Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Limerence - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
21 stycznia 2026
3511 pkt
punktów Virtualo

Limerence - ebook

Czasem największa pokusa jest najgorszym koszmarem.

W elitarnej szkole z internatem Lionswood Prep, pełnej bogatych i wpływowych dzieciaków, uczniowie z biednych rodzin są jedynie tłem. Nic więc dziwnego, że gdy jeden z nich ginie w tajemniczych okolicznościach, sprawa zostaje szybko zamieciona pod dywan.

Tylko Poppy nie wierzy w wersję o samobójstwie. Podejrzewa, że w śmierć jej kolegi może być zamieszany ktoś, kogo w Lionswood Prep otacza się niemal kultem - Adrian Ellis, złoty chłopak uczelni.

Niestety, on też zwrócił na nią uwagę, a jego zainteresowanie jest niemal... obsesyjne. Poppy musi uważać, bo gra w kotka i myszkę, którą prowadzą, może okazać się dla niej śmiertelnie niebezpieczna.

Nie obowiązują żadne reguły. Jest tylko on, ona - i jego obsesja.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-287-3878-2
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORKI

_Limerence_* to pierwszy z dwóch tomów niespiesznego, mrocznego romansu z udziałem bezkompromisowego, moralnie czarnego obiektu zainteresowania i moralnie szarej bohaterki z kilkoma ponurymi sekretami. Relacja między głównymi postaciami nie jest ani trochę zdrowa i nigdy nie miała zostać jako taka przedstawiona.

Jeśli szukasz wątków odkupienia i złoczyńców, którzy tak naprawdę złoczyńcami nie są, odłóż tę książkę. Każda z dwóch głównych postaci jest zepsuta na swój sposób i chociaż zdarzą się momenty, kiedy być może zapomnisz, że to mroczny romans, obiecuję, że zostanie ci to dotkliwie przypomniane ledwie kilka rozdziałów dalej.

Ponadto _Limerence_ długo się rozkręca. Seria obfituje w mrok, perwersję i śmiałość, ale jeśli spodziewasz się tego wszystkiego już na dziesiątej stronie, ta książka może nie być dla Ciebie. W końcu cierpliwość jest cnotą.

Dlatego też wszystkim tym, którzy są gotowi na rozkoszną, mroczną podróż, życzę udanej lektury!ROZDZIAŁ 1

Muszę kontrolować się ze wszystkich sił, żeby nie zwymiotować. Mój żołądek to teraz zdradliwe terytorium i jeśli choćby o tym pomyślę…

„Dasz radę”.

Robię głęboki wdech, uspokajam wnętrzności, przypominam sobie, że jadałam już gorsze rzeczy, po czym wkładam do ust kolejną łyżkę zupy. Udaje mi się nie wypluć jej na pusty blat.

We wtorki na stołówce serwują zupę z łuskanego grochu bez glutenu, bez mięsa, bez laktozy (i bez wszystkiego, co tylko przychodzi człowiekowi do głowy w odniesieniu do produktów spożywczych). Jest nieco ciemniejsza od wymiocin i ma konsystencję ciepłego jogurtu, a ja zjadam ją do ostatniej kropli.

Kosztuje o połowę mniej od innych dań serwowanych na lunch, więc pochłaniam ją z niesmakiem, próbując nie myśleć o pizzy z pepperoni leżącej dwa stoły dalej, gdzie strzeże jej drużyna lacrosse. Ani o czekoladowych babeczkach sprzedawanych przez orkiestrę marszową w ramach zbiórki pieniędzy na jakiś szczytny cel.

Przez moment rozważam kradzież. Oczywiście czekoladowej babeczki. Dzieciaki z orkiestry nie są szczególnie apetyczne.

Nawet wycieczka do baru sałatkowego znacznie wywindowałaby moją pozycję, jednak nie potrafię uzasadnić wydania trzech dolarów na garść liści z niskokalorycznym dressingiem, po których zacznie mi burczeć w brzuchu jeszcze przed końcem przerwy na lunch.

– Cholera!

Zawodnicy lacrosse rechoczą rozbawieni, kiedy ich bramkarz rzuca pizzą jak frisbee, ale nie trafia do kosza. Kawałek ląduje z plaskiem, a ser i tłuszcz sączą się na dwustuletnie deski na podłodze szkolnej stołówki.

– Stary, tak mało brakowało!

W rzeczywistości brakowało całkiem sporo. Freddy Rook minął kosz o co najmniej metr, wątpię więc, żeby czekała go błyskotliwa kariera w NBA.

To trochę żenujące, ale muszę przyznać, że wspomniany kawałek, aktualnie przyprawiony świeżym kurzem i brudem, nadal wygląda lepiej od mojej zupy.

Kolejny zawodnik próbuje swoich sił i rzuca, wywołując falę pohukiwań oraz okrzyków bojowych reszty dzieciaków zasiadających przy jego stole, a ja zaczynam się zastanawiać, czy ktokolwiek z nich musiał kiedyś zapłacić miedziakami za zakupy spożywcze. Albo zrezygnować z posiłku. Spoglądam na porzuconą pizzę. Nie, pewnie nie. W Lionswood pieniądze rzadko pojawiają się w innej postaci niż czarna karta kredytowa połyskująca w świetle.

„Skoro mowa o konsumpcjonizmie…”

Obok mnie sunie Sophie Adams z jakże wyborną sałatką w dłoni, prowadząc swój oddział do jednego z dużych, drewnianych stołów pośrodku sali. Ubrana jest w taką samą granatową, plisowaną spódnicę i białą, zapinaną na guziki koszulę jak ja, ale na jej niezwykle szczupłej, wiotkiej sylwetce ten strój prezentuje się całkiem inaczej.

Czasem zastanawia mnie, jak to możliwe, że nigdy się nie gniecie niczym papierowa serwetka pod ciężarem jej plecaka Burberry.

– Nie mogę się zdecydować – wzdycha Sophie do dziewczyn otaczających ją z każdej strony. Podnosi sałatkę z entuzjazmem domowego kota trącającego łapą jedzenie z minionego dnia. – I cały ten stres szalenie podnosi mi poziom kortyzolu. Czuję, że lada moment eksploduję.

Jej głos niesie się z taką mocą, jakby siedziała nie dwa stoły, ale dwa krzesła ode mnie. Ten pusty kąt stołówki, który dla siebie zaanektowałam, przyciąga fale dźwiękowe, jakby to były działające na siebie magnesy o przeciwnych ładunkach. Choć zakładam, że większość z tych dzieciaków nawet by się nie zorientowała, gdybym się nad nimi pochylała i chuchała im prosto w karki.

Jestem tutaj duchem. Żywym, oddychającym duchem. Całkowicie niewidzialnym, choć niestety niezmiennie narażonym na widzimisię ludzkiego układu trawiennego.

– W obu sukienkach wyglądasz bosko, Soph – stwierdza Penelope, prawa ręka Sophie.

Przez ostatnie cztery lata Penelope do perfekcji opanowała imponującą sztukę wyrażania się bez użycia słów, dzięki czemu awansowała do wewnętrznego kręgu Sophie. Nie bez znaczenia jest też fakt, że cała jej rodzina składa się z bezwzględnych spin masterów od trudnych przypadków i prawników specjalizujących się w sprawach o zniesławienie.

– Wiadomo – fuka Sophie, odgarniając z twarzy niesforny, kasztanowy kosmyk. Ma wyraziste kości policzkowe, pełne wargi i duże, zielone oczy, zwykle zarezerwowane dla lalek Bratz.

Ale tu jest Lionswood, siedlisko zwycięzców loterii genetycznej, mekka najlepszych chirurgów plastycznych. Na szkolnych imprezach można by organizować grę polegającą na zgadywaniu, które cechy fizyczne uczniowie zawdzięczają genom, a które lekarzom.

– Sukienka od Prady podoba mi się bardziej – świergocze Ava z lewej. – Jest naprawdę seksowna. Świetnie podkreśla twoją figurę.

Tata Avy prowadzi firmę z chińską technologią, ale matka jest stylistką sław, więc jej opinia może mieć większą wagę niż opinia Sophie.

– Oczywiście – ripostuje Sophie. – Skóra jest bardzo w twoim stylu.

Co prawda rzadko widuję Avę Chen bez szkolnego mundurka, ale jej lśniący, czarny bob, mocno wymalowane oczy i sięgające kolan kozaki na platformach sprawiają, że nietrudno mi to sobie wyobrazić.

– Chodzi mi nie tyle o to, w czym wyglądam dobrze – kontynuuje Sophie – ile o to, która sukienka bardziej spodoba się Adrianowi.

Szeroko otwiera zielone oczy, jakby właśnie wyjawiła im jakiś potworny sekret, chociaż nie wydaje mi się, żeby zaskoczyła którąkolwiek ze swoich przyjaciółek. Domyślam się, że większość kreacji Sophie i zapewne połowa jej ciała została opracowana z uwzględnieniem opinii Adriana Ellisa.

– Mogłaś go zapytać – stwierdza Penelope. – Niektórzy faceci to lubią. Chętnie wybierają stroje swoich dziewczyn.

Posyła Sophie wyjątkowo szeroki uśmiech, prezentując śnieżnobiałe licówki, które rodzice z dużym wyprzedzeniem zasponsorowali jej w ramach prezentu na zakończenie liceum. Ale to zła sugestia. Wiemy to zarówno ja, jak i Sophie. Obraca się, żeby spojrzeć na Penelope oczami wąskimi jak szparki.

– Nie mogę go tak po prostu zapytać – mówi. – Gdyby Adrian wiedział, że ubieram się wyłącznie dla niego, uznałby mnie za zdesperowaną przylepę. Faceci tego nie lubią.

Penelope ma tupet, żeby udawać zakłopotanie. Przestaję jednak śledzić perypetie szkolnych celebrytek, kiedy jeden z zawodników lacrosse przypadkowo trąca łokciem moją tacę. Stojący na niej kubek przewraca się i oblewa wodą moją granatową spódnicę.

– Ej! – wołam za nim, ale on idzie dalej do swojego stołu, kompletnie nieświadomy, że rajstopy właśnie nasiąkają mi lodowatym płynem.

„Po prostu świetnie”.

Kipię z irytacji, kiedy próbuję naprawić szkody cienką serwetką, którą otrzymałam razem z tacą. Nie mam czasu, żeby pobiec do internatu i się przebrać, więc na historii przyjdzie mi paradować z gigantyczną, mokrą plamą. Piorunuję wzrokiem tył głowy zawodnika lacrosse. Dupek niczego nie zauważył.

– Trzymaj – odzywa się nowy głos. – Zgarnąłem kilka nadprogramowych serwetek.

Spoglądam w górę zszokowana, że ktokolwiek zwrócił uwagę na ten incydent. Mimo wszystko uśmiecham się z wdzięcznością, chwytając garść serwetek z wyciągniętej ręki.

– Dzięki, Mickey.

– Nie ma problemu. – Mickey Mabel niezdarnie przestępuje z nogi na nogę. Wygląda tak, jakby chciał być gdziekolwiek indziej, byle nie tutaj, kiedy ja kończę przyklepywać mokre miejsce. To wysoki, patykowaty dzieciak z rękami za długimi na jego granatowy sweter i z burzą kędzierzawych włosów, których nigdy nie potrafi ogarnąć. – Właściwie cieszę się, że znalazłem cię jeszcze przed końcem lunchu, Poppy.

Nieokazywanie zdumienia to dla mnie wyzwanie. Nie jestem pewna, czy ktokolwiek w tej instytucji cieszył się kiedyś, że mnie znalazł.

– Nie wiem, czy widziałaś mejla, ale dyrektor Robins przesunął prezentację stypendialną na wcześniejszy termin – tłumaczy. – Chce, żebyśmy przedstawili ją dziś wieczorem.

Zupa grochowa przelewająca mi się w żołądku robi salto.

– Dziś wieczorem?

Nie, zdecydowanie nie widziałam tego mejla. Wygrzebuję swój telefon i orientuję się, że Mickey ma rację. Dean przełożył naszą semestralną prezentację stypendialną na dzisiejszy wieczór. Spodziewa się nas w auli o osiemnastej.

Każda taka prezentacja powinna być zwykłą formalnością. Pustosłowiem, które prezentujemy szkole, aby udowodnić, że ani Mickey, ani ja nie marnujemy naszych stypendiów, obijając się albo imprezując do upadłego. Głównie jednak chodzi o odświeżenie nam pamięci. Bo chociaż jako jedyni w całym kraju zdobyliśmy na egzaminach SSAT¹ wystarczającą liczbę punktów, aby dostać pełne stypendium w Lionswood, nigdy nie przestaliśmy być odmieńcami, którzy w nieskończoność muszą udowadniać, że zasługują na ten zaszczyt.

To najmniej lubiana przeze mnie część semestru i mimo że już sześciokrotnie robiłam z Mickeyem te prezentacje, nerwowe wyczekiwanie nigdy nie przestaje mnie dobijać.

Mickey szura jedną stopą przed drugą.

– To ma coś wspólnego ze zmianami w grafiku. Moja część w PowerPoincie jest gotowa, więc ty musisz tylko skończyć swoją. Myślisz, że zdążysz przed… siedemnastą pięćdziesiąt dziewięć? Byłoby idealnie. Tylko tym razem bez literówek, dobrze?

Słyszę, że stara się panować nad rozdrażnieniem, ale głos i tak go zdradza. Oboje wiemy, że to ja niezmiennie jestem najsłabszym ogniwem tych prezentacji. Uśmiecham się do niego nerwowo.

– Jasne, niczym się nie przejmuj, Mickey. Na pewno zdążę.

Pod warunkiem że zacznę zaraz po lunchu.

„Nie ma sprawy. Dam radę. Poza tym i tak musiałabym przygotować tę prezentację w przyszłym tygodniu”.

– Świetnie – kwituje, nawet jeśli sprawia wrażenie bardziej zdenerwowanego niż ja. – Dziękuję.

– Jasne. Oczywiście.

Łyżką przesuwam łuskany groch po misce i chrząkam.

– Ta praca z historii w zeszłym tygodniu była naprawdę wymagająca, co nie? W sensie…

– Powinienem zorganizować sobie coś do jedzenia, zanim zamkną kuchnię – przerywa mi Mickey. – Do zobaczenia wieczorem, Poppy.

Oddala się ode mnie czym prędzej, zapewne w obawie, że lada moment przystawię mu pistolet do głowy i zmuszę do pogawędki. Miażdżę groch łyżką. Nie winię Mickeya za to, że zbywa mnie tak samo jak reszta. W innych okolicznościach pochodzenie z tej warstwy społecznej, która nie gardzi kuponami na tańsze produkty, byłoby niewystarczającym gwarantem stworzenia więzi, ale tutaj…

Kiedyś myślałam, że się zaprzyjaźnimy. Dwoje pierwszoklasistów z podkrążonymi oczami, którzy ochranialiby się nawzajem w tych wodach pełnych rekinów. Tylko że Mickey nauczył się w nich pływać znacznie lepiej ode mnie.

W zasadzie, kiedy zmruży się oczy, trudno odróżnić go od całej reszty. A przebywanie w moim towarzystwie ma dokładnie odwrotny efekt.

„Jeszcze tylko ten rok. Przetrwam jeszcze jeden rok tutaj”.

Po ponad trzech latach nauki w Lionswood nie powinno mnie dziwić, jak wielkie poruszenie wywołuje Adrian Ellis. Niemniej to nadal wydaje mi się surrealistyczne. Każda głowa bez wyjątku obraca się w jego stronę. Rozmowy milkną. Ludzie przestają żuć. W zasadzie mogliby sprzedawać bilety na ten spektakl.

– Hej, Adrian! Zobaczymy cię na piątkowym meczu?

– Świetna fryzura, Adrian. Jakich produktów do stylizacji używasz?

– Usiądź z nami, Adrian!

– Widziałam cię tydzień temu, Adrian. Byłeś boski.

– Mogę postawić ci lunch?

Jeśli pochlebstwa albo podziw w ogóle go peszą, nie daje niczego po sobie poznać. Z pokorą przyjmuje komplementy, po czym robi rundkę, żeby życzyć powodzenia drużynie lacrosse i pożartować z dzieciakami z koła teatralnego. Pyta Roddy’ego Locke’a, jak przebiega jego rekonwalescencja po złamaniu nogi. Zatrzymuje się przy czekoladowych babeczkach, żeby kupić jedną z nich, i wrzuca pięćset dolarów do puszki na datki.

– Wielkie dzięki, Adrian!

Członkowie orkiestry marszowej pieją z zachwytu i szeroko rozdziawiają usta. To jakby obserwować Matkę Teresę Lionswood w akcji. Jeden z muzyków próbuje wręczyć Adrianowi cały kosz wypieków, ale on tylko kręci głową, uśmiechając się szeroko.

– Nie trzeba. Chcę tylko wesprzeć drużynę. – Nawet jego głos jest irytująco idealny, niski i gładki niczym aksamit muskający skórę.

– Adrian! – Tym razem to głos Sophie wzlatuje nad pozostałe. Z uśmiechem przywołuje go do siebie. Macha, przebierając palcami. – Zjesz ze mną?

Wszyscy zgromadzeni przy stole, w tym także Sophie, przesuwają się, żeby zrobić Adrianowi miejsce w samym centrum.

– Oczywiście – odpowiada i podchodzi do niej z niewymuszoną pewnością siebie człowieka, który odrzucenie zna raczej z definicji niż z doświadczenia.

Niektórzy jaśnieją jak lampki na choince, kiedy podchodzi i opiera swoje długie nogi na zaproponowanym mu krześle. Jest taki postawny, że najpewniej uderza kolanami o spód blatu. Mimo wszystko zachowuje grację.

Adrian Ellis nigdy nie zachwycił mnie na tyle, żebym zapragnęła postawić mu lunch. Nie mogę jednak powiedzieć, że pozostaję całkowicie obojętna na jego urok. W końcu mam oczy, a on jest bardziej niż irytująco przystojny. Od jego urody aż bolą mnie zęby.

Już same ciemne, kręcone włosy spływające na kark, długie, gęste rzęsy i nikczemnie wyrazista linia szczęki tworzą niebezpiecznie urzekającą kombinację, a w połączeniu z sylwetką, którą wyrzeźbił jako wieloletni kapitan drużyny pływackiej Lionswood, dosłownie porażają.

O jego szlachetnym pochodzeniu świadczą zarówno krzywizna nosa, jak i rolex na nadgarstku. W dodatku to Ellis, więc nawet w szkole pełnej dzieciaków z funduszami powierniczymi tworzy własną ligę. Jest tym jednym procentem z jednego procenta jednego procenta. Co oznacza, że pewnego dnia odziedziczy więcej pieniędzy niż sam Bóg.

Nie mogę więc winić całej społeczności uczniowskiej za wykorzystywanie każdej nadarzającej się okazji, żeby zabłysnąć i zyskać jego przychylność. Lecz jeśli nie liczyć atrakcyjnego wyglądu i bogactwa, w Adrianie Ellisie moją uwagę zwraca tylko jedno. Jego oczy.

Można by pomyśleć, że ktoś, kto regularnie pomaga jako wolontariusz w lokalnym szpitalu, przewodniczy szkolnej komisji do walki z przemocą i najprawdopodobniej wspina się na drzewa, żeby ratować kotki, powinien mieć ciepłe, łagodne spojrzenie odzwierciedlające jego altruistyczne zapędy. Nic bardziej mylnego…

Jego oczy są puste. Pozbawione dobroci, światła, jakiegokolwiek ludzkiego ciepła – a przy tym tak ciemne, że wywołują niepokój. Jeśli oczy to istotnie zwierciadło duszy, uważam, że dusza Adriana prezentuje się dość ubogo.

– Nie mogę doczekać się imprezy u ciebie w ten weekend, Adrian – zwraca się do niego Sophie. Przy okazji przysuwa się do niego i chwyta go za biceps. Pewnie ten gest ma wyrażać czułość, ale z tymi jej szpiczastymi, akrylowymi paznokciami wygląda to tak, jakby zaciskała szpony na swojej ofierze. – W zeszłym roku sama zaplanowałam bankiet Adamsów. Wyprawiliśmy go w Londynie. Pojawiła się moja kuzynka, księżna Camilla.

Oczywiście. Księżna Camilla. Kuzynka w drugiej linii w wyniku zawarcia związku małżeńskiego, której pokrewieństwo z rodziną królewską budzi wątpliwości, zawsze pojawia się na wokandzie, aby mogła podziwiać ją cała szkoła.

Przez kolejne dwie minuty Sophie recytuje listę swoich kwalifikacji w zakresie planowania przyjęć, a Adrian daje popis godny Oscara, udając zainteresowanie tematem.

„Może trochę ponosi mnie fantazja. Ale ten koleś musi być święty”.

Wsuwam do ust kolejną nienawistną porcję zupy grochowej, obserwując, jak Mickey chwyta swoją tacę i rusza prosto do stolika Sophie. Najlepsi i najbłyskotliwsi z Lionswood wypełniają go po brzegi i nikt nie jest szczególnie zainteresowany zrobieniem miejsca dla Mickeya, dopóki do gry nie wkracza Adrian.

Gestem przywołuje Mickeya, a wtedy ludzie przesuwają się i przesiadają jak podczas gry w gorące krzesło. Ostatecznie powstaje luka, w którą może wcisnąć się Mickey. Uśmiech Sophie drga w trakcie tego przegrupowania, ale nie spiera się z Adrianem. Nikt się z nim nie spiera.

Jego łaska to tutaj złoty bilet i chociaż nie mam pojęcia, czym zasłużył sobie na nią Mickey, pewnie powinnam się cieszyć, że udało się to przynajmniej jednemu z nas.

„Mogę pozostawać w cieniu jeszcze przez rok”.

Zerkam na tacę Mickeya i czuję ukłucie satysfakcji, kiedy orientuję się, że on także je zupę z łuskanego grochu.ROZDZIAŁ 2

Jest pani pewna, pani Davis, że pan Mabel dotrze tutaj dziś wieczorem? – Mimo że siedzi kilka metrów dalej, dyrektor Robins niezmiennie sprawia takie wrażenie, jakby obserwował mnie z góry przez te swoje okulary w drucianych oprawkach.

– Tak. – Zarówno jemu, jak i pozostałym członkom ciała pedagogicznego Lionswood zasiadającym w pierwszym rzędzie posyłam uśmiech wyrażający przekonanie, którego aktualnie mi brakuje. – Jestem pewna, że Mickey pojawi się lada moment.

Nie dam sobie za to uciąć głowy. Wysłałam mu co najmniej dziesięć różnych esemesów o różnym stopniu zabarwienia emocjonalnego, począwszy od: „Idziesz już?”, a skończywszy na: „Gdzie ty się, kurwa, podziewasz?”. Dochodzi wpół do siódmej, a on nie odpowiedział na żadną z nich.

Dyrektor Robins wzdycha i teatralnym gestem spogląda na swój zegarek, po czym opiera ciemne dłonie na kolanach.

– Ponieważ poinformowaliśmy was o zmianie terminu dość nagle, chyba możemy zaczekać jeszcze pięć minut.

Staram się nie skubać mikrofonu. Do tego stopnia skupiłam się na dokończeniu swojej części prezentacji, że nawet nie znalazłam chwili, aby się przebrać. W efekcie nadal mam na sobie te same rajstopy, które wcześniej nasiąkły wodą. Chociaż zdążyły wyschnąć, nieprzyjemnie ciasno opinają mi teraz nogi.

„No dalej, Mickey”.

Tykanie dużego zegara zawieszonego nad drzwiami to jedyne dźwięki, które wypełniają dużą przestrzeń, aż dyrektor Robins wzdycha kolejny raz, wznosząc łysą głowę ku wejściu.

– No cóż, pani Davis, wygląda na to, że pan Mabel jednak do nas nie dołączy. Zgadza się?

Przełykam ślinę.

„Pierdol się, Mickey”.

Po dzisiejszym dniu nie życzę sobie więcej żadnych złośliwych komentarzy o tym, jak to odwlekam prezentacje stypendialne.

– Tak, proszę pana.

– W tej sytuacji proponuję, żeby przedstawiła nam pani swoją część prezentacji – sugeruje dyrektor Robins.

Jak na komendę kilku członków ciała pedagogicznego otwiera swoje oprawne w skórę zeszyty, szykując się do notowania.

– Nie mam nic przeciwko zmianie terminu – informuję. Ukrywanie paniki stanowi nie lada wyzwanie. – Skoro Mickey nie dotarł.

Dyrektor unosi jedną grubą brew.

– Ale dotarła reszta z nas. Zgadza się? Jeśli przygotowała pani swoją część, pani Davis, nie widzę powodu, żeby nie miała jej pani zaprezentować dziś wieczorem.

Zmuszam się do uśmiechu.

– Tak, oczywiście. To żaden problem, proszę pana.

Robins kiwa głową, opierając się na krześle, podczas gdy ja wrzucam slajdy na ekran. Światło wiszących nad nami reflektorów nagle wydaje mi się zbyt ostre. Mam tylko nadzieję, że nikt nie widzi, jak ze zdenerwowania pot rosi mi czoło. Chrząkam.

– Jak zawsze chciałabym podziękować nie tylko za państwa obecność na tej prezentacji, ale także za zainwestowanie w moją edukację. Dzięki państwu zyskałam szansę na naukę w najbardziej elitarnej szkole z internatem na świecie i za ten dar nigdy nie zdołam wystarczająco się odwdzięczyć.

Dosłownie. Już samo czesne to sześciocyfrowa kwota. Przysięgam, że widzę, jak dyrektor Robins ściąga łopatki pod tą jego tweedową marynarką. Jak on uwielbia tę wzmiankę o Lionswood. Wyświetlam pierwszy slajd ze zdjęciem, na którym Mickey i ja ściskamy nasze nowe podręczniki, uśmiechając się szeroko. Zrobiono je podczas rozpoczęcia roku szkolnego w pierwszej klasie.

To chyba nasza jedyna wspólna fotografia. Widać na niej moje duże, brązowe oczy pełne nadziei oraz jasne blond włosy zebrane w kucyk wysoko na głowie. Nie rozpoznaję tej dziewczyny. Może z pozoru wyglądamy tak samo, ale jej twarzy nie znaczy niepokój, który rzeźbi moją. W dodatku brakuje mi jej optymizmu.

– Jak państwo widzą, bardzo się cieszymy, że możemy tu być.

„Wiadomo”.

Wstrzymuję oddech, kiedy przechodzę do następnego slajdu. Widać na nim moje ostatnie oceny. Próbowałam zakamuflować czwórki i trójki przy pomocy kolorowej czcionki i zabawnych przejść, ale sądząc po kamiennych obliczach zgromadzonych, nikogo nie udało mi się nabrać.

– Wygląda na to, że wpadło pani kilka czwórek z historii – komentuje siwy mężczyzna z tyłu. Należy chyba do rady absolwentów.

– A pani wyniki z geometrii są mniej niż sensacyjne – dodaje jedna z nauczycielek matematyki, świdrując mnie wzrokiem. – Dziwię się, że w ogóle uczęszcza jeszcze pani na te zajęcia w klasie maturalnej. Czy ukończyła pani dodatkowo punktowane kursy, żeby poprawić wyniki?

– Część z nich – tłumaczę. – I wiem, że trochę brakuje mi do… ideału. Ale dopiero zaczął się październik, a ja właśnie dołączyłam…

– Na zajęcia pozalekcyjne, mam nadzieję – wtrąca kolejny nauczyciel. – Należy pani do klubu dyskusyjnego? Do matletów? Do DECA²?

Zaczyna mi się robić gorąco.

– Akurat do żadnego z wyżej wymienionych. Ale ukończyłam sześć semestrów sztuk pięknych dla zaawansowanych. W tym roku brakuje mi na to czasu, ale jeśli pozwolą mi państwo…

Przełączam na kolejny slajd, gdzie widać moje bogate portfolio artystyczne, kiedy dyrektor Robins podnosi rękę.

– Wystarczy, pani Davis. Mimo że zachęcamy uczniów do obcowania ze sztuką, naszym priorytetem zawsze pozostają fundamentalne przedmioty. Jeśli sprawiają pani trudności, właśnie na nich powinna się pani skupić.

Skubię wystający kawałek drewna na podium.

– Tak, oczywiście, proszę pana.

I właśnie dlatego potrzebuję Mickeya. Nasza stypendialna prezentacja zwykle przebiegała zgodnie z nieskomplikowanym, niepisanym układem. On olśniewał ich swoim wykazem ocen i szeregiem niekończących się zajęć dodatkowych, podczas gdy ja przemykałam prawie niezauważona ze średnimi wynikami i mową podsumowującą o tym, jak to stypendium wydobyło mnie z otchłani biedy. A to prawdziwy wyciskacz łez.

Problem polega na tym, że moja część nie działa bez wkładu Mickeya. Kiedy brakuje jego olśniewających stopni, przedstawiciele Lionswood muszą zadowolić się moimi.

– Niewątpliwie jest pani inteligentną uczennicą, pani Davis – stwierdza dyrektor Robins. – Zdecydowanie dowiodły tego pani wyniki SSAT cztery lata temu, ale… – Przerzuca kartki w swoim notesie. – Nie mogę zignorować faktu, że od rozpoczęcia nauki w naszej instytucji pani osiągnięcia naukowe prezentowały się różnie na różnych etapach. Czy wie pani, dlaczego tak się dzieje?

Jego spojrzenie zdradza, że to bardziej pytanie niż oskarżenie, ale i tak serce podchodzi mi do gardła.

– No tak. Rozumiem, czemu mógł pan pomyśleć…

– Po prostu jestem zaniepokojony, pani Davis – kontynuuje, kręcąc głową. – Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Lionswood może ostatecznie nie być dla pani odpowiednią placówką edukacyjną.

Szeroko otwieram oczy, co z pewnością wygląda komicznie.

„Nie, nie, to się nie dzieje naprawdę”.

Nie stracę stypendium tylko dlatego, że Mickey Mabel zasiedział się z przyjaciółmi, zaspał albo zrobił cokolwiek innego, co powstrzymało go przed dotarciem na miejsce. Lionswood jest moje. Zasłużyłam na nie.

Robię kilka głębokich wdechów i wbijam wzrok w mrugające do mnie ostrym światłem reflektory sceniczne. Jakbym patrzyła prosto w słońce. Chwilę później łzy spływają mi po twarzy, gdy kieruję wzrok na widownię.

– Kiedy miałam osiem lat, pewien paskudny właściciel mieszkania bez powodu eksmitował mnie i moją matkę – zaczynam. – Ona pracowała jako kelnerka w miejscowej jadłodajni. Ledwo starczało nam na rachunki za gaz i jedzenie, a tym bardziej na czynsz za pierwszy i ostatni tydzień w miesiącu. Potem przez cały kwartał mieszkałyśmy w jej samochodzie, żeby w ten sposób cokolwiek zaoszczędzić. Był środek zimy. Rano szłam do szkoły, po południu odrabiałam pracę domową w jadłodajni, kiedy ona pracowała, a wieczorem zagrzebywałyśmy się na tylnej kanapie z kocami i resztkami złupionymi z jej zmiany. Wreszcie udało jej się związać koniec z końcem. Znów miałyśmy dach nad głową i nie była to nasza najgorsza zima, ale…

Drżenie w moim głosie jest zamierzone, kiedy przechodzę do następnego etapu.

– Nauka w Lionswood odmieniła moje życie, ale musiałam się do tej zmiany przystosować. Przez większość dzieciństwa bardziej przejmowałam się tym, czy będziemy w stanie zapłacić za prąd, niż tabliczką mnożenia. I nie chcę, żeby się państwo nade mną litowali, a jedynie zrozumieli, że nie ma dla mnie lepszego miejsca niż to. Może nie widać tego po moich aktualnych wynikach, ale jestem dumna, że się tutaj uczę… i sprawię, aby szkoła była dumna ze mnie. Będą państwo ze mnie dumni nie tylko w tym semestrze i kolejnym, ale jeszcze długo potem. Obiecuję, że za dziesięć lat będą państwo z dumą nazywać mnie swoją absolwentką.

Kiedy kończę, przypominam kłębek nerwów. Dopiero po kilku chwilach pozwalam sobie unieść głowę. Chcę sprawdzić, czy rozwiałam wątpliwości rozbudzone przez moje marne oceny. Wystarczy jedno spojrzenie na dyrektora Robinsa, abym zyskała pewność, że mi się upiekło. Widzę to w jego szklistym spojrzeniu, w drżącej dolnej wardze pani Arnold, w pospiesznym wyciąganiu chusteczek w głębi sali.

Wycieram oczy rękawem mundurka.

Jako pierwszy milczenie przerywa dyrektor Robins.

– Niezwykła historia, pani Davis. Niespotykana wśród naszych uczniów. – Chrząka. – Pani osiągnięcia naukowe mogłyby być lepsze… ale myślę, że wszyscy tu obecni zgodzą się ze mną, jeśli zapewnię, jak bardzo nas ciekawi, w co przekuje pani tę edukacyjną szansę, którą pani otrzymała.

Czuję słodycz ulgi.

„Dzięki Bogu”.

Tak naprawdę nikogo dzisiaj nie oszukałam. Moja historia jest prawdziwa, nawet jeśli nie osadziłam jej we właściwym kontekście.

Po pierwsze rzeczonym właścicielem był Ed, chłopak mamy, który istotnie miał powód, aby nas wykopać, po tym, jak odkrył, że mama przyprawiła mu rogi z jednym z jej współpracowników. Wielka szkoda. Ed miał prawdziwy dom i praktycznie nas nie rozliczał. Po drugie, był środek zimy… w Mobile, w stanie Alabama. Tego roku temperatura mogła spaść maksymalnie do dziesięciu stopni Celsjusza. Nie wspominam jednak o żadnej z tych rzeczy. Łatwiej współczuć ofierze, jeśli prócz niej nie ma innych.

– Przypominam tylko, pani Davis, że rozpoczął się okres składania podań na studia – strofuje mnie dyrektor. – W przyszłym semestrze chcemy zobaczyć lepsze stopnie, zaliczenie z jednych czy dwóch zajęć dodatkowych oraz list potwierdzający przyjęcie na wybraną przez panią uczelnię.

Chociaż przemawia surowym tonem, jego twarz wyraża współczucie. Aktualnie jestem porzuconym szczeniakiem, którego znalazł na poboczu autostrady, więc nie wykopie mnie za drzwi. Posyłam mu możliwie najszerszy uśmiech.

– Zapewniam pana, że tak właśnie będzie.

Na zakończenie prezentacji ściskam wszystkim dłonie i z wdzięcznością przyjmuję ich rady życiowe. Nawet jeśli nie czuję potrzeby, żeby jakiś siwiejący absolwent opowiadał mi o pokonywaniu przeciwności losu, kiedy oślepia mnie blask jego mokasynów za tysiąc dolarów.

Pokonywanie przeciwności losu to dla mnie nie pierwszyzna. Kiedy w wielkim stylu zdałam egzaminy SSAT i zdobyłam stypendium Lionswood, wspięłam się na wyżyny swoich możliwości w tym zakresie. Nawet jeśli także i tej historii brakuje szerszego kontekstu.

------------------------------------------------------------------------

W drodze powrotnej do akademika kipię ze złości. Moja cienka, postrzępiona marynarka nie chroni przed zimnym wiatrem szumiącym w czerwonych klonach, które rosną po obu stronach kamiennej ścieżki, a nie szczękam zębami jedynie dzięki rozpalającemu mnie gniewowi.

Mickey nadal milczy. Żadnych przeprosin. Żadnych wymówek. Żadnego nieszczerego: „Mam nadzieję, że dobrze ci poszło!”.

Kolejny podmuch porywa suche liście z ziemi. Opatulam się marynarką w chwili, gdy mijają mnie dwie roześmiane dziewczyny zaizolowane zgrabnymi puchówkami Moncler. Zazdrość kłuje mnie, zanim zdołam zdusić ją w zarodku.

Chciałabym powiedzieć, że potrafię wznieść się ponad takie uczucia, ponad pragnienie posiadania kurtki za dwa tysiące dolarów, ale nie mogę. Nawet otoczona bogactwem Lionswood – zarówno tym kłującym w oczy, jak i tym mniej oczywistym – nie uodporniłam się na urok ładnych rzeczy. W rzeczywistości stałam się na niego tylko bardziej podatna.

Staram się otrząsnąć z goryczy, bo jeśli pominąć katastrofę podczas dzisiejszej prezentacji, wieczór jest naprawdę piękny. W blasku księżyca w pełni neogotyckie, kamienne budynki kampusu Lionswood prezentują się jak nie z tego świata. Większość z nich przetrwała w nienaruszonym stanie od niemal osiemnastego wieku, jeśli nie liczyć prac renowacyjnych polegających na doprowadzeniu elektryczności czy zainstalowaniu niewidocznych z zewnątrz rur kanalizacyjnych. Dzięki nieograniczonym funduszom szkoły oraz zaangażowanej radzie absolwentów wszystko na kampusie wygląda jak żywcem wyjęte z powieści Dickensa.

Liście chrzęszczą mi pod podeszwami tenisówek, kiedy skręcam za znajomy róg w kierunku internatu dla uczniów ostatniej klasy, nazywanego przez większość osób zachodnim skrzydłem. To duży, przysadzisty budynek ze szprosami w oknach i zabytkową wieżą zegarową, który podzielono na części koedukacyjne oraz jednoosobowe sypialnie. Dopóki tu nie zamieszkałam, nigdy nie miałam własnej łazienki.

Otwarcie masywnych, dębowych drzwi wymaga sporo siły, ale na szczęście na świetlicy nie ma nikogo, kto by zobaczył, jak się z nimi szamocę. Albo jak w holu głównym kulę się przy ogniu trzaskającym w kominku, próbując przejąć choć trochę jego ciepła.

Część wspólna jest stosunkowo nieduża, podzielona dwiema parami wąskich, krętych schodów – jedne prowadzą do sypialni dziewczyn, a drugie do sypialni chłopaków. Gdy zerkam na te ostatnie, złość wzbiera we mnie z nową mocą.

Zastanawiam się, czy Mickey jest w swoim pokoju. Może spędza czas z przyjaciółmi. Albo na graniu. Albo śpi. Albo robi całą masę innych rzeczy, które uczyniły go beztrosko nieświadomym faktu, że rzucił mnie na pożarcie wilkom.

„Pierdol się, Mickey”.

W stołówce czy na szkolnych korytarzach może udawać, że nie istnieję, tak jak robi to cała reszta mojej klasy, ale ten jeden raz powinien był mnie wspierać. Ten jeden raz powinniśmy byli grać do jednej bramki.

Jestem pewna, że nazajutrz dyrektor Robins wysłucha jego zręcznie skleconych przeprosin. Tylko że ja też na nie zasługuję. Dlatego im dłużej wpatruję się w stopnie, tym bardziej narasta we mnie złość. I zanim zdołam ochłonąć, wspinam się już po schodach, zdeterminowana, aby wysłuchać wyjaśnień, które mi się należą.

Pierwszy ciąg stopni prowadzi do kolejnej świetlicy, większej od tej na dole, urządzonej w ciemnych, neutralnych barwach oraz ozdobionej koszulkami zespołów sportowych i plakatami. Także tutaj w kominku trzaska ogień.

Słyszałam wiele opowieści o świetlicy chłopaków. O tym, co i z kim tu wyprawiano. Sama jednak nigdy tu nie dotarłam. Nie miałam powodu. Przez trzy lata żaden chłopak nie zaprosił mnie, żebym wspięła się po tych schodach albo zerknęła do jego pokoju – o czym staram się teraz nie myśleć.

W pewnej chwili mój wzrok spoczywa na tablicy informacyjnej zawieszonej na ścianie, nad ciemnozieloną kanapą, o odcień jaśniejszą od zupy grochowej, którą zjadłam na lunch. Wygląda identycznie jak ta w części przeznaczonej dla dziewczyn. Widnieje na niej lista uczniów mieszkających w tej części budynku.

Znajduję nazwisko Mickeya uporządkowane razem z innymi w kolejności alfabetycznej. Pokój pięćset cztery.

„Oczywiście musi mieszkać na samej górze”.

Uda płoną mi po dotarciu na sam szczyt klatki schodowej. Frustrację wymierzam w tego, kto uznał, że winda zaburzy historyczną integralność budynku. Pokój numer pięćset cztery znajduje się na odległym końcu wąskiego, ciemnego korytarza z widokiem na tyły budynku.

Skręcam za róg i staję jak wryta na widok sylwetki przy wyjściu ewakuacyjnym.

„Mickey?”

Mrużę oczy, próbując wydobyć z mroku rysy twarzy okolonej czymś, co zdaje się burzą loków.

– Mickey?! – wołam.

Postać podskakuje, ale zamiast odwrócić się w moją stronę, otwiera drzwi i wybiega na klatkę schodową. Porusza się szybko, ale kiedy pada na nią światło jarzeniówek, miga mi jej twarz. Jego twarz…

„Adrian Ellis?”

Mrugam i już go nie ma, ale na pewno wyraźnie widziałam ten sam szlachetny nos i tę samą ostro zarysowaną linię szczęki, które już czwarty rok z rzędu widnieją na pierwszych stronach szkolnej gazety.

„Pewnie też tu mieszka”.

Strach pełznie mi po plecach, kiedy zbliżam się do pokoju Mickeya.

„Może to zły pomysł”.

Mogę zawrócić, pójść do siebie, a przeprosin zażądać już jutro. Chyba trochę przesadziłam, że tu przyszłam…

„Ale to on zostawił mnie dzisiaj na lodzie”.

Dlatego robię głęboki wdech. I pukam. Za drzwiami nie słychać żadnych dźwięków, żadnej paplaniny z telewizora albo muzyki. Może śpi albo gdzieś wyszedł. Na wypadek, gdyby w grę wchodził jednak ten pierwszy scenariusz, krzyczę:

– Mickey?! Jesteś tam?

Nikt nie odpowiada. Wzdycham.

„I to by było na tyle, jeśli chodzi o naszą konfrontację”.

Ostatni raz mocno uderzam dłonią w wiekowe drewno i ku mojemu zaskoczeniu drzwi ustępują pod naporem mojej pięści. Już szykuję się do przeprosin za wtargnięcie do jego pokoju tak bez zapowiedzi, ale wita mnie pusta przestrzeń.

Duże, podwójne okno przy biurku jest szeroko otwarte. Mroźne powietrze smaga mnie po twarzy, kiedy człapię w tamtą stronę. Nie ma takiej możliwości, żeby Mickey zostawił okno otwarte na oścież, chyba że lubi spać w temperaturze pięciu stopni, owiewany lodowatym wiatrem.

Chwytam okienną klamkę i kamienieję. Mrugam. Raz. I kolejny. Aby zyskać pewność, że nic mi się nie przywidziało.

Ale gdy rozlegają się krzyki, dociera do mnie, że nie tylko ja zauważyłam ciało Mickeya leżące cztery piętra niżej, z głową rozłupaną na chodniku niczym melon.

------------------------------------------------------------------------

_KONIEC DARMOWEGO FRAGMENTU
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI_PRZYPISY

* Limerence (pol. limerencja) to rodzaj silnego, wręcz obsesyjnego zakochania, często nieodwzajemnionego, które może utrudniać lub uniemożliwiać normalne funkcjonowanie doświadczającej go osoby. (Wszystkie przypisy pochodzą od redakcji).

1 SSAT (Secondary School Admission Test) – standaryzowane egzaminy wstępne do prywatnych szkół, przeprowadzane na różnych etapach edukacji.

2 DECA – amerykańska organizacja non profit mająca na celu przygotowanie uczniów i studentów do rozpoczęcia kariery zawodowej, przede wszystkim w branżach biznesowych.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij