłe i łagodne… – zdziwiła się Lilith.

– Różnie to bywa, życie jest barwniejsze, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka – wyjaśniła Sowa.

– A my uwielbiamy cielesne zbliżenia. – Małpa Bonobo przeciągnęła się z zadowoleniem. – To sprawia nam przyjemność, po prostu, więc robimy to z każdym bez względu na płeć, same z sobą też, spróbujcie kiedyś, polecam. – Roześmiała się. – No dobrze, wiem, różnimy się, każda z nas jest inna, tak nas stworzono, cieszmy się tym. My łączymy się, patrząc sobie w oczy, ale od tyłu też jest miło, lubimy też wzajemnie się lizać albo pieścić czułe miejsca dłońmi, całujemy się, to jest fajne! Takie jesteśmy, dobrze nam się żyje w takim wesołym, zgodnym stadzie.

– Ja jestem przywiązana do mojego ukochanego – odezwała się Łabędzica. – On też jest tylko ze mną i oboje pragniemy, by tak było przez całe życie.

– U nas też tak jest, całe życie razem – zapewniła Jaskółka.

Lilith znów poczuła mrowienie między piersiami. Tak, wiedziała, że powinna wracać, Adam ją wzywał.

– To, co mówicie, jest niezwykle interesujące, mogłabym słuchać was w nieskończoność, ale naprawdę muszę już iść, niebawem wrócimy do tej rozmowy, w porządku?

– Oczywiście, idź do ukochanego, czeka na ciebie – wyśpiewała Jaskółka.

– Idź, ale przychodź do nas często, dobrze? – pożegnała ją Biała Gołębica.

– Do zobaczenia. – Lilith pomachała im na odchodne, obiecując sobie, że kiedyś zapyta Modliszkę, co miała na myśli, mówiąc, że Adam ma szczęście, że nie jest jej mężem.

Wędrowała do miejsca, w którym zostawiła Adama, śpiewała, od czasu do czasu przystawała na pogawędkę z mijanymi zwierzętami. Po drodze ułożyła kilka muszli na piasku, tak że stworzyły wzór podobny do kwiatka, na jednej, dużej i pięknie zawiniętej w róg, nawet zagrała. Szła może siedem minut, godzin, a może siedem dni i nocy, nieważne, ważne, że wróciła do Adama.

Gdy do niego dotarła, właśnie się budził.

– Chodź do mnie – zamruczał.

Zauważyła, bo mocno rzucało się to w oczy, że jest gotowy do działań, które sprawiały przyjemność i jej, i jemu. Z radością podała mu rękę. Znów połączyli się z taką łatwością, jakby bycie razem zostało im przypisane. Połączona z Adamem to wirowała gdzieś wysoko z wiatrem, to stawała się morską falą czule pieszczącą brzeg albo miarowo pulsującym źródłem, by po chwili wrócić do stanu zadowolonego rozleniwienia rozgrzanej ziemi.

Gdy potem leżeli objęci, dojrzała iluminację, która – była tego pewna – oznaczała obecność Stworzyciela. Tysiące migocących iskierek skupionych w jednym miejscu i otaczająca je złota poświata przywodząca na myśl ludzką postać, to musiał być On!

Wyobraziła sobie, bo nie mogła dostrzec jego twarzy, a co dopiero oczu, że patrzy na nich z aprobatą, był dumny ze swojego dzieła, czuła to.

Tuż za nim ujrzała anioły⁴. Nie wiedziała, skąd wie, że świetlna mgławica była obrazem Stworzyciela, a promieniejące złotem postacie za nim to anioły, ale miała co do tego pewność, widocznie została w tę wiedzę wyposażona.

Wiedziała też, po rozmowie ze zwierzętami, że on nie tylko ją i Adama stworzył tak jak wszystko, co żyje, ale że są pierwszymi ludźmi, a w związku z tym jego ulubieńcami; nie tylko umieścił ich w Edenie i obdarował nieśmiertelnością, ale też będzie się o nich zawsze troszczył, bo są jego ukochanym dziełem, jego dziećmi. Teraz wpatrywała się w jasną Boską mgławicę, ciesząc się z jego nienachalnej obecności.

Był, ale jakby go nie było, niby widziała go i słyszała, ale bardziej to wyczuwała, niż miała pewność, że się tam znajduje. Był rozmigotaną jasnością, światłem, z woli jego samego nie tak jasnym, by wypalić jej oczy, a zarazem niepozwalającym na ujrzenie jego postaci.

Stojące za nim anioły widziała dokładniej. Zwierzęta powiedziały jej, że nazywają ich strażnikami lub czuwającymi. Co prawda również od nich biła taka jasność, że gdy kierowała na nie wzrok, musiała przymykać oczy, ale i tak zauważyła, że wyglądają niemal tak jak ona i Adam, tyle że są wyższe, potężniejsze, a ponadto, co ją zachwyciło, miały… skrzydła? Przyszło jej na myśl, że też by takie chciała.

Widziała, że ją obserwują, nie wiedziała dlaczego, ale starała się zachowywać tak, jakby tego nie dostrzegła.

– Dobrze, że jesteś. – Adam przeciągnął się zadowolony.

– Przy źródle spotkałam się ze zwierzętami, no, w zasadzie tylko z samicami, dobrze mi się rozmawiało. Mówiły, jak łączą się z partnerami. Wiesz, jak dużo jest możliwości? Na przykład małpy bonobo robią to nie tylko na wiele sposobów, ale z różnymi partnerami.

– Nie wiem, jak robią to małpy, ale wiem, w jaki sposób łączymy się my, i przyznasz, że oboje to lubimy.

Nie zdążyła odpowiedzieć, bo pociągnął ją, a potem przewrócił na plecy, znów rozochocony. Trochę się siłowali, bo próbowała tak się ułożyć, by wniknął w nią od tyłu, ale bezskutecznie. Zrezygnowała więc, ale myślała o bonobo i wyobrażała sobie, jak mogłoby być, gdyby to ona była na górze, a Adam na dole albo gdyby robili inne rzeczy, o których opowiadały zwierzęta.

Później zasnęli, a gdy się obudzili, wiedzeni chyba Boskim głosem, wzięli się za ręce i poszli pod dwa potężne drzewa. Rosły niedaleko siebie w centralnym miejscu Edenu i były najpiękniejsze ze wszystkich.

– To Drzewo Życia i Drzewo Poznania. – Lilith nie miała wątpliwości. – Mówiły mi o nich zwierzęta.

– Tylko chwilę cię nie było, a wszystko wiesz?

– Jeszcze nie wszystko, ale to prawda, lubię wiedzieć. – Uświadomiła sobie, że właśnie powtórzyła słowa Kotki.

– Owoce z Drzewa Życia zapewniają nieśmiertelność – dodała. – Możemy po nie sięgać bez ograniczeń.

Adam spojrzał na soczyste owoce.

– Chętnie spróbuję. – Otarł ślinę gromadzącą się w kącikach ust, a jego oczy przeniosły się na drzewo obok.

– A te? Też wyglądają zachęcająco.

Wówczas rozległ się głos. Skulili się, ale nie ze strachu, bo strachu jeszcze nie znali, tylko dlatego, że był potężny, wszechogarniający, nieznoszący sprzeciwu, słyszalny w całym Edenie.

– Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania, ale z Drzewa Poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz⁵ – obwieścił Bóg.

Stali jak rażeni piorunem. W mgnieniu oka zrozumieli, że nigdy, przenigdy, pod żadnym pozorem nie mogą sięgnąć po owoc z tego drzewa, bo umrą, a to miało być coś najstraszniejszego, co mogłoby ich w życiu spotkać. Każda cząsteczka ich ciał zapamiętała Boskie ostrzeżenie, przestrogę, a nawet groźbę, tak, to była groźba! Oboje byli pewni, że nigdy, nawet przez przypadek, nie dotkną kory czy liści, a już na pewno owoców Drzewa Poznania, i że będą je omijać szerokim łukiem.

Gdy po chwili się otrząsnęli, znów usłyszeli Stworzyciela. Tym razem jego głos był miękki, ciepły i kojący.

– Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, ptactwem i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi⁶.

Te słowa również przeniknęły ich do głębi, wywołały dreszcze, tyle że tym razem poczuli przede wszystkim nie strach, jak wcześniej, ale wdzięczność i zobowiązanie.

Wzięli się za ręce. Wówczas Bóg rzekł:

– Oto wam daję wszelką roślinę przynoszącą ziarno po całej ziemi i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie: dla was będą one pokarmem. A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i dla wszelkiego ptactwa w powietrzu, i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie pierwiastek życia, będzie pokarmem wszelka trawa zielona.

I stało się tak. A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre⁷.

***

Każdego dnia, gdy budziło się słońce, Adam wyruszał, by pielęgnować rośliny i zwierzęta, a Lilith poznawała okolicę. Podziwiała świat, zachwycała się wszystkim, co wyrastało z ziemi, nazywała nienazwane, czasami dodawała kolorów rybie, ptakowi albo malowała i tak już piękne kwiaty, muszelki, czasami dorzucała kolejne barwy tęczy. Najbardziej jednak lubiła rozmawiać ze zwierzętami.

Poznawała ich charaktery, obyczaje i upodobania. Bawiło ją, że sroki lubią zbierać wszystko, co błyszczy, mimo że do niczego takich lśniących przedmiotów nie potrzebowały, była w tym do nich podobna. Dziwiło ją, że kukułki podrzucają jajka do sroczych gniazd i obserwują, czy sroka wystarczająco troszczy się o pisklęta, zupełnie tego nie rozumiała, przecież kukułki mogły budować własne gniazda. A jelenie, łosie czy wilki, dlaczego tak chętnie, zamiast pluskać się w rzece lub morzu, kąpały się w błocie? Gdy je o to pytała, twierdziły, że oblepione błotem zabezpieczają się przed gorącem, a w miesiące chłodniejsze robią to, by pozbyć się mieszkających na ich skórze pasożytów. Pasożytów? Nie rozumiała, dlaczego Najwyższy powołał do życia stworzenia, których inne zwierzęta chciały się pozbyć, ale wierzyła w jego mądrość i ufała, że miał ku temu powód.

Cieszyło ją, że zwierzęta, co do jednego, znały wzajemnie swoje imiona i się nimi nawoływały. Ona i Adam również te imiona znali. Wszyscy w Edenie stanowili jedną wielką rodzinę, wspierającą się i akceptującą swoje odmienności. Zwierzęta, nawet te nieszczególnie piękne, były na swój sposób ładne, żadne z nich nie zjadało innych, no, poza Modliszką, której zdarzało się w miłosnym szale pożreć partnera, ale Lilith o tym nie wiedziała. Kwiaty wciąż kwitły, wszystko żyło pełnią życia, nie było starości ani umierania.

Życie w Edenie było jak najpiękniejszy sen. Żadnych zmartwień ani trosk, żadnych smutków, lęków ani obaw. Adam i Lilith mieli wszystko i mogli robić wszystko, absolutnie wszystko, na co tylko przyszłaby im ochota. Poza jednym: mieli zakaz próbowania owoców z Drzewa Poznania. Ale czy to był zbyt duży koszt, zbyt wysoka cena za życie w najwspanialszym miejscu i w najdoskonalszych warunkach, o jakich można by marzyć?

Adamowi było dobrze, nie zadawał pytań ani zwierzętom, ani Lilith, ani tym bardziej sobie, bo po co? Był zadowolony, miał wszystko, jak twierdził, czego potrzebował, nie szukał nowego, wystarczyło mu to, co posiadał.

– Zastanawiałeś się, co jest poza Edenem? Może istnieje gdzieś jakieś inne życie? Tam, gdzieś daleko… – Lilith wskazywała odległą przestrzeń. – Może mieszkają tam ludzie tacy jak my? Może takich ogrodów jak nasz jest więcej? Nie jesteś ciekaw, co jest tam, gdzie nas nie ma?

– Przecież wiesz, że jesteśmy w najlepszym ze światów, nie ma nic piękniejszego niż Eden, poza nami nie ma innych ludzi, jesteśmy pierwsi i jedyni, Stworzyciel to mówił, a on wie wszystko.

– No tak – zgadzała się, jednak te i podobne myśli nie dawały jej spokoju. – A nie chciałbyś wiedzieć, czym są gwiazdy, słońce albo księżyc i dlaczego jest dzień, a potem noc i znów dzień, i tak w koło? Gdzie jest słońce, kiedy go nie widzimy?

– Ech, Lilith – śmiał się. – To wszystko jest i już, po prostu. On stworzył to dla nas, cieszmy się tym i bądźmy mu wdzięczni.

– A myślałeś, dlaczego nas stworzył, po co? Dlaczego tu jesteśmy?

– Taka była jego wola.

– A jego kto stworzył? Skąd wzięli się Stworzyciel i jego strażnicy? Kim oni są, myślałeś o tym?

– Nie potrzebuję się nad tym zastanawiać, bo po co?

– Żeby wiedzieć, po prostu. Nie chciałbyś wiedzieć? Ja, gdy o tym myślę, czuję łaskotanie, o tutaj. – Wskazała podbrzusze.

– No tak – uznał, że zrozumiał. – To chodź do mnie, bo ja też właśnie poczułem łaskotanie, o tutaj, wiesz.

Przylgnął do niej i włożył dłoń między jej uda.

Bóg, wcześniej z zainteresowaniem wsłuchujący się w ich rozmowę, miał nadzieję, że Adam będzie próbował odpowiadać na całkiem przecież zasadne pytania. Świadczyły one o inteligencji Lilith i otwartości na poznawanie, co napawało go dumą, bo potwierdzało doskonałość jego dzieła. Gdy jednak Adam przylgnął do Lilith, Najwyższy z rezygnacją machnął ręką, wiedząc, że tego dnia nie usłyszy ani nie zobaczy nic nowego.

Także aniołowie byli coraz bardziej znudzeni; zachowania ludzi stały się przewidywalne, więc z czasem coraz bardziej tracili zainteresowanie ich obserwowaniem. Co prawda Lilith zdradzała przejawy większej inteligencji niż Adam, była więc nadzieja, że może jej umysł się otworzy, ale czy rzeczywiście, a jeśli tak, to na ile szeroko i twórczo? Nikt tego nie wiedział, ludzie byli przecież eksperymentem i nie było jeszcze wiadomo, czy udanym.

***

Jak to się stało, że Lilith położyła się w cieniu Drzewa Poznania? Co ją tam przywiodło? Co sprawiło, że tam zasnęła? A tak się stało. Chcesz wiedzieć? Opowiem, było tak:

Pewnego dnia nogi zaniosły ją pod Drzewo Poznania. Stanęła pod nim i podniosła głowę. Ujrzała dorodne, soczyste, nęcące owoce. Zastanawiała się, co by się stało, gdyby zerwała jeden z nich i go zjadła. Naprawdę straciłaby życie, znaczy umarłaby? I co by to oznaczało? Czy znów znalazłaby się tam, gdzie była, zanim Bóg powołał ją do istnienia? A gdzie wtedy była i czy w ogóle była? Miała tak wiele pytań!

Usiadła i oparła się plecami o pień. Usłyszała szepty liści i muzykę kołyszących się konarów, poczuła, jak drzewo otula ją welonem słodkiego zapachu. Zakręciło jej się w głowie, zasnęła.

We śnie usłyszała głos. Należał, tak jej się wydawało, do Stworzyciela, ale nie była tego pewna. Grzmiał, nadciągał z daleka, a był tak potężny, że gdyby nawet zasłoniła uszy, i tak by do niej dotarł. Jednak nie chciała ich zasłaniać, pragnęła go słuchać, czuła, że przynosi odpowiedzi, a przynajmniej że pokaże jej ścieżkę, która pozwoli odpowiedzieć chociaż na niektóre z pytań.

– Na początku było Słowo. W Nim było życie, a życie było światłością. Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi⁸.

Śniąc, ujrzała potężną ognistą kulę, wszystko wokół na przemian stawało się to jasnością, to ciemnością. Widziała rozbłyski, łuny świateł, gromy, błyskawice, ogień, rzeki ognia i łańcuchy płonących kul, które potem stygły i zajmowały należne im miejsca. To działo się tak szybko, że nie była w stanie zapamiętać następstwa zdarzeń.

– Co to jest? Ta potężna błękitna kula, co to jest? – zapytała samą siebie.

Po chwili ujrzała zgromadzenie jasnych istot, były doskonałe. Wiedziała, że to anioły-strażnicy-czuwający, takie jak te, które były przy Stworzycielu, gdy ujrzała go po raz pierwszy. Tutaj, we śnie, też mu towarzyszyły. On siedział na złotym tronie na wysokościach, a one stały po jego prawicy i lewicy. Stworzyciel, podobnie jak w Edenie, był milionem rozmigotanych iskier, światłem przybierającym formę jasności tylko po to, by mogła doświadczyć jego obecności. Anioły również były tak świetliste i piękne, że w zachwycie nie mogła oderwać od nich wzroku, ale że ich jasność nie była tak potężna jak ta, którą promieniał Stwórca, widziała je wyraźniej niż jego.

Była w nie zapatrzona, gdy znów rozległ się głos:

– Ten pierwszy to Michał, drugi – Rafał, trzeci – Gabriel, a czwarty to Fanuel⁹.

Lilith nie musiała się przedstawiać, znali ją, zresztą czuła, że jako aniołowie wiedzieli niemal wszystko to, co Stworzyciel. Poza czterema, których imiona już poznała, były tam ich całe zastępy.

Jakby uprzedzając jej myśli, znów rozległ się głos.

– To są imiona świętych czuwających aniołów: Uriel, Rafał, Raguel, Michał, Sarakael, Remiel i… Gabriel, któremu podlega raj.

Potem nastąpiła ciemność. Nie wiedziała, co się wydarzyło, czuła jednak, że jej sen zmienił kierunek, ale wciąż trwał. Zmienił też rytm, bo dostała się do niego… nowa postać, intruz, który niezaproszony wdarł się w tę przestrzeń i całą ją zagarnął. Była zdezorientowana: dlaczego zniknął obraz Stwórcy i jego aniołów? Kto i jak to sprawił?

– Patrz, poznaj całą prawdę! – usłyszała.

Ujrzała intruza – też chyba był aniołem, ale nie miała co do tego pewności. Zwał się Synem Światła, wiedziała to, i była pewna, że to imię pasuje do niego jak do nikogo innego. Był piękniejszy niż wszystkie istoty, które ujrzała wcześniej.

– Patrz! – zachęcił z mocą powodującą, że znieruchomiała. – Patrz, pokażę ci, jak było naprawdę!

Patrzyła więc.

Oto Syn Światła stał naprzeciwko gwiezdnego tronu. To, co miało się za chwilę wydarzyć, było ważne, miała pewność. Wpatrywała się więc i wsłuchiwała z uwagą, chcąc to zapamiętać.

– Nie spełnię twojego żądania, nie zamierzam służyć człowiekowi! – krzyknął Syn Światła Bogu w twarz. – Kim on jest, bym mu służył? Twoim wymysłem, eksperymentem! Mogliśmy się przyglądać próbom, być z tobą, gdy tworzyłeś tę parę, możemy ich nadzorować, ale nigdy nie będziemy na ich usługach, bo kimże są?

– Moim najwspanialszym dziełem. – Stwórca był niewzruszony.

– Dziełem? Nie wiemy, na ile udanym. Stworzyłeś ich niedoskonałymi, wyposażyłeś w cechy podobne naszym, lecz oni nie są nami, mimo że dałeś im wolną wolę. Dlaczego to zrobiłeś? My jesteśmy zbudowani z gwiezdnego pyłu, oni z błota! Dziś istnieją, mieszkają w idealnym ogrodzie, który im dałeś, ale co będzie jutro? Pozwalasz im, by sami decydowali o sobie, więc jutro może ich tam już nie być, wymkną ci się spod kontroli! Mieli nam służyć, a kim mogą się stać? Nie zgadzam się, nie zegnę przed nimi kolan, nie będę na ich usługach, oni mają służyć nam, a nie my im!

Ujrzała, jak inne anioły najpierw patrzą na niego z niedowierzaniem, ale też z podziwem, bo przeciwstawił się Stworzycielowi, niektóre spoglądały z trwogą albo i z kpiną. Tak, to był bunt! Znaczący moment. Ważny. Po chwili – widać było, że po namyśle – część aniołów stanęła po stronie buntownika, inne skupiły się wokół tronu.

Rozkład sił był nowy, zaskakujący, ale klarowny. Syn Światła, otoczony zbuntowanymi kompanami, zmierzył się wzrokiem z Bogiem i zakrzyknął:

– Wstąpię na niebiosa, powyżej gwiazd postawię mój tron. Zasiądę na Górze Obrad, na krańcach północy. Wstąpię na szczyty obłoków, podobny będę do Najwyższego¹⁰.

Lilith zastanawiała się, czy to możliwe, że ten piękny anioł zbuntował się przeciw Stwórcy, a teraz wkroczył do jej snu, by pokazać jej, jak było naprawdę. Usiłowała zinterpretować to, co widziała. Czyżby odrzucił anielską doskonałość, szczęście i chwałę? Czy to znaczy, że można sprzeciwić się Stwórcy? Przecież to było niemal tak, jakby zjadł owoc z Drzewa Poznania albo… znacznie gorzej!

– Lepiej być władcą w piekle niż sługą w niebiosach!¹¹ – usłyszała jeszcze donośny głos Syna Światła i się obudziła.

Sen zniknął, jakby został wymazany. Lilith jeszcze długo leżała, usiłując odnaleźć go w pamięci, czując, że był w jakiś niezwykły sposób ważny. Szperała w niej, zaciskała powieki, sądząc, że to pomoże – bezskutecznie.

– Dlaczego nic nie pamiętam, dlaczego? – zastanawiała się.

Także później, spacerując po Edenie, nieraz próbowała wrócić do tego snu, ale pamiętała jedynie, że ktoś coś jej wyjaśniał, że powinna to przemyśleć, ale w żaden sposób nie była w stanie wyłuskać z pamięci nic więcej, jakby ktoś celowo wszystko z niej wytarł.

***

Adam coraz bardziej przyzwyczajał się do Lilith, nie patrzył już na nią tak, jak na początku, stała się jego codziennością. Nie bawiły go już jej odkrycia, którymi z nieustającą radością się z nim dzieliła, nie zachwycało go już jej ciało, bo przecież miał je na co dzień, w jej oczach nie dostrzegał już gwiezdnego blasku, a to, że znikała na długie dni i coraz mniej mówiła, nie tylko go nie niepokoiło ani nie zastanawiało, ale było mu wygodne.

A ona tak bardzo pragnęła uwagi, rozmów, zainteresowania i partnerstwa. Nie znajdowała tego u Adama, rozmawiała więc ze zwierzętami, stawiała pytania sama sobie i sama szukała odpowiedzi, i… coraz bardziej tęskniła za czymś, czego nie potrafiła nazwać. Pociągało ją nienazwane, odległe, tajemnicze, co skłaniało do spoglądania w gwiazdy, wpatrywania się w księżyc i rozmyślania, co się kryje za horyzontem.

– Gdybym pewnego dnia szła i szła, i nie przestawała iść, co bym napotkała? – zastanawiała się. – Co zastałabym tam, daleko? Co znalazłabym gdzieś tam, dokąd nie sięga wzrok? Co bym tam odkryła, co tam jest?------------------------------------------------------------------------

¹ Stary Testament, Księga Rodzaju, Dzieje początków świata i ludzkości. Ten i inne fragmenty Biblii cytowane w powieści pochodzą z Biblii Tysiąclecia.

² Po hebrajsku, czyli w pierwotnym języku Biblii, isz znaczy „mężczyzna”, isza to kobieta. Mają więc identyczny rdzeń, co podkreśla równoważne znaczenie, nie do oddania w dzisiejszym języku polskim, no bo jak: mąż i mążyna – jak proponował ks. Jakub Wujek, pierwszy, który przetłumaczył Biblię na polski? Natomiast hebrajskie ha’adam oznacza człowieka, zarówno pojedynczego, bez względu na płeć, jak i cały rodzaj ludzki.

³ Nazwy rzek i ich opis pochodzi z Księgi Rodzaju (2,11–14).

⁴ Według Alfabetu ben Syracha, opowieści aramejsko-hebrajskiej datowanej na VIII–X wiek n.e., imiona tych aniołów to: Sanoj, Sansanoj, Samangalf. W rozdziale IX Księgi Henocha występują Michał, Uriel, Raphael i Gabriel. Biblia protestancka mówi o Michale, Gabrielu i Abaddonie (lub Apollyonie). Anglikanie i wielu metodystów uznają za archaniołów Michała, Rafała, Gabriela i Uriela. Biblia katolicka wymienia imiona Gabriela i Michała, a także dwóch aniołów „upadłych”, czyli Lucyfera (szatana) i Apollyona/Abaddona.

⁵ Te słowa Boga pochodzą ze Starego Testamentu, z Księgi Rodzaju 2,16–17.

⁶ Księga Rodzaju 1,28.

⁷ Księga Rodzaju 1,29–30.

⁸ Słowa Ewangelii według Świętego Jana 1,9.

⁹ Tekst dotyczący aniołów, ten i następny, skrócony, pisałam, korzystając z Księgi Henocha w tłumaczeniu R. Rubinkiewicza (Apokryfy Starego Testamentu, Oficyna Wydawnicza Vocatio, Warszawa 2016).

¹⁰ Księga Izajasza 14,13–14. Prof. Marcin Majewski w pracy Ugarit – historia, religia, literatura, język na tle Biblii Starego Testamentu (Uniwersytet Papieski Jana Pawła II, Kraków 2010) pisze, że w tym fragmencie chodzi nie o przeciwnika Boga, ale o zarozumiałego władcę Ugaritu.

¹¹ Słowa Lucyfera: Better to reign in Hell, than serve in Heaven pochodzą z Raju utraconego Johna Miltona (I, 263) i najprawdopodobniej są nawiązaniem do Juliusza Cezara cytowanego przez Plutarcha w Żywotach sławnych mężów: Wolałbym być pierwszym tutaj niż drugą osobą w Rzymie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij